Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komunizm. Pokaż wszystkie posty
"Najmro. Kocha, Kradnie, Szanuje"

"Najmro. Kocha, Kradnie, Szanuje"

O czym to jest: Oparta na faktach (mniej więcej) historia najsłynniejszego złodzieja samochodów w PRL.

najmro film ogrodnik gierszał więckiewicz

Recenzja filmu:

Co ja poradzę - nie jestem zwolennikiem polskiego kina, jak już wspominałem wielokrotnie przy innych okazjach. W rodzimych produkcjach mierżą mnie takie rzeczy jak kiepskie aktorstwo, beznadziejne udźwiękowienie, miałkość fabuły i dialogów, a także uboga scenografia. Na szczęście co jakiś czas pojawia się film, który odrzuca rodzime ograniczenia i może stawać w szranki ze światowymi hitami prosto z Hollywood. Po trailerze "Najmro" miałem nadzieję na właśnie taki przypadek. Finalnie niestety czekało mnie trochę rozczarowań.

Nie jest wprawdzie bardzo źle, ale mogło być lepiej. Liczyłem na rzutki komediodramat o policjantach i złodziejach rodem z PRL. Brawura, pościgi, groteska... a wszystko to w dynamicznym, lekkim wydaniu i to opartym na faktach. I widać że twórcy próbowali podążać tą drogą, ale niestety nie oparli się pokusie dorzucenia klasycznych polskich traum - w tym wypadku narodzin polskiej gangsterki z lat 90. (mafia pruszkowska, wołomińska i tego typu klimaty), traum transformacji z PRL na III RP oraz naszego narodowego sportu jakim jest walka z alkoholizmem. To wszystko prawdziwe i ważne kwestie, ale czy należało je poruszać właśnie teraz i w takim filmie, który miał być lekką rozrywką? Mam spore wątpliwości. I to właśnie ten dualizm powoduje, że "Najmro" wydaje się być kinem niestrawnym, w którym lekka warstwa jest ściągana w dół przez typowe polskie traumy.

Na szczęście to co dobre w filmie broni się całkiem nieźle: przede wszystkim aktorstwo. Dawid Ogrodnik w głównej roli jest bardzo przekonywujący i brawurowy na tyle, na ile pozwalał mu scenariusz (bo dialogi, niestety, do najlepszych nie należą). Ścigający go policjant - Robert Więckiewicz - to jak zwykle ekstraklasa i najlepsza postać filmu. Zresztą nie ma chyba produkcji w której Więckiewicz jest kiepski, prawda? Reszta aktorów (Zawierucha, Wągrocka, Gierszał) poprawna. Broni się też scenografia, a ja jako wychowany na polonezach chłopak patrzyłem na te pojazdy z pewną dozą sentymentu. 

Podsumowując: mógł być hit, a wyszło tak sobie. Źle nie jest, ale żal potencjału - bo ilu było na świecie takich bandytów jak Zdzisław Najmrodzki, który (i to jest fakt) uciekł policjantom aż 29 razy? Może w przyszłości, gdy ktoś znów sięgnie po niego w kinie, wyjdzie lepiej?

Wniosek: Nie było tragicznie, ale liczyłem na o wiele więcej.


"Chernobyl" ("Czarnobyl")

"Chernobyl" ("Czarnobyl")

O czym to jest: Prawdziwa historia katastrofy w Czarnobylu.

czarnobyl miniserial HBO recenzja jared harris

Recenzja miniserialu:

Gdy tylko usłyszałem, że HBO zabiera się za ekranizację katastrofy czarnobylskiej, nie musiałem nawet oglądać trailera. Wiedziałem że jest to coś, co chcę i muszę zobaczyć. Po pierwsze dlatego, że produkcje telewizyjne od HBO prezentują prawdopodobnie najwyższy na świecie poziom jakości. A po drugie – tematyka! Czarnobylem i wszystkim co z nim związane interesuję się od lat. Nie pamiętam tego (gdy katastrofa się zdarzyła miałem pół roku), ale ponoć moi rodzice jako pracownicy naukowi mieli dostęp do jodu i dystrybuowali go po całej wsi, w której mieszkamy. Pamiętam też, że ojciec jeszcze przez kolejne lata sprawdzał te rzeczy, które były w ogrodzie w maju 1986 roku, za pomocą licznika Geigera… 

Pewnie dlatego, że mam sporo wiedzy o wszystkich wadach i zaletach energetyki jądrowej, jestem jej ogromnym zwolennikiem. Nie licząc energii geotermalnej, wiatrowej i słonecznej to aktualnie najczystsze i najbardziej efektywne źródło prądu, bez którego nie byłoby cywilizacji. Tylko czy bezpieczne? Przykład katastrofy w Fukushimie pokazuje, że niestety wszystkiego nie da się przewidzieć. Ale już taka historia jak w Czarnobylu zapewne by się nie wydarzyła, gdyby nie miała miejsca w nakręcanym spiralą kłamstw i niekompetencji Związku Radzieckim u kresu swej potęgi. 

Sami twórcy „Czarnobyla” mówili, że serial opowiada nie o energetyce jądrowej jako takiej, a o cenie kłamstw. Cenie którą niestety zapłaciły prawdopodobnie tysiące osób (liczby poszkodowanych nigdy nie uda się ustalić), a jej efekty widać do dzisiaj. Pod tym względem produkcja HBO robi piorunujące wrażenie! Dawno nie oglądałem tak szczerej, przerażająco prawdziwej historii, w której nie trzeba było nawet specjalnie naciągać faktów. Postacie, wydarzenia, okoliczności – wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Główny bohater „Czarnobyla”, profesor Legasow istniał naprawdę i faktycznie odegrał niebagatelną rolę w ratowaniu świata. Tu dodam, że Jared Harris wcielający się w jego rolę zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie, że jeśli nie dostanie za to Nagrody Emmy oficjalnie ogłoszę bojkot (zachwyconym jego kreacją polecam również serial „The Terror” w podobnym klimacie). Równie wybitny był Stellan Skarsgård jako minister Szczerbina, tępy partyjny aparatczyk który musiał dorosnąć do roli prawdziwego męża stanu. O wspaniałych postaciach drugoplanowych (Paul Ritter jako Diatłow!!!) mógłbym napisać osobny artykuł, więc to może kiedy indziej. Uwierzcie mi gdy mówię, że nie da się zagrać lepiej w miniserialu, niż zrobiła to ekipa „Czarnobyla”

Muszę też wspomnieć o scenografii, która przekroczyła pewną granicę. To nawet nie jest tak, że mieliśmy do czynienia z idealnym odwzorowaniem sowieckich realiów roku 1986. To już na nikim nie robi wrażenia. „Czarnobyl” zatarł granicę między scenografią a rzeczywistością. Spora w tym zasługa kręcenia scen w prawdziwych postsowieckich blokowiskach, ale to oczywiście nie wszystko. Gadżety, fryzury, makijaż… Stawiam tezę, że również nie da się tego zrobić lepiej niż w „Czarnobylu”

Ten miniserial pokazuje jasno co się dzieje z ludźmi, gdy opęta ich ideologia i zmusi do posłuszeństwa machiną strachu i donosicielstwa. Z powodzeniem czynią to niestety współczesne rządy populistów w Polsce i na całym świecie. Szczęście w nieszczęściu że nie mamy elektrowni jądrowej – wyobrażacie sobie „dobrą zmianę” z misiewiczami jako nowymi Diatłowami? Bo ja niestety tak… Może obejrzenie „Czarnobyla” otworzy choć kilka umysłów i da im do zrozumienia, że z pewnymi rzeczami po prostu nie wolno igrać. Inaczej czeka nas marny los.

Wniosek: Poruszające, wstrząsające i prawdziwe.


"7 Days in Entebbe" ("Siedem Dni")

"7 Days in Entebbe" ("Siedem Dni")

O czym to jest: Terroryści porywają samolot z Izraelczykami i uprowadzają go do Ugandy.

7 dni film recenzja daniel bruhl

Recenzja filmu:

Dwie produkcje o terroryzmie lat 70. pod rząd okazały się dla mnie niewystarczające, więc sięgnąłem po trzecią. Ponownie jest to prawdziwa historia i raz jeszcze z wątkami arabsko-islamskimi w tle, ale dla odmiany zamiast ataku na ambasadę doszło w niej do porwania samolotu. Ale terroryści nie przewidzieli jednego: porywając samolot pełen Izraelczyków trzeba się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Bo jedno trzeba Żydom przyznać - potrafią dbać o swoich!

A oto fakty. W 1976 roku czworo terrorystów (dwoje niemieckich komunistów oraz dwóch Palestyńczyków) porwało samolot Air France lecący do Izraela. Maszynę i pasażerów uprowadzono do Entebbe w Ugandzie, gdzie królował ówczesny największy świr spośród dyktatorów, Idi Amin (zainteresowanym polecam film "Ostatni Król Szkocji" na jego temat). Rozpoczęto negocjacje - zakładników miano wymienić na innych terrorystów trzymanych w izraelskich i europejskich więzieniach. Jednak Żydzi wiedzieli, że nie mogą iść na ustępstwa, bo to zachęciłoby innych bandytów to powtarzania takich porwań w przyszłości. Ale nie mogli też zostawić swoich obywateli na pewną śmierć w kraju rządzonym przez szaleńca. Przygotowali więc i przeprowadzili prawdopodobnie najbardziej spektakularną akcję ratunkową w historii, która nie miała i nie ma sobie równych po dziś dzień!

Oto, w wielkim skrócie, fabuła filmu "7 Days in Entebbe" (zwanym również po prostu "Entebbe"). Czy komandosom udało się uratować wszystkich zakładników? Jak doszło do przeprowadzenia całej operacji? Jakie były motywacje terrorystów? O tym wszystkim musicie przekonać się sami. Warto poznać tą opowieść, choć obawiam się, że mogła być o wiele lepiej nakręcona. Ze smutkiem stwierdzam, że "Entebbe" jest po prostu... nudną produkcją. Głównym bohaterem uczyniono Daniela Brühla w roli jednego z terrorystów. I choć lubię tego sympatycznego niemieckiego aktora, to jednak taka konstrukcja fabuły do mnie nie przemówiła. Wolałbym, by film nakręcono bardziej jak "6 Days", czyli z punktu widzenia komandosów - zwłaszcza że tematyka aż się sama prosiła. Niestety aspekt militarny zepchnięto na drugi plan. Zamiast tego scenarzyści postawili na psychologię (wiwisekcję umysłów terrorystów) oraz politykę (zakulisowe przepychanki w zaciszach ministerialnych gabinetów). Gdzieś w tym wszystkim zgubił się sens kręcenia tego filmu, czyli prawdziwa historia o brawurowym ratunku przeprowadzonym przez rząd, który żadnego obywatela nie pozostawia bez pomocy. I to mój największy zarzut!

Oczywiście jakość filmu - pod względem technicznym - jest świetna, podobnie świetni są aktorzy. Szkoda jednak, że nie pokazano dalszych konsekwencji izraelskiego rajdu, czyli tego co zrobił Idi Amin swoim obywatelom już po całej operacji. Ale tak to jest, gdy ktoś za bardzo skupia się na szczegółach kosztem ogółu. Liczę na to, że kiedyś powstanie jeszcze jeden, lepszy film o tych wydarzeniach!

Wniosek: Niestety przeciętne. Powinno być o wiele lepsze.


"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

O czym to jest: Niema sprzątaczka zakochuje się w wodnym stworze więzionym przez naukowców.

kształt wody film recenzja oscary 2018 plakat

Recenzja filmu:

Guillermo del Toro jest przereklamowany. To oczywiście moja prywatna opinia, bo jestem w stanie uwierzyć, że wielu widzów daje się uwieść kolorowym, fantastycznym światom jakie tworzy na ekranie. Niestety ja prócz pięknych obrazków potrzebuję czegoś więcej. Dlatego nie uwiódł mnie "Crimson Peak" czy "Pacific Rim". I dlatego - mimo ogromnych plusów - daleki jestem od zgodzenia się z Amerykańską Akademią Filmową, że "Kształt Wody" jest najlepszym filmem 2017 roku.

Fabularnie to klasyczna bajka, ze wszystkimi plusami i wadami tego gatunku. Zaletą jest urok pięknej historii o szlachetnej niemej sprzątaczce, która zakochuje się w równie szlachetnym, wodnym stworze. Obydwoje są życiowo umęczeni - ona przez swoją niepełnosprawność, która stawia ją poza nawiasem społeczeństwa, a on przez okrutnych naukowców, którzy w sercu Zimnej Wojny planują pokroić go na stole sekcyjnym, by w kosmicznym wyścigu zyskać przewagę nad Sowietami. Wspólnie odnajdą siebie nawzajem, dając wyraz prawdziwej miłości ponad podziałami. Czy taka fabuła czyni "Kształt Wody" dziełem oryginalnym? Niestety wręcz przeciwnie - i tu dochodzimy do największej wady baśni, czyli przewidywalności. Role w fabule są od początku precyzyjnie rozpisane - wiadomo kto jest dobry, kto jest zły, a kto stoi na rozdrożu tylko po to, by finalnie wznieść się ponad własne słabości i postąpić właściwie. Obawiam się, że takich historii widziałem już dziesiątki. Mało tego, jeśli porównamy "Kształt Wody" do podobnych mu produkcji, to uważam że chociażby niedoceniana "Kobieta w Błękitnej Wodzie" była o wiele bardziej oryginalna i zaskakująca.

Nie pozwólmy jednak, by powyższe minusy przesłoniły ogromny plus, jakim jest warstwa wizualna. "Kształt Wody" to prawdziwa uczta dla oka. Scenografia, będąca miksem stylistyki lat 60. i art déco, obezwładnia bogactwem, kolorami i przywiązaniem do detali. Obsada aktorska wznosi się na wyżyny doskonałości, przy czym palmę pierwszeństwa dzierżą wybitna Sally Hawkins w głównej roli oraz wspaniały Michael Shannon jako czarny charakter (prawdziwy potwór tej opowieści). Shannon ma wprawdzie niezbyt sympatyczną aparycję, ale starczy wspomnieć jego popis w "Midnight Special" by zrozumieć, że granie pozytywnych postaci przychodzi mu tak samo łatwo. I to jest oznaka prawdziwego talentu!

Gdyby "Kształt Wody" dostał nagrody za scenografię, reżyserię (jest mistrzowska), montaż, muzykę, zdjęcia, charakteryzację... Nie miałbym nic przeciwko. Ale Oscar dla najlepszego filmu? Chyba jednak nie tym razem.

Wniosek: Ładna bajka, ale niestety mało oryginalna w treści.


"Atomic Blonde"

"Atomic Blonde"

O czym to jest: Tajna agentka poluje na listę szpiegów w podzielonym Berlinie.

atomic blonde film charlize theron james mcavoy

Recenzja filmu:

Nie przepadam za kinem szpiegowskim, to żadna tajemnica. Ale przepadam za dobrym mordobiciem, strzelanką i wartkim, dobrze nakręconym kinem akcji. Przykładowo nie lubię za bardzo "Bourne'ów" z Mattem Damonem, ale takie "Dziedzictwo Bourne'a" - przez wielu odsądzane od czci i wiary - naprawdę doceniam. "Atomic Blonde" jest czasem nazywany "Jane Wick", na cześć kultowego "Johna Wicka" rzecz jasna - nic w tym dziwnego, bo za produkcję obydwu filmów odpowiadają albo ci sami, albo zakolegowani ze sobą ludzie. Niestety Charlize Theron to nie Keanu Reeves, a agentka Broughton to nie płatny zabójca Wick.

Od razu zaznaczam, że nie mam nic do Charlize Theron. Uwielbiam ją! To obok Tildy Swinton najbardziej plastyczna aktorka Hollywood, którą za pomocą makijażu i fryzury można albo mega wylaszczyć, albo turbo zbrzydzić. Przy okazji to również świetna aktorka, laureatka Oscara, która w graną postać wkłada całe serce. I widać to było w "Atomic Blonde" - Theron podczas produkcji przeszła przez morderczy trening walki, co przypłaciła zresztą kilkoma wybitymi zębami. Jej grze aktorskiej nie mam nic do zarzucenia. Podobnie wypada mi pochwalić całą plejadę świetnych postaci drugoplanowych - mojego ukochanego Jamesa McAvoya (rzecz jasna), moją ulubienicę Sofię Boutellę oraz niezwykle szczupłego, kultowego Johna Goodmana. Każdy z nich stanął na wysokości zadania.

Drugą zaletą "Atomic Blonde" jest scenografia w klimacie zachodnioniemieckiego pop-artu lat 80. Neony (dużo neonów!), blond peruki, białe lateksowe stroje, bezkarny konsumpcjonizm i dekadencja w cieniu żelaznej kurtyny - starsi z Was dobrze wiedzą, jak było postrzegane RFN w tamtym okresie. Kręcenie filmu w Berlinie oraz Budapeszcie przyniosło zamierzony efekt. RFN, NRD, mur berliński, Stazi, MI6 i KGB - wszystkie pionki są na swoim miejscu i prezentują się świetnie. Z tej układanki naprawdę dałoby się złożyć coś kultowego, porywającego i na swój sposób odkrywczego. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Niestety nigdy się tego nie dowiemy, bowiem twórcy filmu najwyraźniej zgubili gdzieś kartki ze scenariuszem (bo nie wierzę, że Kurt Johnstad - człowiek, który napisał dwie części "300" - mógł popełnić coś takiego). Chaos w fabule "Atomic Blonde" jest tak porażający, że przynosi niemalże fizyczny ból. Przez bite dwie godziny filmu bohaterowie snują się po ekranie w poszukiwaniu tajemniczej listy szpiegów, która ma moc odwrócenia losów Zimnej Wojny. Kto ją sporządził i po co, to już pozostaje zagadką - tak samo zagadkowe jest jej znaczenie, skoro wszędzie dookoła komunizm wali się w gruzy, a upadek muru to nawet nie kwestia miesięcy, a godzin. Po co w takich realiach szpiedzy różnorakich mocarstw zabijali się nawzajem i ryzykowali życiem, przekraczając granicę? Nie lepiej było nalać sobie kieliszka wódki i zwyczajnie poczekać...?

Scenariusz "Atomic Blonde" był tak dziurawy jak budżet ZSRR pod koniec lat 80. Naprawdę się starałem, ale nie byłem w stanie stwierdzić kto tu był zdrajcą, kto wrogiem, a kto przyjacielem i o co w tym wszystkim chodziło. A zresztą, mówiąc szczerze, nie bardzo mnie to obchodziło. Co najgorsze "Atomic Blonde" to film zwyczajnie nudny! Zachwalane wszem i wobec kilkunastominutowe mordobicie na jednym ujęciu bez cięć (wliczając w to pościg samochodowy) jest bez wątpienia ciekawe pod względem technicznym, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Jak na film akcji "Atomic Blonde" jest niepokojąco pozbawiona tempa - obawiam się nawet, że wszystko co interesujące widzowie mogli wcześniej zobaczyć w trailerze. Doceniam wprawdzie realizm scen walki (Theron po bijatyce z wielkimi facetami wygląda przynajmniej tak, jak ktoś na jej miejscu wyglądałby w rzeczywistości), ale to za mało. I jeszcze te sceny liryczne, wątek lesbijski... Czy ogólnoświatowa szydera z Keanu Reevesa rozpaczającego nad psem w "Johnie Wicku" nikogo niczego nie nauczyła?

Dałbym jednego chomika w ocenie, ale podwyższam o jeden stopień ze względu na scenografię i aktorstwo. Niestety mimo to "Atomic Blonde" to film co najwyżej mierny. Nie polecam.

Wniosek: Źle napisane, nieporywające i zwyczajnie nudne.


"The Hundred-Year-Old Man Who Climbed Out the Window and Disappeared" ("Stulatek, Który Wyskoczył Przez Okno i Zniknął")

"The Hundred-Year-Old Man Who Climbed Out the Window and Disappeared" ("Stulatek, Który Wyskoczył Przez Okno i Zniknął")

O czym to jest: Szwedzki stulatek kradnie gangsterom walizkę pełną gotówki.

stulatek który wyskoczył przez okno i zniknął film recenzja

Recenzja filmu:

Szwedzki film "Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann" reklamowany był jako europejska odpowiedź na "Forresta Gumpa". I, jak to zwykle bywa, gdy coś jest reklamowane jako podróbka oryginału, jest od niego gorsze. Co wcale nie oznacza, że jest to film zły. Jest niezły. Ale szwedzki.

Szwedzkość filmu stanowi o jego egzotyce, co z całą pewnością dodaje mu też smaczku. Ale jednocześnie zderza nas ze stosunkowo mało znaną mentalnością i kulturą Szwedów (zabawny fakt - dzięki Hollywood znamy Amerykanów lepiej niż Szwedów, mimo że ci drudzy są ledwie parę godzin rejsu promem od nas). Niemniej jeśli lubicie miejscami czarny i zdecydowanie absurdalny humor w stylu komedii pomyłek, to ten film jest dla was - choć przyznaję, nie jest pozbawiony wad. To ekranizacja bardzo popularnej książki o tym samym tytule i jak to często bywa, książka jest niestety o wiele lepsza. Film (z racji braku miejsca) pomija bardzo dużo wątków z przygód Allana Karlssona, m.in. wyprawę do Chin, przejście przez Himalaje, uwięzienie w Iranie, Koreę Północną oraz życie na wyspie Bali. Porządnie przedstawiono w zasadzie tylko wojnę domową w Hiszpanii i gułag we Władywostoku. Mam wrażenie, że przydałby się do tej historii sprawniejszy scenarzysta, bo w dwóch godzinach czasu ekranowego dało się zmieścić znacznie więcej treści.

Mam też zastrzeżenia co do przedstawienia przygód stuletniego Karrlsona, uciekającego z domu opieki. Cieszę się, że z jego drużyny zostały wszystkie postacie prócz jednej (no i psa), ale reżyserowi zabrakło na nie pomysłu. Nawet Gunilla, która powinna być samograjem, ginie gdzieś na trzecim planie. Tak naprawdę z towarzyszy Allana broni się tylko Julius, a kto czytał książkę ten wie, że z innych postaci też dałoby się coś wyciągnąć. Dobrze, że przynajmniej Herbert jest na poziomie! Niestety "Stulatek" jako film jest nieco pozbawiony dynamiki i gdyby nie świetny pomysł na fabułę, ciężko byłoby skupić na nim uwagę przez bite dwie godziny.

Trudno coś więcej napisać o tym filmie, by nie popsuć wam radości oglądania. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że miło jest spotkać dosyć lekkie, ale wcale niebanalne kino europejskie. Jednak sporo mu brakuje, by można go nazwać kinem światowym. Niemniej polecam wszystkim na spokojne, relaksacyjne wieczory. 

Wniosek: Dobre, choć miejscami dziwaczne. Bo szwedzkie.


"Captain Fantastic"

"Captain Fantastic"

O czym to jest: Rodzina hipisów mieszkająca w lesie musi się zmierzyć z prawdziwym światem.

captain fantastic recenzja filmu mortensen

Recenzja filmu:

Bardzo się cieszę, że Viggo Mortensen dostał za ten film nominację do Oscara, bo inaczej chyba nigdy nie doczekałbym się go w polskim kinie! A byłaby to straszna szkoda, bo to jeden z najlepszych filmów, jakie ostatnio widziałem. Jest bardzo mądry, piękny, wzruszający i skłaniający do przemyśleń. Porusza wiele czułych stron mojej duszy i uwierzcie mi, że robi to wyjątkowo umiejętnie!

Tytuł "Captain Fantastic" mógłby sugerować kolejną wysokobudżetową produkcję o superbohaterach. Nic bardziej mylnego. Głównym bohaterem jest Ben, podstarzały hipis, który wraz z żoną wychowuje szóstkę dzieci w środku lasu. Rodzina wzięła sobie do serca marksistowskie i komunistyczne ideologie, tworząc coś w rodzaju utopii, gdzie wszyscy są równi, spory rozwiązuje się poprzez dyskusję, a wieczory spędza się dyskutując o astrofizyce i lewicowych teoriach społecznych. Brzmi jak raj dla każdego alterglobalisty i anarchisty. Na szczęście twórcom udało się zachować zdrowy rozsądek - z jednej strony widzimy pochwałę uczciwego życia na łonie natury i rozwijania dzieci, zarówno fizycznie jak i intelektualnie, z drugiej jednak musimy się zmierzyć z poważnymi pytaniami. Jak daleko mogą się posunąć rodzice, zaszczepiając dzieciom własne poglądy? Czy trzymanie ich w separacji do świata nie jest innym rodzajem więzienia? Czy faktycznie kilkuletnie dzieci powinny się szkolić na marksistowskich partyzantów, zamiast dojrzewać w swoim tempie? "Captain Fantastic" nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi, sugerując że prawda może leżeć gdzieś pośrodku. Nie bez powodu prawdziwy komunizm jest utopią - zauważcie, że gdziekolwiek próbowano go stosować, szybko zamieniał się w system totalitarnej opresji. Główny bohater filmu jest właśnie takim komunistycznym dyktatorem - z jednej strony wspaniałym ojcem, mądrym nauczycielem i odważnym opiekunem, z drugiej zaś tyranem, realizującym wychowanie dzieci zgodnie z akapitami czerwonej książeczki. Pytanie tylko, czy jego utopia przetrwa nieuchronne zderzenie z rzeczywistością?

Viggo Mortensen zagrał znakomicie, choć był bardzo podobny do swojej roli np. w apokaliptycznym "The Road". Prawdziwymi gwiazdami filmu jest jednak szósta młodych aktorów, grających jego dzieci. Każdy rodzic mógłby marzyć o takich latoroślach! I to jest właśnie klucz całej opowieści. "Captain Fantastic" uczy widza, że przy odrobinie wysiłku włożonego w kreatywne wychowanie naszych pociech, możemy osiągnąć prawdziwe cuda. I niekoniecznie musimy do tego mieszkać w lesie i polować z nożem na jelenie. 

Wniosek: Doskonały film. Bawi, uczy i wzrusza.


"Hail, Caesar!" ("Ave, Cezar!")

"Hail, Caesar!" ("Ave, Cezar!")

O czym to jest: Los Angeles, lata 50. Nieznani sprawcy porywają hollywoodzką gwiazdę.

ave cezar film recenzja coen clooney brolin johannson tatum

Recenzja filmu:

Wiedziałem, że bracia Coen mnie nie rozczarują. Dopiero od niedawna zgłębiam ich twórczość, ale już się zdążyłem nauczyć, że za każdym razem, gdy oglądam ich produkcję, dostaję coś zupełnie niespodziewanego. "Hail, Caesar!", wnioskując po trailerze, obiecywał lekko absurdalną komedię, osadzoną w epoce Złotej Ery Hollywood (czyli epoce śpiewających kowbojów w tandetnych westernach, musicali ze stepowaniem, a także wielkich widowisk historycznych klasy "Ben-Hur"). Tymczasem dostaliśmy głęboko frapującą historię z kluczem, którą trudno w pełni zrozumieć po jednym seansie.

Nie dziwię się, że ludzie wychodzili z kina w trakcie filmu - "Hail, Caesar!" jest naprawdę trudny w odbiorze dla przeciętnego widza. Niemniej, jak to u braci Coen bywa, trzeba wytrzymać do ostatniej sceny, aby zrozumieć, co się właściwie obejrzało. Na pierwszy rzut oka to faktycznie komedia: Eddie Mannix, producent wielkiej wytwórni filmowej, próbuje uratować wysokobudżetowe widowisko po tym, jak główny aktor zostaje porwany. W tle mamy komunistyczny spisek (w końcu to lata 50.), kapryśne gwiazdy-beztalencia, wielkie pieniądze, a także tropiące Mannixa żądne sensacji dziennikarki-bliźniaczki. Pod tym względem "Hail, Caesar!" to w pewien sposób parodia "Ben-Hura", a konkretniej okoliczności powstawania filmów tego typu. Ale to nie jest klucz. Aby w pełni zrozumieć ten film, musicie w nim zobaczyć historię o Jezusie. I nie żartuję - są ku temu bardzo wyraźne przesłanki, zostawione przez Coenów jak okruszki znaczące drogę w gęstym lesie. Fantastyczny Josh Brolin, grający Mannixa, prowadzi nas niczym Chrystus, będąc jedynym sprawiedliwym w świecie grzeszników. Bez trudu odnajdziecie tu także alegorie Szatana, Marii Magdaleny, św. Jana, Judasza czy nawet Annasza i Kajfasza. To niesamowite, ale Coenom udało się tak sprytnie zamaskować przesłanie, że widz musi się nieźle nagłowić, by je odkryć w pełni!

Aktorsko "Hail, Caesar!" to prawdziwa wirtuozeria. Josh Brolin deklasuje większość obsady, może za wyjątkiem George'a Clonneya, który parodiuje tu sam siebie jako etatowego przystojniaka Hollywood. Ale to nie koniec zachwytów: wyborna Tilda Swinton w świetnej bliźniaczej roli, głupawa i wulgarna Scarlett Johansson, rozśmieszający do łez Ralph Fiennes (uwielbiam go od czasów "Grand Budapest Hotel"), solidny Channing Tatum (mówiłem, żeby trzymał się z dala od kina rozrywkowego!), a nawet kultowi Christopher Lambert i Robert Picardo! O mamo, prawdziwy aktorski zawrót głowy, godny prawdziwych arcydzieł!

Niemniej uprzedzam: jeśli chcecie obejrzeć ten film "do pośmiania", to lepiej wybierzcie coś innego. "Hail, Caesar!", mimo że jest komedią, to wcale nie jest śmieszny (a przynajmniej nie w takim potocznym rozumieniu). To głębokie, mądre kino, które niesie własny przekaz i daje nam dużo do myślenia. Jednocześnie to też znakomita rozrywka intelektualna, zmuszająca widza do refleksji. Na pewno będę musiał do tego wrócić.

Wniosek: Film trudny w odbiorze, ale o wysokiej wartości artystycznej.


"Bridge of Spies" ("Most Szpiegów")

"Bridge of Spies" ("Most Szpiegów")

O czym to jest: Amerykański adwokat pośredniczy w wymianie szpiegów w podzielonym Berlinie.

most szpiegów film recenzja plakat tom hanks steven spielberg

Recenzja filmu:

Widzieliście jakikolwiek film Spielberga? Mogę się założyć, że tak. Większość z dzieł tego najsłynniejszego amerykańskiego reżysera jest niestety do siebie bardzo podobna. Nie oznacza to, że są złe... tylko po prostu w oczach wprawnego widza mają identyczną formę. Tak też jest w przypadku "Mostu Szpiegów", którym niczym mnie nie zaskoczył, ale też nie rozczarował. Bądź co bądź Spielberg to porządna marka. Zatem sprawdźmy, czy film spełnia podstawowe zasady spielbergowej rozrywki:

1) Tom Hanks: obecny. Od dawna wiadomo, że panowie prywatnie bardzo się przyjaźnią, a Hanks bardzo często występuje w jego produkcjach. Oczywiście w każdej roli od czasów "Forresta Gumpa" Hanks jest identyczny, więc równie dobrze grane przez niego postacie mogłyby się nazywać Tom Hanks. Gwarantuję, że nie byłoby żadnej różnicy.
2) Melancholijne zdjęcia Janusza Kamińskiego: obecne. Drugim kumplem Spielberga jest polski operator, który (niestety) od czasów "Szeregowca Ryana" przestał eksperymentować z formą i po prostu robi solidną pracę kamerą. Sam nie wiem, czy to dobrze, bo przez to czuję się jakbym oglądał kolejny odcinek serialu. Odnoszę czasem wrażenie, że Kamiński najchętniej nie wychodziłby z sali sądowej, kręcąc wyłącznie mowy prawników z każdego możliwego kąta.
3) Nastrojowa muzyka na wzór melodii US Army: obecna. Te ciche trąbki grane na smutną nutę znacie z filmów, w których występują sceny pogrzebów amerykańskich wojaków. Spielberg bardzo lubi takie klimaty. Dodają jego produkcjom dostojności. Szkoda tylko, że są wtórne.
4) Kult amerykańskich wartości: obecny. Cóż, Steven Spielberg to druga strona tego samego medalu co Michael Bay. O ile Bay nachalnie pokazuje gwiaździsty sztandar na tle wielkich eksplozji, to Spielberg robi to bardziej subtelnie, choć w rzeczywistości chodzi o to samo. Oto wielka propagandowa pochwała najwspanialszego kraju świata, gdzie sprawiedliwość zawsze triumfuje, Konstytucja to rzecz święta, a zwykły Tom Hanks zdolny jest do wielkich czynów. God bless America.

Uwodniliśmy więc, że "Bridge of Spies" to typowy, solidny kawałek amerykańskiego kina. Szczęśliwie ogląda się to dobrze. Akcji jak zwykle jest jak na lekarstwo, ale też jej nie brakuje, bo cały film opiera się na dobrej kreacji Hanksa, równym tempie i porządnym wykonaniu. Zdjęcia Berlina z czasów stawiania Muru Berlińskiego robią wrażenie na polskiej widowni, zwłaszcza że w dużej części kręcono je we Wrocławiu. Znakomita jest również kreacja Marka Rylance'a jako radzieckiego szpiega - przepełnionego stoickim, wręcz psychopatycznym spokojem. Zdecydowanie wolę taką kreację szpiega od dowolnego Jamesa Bonda czy Ethana Hunta z "Mission Impossible"

Jeśli szukacie solidnego, dobrego filmu na wieczór, to "Bridge of Spies" nadaje się w sam raz. Szkoda tylko, że nie ma w tej produkcji nic nowatorskiego. Ale z drugiej strony, gdyby wszyscy szli w awangardzie, to kto wykonywałby filmową pracę u podstaw?

Wniosek: Typowy, porządny Spielberg. Jak zawsze dobrze się ogląda.


"Stalker"

"Stalker"

O czym to jest: W środku ZSRR pojawia się tajemnicza Zona, z której nikt nie wraca.

stalker film recenzja ZSRR plakat tarkovsky

Recenzja filmu:

Nie wiem czy czytaliście "Piknik na Skraju Drogi", książkę-arcydzieło braci Strugackich, ale jeśli nie, natychmiast nadróbcie to niedopatrzenie. Czytałem w swoim życiu setki pozycji z gatunku science fiction oraz fantasy i szczerze powiem, że "Piknik" to moja ulubiona książka ze wszystkich, jakie znam. Jest po prostu najlepsza. Krótka, celna, ale waląca po głowie 16-tonowym odważnikiem. Nie da się jej zapomnieć.

Długo zwlekałem z obejrzeniem ekranizacji, zatytułowanej "Stalker". Bałem się rozczarowania. Zwłaszcza, że jest to film radziecki z 1979 roku, a wiadomo jak wtedy w Kraju Rad kręcono filmy. I faktycznie, nie jest to dosłowna ekranizacja (choćby dlatego, że akcja książki ma miejsce w Kanadzie, a nie ZSRR), ale oprócz tego wszystko się zgadza. Klimat, tempo narracji, absolutna psychodela i te lokacje! Mój Boże, lokacje!!! Gwarantuję wam, że nie widzieliście drugiego tak wspaniałego filmu ze scenografią postapokaliptyczną. A to dlatego, że nie trzeba jej było budować - ona naprawdę istniała. Zdjęcia do filmu realizowano w zrujnowanej hydroelektrowni w Estonii - opuszczonej, zarośniętej, zatrutej i zniszczonej. Poziom skażenia był tak wysoki, że wielu członków ekipy, w tym reżyser, zmarło w późniejszych latach prawdopodobnie z powodu kontaktu z chemikaliami. Żaden scenograf nie byłby w stanie odtworzyć takiego klimatu, i to z prawie zerowym wykorzystaniem efektów specjalnych! Po prostu absolutna kultowość w każdym calu!

Akcja filmu jest bardzo wolna, pełna metafizyki i nasiąknięta filozoficznymi dysputami na temat istoty życia i człowieczeństwa. Nasi bohaterowie - tytułowy Stalker i jego dwaj klienci, Profesor i Pisarz, stanowią różne wersje człowieka radzieckiego, zmielonego i obdartego z godności przez totalitarny system. Nic nie jest tu powiedziane wprost, wszystkie analogie i metafory widz znajduje sam. I to jest piękne, ponieważ każdy znajdzie tu coś innego. Ja znalazłem przerażającą, dziką wizję obcej ziemi, opuszczonej przez człowieka, pięknej i śmiertelnie niebezpiecznej, ale wciąż wartej tego, by o nią walczyć.

Jest tu dokładnie tyle science fiction, ile potrzeba. Nawet nie wiem, czy z czystym sumieniem można to nazwać filmem SF, bo raczej nie. "Stalker" jest stopem tego, co najlepsze w kinie przyszłości. I mimo tylu lat na karku nie postarzał się i nie stracił na aktualności. Ani trochę.

P.S. Wbrew powszechnej i błędnej opinii nie jest to film o Czarnobylu. Książkę napisano w 1972 roku, film nakręcono w 1979, a katastrofa wydarzyła się w 1986. 

Wniosek: 100% kultowości. Nie ma drugiego takiego filmu.


"Child 44" ("System")

"Child 44" ("System")

O czym to jest: Oficer bezpieki w czasach głębokiego ZSRR poluje na seryjnego mordercę dzieci.

system plakat recenzja filmu tom hardy

Recenzja filmu:

Tom Hardy ostatnio szturmem bierze kinowy ekran. Jeszcze nie przebrzmiała jego świetna rola Bane'a w "The Dark Knight Rises", a już na ekrany wchodzi "Mad Max: Fury Road" i właśnie "Child 44". Ten film to rzecz niezwykła, bo oto Hollywood zainteresowało się Rosją. I to Rosją czasów głębokiego stalinizmu, wszechobecnego terroru, bezpieki i komunistycznego piekła na ziemi, jakie obecnie istnieje tylko w Korei Północnej. Jaki wyszedł z tego film?

Na pewno oryginalny, bo niewiele powstało takich dzieł w ostatnich latach. Tom Hardy zagrał oficera bezpieki, który jako jedyny sprawiedliwy poluje na seryjnego mordercę dzieci. A ponieważ w ZSRR nie istnieje coś takiego jak morderstwo, a już na pewno nie seryjne (wszak to przypadłość zgniłego kapitalizmu), spotykają go za to różne nieprzyjemności, z represjami włącznie. W roli żony partneruje mu Noomi Rapace (na szczęście zatarła fatalne wrażenie, jakie pozostawiła w mojej głowie po "Prometeuszu"), a także kultowi Gary Oldman i Charles Dance (choć ten ostatni zaliczył jedynie cameo). Obsada całkiem niezła i bez wątpienia stanowi najmocniejszą podporę całego filmu. Hardy'ego ogląda się znakomicie, aż miałbym ochotę obejrzeć więcej filmów o przygodach jego postaci. Noomi Rapace jest niezwykle przekonująca w roli sterroryzowanej żony stalinowskiego pachołka, dla której nie ma żadnego wyjścia ze spirali kłamstwa i strachu. Co ciekawe, wszyscy aktorzy starali się mówić z rosyjskim akcentem, co dodało interesującego smaczku liniom dialogowym. Są tacy, których to pewnie irytowało, ale mi się podobało. Zatem jeśli chodzi o aktorstwo - czapki z głów!

Podobnie doceniam odwzorowanie realiów - czasy stalinowskie są pokazane z bezwzględną dosłownością. Widz (zwłaszcza taki z Europy Wschodniej) natychmiast zrozumie klimat wiecznego strachu, gdzie każdy donosił na każdego, do więzienia i na szafot trafiało się za nic, a jeśli byłeś aresztowany, to byłeś winny. Żony donosiły na mężów, dzieci na rodziców, a nikt (nawet, jeśli należał do "aparatu"), nie znał dnia ani godziny, kiedy pod domem zaparkują czarne wołgi. Przeżycie wydawało się kwestią zwykłego przypadku i właśnie tak w ZSRR wyglądała codzienna rzeczywistość. Cieszę się, że powstał film, który tak dobrze oddał ducha tych ponurych czasów.

Niestety powyższa zaleta filmu jest jednocześnie zabójcza dla fabuły. Nie zapominajmy, że powinien to być kryminał o dzielnym policjancie (no, powiedzmy) tropiącym paskudnego zabójcę. Tymczasem sam wątek kryminalny gdzieś nam się po drodze rozmywa, nie będąc ani specjalnie zajmującym, ani tak naprawdę ciekawym (i jeszcze z marnym finałem). Twórcy "Child 44" poświęcili całą energię na odwzorowanie ducha czasów i dla kryminału po prostu zabrakło im miejsca. A szkoda, bo gdyby to realia były tłem dla kryminału, a nie na odwrót, mogłaby powstać klasyka gatunku. Obawiam się też, że film był za bardzo "literacki". Wiadomo, że wątki w książce prowadzi się inaczej niż w filmie, a tutaj scenariusz bardziej przypominał strony powieści. Mnogość postaci, które snuły się po ekranie bez celu i sensu, nadmierne pogłębianie wątków osobistych i skupianie na dygresjach, zamiast na głównej osi fabuły - oto główne grzechy "Child 44".

Na szczęście oglądało się to dobrze, głównie dzięki panu Hardy'emu. A to, że film został zakazany w Rosji, świadczy wyłącznie na jego korzyść. W końcu to, co nie podoba się Rosjanom z epoki Putina, nie może być złe.

Wniosek: Film ciekawy, ale kryminał marny.


"Ida"

"Ida"

O czym to jest: Młoda zakonnica odkrywa swoje żydowskie korzenie.

ida recenzja filmu agata kulesza

Recenzja filmu:

"Ida" jest typowym polskim filmem. Ponurym. Ciężkim. Pesymistycznym. I jeszcze na dodatek czarno-białym... Na pierwszy rzut oka prezentuje wszystkie wady, które trafnie opisał Inżynier Mamoń w "Rejsie": aktorzy patrzą w prawo, patrzą w lewo, zapalają papierosa, wstają i wychodzą z kadru. Okropne, prawda? Polskie kino pełne jest takich przeintelektualizowanych potworków, z którymi ludzie tacy jak ja często nie chcą mieć nic wspólnego. Ale (i tu uwaga!), mimo że "Ida" doskonale wpasuje się w powyższy schemat, jest filmem rewelacyjnym.

Do kina wybrałem się z prostego powodu - słysząc o tym, ile nagród zgarnia ten film na całym świecie (z Oscarem na czele), po prostu wypadało go znać. I nie zawiodłem się. Podobnie jak w "Obywatelu" poruszony jest tu temat chyba najbardziej wstydliwej wady Polaków - obrzydliwego, prymitywnego i zupełnie bezsensownego antysemityzmu. O ile jednak "Obywatel" starał się to zrobić z dużą dawką czarnego humoru, "Ida" wali prosto między oczy niczym "Lista Schindlera", nie cackając się z widzem. Ale żeby nie było, jedna z dwóch głównych bohaterek jest tu wprawdzie Żydówką, ale jednocześnie stalinowską zbrodniarką. A więc - ofiara czy kat? Przejawem kunsztu twórców filmu jest to, że atakowani są z każdej strony: prawica twierdzi, że jest to paszkwil na Polaków, a lewica, że na Żydów. Wniosek z tego taki, że film jest autentycznie obiektywny. Jak samo życie.

Akcja "Idy" rozciągnięta jest ledwo na kilka dni z życia młodej zakonnicy, poszukującej korzeni swojej utraconej rodziny. I jak to przy takich poszukiwaniach bywa, bohaterowie trafiają na więcej, niż są w stanie przełknąć. To przepis na świetny film, niemniej jeśli nie macie dystansu do siebie i do polskich przywar narodowych, "Ida" zapewne wam się nie spodoba. Jest to jednak bardzo ważna produkcja, kolejny krok milowy, który podobnie jak "Róża" odkrywa najbardziej wstydliwe karty naszej historii.

Wniosek: Wybitny film. Ale surowy w odbiorze.


"Obywatel"

"Obywatel"

O czym to jest: Nieoczekiwane przygody zwykłego, przeciętnego Polaka.

obywatel recenzja filmu jerzy maciej stuhr

Recenzja filmu:

Jakaś ostatnio moda na filmy w stylu "Forresta Gumpa". Najpierw mieliśmy szwedzkiego "Stulatka", a teraz dostaliśmy polski odpowiednik, czyli "Obywatela" w wykonaniu dwóch pokoleń Stuhrów. I choć przygody Stuhrów wypadają na ekranie gorzej od Toma Hanksa, to wciąż jest to niezły film, zabawny, bardzo mądry i dosyć niewygodny dla tych, którzy nie lubią przeglądać się w lustrze.

Śledzimy losy głównego bohatera - obywatela Jana Bratka - przez czasy wczesnego PRL, stalinizmu, Marca '68, Solidarności, stanu wojennego, przemian po roku '89 i w końcu współczesnej nam III RP. Zaznaczmy na początku, że dostaje się tu wszystkim polskim przywarom narodowym, na czele z niedorzecznym anstysemityzmem bez Żydów, węszeniem spisków i fasadową religijnością. Nie sposób nie współczuć głównemu bohaterowi, który nie jest ani specjalnie mądry, ani ambitny, a i tak zostaje wplątany raz za razem w młyny historii (ale z drugiej strony, czy właśnie nie taki jest los Polaków?). Na plus należy oddać to, że nie ma tu jednoznacznie złych, jak i jednoznacznie dobrych postaci. Kochająca żona może być jednocześnie okrutnym kapitanem SB, chciwy Żyd-filatelista zestawiony jest z mądrym Żydem-artystą, prześladowany opozycjonista wyżywa się na niewinnym koledze, a i Bogu ducha winna matka głównego bohatera ma czarne karty w swoim życiorysie. Na tym filmie śmiejemy się często, ale czasem jest to śmiech przez łzy, zwłaszcza dla tych, którzy znają co nieco historii.

Gra aktorska jest perfekcyjna, a płynne przejście z młodego do starego Stuhra wypada bardzo ciekawie (mimo że widać, że to syn równał do ojca, a nie na odwrót). Na minus wypada niestety reżyseria, czasami zbyt chaotyczna i tak jakby niestaranna - ale mimo wszystko na akceptowalnym poziomie. Jest to ważny kawałek polskiego kina, choć jestem pewien, że wiele osób poczuje się nim nawet obrażonych. Trudno! Tacy jesteśmy.

Wniosek: Bardzo dobry film, choć dla niektórych pewnie ciężki do strawienia.


"Róża"

"Róża"

O czym to jest: Tragedia Mazurów po II wojnie światowej.

róża filn recenzja smarzowski kulesza dorociński

Recenzja filmu:

Zgodnie z postanowieniem poznania całej filmografii Wojtka Smarzowskiego, sięgnąłem po jego (póki co) najbardziej traumatyczny film, czyli "Różę". To inspirowana faktami opowieść o losie Mazurów po II wojnie światowej. W ogólnym rozrachunku jestem zadowolony z tej produkcji, ale... Przede wszystkim "Róża" była zbyt surowa w formie jak dla mnie, po Smarzowskim spodziewałem się nieco więcej niż tylko walenia widza prosto między oczy (owszem, mieliśmy charakterystyczne urwane kadry, wątki podsuwane przez jedno krótkie ujęcie etc., ale czegoś tu zabrakło). Zdaję sobie oczywiście sprawę, że sama tematyka filmu była gigantycznym obciążeniem, niemniej czy polskie kino historyczne zawsze musi być takie traumatyczne? W takich chwilach pamiętam o filmach "Życie jest piękne" albo "Pociąg Życia", gdzie w nowatorski sposób pokazano tematykę Holocaustu i udowodniono, że mimo usunięcia martyrologii filmy te pozostają w głowie i nie zapominają o tym, co najważniejsze. Tu niestety mamy cios prosto w twarz i podbrzusze, ale może to i lepiej, bo jakoś nie ufam zbytnio w inteligencję polskiego widza (choć i tak jesteśmy w tym lepsi od Amerykanów, ale i tak szału nie ma). Nie da się ukryć, że Smarzowski przedstawił prawdziwą rzeczywistość ziem "odzyskanych" w roku 1945, czyli przerażający miks przesiedleńców, autochtonów, gwałty, rabunki, czerwonoarmiejców, ubeków, szpicli i akowców. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak opowiadała mi babcia, zatem tu szacunek z mojej strony - klimat epoki oddano perfekcyjnie.

Marcin Dorociński jako główny bohater pasuje do tego obrazu, choć tak jak większość "ładnych" polskich aktorów jest dość drewniany i cierpi na szczękościsk. Dla kontrastu cała reszta "mord" Smarzowskiego prezentuje się rewelacyjnie i tylko pożałować, że Dorociński taki nie był. Za to słuszny hołd należy się Agacie Kuleszy za tytułową rolę Róży - przejmującej, smutnej i zapadającej w pamięć. "Róża" porusza ważne kwestie - np. zapominany ostatnio wzorzec zachowań "wyzwolicielskiej" Armii Czerwonej czy ruskich band złożonych głównie z dezerterów i demobilizowanych żołnierzy. Gratulacje dla reżysera, że sprawiedliwie pokazał, iż wśród Polaków, Rosjan czy Niemców byli zarówno bohaterowie, jak i sukinsyny. Tu nie mam zastrzeżeń. Chciałbym jednak pewnego dnia zobaczyć polskie kino historyczne, które nie będzie tak potwornie ciężkie. Cóż, może kiedyś.

Wniosek: Ważny i ekstremalnie traumatyczny film.


"1920 Bitwa Warszawska"

"1920 Bitwa Warszawska"

O czym to jest: Bolszewicy atakują Polskę w 1920 roku.

1920 bitwa warszawska film recenzja hoffman szyc urbańska

Recenzja filmu:

Pamiętam, jak pewnego dnia Jerzy Hoffman pojawił się przed kamerami i ogłosił mniej więcej to: "Przedstawiam Państwu pierwszy polski film w 3D! Akcja! Tempo! Przygoda! Miłość! To będzie szczytowe osiągnięcie polskiej kinematografii!". A potem ogłosił obsadę. Większość osób, słysząc nazwiska Szyca i Urbańskiej, ryknęła śmiechem. No ale dobra, dajmy starszemu panu Hoffmanowi szansę, może się wykaże. Może film będzie coś wart. Złudne nadzieje... 

Cały problem z filmem "1920 Bitwa Warszawska" polega na tym, że z tych scen (skądinąd świetnie nakręconych - wiadomo, za kamerą stał Idziak), dałoby się zmontować całkiem przyzwoity film. Ale się nie dało, bo na krześle reżysera siedział ten obleśny dziad Hoffman, któremu od czasów "Ogniem i Mieczem" tylko d*** i cycki w głowie. Aby uczynić to "coś" zdatnym do oglądania, należałoby na początek wyciąć wszystkie sceny z Nataszą Urbańską, która prawdopodobnie jest najgorszą aktorką, jaką miałem okazję oglądać (a oglądałem mnóstwo filmów, również klasy B i C, więc wiem o czym mówię). Film jest tragicznie zmontowany i nie posiada żadnej linii fabularnej, będąc jedynie chaotycznym zlepkiem całkiem nieźle nakręconych scen (pomijając Urbańską). Aż zęby bolą od tego chaosu, a widz nie wie, czy śmiać się czy płakać, ale z całą pewnością wie, że musi wyć, żeby ten horror jakoś przetrzymać. Są oczywiście jakieś tam plusy za kilka zgrabnych scen i smaczków (Dywizjon Kościuszkowski!), które wzbudziły uśmiech miłośników historii (choć było również kilka, które wzbudzały wyłącznie politowanie). Da się tu też odnaleźć dobre kreacje aktorskie, zwłaszcza Adama Ferencego jako czekisty Bykowskiego (wyborny!) oraz Aleksandra Domogarowa jako sotnika Kryszkina. Tylko dlaczego w tym kraju wszystko, nawet filmy, robione jest tylko na pół gwizdka...? No żal potencjału, hańba i Targowica, ot co! 

Dodajmy na sam koniec, że fruwający nagrobek i wrzeszcząca Urbańska przy karabinie maszynowym to najlepsza wizytówka tego filmu. Boże, ale żal... 

P.S. Z tego co słyszałem, Urbańska dostała w tym filmie rolę artystki kabaretowej, żeby śpiewać na ekranie. Problem w tym, że ona nawet śpiewać nie umie, a jej jedyny talent ogranicza się do, cytując jej męża, "podnoszenia nogi"...

Wniosek: Spalić wszystkie kopie tego filmu, posypać wapnem i zaorać!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger