kwietnia 01, 2018

"Last Days in the Desert" ("Ostatnie Dni na Pustyni")

O czym to jest: Przygody Jezusa podczas wędrówki po pustyni.

ostatnie dni na pustyni film recenzja plakat ewan mcgregor

Recenzja filmu:

Dziś Wielkanoc, przydałoby się więc obejrzeć jakiś film "w klimacie". Nie jestem wprawdzie osobą specjalnie wierzącą ani religijną, ale Biblia i Ewangelie fascynują mnie jako zbiór niesamowitych historii, bohaterów i zdarzeń, które wręcz proszą o przeniesienie na ekran. Wśród nich, rzecz jasna, wyróżnia się historia Jezusa. "Last Days in the Desert" stanowi próbę świeżego podejścia do tematu i opisania 40-dniowej wędrówki Mejsasza po pustyni, w trakcie której był wystawiony na próby i pokusy ze strony Szatana.

Do grona filmowych Jezusów dołączył Ewan McGregor. Bardzo go lubię jako aktora, ale mówiąc szczerze nie do końca pasował mi w tej roli. Może to te jego niebieskie oczy... Niemniej przyznaję, że jego interpretacja Jezusa była czymś świeżym. Jego bohater nie jest Mesjaszem zdecydowanym, nieustraszonym i święcie przekonanym co do swojej misji. Jest raczej zagubionym, nieśmiałym i przestraszonym wędrowcem, niepewnym samego siebie i swojej roli w świecie. Taki Jezus napotyka na swojej drodze mieszkającą na pustyni rodzinę - surowego Ojca (w tej roli fantastyczny jak zawsze Ciarán Hinds), poddanego woli ojca nastoletniego Syna, a także umierającą na raka (?) Matkę. Każda z tych postaci jest oczywiście alegorią, może nawet zbyt czytelną nawet dla średnio wprawionego widza. Nie jestem do końca przekonany co do tego pomysłu - chyba jednak wolałbym, by Jezus podczas swojej wędrówki miał za towarzysza jedynie Szatana.

A właśnie, Szatan - jak to w wielu filmach o tematyce religijnej bywa, jest on najmocniejszą stroną filmu. Zagrał go również McGregor, udowadniając w ten sposób że jest specjalistą od podwójnych kreacji na ekranie (starczy wspomnieć "The Island" czy trzeci sezon "Fargo"). Jego Lucyfer nie jest jednak diaboliczny, złośliwy i okrutny niczym Al Pacino w "Adwokacie Diabła". Jest raczej zgorzkniałym, smutnym i rozgoryczonym stworzeniem, obrażonym na Boga za - jak to określił - jego ignorancję wobec świata i owoców Kreacji. To dosyć ciekawa wizja, bo jak do tej pory Szatan stanowił zawsze synonim zła. Tym razem widz nawet mu współczuje.

Powyższe elementy zapowiadają całkiem niezłe kino, nieprawdaż? Niestety "Last Days in the Desert" w moim odczuciu nie do końca podołał zadaniu stworzenia dobrego klimatu, który czaruje widza od pierwszej do ostatniej minuty. Widzę w tej produkcji sporo podobieństw do "Ostatniego Kuszenia Chrystusa", drugiego w kolejności mojego ulubionego filmu. Jednak tym razem twórcom udało się mnie znudzić, zamiast skłonić do jakiejś głębszej refleksji. Sam nie wiem czego mi zabrakło, ale jeśli miałbym zgadywać, stawiałbym na za małą dawkę filozofii w dialogach. Były nieco zbyt przyziemne i proste jak na mój gust. A już totalnym gwoździem do trumny okazała się ostatnia scena, nawiązująca do czasów współczesnych. To zabieg niczym w tragicznym "Quo Vadis" Kawalerowicza, godny amatorskich filmów kręconych przez licealistów. Nie lubię czegoś takiego.

"Last Days in the Desert" to nie jest zły film. Ma sporo plusów, jednak taka obsada i taki pomysł zasługiwali na nieco lepszą realizację. Ale jak na Wielkanoc nadaje się w sam raz.

Wniosek: Artystyczne kino, ale niestety nudne.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger