Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty
"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!

"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!

"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.

"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!

"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!


Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"Loki"

"Loki"

O czym to jest: Asgardzki bóg psot pomaga policji czasowej w schwytaniu groźnego przestępcy.

loki serial disney+ tom hiddleston owen wilson

Recenzja serialu:

"Loki" to trzeci z fabularnych seriali Marvela uzupełniających kinowe uniwersum filmów i jak do tej pory okazał się najbardziej udany. Wszystko wskazuje na to, że jest też niezwykle ważny dla całej historii, a jego finał zapowiedział co się teraz będzie działo w uniwersum po zakończeniu sagi Thanosa i Kamieni Nieskończoności wraz z "Avengers: Endgame". Moje odczucia są dość pozytywne, ciekawi mnie co jeszcze planują twórcy z Disneya i bez wątpienia mogą liczyć na moje pieniądze, jeśli wciąż będą mi sprawiać frajdę. Powodzenia!

A sam serial "Loki" okazał się dokładnie taki jak pokazuje zwiastun. Bystry, oparty w dużej mierze na grze aktorskiej i zanurzony w wiarygodnej scenografii przełomu lat 70. i 80. Osobiście liczyłem jednak na nieco większy nacisk na tzw. buddy movie, w którym Tom Hiddleston i Owen Wilson rozwiązywaliby zagadkę odcinek po odcinku. Tymczasem serial przeskoczył dość płynnie z kryminału do space opery pełną gębą... Czy słusznie? Na pewno była w tym jakaś myśl przewodnia, a cliffhanger obiecujący drugi sezon opowieści nie pozostawia wątpliwości, że to jeszcze nie koniec. Dlatego doceniam i ufam twórcom że wiedzą dokąd nas prowadzą.

Tom Hiddleston gra Lokiego od tak wielu lat, że przychodzi mu to zupełnie naturalnie. Nie sądziłem że można (i trzeba) dopowiedzieć coś więcej do tej postaci po wydarzeniach z "Thor: Ragnarok", niemniej to co zobaczyłem wydaje mi się jak najbardziej spójne i udane. Owen Wilson jak wiadomo to klasa sama w sobie, podobnie jak zjawiskowa Gugu Mbatha-Raw. Nowością była dla mnie Sophnia Di Martino jako Sylvie - i choć nie przypadła mi do gustu ani jako postać ani jako aktorka, doceniam jej wysiłek włożony w ten serial. Także obsadzie nie mogę nic zarzucić, podobnie jak efektom czy dialogom, wliczając w to przyzwoite poczucie humoru (to głównie dzięki Owenowi Wilsonowi). Jest dobrze!

Co ważne: "Loki" to moim zdaniem jeden wielki gest Kozakiewicza w stosunku do wszystkich poukrywanych po piwnicach nerdów, którzy będą się kłócić nad wyższością i "kanonicznością" komiksu X nad komiksem Y. Cały wątek tzw. "sacred timeline" to jedna wielka satyra na ten temat i choćby za to trzeba docenić ten serial. 

Wniosek: Zabawne i wkręcające, choć czasem traciło tempo.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

O czym to jest: W postapokaliptycznej przyszłości niedobitki ateistów i fanatyków religijnych próbują skolonizować obcą planetę.

wychowane przez wilki serial recenzja HBO

Recenzja serialu:

Skutkiem ubocznym oglądania tylu produkcji ile ja jest to, że coraz ciężej mnie zaskoczyć. Mam nadzieję, że nigdy nie zmienię się w cynicznego krytyka filmowego jak jedna z postaci "Lady in the Water" - tego bym nie chciał! Ale faktem jest, że uczucie "to już gdzieś widziałem" towarzyszy mi coraz częściej. Na szczęście wciąż czasem potrafię się zaskoczyć - tak jak w przypadku "Raised by Wolves", czyli serialu który autentycznie spowodował u mnie opad szczęki i wielodniową traumę. Wow!

Wspominałem już o swoistej dwubiegunowości Ridleya Scotta, niewątpliwie wybitnego reżysera, który potrafi tworzyć zarówno na wskroś kultowe obrazy, jak i straszne szmiry (bez etapu pośredniego - albo jedno, albo drugie). I nigdy nie wiem, na które oblicze Ridleya trafię tym razem! Na szczęście "Raised by Wolves", wyprodukowany przez niego serial (w którym wyreżyserował też dwa pierwsze odcinki) dał nam to, co miał najlepszego w zanadrzu. Efektem jest głębokie, przejmujące, intelektualne kino SF godne najlepszych literackich klasyków jak Lem, Dick czy Clarke. Świat "Raised by Wolves" to postapokaliptyczna wizja przyszłości, w której światowa wojna ateistów z fanatykami religijnymi spustoszyła Ziemię i ludzką cywilizację. Ocaleńcy wyruszyli na odległą planetę Kepler-22b (taka planeta istnieje naprawdę i jest wymieniana jako jedna z potencjalnych kandydatek do kolonizacji przez ludzi, o ile spełnia odpowiednie warunki). Ateiści postawili swoje karty na parę androidów, która już po wylądowaniu wyhodowała i zajęła się wychowaniem grupki małych dzieci. Z kolei fanatycy posłali wielką arkę wypełnioną wybrańcami (czyli przedstawicielami swojej społecznej elity). Nieuchronne spotkanie obydwu frakcji doprowadzi do tragicznych konsekwencji i przeniesienia do nowego świata wszystkich problemów starego. Ale to nie koniec, bowiem Kepler-22b i to co się dzieje na jej powierzchni absolutnie nie jest tym, na co wygląda. I nie miejcie nadziei, że pierwszy sezon da Wam jakieś konkretne odpowiedzi, mało tego - namnoży kolejne pytania i zagadki! Nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Musicie przyznać, że w świetle tego co się dzieje (również w Polsce) całkiem realna staje się wizja globalnego konfliktu tych którzy wierzą w naukę - nazwijmy ich ateistami - ze zwolennikami starego świata chętnymi do tego, by podporządkować całe życie zbiorowi linijek antycznego tekstu, który nie wiadomo kiedy i przez kogo został stworzony. Widać w tym wyraźną analogię do świata wokół nas - płaskoziemcy, antyszczepionkowcy, fanatycy religijni i inni szaleńcy chcą nas aktualnie zatrzymać w mroku przeszłości, krwawo tępiąc tych, którzy mają inne zdanie. Czy przyszłe starcie tych dwóch światów jest nieuniknione? Mam nadzieję że nie, ale zapewne nie dożyję momentu, by się samemu przekonać (może to i lepiej). Czasem lepiej nie wiedzieć, jaki będzie finał historii!

Twórcy "Raised by Wolves" postawili na tak dużą dozę naukowości, jaką tylko mogli. Wszystko co widzimy na ekranie zgadza się z zasadami fizyki, przynajmniej w naszym rozumieniu (wliczając w to naukowe teorie, jak coś mogłoby działać, o ile udałoby się to zbudować). Wizja androidów eksplorujących ludzką naturę nie jest oczywiście niczym nowym, choć akurat w tym serialu androidy są równie szalone jak ich ludzcy twórcy. Duża w tym zasługa głównych aktorów grających Matkę i Ojca - są totalnie wiarygodni i wybitni w tym, jak prezentują swoje postacie. Zwłaszcza Amanda Collin jako krwiożercza, szalona obrończyni swoich i cudzych dzieci - prawdziwa tytułowa wilczyca! Niezły jest też Traviss Fimmel, gwiazdor "Wikingów", zatrudniony w roli przywódcy fanatyków (wprawdzie niczym się nie różni od swej roli Ragnara Lothbroka, ale w tym przypadku to akurat dobrze). 

"Raised by Wolves" to szarpiące duszę, pełne niepokoju kino SF na pograniczu horroru. Kosmos to paskudne miejsce, a obce planety tym bardziej. Dlatego dbajmy o tą, którą dostaliśmy w darze, bo lepszej nigdy nie znajdziemy! Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony i rozwijanie intrygi, licząc na godne zamknięcie namnożonych wątków. Oj będzie się działo!

Wniosek: Głęboko intelektualne SF godne klasyków gatunku. Zostaje w głowie!


"Terminator: Dark Fate" ("Terminator: Mroczne Przeznaczenie")

"Terminator: Dark Fate" ("Terminator: Mroczne Przeznaczenie")

O czym to jest: Robot z przyszłości próbuje zabić nadzieję ludzkości.

terminator mroczne przeznacznie film cameron schwarzenegger hamilton

Recenzja filmu:

Mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego. To jedna z mądrzejszych maksym, jakie słyszałem w życiu. Opowieść o tym, jak i czemu powstał „Terminator: Dark Fate” starczyłaby na cały artykuł, więc postaram się ją skrócić do niezbędnego minimum. A zatem: do tej pory w uniwersum „Terminatora” mieliśmy cztery oficjalne filmy, po kolei licząc: „The Terminator”, „Judgement Day”, „Rise of the Machines” oraz „Salvation”. Do tego dochodzi okropnie złe „Genisys”, które miało być rebootem całości i jako takie wpisało się poza chronologię. I tak by zostało, gdyby pewnego dnia James Cameron, współtwórca postaci Terminatora i reżyser pierwszych dwóch filmów, nie przejął z powrotem praw autorskich do franczyzy. Cameron stwierdził, że dotychczasowa trzecia część – czyli „Rise of the Machines” – mu się nie podoba, i postanowił wyprodukować swoją własną wersję. Tak powstało „Dark Fate”

Takie kasowanie filmów celem zrobienia swojej własnej wersji zawsze uważałem za nieuczciwe – jest to dla mnie brak szacunku dla osiągnięć innych reżyserów i całej obsady, która stworzyła tamte filmy. Na szczęście kluczowym elementem fabuły wszystkich „Terminatorów” jest pętla czasowa – chodzi o to, że do teraźniejszości przybywają postacie z przyszłości, których teraźniejsze czyny powodują zaistnienie takiej, a nie innej przyszłości. Dlatego też nie widzę przeszkód, by obecnie za „pierwszą” część uznawać stare „Rise of the Machines”, następnie „Salvation”, a potem już lecieć w kolejności: „Terminator”, „Judgement Day” i „Dark Fate”. W ten sposób najnowszy film nie jest nową częścią trzecią, ale piątą. Ale to oczywiście moja własna terminologia. Tyle w kwestii wyjaśnienia! 

Niemniej trzeba podkreślić, że „Dark Fate” jako sequel „Judgement Day” w sposób naturalny będzie zawsze porównywany do starego sequela, czyli „Rise of the Machines”. I w tym porównaniu niestety tegoroczny film przegrywa po całości! No, może z jednym wyjątkiem, a jest nim Linda Hamilton. To wielki przywilej móc zobaczyć, jak na ekran wraca postać uzbrojonej po zęby, wściekłej Sary Connor! Dodatkowo jestem zadowolony z nowego modelu Terminatora, który tym razem (to faktycznie nowość) potrafił dzielić się na dwa samodzielne roboty – metalowy szkielet i „skorupę” z płynnego metalu. Niestety obawiam się, że to koniec moich pochwał. „Rise of the Machines” miało lepsze tempo, sceny akcji (pościg dźwigiem!), a także prawdziwy niewymuszony humor oraz świetnego wroga – „żeńskiego” robota Terminatrix. No i doliczmy do tego niebanalną końcówkę, której chyba nikt się nie spodziewał. Pod tym względem „Dark Fate” jest niestety proste i przewidywalne jak drut. 

Nie oznacza to jednak, że „Dark Fate” uważam za zły film – doceniam techniczną biegłość, w miarę znośne efekty specjalne, grę aktorską czy dialogi. Słowo, którego mógłbym użyć odnośnie podsumowania filmu brzmi: poprawny. Ale to za mało! Od dobrego kina akcji wymagam tej nieuchwytnej iskry, nutki przygody i fantazji, która wciągnie widza w świat historii nie z tego świata. Tutaj… nie czułem nic. Żadnych emocji, a jedynie znużenie. A zacząłem od irytacji, bowiem jedna z pierwszych scen de facto sprawia, że wszystko co działo się w pierwszym „Terminatorze” i „Judgement Day” nie miało żadnego sensu. Po co więc traciliśmy tyle godzin na śledzenie tej historii? 

Wiem, że „Dark Fate” miało być zaczątkiem nowej trylogii, stąd też wprowadzenie nowej głównej bohaterki, młodej Meksykanki Dani (w tej roli Natalia Reyes). Niemniej sądząc po klęsce finansowej filmu, szczerze wątpię w kolejne sequele. O wiele bardziej wolałbym zobaczyć dokończenie wątków z „Salvation”, czyli kolejne epizody postapokaliptycznej wojny z maszynami – i to bym kupił! Ile jeszcze razy mamy oglądać kolejnego złego Terminatora, który cofa się w czasie i dobrego Arnolda Schwarzeneggera, który z nim walczy? Już starczy, naprawdę! 

A może po prostu zostawmy wszyscy franczyzę „Terminatora” w spokoju. Jeśli producenci nie chcą nam dać porządnej wojny z maszynami, ruchu oporu, laserowych karabinów i konstrukcji wehikułu czasu, to niech spadają. Ja się będę cieszył oryginalnymi czterema filmami, a „Dark Fate” jak i „Genisys” sobie podaruję. Hasta la vista, baby!

Wniosek: Niepotrzebna historia, na dodatek pozbawiona ikry.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Terminator"! >>>


"Chernobyl" ("Czarnobyl")

"Chernobyl" ("Czarnobyl")

O czym to jest: Prawdziwa historia katastrofy w Czarnobylu.

czarnobyl miniserial HBO recenzja jared harris

Recenzja miniserialu:

Gdy tylko usłyszałem, że HBO zabiera się za ekranizację katastrofy czarnobylskiej, nie musiałem nawet oglądać trailera. Wiedziałem że jest to coś, co chcę i muszę zobaczyć. Po pierwsze dlatego, że produkcje telewizyjne od HBO prezentują prawdopodobnie najwyższy na świecie poziom jakości. A po drugie – tematyka! Czarnobylem i wszystkim co z nim związane interesuję się od lat. Nie pamiętam tego (gdy katastrofa się zdarzyła miałem pół roku), ale ponoć moi rodzice jako pracownicy naukowi mieli dostęp do jodu i dystrybuowali go po całej wsi, w której mieszkamy. Pamiętam też, że ojciec jeszcze przez kolejne lata sprawdzał te rzeczy, które były w ogrodzie w maju 1986 roku, za pomocą licznika Geigera… 

Pewnie dlatego, że mam sporo wiedzy o wszystkich wadach i zaletach energetyki jądrowej, jestem jej ogromnym zwolennikiem. Nie licząc energii geotermalnej, wiatrowej i słonecznej to aktualnie najczystsze i najbardziej efektywne źródło prądu, bez którego nie byłoby cywilizacji. Tylko czy bezpieczne? Przykład katastrofy w Fukushimie pokazuje, że niestety wszystkiego nie da się przewidzieć. Ale już taka historia jak w Czarnobylu zapewne by się nie wydarzyła, gdyby nie miała miejsca w nakręcanym spiralą kłamstw i niekompetencji Związku Radzieckim u kresu swej potęgi. 

Sami twórcy „Czarnobyla” mówili, że serial opowiada nie o energetyce jądrowej jako takiej, a o cenie kłamstw. Cenie którą niestety zapłaciły prawdopodobnie tysiące osób (liczby poszkodowanych nigdy nie uda się ustalić), a jej efekty widać do dzisiaj. Pod tym względem produkcja HBO robi piorunujące wrażenie! Dawno nie oglądałem tak szczerej, przerażająco prawdziwej historii, w której nie trzeba było nawet specjalnie naciągać faktów. Postacie, wydarzenia, okoliczności – wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Główny bohater „Czarnobyla”, profesor Legasow istniał naprawdę i faktycznie odegrał niebagatelną rolę w ratowaniu świata. Tu dodam, że Jared Harris wcielający się w jego rolę zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie, że jeśli nie dostanie za to Nagrody Emmy oficjalnie ogłoszę bojkot (zachwyconym jego kreacją polecam również serial „The Terror” w podobnym klimacie). Równie wybitny był Stellan Skarsgård jako minister Szczerbina, tępy partyjny aparatczyk który musiał dorosnąć do roli prawdziwego męża stanu. O wspaniałych postaciach drugoplanowych (Paul Ritter jako Diatłow!!!) mógłbym napisać osobny artykuł, więc to może kiedy indziej. Uwierzcie mi gdy mówię, że nie da się zagrać lepiej w miniserialu, niż zrobiła to ekipa „Czarnobyla”

Muszę też wspomnieć o scenografii, która przekroczyła pewną granicę. To nawet nie jest tak, że mieliśmy do czynienia z idealnym odwzorowaniem sowieckich realiów roku 1986. To już na nikim nie robi wrażenia. „Czarnobyl” zatarł granicę między scenografią a rzeczywistością. Spora w tym zasługa kręcenia scen w prawdziwych postsowieckich blokowiskach, ale to oczywiście nie wszystko. Gadżety, fryzury, makijaż… Stawiam tezę, że również nie da się tego zrobić lepiej niż w „Czarnobylu”

Ten miniserial pokazuje jasno co się dzieje z ludźmi, gdy opęta ich ideologia i zmusi do posłuszeństwa machiną strachu i donosicielstwa. Z powodzeniem czynią to niestety współczesne rządy populistów w Polsce i na całym świecie. Szczęście w nieszczęściu że nie mamy elektrowni jądrowej – wyobrażacie sobie „dobrą zmianę” z misiewiczami jako nowymi Diatłowami? Bo ja niestety tak… Może obejrzenie „Czarnobyla” otworzy choć kilka umysłów i da im do zrozumienia, że z pewnymi rzeczami po prostu nie wolno igrać. Inaczej czeka nas marny los.

Wniosek: Poruszające, wstrząsające i prawdziwe.


"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")

"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")

O czym to jest: Nad północną półkulę nadciąga nowa epoka lodowcowa.

pojutrze film recenzja dennis quaid jake gyllenhaal

Recenzja filmu:

Tak patrzę sobie na to, co dzieje się z pogodą za oknem i myślę sobie, że tylko skrajny idiota lub ignorant może wątpić w trwającą zmianę klimatu. Jak i kiedy się ona zakończy to nie wiem (pewnie i tak nie będzie to za mojego życia), ale jednego jestem pewien - Ziemia na pewno nie będzie wyglądać tak samo. 

Katastroficzne widowisko "Pojutrze" przedstawia pewną interesującą wizję, w której globalne ocieplenie powoduje... epokę lodowcową. Brzmi absurdalnie? Otóż wcale nie - pomysł na film jest oparty na prawdziwej teorii naukowej (którą jednak niedawno obalono). Nie będę się teraz wdawał w geograficzne zawiłości, powiem tylko tyle: teoretycznie to jest możliwe. A zatem mamy już dobrą nadbudowę do fajnego, rozrywkowego kina. I powiem wam moi drodzy, że twórcy filmu stanęli na wysokości zadania. "Pojutrze" ma wszystko na swoim miejscu - akcję, tempo, świetnych aktorów i dobre efekty specjalne (scena lodowych huraganów wgniata w fotel!). Oczywiście po raz kolejny obrywa się Nowemu Jorkowi i Statui Wolności, ale uznajmy to za hołd dla klasyki gatunku. Na pierwszy rzut oka mogą też razić pewne uproszczenia i skrócenia wątków, tudzież na siłę dodane sceny akcji (ot chociażby sekwencja z wilkami). Ale kino popcornowe rządzi się swoimi prawami, więc nie ma co się obrażać!

Dennis Quaid to jeden z moich ulubionych aktorów i bardzo mi miło, że zagrał tu główną rolę (to dla mnie przywilej oglądać go na ekranie). Warto zauważyć, że jego syna gra młody Jake Gyllenhall - to jedna z tych ról która zaczęła go windować coraz wyżej w Hollywood. No i nie zapominajmy, że pojawi się też kultowy Ian Holm! Dla tych nazwisk chyba warto sięgnąć po "Pojutrze", nieprawdaż?

Polecam wracać do tej historii od czasu do czasu by zadumać się nad zmieniającą się planetą i tym, jaki mamy na nią wpływ. Dodam też prywatnie, że "Pojutrze" fantastycznie sprawdza się zwłaszcza w upalne dni. Chłodzi niemal natychmiast!

Wniosek: Rewelacyjne kino katastroficzne i na dodatek całkiem niegłupie.


"Pacific Rim"

"Pacific Rim"

O czym to jest: Wielkie roboty biją się z wielkimi potworami.

pacific rim plakat recenzja filmu guillermo del toro charlie hunnam

Recenzja filmu:

Długo unikałem tego filmu. Mimo że wychowałem się na anime "Generał Daimos" (jak zresztą całe pokolenie, które miało przywilej znać kanał telewizyjny Polonia 1), gatunek filmowy mecha nigdy do mnie nie przemówił. Dla tych co nie wiedzą, wyjaśnię: mecha oznacza podgatunek anime o tematyce science fiction, w którym kluczową rolę odgrywają gigantyczne roboty najczęściej walczące z innymi robotami lub potworami. Najświeższym przykładem takiego kina jest chociażby najnowsze wcielenie "Power Rangers", a także "Pacific Rim" autorstwa wizjonerskiego reżysera Guillermo del Toro.

O ile doceniam pomysły del Toro na kreowanie fantastycznych światów (za co w końcu, dzięki "The Shape of Water", dostał upragnionego Oscara), to jego filmy po prostu mi nie leżą. Może jego styl reżyserii nie pokrywa się z moim gustem. A może po prostu sam del Toro jest przereklamowany - trudno stwierdzić. Jednak stoję na stanowisku, że nazywanie "Pacific Rim" najbardziej zjawiskową, oryginalną franczyzą drugiej dekady XXI wieku, jest grubym nadużyciem! Wizjonerski, proszę państwa, to był "Avatar" (choć w fabule daleko mu było do oryginalności). Tymczasem "Pacific Rim" nie wniósł do światowej kinematografii niczego, czego byśmy nie znali. Wielkie roboty - "Power Rangers". Wielkie potwory - "Godzilla". Walka z kosmitami chcącymi skolonizować Ziemię - "Dzień Niepodległości". To może chociaż jakość tego filmu wyróżnia się ponad przeciętną? Niestety nie bardzo...

Oczywiście przyznaję, że "Pacific Rim" wygląda rewelacyjnie. Roboty są jak ta lala. Efekty specjalne na najwyższym poziomie. Choreografia walk i scenografia - świetna. A baza robotów w Hong Kongu to wręcz kopia Zionu z "Matrixa". Niestety ja wymagam czegoś więcej, niż wyłącznie pięknych obrazków. Scenariusz, gra aktorska czy wręcz najprostsza logika wydarzeń leżą i kwiczą. Charlie Hunnam w głównej roli jest sztywny i nieprzekonujący, zupełnie jak Taylor Kitsch w "Johnie Carterze". Partnerująca mu Rinko Kikuchi wygląda niewinnie-słodko i nic poza tym. Nawet Idris Elba, którego osobiście lubię i cenię, jako generał Pentecost gra zdecydowanie poniżej możliwości, a jego przemowa kopiująca Billa Pullmana z "Dnia Niepodległości" wypada niezwykle blado. Do słabej obsady dorzućmy jeszcze stek bzdur w rodzaju impulsu EMP, który wyłącza komputery cyfrowe, ale nie analogowe (WTF?). Albo okładanie wielkich potworów pięściami, zamiast - bo ja wiem - przecinania ich na pół bronią białą, o której przypomniano sobie dopiero w trzecim akcie. A, no i reaktor jądrowy w robocie, który za pomocą jednego przełącznika można zmienić w atomówkę... Ja wiem, że od kina akcji z wielkimi robotami nie mogę wymagać zbyt wiele, ale szanujmy widza choć trochę!

"Pacific Rim" jednocześnie zaczarował mnie pięknymi obrazkami i efektami, oraz znudził i wystawił mój gust filmowy na ciężką próbę. Nerdy z kanału Screen Junkies doskonale podsumowały tą produkcję: to albo najbardziej efektowny głupi film, albo najgłupszy efektowny film w historii kina...

Wniosek: Nudne i kiepskie, ale za to fantastycznie wygląda!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Pacific Rim"! >>>


"Annihilation" ("Anihilacja")

"Annihilation" ("Anihilacja")

O czym to jest: Grupa naukowców wyrusza do serca tajemniczej zony, z której nikt nie wraca.

anihilacja netflix plakat recenzja filmu natalie portman

Recenzja filmu:

Pytanie o sens istnienia towarzyszy ludziom od dawna. Przez wieki próbowano się z nim zmierzyć na gruncie religijnym, filozoficznym, naukowym, literackim i w końcu filmowym. Kwestię tę podejmuje najnowszy film Alexa Garlanda, oparty na pierwszym tomie trylogii "Southern Reach", której autorem jest Jeff VanderMeer. Reżyser "Anihilacji" podobne rozważania prowadził choćby w "Ex Machinie", ale tam punktem odniesienia była sztuczna inteligencja, z kolei w "Anihilacji" fabuła krąży wokół genetycznej predyspozycji do samounicestwienia, którą posiadają wszystkie żywe organizmy. 

Oto pewnego dnia z nieba spada niezidentyfikowany obiekt, a wynikiem tego wydarzenia jest przedziwna, rozszerzająca się zona, która z zewnątrz przypomina bańkę mydlaną. Wraz z bohaterkami wkraczamy w jej psychodeliczny świat, niczym krasnoludy skracające drogę do Ereboru przez Mroczną Puszczę. Psychodelicznych wizji na ekranie nie powstydziłby się sam David Lynch, który nieźle namieszał w głowach widzów w trzecim sezonie "Twin Peaks". Zasadnicza różnica polega na tym, iż "Anihilacja" jest dziełem w zasadzie zamkniętym i kompletnym, a klucz do jego interpretacji znajduje się w samym filmie. Najnowszy film Garlanda można odczytywać na wielu płaszczyznach (każdej z osobna lub wszystkich na raz): religijnej, filozoficznej, psychologicznej czy stricte naukowej i tak jak w najlepszych produkcjach tego typu to, jak widz film odczyta, zależy od jego własnych kompetencji i przekonań. 

Koncepcja wkraczania w obszar wytworzony przez obcą formę życia przywodzi na myśl film "Stalker", oparty na absolutnie wybitnej książce "Piknik na skaju drogi". W strefie dotkniętej zmianą bohaterowie stykają się z pokręconym, śmiertelnie niebezpiecznym światem, który wywiera na nich znaczący wpływ, prowadząc do przemiany nie tylko psychicznej, ale i fizycznej. Natomiast momentami oniryczna, emocjonalnie nacechowana narracja kojarzy się z "Arrival". A gdyby treść nie była dla widza wystarczająco interesująca, to dobra wiadomość jest taka, że "Anihilacja" to również doznania estetyczne. Film pełen jest abstrakcyjnych, fascynujących form, tak pięknych co przerażających. W zasadzie nic co słyszmy i widzimy na ekranie nie jest przypadkowe. A jako bonus polscy widzowie mogą w pewnym momencie z zaskoczeniem dostrzec podobieństwo do "Katedry" Tomka Bagińskiego. Ciekawe czy Alex Garland widział kiedyś tę animację, bądź co bądź nominowaną do Oscara? 

Kronikarski obowiązek nakazuje wspomnieć, iż kreacja Natalie Portman tym razem naprawdę przypadła mi do gustu, bo była pozbawiona charakterystycznej hiperekspresyjności, którą odbieram zawsze jak skrobanie paznokciami po tablicy (nie, to nie jest komplement). A to nie koniec znanych nazwisk w obsadzie. 

Zdecydowanie warto "Anihilację" zobaczyć, choćby dlatego, że nic tak nie ubarwia monotonii życia jak doznania psychodeliczne wywołane produktami dozwolonymi prawem - w tym wypadku dobrym filmem.

Wniosek: Głębokie, intelektualne kino science fiction. Daje do myślenia.


"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")

"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")

O czym to jest: Ostatni Rewolwerowiec walczy z Człowiekiem w Czerni, by ocalić wszechświat.

mroczna wieża film stephen king elba mcconaughey

Recenzja filmu:

Zanim wypowiem się na temat tego filmu, muszę zaznaczyć, że jestem ogromnym fanem literackiego cyklu "Mroczna Wieża" autorstwa Stephena Kinga. Przeczytałem wszystkie osiem tomów z wypiekami na twarzy, poznałem też wielotomową serię prequelowych komiksów. Na nakręcenie adaptacji czekałem od lat i miałem co do niej ogromne oczekiwania. Dlatego moja recenzja jest podwójna - z jednej strony wypowiem się na temat filmu jako takiego, a z drugiej ocenię go jako adaptację kultowego i ogromnego materiału źródłowego.

Na wstępie powiedzmy sobie wprost, że książkowa "Mroczna Wieża" to zlepek tylu motywów i wątków, że próba ekranizacji to fabularny koszmar scenarzysty. Western, horror, kryminał, science-fiction, fantasy, film gangsterski - wszystkie gatunki wrzucone do jednego kotła i solidnie zamieszane. Wszyscy się spodziewali, że filmowa "Mroczna Wieża" będzie dosłowną ekranizacją pierwszego tomu, czyli "Rolanda". A tymczasem reżyser i producenci wycięli wszystkim niezły numer. Film jest bowiem zlepkiem wątków z kilku książek - z czego najwięcej wzięto chyba z siódmego tomu, nomen omen "Mrocznej Wieży" (mam tu na myśli więzienie Algul Siento, Łamaczy Promienia i Taheenów). W tym kontekście nikogo nie powinien dziwić tytuł filmu. A co do zmian fabularnych, to nie ma co się oburzać - wierni fani zrozumieją wszystko widząc, że filmowy Roland nosi przy sobie Róg Elda. Ktokolwiek dotrwał do ostatniej strony książek ten zrozumie, jak sprytnie twórcy rozwiązali problem wszelkich nieścisłości. Absolutna rewelacja! Bardzo mnie ciekawi, czy na ten pomysł wpadł sam Stephen King, czy któryś ze scenarzystów.

Oczywiście nie brakuje tu wątków z innych części cyklu - jest chociażby kultowe credo Rewolwerowców, Portale, Tęcza Maerlyna czy Dixie Pig. Co również istotne, "Mroczna Wieża" w tam samo dużym stopniu jak do książek, nawiązuje do innych ekranizacji dzieł Kinga, ze szczególnym wskazaniem na "Lśnienie", "Mr Mercedes" oraz "To". Nic w tym dziwnego, bo według samego autora cykl "Mroczna Wieża" to jego opus magnum, do którego nawiązują wszystkie książki i opowiadania, jakie stworzył w swoim życiu (wychodzi z tego takie quasi-uniwersum). Mimo to wiele opinii zarzuca filmowej "Mrocznej Wieży" zbytnie spłycenie i odgórne potraktowanie kingowej mitologii. Ale czy rzeczywiście? Owszem, film pozostawia uczucie niedosytu, ale nie z powodu płycizn fabuły, a raczej tego, że ewidentnie jest to tylko jedna z wielu przygód Rolanda Deschaine'a w drodze do tytułowego Centrum Wszechświata. Dlatego mam nadzieję, że powstaną kolejne części (w formie filmu lub serialu), które pociągną wątki dalej. Myślę, że wtedy wszyscy docenią ten film jako dobry wstęp do epickiej historii.

Drugą mocną kontrowersją był wybór aktorów. Nie da się ukryć, że Idris Elba mało przypomina książkowy pierwowzór Rolanda, wzorowany na Clincie Eastwoodzie. Ale czy naprawdę typ milczącego herosa-macho, aktualnego w latach 80. (gdy powstała pierwsza książka), przyciągnąłby serca widowni w 2017 roku? Mam pewne wątpliwości. Roland Idrisa Elby to zmęczony walką i ciągłymi porażkami zgorzkniały człowiek, który de facto już się poddał. Nie obchodzi go Mroczna Wieża i ocalenie wszechświata. Jedyne czego chce, to zemsta na Człowieku w Czerni, odpowiedzialnego za wszelkie nieszczęścia w jego życiu. To dość nowatorskie podejście do postaci Rewolwerowca, jakiego znamy z książek, i nawet mi się podobało. Swoją drogą Matthew McConaughey jest odpowiednio diaboliczny i złowieszczy, jak przystało na postać Czarnoksiężnika - jego kreacja zasługuje na wielkie uznanie. Podobnie niezły jest Tom Taylor w roli Jake'a Chambersa, młodego chłopca którego losy i talenty zmienią życie Rolanda, i być może całego wszechświata. 

Na samym końcu wspomnę o znakomitych efektach specjalnych i scenach akcji, a zwłaszcza westernowej rzeźni w wykonaniu Rolanda. Jest na co popatrzeć! Myślę, że osoby które nigdy nie czytały książek Kinga, ocenią "Mroczną Wieżę" jako niezły i widowiskowy film akcji - a przecież o to chodziło. A że jest krótki? Pewien reżyser powiedział kiedyś, że gdy podczas montażu usuwa scenę, a film bez niej dalej ma sens, oznacza to że była niepotrzebna. W "Mrocznej Wieży" nie ma niepotrzebnych scen i dłużyzn, ale to dobrze wpływa na tempo opowieści. Film jest wartki, ciekawy, wzbudzający ciarki i zachęcający do dalszych przygód. Oby je kiedyś nakręcono!

Wniosek: Niezłe jako film i całkiem w porządku jak na adaptację.


"War for the Planet of the Apes" ("Wojna o Planetę Małp")

"War for the Planet of the Apes" ("Wojna o Planetę Małp")

O czym to jest: Małpy i ludzie mierzą się w finalnej konfrontacji o władzę nad planetą.

wojna o planetę małp recenzja

Recenzja filmu:

Ciężko mi ocenić ten film, dlatego musiałem parę dni poczekać z napisaniem tej recenzji, by dobrać odpowiednie słowa. Zdaję sobie sprawę, że być może wpływ na moje wrażenia mają górnolotne oczekiwania, jakie stawiałem przez seansem. Poprzednie dwie części nowej "Planety Małp" - czyli "Rise" i "Dawn" przyniosły nieoczekiwaną świeżość do nieco leciwej franczyzy, korzeniami sięgającej lat 60. Wpływ na to miała nowoczesna technologia, która pozwoliła stworzyć małpy w technologii performance capture, odwzorowującej zarówno ruchy, jak i mimikę aktorów. Pierwsza część trylogii stworzyła solidne podwaliny do dalszych przygód. Druga wprowadziła widza w niezwykle atrakcyjny wizualnie, postapokaliptyczny świat. Trzecia - jak na trylogię przystało - miała być tego ukoronowaniem.

"Wojna o Planetę Małp" - ten tytuł sugerował wielką konfrontację, mnóstwo akcji i epickie zmagania armii ludzi oraz małp, walczących o władzę nad umęczoną Ziemią. Niestety na sugestiach się skończyło. Obawiam się, że zdecydowanie bardziej "wojenna" była druga część serii, czyli "Ewolucja o Planetę Małp" (tam bitewne zmagania ludzi i inteligentnych naczelnych naprawdę wyglądały zjawiskowo). Jeśli zaś miałbym porównać "Wojnę" do jakiegoś gatunku filmowego, wybrałbym western. Pierwszy akt to nic innego jak klasyczna historia o dzielnym herosie (w tej roli oczywiście Cezar), który wraz z kilkoma wiernymi druhami wyrusza konno na poszukiwanie swojego nemezis (w tej roli diaboliczny Pułkownik grany przez niezawodnego Woody'ego Harrelsona). Po drodze zaliczają sporo przygód, spotykają nowych przyjaciół i wrogów, ratują małą dziewczynkę, by w końcu zmierzyć się w finalnej konfrontacji. Jest to tak ograny i przewidywalny schemat, że bezbłędnie przewidywałem jak potoczy się akcja i jakie decyzje podejmą bohaterowie. Przykro mi trochę, bo liczyłem na o wiele większą oryginalność.

Ale nie to jest największym problemem "Wojny". Całą winę zrzucam na zdecydowanie przesadzone momenty liryczne, nastawione na wzruszenie widza. Jeszcze jedną taką scenę (na przykład finalną), jakoś bym przełknął. Ale tutaj co 15 minut zaliczaliśmy zwolnienie akcji, nastrojową muzykę, łzy cieknące po owłosionych małpich policzkach i wzniosłe teksty o tym, że MAŁPY RAZEM SILNE. Świetnie, tyle że ja przyszedłem do kina na postapokaliptyczny film wojenny, a nie mdły dramat obyczajowy! Przyznaję oczywiście, że artystyczne wstawki pozwoliły rozwinąć skrzydła Andy'emu Serkisowi, grającemu Cezara. Jego bohater wręcz porażał realizmem i w niektórych momentach zacierał granicę między efektami specjalnymi, a żywą twarzą aktora. To niesamowite, jak bardzo technologia poszła do przodu! Naprawdę uważam, że aktorom performance capture powinno się przyznawać Oscary. Zasłużyli na to.

Uczciwie mówiąc, "Wojna o Planetę Małp" to nie jest zły film. Jest w porządku. Problem w tym, że zaprzepaszcza potencjał, by stać się doskonałą produkcją. Ma na szczęście swoje plusy (jak gra aktorska - prócz wspomnianego Serkisa i Harrelsona należy zauważyć utalentowaną, młodziutką Amiah Miller) oraz umiejętne pociągnięcie franczyzy na kolejny etap. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by niedługo nakręcić czwartą część o powrocie astronautów na Ziemię (ten wątek został już zawczasu zagajony w "Genezie"). Wszystko się zgadza, jest nawet wyjaśnienie, czemu małpy i ludzie tak sprawnie zamienili się miejscami. Pozostaje nam tylko czekać i mieć nadzieję, że twórcy nie zapomnieli o Statui Wolności. Wszak o symbolach Alfa i Omega na szczęście pamiętali!

Wniosek: Ujdzie, ale zdecydowanie zbyt nostalgiczne i przegadane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Planeta Małp"! >>>


"Metal Hurlant Chronicles"

"Metal Hurlant Chronicles"

O czym to jest: Antologia krótkich, ponurych historii SF.

heavy metal serial recenzja

Recenzja serialu:

Czy są na sali jacyś hardcore'owi fani science fiction? Jeśli tak, to mam coś dla was. Ale ostrzegam, ciężko to przetrawić komuś, kto źle się odnajduje w kiepskich efektach specjalnych, marnym aktorstwie, dużej ilości lateksu i piersiastych blondynkach z wielkimi spluwami. Chociaż z drugiej strony, czy nie właśnie po to oglądamy produkcje science fiction...?

Zaletą "Metal Hurlant Chronicles", i to ogromną, jest pomysł. I w zasadzie tyle. Zacznijmy może od źródła: w latach 70. i 80. we Francji wydawano antologię komiksów SF pt. "Métal Hurlant" (znaną również w USA pod nazwą "Heavy Metal"). Do dziś ta seria cieszy się sporą estymą wśród starszego pokolenia miłośników fantastyki. Na tej podstawie w 2012 roku wspólnymi siłami francusko-belgijskimi nakręcono anglojęzyczny serial, składający się łącznie z dwunastu 20-minutowych odcinków. Każdy z nich to osobna opowieść (choć niektóre są ze sobą fabularnie związane), dziejąca się w różnych miejscach, epokach i realiach. Łączy je dystopijna rzeczywistość i zwiastun nadchodzącej apokalipsy, symbolizowany przez żywą, krzyczącą asteroidę, zwaną Métal Hurlant. Akcja rozciąga się od para-średniowiecznej fantastyki, przez western, realia I wojny światowej, czasy współczesne, aż do dalekiej przyszłości i innych planet. Nie brakuje kosmitów, bitew kosmicznych, wymachiwania mieczami, robotów, mutantów czy dużych eksplozji. Wszystko to okraszono stylistyką z pogranicza S&M, tak charakterystyczną dla francuskich produkcji SF (i obecną również w wysokobudżetowych produkcjach jak "Alien: Resurrection", a to z winy francuskiego reżysera). 

Raz jeszcze uprzedzam, że niski budżet spowodował, że efekty specjalne są tu naprawdę tragiczne. Ale dla fabuły i zwrotów akcji warto poświęcić te parę godzin życia przez ekranem (najlepiej w towarzystwie dobrych znajomych i kilku butelek z mocniejszą zawartością). Na osłodę dodam, że spotkacie tu wiele znajomych twarzy, w tym kilka naprawdę kultowych: Rutgera Hauera, Michaela Biehna, Joe Flanigana czy Johna Rhys-Daviesa. A na dodatek dużo pań całkowicie pozbawionych talentu aktorskiego, ale za to z wielkim biustem. Brzmi nieco jak recenzja filmu porno, prawda? No cóż, czasem trudno odróżnić, co jest czym.

Wniosek: Intrygujące fabularnie, tragiczne wizualnie. Dla wytrwałych.


"Battlestar Galactica"

"Battlestar Galactica"

O czym to jest: Niedobitki ludzkości z Dwunastu Kolonii ruszają na poszukiwanie Ziemi.

battlestar galactica serial recenzja 2003 olmos sackhoff helfer

Recenzja serialu:

Mało jest takich seriali jak "Battlestar Galactica". Jeszcze mniej, jeśli chodzi o rebooty dawnych klasyków! Oryginalna produkcja pod tym tytułem pojawiła się w telewizji w 1978 roku, zaliczyła nieudane wznowienie w 1980 roku, by w końcu w 2003 powrócić w zupełnie nowej odsłonie. Z wciągającej kosmicznej przygodówki zostawiono to, co najlepsze, i dorzucono niezwykłą jak na science fiction głębię: wątki polityczne, religijne, metafizyczne i filozoficzne. Wyszła z tego porywająca historia, składająca się z miniserialu (pilota), czterech sezonów (rozbijanych czasem na pięć), oraz filmów telewizyjnych "Razor" i "The Plan". Jeśli dorzucimy do tego dwa prequele "Caprica" oraz "Blood & Chrome", mamy do czynienia z setkami godzin do spędzenia przed ekranem!

A jest na co poświęcać czas. Fani kosmicznej rozwałki odnajdą się w zapierających dech bitwach kosmicznych, gdzie ostatni bojowy krążownik, tytułowa Galactica, będzie toczył wojnę z flotą zbuntowanych robotów (Cylonów), chroniąc flotę kilkudziesięciu statków z ostatnimi niedobitkami ludzkości. Są tu i ciężkie walki krążowników, i pojedynki myśliwskie, i w końcu regularne bitwy lądowe (zarówno masowe, jak i skupiające się na operacjach komandosów). Wielbiciele dobrego aktorstwa otrzymają całą plejadę postaci, których nie sposób zapomnieć: niezłomnego komandora Adamę, twardą jak skała panią prezydent Roslin, nieobliczalną pilotkę Starbuck, szlachetnego kapitana Adamę, stąpającego twardo po ziemi głównego inżyniera Tyrola, zgryźliwego pierwszego oficera Tigha, a także (lub przede wszystkim) doktora Baltara: tchórza, geniusza, polityka, proroka, a przede wszystkim postać, którą jednocześnie kochacie i nienawidzicie. Nie sposób wymienić wszystkich wybitnych kreacji aktorskich, zwłaszcza że nie wolno zapominać o ludzkich Cylonach: zmysłowej Szóstce, niestabilnej Ósemce czy też cynicznej Jedynce - osobiście uważam, że wspomniany Dean Stockwell rolą Jedynki stworzył postać jednego z najlepszych robotów w historii SF!

Ale tym, co najważniejsze w "Battlestar Galactica", jest klimat. Atmosfera przygnębienia odpowiednia dla czasów, gdy ludzkość została zapędzona na skraj zagłady i musi szukać nowej planety - mitycznej Ziemi - na której może się osiedlić. Ludzkie dramaty, emocje, konflikty polityczne, społeczne czy etniczne, jakie z całą pewnością zaistniałyby w tego typu sytuacji, mają tu miejsce. Nie brakuje też ogromnej dozy religii, wiary w przeznaczenie, a także szczypty mocy nadprzyrodzonych i niewyjaśnionych tajemnic, bez których SF nie pobudzałoby tak wyobraźni widza.

Brak mi słów, by opisać jak doskonałą produkcją jest "Battlestar Galactica". Należy znać od pierwszego do ostatniego odcinka, zwłaszcza że z każdą minutą jest coraz lepsze. Kultowe.

Wniosek: Arcydzieło gatunku. Wspaniałe, doskonałe, kultowe!


<<< Sprawdź kolejność serii "Battlestar Galactica"! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger