Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rycerze i smoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rycerze i smoki. Pokaż wszystkie posty
"The Last Duel" ("Ostatni Pojedynek")

"The Last Duel" ("Ostatni Pojedynek")

O czym to jest: Prawdziwa historia najsłynniejszego pojedynku sądowego w historii Francji.

ostatni pojedynek film ridley scott matt damon adam driver

Recenzja filmu:

Podejrzewam że dzięki "Grze o Tron" wielu współczesnych widzów wie już, że istniało w średniowieczu takie wydarzenie jak "trial by combat", czyli po polsku "pojedynek sądowy". Mógł on się odbyć wtedy, gdy dwie strony przedstawiały odmienne wersje tego samego zdarzenia. Jak rozstrzygnąć kto ma rację, gdy mamy jedynie słowo przeciwko słowu? Rozwiązaniem był właśnie pojedynek sądowy, gdzie - to oczywiście tylko jedna z wersji - dwóch przeciwników walczyło na śmierć i życie. Spór rozstrzygał Bóg, a zatem ten kto wygrał i przeżył mówił prawdę, a ten kto przegrał i zginął - kłamał. Niezbyt to rozsądne rozwiązanie patrząc z naszej perspektywy... Ale cóż, takie były czasy!

Najsłynniejszy pojedynek tego typu odbył się we Francji w roku 1386. Naprzeciwko siebie stanęło dwóch rycerzy - w ich rolach Matt Damon i Adam Driver - z których jeden był oskarżony o gwałt na żonie drugiego. Oskarżenie wniosła pokrzywdzona, co również było wydarzeniem bez precedensu, jako że w tamtych czasach kobieta była traktowana na równi z klaczą rozpłodową, a już z całą pewnością nie miała własnych praw. Nie myślcie też że jej mąż stanął w szranki w porywie rycerskiego romantyzmu. Chodziło, jak zawsze, o pieniądze, sławę i interesy, jako że przeciwnik był jego wieloletnim biznesowym rywalem. 

Jak się skończyła walka - to musicie sprawdzić sami. Ja powiem tylko, że Ridley Scott, którego nazywam moim ulubionym reżyserem dwubiegunowym (kręci albo totalne chały albo świetne hity) tym razem trafił dobrze. Od pierwszego zwiastuna bardzo czekałem na tą produkcję i nie zawiodłem się! Mimo że wiedziałem kto wygra i tak siedziałem jak wmurowany w fotel. Film podzielony jest na trzy etapy, które opowiadają to samo wydarzenie (czyli gwałt i prowadzące do niego okoliczności) z trzech punktów widzenia - sprawcy, ofiary i jej męża. Co istotne, obraz wyraźnie podkreśla że wersja zgwałconej (w tej roli rewelacyjna Jodie Comer) to po prostu "prawda". I znając ówczesne realia, nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie było. W ten sposób "The Last Duel" staje w jednym szeregu produkcji narodzonych z ruchu #metoo, przypominając że gehenna kobiet trwa od wieków. I choć wiele zmieniło się na dobre, to dalej przed nami długa droga, by w końcu zaprowadzić prawdziwe równouprawnienie.

W moim odczuciu "The Last Duel" to wizualny i duchowy następca wspaniałego "Kingdom of Heaven", jednego z moich ulubionych filmów (również autorstwa Ridleya Scotta). Muszę pewnego dnia obejrzeć te dzieła jeden po drugim - na razie zadowalam się odsłuchiwaniem obydwu soundtracków jako jednego albumu (polecam!). Nie mam się do czego przyczepić jeśli chodzi o scenografię czy aktorstwo. To znakomity, poruszający ważny temat, i świetnie nakręcony film (choć ciut za długi). Pozycja obowiązkowa dla każdego kinomana!

Wniosek: Rewelacyjne, poruszające i skłaniające do przemysleń kino.


"The Watch"

"The Watch"

O czym to jest: Uwspółcześniona ekranizacja powieści Terry'ego Pratchetta o przygodach straży miejskiej w fikcyjnym Ankh-Morpork, największym mieście Świata Dysku.

straż terry pratchett świat dysku serial BBC

Recenzja serialu:

Nie jestem przeciwnikiem zabawy konwencją i eksperymentowania formą, mało tego - gorąco wierzę w coś takiego jak licentia poetica oraz w to, że umiejętny artysta nie zgubi ducha historii niezależnie od tego, jakiego opakowania użyje. Niemniej w przypadku ekranizacji kultowych książek o Straży z cyklu "Świata Dysku" Terry'ego Pratchetta muszę sobie zadać pytanie: czy ta produkcja naprawdę jest dobra nie gubiąc ducha powieści mimo kontrowersyjnej formy, czy może to powieści są aż tak dobre, że nawet taki gwałt na formie nie był w stanie ich spieprzyć?

Jestem ogromnym fanem Terry'ego Pratchetta od lat, wszystkie tomy "Świata Dysku" mam na półce, a czytałem każdy z nich co najmniej kilkukrotnie. Nie mówię że jestem totalnym fachowcem w tej dziedzinie, ale co nieco tam wiem. Obejrzałem też wszystkie dotychczasowe ekranizacje, zaczynając od nudnego do bólu "Wiedźmikołaja", przez zachowawczy "Kolor Magii", aż do świetnego "Piekła Pocztowego". Na serial o kapitanie Vimesie i Straży Ankh-Morpork czekałem od lat, z uwagą śledząc każdy strzęp doniesień na ten temat. I szczerze: naprawdę nie spodziewałem się takiego opakowania! Książki osadzone są w realiach renesansowo-wiktoriańskiej Anglii (a Ankh-Morpork to taki Londyn rzecz jasna), oczywiście ze sporą domieszką czystej fantastyki i zapożyczeń z innych kultur oraz motywów. Tymczasem twórcy serialu postanowili odważnie wkroczyć w XXI wiek prezentując nam serial współczesny, co nieco przypominający dystopijne lata 90. (w których zamiast pistoletów dominują kusze) i na dodatek wizualnie zanurzony po uszy w stylistyce queer - tak mocno, że mógłby wręcz uchodzić za manifest całej subkultury LGBTQ+. Wszystko co scenarzyści wyczytali na stronach powieści zostało tu przemielone i podane w psychodelicznej formie, wliczając w to zaskakującą miejscami zmianę płci i wyglądu bohaterów. Gdy zestawimy "The Watch" ze wspomnianym "Piekłem Pocztowym" przypadkowy widz nigdy by nie zgadł, że pochodzą one z tego samego uniwersum. I tak jak wspomniałem we wstępie, nie mam nic przeciwko temu, że twórcy popuścili wodzom fantazji. Mam jednak wrażenie, że wspomniane zmiany były po prostu bezcelowe i stworzone do tego, by szokować dla samej idei szokowania. Tylko po co?

Doceniam sporo elementów, bo jako fan uniwersum podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle. Nie brakuje charakterystycznego humoru Pratchetta, nie zapomniano o wielu motywach i wątkach (poruszonych choćby pobieżnie), a fabuła dość mocno trzyma się kupy, co naprawdę nie było łatwe przy ostrym i chaotycznym montażu. Aktorów - nawet tych którymi zmieniono płeć - dobrano całkiem nieźle, ze wskazaniem na Marchewę, Cudo Tyłeczek (najlepsza postać serialu!) i samego Vimesa, który przekonał mnie do siebie w pełni (choć nie od razu). Największa szkoda, że scenarzyści zgubili większość kontekstu społeczno-politycznego książek, którego nie da się oddzielić od twórczości autora (wyjątkiem są jedynie gobliny z ich pełzającą marksistowską ideologią). A no i niestety nie podaruję, że Vetinariego nie zagrał Charles Dance, który w "Piekle Pocztowym" postawił tej postaci chyba najwyższą pieczęć jakości. 

"The Watch" już otrzymało najgorszą karę, jaka mogła spotkać taką produkcję - hejt fanów książek Pratchetta i całkowitą obojętność reszty światowej widowni. Ciężko znaleźć jakąkolwiek opinię na temat tej produkcji, bo po prostu mało kto ją oglądał i tak już raczej zostanie (można liczyć ewentualnie na opóźnioną kultowość, ale tylko w wypadku, gdy serial namierzy szeroka społeczność LGBTQ+). Dlatego też zakończenie serialu ostrym cliffhangerem urywającym wątki dosłownie w połowie sceny, bez realnej wizji nakręcenia drugiego sezonu, uważam za grzech śmiertelny, który powoduje, że oglądanie całości staje się bezcelowe i obniża moją finalną ocenę. Terry Pratchett by tego nie pochwalił. 

Wniosek: Wierne duchowi książek, ale bardzo kontrowersyjne w formie. Szkoda że bez zakończenia!


"Wiedźmin"

"Wiedźmin"

O czym to jest: Przygody smutnego łowcy potworów.

wiedźmin polski serial 2002 michał żebrowski zbigniew zamachowski

Recenzja serialu:

Po tym jak zakończyłem seans pierwszego sezonu "The Witcher" poczułem spory niedosyt przygód wiedźmina Geralta. To był więc najlepszy czas, by przypomnieć sobie po latach pierwszą próbę podejścia do tematu, a więc polski serial "Wiedźmin" z 2002 roku. Tu zaznaczę, że mam na myśli 13-odcinkowy serial, a nie film pod tym samym tytułem, który wyszedł w 2001 roku. Jakość wspomnianego filmu jest po dziś dzień symbolem żenady i kompromitacji polskiej kinematografii, więc spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Tu mała dygresja - zauważyliście, że w naszym Kraju Kwitnącej Cebuli wszystko robi się na opak? Nakręcenie jednocześnie filmu kinowego i serialu do telewizji nie jest przecież czymś nowym, robi się tak na całym świecie. Tyle że w normalnych krajach wypuszcza się do kin np. pilota serialu (względnie finał), a resztę odcinków zostawia do telewizji. Niestety twórcy "Wiedźmina" postanowili wziąć trzynaście godzin materiału i pociąć go do dwugodzinnej produkcji. No i w ten sposób wyszło co wyszło...

Dlatego też zapomnijmy o filmie raz na zawsze. Przykro mi tylko, że jego klęska pociągnęła na dno cały serial - do tego stopnia że nigdy nie ukazał się na DVD. Wielka szkoda, bo polski "Wiedźmin", choć jest produkcją totalnie inną od "The Witcher", ma swoje ogromne zalety. Zacznijmy od głównego bohatera - w polskiej wersji wcielił się w niego Michał Żebrowski. Jego Geralt w ciągu trzynastu odcinków przeszedł pełną ewolucję, od naiwnego idealisty o mentalności ufnego dziecka, przez cynicznego mruka, aż do zdeterminowanego wymiatacza, który nie boi się stanąć bez broni naprzeciwko grupy rycerzy (cytuję: "Nie potrzeba mi miecza, wezmę sobie od nich"). Chudy, ponury i wiecznie strapiony Geralt okazał się być postacią, której widz raczej nie polubi, ale mimo to będzie jej kibicował. Taki typowy antybohater, i to jeszcze zanim ten typ postaci stał się modny w światowej telewizji. Starania Żebrowskiego uzupełniają świetne kreacje drugoplanowe - rzecz jasna Zbigniewa Zamachowskiego jako Jaskra (w przeciwieństwie do "The Witcher" jego postać nie była tu komediowym śmieszkiem, a raczej matejkowskim Stańczykiem). Świetna jest Grażyna Wolszczak jako histeryzująca czarodziejka Yennefer, Anna Dymna jako stoicka kapłana Nenneke, nieodżałowany Maciej Kozłowski jako złoczyńca Falvick, no i mój ulubieniec - Andrzej Chyra jako Borch Trzy Kawki! Swoją drogą znanych nazwisk przewinęła się tu cała masa: Olbrychski, Gruszka, Buzek, Peszek, Milowicz, Łukaszewicz, Dygant... Jak to w typowym polskim serialu, cała masa znajomych twarzy!

Drugą zaletą "Wiedźmina" jest rewelacyjny klimat. To wolno snująca się opowieść, kreślona z odcinka na odcinek i co ciekawe dość konsekwentna i logiczna w konstrukcji fabuły. Wieloletnie przeskoki między epizodami pozwoliły na sprytne rozwinięcie postaci, dzięki czemu nawet nieznający oryginalnych książek widz nie powinien się pogubić. Do tego warto doliczyć fantastyczną ścieżkę dźwiękową Grzegorza Ciechowskiego, w tym urokliwe ballady śpiewane przez Zamachowskiego jako Jaskra. Nie można też zapomnieć o zdjęciach polskich plenerów, świetnie przywołujących na myśl około-średniowieczny klimat (ten stukot końskich kopyt po prawdziwym bruku średniowiecznego zamku - tego nie da się w pełni oddać w żadnym studio). Osobiście cenię też bardzo choreografię, nawiązującą wprawdzie (i to bardzo) do stylu walki samurajów, ale w końcu wiedźmini walczyli katanami więc - czemu nie! 

Czemu więc serial nie zyskał należnego uznania wśród widzów? Nie licząc wspomnianego wcześniej wpływu filmu kinowego, trzeba zaznaczyć że w "Wiedźminie" jest bardzo duży pierwiastek teatralności. Ktoś nieobeznany z tym jak mówią i zachowują się aktorzy na scenie teatru może nie złapać klimatu - wtedy to co zobaczy będzie wydawać się sztuczne, przerysowane i amatorskie. "Wiedźmin" przypomina bardziej teatr telewizji niż hollywoodzki serial, a przez to wymaga odpowiedniego oswojenia się z formą. Dodatkowo sporo efektów specjalnych (z legendarnym smokiem na czele) wygląda dość żenująco, i to nawet jak na ówczesne standardy. Szkoda że twórcy nie trzymali się zasady "mniej znaczy więcej" - wszystkie niedoróbki technologii bez problemu dałoby się ograć klimatem, odpowiednim oświetleniem i montażem kamery. Ale cóż, głównym producentem był tu nie kto inny, jak sam Lew Rywin - a od niego, jak wiemy, nie powinniśmy się spodziewać zbyt dużej przenikliwości umysłu.

Tym samym polski "Wiedźmin" pozostaje produkcją na ogół zapomnianą, choć jej echa rezonują po dziś dzień (Michał Żebrowski wciąż nie może się wyzbyć łatki Geralta w niektórych środowiskach). Warto by każdy widz przekonał się sam, na ile podejdzie mu ta produkcja. O ile dacie radę ją gdziekolwiek zobaczyć, rzecz jasna!

Wniosek: Jeśli się tylko kupi konwencję to jest to całkiem niezły serial!


"The Witcher" ("Wiedźmin")

"The Witcher" ("Wiedźmin")

O czym to jest: Przygody łowcy potworów o złotym sercu.

wiedźmin serial 2019 netflix sapkowski cavill

Recenzja serialu:

Rok 2019 żegnamy recenzją serialu "The Witcher" - czyli najnowszej ekranizacji przygód słynnego Wiedźmina, bohatera książek fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Nie jest to pierwsza próba opowiedzenia tej historii za pomocą telewizji. Pierwszą, jak pamiętają polscy widzowie, był "Wiedźmin" z Michałem Żebrowskim w tytułowej roli. Niestety mimo szczerych prób nie udało się wówczas osiągnąć sukcesu. Ten nastąpił dopiero teraz!

"The Witcher" można określić słowem "udany". Nie jest to oczywiście produkcja wybitna, daleki też jestem od nazywania jej następcą "Gry o Tron". Ale to bardzo dobry serial, klimatyczny, nieprzegadany, fajnie zagrany i skonstruowany. Głównym bohaterem jest wiedźmin Geralt, zmutowany łowca potworów podążający w stronę nieuchronnego przeznaczenia. Drugą osią fabuły są przygody dwóch związanych z nim kobiet - wiecznie rozczarowanej czarodziejki Yennefer, a także nastoletniej księżniczki Ciri. Co istotne wspomniane wątki fabularne nie rozgrywają się równolegle, tylko w różnych liniach czasowych. Na szczęście konstrukcja scenariusza jest na tyle czytelna, by uważny widz bez problemu połapał się co było "wtedy", a co "teraz". Zatem jeśli boicie się galimatiasu i bólu głowy jakiego dostarcza choćby "Westworld" to nie martwcie się - wszystko da się bez problemu zrozumieć. Co ważne taki widz jak ja, który nie czytał książek ani nie grał w oparte na nich gry komputerowe, bez problemu odnalazł się w bogatym świecie fantasy para-słowiańskiego Wiedźmina.

"The Witcher" ma wiele ogromnych zalet. Najważniejszą jest chyba gra aktorska. Do samego końca nie wierzyłem, że obsadzenie Henry'ego Cavilla w głównej roli jest dobrym pomysłem. Jak miło jest się pomylić! Jego Wiedźmin jest w pełni wiarygodny, wiecznie wściekły i ponury, a przy tym uroczo mrukliwy. A do tego wywija mieczem aż miło popatrzeć! Drugim fantastycznym wyborem był Joey Batey jako Jaskier, gadatliwy bard nad wyraz przypominający Osła ze "Shreka". I choć Zbigniew Zamachowski w polskim "Wiedźminie" śpiewał lepiej od niego, to ballada "Toss a Coin to Your Witcher" w wykonaniu Batey'a zawojowała świat! Fantastycznie dobrana jest również Yennefer, Ciri, a także rozliczni magowie i postacie poboczne. Ich kreacje w połączeniu z wiarygodną scenografią (finałową bitwę kręcono w polskim zamku Ogrodzieniec) zapewniają serialowi unikalny klimat, który zachęca do uważnego śledzenia wydarzeń na ekranie.

Oczywiście "The Witcher" ma trochę wad. W wielu momentach na wierzch wychodził brak budżetu. Sceny które aż prosiły się o epicki rozmach były więc okrojone, a i same czary nie wyglądały tak spektakularnie jak chociażby w "Warcrafcie". Za to taka na przykład choreografia stała na najwyższym poziomie, a zatem pozostaje mi trzymać kciuki, by włodarze Netflixa hojnie potrzęśli sakiewką dla budżetu drugiego sezonu. Nie mam wątpliwości, że w światowej popkulturze jest jeszcze wiele miejsca dla kolejnych przygód Geralta i spółki. Czego nam wszystkim życzę z okazji Nowego Roku!

Wniosek: Świetnie zrobione, wciągające i godne książkowego pierwowzoru.


"The Great Wall" ("Wielki Mur")

"The Great Wall" ("Wielki Mur")

O czym to jest: Chińczycy bronią Wielkiego Muru przed potworami.

wielki mur plakat recenzja filmu matt damon pedro pascal

Recenzja filmu:

Nasłuchałem się sporo o tym, jak to wielką tragedią kinematografii jest "Wielki Mur". I przyznaję, że widząc Matta Damona w kucyku biegającego z łukiem wśród opancerzonych Chińczyków, zwątpiłem czy chcę to oglądać. Ale przekonały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze pomysł fabuły, polegający zbudowaniu Wielkiego Muru w celu ochrony Chin przed krwiożerczymi potworami. A po drugie fakt, że w roli pomocnika (żeby nie powiedzieć: popychadła) Matta Damona wystąpił Pedro Pascal. No więc usiadłem przed telewizorem. I na szczęście nie było tak źle.

Tu pragnę zauważyć, że "Wielki Mur" to superprodukcja chińska, a te rządzą się swoimi prawami. Ale sporo w tym filmie pierwiastka zachodniego (i nie mam na myśli tylko aktorów), co powoduje że trafia nieco bardziej do widza z zachodniej hemisfery. Autorem pomysłu na film jest bowiem sam Max Brooks, autor rewelacyjnej książki "World War Z", jednej z moich ulubionych. A za poprawki scenariusza odpowiadał Tony Gilroy, hollywoodzki "człowiek od rozwiązywania problemów" (jak Mr. Wolf w "Pulp Fiction"), który uratował chociażby "Rogue One". Dlatego zaufajcie mi kiedy mówię, że "Wielki Mur" ogląda się całkiem nieźle. Oczywiście nie jest to rewelacja, a film wietrzeje z głowy już po paru dniach. Ale jak na odmóżdżający wieczór przed ekranem nadaje się w sam raz.

Choreografia walk to bardziej nawalanka mieczem niż tradycyjne kung-fu fighting. Ale jest tu kilka świetnych pomysłów. Wprawdzie kolory pancerzy chińskich wojowników są absurdalne, ale muszę przyznać że oddziały niebieskich Chinek skaczących z lancami na bungee ze szczytu Muru wyglądają zjawiskowo! Zabawne było kreatywne wykorzystanie prochu, ale tym co mnie rozłożyło na łopatki były oddziały balonowe. W XI wieku! Z drugiej strony ten pomysł nie był bardziej absurdalny niż fruwające galeony w "Trzech Muszkieterach" z 2011 roku, więc czego ja się czepiam...? 

Zastrzeżenia mam co do efektów specjalnych, zwłaszcza do wyglądu potworów - nie jest to niestety poziom amerykańskich czy europejskich produkcji. Ale ponieważ nie planuję oglądać "Wielkiego Muru" drugi raz, przymykam na to oko. Przynajmniej przez chwilę było zabawnie. No i na dodatek już zawsze będziemy się mogli śmiać z kucyka Matta Damona!

Wniosek: Nie tak tragiczny film, jak wszyscy mówią.


"Bright"

"Bright"

O czym to jest: Człowiek i ork rozwiązują magiczną zagadkę kryminalną.

bright recenzja filmu netflix smith edgerton ayer

Recenzja filmu:

Wyobraźcie sobie klasyczny film fantasy. Rycerze, smoki, magia, elfy, orki, krasnoludy etc. Znacie to, prawda? No to teraz wyobraźcie sobie, że minęło 2000 lat i z tamtego magicznego świata wyewoluował dokładnie taki, jak dziś. Tyle że ze wszystkimi rasami, magią i podziałami gatunkowymi, przy których dzisiejsze społeczne konflikty w Stanach Zjednoczonych wyglądają jak kłótnia przedszkolaków. Genialny pomysł na film!

Netflix przestał się zadowalać wypuszczaniem najwyższej klasy seriali, takich jak np. "Narcos" czy "Stranger Things". Teraz postanowił zawalczyć o kinowego widza i wypuszczać wysokobudżetowe, pełne efektów produkcje dedykowane na swoją platformę, które z powodzeniem mogłyby konkurować z kinowymi hitami. "Bright" jest właśnie takim filmem - z uznanym reżyserem Davidem Ayerem na pokładzie i gwiazdorską obsadą. Wprawdzie niespecjalnie przepadam za dziełami Ayera (jego ostatnie dwie produkcje, czyli "Fury" i "Suicide Squad" niespecjalnie do mnie przemówiły), jednak tematyka "Bright" wymagała, bym dał temu filmowi szansę. Niestety hit Netflixa wpadł w te same koleiny, co wspomniane poprzednie filmy Ayera: okazał się był dość prostą i naiwną historią we wspaniałej wizualnej oprawie. Niektórym to wystarcza, by się dobrze bawić, ja jednak oczekuję czegoś więcej.

Nie oznacza to, że "Bright" jest złą produkcją. Byłoby naprawdę niezłe jako np. pilot serialu telewizyjnego. Niestety brakuje mu rozmachu fabuły koniecznego do tego, by zawojować kinowego widza. Głównym bohaterem jest Will Smith w roli cynicznego gliniarza w Los Angeles, który dostaje za partnera pierwszego orka w policyjnym mundurze. Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bo identyczny motyw był już w filmie (i później serialu) "Alien Nation" w latach 80. - tyle że wówczas chodziło o kosmitów, a nie orki czy elfy. Wraz ze swoim orkowym (orczym?) partnerem, Smith trafia na trop magicznego spisku elfów, którzy za pomocą magicznej różdżki będą chcieli wskrzesić legendarnego Władcę Ciemności. W tle mnóstwo gangsterskiego klimatu, strzelanin, ciętych dialogów rodem z "Zabójczej Broni" i innych filmów klasy "buddy movie", oraz parę doskonałych pomysłów na przeplatanie świata fantasy z rzeczywistością. Niestety "Bright", gdy się go obedrze z tej całej iskrzącej otoczki, jest dosyć zachowawczy pod względem scenariusza. Zwroty akcji są przewidywalne, bohaterowie jednowymiarowi, a historia niezbyt porywająca. Wygląda to tak, jakby ktoś wpadł na genialny pomysł, ale niekoniecznie potrafił go dobrze wcielić w życie.

Gdybym dostawał dolara za każdy obejrzany film, w którym Will Smith wstaje rano i pije kawę, byłbym już milionerem. Nie mam zbyt wysokiego mniemania o nim jako aktorze, ale przynajmniej przestał mnie już denerwować. Jego rola niespecjalnie różni się od tego, co widzieliśmy w innych jego filmach, niemniej wiem że Smith ma swoich miłośników, zatem niech mu będzie. Dla kontrastu uwielbiam Joela Edgertona, a jego kreacja orka w "Bright" zasługuje na wielkie uznanie! To doskonale zagrana i poprowadzona postać, aż chciałoby się go więcej oglądać na ekranie (co jest zresztą możliwe, bo w planach jest już ponoć sequel). Warto też wspomnieć, że w "Bright" w roli złej elfki wystąpiła Noomi Rapace - wyglądała naprawdę złowieszczo, a jej elfie komando zabójców było bardzo efektowne! Czego jak czego, ale pięknej oprawy i znakomitych efektów pirotechnicznych i komputerowych nie można temu filmowi odmówić.

Warto znać "Bright" ze względu na pomysł. To też całkiem znośna rozrywka na wieczór przed telewizorem. Do obejrzenia na raz i zapomnienia.

Wniosek: 10/10 za pomysł. A jako film takie sobie.


"King Arthur: Legend of the Sword" ("Król Artur: Legenda Miecza")

"King Arthur: Legend of the Sword" ("Król Artur: Legenda Miecza")

O czym to jest: Wychowany na ulicy Artur musi zostać królem, by ocalić świat.

król artur legenda miecza film guy ritchie


Recenzja filmu:

Stylistyka Guya Ritchiego nie do końca do mnie przemawia. Jego "Sherlock Holmes" był wprawdzie wizualnie imponujący, jednak zabrakło w nim dobrej fabuły i zajmującego prowadzenia akcji. Podobne problemy spotkały najnowszą wersję przygód Króla Artura, tym razem - w przeciwieństwie do realistycznego "Króla Artura" z 2004 roku - osadzonych w klimacie czystej fantastyki.

Mówiąc czystej, mam na myśli totalnie czystej. "Legenda Miecza", podobnie jak nakręcone niedawno filmy "Saga Wikingów" czy "Siódmy Syn", wygląda jak ekranizacja przygód RPG. Mamy zatem sztampowego głównego bohatera osadzonego w fajnych, choć niewiarygodnych realiach, do tego klasyczną drużynę, sporo magii i czarów, potwory, ubranego na czarno (a jakże!) głównego przeciwnika oraz uproszczoną wersję wędrówki bohatera mitycznego. Dodajmy, że "Legenda Miecza" to kwintesencja kinowego postmodernizmu. Film zawiera w sobie kalki i zapożyczenia z niezliczonej ilości podobnych produkcji, zaczynając od "Gladiatora", a na "Robin Hoodzie: Księciu Złodziei" kończąc. Przedstawione na ekranie Londinium wygląda jak Rzym w miniaturce (jest nawet Koloseum), choć nie mam pojęcia skąd się w nim wzięła chińska szkoła gladiatorów kung fu. Miszmasz realiów i wizualnych rozwiązań przyprawia o zawrót głowy. Przykładowo podczas bitwy w scenie otwarcia zobaczycie olifanty z piramidami na grzbietach...

Najbardziej jednak ten film przypomina mi "Synów Anarchii". Główną przyczyną jest oczywiście ten sam aktor w roli głównej, ale swoje robi sposób prowadzenia historii. Artur walczy z dziedzictwem ojca, którego nigdy de facto nie poznał, a jego koledzy z londinionskiego gangu to w gruncie rzeczy grupa dobrych kumpli, którzy o siebie dbają i pilnują porządku w dzielnicy. Brzmi znajomo? Tylko harleyów brakuje... Swoją drogą w ten sposób dochodzimy do mojego największego zarzutu. To nie jest film o Królu Arturze! Za wyjątkiem powtórzenia imion bohaterów oraz paru motywów (jak Excalibur), nie ma tu za grosz klimatu oryginalnych mitów arturiańskich (dla porównania obejrzyjcie chociażby "Merlina" z Samem Neillem z 1998 roku). Mało tego, "Legenda Miecza" bardziej pasowałaby do historii o Robin Hoodzie niż Królu Arturze. Są nawet kolesie w kapturach strzelający z łuku jak zawodowi snajperzy!

Na szczęście film ma kilka bardzo mocnych punktów. Pierwszym jest wspomniana już warstwa wizualna, zabawa formą i montażem, wzbogacona na dodatek o piękne brytyjskie plenery i zdjęcia. Drugim jest muzyka - ścieżka dźwiękowa Daniela Pembertona to dla mnie jedno z większych odkryć ostatnich lat! Co do obsady to miło było ujrzeć kilka znajomych twarzy (w tym dwie z "Gry o Tron"), ale Charlie Hunnam jako Artur ciągnął całość w dół. Już pomijam fakt, że wyglądał jakby trafił tu z przypadku po drodze na plan "Wikingów"... Jego popis aktorski nie porywał, nie przyciągał uwagi i nie zachęcał do dalszego śledzenia przygód króla Brytów. To grzech śmiertelny dla przygodowego kina fantasy! 

Z samą warstwę wizualną dałbym cztery chomiki, ale muszę odjąć jednego za Charliego Hunnama. Daje nam to trzy, czyli ocenę dostateczną. Mogło być lepiej. 

Wniosek: Wizualnie i muzycznie bardzo ciekawe, ale fabularnie słabe.


"Metal Hurlant Chronicles"

"Metal Hurlant Chronicles"

O czym to jest: Antologia krótkich, ponurych historii SF.

heavy metal serial recenzja

Recenzja serialu:

Czy są na sali jacyś hardcore'owi fani science fiction? Jeśli tak, to mam coś dla was. Ale ostrzegam, ciężko to przetrawić komuś, kto źle się odnajduje w kiepskich efektach specjalnych, marnym aktorstwie, dużej ilości lateksu i piersiastych blondynkach z wielkimi spluwami. Chociaż z drugiej strony, czy nie właśnie po to oglądamy produkcje science fiction...?

Zaletą "Metal Hurlant Chronicles", i to ogromną, jest pomysł. I w zasadzie tyle. Zacznijmy może od źródła: w latach 70. i 80. we Francji wydawano antologię komiksów SF pt. "Métal Hurlant" (znaną również w USA pod nazwą "Heavy Metal"). Do dziś ta seria cieszy się sporą estymą wśród starszego pokolenia miłośników fantastyki. Na tej podstawie w 2012 roku wspólnymi siłami francusko-belgijskimi nakręcono anglojęzyczny serial, składający się łącznie z dwunastu 20-minutowych odcinków. Każdy z nich to osobna opowieść (choć niektóre są ze sobą fabularnie związane), dziejąca się w różnych miejscach, epokach i realiach. Łączy je dystopijna rzeczywistość i zwiastun nadchodzącej apokalipsy, symbolizowany przez żywą, krzyczącą asteroidę, zwaną Métal Hurlant. Akcja rozciąga się od para-średniowiecznej fantastyki, przez western, realia I wojny światowej, czasy współczesne, aż do dalekiej przyszłości i innych planet. Nie brakuje kosmitów, bitew kosmicznych, wymachiwania mieczami, robotów, mutantów czy dużych eksplozji. Wszystko to okraszono stylistyką z pogranicza S&M, tak charakterystyczną dla francuskich produkcji SF (i obecną również w wysokobudżetowych produkcjach jak "Alien: Resurrection", a to z winy francuskiego reżysera). 

Raz jeszcze uprzedzam, że niski budżet spowodował, że efekty specjalne są tu naprawdę tragiczne. Ale dla fabuły i zwrotów akcji warto poświęcić te parę godzin życia przez ekranem (najlepiej w towarzystwie dobrych znajomych i kilku butelek z mocniejszą zawartością). Na osłodę dodam, że spotkacie tu wiele znajomych twarzy, w tym kilka naprawdę kultowych: Rutgera Hauera, Michaela Biehna, Joe Flanigana czy Johna Rhys-Daviesa. A na dodatek dużo pań całkowicie pozbawionych talentu aktorskiego, ale za to z wielkim biustem. Brzmi nieco jak recenzja filmu porno, prawda? No cóż, czasem trudno odróżnić, co jest czym.

Wniosek: Intrygujące fabularnie, tragiczne wizualnie. Dla wytrwałych.


"Underworld: Rise of the Lycans" ("Underworld: Bunt Lykanów")

"Underworld: Rise of the Lycans" ("Underworld: Bunt Lykanów")

O czym to jest: Wilkołaki buntują się przeciwko wampirom.

underworld bunt lykanów film recenzja nighy

Recenzja filmu:

A szło już tak dobrze... To oczywiste, że po bardzo udanym "Underworld: Evolution" twórcy postanowili pociągnąć serię dalej. I nawet rozumiem, czemu zamiast kolejnego sequela stworzyli prequela, będącego tak naprawdę rozwinięciem efektownej sceny początkowej z poprzedniego filmu (wraz z inkorporacją flashbacków z oryginalnego "Underworlda"). Nie rozumiem jednak, czemu - mimo udziału znanej nam ekipy, w tym Billa Nighy'ego - wyszła aż taka kaszanka!

Jedyne co mi przychodzi do głowy, to Kate Beckinsale. A raczej jej brak. "Underworld" bez udziału czarnowłosej, seksownej wampirzycy, okazał się być po prostu niestrawny. Zamiast niej na pokład wciągnięto podobną do niej Rhonę Mitrę, której jakiś chirurg plastyczny zrobił wielką krzywdę. Serio, nie żartuję - ta kobieta jest tak pocięta przez skalpel, że nie da się jej oglądać! Nie udało jej się wypełnić butów po Beckisale ani pod względem urody, ani też talentu aktorskiego (co jest tym bardziej przykre, że akurat w tym aspekcie wcale nie trzeba było wysoko sięgać...). Bill Nighy robił wprawdzie co mógł, podobnie jak Michael Sheen w roli Luciana, sympatycznego wilkołaka z pierwszej części. Ale nawet ta dwójka nie mogła pomóc tam, gdzie zawiódł scenariusz.

A zawiódł na całej linii. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w "Rise of the Lycans" zredukowano akcję do zaledwie kilku nawalanek na miecze i balisty, porzucając przy tym zjawiskową choreografię, która urozmaicała nam poprzednie części. Jaki jest sens oglądać film z serii "Underworld" bez tych wizualnych smaczków? Ponadto gotycka stylizacja ma sens, gdy się ją osadzi w czasach współczesnych. Gdy wpakujecie ją do quasi-średniowiecznego filmu, wyjdzie wam... gotyk. Ten prawdziwy. A umówmy się, "Rise of the Lycans" to nie "Imię Róży", wszystkie niedociągnięcia i cięcia budżetowe widać od razu i to na kilometr. Niestety powoduje to, że prequel "Underworlda" to słaby film klasy B, niebezpiecznie blisko krążący wokół strefy C.

Tak naprawdę przedstawienie źródeł waśni na linii wampiry/wilkołaki nie było ani konieczne, ani zajmujące. Wszystko, co istotne, widzieliśmy wcześniej we flashbackach, więc te półtorej godziny jesieni średniowiecza można sobie odpuścić. Jest tyle ciekawszych rzeczy do oglądania!

Wniosek: Nuda. Strata czasu!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Warcraft" ("Warcraft: Początek")

"Warcraft" ("Warcraft: Początek")

O czym to jest: Orkowie dokonują inwazji na świat ludzi.

warcraft początek film recenzja travis fimmel

Recenzja filmu:

Przy którejś okazji wspominałem, że każde medium ma inne tempo. Książka, film czy gra komputerowa różnią się sposobem narracji i rozłożeniem akcentów w fabule. Jeśli ktoś próbuje np. zekranizować film jak książkę, wychodzi mu dzieło nieco nieczytelne (np. "Child 44"). To jest właśnie problem "Warcrafta", stworzonego - jak stwierdził reżyser - pod oczekiwania graczy najpopularniejszego uniwersum MMORPG w historii kina. Kinowy "Warcraft" to nie film, a po prostu gra komputerowa.

Dlatego też, niestety, wyszedł z niego marny obraz. Oczywiście nie jest to szmira, gdyż kilka fajnych elementów ratuje końcowe wrażenie na tyle, by nie domagać się zwrotu za bilety. Obawiam się jednak, że dwie godziny przed ekranem zapiszą się w mojej pamięci jako stracony czas. Uczciwie pochwalę np. wykreowanie uniwersum (zwłaszcza kulturę orków), a także pokazanie magii na ekranie (świecące oczy i błękitne promienie wypadły świetnie!). Jednak cała reszta to chaos, marne efekty specjalne i słaba gra aktorska. Wystarczy spojrzeć na obsadę by dostrzec sporo twarzy znanych z seriali, a nie filmów, co już powinno dać do myślenia (serialowi aktorzy - jako zazwyczaj mniej zdolni - są po prostu tańsi). Głównym bohaterem jest Travis Fimmel, a więc Ragnar z "Wikingów", w roli Lothara (choć wygląda tak samo jak we wspomnianym serialu, wliczając jego znak rozpoznawczy, a więc bose stopy). Wprawne oko fana dostrzegło tu także Henry'ego z "Sanctuary" i Leobena z "Battlestar Galactica", ale to tyle ze znanych mordek. Największym rozczarowaniem była dla mnie Paula Patton w roli pół-orczycy, która sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz zwymiotować na ekranie. Jeśli dorzucimy do tego całkowicie bezpłciowego króla, balansującą na krawędzi upiornego fanatyzmu królową i nudnego młodego maga, wychodzi z tego zakalec. Bronią się orki (zwłaszcza Durotan), jednak nędzna animacja komputerowa czyni z nich postacie nierzeczywiste, z którymi trudno się utożsamić. Kochani twórcy filmowi (na czele z George'm Lucasem), zapamiętajcie sobie raz a dobrze: im więcej green screena i CGI, tym gorzej dla filmu! No chyba że potraficie to wykorzystać tak, jak kiedyś Zack Snyder w "300".

Jako fantasy "Warcraft" wypada nadzwyczaj przeciętnie. Niemniej gracze będą zachwyceni - ten film to praktycznie przewodnik po ich ukochanym uniwersum, a także częściowe odtworzenie fabuły pierwszej gry z cyklu. Podejrzewam więc, że nadmiar postaci i lokalizacji, który dla zwykłego widza jest wadą, dla zapalonego gracza będzie największą zaletą. Cóż, każdemu według potrzeb, ale jeśli ocenimy "Warcrafta" wyłącznie w kategoriach filmowych, będziemy rozczarowani. Ale kto wie, może jednak powstaną kontynuacje i innemu reżyserowi pójdzie lepiej...

Wniosek: Słabe, ale graczom się spodoba.


"Thor"

"Thor"

O czym to jest: Przygody kosmity, znanego jako nordycki bóg gromu.

thor marvel film recenzja chris hemsworth tom hiddleston

Recenzja filmu:

Napis na powyższym plakacie głosi "spectacular", czyli "zjawiskowy". I owszem, "Thor" wygląda imponująco. Twórcy zdecydowanie mieli rozmach, fundując nam pierwszą w "Marvel Cinematic Universe" space operę. Rzecz dzieje się na odległej planecie Asgard, gdzie żyje rasa zaawansowanych ludzi, wyglądających z ziemskiego punktu widzenia jak bogowie. Ich technologia to klasyczna magia, pełna zaklęć, mistycznych sił czy czarodziejskich artefaktów. To tak naprawdę ta sama półka filmowa co "Star Wars" albo "Jupiter Ascending", choć niestety zdecydowanie bliższa tej drugiej produkcji.

Ilość efektów specjalnych powala, niestety w tym negatywnym aspekcie. Są filmy, jak "300" czy "Sucker Punch", gdzie kręcenie całego filmu na green screenie dodaje mu smaczku i charakteru. Niestety w "Thorze" jest jak w "Zemście Sithów" - wszystko jest sztuczne, nieprawdziwe, a aktorzy nawet nie ukrywają, że po prostu się męczą w takim otoczeniu. A że talentem aktorskim nie grzeszą (niestety nawet Antony Hopkins mocno się popsuł na starość), to i efekt wychodzi marny. Przyznaję się, że po reżyserze "Henryka V" spodziewałem się znacznie wyższego poziomu opowieści. "Thor" nie jest wprawdzie szmirą, ale to zdecydowanie niewypał. Dryblas z młotem, latający po niebie w pelerynie, wydaje się być nawet bardziej absurdalny od Supermana - a przecież nie o to chodziło!

Tak jak wspominałem, aktorstwo nie powala. Na plus zaliczę pierwsze pojawienie się superłucznika Hawkeye'a, choć niestety zbyt krótkie, by przyniosło jakiś wpływ na fabułę. Broni się też Tom Hiddleston jako Loki, dla którego "Thor" okazał się drzwiami do kariery. Chris Hemsworth jest dobrym Thorem i sympatycznym bohaterem, no ale Oscara raczej nigdy nie dostanie. Niestety jego schematyczna drużyna (krasnolud, Amazonka, Chińczyk i Francuz), sztuczni lodowi giganci, a także tragiczna Natalie Portman ciągną obraz mocno w dół. Ile razy można oglądać Portmanową robiącą maślane oczy na widok umięśnionego torsu Thora? To zagrywki rodem z filmu klasy "Zmierzch", a nie supebohaterskiego widowiska. No chyba że chodziło o to, by zaciągnąć do kina nastolatki. 

"Thor" jest po prostu nudny. Sztuczne i pompatyczne sceny akcji, przesyt CGI, drętwe dialogi i brak świeżego powietrza w fabule. Smutno to tak oglądać, zwłaszcza po wystrzałowych przygodach Iron Mana i Hulka. Ale najwyraźniej czasem trzeba się potknąć, żeby móc wstać i iść dalej.

Wniosek: Nudne. Ale da się obejrzeć.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"The Huntsman: Winter's War" ("Łowca i Królowa Lodu")

"The Huntsman: Winter's War" ("Łowca i Królowa Lodu")

O czym to jest: Dzielny Łowca kontra dwie złowieszcze siostry-czarownice.

łowca i królowa lodu film recenzja chris hemsworth charlize theron emily blunt jessica chastain

Recenzja filmu:

Na początku, zanim zaczniecie krzyczeć z przerażenia na myśl o kontynuacji najnowszej "Śnieżki", uspokoję wasz zmysł estetyczny: w tym filmie nie gra Kristen Stewart. Lepiej, prawda? Za sprawą romansu z żonatym reżyserem pierwszej części, pani Stewart odfrunęła na dalekie rubieże showbiznesu - oby na dobre! Ale wytwórnia Universal nie zrezygnowała z poszukiwań pieniędzy od widzów, dlatego zafundowała nam "Łowcę i Królową Lodu". Szumnie zapowiadany prequel "Królewny Śnieżki i Łowcy" okazał się jednak przeciętnym sequelem, który może nie jest tragiczny, ale nie jest również w żaden sposób atrakcyjny.

W głównych rolach powrócili Chris Hemsworth i Charlize Theron. Co do tytułowego bohatera, to problem z Hemsworthem polega na tym, że wcale nie jest dobrym aktorem (o ile to, co prezentuje, można nazwać aktorstwem). Jego atuty to oczywiście wygląd (plus miliard) no i to, że tak ogólnie wydaje się być całkiem sympatycznym gościem. Co do Charlize Theron to wspominałem przy okazji pierwszej części, że dobrze się ją ogląda nawet w tragicznych filmach. Jako Królowa Ravenna pani Theron po raz kolejny pokazuje pazury (dosłownie) i zawłaszcza każdą sekundę na ekranie. Udanym wyborem okazała się Emily Blunt w roli Królowej Lodu - nie dała się zepchnąć na drugi plan przez bardziej doświadczoną Charlize, i choć może za tą rolę nie dostanie Oscara, to na pewno nie będzie też Złotej Maliny. Nie za bardzo rozumiem jednak, po co w fabule pojawiła się Jessica Chastain w roli Łowczyni, i przy okazji miłości życia Thora, tzn. Łowcy. Czy naprawdę wątek romantyczny był niezbędny w tej produkcji? Szczerze liczyłem, że Chastain nie będzie przyjmować ról tego typu, zwłaszcza że w dramatach klasy "A Most Violent Year" wypada o niebo lepiej! Na jej miejscu poważnie zastanowiłbym się nad dalszą ścieżką kariery, bo to chyba nie jest ten kierunek.

Niestety w "Łowcy i Królowej Lodu" powrócił jeden z grzechów pierwszej części, czyli krasnale. Po raz kolejny dostaliśmy grupę karłów (tym razem również żeńskich), których twarze podmieniono komputerowo na twarze pełnowymiarowych aktorów! Producenci nic się nie nauczyli, bo nadal wyglądało to absurdalnie. W założeniu humorystyczne dialogi były czerstwe jak żarty Strasburgera w "Familiadzie", a ja uśmiechnąłem się zaledwie kilka razy podczas całego filmu. Choreografia walk była na pożałowania godnym poziomie, podobnie jak efekty specjalne. Broniła się jedynie scenografia (choć nie wszędzie), i niektóre kostiumy - na plus wypadły tu złe Królowe, na minus cała reszta. 

Ten film był zupełnie niepotrzebny, nieciekawy i nudny jak flaki z olejem. Nic dziwnego, że zaliczył jedną z większych klęsk finansowych ostatnich lat (w weekend otwarcia 19 milionów dolarów wpływu na 115 milionów budżetu). I nie pomógł nawet głos Liama Neesona jako narratora. Tym samym pożegnajmy uniwersum "Łowcy" raz na zawsze, a kręcenie fabularnych bajek zostawmy Disney'owi. Oni przynajmniej wiedzą, jak to robić.

Wniosek: Nuuuuuuuuuuuuuuuuuuda!!!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "The Huntsman"! >>>


"The Shannara Chronicles" ("Kroniki Shannary")

"The Shannara Chronicles" ("Kroniki Shannary")

O czym to jest: Przygody młodych elfów.

kroniki shannary serial recenzja

Recenzja serialu:

Domagam się, by nowe produkcje kinowe i telewizyjne posiadały obowiązkowy "Teenage Alert" albo coś w tym stylu. Dla zasady nie oglądam produkcji dla nastolatków i z nastolatkami w roli głównej. Mierżą mnie czerstwe dialogi, drewniana gra aktorska i fabuła krążąca w okolicy tematów: "Mój Boże, jestem w ciąży, ale z kim?". Jednak dałem się skusić na spróbowanie "Kronik Shannary", zapowiadanych jako nowatorski serial fantasy w tolkienowskim wydaniu. Na plus przemawiał fakt, że występują w nim elfy, trolle, czarodzieje, demony i inne stwory, które znacie z większości książek fantasy, a zdjęcia powstawały w Nowej Zelandii! Niestety muszę powiedzieć, że cierpiałem katusze oglądając pilot serialu... Ale traktuję ten czas jak przejście koniecznej choroby, by zyskać odporność na przyszłość.

"Kroniki Shannary" to ekranizacja cyklu książek fantasy autorstwa Terry'ego Brooksa, bardzo popularnych w USA i krajach anglojęzycznych. Nie wiem, czy miała to być nowozelandzka odpowiedź na "Grę o Tron", ale jeśli tak, to ktoś powinien za to wylecieć z roboty. Serial ma tragiczny poziom i fakt, że prawdopodobnie jest kierowany do wiekowej grupy docelowej 15-19, wcale mu nie pomaga. Broni się jedynie scenografia, ponieważ widzimy tu świat fantasy, który jest Ziemią po straszliwym kataklizmie (wszędzie widać szczątki dawnych miast, wraki statków, pojazdów etc.). A więc postapokalipsa, tyle że z elfami. Ale to koniec "przykrych widoków", ponieważ cała reszta jest pokazana przez różowe okulary. Główni bohaterowie są piękni, młodzi, szczupli (i biali), a przy tym stworzeni do wielkich rzeczy i posiadający niezwykłe umiejętności. Muszą się mierzyć nie tylko z demonami i różnymi bandziorami, ale przede wszystkim z własnymi uczuciami... Bla bla bla. Boże, kto to nakręcił i po co? Jak słowo daję, w telewizji naprawdę starczy "Hannah Montana" czy "Beverly Hills, 90210", nie trzeba kręcić kolejnych produkcji i przyczepiać bohaterom niedorzecznych spiczastych uszu...

Fabuła jest nawet nie tyle prosta, co wręcz prostacka, a ponadto w żadnym stopniu nie sili się na oryginalność. Scen akcji praktycznie nie ma, efekty CGI wymagają specjalnej troski, a aktorzy deklamują kwestie z entuzjazmem godnym sprzedawcy w McDonaldzie. A ponieważ jest to serial stworzony dla przygłupiej zachodniej młodzieży, nie ma tu przemocy, nagości czy mocniejszych scen. Ułagodzone fantasy dla nastolatków... czy może być coś straszniejszego?

Wniosek: Beverly Hills 90210 z elfami. Okropne!


"Robin Hood"

"Robin Hood"

O czym to jest: Jak Robin Hood stał się Robin Hoodem.

robin hood film 2010 recenzja russell crowe ridley scott

Recenzja filmu:

Słyszycie: Robin Hood. Myślicie: wyjęty spod prawa łucznik, biegający z bandą kumpli po lesie, rabujący bogatych i rozdający biednym, walczący z pachołkami Szeryfa z Nottingham, ewentualnie Księcia/Króla Jana Bez Ziemi. Zgadza się? Skoro tak, to chyba film zatytułowany "Robin Hood", na dodatek nakręcony przez Ridleya Scotta, powinien zawierać któryś z powyższych elementów? Pfff, a po co...?

Ten film to jedno wielkie oszustwo! To rabunek pieniędzy widza, którzy dali się zwieść fałszywemu trailerowi (możecie go obejrzeć poniżej) i myśleli, że idą na film o Robin Hoodzie. Tymczasem dostali dziwną, pozbawioną logiki, nudną historię o... w sumie trudno stwierdzić o czym. O bandzie kolesi w kolczugach, jeżdżących po polach w prawo i w lewo, i od czasu do czasu strzelających z łuków. To nie miało żadnego sensu! Była za to cała masa absurdów, i to w takiej ilości, że taśma filmowa powinna była dokonać samozapłonu! Robin Longstride, czyli Russell Crowe, jest w tym filmie zwykłym łucznikiem, a przy okazji też krzyżowcem. Jego ojciec był kamieniarzem, który z jakiegoś powodu napisał Wielką Kartę Swobód (sic!), podpisaną następnie przez połowę angielskiej arystokracji. Że niby co?! Mało tego, nasz Robin potrafi strzelać jak rasowy snajper, pisać, czytać, zachowywać się i mówić jak rycerz, a przy okazji jest naprawdę charyzmatycznym gościem, który przyćmiewa angielskiego króla swoją idealną postawą obywatelską! No nie ma co się dziwić, jego ojciec był przecież XI-wiecznym KAMIENIARZEM! Wygląda na to, że "Robin Hood" został skierowany wyłącznie do tych widzów, którzy nie mają zielonego pojęcia o historii i realiach epoki. Przykro mi to mówić, ale twórcy filmu ewidentnie biorą nas za idiotów!

Uwierzcie mi, że Russell Crowe miewał w swoim życiu lepsze role, i to wiele razy (no, może nie licząc "The Man with the Iron Fists"). W roli Marion partneruje mu Cate Blanchett, która była tu całkiem w porządku do momentu aż wbiła się w zbroję i pogalopowała na pole bitwy na czele tuzina nastolatków z patykami... Oprócz tego w filmie wystąpili Król Jan (świetny jak zawsze Oscar Isaac, choć kompletnie zmarnowany pod względem potencjału), Szeryf z Nottingham (zupełnie zbędny dla fabuły), Max von Sydow jako stary Loxley, William Hurt jako ktoś tam ze szlachty, a także Mark Strong jako klasyczny łysy zbir z rozdzielnika (koniecznie z blizną!). Straszny tłum, prawda? Gdyby wyciąć połowę tych postaci, film na niczym by nie stracił, a może byłby mniej bezsensowny. Nie mam zielonego pojęcia, PO CO nakręcono "Robin Hooda". Bo na pewno nie dlatego, żeby opowiedzieć jakąś rozsądną historię o tym banicie z Sherwood. Kochani widzowie, zostaliśmy ograbieni!

Jedyne co się broni, to sceny batalistyczne i scenografia, która jednak się nie umywa do "Robin Hooda: Księcia Złodziei". Poza tym, co chyba najważniejsze, czterdziestoparoletni Crowe był za stary do tej roli! Gdy Michael Praed grał Robin Hooda w "Robinie z Sherwood" był po dwudziestce, a gdy Kevin Costner grał go w "Księciu Złodziei", był po trzydziestce. Po co nam stary Robin Hood? To nawet nie jest fajne do oglądania! Starego Robina znakomicie zagrał Sean Connery w "Powrocie Robin Hooda" i tego się trzymajmy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że historie typu origin, czyli opowiadające o genezie postaci, rzadko się udają. To może po prostu... ich nie kręcić? Co komu szkodziło znów pokazać zbójnika i jego wesołą gromadkę kolegów w rajtuzach? Nieistotne, jak się nim stał i kim był wcześniej! Wcześniej, do ciężkiej cholery, nie był Robin Hoodem, więc po co oglądać o nim film?!

"Robin Hood" to film pseudo-historyczno-kostiumowy z elementami batalistycznymi. Nuda! Dwie i pół godziny katorgi, czerstwych tekstów, idiotyzmów fabularnych i snucia się po ekranie z okazjonalnym truposzem tu i tam. Ridley Scott, reżyser cierpiący na artystyczną chorobę dwubiegunową, kręci albo bardzo dobre filmy, albo kompletne szmiry. To była szmira. Obejrzałem ją w życiu dwa razy, i o dwa za dużo! Trzeciego nie będzie.

Wniosek: Nuda, bzdura i chała! Obraża inteligencję widza!


"Sucker Punch"

"Sucker Punch"

O czym to jest: Pięć dziewczyn próbuje uciec z wariatkowa/burdelu.

sucker punch film recenzja plakat

Recenzja filmu:

"Sucker Punch" to film-marzenie każdego nerda. Jest tu wszystko, co mogło się zrodzić w tysiącach umysłów trzydziestoletnich, grubych kolesi w przetłuszczonych długich włosach, siedzących w garażach domów swoich rodziców. Pięć seksowych lasek, które starają się uciec z wariatkowa, a jednocześnie burdelu w klimacie burleski. Na drodze stoją im robo-samuraje z karabinami maszynowymi, napędzane parą niemieckie zombie z okresu I wojny światowej, smoki, orkowie, roboty i psychopatyczni strażnicy. Mnóstwo akcji, tempa, strzelaniny, efektów specjalnych i podwiązek! Brzmi jak niedorzeczny fanfic, prawda? A jednak powstał taki film!

Przyznaję się szczerze, że bardzo długo miałem wątpliwości i obawy związane z tą produkcją. Czy coś o tak pokręconej i zmiksowanej fabule ma szansę się do czegoś nadawać? Prawdopodobnie gdyby nie nazwisko reżysera, cenionego przeze mnie Zacka Snydera (którego śledzę z uwagą od znakomitego debiutu w postaci "Dawn of the Dead"), nigdy bym się nie odważył tego obejrzeć. No ale ponieważ był to ostatni film Snydera, jakiego nie znałem, zaryzykowałem. I okazało się to znakomitą rozrywką! Mnóstwo osób zarzuca "Sucker Punch", że jedzie po bandzie w kwestii przedstawiania kobiet na ekranie jako obiektów seksualnych. Ja uważam inaczej: dlaczego tylko zmaskulinizowane heroiny w rodzaju Sigourney Weaver ("Aliens") czy Charlize Theron ("Mad Max: Fury Road") mają prawo biegać z wielkimi spluwami? Co jest złego w tym, że robi to ładna dziewczyna? Trzeba sobie uświadomić, że wszystko w "Sucker Punch" jest wyłącznie kwestią konwencji i pewnego wizualnego przebrania (bardzo podobnego do "Moulin Rouge" - a przecież nikt nie oskarża tego znakomitego musicalu o seksizm). Jeśli nie kupicie takiej formy, to pewnie wyłączycie ten film po kwadransie. Ale jeśli dacie się ponieść zabawie, znajdziecie tu mnóstwo rozrywki! W końcu gdzie indziej bombowce z II wojny światowej walczą ze smokami, a ogromne roboty ze steampunkowymi sterowcami? 

Bohaterki filmu są bardzo dobrze obsadzone w roli współczesnych "Aniołków Charliego", rozwalających setki przeciwników jednym uderzeniem. Aktorki przeszły morderczy trening fizyczny i efekty tego widać na ekranie. Te dziewczyny potrafią walczyć, strzelać, bić się na pięści i są naprawdę niebezpieczne. A że mają jednocześnie wysokie szpilki, pończochy i gorsety? Tym lepiej dla widza! Tylko błagam, nie traktujcie "Sucker Punch" na poważnie! Zanurzcie się w fotelu, dajcie ponieść obrazowi i znakomitej ścieżce dźwiękowej, i cieszcie się frajdą kina! Zack Snyder naprawdę potrafi kręcić filmy. #IBelieveInZackSnyder!

Wniosek: Zadziwiająco dobra popkulturowa mieszanka! Jest frajda z oglądania!


"Snow White and the Huntsman" ("Królewna Śnieżka i Łowca")

"Snow White and the Huntsman" ("Królewna Śnieżka i Łowca")

O czym to jest: Ekranizacja baśni o Królewnie Śnieżce.

królewna śnieżka i łowca film recenzja charlize theron chris hemsworth plakat

Recenzja filmu:

Człowiek czasem się myli. To ludzka rzecz, a ja nie mam nic przeciwko, by zmieniać zdanie. Zdarza się to czasem gdy oglądam film za pierwszym razem, i choć nie do końca mi się podoba, to przy kolejnych seansach coraz bardziej się do niego przekonuję. Gorzej, gdy jest na odwrót. Tak jak w przypadku "Królewny Śnieżki i Łowcy".

Nie wiem, co za diabeł spowodował, że ten film znalazł się u mnie w kolekcji, ale muszę prędko naprawić ten błąd. Właśnie przed chwilą wyłączyłem odtwarzacz DVD i wyję z rozpaczy, jak strasznie marny to obraz. Nie wiem jakim cudem nie dostrzegłem tego za pierwszym razem, oglądając go cztery lata temu w kinie? Mogę mieć tylko nadzieję, że człowiek uczy się na własnych błędach.

Są dwie jasne strony tej produkcji. Pierwszą i najważniejszą jest Charlize Theron, która potrafi zagrać dobrze we wszystkim, nawet w takich szmirach jak "Prometeusz" czy właśnie "Królewna Śnieżka". Zła Królowa w jej wykonaniu jest głęboko przejmująca, wielowarstwowa, straszna i piękna jednocześnie. Jednym słowem super, i nic złego na jej temat nie powiem. Drugi plus to Chris Hemsworth w roli Łowcy, niepowalający wprawdzie talentem aktorskim, ale za to znakomicie wywijający siekierą. Niestety kreacje wspomnianej dwójki aktorów nie wystarczyły, by zmniejszyć rozmiar klęski, symbolizowany przez Kristen Stewart i jej wachlujące uszy.

Nie mam pojęcia, kto komu zapłacił, by zatrudnić ją w roli Śnieżki. Przekonywanie widza, że jest to "najpiękniejsza dziewczyna na świecie" to jak typowanie konia z drewnianą nogą na zwycięzcę Wielkiej Pardubickiej. Na litość boską, ta kobieta jest po prostu brzydka!!! No dobra, zdarza się, nie każdemu przecież bozia dała urodę, ale zatrudnianie brzydkiej aktorki do roli bajkowej piękności to jest jakieś nieporozumienie! Żeby jeszcze szedł za nią talent aktorski... Powiem szczerze, że nie myślałem, iż istnieje bardziej żenująca przemowa motywacyjna niż to, co zaserwowała nam Keira Knightley w trzeciej części "Piratów z Karaibów" - a jednak rycząca Stewart w piżamie, bredząca coś o iskrach i żarze, przypominała bardziej narkomankę szukającą działki, niż inspirującą królewnę. Chyba ktoś musiał z kimś pójść do łóżka, żeby dostała rolę w tym filmie... Ach, czekajcie, przecież Stewart miała na planie romans z żonatym i dzieciatym reżyserem tegoż gniotu. Hmm, przypadek? 

Dno i trzy metry mułu, a pod tym mułem cała reszta: tragiczne kostiumy (skórzane spodnie i buty z cholewami, noszone pod kiecą przez każdą szanującą się księżniczkę), gumowa scenografia, absurdalne i niepotrzebne efekty specjalne, no i całkowity, zerowy brak humoru. Teoretycznie humorystyczne wstawki miały nam zapewnić krasnale, które jednak ograniczały się do rozmów o fekaliach i przerażającym fałszowaniu marnych piosenek. I tu taka ciekawostka: do roli krasnali zatrudniono karłów, ale z jakiegoś powodu ich twarze zastąpiono facjatami "pełnowymiarowych" aktorów - czemu, pytam się? Mało to porządnych aktorów, którzy jednocześnie są karłami? Przypominam chociażby "Willow" z Warwickiem Davisem czy "Grę o Tron" z Peterem Dinklage'm. To jakiś absurd! No i ta cudowna fabuła, zawierająca m.in. Kristen Stewart machającą mieczem w pełnej zbroi płytowej niczym Joanna D'Arc (ciekawe, gdzie się tego nauczyła, będąc zamkniętą w wieży?), czy żeńskie plemię arabskich ninja, żyjące na bagnach. Tego filmu po prostu nie da się oglądać więcej niż raz, by nie krzyczeć z bólu.

Ujmę to tak: fabularne ekranizacje baśni da się oglądać, jeśli są albo totalnie cukierkowe aż do przesady ("Kopciuszek"), albo wnoszą nową jakość i inną interpretację teoretycznie znanych motywów ("Czarownica"). A tu? Tutaj ktoś zrobił maszynkę do zarabiania pieniędzy. Czuję się okradziony. I to dwa razy.

Wniosek: Nawet na torturach nie zmuszą mnie, bym jeszcze raz obejrzał ten film.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "The Huntsman"! >>>


"Macbeth" ("Makbet")

"Macbeth" ("Makbet")

O czym to jest: Ekranizacja jednej z najsłynniejszych sztuk Szekspira.

makbet film recenzja szekspir michael fassbender

Recenzja filmu:

Oglądaliście "Valhalla Rising"? Jeśli tak, to wiecie już jaki jest "Makbet". Wizualnie, stylistycznie i w przekazie to wręcz kopiuj-wklej wspomniany film o Wikingach. Nie spodziewałem się, że w takiej formie ktoś kiedyś zekranizuje sztukę Szekspira. Spodziewałem się czegoś bardziej osadzonego "w realiach", tak jak moje ulubione ekranizacje "Hamleta" z Melem Gibsonem i "Henryka V" Kennetha Branagha. A tu taka niespodzianka!

To bardzo mistyczna wizja szekspirowskiego "Makbeta". Michael Fassbender dawał z siebie wszystko, i choć może nie była to rola godna Oscara, to naprawdę mu wyszło. Surowy, dziki krajobraz północnych krańców Szkocji, połączony z wieczną mgłą i wichrami tworzył niezwykły, psychodeliczny klimat, pogłębiający szaleństwo głównego bohatera. Dużo tu było zabawy obrazem, montażem i ustawieniem kamery. Choć dialogów, jak na Szekspira, wręcz mało! Niemniej ta ekranizacja, jeśli chodzi o przebieg akcji, jest niemal kropka w kropkę zgodna ze sztuką. Jest brudno, jest krwawo i jest barbarzyńsko, zgodnie z realiami XI-wiecznej Szkocji. Otwierająca film scena bitwy jest wręcz ogłuszająca od ryku walczących armii - naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie, mimo że widziałem przecież setki podobnych scen. 

O Fassbenderze wypowiedziałem się już pozytywnie, więc teraz kilka słów o Lady Makbet granej przez Marion Cotillard. Aktorka jest z niej znakomita, co do tego nie ma wątpliwości, i taka też jest jej Lady Makbet - okrutna, wyrachowana i niezwykle niebezpieczna. Mam jednak zarzut do twórców o wybielenie jej postaci. Ze sztuki wynika jasno, że to ona była tą złą, a Makbet stanowił po prostu kolejną z jej ofiar. Tu jednak Lady po prostu spuszcza go ze smyczy, ale zło pochodzi wewnętrznie od samego Makbeta. Ciekawa interpretacja, ale nie wiem, czy mi do końca pasuje. Za to jestem pełen podziwu, jak twórcy rozwiązali kwestię Lasu Birnamskiego podchodzącego pod mury zamku. Naprawdę, dla tej sceny warto zobaczyć film. No i na sam koniec muszę wspomnieć o moim ulubionym filmowym zakapiorze, czyli Seanie Harrisie w roli Macduffa. Jego nigdy zbyt wiele na ekranie!

To bardzo dobra ekranizacja "Makbeta". Zasługuje na to, by zapisać się w historii kina. Polecam, bo Szekspira (i jego adaptacje) po prostu wypada znać.

Wniosek: Świetne, krwawe, psychodeliczne.


"The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring" ("Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia")

"The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring" ("Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia")

O czym to jest: Bohaterowie wyruszają na wyprawę, by zniszczyć złowrogi Pierścień.

władca pierścieni drużyna pierścienia film recenzja plakat tolkien jackson

Recenzja filmu:

"Drużyna Pierścienia" jest dla mnie świetnym wyznacznikiem tego, jak przez lata zmieniają się gusta i podejście do tego, co się widzi na ekranie. Gdy zobaczyłem ten film po raz pierwszy w 2001 roku, miałem 16 lat, a moją głowę zajmowała wizja książkowego świata Tolkiena, w którym zaczytywałem się od dzieciństwa. Oczywiście, jak wielu fanów w tym okresie, byłem pod wieloma względami rozczarowany zmianami, jakie Peter Jackson poczynił w stosunku do oryginału. Ale lata mijały, a ja rozumiałem coraz więcej. I teraz, z ręką na sercu, mogę nazwać "Drużynę Pierścienia" obrazem fantastycznym i prawdopodobnie moją ulubioną z sześciu części! 

Jedno trzeba oddać Jacksonowi i jego nowozelandzkiej ekipie: mało kto, czytając teraz Tolkiena, będzie widział bohaterów inaczej niż za pomocą twarzy obecnych tu aktorów. Czy możemy sobie wyobrazić innego Froda niż Elijaha Wooda? Albo innego Gandalfa niż Iana McKellena, Boromira/Seana Beana czy Galadrielę/Cate Blanchett? Nowa Zelandia już na zawsze pozostanie Śródziemiem, a Peter Jackson tym, który pokazał ją światu. Co jednak najważniejsze, mimo ponad piętnastu lat na karku, "Drużyna Pierścienia" wciąż jest obrazem świeżym, dynamicznym i wytrzymującym próbę czasu, nawet w zakresie efektów specjalnych. Główna w tym zasługa niesamowitej, powalającej scenografii, w której maksymalna liczba rzeczy była prawdziwa. Kostiumy, budowle, krajobrazy, rekwizyty - gdzie tylko dało się coś zbudować za pomocą drewna, stali czy kamienia, tak też robiono. Efekty CGI pojawiają się zazwyczaj na trzecim planie, podkreślając niesamowitą głębię i poczucie wielkiej przygody. 

Przygody, która podobnie jak w "Niezwykłej Podróży", rozpoczyna się w sielskim Shire, a prowadzi do ciemnych, mrocznych zakątków fantastycznej krainy Śródziemia. W tej części, oprócz wspomnianego Shire, odwiedzamy też królestwa elfów Rivendell i Lothlórien, a także moją ulubioną lokalizację, Morię. I właśnie za to miejsce kocham ten film: starożytną, potężną, pełną tajemnic Morię, przy której Erebor z "Hobbita" wygląda jak domek letniskowy. Oczywiście ten film nie byłby tak dobry bez cudownych kreacji aktorskich, których nie sposób wymienić tu w całości. Każdy z dziewięciu członków Drużyny jest dobrany idealnie, prezentując archetypy standardowego elfa, krasnoluda, wojownika, czarodzieja etc., które przeszły na zawsze do historii popkultury. Pod tym względem nie ma wątpliwości: cała trylogia "Władcy Pierścieni" to filmy kultowe. 

O ile trzy części "Hobbita" to radosne filmy przygodowe, które można znać lub nie, to "Władcy Pierścieni" po prostu nie wypada nie znać. Co daję pod rozwagę wszystkim tym, którzy jeszcze tego nie obejrzeli.

Wniosek: Archetyp idealnego filmu fantasy. Bez zarzutu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii o Śródziemiu! >>>


"The Hobbit: An Unexpected Journey" ("Hobbit: Niezwykła Podróż")

"The Hobbit: An Unexpected Journey" ("Hobbit: Niezwykła Podróż")

O czym to jest: Krasnoludy wyruszają na wyprawę do Samotnej Góry.

hobbit niezwykła podróż film recenzja plakat martin freeman

Recenzja filmu:

Korzystając z niedawnej premiery rozszerzonej wersji "Bitwy Pięciu Armii" na Blu-ray, postanowiłem napisać zaległą recenzję pierwszej (póki co) części sagi o Śródziemiu. Gdy ogłoszono plany ekranizacji "Hobbita" autorstwa J.R.R. Tolkiena, nikt nie spodziewał się, że rozrośnie się ona do trzech filmów. W końcu jak to możliwe, by z krótkiej książki dla dzieci zrobić aż trzy produkcje? Zaręczam jednak, Peter Jackson i jego filmowa załoga podołali zadaniu. 

"Niezwykła Podróż", tak jak kiedyś "Drużyna Pierścienia", miała za zadanie wprowadzić nas w klimat niezwykłej, fantastycznej przygody. I z całą pewnością jej się udało. To chyba najlżejszy z sześciu filmów, najbardziej radosny i skupiony na czystej, nieskrępowanej przygodzie. Hobbit Bilbo Baggins, żyjący wygodnie domator, na skutek złośliwego żartu czarodzieja doświadcza inwazji krasnoludów do własnego domu, w skutek czego wyrusza na wyprawę, by pomóc im odzyskać dawne królestwo w Samotnej Górze. No i przy okazji pokonać smoka. Już pierwsze sceny filmu, pokazujące zagładę dawnego Ereboru, wbijają w fotel. Zastosowano tu stary trik: zamiast pokazywać bestię Smauga w całej okazałości, widzimy tylko kawałek ogona, łapy, błysk ostrych zębów, ziejącą ogniem paszczę... Takie zagrywki budują klimat i cieszę się, że Peter Jackson o tym pamięta. Gdy już przechodzimy do Bilba i krasnoludów z radością przekonujemy się, że tak jak we "Władcy Pierścieni", i tutaj twórcy stanęli na wysokości zadania. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja, dialogi, gra aktorska... naprawdę nie ma tu słabego punktu! Krasnoludy wyglądają cudownie, a co ważniejsze każdy z nich jest inny, co przy trzynastu aktorach nie było wcale takie proste. Moim ulubieńcem od samego początku został Bofur, ale chyba reżyser podzielał moje odczucia, bo jest go statystycznie najwięcej na ekranie. 

Jak przystało na dobre fantasy nie brakuje żartów, niezwykłych przygód, wychodzenia bez szwanku z najgorszych sytuacji, czy nawet piosenek. To prawdziwe kino familijne! Krytycy, zarzucający brak realizmu w niektórych scenach (np. przy ucieczce z Miasta Goblinów), chyba zapomnieli, jakiego rodzaju film oglądają. Martin Freeman w roli Bilba jest wręcz wspaniały. Pogodny, walczący z własnymi słabościami, ale też i bardzo odważny. Zdecydowanie wolę go ponad Froda, a z hobbitów może jedynie Sam wzbudzał we mnie większą sympatię. Richard Armitage w roli Thorina wręcz porażał królewskim obliczem od pierwszej sceny. Nie dziwię się temu znakomitemu aktorowi, że zrezygnował z gry w "Strike Back" na rzecz "Hobbita". Przy całej mojej sympatii do tego serialu, takie filmy jak "Hobbit" trafiają się raz na dekadę. Podobnie cieszę się, że producenci pozwolili, by Martin Freeman dokończył zdjęcia na planie "Sherlocka", zanim przeniósł się do Nowej Zelandii. Nie wyobrażam sobie, by ktoś lepiej mógł zagrać Bilbo Bagginsa (Peter Jackson myślał tak samo, bo Freeman był jego pierwszym wyborem do tej roli - mimo przeprowadzenia pełnego castingu nie udało się znaleźć nikogo lepszego). Ze smaczków powraca do nas Gollum (czy raczej: pojawia się po raz pierwszy), bowiem do gry wchodzi Pierścień, który odegra tak ważną rolę w późniejszych filmach. 

Mogę zaręczyć, że "Niezwykła Podróż", nie licząc kilku drobnych zmian, jest niemal kropka w kropkę wierna stylistyce "Władcy Pierścieni", wliczając w to obecność tych samych aktorów. Pozostaje tylko mieć nadzieję, by w tym samym stylu zekranizowano kiedyś "Silmariliona".

Wniosek: Wspaniałe, radosne, żywe fantasy. Film, który nigdy się nie znudzi.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii o Śródziemiu! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger