Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Potwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Potwory. Pokaż wszystkie posty
"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!

"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!

"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.

"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!

"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!


Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"The Suicide Squad" ("Legion Samobójców")

"The Suicide Squad" ("Legion Samobójców")

O czym to jest: Grupa skazańców z supermocami rusza na krwawą misję ratowania świata. 

legion samobójców hbo max james gunn idris elba

Recenzja filmu:

W pierwszym od dawna wpisie na Jest Kultowo przechodzimy do jednej z wielu zaległości, jakie narobiły mi się w ostatnim czasie - drugim z kolei filmie zatytułowanym "Legion Samobójców" w historii filmowego uniwersum DC. Jest to zarówno sequel, jak i miękki reboot pierwszego "Legionu" z Willem Smithem, po którym w historii widzów zapisały się jedynie znakomity trailer oraz zjawiskowa Margot Robbie jako Harey Quinn. Cała reszta, niestety, była zaledwie przeciętna (wliczając w to Jareda Leto jako Jokera). Dlatego włodarze Warner Bros zrobili dość sprytny manewr - wzięli to co najlepsze z pierwszej części (czyli pomysł na historię oraz Margot Robbie) i zrobili kolejny, podobny film, prawie nie wspominając o poprzednim. I jeszcze dali ten niemal ten sam tytuł, a za sterami posadzili człowieka, który uczynił z marvelowych "Strażników Galaktyki" fenomen na skalę światową. Bardzo sprytne!

Pozostaje więc pytanie: czy James Gunn nakręcił hit na skalę wspomnianych "Strażników"? Nie. Ale poszło mu nawet znośnie, choć nie bez potknięć. Na plus na pewno trzeba zaliczyć humor - bystre i zabawne dialogi, choć niestety większość gagów zdradziły wcześniej trailery. Drugi plus to postacie, wśród których na pierwszy plan wysuwa się absolutnie rewelacyjny John Cena jako Peacemaker (nic dziwnego, że doczekał się własnego serialu!), choć i Idris Elba jako Bloodsport (następca Willa Smitha jako Deadshota, i to niemal kropka w kropkę), wspomniana Harley Quinn, a także Ratcatcher 2, Polka-Dot Man i oczywiście King Shark mają swoje pięć minut, wnosząc świetny koloryt do historii. Sceny akcji są znakomite, nie brakuje też krwawych szczegółów (czasem nawet zbyt krwawych) i generalnie widać, że w scenariuszu panowała zasada "wszystko dozwolone". 

A teraz zastrzeżenia, a właściwie tylko jedno. Mam nieodparte wrażenie, że film jako taki nie miał żadnego celu. Nie opowiadał żadnej większej historii, nie skupiał się na rozwoju postaci X czy Y, nie był też bezpośrednią kontynuacją poprzednich części uniwersum, a raczej samodzielną przygodą. Czyli to taki trochę skok na kasę. Z drugiej strony, czy nie właśnie tym są i powinny być popcornowe blockbustery? Kilka dekad temu wszyscy oglądali westerny odbijane od siebie niczym z jednej kliszy; teraz są to filmy o superbohaterach. I nie ma co się obrażać: to jest showbiznes. A skoro to biznes, to musi zarabiać! Więc usiądźmy wygodnie i gdy najdzie nas ochota na bezmózgową, kolorową i krwawą nawalankę ze szczyptą złośliwego humoru pamiętajmy o "The Sucide Squad". Zdecydowanie wolałbym wrócić do tego filmu niż jego nieudanego poprzednika.

Wniosek: Nakręcone z wizualnym przepychem, ale... bezcelowe?


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "DCEU"! >>>


"Godzilla vs. Kong"

"Godzilla vs. Kong"

O czym to jest: Wielka jaszczurka walczy z wielkim gorylem.

godzilla kontra kong film HBO Max

Recenzja filmu:

Zazwyczaj oceniając filmy staram się być szczery sam ze sobą - tak jest też tym razem. Przyznaję, nigdy nie byłem specjalnym fanem filmów o potworach tudzież robotach nawalających się po ryjach z innymi potworami (pewnie dlatego, że z anime miałem niewiele do czynienia). Owszem, obejrzeć mogę, ale żeby się specjalnie tym pasjonować - to niespecjalnie. Niemniej z zainteresowaniem podszedłem do "Godzilla vs. Kong", bo choć fanem "Godzilli" nigdy nie byłem, to "Kong: Skull Island" bardzo mi się spodobał. Niestety w tym wypadku film jest raczej trzecią częścią słabej "Godzilli", niż sequelem "Konga". Cóż za rozczarowanie!

Jeśli oglądaliście uważnie "King of Monsters", to szybko odnajdziecie się w realiach filmu. Nie żeby miał on większy sens, bo nie ma - fabuła wręcz kipi nielogicznościami, zbędnymi postaciami i traktowaniem widza jak idioty. Tak naprawdę (i serio nie żartuję) gdyby wyciąć z filmu wszystkie ludzkie postacie efekt byłby identyczny! A już z całą pewnością można było sobie podarować wątek nastolatków wkradających się do tajnej bazy złej korporacji i ratujących świat (w iluż słabych filmach już to widziałem!). Również cała reszta wątków nie miała większego sensu. Jedyne co mogę zaliczyć na poczet sukcesów to wizja Pustej Ziemi (choć nadal nie do końca rozumiem, jak miałaby działać), kolejnych starożytnych ruin oraz Konga skaczącego po lotniskowcach. I to... tyle.

Chciałbym coś więcej napisać o tej produkcji, ale literalnie nie mam co! Wielka jaszczurka strzelająca laserami z pyska walczy z wielkim gorylem z toporem, a następnie z wielkim robotem w kształcie jaszczurki. Ma to sens? Niespecjalnie. Wygląda fajnie? Czasami, choć za kilka lat efekty specjalne będą wzbudzać niestety jedynie zażenowanie. Czy chcemy sequel? Mówiąc szczerze moglibyśmy go sobie podarować, bo jeśli po raz kolejny w tym uniwersum dostaniemy dokładnie to samo, to chyba lepiej zgasić światło i poświęcić na coś innego te dwie godziny życia. Na przykład na obejrzenie "Sanctuary", tam Pusta Ziemia wyglądała naprawdę super!

P.S. Tak się złożyło, że w tym filmie Kong zniszczył Hong Kong. Dopiero teraz złapałem żart!

Wniosek: Potwornie (nomen omen) nudne. Plus jedynie za wizję Pustej Ziemi.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii MonsterVerse! >>>


"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

O czym to jest: W postapokaliptycznej przyszłości niedobitki ateistów i fanatyków religijnych próbują skolonizować obcą planetę.

wychowane przez wilki serial recenzja HBO

Recenzja serialu:

Skutkiem ubocznym oglądania tylu produkcji ile ja jest to, że coraz ciężej mnie zaskoczyć. Mam nadzieję, że nigdy nie zmienię się w cynicznego krytyka filmowego jak jedna z postaci "Lady in the Water" - tego bym nie chciał! Ale faktem jest, że uczucie "to już gdzieś widziałem" towarzyszy mi coraz częściej. Na szczęście wciąż czasem potrafię się zaskoczyć - tak jak w przypadku "Raised by Wolves", czyli serialu który autentycznie spowodował u mnie opad szczęki i wielodniową traumę. Wow!

Wspominałem już o swoistej dwubiegunowości Ridleya Scotta, niewątpliwie wybitnego reżysera, który potrafi tworzyć zarówno na wskroś kultowe obrazy, jak i straszne szmiry (bez etapu pośredniego - albo jedno, albo drugie). I nigdy nie wiem, na które oblicze Ridleya trafię tym razem! Na szczęście "Raised by Wolves", wyprodukowany przez niego serial (w którym wyreżyserował też dwa pierwsze odcinki) dał nam to, co miał najlepszego w zanadrzu. Efektem jest głębokie, przejmujące, intelektualne kino SF godne najlepszych literackich klasyków jak Lem, Dick czy Clarke. Świat "Raised by Wolves" to postapokaliptyczna wizja przyszłości, w której światowa wojna ateistów z fanatykami religijnymi spustoszyła Ziemię i ludzką cywilizację. Ocaleńcy wyruszyli na odległą planetę Kepler-22b (taka planeta istnieje naprawdę i jest wymieniana jako jedna z potencjalnych kandydatek do kolonizacji przez ludzi, o ile spełnia odpowiednie warunki). Ateiści postawili swoje karty na parę androidów, która już po wylądowaniu wyhodowała i zajęła się wychowaniem grupki małych dzieci. Z kolei fanatycy posłali wielką arkę wypełnioną wybrańcami (czyli przedstawicielami swojej społecznej elity). Nieuchronne spotkanie obydwu frakcji doprowadzi do tragicznych konsekwencji i przeniesienia do nowego świata wszystkich problemów starego. Ale to nie koniec, bowiem Kepler-22b i to co się dzieje na jej powierzchni absolutnie nie jest tym, na co wygląda. I nie miejcie nadziei, że pierwszy sezon da Wam jakieś konkretne odpowiedzi, mało tego - namnoży kolejne pytania i zagadki! Nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Musicie przyznać, że w świetle tego co się dzieje (również w Polsce) całkiem realna staje się wizja globalnego konfliktu tych którzy wierzą w naukę - nazwijmy ich ateistami - ze zwolennikami starego świata chętnymi do tego, by podporządkować całe życie zbiorowi linijek antycznego tekstu, który nie wiadomo kiedy i przez kogo został stworzony. Widać w tym wyraźną analogię do świata wokół nas - płaskoziemcy, antyszczepionkowcy, fanatycy religijni i inni szaleńcy chcą nas aktualnie zatrzymać w mroku przeszłości, krwawo tępiąc tych, którzy mają inne zdanie. Czy przyszłe starcie tych dwóch światów jest nieuniknione? Mam nadzieję że nie, ale zapewne nie dożyję momentu, by się samemu przekonać (może to i lepiej). Czasem lepiej nie wiedzieć, jaki będzie finał historii!

Twórcy "Raised by Wolves" postawili na tak dużą dozę naukowości, jaką tylko mogli. Wszystko co widzimy na ekranie zgadza się z zasadami fizyki, przynajmniej w naszym rozumieniu (wliczając w to naukowe teorie, jak coś mogłoby działać, o ile udałoby się to zbudować). Wizja androidów eksplorujących ludzką naturę nie jest oczywiście niczym nowym, choć akurat w tym serialu androidy są równie szalone jak ich ludzcy twórcy. Duża w tym zasługa głównych aktorów grających Matkę i Ojca - są totalnie wiarygodni i wybitni w tym, jak prezentują swoje postacie. Zwłaszcza Amanda Collin jako krwiożercza, szalona obrończyni swoich i cudzych dzieci - prawdziwa tytułowa wilczyca! Niezły jest też Traviss Fimmel, gwiazdor "Wikingów", zatrudniony w roli przywódcy fanatyków (wprawdzie niczym się nie różni od swej roli Ragnara Lothbroka, ale w tym przypadku to akurat dobrze). 

"Raised by Wolves" to szarpiące duszę, pełne niepokoju kino SF na pograniczu horroru. Kosmos to paskudne miejsce, a obce planety tym bardziej. Dlatego dbajmy o tą, którą dostaliśmy w darze, bo lepszej nigdy nie znajdziemy! Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony i rozwijanie intrygi, licząc na godne zamknięcie namnożonych wątków. Oj będzie się działo!

Wniosek: Głęboko intelektualne SF godne klasyków gatunku. Zostaje w głowie!


"The New Mutants" ("Nowi Mutanci")

"The New Mutants" ("Nowi Mutanci")

O czym to jest: Grupa nastolatków zostaje zamknięta w szpitalu, gdzie muszą się mierzyć z własnymi supermocami.

nowi mutanci film recenzja x-men ana taylor joy

Recenzja filmu:

Mówi się, że dobry film obroni się sam, niezależnie od tego ile czasu upłynęło od jego nakręcenia. Być może... ale nie w tym przypadku. Cechą cykli popkulturowych jest to, że aby miały sens muszą wychodzić w pewnym kontekście. Niestety w tym wypadku "The New Mutants" - z opóźnioną o kilka lat premierą - zdecydowanie przegapiło swój moment. Gwoździami do trumny okazała się oczywiście pandemia Covid-19 (która wymusiła ograniczoną premierę w kinach) oraz wcześniejsze skasowanie foxowego uniwersum "X-Menów" na rzecz kwitnącego "Marvel Cinematic Universe". Dlatego też "The New Mutants", choć samo w sobie jest filmem poprawnym, jest jednocześnie całkowicie niepotrzebnym i bezcelowym dziełem.

To tylko - i aż - horror o nastolatkach. Grupa dzieciaków, niepotrafiących kontrolować swoich supermocy i stwarzających zagrożenie dla otoczenia, zostaje zamknięta w ośrodku, w którym dzieją się dziwne rzeczy. Trochę przypominało mi to klimat "Sucker Punch" (tyle że bez wpływów mangi i anime), ale na poważnie. Role wydawały się jasno rozpisane: to niewinne dzieciaki były dobre (jak to w uniwersum "X-Menów"), a lekarze (w tym wypadku lekarka) źli. Ale wiecie co? Patrząc na to co ta młodzież wyrabiała, to faktycznie nie licząc Aryi Stark zmienionej w wilkołaka, cała reszta faktycznie była walnięta i diabelnie niebezpieczna! Wniosek: faktycznie może lepiej było ich tam trzymać... Niestety ta konkluzja rozsypała mi nieco cały obraz sytuacyjny, bo jak tu kibicować w ucieczce tym, którzy powinni siedzieć zamknięci i faktycznie chodzić na poważną terapię?

Niemniej przyznaję, horror wyszedł z tego całkiem przyzwoity. Podobały mi się bardzo supermoce, postacie, gra aktorska, efekty specjalne, scenografia... Nawet było miejsce na naturalny i niewymuszony wątek LGBT (przypominam: komentarze na temat aktualne sytuacji społeczno-politycznej na świecie to specjalność filmów o "X-Menach"). Niestety kontynuacji wątków i historii postaci już się nie doczekamy, choć film wyraźnie kręcony był jako wstęp do dalszych przygód. A zatem: do obejrzenia i natychmiastowego zapomnienia, co patrząc na reakcję światowej publiki nastąpiło jeszcze przed premierą.

Wniosek: Poprawnie nakręcony horror o superbohaterach, choć stworzony chyba bez większego celu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


"Wiedźmin"

"Wiedźmin"

O czym to jest: Przygody smutnego łowcy potworów.

wiedźmin polski serial 2002 michał żebrowski zbigniew zamachowski

Recenzja serialu:

Po tym jak zakończyłem seans pierwszego sezonu "The Witcher" poczułem spory niedosyt przygód wiedźmina Geralta. To był więc najlepszy czas, by przypomnieć sobie po latach pierwszą próbę podejścia do tematu, a więc polski serial "Wiedźmin" z 2002 roku. Tu zaznaczę, że mam na myśli 13-odcinkowy serial, a nie film pod tym samym tytułem, który wyszedł w 2001 roku. Jakość wspomnianego filmu jest po dziś dzień symbolem żenady i kompromitacji polskiej kinematografii, więc spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Tu mała dygresja - zauważyliście, że w naszym Kraju Kwitnącej Cebuli wszystko robi się na opak? Nakręcenie jednocześnie filmu kinowego i serialu do telewizji nie jest przecież czymś nowym, robi się tak na całym świecie. Tyle że w normalnych krajach wypuszcza się do kin np. pilota serialu (względnie finał), a resztę odcinków zostawia do telewizji. Niestety twórcy "Wiedźmina" postanowili wziąć trzynaście godzin materiału i pociąć go do dwugodzinnej produkcji. No i w ten sposób wyszło co wyszło...

Dlatego też zapomnijmy o filmie raz na zawsze. Przykro mi tylko, że jego klęska pociągnęła na dno cały serial - do tego stopnia że nigdy nie ukazał się na DVD. Wielka szkoda, bo polski "Wiedźmin", choć jest produkcją totalnie inną od "The Witcher", ma swoje ogromne zalety. Zacznijmy od głównego bohatera - w polskiej wersji wcielił się w niego Michał Żebrowski. Jego Geralt w ciągu trzynastu odcinków przeszedł pełną ewolucję, od naiwnego idealisty o mentalności ufnego dziecka, przez cynicznego mruka, aż do zdeterminowanego wymiatacza, który nie boi się stanąć bez broni naprzeciwko grupy rycerzy (cytuję: "Nie potrzeba mi miecza, wezmę sobie od nich"). Chudy, ponury i wiecznie strapiony Geralt okazał się być postacią, której widz raczej nie polubi, ale mimo to będzie jej kibicował. Taki typowy antybohater, i to jeszcze zanim ten typ postaci stał się modny w światowej telewizji. Starania Żebrowskiego uzupełniają świetne kreacje drugoplanowe - rzecz jasna Zbigniewa Zamachowskiego jako Jaskra (w przeciwieństwie do "The Witcher" jego postać nie była tu komediowym śmieszkiem, a raczej matejkowskim Stańczykiem). Świetna jest Grażyna Wolszczak jako histeryzująca czarodziejka Yennefer, Anna Dymna jako stoicka kapłana Nenneke, nieodżałowany Maciej Kozłowski jako złoczyńca Falvick, no i mój ulubieniec - Andrzej Chyra jako Borch Trzy Kawki! Swoją drogą znanych nazwisk przewinęła się tu cała masa: Olbrychski, Gruszka, Buzek, Peszek, Milowicz, Łukaszewicz, Dygant... Jak to w typowym polskim serialu, cała masa znajomych twarzy!

Drugą zaletą "Wiedźmina" jest rewelacyjny klimat. To wolno snująca się opowieść, kreślona z odcinka na odcinek i co ciekawe dość konsekwentna i logiczna w konstrukcji fabuły. Wieloletnie przeskoki między epizodami pozwoliły na sprytne rozwinięcie postaci, dzięki czemu nawet nieznający oryginalnych książek widz nie powinien się pogubić. Do tego warto doliczyć fantastyczną ścieżkę dźwiękową Grzegorza Ciechowskiego, w tym urokliwe ballady śpiewane przez Zamachowskiego jako Jaskra. Nie można też zapomnieć o zdjęciach polskich plenerów, świetnie przywołujących na myśl około-średniowieczny klimat (ten stukot końskich kopyt po prawdziwym bruku średniowiecznego zamku - tego nie da się w pełni oddać w żadnym studio). Osobiście cenię też bardzo choreografię, nawiązującą wprawdzie (i to bardzo) do stylu walki samurajów, ale w końcu wiedźmini walczyli katanami więc - czemu nie! 

Czemu więc serial nie zyskał należnego uznania wśród widzów? Nie licząc wspomnianego wcześniej wpływu filmu kinowego, trzeba zaznaczyć że w "Wiedźminie" jest bardzo duży pierwiastek teatralności. Ktoś nieobeznany z tym jak mówią i zachowują się aktorzy na scenie teatru może nie złapać klimatu - wtedy to co zobaczy będzie wydawać się sztuczne, przerysowane i amatorskie. "Wiedźmin" przypomina bardziej teatr telewizji niż hollywoodzki serial, a przez to wymaga odpowiedniego oswojenia się z formą. Dodatkowo sporo efektów specjalnych (z legendarnym smokiem na czele) wygląda dość żenująco, i to nawet jak na ówczesne standardy. Szkoda że twórcy nie trzymali się zasady "mniej znaczy więcej" - wszystkie niedoróbki technologii bez problemu dałoby się ograć klimatem, odpowiednim oświetleniem i montażem kamery. Ale cóż, głównym producentem był tu nie kto inny, jak sam Lew Rywin - a od niego, jak wiemy, nie powinniśmy się spodziewać zbyt dużej przenikliwości umysłu.

Tym samym polski "Wiedźmin" pozostaje produkcją na ogół zapomnianą, choć jej echa rezonują po dziś dzień (Michał Żebrowski wciąż nie może się wyzbyć łatki Geralta w niektórych środowiskach). Warto by każdy widz przekonał się sam, na ile podejdzie mu ta produkcja. O ile dacie radę ją gdziekolwiek zobaczyć, rzecz jasna!

Wniosek: Jeśli się tylko kupi konwencję to jest to całkiem niezły serial!


"The Witcher" ("Wiedźmin")

"The Witcher" ("Wiedźmin")

O czym to jest: Przygody łowcy potworów o złotym sercu.

wiedźmin serial 2019 netflix sapkowski cavill

Recenzja serialu:

Rok 2019 żegnamy recenzją serialu "The Witcher" - czyli najnowszej ekranizacji przygód słynnego Wiedźmina, bohatera książek fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Nie jest to pierwsza próba opowiedzenia tej historii za pomocą telewizji. Pierwszą, jak pamiętają polscy widzowie, był "Wiedźmin" z Michałem Żebrowskim w tytułowej roli. Niestety mimo szczerych prób nie udało się wówczas osiągnąć sukcesu. Ten nastąpił dopiero teraz!

"The Witcher" można określić słowem "udany". Nie jest to oczywiście produkcja wybitna, daleki też jestem od nazywania jej następcą "Gry o Tron". Ale to bardzo dobry serial, klimatyczny, nieprzegadany, fajnie zagrany i skonstruowany. Głównym bohaterem jest wiedźmin Geralt, zmutowany łowca potworów podążający w stronę nieuchronnego przeznaczenia. Drugą osią fabuły są przygody dwóch związanych z nim kobiet - wiecznie rozczarowanej czarodziejki Yennefer, a także nastoletniej księżniczki Ciri. Co istotne wspomniane wątki fabularne nie rozgrywają się równolegle, tylko w różnych liniach czasowych. Na szczęście konstrukcja scenariusza jest na tyle czytelna, by uważny widz bez problemu połapał się co było "wtedy", a co "teraz". Zatem jeśli boicie się galimatiasu i bólu głowy jakiego dostarcza choćby "Westworld" to nie martwcie się - wszystko da się bez problemu zrozumieć. Co ważne taki widz jak ja, który nie czytał książek ani nie grał w oparte na nich gry komputerowe, bez problemu odnalazł się w bogatym świecie fantasy para-słowiańskiego Wiedźmina.

"The Witcher" ma wiele ogromnych zalet. Najważniejszą jest chyba gra aktorska. Do samego końca nie wierzyłem, że obsadzenie Henry'ego Cavilla w głównej roli jest dobrym pomysłem. Jak miło jest się pomylić! Jego Wiedźmin jest w pełni wiarygodny, wiecznie wściekły i ponury, a przy tym uroczo mrukliwy. A do tego wywija mieczem aż miło popatrzeć! Drugim fantastycznym wyborem był Joey Batey jako Jaskier, gadatliwy bard nad wyraz przypominający Osła ze "Shreka". I choć Zbigniew Zamachowski w polskim "Wiedźminie" śpiewał lepiej od niego, to ballada "Toss a Coin to Your Witcher" w wykonaniu Batey'a zawojowała świat! Fantastycznie dobrana jest również Yennefer, Ciri, a także rozliczni magowie i postacie poboczne. Ich kreacje w połączeniu z wiarygodną scenografią (finałową bitwę kręcono w polskim zamku Ogrodzieniec) zapewniają serialowi unikalny klimat, który zachęca do uważnego śledzenia wydarzeń na ekranie.

Oczywiście "The Witcher" ma trochę wad. W wielu momentach na wierzch wychodził brak budżetu. Sceny które aż prosiły się o epicki rozmach były więc okrojone, a i same czary nie wyglądały tak spektakularnie jak chociażby w "Warcrafcie". Za to taka na przykład choreografia stała na najwyższym poziomie, a zatem pozostaje mi trzymać kciuki, by włodarze Netflixa hojnie potrzęśli sakiewką dla budżetu drugiego sezonu. Nie mam wątpliwości, że w światowej popkulturze jest jeszcze wiele miejsca dla kolejnych przygód Geralta i spółki. Czego nam wszystkim życzę z okazji Nowego Roku!

Wniosek: Świetnie zrobione, wciągające i godne książkowego pierwowzoru.


"Jurassic World: Fallen Kingdom" ("Jurassic World: Upadłe Królestwo")

"Jurassic World: Fallen Kingdom" ("Jurassic World: Upadłe Królestwo")

O czym to jest: Ludzie próbują wywieźć dinozaury z wyspy zagrożonej wulkanem.

park jurajski upadłe królestwo film chris pratt

Recenzja filmu:

Podtytuł filmu brzmi „Upadłe Królestwo”. Doskonale podsumowuje on poziom, którego sięgnęła najsłynniejsza kinowa seria o dinozaurach. Jest nawet gorzej niż przy „Zaginionym Świecie”, choć wydawało się to niemożliwe. Być może to wina tzw. „klątwy piątej części” (zauważyliście, że piąta część danego cyklu filmowego jest zazwyczaj najgorsza?). A może po prostu formuła się wyczerpała i goni w piętkę… Tak czy siak, wyszło naprawdę kiepsko. 

Winny numer jeden: fabuła. „Jurassic World” było oryginalnym i świeżym konceptem, zakładającym że park rozrywki z dinozaurami w końcu został powołany do życia. Mieliśmy więc okazję zobaczyć go w pełnym rozkwicie, którego nie powstydziłby się Disneyland, a także obejrzeć jego dramatyczny upadek. Tymczasem w „Fallen Kingdom” wracamy na zrujnowaną wyspę, by potem przenieść się… do stylizowanej na średniowieczny zamek rezydencji pewnego bogacza, gdzie w piwnicy trwa aukcja dinozaurów. Naprawdę nie można było wymyśleć nic atrakcyjniejszego? Co gorsza, obecną od pierwszej części wyspę dinozaurów Isla Nublar postanowiono zdetonować za pomocą wulkanu. No i zgoda, czemu nie, ale naprawdę mamy uwierzyć że najróżniejsze drapieżniki klasy tyranozaurów czy karnotaurów nie miały nic innego do roboty, niż próbować zjeść ludzi w momencie, gdy wokół płyną strumienie lawy i spadają pociski piroklastyczne? No dajcie spokój… 

 Ilość dziur fabularnych w tym filmie przeraża. Ale w porządku, moglibyśmy postanowić że przymykamy na to oko, wszak to popcornowe kino rozrywkowe. Problem w tym, że i tej rozrywki jest jak na lekarstwo. Postacie nie przekonują (Chris Pratt gra na jedną nutę, co zresztą robi we wszystkich swoich filmach), a i Bryce Dallas Howard nie błyszczy – co jest tym bardziej przykre, bo ogólnie to świetna z niej aktorka. Postacie drugoplanowe pominę, bo nie są godne żadnej wzmianki, co dotyczy zarówno „dobrych gości”, jak i złych. 

„Fallen Kingdom” niestety jest kinem zwyczajnie nudnym! Nie dzieje się tu nic godnego uwagi. Dinozaury biegają, żyją, umierają, żyją dalej, źli goście zostają zjedzeni, dobrzy goście czekają na kolejny sequel. Zresztą cały film wydaje mi się być wyłącznie przerywnikiem, by położyć grunt pod szóstą część cyklu, która ma być wielkim finałem (prawdopodobnie). Szkoda tylko, że musieliśmy na to stracić dwie godziny, bo całą treść „Fallen Kingdom” dałoby się zmieścić w jakimś wstępie kolejnego filmu albo coś… Z korzyścią dla czasu i pieniędzy widza. 

A, i jeszcze jedno, taki mały apel do twórców: błagam, skończcie z tworzeniem nowych gatunków dinozaurów! Macie ich tyle do wyboru, a paleontolodzy co rusz odkopują jakieś nowe okazy, naprawdę nie musicie wymyślać dziwacznych hybryd. Dla widza nie ma różnicy, czy bohaterów chce zjeść tyranozaur, raptor czy jeszcze coś innego, dinozaur to dinozaur!

Wniosek: Tak źle napisanego scenariusza nie widziałem od dawna. Nudna szmira!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Jurassic Park"! >>>


"Godzilla: King of the Monsters" ("Godzilla II: Król Potworów")

"Godzilla: King of the Monsters" ("Godzilla II: Król Potworów")

O czym to jest: Godzilla walczy z wielkimi potworami.

godzilla 2 król potworów film

Recenzja filmu:

Czy sequel beznadziejnej produkcji ma prawa być dobrym filmem? Oczywiście że tak. Ale niestety zdarza się to bardzo rzadko. Przede wszystkim należy oczekiwać, że twórcy wyciągną właściwe wnioski z artystycznej porażki i znajdą dobry przepis na poprawę sytuacji. 

W przypadku uniwersum „MonsterVerse” jest to jednak bardziej skomplikowane. Pierwsza „Godzilla” rozczarowała mnie bardzo mocno. Jej następcą był świetny „Kong: Wyspa Czaszki”, ale zmiana czasu akcji spowodowała, że stał się de facto prequelem. Zatem tytuł pełnoprawnego sequela należy się „Królowi Potworów” - i tak też go ocenimy, porównując wyłącznie do pierwszej „Godzilli”. Pod tym względem wyszło całkiem nieźle, zgodnie z zasadą że niżej podłogi nie spadniesz. Ale mówiąc szczerze, liczyłem na nieco więcej. Doceniam jednak, że tym razem nikt nie próbował udawać, że jest to produkcja o czymkolwiek innym niż wielkich potworach naparzających się po mordach (przez co wyszedł z tego taki „Pacific Rim”, gdzie też chodziło wyłącznie o lutowanie potworów, tyle że za pomocą robotów). Gdyby jeszcze zarzucono nędzny wątek familijny (choć i tak mniej czerstwy niż w poprzedniej odsłonie), byłoby naprawdę fajnie! 

W pierwszej „Godzilli” pokazano wielką jaszczurkę i wielkie komary. Tym razem dołączył do nich trójgłowy smok, motyl i pterodaktyl (serio, nie wymyślam tego!). Zdeptanym miastem okazał się Boston (między innymi), czarnym charakterem kultowy Charles Dance, a zrozpaczonym ojcem wyjątkowo nieprzekonujący Kyle Chandler (niech ten aktor trzyma się dramatów obyczajowych, bardzo proszę!). Wyrazy uznania kieruję do twórców za delikatne żarty z samych siebie (Let them fight!), oraz za kilka fajnych pomysłów (podwodne ruiny rodem z „Aquamana”). Ale szczerze? „Król Potworów” zrobił mi z mózgu popcorn. Ilość efektów specjalnych, wybuchów zmieszanych z powiewami wiatru i zacinającym deszczem, samolotami z „Avatara” i podwodnymi bazami z japońskich anime to nieco za dużo jak na jeden film. A i wątek ekologiczny zdawał się być wciśnięty bardzo, bardzo na siłę. Liczyłem też na kreatywniejsze podejście do motywu Pustej Ziemi, coś w rodzaju tego co było w „Sanctuary”, a zamiast tego dostałem podwodne tunele jak na Naboo w „Mrocznym Widmie”. Podejrzewam, że gdyby w budżecie przewidziano mniej miejsca na efekty, a więcej na scenariusz, byłoby znacznie lepiej. 

„Król Potworów” to nie jest zły film, jest wręcz niezły jak na swoją kategorię wagową. Ale ogólnie dostaje ode mnie ocenę dostateczną, i to mimo świetnej muzyki Beara McCreary’ego oraz gościnnego występu gwiazdy „Stranger Things” Milly Bobbie Brown. Czasem nawet popcorn potrafi się przejeść.

Wniosek: Jest znośnie, o ile wyłączy się zwoje mózgowe.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii MonsterVerse! >>>


"Aquaman"

"Aquaman"

O czym to jest: Zagubiony książę powraca, by zawalczyć o podwodny tron Atlantydy.

aquaman film recenzja DC jason momoa

Recenzja filmu:

Jeśli jest coś, co naprawdę mnie irytuje w filmowym uniwersum komiksów wydawnictwa DC, to jest to nierówny poziom. Taki na przykład "Batman v Superman" - tragedia. Potem "Wonder Woman" - świetne. Następnie "Justice League" - znowu wpadka. I teraz "Aquaman", czyli powrót do dobrego, bajkowego poziomu, jakiego widz oczekuje po takim widowisku. No i co, nie można było tak od razu?

Myślę że w końcu skumałem, co jest siłą filmów DC i co ma szansę odróżnić je od wizualnie powalających space oper spod znaku "Marvel Cinematic Universe". Zamiast sięgać głęboko w kosmos, filmy DC wplatają tematykę superbohaterów w ludzką historię i antyczne cywilizacje. Takie przykładowo Amazonki z "Wonder Woman" to sfeminizowane społeczeństwo antycznej Grecji (z bogami z Olimpu w tle). Z kolei Atlantyda z "Aquamana" bardzo przypomina starożytny Rzym - i nie tylko z powodu walki w podwodnym koloseum, a również przez pancerze stylizowane na gladiatorów czy ustrój społeczny rodem z czasów cezarów. I muszę przyznać, że na dużym ekranie wygląda to świetnie! Nie bez powodu moim ulubioną sceną ze wspomnianego "Justice League" jest sekwencja, w której wszystkie starożytne narody metaludzi (jak mieszkańcy Atlantydy czy Amazonki właśnie) ramię w ramię z ziemskimi bogami stanęli do walki z inwazją kosmitów. Cieszę się, że twórca "Aquamana" James Wan (znany do tej pory głównie z kręcenia horrorów) rozumiał w czym tkwi siła tego uniwersum i potrafił ją wykorzystać. Z zadowoleniem przyznaję, że bawiłem się naprawdę dobrze!

Gdybym miał wskazać wady "Aquamana", najważniejszą byłby schematyczny scenariusz. Na pierwszy rzut oka może to denerwować, ale wtedy trzeba zdać sobie sprawę, że po pierwsze to kino komiksowe (a ono rządzi się swoimi prawami), a po drugie jest to bajka - a w bajce, jak wiadomo, dobrzy są dobrzy, źli są źli, a na końcu mamy obowiązkowy happy end. Nuda? Skoro tak, to czemu wciąż oglądamy kolejne bajki Disneya, hmm? W takim filmie to nie treść jest ważna, a forma. A ta, pod względem pomysłu, jest po prostu znakomita. Podwodne miasta, mnogość ras, atlantydzka kawaleria na mezozaurach i przerośniętych rekinach, a także fantastyczny mariaż antycznej stylistyki z futurystyczną technologią rodem z filmu "The Abyss". I jeszcze do tego muzyka w stylistyce "Oblivion"! Wprawdzie gdzieniegdzie efekty specjalne nie wyrabiają, ale każdy specjalista z branży wam powie, że animacja wody to najtrudniejsze, co może być, więc jestem w stanie przymknąć na to oko.

Jason Momoa urodził się do tej roli. Nie dość że wygląda jak posągowy bóg z głębin Pacyfiku (zasługa polinezyjskich genów aktora), to jeszcze dorzucił do stylistyki "Aquamana" sporo maoryskich elementów, dodając do całości fantastycznego, etnicznego smaczku (to samo zrobiła Gal Gadot, z pochodzenia Żydówka, z rolą Wonder Woman). Sporym pozytywnym zaskoczeniem była też rola matki głównego bohatera, którą zagrała... Nicole Kidman! Nie spodziewałbym się jej w takim kinie, a jednak wypadła zadziwiająco wiarygodnie. Miłą niespodzianką był także Temuera Morrison jako ojciec Aquamana (pomyślcie: Jango Fett jest ojcem khala Drogo!), lubiany przeze mnie Patrick Wilson jako odpowiednio blady złoczyńca, a także w rolach drugoplanowych Willem Dafoe i Dolph Lundgren! Specjalnie nie wymieniłem Amber Heard jako Małej Syrenki (bo była żadna) ani pana Abdul-Mateena jako Czarnej Manty, bo jego rola w tym filmie również była całkowicie zbędna. Niemniej obsada w ogólnym rozrachunku wygląda lepiej niż dobrze!

Jaki z tego wniosek? Jeśli zraził was Aquaman w "Justice League" dajcie mu jeszcze jedną szansę. Przyszykujcie kubeł popcornu i wiadro coli, a będziecie się dobrze bawić!

Wniosek: Widowiskowe i fajne! Jak na film komiksowy oczywiście.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


"Aliens vs. Predator: Requiem" ("Obcy kontra Predator 2")

"Aliens vs. Predator: Requiem" ("Obcy kontra Predator 2")

O czym to jest: Obcy atakują amerykańskie miasteczko. Predator przybywa, by posprzątać.

AVP2 obcy kontra predator 2 film recenzja

Recenzja filmu:

No i rozprawiamy się z ostatnim filmem z udziałem Predatora, jakiego jeszcze nie omawiałem. Mowa o drugiej części podcyklu "Alien vs. Predator" zatytułowanej "Requiem". Stworzyli ją niejacy bracia Strause, debiutanci, którzy chcieli tym obrazem podbić Hollywood i udowodnić, że potrafią kręcić wysokobudżetowe widowiska. To, że nigdy nie słyszeliście o braciach Strause, daje wyobrażenie o tym, jak im poszło. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Pierwszy "Alien vs. Predator" był złym filmem. Kretynizm scenariusza, beznadziejna gra aktorska i cała masa błędów strukturalnych spowodowała, że do dziś fani uniwersum "Obcy/Predator" wspominają go z zażenowaniem. Bracia Strause na konferencji prasowej ogłaszającej początek zdjęć obiecali, że są wielkimi fanami serii i wiedzą dokładnie, co w pierwszym "AVP" poszło źle. Obiecali, że widzowie się na nich nie zawiodą. Swój film nakręcili jako bezpośredni sequel - dość powiedzieć, że zaczyna się od tej samej sceny, na której zakończono poprzedni. I tu mój pierwszy zarzut - wszystko wygląda w niej kompletnie inaczej pod względem scenografii! Czy nikt nie miał ze sobą choćby płyty DVD z pierwszą częścią, żeby odtworzyć plan zdjęciowy tak jak trzeba? Ale to nie koniec zmian, bowiem twórcy z pompą powrócili do kategorii wiekowej R, czyli z bluzgami, erotyką i krwawymi detalami. I choć był to dobry kierunek, to jak się okazało i w tym aspekcie można było przegiąć. Ta też się stało - "Requiem" zdecydowanie przedobrzyło w kwestii naturalizmu i okrucieństwa scen, czego podsumowaniem jest sekwencja w szpitalu na oddziale położniczym. Z tego powodu film niebezpiecznie zdryfował w stronę tanich, badziewnych horrorów, jakie czasami można obejrzeć w telewizji po godzinie 23.

Niesmaczny naturalizm to pierwszy z głównych grzechów "Requiem". Kolejnym jest totalne, całościowe spieprzenie zdjęć! Tak ciemnego filmu nie widziałem jeszcze w swoim życiu. Każda (ale to każda!) scena jest beznadziejnie oświetlona, przez co połowy akcji po prostu... nie widać. Nie wiem czy był to efekt zamierzony, czy po prostu operator kamery miał problem ze wzrokiem. Kręcić w ciemności też trzeba umieć - tu przywołam chociażby przykład "Blade Runnera", filmu kręconego w czerni i deszczu, ale mimo to bardzo wyraźnego. Tutaj zaś - całkowita kaszanka.

I na koniec listy zarzutów trzeci z grzechów, a więc... dialogi. I przy okazji gra aktorska, ale to może wina dialogów właśnie. Nikt z obsady nie był specjalnie wybitny (i nie zrobił zresztą wielkiej kariery w Hollywood), ale mogę sobie wyobrazić, że z lepszym scenariuszem aktorzy przynajmniej nie wyszliby na idiotów. Tutaj z kolei mówią sztucznie, bez polotu i jakby za karę. To żadna frajda oglądać bandę półgłówków, wśród których prym wiodą mrukowaty recydywista, ciamajdowaty szeryf i weteranka US Army wyzuta ze wszelkich emocji. Naprawdę można było poprowadzić to lepiej.

Tyle zarzutów, a czy są jakieś plusy? A i owszem. Sceny akcji pokazują, że "Requiem" miało ogromny potencjał na świetne widowisko! Śmiem nawet twierdzić, że ze wszystkich Predatorów ten tutaj jest najfajniejszy i najbardziej epicki - to żaden młokos, tylko stary doświadczony łowca, który przybywa na Ziemię żeby "posprzątać". Jestem zachwycony tym jak walczy i wygląda, czego koronnym dowodem jest epicka nawalanka w kanałach, gdzie bierze dwa Obce za fraki jak niesforne kociaki. Kult! Podobnie podoba mi się koncept Predaliena z intrygującą techniką rozrodczą, pomijającą twarzołapy. Fajny pomysł, tylko szkoda że w takim filmie...

Jest tu w ogóle dużo scen, z których dałoby się wycisnąć o wiele więcej. Bitwa z Gwardią Narodową, ostatni bastion w centrum miasta, czy w końcu finalna nawalanka z Predalienem - to wszystko wręcz błagało o kultową realizację. Ale tak to jest, gdy twórcy nie mają tego "czegoś" (co ma na przykład J.J. Abrams) i instynktownie nie wiedzą, czego widz chce i oczekuje. A potem się dziwią, że wyszedł gniot. Po prostu szkoda.

Wniosek: Potwornie zmarnowany potencjał na dobry film.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


"The Terror"

"The Terror"

O czym to jest: Opowieść o zaginionej wyprawie Franklina, próbującej odnaleźć Przejście Północno-Zachodnie.

terror serial recenzja plakat franklin cozier

Recenzja serialu:

Zaginięcie wyprawy kapitana Johna Franklina, który w 1845 roku wraz z dwoma statkami próbował pokonać arktyczne Przejście Północno-Zachodnie z Atlantyku na Pacyfik, to jedna z większych marynistycznych zagadek w historii. Ta opowieść zawsze mnie fascynowała, więc zanim przejdziemy do omówienia serialu, przedstawię garść faktów historycznych. W 1845 dwa brytyjskie okręty wojenne Terror i Erebus, wyruszyły w podróż ze 129 osobami na pokładzie. Wyposażono je w najnowszą ówczesną technologię i załadowano zapasami w nadziei, że doświadczone załogi (z których część miała już polarne wyprawy na koncie) poradzą sobie z każdą przeciwnością losu. Niestety obydwa okręty, a także ich załogi, przepadły bez wieści. Dopiero w ostatnich latach znaleziono ich wraki, co potwierdziło przypuszczenia: statki zostały uwięzione w lodzie i ostatecznie zatonęły. Odnaleziona wiadomość głosiła, że zanim do tego doszło, marynarze opuścili statki w 1848 roku i pieszo ruszyli na południe w desperackiej próbie ocalenia życia. Mieszkający tam Innuici w kolejnych latach widzieli obdartych białych mężczyzn, na wpół oszalałych z głodu i wycieńczenia, maszerujących i ciągnących szalupy po lodzie. Nieliczne znalezione szkielety i groby dokładnie zbadano - okazuje się, że marynarze wymierali jeden po drugim, a ciała zmarłych zjadali. Ponadto wszyscy cierpieli na poważne zatrucie ołowiem (a także takie choroby jak szkorbut czy gruźlica), powstałe na skutek spożywania źle przygotowanych konserw oraz - prawdopodobnie - eksperymentalnej instalacji do odsalania wody pitnej. Tyle faktów.

W oparciu o te wydarzenia pisarz Dan Simmons napisał książkę, w której bardzo wiernie odtworzył prawdopodobne losy wyprawy z jednym małym dodatkiem: obecności przerażającego potwora, który na równi z chorobami, głodem i zimnem wybijał naszych bohaterów. Wspomnianą książkę w tym roku zekranizowano w formie dziesięcioodcinkowego serialu. Jest to więc historia oparta na faktach... albo raczej pewnej ich interpretacji. Bo skoro nie wiemy, co tak naprawdę spotkało marynarzy z wyprawy Franklina, to może rzeczywiście zmierzyli się z czymś, czego żaden człowiek nie powinien oglądać? Tego już, niestety, nigdy się nie dowiemy. Faktem jest, że śnieżne polarne pustynie to wręcz idealna lokalizacja na wysokogatunkowy horror - przypomnijcie sobie chociażby kultowy film "The Thing". Serial "The Terror" nie jest wcale gorszy. Jest tu wystarczająca dawka grozy i naturalizmu, by poruszyć nawet zatwardziałego widza - dotyczy to zwłaszcza pierwszych odcinków.

Scenografia stanęła na wysokości zadania, starając się - na miarę telewizyjnego budżetu - stworzyć iluzję Arktyki. I choć w wielu miejscach widać było spore niedoskonałości, to jednak pozwoliłem sobie by ich nie widzieć, dzięki czemu bawiłem się o wiele lepiej. Kolejnym bardzo mocnym punktem jest aktorstwo. Kapitana Franklina zagrał niezawodny Ciarán Hinds, którego znacie jako Cezara z "Rzymu" oraz Króla-Za-Murem z "Gry o Tron". I choć wydawałoby się, że to on jest głównym bohaterem, to nic bardziej mylnego. To tak naprawdę opowieść o dowódcy Terroru (Franklin dowodził Erebusem), czyli kapitanie Crozierze - stąpającym twardo po ziemi, cynicznym Irlandczyku ze zbyt wielką skłonnością do butelki. Zagrał go Jared Harris, który dopiero w ostatnich latach dorobił się zasłużonej rozpoznawalności. Crozier jest fantastycznym protagonistą, którego od samego początku kochamy za szczerość i wrodzony rozsądek - coś, czego brakuje pozostałym oficerom, opętanym wizją niezwyciężonego brytyjskiego imperium. Przyznaję, że oglądanie jego przygód stanowiło prawdziwą przyjemność.

Niestety mimo tych wielkich zalet mam do "The Terror" parę zastrzeżeń. O ile początek serialu jest rewelacyjny, to problem pojawia się gdy nasi bohaterowie postanawiają wyruszyć w pieszą odyseję na południe. Z jakichś powodów zabiło to klimat opowieści. Akcja stała się chaotyczna, zbyt skrótowa i za mało porywająca. Odnoszę wrażenie, że dziesięć odcinków okazało się jednak niewystarczające, by dobrze oddać ducha wyczerpującej wędrówki. Co najgorsze, finalne czyny niektórych postaci i ich wielki heroizm ostatecznie nie miały żadnego wpływu na przebieg opowieści. Tak samo główny czarny charakter okazał się zbyt mało porywający w swym szaleństwie, by zapisać się czymś wyjątkowym w historii telewizji. Niestety na sam koniec serialu zamiast katharsis odczułem jedynie lekkie znużenie. Nie zatarło ono wprawdzie fantastycznych odczuć po seansie pierwszych odcinków, ale pozostawiło spory niedosyt.

Cieszę się, że historia wyprawy Franklina została nareszcie zekranizowana (nawet w fantastycznej formie z potworem w tle). Świat powinien pamiętać o tej ostatniej wielkiej wyprawie w dziejach ludzkości, która miała wypełnić wszystkie białe plamy na mapie. A co tak naprawdę stało się z załogami Terroru i Erebusa? To już pozostawię waszej wyobraźni.

Wniosek: Na początku rewelacyjne, potem nieco traci tempo.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger