Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steampunk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steampunk. Pokaż wszystkie posty
"The Watch"

"The Watch"

O czym to jest: Uwspółcześniona ekranizacja powieści Terry'ego Pratchetta o przygodach straży miejskiej w fikcyjnym Ankh-Morpork, największym mieście Świata Dysku.

straż terry pratchett świat dysku serial BBC

Recenzja serialu:

Nie jestem przeciwnikiem zabawy konwencją i eksperymentowania formą, mało tego - gorąco wierzę w coś takiego jak licentia poetica oraz w to, że umiejętny artysta nie zgubi ducha historii niezależnie od tego, jakiego opakowania użyje. Niemniej w przypadku ekranizacji kultowych książek o Straży z cyklu "Świata Dysku" Terry'ego Pratchetta muszę sobie zadać pytanie: czy ta produkcja naprawdę jest dobra nie gubiąc ducha powieści mimo kontrowersyjnej formy, czy może to powieści są aż tak dobre, że nawet taki gwałt na formie nie był w stanie ich spieprzyć?

Jestem ogromnym fanem Terry'ego Pratchetta od lat, wszystkie tomy "Świata Dysku" mam na półce, a czytałem każdy z nich co najmniej kilkukrotnie. Nie mówię że jestem totalnym fachowcem w tej dziedzinie, ale co nieco tam wiem. Obejrzałem też wszystkie dotychczasowe ekranizacje, zaczynając od nudnego do bólu "Wiedźmikołaja", przez zachowawczy "Kolor Magii", aż do świetnego "Piekła Pocztowego". Na serial o kapitanie Vimesie i Straży Ankh-Morpork czekałem od lat, z uwagą śledząc każdy strzęp doniesień na ten temat. I szczerze: naprawdę nie spodziewałem się takiego opakowania! Książki osadzone są w realiach renesansowo-wiktoriańskiej Anglii (a Ankh-Morpork to taki Londyn rzecz jasna), oczywiście ze sporą domieszką czystej fantastyki i zapożyczeń z innych kultur oraz motywów. Tymczasem twórcy serialu postanowili odważnie wkroczyć w XXI wiek prezentując nam serial współczesny, co nieco przypominający dystopijne lata 90. (w których zamiast pistoletów dominują kusze) i na dodatek wizualnie zanurzony po uszy w stylistyce queer - tak mocno, że mógłby wręcz uchodzić za manifest całej subkultury LGBTQ+. Wszystko co scenarzyści wyczytali na stronach powieści zostało tu przemielone i podane w psychodelicznej formie, wliczając w to zaskakującą miejscami zmianę płci i wyglądu bohaterów. Gdy zestawimy "The Watch" ze wspomnianym "Piekłem Pocztowym" przypadkowy widz nigdy by nie zgadł, że pochodzą one z tego samego uniwersum. I tak jak wspomniałem we wstępie, nie mam nic przeciwko temu, że twórcy popuścili wodzom fantazji. Mam jednak wrażenie, że wspomniane zmiany były po prostu bezcelowe i stworzone do tego, by szokować dla samej idei szokowania. Tylko po co?

Doceniam sporo elementów, bo jako fan uniwersum podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle. Nie brakuje charakterystycznego humoru Pratchetta, nie zapomniano o wielu motywach i wątkach (poruszonych choćby pobieżnie), a fabuła dość mocno trzyma się kupy, co naprawdę nie było łatwe przy ostrym i chaotycznym montażu. Aktorów - nawet tych którymi zmieniono płeć - dobrano całkiem nieźle, ze wskazaniem na Marchewę, Cudo Tyłeczek (najlepsza postać serialu!) i samego Vimesa, który przekonał mnie do siebie w pełni (choć nie od razu). Największa szkoda, że scenarzyści zgubili większość kontekstu społeczno-politycznego książek, którego nie da się oddzielić od twórczości autora (wyjątkiem są jedynie gobliny z ich pełzającą marksistowską ideologią). A no i niestety nie podaruję, że Vetinariego nie zagrał Charles Dance, który w "Piekle Pocztowym" postawił tej postaci chyba najwyższą pieczęć jakości. 

"The Watch" już otrzymało najgorszą karę, jaka mogła spotkać taką produkcję - hejt fanów książek Pratchetta i całkowitą obojętność reszty światowej widowni. Ciężko znaleźć jakąkolwiek opinię na temat tej produkcji, bo po prostu mało kto ją oglądał i tak już raczej zostanie (można liczyć ewentualnie na opóźnioną kultowość, ale tylko w wypadku, gdy serial namierzy szeroka społeczność LGBTQ+). Dlatego też zakończenie serialu ostrym cliffhangerem urywającym wątki dosłownie w połowie sceny, bez realnej wizji nakręcenia drugiego sezonu, uważam za grzech śmiertelny, który powoduje, że oglądanie całości staje się bezcelowe i obniża moją finalną ocenę. Terry Pratchett by tego nie pochwalił. 

Wniosek: Wierne duchowi książek, ale bardzo kontrowersyjne w formie. Szkoda że bez zakończenia!


"Hugo" ("Hugo i Jego Wynalazek")

"Hugo" ("Hugo i Jego Wynalazek")

O czym to jest: Historia początków kinematografii opowiedziana w konwencji baśni.

hugo i jego wynalazek film recenzja scorsese buttefield cohen

Recenzja filmu:

Kto by pomyślał, że Martin Scorsese nakręci klimatyczną, podnoszącą na duchu opowieść familijną? "Hugo" to klasyczna baśń, w której młody bohater (fenomenalny Asa Butterfield), musi rozwiązać zagadkę, która odmieni życie zarówno jego, jak i wszystkich dookoła. I jak przystało na tego typu historię, jest to film zarówno nudny, jak i niezwykle piękny, z magią iskrzącą z każdego ujęcia kamery. Nic dziwnego, że dostał aż pięć Oscarów, choć głównie w kategoriach technicznych - zaręczam, że jest na co popatrzeć.

A teraz trochę faktów. Georges Méliès był francuskim reżyserem, który u zarania XX wieku praktycznie stworzył kino science fiction i fantasy. Był prekursorem stosowania efektów specjalnych, dynamicznego montażu, a także kolorowania czarno-białych filmów. Nakręcił ponad pięćset produkcji, z których niestety wiele zaginęło w zawierusze I wojny światowej i jej następstwach. Méliès popadł w biedę i zapomnienie, jednak na szczęście pod koniec życia powrócił z niebytu, na powrót zajmując zasłużone miejsce w annałach europejskiej (i światowej) kinematografii. A jak to się stało? O tym właśnie opowiada "Hugo". I choć film stosuje narrację i konwencję baśni, nie ma tu elementów nadprzyrodzonych, zatem wszystko (teoretycznie) mogło się zdarzyć naprawdę. Ale tym razem fakty nie mają aż takiego znaczenia. Podobnie jak w filmach Mélièsa, tu również zaciera się granica między rzeczywistością a fikcją. Dokładnie jak w filmach Terry'ego Gilliama, który bez ogródek nazywa twórczość Mélièsa swoim największym źródłem inspiracji.

Ben Kingsley, jak na wielkiego aktora przystało, tworzy fantastyczną kreację francuskiego reżysera, wiarygodnego zarówno pod względem wizualnym, jak i charakterologicznym. Równie świetny jest Sasha Baron Cohen w roli zaciętego inspektora Gustave'a, bezwzględnie tropiącego młodych włóczęgów na paryskim dworcu Montparnasse. Do tych składników Scorsese dodał szczyptę przyprawy w postaci konwencji steampunk (a dokładniej: clockpunk), która czyni "Hugo" wizualnie imponującym arcydziełem. Zwłaszcza dla kogoś, kto lubi takie kino!

Polecam do oglądania nawet najmłodszym widzom, choć starsi pewnie mogą się trochę nudzić. Ale akcja i tempo nie zawsze są potrzebne. Czasem wystarczy po prostu magia srebrnego ekranu.

Wniosek: Czegoś tu brakuje, ale to i tak magiczne, piękne kino.


"Alice Through the Looking Glass" ("Alicja po Drugiej Stronie Lustra")

"Alice Through the Looking Glass" ("Alicja po Drugiej Stronie Lustra")

O czym to jest: Alicja powraca do Krainy Czarów, by ratować Kapelusznika.

alicja po drugiej stronie lustra film recenzja johnny depp

Recenzja filmu:

Rzadko się zdarza, by sequel był lepszy niż oryginał, prawda? A jednak! Wiem, że chwaląc drugą część "Alicji" idę pod prąd większości widzów, ale co ja poradzę... Serio uważam że Tim Burton, który popełnił "Alicję w Krainie Czarów", jest przereklamowany i dość wtórny! Na szczęście w tym filmie zadowolił się rolą producenta, oddając stery w ręce autora kinowych "Muppetów". I choć "Alicja po Drugiej Stronie Lustra" nie opiera się już na treści książek Lewisa Carrolla, to i tak stanowi świetną rozrywkę!

Od samego początku miałem skojarzenia z filmem "Hugo", zapewne głównie przez zegarowe zębatki, romans ze stylistyką steampunku no i Sachę Barona Cohena. Nie brakowało też nawiązań do kultowego wśród nerdów "Sucker Punch", głównie dzięki sekwencji w wariatkowie (zresztą zobaczcie trailer poniżej - jako żywo właśnie z tego filmu!). Ale mimo tych stylistycznych zapożyczeń i wizualnej powtórki z pierwszej części, nowa "Alicja" to zupełnie świeża, choć prosta przygoda. Oto Alicja powraca do Krainy Czarów, by odnaleźć zaginioną rodzinę Kapelusznika, i tym samym uratować go przed śmiercią z rozpaczy. W tym celu udaje się do siedziby Czasu (znakomity jak zawsze Cohen), by ukraść mu wehikuł i cofnąć się w przeszłość. 

Jak się możecie domyśleć, większość filmu to klasyczne poznawanie znanych bohaterów w młodzieńczym wieku. Zobaczymy chociażby początki konfliktu Białej i Czerwonej Królowej, a także więcej zakątków Krainy Czarów. Ale ten film to głównie historia o Kapeluszniku, jak zwykle solidnie zagranym przez Johnny'ego Deppa. Na szczęście samej Alicji jest równie dużo, i choć Mia Wasikowska nie polepszyła swojego talentu aktorskiego, to poszło jej całkiem nieźle. A otwierająca film morska sekwencja jest po prostu wyśmienita! Cieszę się, że do "Alicji" powróciła cała ekipa z pierwszej części (w mniej lub bardziej aktywny sposób), wliczając w to już osoby zmarłe (pośmiertny głos Alana Rickmana...), dzięki czemu sequel można oglądać w zespoleniu z oryginałem, ani na chwilę nie tracąc przy tym ducha przygody.

To zabawna, bystra i przyjemna bajka. Niektórzy mogą ją uznać za zbyt wtórną i pozbawioną absurdu oryginału, ale to dla mnie nie jest wadą. Wręcz przeciwnie, nowa "Alicja" znacznie bardziej do mnie przemawia niż np. "Kopciuszek", że już nie wspomnę o tragicznej ekranizacji "Królewny Śnieżki". Dobry film i dla starszych, i dla młodszych!

Wniosek: Lepsze niż pierwsza część! Świetna bajka!


<<< Sprawdź kolejność oglądania przygód Alicji! >>>


"Victor Frankenstein"

"Victor Frankenstein"

O czym to jest: Doktor Frankenstein tworzy potwora. Znacie tę historię...

victor frankenstein film recenzja james mvavoy daniel radcliffe

Recenzja filmu:

To jeden z tych filmów, na które czekałem w polskich kinach, ale się nie doczekałem. Na szczęście w końcu udało mi się obejrzeć i choć przyznaję, że mi się nie podobał, to chciałbym mieć możliwość przekonania się o tym samemu w kinie! 

Historia doktora Frankensteina i jego "potwora", zszytego z kawałków zwłok i ożywionego dzięki mocy elektryczności, to jeden z bardziej popularnych motywów kina. Pierwszą ekranizację, zrealizowaną na podstawie oryginalnej noweli z 1818 roku, nakręcono już w 1910 roku! Z kolei my niedawno gościliśmy na ekranach "I, Frankenstein" z Aaronem Eckhartem w roli potwora. Jednak "Victor Frankenstein" postanowił wrócić do korzeni i opowiedzieć historię z perspektywy doktora i jego wiernego sługi Igora. Bardziej od samego potwora (pojawiającego się dopiero w kulminacji filmu) twórców filmu interesował proces powstawania wynalazku, a także motywy, jakimi kierowali się doktor i Igor. 

Zważywszy na umiejscowienie historii (zenit rewolucji przemysłowej, czyli koniec XIX wieku) sporo w tym stylistyki steampunkowej - wielkie parowe kotły, olbrzymie strzykawki, metalowe klatki, gogle i skórzane fartuchy. Niestety "Victor Frankenstein" mimo szczerych chęci w ogóle nie wypada wiarygodnie, a wszystko na ekranie wydaje się być przebraniem rodem ze szkolnego przedstawienia. Widać wyraźnie, że twórcy chcieli zrobić frankensteinową wersję kinowego "Sherlocka Holmesa" z Robertem Downey Jr. Jednak zabrakło im ikry, by nakręcić równie spektakularne widowisko - a poza tym powtarzanie czegoś, co już było, zawsze wygląda na podróbkę. Od pierwszych scen film kojarzył mi się też z serialowym "Sherlockiem", dlatego wcale nie byłem zdziwiony gdy okazało się, że reżyser "Victora Frankensteina" nakręcił kilka odcinków tej znakomitej produkcji. Pewne rzeczy widać na odległość.

O ile uwielbiam Jamesa McAvoya, to obawiam się, że nie popisał się swoją tytułową kreacją. Widać, że próbował coś z niej wykrzesać i przedstawić nam obraz klasycznego szalonego naukowca. Niestety tym razem jego klasyczne zagrywki, czyli intensywny ślinotok, drżący głos i płacz nie wystarczyły, by porwać widza. Z kolei Daniel Radcliffe w roli Igora utwierdził mnie w przekonaniu, że nie posiada talentu aktorskiego. Widać, że aktor bardzo chce się pozbyć łatki Harry'ego Pottera, dlatego wybiera najdziwniejsze role, jakie tylko znajdzie. Ale by to przyniosło skutek, trzeba mieć w sobie iskrę talentu... 

"Victor Frankenstein" nie jest dobrą rozrywką. Brakuje mu tempa, ikry, lekkości i pomysłu na fabułę. Sceny akcji z obowiązkowym slow motion były modne dekadę temu, a teraz wzbudzają jedynie irytację widza. Szkoda pieniędzy władowanych w ten film, bo można się było pokusić o jakąś oryginalną wizję. Ale nie martwcie się, najdalej za kilka lat potwór Frankensteina z pewnością powróci do kin w kolejnej ekranizacji...

Wniosek: Nudne. Ten film nie był nikomu potrzebny.


"Captain America: The First Avenger" ("Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie")

"Captain America: The First Avenger" ("Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie")

O czym to jest: Amerykański superżołnierz walczy z nazistami.

kapitan ameryka pierwsze starcie film recenzja marvel chris evans

Recenzja filmu:

Bardzo mi odpowiada, gdy twórcy filmu zdają sobie sprawę z absurdu scenariusza, jaki przyszło im realizować. Wtedy zamiast robić kuriozalną historię na poważnie (jak w "Thorze"), lecą po bandzie, wchodząc w formę znaną jako kamp (patrz: "Batman: The Movie"). No bo jak na serio opowiedzieć o amerykańskim wojaku, zamienionym za pomocą serum w superbohatera, który zwalcza napędzaną kosmicznym sześcianem armię dieselpunkowych nazistów? 

Chylę czoła, bo "Kapitan Ameryka" to znakomita frajda i zabawa konwencją, przystępna zarówno dla nerdów, jak i zwykłych widzów. Przystojny Chris Evans w roli tytułowego Kapitana to chyba najsympatyczniejszy z superbohaterów "Marvel Cinematic Universe". Prawdziwy harcerz, człowiek bez skazy i bez wad, a więc postać idealna, która w "poważnym filmie" nigdy nie byłaby wiarygodna. Jego jedynym marzeniem jest służyć ojczyźnie i chronić niewinnych przed złem. A czyż istnieje większe zło niż naziści? Twórcy "Kapitana Ameryki" postanowili przerysować hitlerowców jeszcze bardziej niż Spielberg w "Poszukiwaczach Zaginionej Arki", prezentując nazistowską grupę Hydra i ich wynalazki: laserowe karabiny, czołgi wielkości budynków, kilkunastometrowe limuzyny czy gargantuiczne bombowce (jeśli lubicie taki dieselpunk, to zachwyci was "Sucker Punch"). A co najlepsze, Hydrą dowodzi zmutowany Hugo Weaving jako Red Skull, mówiący z uroczo przerysowanym niemieckim akcentem. Heil Hydra!

Drużyna Kapitana jest oczywiście schematyczna do bólu: piękna agentka wywiadu, ponury snajper, Afroamerykanin z karabinem maszynowym, sprytny Azjata, wesoły Francuz, bandzior z shotgunem, czy brytyjski wojak. Same klisze, ale pasujące jak ulał! No i nie wolno zapomnieć o roli Tommy'ego Lee Jonesa jako wiecznie narzekającego pułkownika, który moim zdaniem skradł cały film (ale z tym aktorem tak jest, że gdziekolwiek się pojawia, natychmiast zawłaszcza cały ekran - i za to go uwielbiam!). "Kapitan Ameryka" to znakomita rozrywka na wieczór, pod warunkiem że wyłączy się krytyczne myślenie i pozwoli się ponieść przygodzie. W końcu to opowieść o superbohaterach!

Wniosek: Nikt nawet nie udawał, że ten film jest na poważnie. I dlatego jest fajny!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Sucker Punch"

"Sucker Punch"

O czym to jest: Pięć dziewczyn próbuje uciec z wariatkowa/burdelu.

sucker punch film recenzja plakat

Recenzja filmu:

"Sucker Punch" to film-marzenie każdego nerda. Jest tu wszystko, co mogło się zrodzić w tysiącach umysłów trzydziestoletnich, grubych kolesi w przetłuszczonych długich włosach, siedzących w garażach domów swoich rodziców. Pięć seksowych lasek, które starają się uciec z wariatkowa, a jednocześnie burdelu w klimacie burleski. Na drodze stoją im robo-samuraje z karabinami maszynowymi, napędzane parą niemieckie zombie z okresu I wojny światowej, smoki, orkowie, roboty i psychopatyczni strażnicy. Mnóstwo akcji, tempa, strzelaniny, efektów specjalnych i podwiązek! Brzmi jak niedorzeczny fanfic, prawda? A jednak powstał taki film!

Przyznaję się szczerze, że bardzo długo miałem wątpliwości i obawy związane z tą produkcją. Czy coś o tak pokręconej i zmiksowanej fabule ma szansę się do czegoś nadawać? Prawdopodobnie gdyby nie nazwisko reżysera, cenionego przeze mnie Zacka Snydera (którego śledzę z uwagą od znakomitego debiutu w postaci "Dawn of the Dead"), nigdy bym się nie odważył tego obejrzeć. No ale ponieważ był to ostatni film Snydera, jakiego nie znałem, zaryzykowałem. I okazało się to znakomitą rozrywką! Mnóstwo osób zarzuca "Sucker Punch", że jedzie po bandzie w kwestii przedstawiania kobiet na ekranie jako obiektów seksualnych. Ja uważam inaczej: dlaczego tylko zmaskulinizowane heroiny w rodzaju Sigourney Weaver ("Aliens") czy Charlize Theron ("Mad Max: Fury Road") mają prawo biegać z wielkimi spluwami? Co jest złego w tym, że robi to ładna dziewczyna? Trzeba sobie uświadomić, że wszystko w "Sucker Punch" jest wyłącznie kwestią konwencji i pewnego wizualnego przebrania (bardzo podobnego do "Moulin Rouge" - a przecież nikt nie oskarża tego znakomitego musicalu o seksizm). Jeśli nie kupicie takiej formy, to pewnie wyłączycie ten film po kwadransie. Ale jeśli dacie się ponieść zabawie, znajdziecie tu mnóstwo rozrywki! W końcu gdzie indziej bombowce z II wojny światowej walczą ze smokami, a ogromne roboty ze steampunkowymi sterowcami? 

Bohaterki filmu są bardzo dobrze obsadzone w roli współczesnych "Aniołków Charliego", rozwalających setki przeciwników jednym uderzeniem. Aktorki przeszły morderczy trening fizyczny i efekty tego widać na ekranie. Te dziewczyny potrafią walczyć, strzelać, bić się na pięści i są naprawdę niebezpieczne. A że mają jednocześnie wysokie szpilki, pończochy i gorsety? Tym lepiej dla widza! Tylko błagam, nie traktujcie "Sucker Punch" na poważnie! Zanurzcie się w fotelu, dajcie ponieść obrazowi i znakomitej ścieżce dźwiękowej, i cieszcie się frajdą kina! Zack Snyder naprawdę potrafi kręcić filmy. #IBelieveInZackSnyder!

Wniosek: Zadziwiająco dobra popkulturowa mieszanka! Jest frajda z oglądania!


"Sanctuary" ("Sanktuarium")

"Sanctuary" ("Sanktuarium")

O czym to jest: Nieśmiertelna badaczka prowadzi schronienie dla dziwnych stworzeń.

sanktuarium recenzja serialu tapping

Recenzja serialu:

"Sanctuary" stanowi dziwny przykład tego, jak teoretycznie niestrawny serial okazuje się być całkiem przyjemną produkcją science fiction. Oto przepis: bierzemy połowę obsady "Stargate SG-1" i wielu innych seriali SF, dodajemy do tego CGI (większość serialu jest kręcona na greenscrenie), garść mutantów, szczyptę superstworzeń (wampiry, wilkołaki), odrobinę tajnych agencji i kultowych XIX-wiecznych postaci (Kuba Rozpruwacz, Nicola Tesla, Sherlock Holmes, Dr Jekyll/Mr. Hyde), a następnie mieszamy to wszystko i mamy tematykę na cztery sezony serialu. Oto Helen Magnus, czyli dr Carter ze "Stargate SG-1" (tym razem z ciemnymi włosami), zmutowana nieśmiertelna, prowadzi tytułowe Sanktuarium, czyli miejsce schronienia, opieki i badań nad abnormalnymi, a więc wszelkiego rodzaju mutantami, jakie tylko scenarzysta może sobie wyobrazić. Nigdy specjalnie nie przepadałem za tematyką mutantów, a tym bardziej tajnych agencji, ale w tym serialu było coś, co kazało mi go oglądać. Nie wiem czy to znajome mordki obsady, czy też gładki sposób prowadzenia akcji, ale naprawdę nie żałuję. Jak na serial przystało, były odcinki lepsze i gorsze, kilka zupełnie pokręconych (np. odcinek musicalowy, gdzie cała obsada śpiewała, albo bollywoodzki, gdzie tańczyła), ale też parę naprawdę mocnych i świetnych motywów. Moje serce podbił zwampirowany Nicola Tesla, którego pojawienie się na ekranie zwiastowało, że nadciąga świetny odcinek. Co za pomysły! A jak jeszcze dołożyli do tego całą podziemną cywilizację mieszkającą pod skorupą planety (patrz teoria tzw. Hollow Earth), to już nastąpiła prawdziwa jazda bez trzymanki.

Oddaję hołd Amandzie Tapping, która zrobiła wyjątkowo trudną rzecz - pozbyła się twarzy dr Carter, na którą pracowała przecież przez ponad 10 lat. Jako Helen Magnus ma wprawdzie tą samą manierę aktorską, ale mimo to jest naprawdę dobra, wiarygodna i powiem szczerze, że wolę ją w tej roli. Nicola Tesla to samograj, podobnie jak fantastyczny Christopher Heyerdahl w podwójnej roli Wielkiej Stopy i Johna Druitta. Znany z trzecioplanowych rólek science fiction Ryan Robbins w końcu doczekał się porządnej drugoplanowej roli wilkołaka, a mało znana do tej pory Hinduska Agam Darshi całkiem nieźle zagrała łowczynię mutantów. Niestety mamy też minus w osobie głównego bohatera Willa Zimmermana, wyposażonego przez naturę w wielkie wodniste oczy i arogancką aparycję. Nie był to najprzyjemniejszy bohater do oglądania, na szczęście reszta obsady go równoważyła. Druga irytująca mnie postać, czyli córka Helen Magnus, na szczęście zniknęła z obsady po pierwszym sezonie, czym ucieszyła moje serce - nie dość, że zyskaliśmy odświeżenie fabuły, to jeszcze usunęliśmy najbardziej irytującą postać (ach, żeby tak twórcy "Stargate Universe" wpadli na ten sam pomysł z postacią Chloe!).

Niestety irytował mnie nadmiar CGI - ja wiem, że serial został tak pomyślany, by całe otoczenie zrobić mu cyfrowo, ale mimo wszystko wolałbym, żeby Sanktuarium było prawdziwym planem zdjęciowym z drewna i farby, a nie tylko pikselami. Efekty czasem wołały o pomstę do nieba, ale na szczęście nie zawsze. Co ważne, "Sanctuary" posiada też ogromną przewagę nad wieloma podobnymi produkcjami - ma prawdziwe, satysfakcjonujące zakończenie! A to, jak wiemy w erze dzisiejszej telewizji, nie zawsze następuje.

Wniosek: Dobre. Tylko trzeba łyknąć konwencję.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger