Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Superbohaterowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Superbohaterowie. Pokaż wszystkie posty
"Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings" ("Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni")

"Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings" ("Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni")

O czym to jest: Młody chłopak mierzy się ze starożytnym dziedzictwem swojego nieśmiertelnego ojca.

shang chi film marvel disney

Recenzja filmu:

Czy filmowe uniwersum Marvela zaczyna zjadać własny ogon? Zdecydowanie nie! Kolejne produkcje udowadniają, że pomimo dziesiątek filmów i seriali na karku wciąż jest w nim pole na nowe pomysły, formy i konwencje. Dalekowschodnie kino kopane ze sporą dozą fantasy a'la "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok"? Czemu nie, zapraszamy! I o dziwo pasuje to naprawdę znakomicie!

W filmie "Shang-Chi" poznajemy nowego przyszłego superbohatera, tytułowego syna nieśmiertelnego watażki i chińskiej czarodziejki. Młody chłopak odrzuca dziedzictwo ojca i pracuje w San Francisco jako parkingowy. Ale jak przystało na kino tego typu, przeszłość rzecz jasna go dogania, w związku z czym nasz bohater musi wykorzystać uśpiony talent by ocalić siebie i cały świat. Brzmi jak fabuła oklepana w formie? Owszem, ale co z tego! "Shang-Chi" ogląda się znakomicie - o ile rzecz jasna lubicie kino tego typu. Z powodzeniem produkcja mogłaby stanowić samodzielną całość, ale dołączenie go do uniwersum jedynie podbija nutkę dobrego smaku. Brawo!

Simu Liu jako Shang-Chi to wyjątkowo sympatyczny protagonista, którego ogląda się z prawdziwą przyjemnością (świetnie też sprawdza się w scenach akcji). Oczywiście wszyscy są zgodni, że film skradła Awkwafina w roli Katy, wygadanej przyjaciółki naszego herosa. Świetnym dodatkiem był również Ben Kingsley, który powrócił do roli Mandaryna z "Iron Man 3", jednocześnie odczarowując mi tamten film. Ogromnym plusem było też przedstawienie całego bestiariusza z chińskiej mitologii, która wbrew wyobrażeniom ludzi Zachodu nie ogranicza się wyłącznie do charakterystycznych smoków (hunduny skradły moje serce!). Trochę widzę w tym case "Black Panther", gdzie twórcy wrzucili do jednego popcornowego pudła całą afrykańską mitologię - tutaj zrobiono to samo z chińską. Co dalej: rdzenni Indianie z obydwu Ameryk? Hindusi? Aborygeni? Maorysi i ludy Pacyfiku? Możliwości są nieskończone!

Nie będę na siłę szukał wad tej produkcji: bawiłem się świetnie, uśmiechałem od początku do końca i po zakończeniu seansu prosiłem o więcej. Niech Marvel utrzyma ten poziom, a kręcić mogą przez następne 15 lat! 

Wniosek: Naprawdę fajna rozrywka - i jako bajka, i jako kino kopane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"What If...?" ("A Gdyby...?")

"What If...?" ("A Gdyby...?")

O czym to jest: Alternatywne wersje najsłynniejszych filmów uniwersum Marvela.

a gdyby marvel animacja disney+

Recenzja serialu:

No muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem! Gdy usłyszałem że kręcą animowany serial z uniwersum Marvela, w którym przedstawią alternatywne wersje filmów z cyklu, byłem co najmniej sceptyczny. O jak bardzo się myliłem! Ten serial to najlepsze co spotkało to uniwersum od wielu lat. Jest po prostu doskonały!

Sam nie wiem od czego zacząć pochwały. Fabularnie każdy odcinek opowiada nieco inną wersję znanych nam filmów, zamieniając miejscami postacie lub kluczowe wydarzenia. I tak oto Kapitan Ameryka staje się kobietą, Czarna Pantera zmienia w Star-Lorda, Doktor Strange schodzi na złą drogę, Spider-Man walczy z zombie, a Ultron podbija cały świat i nie tylko... Co istotne, wszystkie te opowieści łączą się w jedną fabułę w ostatnich dwóch odcinkach. A zatem mamy tu uniwersum wewnątrz uniwersum, co przyniosło totalnie rewelacyjny efekt! A że wszystkie postacie mają głosy podłożone przez oryginalnych aktorów (wliczając w to Chadwicka Bosemana, który zdążył nagrać swoje kwestie przed śmiercią), to mamy wrażenie że naprawdę oglądamy kolejne aktorskie przygody znanych nam bohaterów. 

Wizualnie to animacja w starym stylu: żadnego komputerowego CGI tylko stara dobra kreska, która w rękach sprawnych artystów pokaże wszystko czego potrzebuje widz. Każdy odcinek trwa zaledwie pół godziny ale gwarantuję że to wystarczy do opowiedzenia wciągającej, pełnej dynamiki historii. Ogląda się to z zapartym tchem i chce się więcej i więcej! Szkoda tylko, że serial nie liczy póki co więcej odcinków... A nam pozostaje tylko pomarzyć, że może kiedyś niektóre z przedstawionych tu postaci i wydarzeń (Kapitan Carter!) trafią faktycznie w wersji aktorskiej na kinowy ekran. Czego zarówno sobie jak i Wam serdecznie życzę!

Wniosek: Fabularnie rewelacyjne, zwłaszcza jeśli ktoś dobrze zna filmy z uniwersum!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"The Suicide Squad" ("Legion Samobójców")

"The Suicide Squad" ("Legion Samobójców")

O czym to jest: Grupa skazańców z supermocami rusza na krwawą misję ratowania świata. 

legion samobójców hbo max james gunn idris elba

Recenzja filmu:

W pierwszym od dawna wpisie na Jest Kultowo przechodzimy do jednej z wielu zaległości, jakie narobiły mi się w ostatnim czasie - drugim z kolei filmie zatytułowanym "Legion Samobójców" w historii filmowego uniwersum DC. Jest to zarówno sequel, jak i miękki reboot pierwszego "Legionu" z Willem Smithem, po którym w historii widzów zapisały się jedynie znakomity trailer oraz zjawiskowa Margot Robbie jako Harey Quinn. Cała reszta, niestety, była zaledwie przeciętna (wliczając w to Jareda Leto jako Jokera). Dlatego włodarze Warner Bros zrobili dość sprytny manewr - wzięli to co najlepsze z pierwszej części (czyli pomysł na historię oraz Margot Robbie) i zrobili kolejny, podobny film, prawie nie wspominając o poprzednim. I jeszcze dali ten niemal ten sam tytuł, a za sterami posadzili człowieka, który uczynił z marvelowych "Strażników Galaktyki" fenomen na skalę światową. Bardzo sprytne!

Pozostaje więc pytanie: czy James Gunn nakręcił hit na skalę wspomnianych "Strażników"? Nie. Ale poszło mu nawet znośnie, choć nie bez potknięć. Na plus na pewno trzeba zaliczyć humor - bystre i zabawne dialogi, choć niestety większość gagów zdradziły wcześniej trailery. Drugi plus to postacie, wśród których na pierwszy plan wysuwa się absolutnie rewelacyjny John Cena jako Peacemaker (nic dziwnego, że doczekał się własnego serialu!), choć i Idris Elba jako Bloodsport (następca Willa Smitha jako Deadshota, i to niemal kropka w kropkę), wspomniana Harley Quinn, a także Ratcatcher 2, Polka-Dot Man i oczywiście King Shark mają swoje pięć minut, wnosząc świetny koloryt do historii. Sceny akcji są znakomite, nie brakuje też krwawych szczegółów (czasem nawet zbyt krwawych) i generalnie widać, że w scenariuszu panowała zasada "wszystko dozwolone". 

A teraz zastrzeżenia, a właściwie tylko jedno. Mam nieodparte wrażenie, że film jako taki nie miał żadnego celu. Nie opowiadał żadnej większej historii, nie skupiał się na rozwoju postaci X czy Y, nie był też bezpośrednią kontynuacją poprzednich części uniwersum, a raczej samodzielną przygodą. Czyli to taki trochę skok na kasę. Z drugiej strony, czy nie właśnie tym są i powinny być popcornowe blockbustery? Kilka dekad temu wszyscy oglądali westerny odbijane od siebie niczym z jednej kliszy; teraz są to filmy o superbohaterach. I nie ma co się obrażać: to jest showbiznes. A skoro to biznes, to musi zarabiać! Więc usiądźmy wygodnie i gdy najdzie nas ochota na bezmózgową, kolorową i krwawą nawalankę ze szczyptą złośliwego humoru pamiętajmy o "The Sucide Squad". Zdecydowanie wolałbym wrócić do tego filmu niż jego nieudanego poprzednika.

Wniosek: Nakręcone z wizualnym przepychem, ale... bezcelowe?


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "DCEU"! >>>


"Loki"

"Loki"

O czym to jest: Asgardzki bóg psot pomaga policji czasowej w schwytaniu groźnego przestępcy.

loki serial disney+ tom hiddleston owen wilson

Recenzja serialu:

"Loki" to trzeci z fabularnych seriali Marvela uzupełniających kinowe uniwersum filmów i jak do tej pory okazał się najbardziej udany. Wszystko wskazuje na to, że jest też niezwykle ważny dla całej historii, a jego finał zapowiedział co się teraz będzie działo w uniwersum po zakończeniu sagi Thanosa i Kamieni Nieskończoności wraz z "Avengers: Endgame". Moje odczucia są dość pozytywne, ciekawi mnie co jeszcze planują twórcy z Disneya i bez wątpienia mogą liczyć na moje pieniądze, jeśli wciąż będą mi sprawiać frajdę. Powodzenia!

A sam serial "Loki" okazał się dokładnie taki jak pokazuje zwiastun. Bystry, oparty w dużej mierze na grze aktorskiej i zanurzony w wiarygodnej scenografii przełomu lat 70. i 80. Osobiście liczyłem jednak na nieco większy nacisk na tzw. buddy movie, w którym Tom Hiddleston i Owen Wilson rozwiązywaliby zagadkę odcinek po odcinku. Tymczasem serial przeskoczył dość płynnie z kryminału do space opery pełną gębą... Czy słusznie? Na pewno była w tym jakaś myśl przewodnia, a cliffhanger obiecujący drugi sezon opowieści nie pozostawia wątpliwości, że to jeszcze nie koniec. Dlatego doceniam i ufam twórcom że wiedzą dokąd nas prowadzą.

Tom Hiddleston gra Lokiego od tak wielu lat, że przychodzi mu to zupełnie naturalnie. Nie sądziłem że można (i trzeba) dopowiedzieć coś więcej do tej postaci po wydarzeniach z "Thor: Ragnarok", niemniej to co zobaczyłem wydaje mi się jak najbardziej spójne i udane. Owen Wilson jak wiadomo to klasa sama w sobie, podobnie jak zjawiskowa Gugu Mbatha-Raw. Nowością była dla mnie Sophnia Di Martino jako Sylvie - i choć nie przypadła mi do gustu ani jako postać ani jako aktorka, doceniam jej wysiłek włożony w ten serial. Także obsadzie nie mogę nic zarzucić, podobnie jak efektom czy dialogom, wliczając w to przyzwoite poczucie humoru (to głównie dzięki Owenowi Wilsonowi). Jest dobrze!

Co ważne: "Loki" to moim zdaniem jeden wielki gest Kozakiewicza w stosunku do wszystkich poukrywanych po piwnicach nerdów, którzy będą się kłócić nad wyższością i "kanonicznością" komiksu X nad komiksem Y. Cały wątek tzw. "sacred timeline" to jedna wielka satyra na ten temat i choćby za to trzeba docenić ten serial. 

Wniosek: Zabawne i wkręcające, choć czasem traciło tempo.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Black Widow" ("Czarna Wdowa")

"Black Widow" ("Czarna Wdowa")

O czym to jest: Dawna radziecka zabójczyni, a obecnie wyklęta superbohaterka, porządkuje sprawy ze swojej przeszłości.

czarna wdowa film recenzja johansson

Recenzja filmu:

Jak powszechnie wiadomo, produkcje z "Marvel Cinematic Universe" nigdy specjalnie nie przejmowały się takimi rzeczami jak logika i respektowanie zasad fizyki. I nic w tym złego, bo jak wiadomo to kino komiksowe, czyli przerysowane dosłownie i w przenośni. Ale jest cienka granica której nie należy przekraczać (o ile nie kręci się space opery, bo wtedy jak wiadomo wszystkie chwyty dozwolone), bo wtedy film robi się absurdalny. Niestety pierwsza po lockdownie kinowa produkcja Marvela okazała się być ciut "za bardzo", i to chyba w większości aspektów. Na szczęście nie oznacza to, że jest to zły film!

Jak na standardy popcornowe jest dość udany. Ma świetną główną bohaterkę, bo Scarlett Johansson jako Czarna Wdowa była jednym z niewykorzystanych klejnotów marvelowskich kinowych superbohaterów - a film o niej powinien był powstać już dekadę temu. Na szczęście Scarlett wciąż wygląda i gra świetnie, a sceny walki z jej udziałem jak zawsze przyciągają wzrok. Ogromnie mi się podoba to, że w przeciwieństwie do np. Wonder Woman albo Charlize Theron z "Atomic Blonde" ma taktyczny strój, taktyczne buty i nie wygląda jak przerysowana bogini wojny, choć rozwiana fryzura w scenach mordobicia psuje nieco wrażenie realizmu. Świetnym uzupełnieniem okazała się Florence Pugh jako młodsza siostra naszej bohaterki - tak samo mordercza, ale jednak charakterologicznie zupełnie inna. Dodatkowo w obsadzie Rachel Weisz (zawsze będę ją uwielbiał) i David Harbour, który dał nam przedwczesną odpowiedź co się działo w ZSRR z szeryfem ze "Stranger Things" po końcu trzeciego sezonu - czyli jak widać, na ekranie jest na kogo patrzeć!

Mimo przegięć w scenach akcji i często zbyt naciągniętego humoru bawiłem się naprawdę dobrze - jakby nie patrzeć po produkcji Marvela nie oczekiwałem nie wiadomo jakiej głębi. Szkoda tylko że postać Harboura, czyli Red Guardian, nie została moim zdaniem wykorzystana w pełni, aczkolwiek liczę że twórcy jeszcze kiedyś do niego wrócą. Na pewno dzięki "Black Widow" Scarlett Johanssen może z czystym sumieniem odwiesić swój kostium na półkę i zająć się innymi projektami. Historia jej postaci w końcu jest kompletna. Teraz pora na Hawkeye'a!

Wniosek: Zabawne do oglądania i fajnie zrobione, choć głupawe do kwadratu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"The Falcon and the Winter Soldier"

"The Falcon and the Winter Soldier"

O czym to jest: Superbohaterowie kłócą się o dziedzictwo Kapitana Ameryki, podczas gdy zdesperowani terroryści próbują uratować świat.

falcon i zimowy żołnierz serial recenzja disney+ marvel mackie

Recenzja serialu:

Ech... No co ja poradzę. "Kapitan Ameryka" bez Kapitana Ameryki po prostu nie wychodzi! A może raczej - bez Chrisa Evansa, bo samych Kapitanów w tym serialu mamy aż kilku. Zachęcony udanym dodatkiem do uniwersum jakim okazała się produkcja "WandaVision" sięgnąłem po kolejny z nowych seriali, który w zwiastunach obiecywał nam coś w rodzaju "buddy movie" rodem z lat 90. (nasuwało mi się skojarzenie z "Zabójczą Bronią"). A tymczasem zamiast czegoś świeżego otrzymałem "Kapitana Amerykę 3,5", tyle że nudnego, przegadanego, pozbawionego polotu i z najbardziej niesympatycznym duetem protagonistów jaki miałem okazję oglądać w ostatnich latach. No naprawdę mogło wyjść lepiej!

Autentycznie nie rozumiem skąd się biorą zachwyty nad tym serialem. Nie przeczę, ma kilka momentów - fajną choreografię walk wręcz (jeśli wytniemy takie bzdury jak przeskakiwanie pomiędzy helikopterami w wingsuitach), europejski klimat (spora część akcji dzieje się w Rydze), a także kultowy już taniec Barona Zemo na dyskotece. Bardzo pasował mi też Kapitan Ropucha vel John Walker, czyli chodzący żywy przykład PTSD z supermocami. Ale cała reszta... Po pierwsze naprawdę nie kumam o co chodziło w fabule - wyciągnąłem z tego tyle, że "terroryści" pod wodzą Enfys Nest z "Solo" tak naprawdę chcieli uratować świat przed głupotą chciwych polityków. A może tak naprawdę chodziło o coś innego? Nie jestem pewien bo autentycznie połowa wątków nie miała sensu, a ciekawe zaczęło się robić dopiero w połowie sezonu gdy postacie skończyły gadać, a zaczęły naparzać po mordach. Dodajmy do tego zerową chemię między protagonistami (serio, to NAPRAWDĘ najgorszy duet ekranowy tego uniwersum, a może i tej dekady kina i telewizji) oraz czerstwą jak tygodniowe pieczywo końcówkę, w której Falcon w świetle kamer urządza politykom mentorską połajankę, po której grzecznie kulą uszy jak uczniaki i robią co pan superbohater każe. Aha.

Sześć odcinków "The Falcon and the Winter Soldier" to sześć odcinków pogoni ze metalowym frisbee i kłótni, kto ma prawo nim rzucać. Rozumiałbym jakby to naprawdę był jedyny taki egzemplarz na świecie, ale przypominam że w tym uniwersum mamy cały kraj zbudowany z tworzącego go vibranium - możecie więc ich zbudować tysiące, serio, starczy dla każdego chętnego! Dodatkowo osobiście liczyłem, że w końcu ktoś jasno i klarownie przedstawi mi historię Winter Soldiera jak to przeszedł drogę od niemieckiego jeńca do radzieckiej superbroni. I dlaczego do jasnej cholery ma metalową rękę? Nie wyjaśniono tego w filmach, liczyłem więc na serial, ale jak widać bezskutecznie. Zacytuję więc Deadpoola: "That's just a lazy writing".

Na sam koniec warto wspomnieć o zaprezentowanej na ekranie sporej dozie wątków współczesnego amerykańskiego rasizmu i nierównych szans, które stanowią zarzewie protestów Black Lives Matters. Ale wiecie co? Jakkolwiek słuszne by to nie było, wydawało się jednak na siłę i średnio zgrabne. Choć bez tego serial byłby jeszcze gorszy... A najzabawniejsze jest to, że gdy pewnego dnia nakręcą "Kapitana Amerykę 4" (co już zapowiedziano), za wstęp do produkcji wystarczyłaby ostatnia scena z Chrisem Evansem w "Avengers: Endgame", bez męki z całym tym serialem. Fabularnie wyszłoby dokładnie na to samo.

Wniosek: Nudne jak flaki z olejem. Można sobie odpuścić.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"WandaVision"

"WandaVision"

O czym to jest: Superbohaterka po utracie ukochanego kreuje fikcyjną rzeczywistość na wzór idealnego amerykańskiego miasteczka. Ale w tej iluzji nie wszystko jest takie jak się wydaje. 

wanda vision olsen bethany disney+ marvel cinematic universe

Recenzja serialu:

Bierzemy się za kolejną odsłonę "Marvel Cinematic Universe", tym razem w formie pierwszego oficjalnego serialu z uniwersum! Choć tak po prawdzie jest to druga odsłona serialowych przygód postaci Marvela - pierwszą było skasowane już uniwersum telewizyjne Marvela, rozpoczęte przez "Agent Carter", w którym to seriale nawiązywały do filmów (ale już nie odwrót). Tym jednak razem wszystko jest oficjalne - nowe seriale mają być w pełni wymienne z produkcjami kinowymi. A zaszczyt chorążego tej nowej fali przypadł tytułowi "WandaVision", rozprawiającego się z tytułową dwójką pobocznych superbohaterów uniwersum i ich małżeńskiej relacji.

Ogólna moja reakcja jest jak najbardziej pozytywna! To co lubię w uniwersum "Marvela" to zabawa konwencją i eksperymentowanie z formą. Tutaj twórcy wzięli na warsztat kilka dekad familijno-komediowych seriali w USA (zaczynając od czarnobiałych sitcomów z lat 60.) i przedstawili je w krzywym zwierciadle. Dzięki temu pierwsza połowa odcinków to prawdziwa podróż w czasie, nawiązująca wizualnie i stylistycznie do takich klasyków jak "I Love Lucy", przez "Full House" aż do "Malcolm in the Middle" i "Modern Family". To oczywiście tylko niektóre tytuły, ale nie martwcie się - serial jest równie mocno osadzony w swoim własnym uniwersum, wychodząc wprost od wydarzeń "Avengers: Infinity War" oraz "Avengers: Endgame" (zaliczając po drodze istotne wątki "Captain Marvel"). I o ile instynkt mnie nie myli, to dopiero początek przygód Wandy vel Scarlet Witch i jej nowych supermocy! Osobiście uwielbiam zabawę konwencją, autoironię twórców i nawiązywanie do klasyków kina i telewizji. Zatem koncepcyjnie "WandaVision" trafiło we mnie na widza idealnego, który bawił się wyśmienicie!

W założeniu serial stanowi następną po "Doctor Strange" próbę wprowadzenia czystej magii do uniwersum, tutaj w formie (a jakże) Czarownic z Salem i ich dziedzictwa. Chylę czoła przed bardzo sprytnym ukryciem głównego antagonisty i ciągłym kierowaniem widzów na manowce - wliczając w to niemalże bezczelne pomachanie przed nosem możliwym crossoverem z kinowym uniwersum "X-Menów". Nie da się ukryć, że w tak rozbudowanym wszechświecie jaki stworzył Marvel zmieści się wszystko - od space opery po czary mary. Więc czemu by nie! Nie brakuje akcji, ciekawych efektów specjalnych, dobrego lub nawet bardzo dobrego aktorstwa i przemyślanej fabuły. Takich seriali mogą kręcić więcej!

Gdyby tylko udało się skrócić ilość odcinków i wyciąć dłużyzny, mielibyśmy produkcję bardzo dobrą. A tak jest wyłącznie dobra, ale za to solidnie. Jeśli znacie poprzedzające serial filmy będziecie się bawić podwójnie, zwłaszcza gdy na ekran zawita cała masa trzecioplanowych postaci z uniwersum. Ale z całą pewnością ani one, ani ich twórcy, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa!

Wniosek: Udane, choć nieco za długie i przegadane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Superman Returns" ("Superman: Powrót")

"Superman Returns" ("Superman: Powrót")

O czym to jest: Superman powraca na Ziemię po kilku latach i musi stawić czoła nowym wyzwaniom i starym zagrożeniom. 

superman powrót routh spacey

Recenzja filmu:

Po snyderowskiej wersji "Justice League" miałem niedosyt komiksowych ekranizacji uniwersum komiksów DC, postanowiłem więc w końcu nadrobić jedynego "Supermana", którego jeszcze nie widziałem - pierwszą w XXI wieku próbę (nieskuteczną) przywrócenia Człowieka ze Stali na srebrny ekran. "Superman Returns" z 2006 roku był tzw. miękkim rebootem, czyli produkcją z jednej strony stanowiącej kontynuację serii "Superman" z Christopherem Reevem, a z drugiej próbą ustanowienia czegoś nowego i rozpoczęcia nowego cyklu filmów. To, jak wiemy, nie nastąpiło - a ja chyba wiem dlaczego.

"Superman Returns" ma tylko jeden, ale za to śmiertelny grzech, który przekreśla wszystkie jego zalety - jest NUDNY! Ciągnie się niemiłosiernie i bez końca, nie mając ani tempa, ani talentu do skupienia uwagi widza. Pojedyncze wyjęte z kontekstu sceny są naprawdę dobre i zapisują się w pamięci (jak chociażby ratowanie spadającego samolotu czy finałowa rozróba na trującej wyspie Lexa Luthora), ale to za mało! W kinie superbohaterskim musi się coś dziać, a jeśli się nie dzieje, to muszą to nadrabiać aktorzy. Jednak w tej produkcji błyszczy jedynie Kevin Spacey jako Lex Luthor (choć nie przebił Gene'a Hackmana), a cała reszta - wliczając to Brandona Routha jako Supermana - jest zaledwie poprawna. Negatywne uczucia mam jedynie do Kate Bosworth jako Lois Lane, która była tak bezbarwna, że ilekroć próbuję ją sobie przypomnieć w tej roli, podstawia mi się buźka Amy Adams (pytanie czy to dobrze, czy źle?). 

"Superman Returns" powstało w nieodpowiednim momencie i w nieodpowiedniej formie, by dać nowe życie przygodom kryptońskiego obrońcy Ziemi. Można się kłócić czy sukces w tej roli odniósł Henry Cavill kilka lat później, ale jedno jest pewne: jego dało się o wiele wyraźniej zapamiętać. Podziękujmy więc "Superman Returns" za kilka fajnych scen i to tyle - może wrócę kiedyś do tych klipów, ale wyłącznie na YouTube.

Wniosek: Ogólnie nudne, ale miewa rewelacyjne momenty.


"The New Mutants" ("Nowi Mutanci")

"The New Mutants" ("Nowi Mutanci")

O czym to jest: Grupa nastolatków zostaje zamknięta w szpitalu, gdzie muszą się mierzyć z własnymi supermocami.

nowi mutanci film recenzja x-men ana taylor joy

Recenzja filmu:

Mówi się, że dobry film obroni się sam, niezależnie od tego ile czasu upłynęło od jego nakręcenia. Być może... ale nie w tym przypadku. Cechą cykli popkulturowych jest to, że aby miały sens muszą wychodzić w pewnym kontekście. Niestety w tym wypadku "The New Mutants" - z opóźnioną o kilka lat premierą - zdecydowanie przegapiło swój moment. Gwoździami do trumny okazała się oczywiście pandemia Covid-19 (która wymusiła ograniczoną premierę w kinach) oraz wcześniejsze skasowanie foxowego uniwersum "X-Menów" na rzecz kwitnącego "Marvel Cinematic Universe". Dlatego też "The New Mutants", choć samo w sobie jest filmem poprawnym, jest jednocześnie całkowicie niepotrzebnym i bezcelowym dziełem.

To tylko - i aż - horror o nastolatkach. Grupa dzieciaków, niepotrafiących kontrolować swoich supermocy i stwarzających zagrożenie dla otoczenia, zostaje zamknięta w ośrodku, w którym dzieją się dziwne rzeczy. Trochę przypominało mi to klimat "Sucker Punch" (tyle że bez wpływów mangi i anime), ale na poważnie. Role wydawały się jasno rozpisane: to niewinne dzieciaki były dobre (jak to w uniwersum "X-Menów"), a lekarze (w tym wypadku lekarka) źli. Ale wiecie co? Patrząc na to co ta młodzież wyrabiała, to faktycznie nie licząc Aryi Stark zmienionej w wilkołaka, cała reszta faktycznie była walnięta i diabelnie niebezpieczna! Wniosek: faktycznie może lepiej było ich tam trzymać... Niestety ta konkluzja rozsypała mi nieco cały obraz sytuacyjny, bo jak tu kibicować w ucieczce tym, którzy powinni siedzieć zamknięci i faktycznie chodzić na poważną terapię?

Niemniej przyznaję, horror wyszedł z tego całkiem przyzwoity. Podobały mi się bardzo supermoce, postacie, gra aktorska, efekty specjalne, scenografia... Nawet było miejsce na naturalny i niewymuszony wątek LGBT (przypominam: komentarze na temat aktualne sytuacji społeczno-politycznej na świecie to specjalność filmów o "X-Menach"). Niestety kontynuacji wątków i historii postaci już się nie doczekamy, choć film wyraźnie kręcony był jako wstęp do dalszych przygód. A zatem: do obejrzenia i natychmiastowego zapomnienia, co patrząc na reakcję światowej publiki nastąpiło jeszcze przed premierą.

Wniosek: Poprawnie nakręcony horror o superbohaterach, choć stworzony chyba bez większego celu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")

"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")

O czym to jest: Batman i przyjaciele ratują świat przed kosmitami.

Recenzja filmu:

W czerwcu 2017 zastanawiałem się na blogu "Co dalej z uniwersum DC?" Teraz już chyba wiem. A może raczej - wiem, że wciąż nic nie wiem. Co gorsza, nie wiedzą też tego producenci. Po rewelacyjnej "Wonder Woman", która stanowiła promień światła wśród nowych ekranizacji komiksów DC, nadciągnęła "Liga Sprawiedliwości", czyli coś w rodzaju marvelowskich "Avengersów". Tylko z jakim efektem? Odpowiedź nie jest taka prosta! Tak się bowiem składa, że "Liga Sprawiedliwości" istnieje aktualnie w dwóch wersjach - dwugodzinnej kinowej (autorstwa Jossa Whedona) oraz czterogodzinnej (!) reżyserskiej, autorstwa Zacka Snydera. I te dwie wersje filmu, mimo że w dużej mierze składają się z tych samych lub podobnych scen, są tak kompletnie różne, że wymagają dwóch osobnych recenzji. A zatem - do dzieła!

liga sprawiedliwości film recenzja joss whedon

Wersja kinowa - Joss Whedon

Na początku krótkie przypomnienie, które wyjaśni wiele kwestii: oryginalnie reżyserem "Ligi" był Zack Snyder - człowiek który popełnił "Batman v Superman", czyli film pełen płytkiego patosu, kiepskich efektów specjalnych i żenujących zwrotów akcji ("Marthaaaaaa!"). Pod koniec zdjęć Snyder wycofał się z produkcji na skutek rodzinnej tragedii. Stery filmu przejął Joss Whedon, ulubieniec fanów SF i twórca wspomnianych "Avengersów" oraz "Czasu Ultrona". Whedon wywrócił wszystko do góry nogami i nakręcił pół filmu od nowa, wycinając przy okazji część zatrudnionych aktorów oraz twórców (m.in. kompozytora ścieżki dźwiękowej). W konsekwencji otrzymaliśmy hybrydę, która w połowie przypomina typowo snyderowskie "mroczne" kino chwały, a z drugiej typowo whedonowską kumplowską przygodówkę. Skutkiem tego jest daleko idąca niekonsekwencja, bo "Liga" próbując zadowolić miłośników obydwu koncepcji rozczarowuje tak jednych, jak i drugich.

Myślę, że gdyby Joss Whedon kręcił film od początku, przygody Batmana i jego towarzyszy broni wyglądałyby zupełnie inaczej - bardziej lekko, przygodowo i atrakcyjniej dla odbiorcy. Ponadto wciąż uważam, że kręcenie zbiorczego filmu przed solowymi przygodami bohaterów (a więc na odwrót, niż zrobił to Marvel) nie przyniosło dobrego efektu. Skutkiem tego jest przymusowa i skrócona historia takich postaci jak Flash, Cyborg i Aquaman, która zajmuje niemalże pół filmu, pogłębiając wrażenie chaosu w scenariuszu. Ale nie to jest najgorsze. "Liga" w wielu miejscach jest po prostu nudna! Oglądanie rozdartych emocjami bohaterów sprawdza się tylko do pewnego momentu. A ponieważ widzowie mają za sobą już kilka filmów z tego uniwersum, wszyscy mają serdecznie dość gadania i liczą na trochę akcji! Tej oczywiście w "Lidze" nie brakuje, szkoda tylko że ponownie jest ubogacona kiepskimi efektami specjalnymi, które z całą pewnością za parę lat będą wyglądać jak dzisiaj smok w "Wiedźminie", a więc żenująco. 

A skoro już przy żenujących elementach mowa. Jeśli rozdawano by Złotą Malinę za dialogi, to "Liga Sprawiedliwości" byłaby murowanym zwycięzcą. Batffleck mamrotał uniesione teksty o nadciągającej ciemności, Superman zastanawiał się jak pachnie, Flash rzucał suche teksty o tym jak to jest głodny, Aquaman wygłaszał quasi-gangsterskie odzywki, Cyborg stał na drugim tle z naburmuszoną miną, a Wonder Woman... cóż, ona niewiele mówiła, ale to nie szkodzi, bo w przypadku Gal Gadot wystarczy, by po prostu była na ekranie. Serio, "Liga" powinna być podręcznikowym przykładem w szkole scenarzystów jak NIE pisać dialogów. Tak daleko im do bystrości "Ant-Mana", głębi "Logana" czy obrazoburczego humoru "Deadpoola"! Jest to smutne tym bardziej, że wiemy po Whedonie, iż potrafi z siebie wykrzesać prawdziwą iskrę bożą w tym zakresie (patrz "Firefly"). Tym razem po prostu nie podołał.

No to sobie pokrytykowałem! Teraz czas na trochę pochwał, bo na szczęście "Liga" nie jest tak tragiczna, jak mogłoby się zdawać. Wprawdzie Batffleck w gumowym wdzianku jest tak samo marny jak poprzednio, a Superman tak samo sztywny (hehe), to reszta drużyny nadrabia to z nawiązką. Wonder Woman jak zwykle wygląda jak bogini ekranu, Aquaman jest uroczo morsko-barbarzyński (i wywija trójzębem aż miło!), Flash od pierwszej sceny wzbudza sympatię, a Cyborg pokazuje wielki potencjał drzemiący w tej postaci. Znakomita była też sekwencja antycznego starcia z kosmitami, w której wszystkie plemiona ludzi, nadludzi i bogów zjednoczyły się przeciwko najeźdźcom w epickiej walce o przetrwanie (wyglądało to jak bitwa ludzi i elfów z Sauronem w "Drużynie Pierścienia"). Potęga! Uniwersum DC samo w sobie dalej ma ogromny potencjał na mnóstwo fajnych historii, trzeba je tylko umiejętnie wykorzystać. I jest mi strasznie przykro, że dostarczane obecnie filmy nie spełniają oczekiwanych norm jakości - zwłaszcza, że nie wyobrażam sobie, by np. Wonder Woman mógł zagrać ktoś inny, niż Gal Gadot. Dlatego gdy nieuchronnie pewnego dnia ogłoszą reboot całej serii, będę się jednocześnie cieszył, jak i rozpaczał.

"Liga Sprawiedliwości" jest lepsza niż myślałem, ale gorsza niż powinna być. Twórcy uniwersum zrobili najpierw dwa kroki do przodu, a teraz jeden krok w tył. Mimo wszystko cała seria porusza się w dobrą stronę. Pytanie tylko, czy tak wolną wędrówkę wytrzymają portfele producentów i cierpliwość widzów?

Wniosek: Znośne, ale po takim filmie oczekuje się więcej.



Wersja reżyserska - Zack Snyder

liga sprawiedliwości HBO Max zack snyder cut
Dawno temu ukułem sobie prywatny hasztag #IBelieveInZackSnyder - obejrzawszy bowiem wszystkie ówczesne filmy tego twórcy wychodziłem z założenia, że to co wypuści na ekran nie ma prawa być złe. Niestety Snyder zawiódł mnie okrutnie przez "Batman v Superman" (choć sporo naprawiła poszerzona wersja reżyserska), w której podczas oglądania kilkukrotnie przepalił mi się żenadometr. Niestety "Liga Sprawiedliwości", ta która wyszła w kinie i którą podobno próbował "naprawić" Joss Whedon, nie okazała się specjalną rewelacją. Dlatego też sceptycznie się odniosłem do czterogodzinnej wersji "Ligi", którą w 2021 opublikował Zack Snyder w swoim autorskim montażu. Och jakże się myliłem! I uwielbiam się mylić w taki sposób!

To było naprawdę, ale to naprawdę dobre kino (jak na standardy superbohaterskiego naparzania się pikselami po ryjach, oczywiście). Zack Snyder miał rację mówiąc, że to producenci i ówczesna sytuacja (tragiczna śmierć córki) nie pozwoliły mu dokończyć filmu w takiej formie jaką planował i przedstawić kompletnej wizji, zapoczątkowanej jeszcze w "Man of Steel". Teraz, nieograniczony czasem ekranowym i presją kinowego terminu premiery, mógł wypuścić dzieło dopracowane, przemyślane i atrakcyjne dla widza. Brawo! Takie podejście rozumiem, szanuję i gorąco zachęcam, by było stosowane jak najczęściej (kto wie, może faktycznie zmierzch kin i świt ery serwisów streamingowych zapewni twórcom taką swobodę: film wyjdzie dopiero wtedy, kiedy będzie skończony, ani dnia wcześniej).

Żeby nie być gołosłownym: Joss Whedon wypuścił film poprawny, ale bezpłciowy, zmieniony w dość przaśną popcornową rozrywkę dla mentalnych nastolatków. Zaprezentowane tam postacie były ledwo cieniem tego, co dla nich planował Zack Snyder. Jedyne czego mi szkoda w porównaniu obydwu wersji to kilku niezłych żartów autorstwa Whedona, ale jestem w stanie ponieść tą ofiarę w zamian za usunięcie najbardziej żenującego tekstu o Supermanie, który zastanawiał się jak pachnie (dziękuję panie Snyder!). Fabuła wersji Snydera ma naprawdę ręce i nogi, i choć nie odpowiada na wszystkie pytania typu pełnej genezy "Knightmare'u" (czyli sekwencji snu Batmana - tu odpowiedź miał przynieść aktualnie skasowany sequel "Ligi"), to przynajmniej cała reszta jest logicznie poprowadzona od A do Z - tu ze wskazaniem na wątek Steppenwolfa i Mother Boxów. A ponadto Flash i Cyborg, czyli dwójka superbohaterów która nie doczekała się jeszcze solowego filmu, miała tu okazję w pełni rozwinąć swoje skrzydła. Cyborg okazał się wręcz kluczowy dla scenariusza, a ponieważ Whedon pokazał w kinie może 20% jego wątku (i to nie najlepsze 20%), to teraz rozumiem dlaczego aktor grający Cyborga jest z nim na stopie wojennej. Z kolei Flash zamiast zlęknionego dzieciaka jak u Whedona, u Snydera okazał się być koniem pociągowym akcji, a nie jedynie źródłem komicznych wstawek (jego sekwencja przekraczania prędkości światła wręcz zamiata widza po ziemi!). Ponadto samo wskrzeszenie Supermana ma nareszcie konkretny powód, inny niż to że "nikt inny nie potrafi zjednoczyć superbohaterów", co musicie przyznać zawsze brzmiało dziwnie. No i na samym końcu wspomnijmy Wonder Woman, która zamiast whedonowskiej niepewnej siebie panny powraca do roli antycznej maszyny do siekania potworów, którą niewątpliwie jest. O to chodziło!

Oczywiście film Zacka Snydera nie jest pozbawiony wad. Pewne sekwencje są za długie, przyśpieszenie kamery w niektórych scenach akcji irytuje, CGI leje się wiadrami z ekranu, a i nie wszystkie pytania widzów (póki co) zostały zaspokojone. Ale mimo to widz kończy seans z poczuciem satysfakcji i chęcią dalszej przygody w tym uniwersum. A to chyba pierwszy raz od bardzo długiego czasu, kiedy film DC przyniósł mi takie uczucie. Dziękuję za te udane cztery godziny i przyłączam się do akcji - #ReleaseJusticeLeague2! 

Wniosek: Prawdziwe odkupienie dla uniwersum DC! Świetna rozrywka!


"Wonder Woman 1984"

"Wonder Woman 1984"

O czym to jest: Najsłynniejsza superbohaterka świata musi zmierzyć się z modą lat 80., kobietą-gepardem i biznesmenem, który spełnia życzenia.

wonder woman 2020 pedro pascal

Recenzja filmu:

Zanim rozprawię się na blogu z przemontowaną "Ligą Sprawiedliwości" spod znaku Zacka Snydera, muszę szybko nadrobić zeszłoroczny nabytek do uniwersum "DCEU", a mianowicie sequel bardzo wysoko ocenianej i rewelacyjnej "Wonder Woman". Czekaliśmy na ten film długo - pandemia pokrzyżowała plany hucznej kinowej premiery, a superprodukcja ostatecznie wylądowała jako smakowity kąsek na HBO Max. I właśnie z powodu tak dużego opóźnienia nie mam dla tego dzieła żadnej taryfy ulgowej - mając tyle miesięcy ekstra, twórcy naprawdę mogli się wysilić, by stworzyć lepszy film!

Teoretycznie "Wonder Woman 1984" była skazana na sukces. Miała Gal Gadot w głównej roli, realia modnych ostatnio lat 80., tą samą reżyser co ostatnio i Pedro Pascala w roli głównego zbira (tu przypominam, że uwielbiałem go jeszcze zanim to stało się modne!). Naprawdę myślałem, że erę miernych sequeli kręconych dla samej idei sequela mamy już za sobą... Nie wiem teraz, czy za sukcesem pierwszej "Wonder Woman" stał efekt świeżości, czy może wykorzystanie mało ogranych w kinie czasów I Wojny Światowej, ale wyszło to o wiele, wiele lepiej. Jeśli miałbym opisać sequel dwoma słowami, napisałbym: rewia mody. Z ilości zbliżeń kamery na buty na obcasach można by zrobić solidną drinking game, a spora część dialogów i wątków dotyczyła wyłącznie ubrań. Nie wiem co siedząca na stołku reżysera Patty Jenkins chciała przekazać wszystkim widzom: że fascynacja ciuchami to jeden z elementów kobiecości? Może i tak, ale żeby robić z tego film superbohaterski to czy aby już nie przesada?

Co najgorsze, nawet wrogowie Wonder Woman byli tu jacyś tacy "poza fazą". Zacznijmy od Kobiety-Geparda, czyli kolejnego przykładu, że sympatyczny fajtłapowaty nerd płci dowolnej przy pierwszej nadarzającej się okazji zmieni się w seryjnego psychopatę (czuję się urażony!). Przede wszystkim nie zrozumiałem ewolucji uczuć Gepardzicy z wielkiej miłości do wielkiej nienawiści w stosunku do wojowniczej Amazonki... Kobiety tak mają? A finałowa walka niestety przypominała efektami poziom kinowych "Kotów", a to nie jest pozytywne skojarzenie. Plus na końcu mała porada jak pokonać kota: wrzucić go do wody...

A skoro przy łotrach jesteśmy, to przejdźmy do Pedro Pascala. Powiedzmy sobie wprost: gdyby nie jego światowej klasy aktorstwo (te buzujące emocje wypisane na twarzy, majstersztyk!), to w tym filmie naprawdę nie byłoby na czym oka zawiesić. Pedro ratował każdą scenę i był jedynym pozytywnym aspektem produkcji. Niemniej trochę poza schematem było to, że tak naprawdę chciał dobrze dla wszystkich (wliczając w to samego siebie). Przewrotna to była motywacja, ale szczerze? To już lepszym antagonistą był Leonardo Di Caprio w "Wilku z Wall Street" - on przynajmniej nie ukrywał że kieruje nim wyłącznie chciwość i pożądanie. 

Ilość dziur fabularnych jest taka, że zmieściłaby się przez nie średniej wielkości grecka wyspa. Na większość mogę przymknąć oko, ale nie na to że na wystawie w muzeum stoi w pełni zatankowany wojskowy myśliwiec, którym pilot z okresu I Wojny Światowej umie latać po minucie rzucenia okiem na przyrządy... To oczywiście tylko jeden z przykładów, innym jest natychmiastowa zmiana kostiumu Wonder Woman z metalowego kusego wdzianka na pełnopłytowy pancerz ze skrzydłami (trochę jak Batman w "Batman v Superman" przemieniający się w ciągu jednej sceny z Panzer-Batmana w Gumo-Batmana). Oj widzę tu srogi minus dla montażysty i reżysera, takich uproszczeń się po prostu nie robi.

Co najgorsze, "Wonder Woman 1984" to po prostu nudny film! Akcja rusza z miejsca literalnie po godzinie, a że całość trwa dwie i pół to wyobraźcie sobie, jaka to katorga wysiedzieć przed ekranem w jednym podejściu. Dałbym minimalną ocenę, ale podwyższam ze względu na Pedro Pascala. Jeśli tak mają wyglądać kolejne przygody Wonder Woman to ja dziękuję, postoję. Spróbujmy teraz z Aquamanem albo Flashem, ok?

Wniosek: Gdyby nie Pedro Pascal (i inni aktorzy) to byłoby naprawdę kiepsko.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


"The Boys"

"The Boys"

O czym to jest: Grupa śmiałków postanawia rzucić wyzwanie superbohaterom, którzy pod pozorem ratowania świata wprowadzają własne, faszystowskie porządki.

the boys serial amazon komiks karl urban jack quaid homelander butcher

Recenzja serialu:

Kino superbohaterskie "na poważnie" to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowych! W tym zakresie niedoścignionym wzorem są dla mnie "Watchmeni" Zacka Snydera, a także trylogia "Niezniszczalnego" Shyamalana. Ale gdy tylko obejrzałem trailer "The Boys" wiedziałem, że trafiłem na kolejny samorodek. Podobnie jak wspomniani "Watchmeni" jest on oparty na pierwowzorze komiksowym utrzymanym w klimacie naturalistycznej groteski, której nie powstydziłby się Quentin Tarantino. Jest moc!

Nie chcielibyście żyć w świecie, w którym superbohaterowie chodzą po ulicach. Bo pamiętajcie, że hipotetyczni superbohaterowie to nadal ludzie ze wszystkimi wadami, na jakich ludzi stać. Problem w tym, że ich moce czynią ich w zasadzie nietykalnymi. Jaka policja aresztuje człowieka, który jednym ciosem zmiażdży radiowóz? Który jest kuloodporny, lata, czyta w myślach, jest niewidzialny, superszybki, włada piorunami... (niepotrzebne skreślić). A nawet jeśli uda się go pojmać, jakie więzienie utrzyma go w ryzach? Tym co oddziela cywilizację od anarchii jest prawo i zasady społeczne - a co jeśli pojawi się ktoś, kto wcale nie musi ich respektować? Taki właśnie świat prezentują "The Boys", świat superbohaterów (superzłoczyńców?) ukrytych za fasadą bezlitosnych rządów korporacji i starego dobrego kapitalizmu. Wyzwanie im rzuci grupa straceńców, którzy niczym nordyccy berserkerzy w pogardzie dla własnego życia wytoczą wojnę bogom, bez względu na konsekwencje.

Serial nie oszczędza krwawych szczegółów. Morderstwa, gwałty, zbrodnie przeciwko ludzkości, handel ludźmi, bronią i narkotykami - nic nie brzydzi superbohaterów dowodzonych przez niepokonanego Homelandera, który wygląda i zachowuje się jak Superman wychowany w nazistowskich Niemczech. Wspomagają go odpowiedniki innych słynnych postaci z kart komiksów - Wonder Woman, Flasha, Aquamana... Podobieństwo charakterów jest jak najbardziej zamierzone i wcale nieprzypadkowe (co daje pole do fantastycznego pastiszu całego gatunku, z ciągłymi żartami z Aquamana na czele). To po prostu uniwersum DC Comics odbite w krzywym zwierciadle. I jeszcze jak pokazane! Efektom specjalnym niczego nie brakuje i mogą się równać z najdroższymi hollywoodzkimi blockbusterami. Scenariusz serialu zaskakuje zwrotami akcji, bystrymi (i naprawdę inteligentnymi!) dialogami, a także bezkompromisową rozprawą z kwestiami religijnego fanatyzmu, celebryctwa, korporacyjnej chciwości i zwykłego sadyzmu. Rzadko trafia się na produkcje, które mówią tak dużo i tak mocno jednocześnie!

Chylę czoła przed całą obsadą - przede wszystkim kultowym i jak zwykle niezawodnym Karlem Urbanem (uwielbiam go od lat!), nowym odkryciem showbiznesu Jackiem Quaidem (synem Dennisa Quaida i Meg Ryan!) a także nieznanym mi wcześniej Antonym Starrem, który choć miejscami wygląda jak dubler Chrisa Pine'a to w swej roli Homelandera jest absolutnie nie do podrobienia. Rewelacja! Nie wiem kiedy w końcu nadejdzie kres mody na kino superbohaterskie, ale jestem pewien że serial "The Boys" będzie wspominany jeszcze na długo po jego zakończeniu. Brawa i oklaski!

Wniosek: Rewelacyjne, odświeżające i ostre jak brzytwa widowisko, po którym na superbohaterów nikt nie spojrzy już tak samo!


"Project Power" ("Power")

"Project Power" ("Power")

O czym to jest: Gangi sprzedają na ulicach pigułkę, która na kilka minut da użytkownikowi supermoce... albo go zabije.

power film netflix recenzja jamie foxx joseph gordon levitt

Recenzja filmu:

Takie to czasy nastały, że gdy kina na całym świecie od pół roku stoją zamknięte (lub nawet jeśli są otwarte, to grają same powtórki) jedynym źródłem nowej filmowej rozrywki są serwisy VOD, a wśród nich niekwestionowany lider Netflix. I oto prosto ze stajni giganta nadeszło nowe, zadziwiająco świeże kino superbohaterskie. Za jego powstanie możemy podziękować przede wszystkim "Czarnej Panterze", która pokazała że da się zrobić kino superbohaterskie w czarnym klimacie. Tym jednak razem, zamiast etnicznego afrykańskiego smaku, "Project Power" poszedł w na wskroś amerykańską stylistykę gangsta.

Atmosfera filmu bardzo (ale to bardzo!) przypominała mi "Triple 9", a tym że zamiast ciemnych zaułków Atlanty wylądowaliśmy w Nowym Orleanie, wciąż pełnym blizn po huraganie Katrina. W tym oto mieście tajemniczy gang sprzedaje magiczną pigułkę, która po zażyciu daje użytkownikowi niemożliwą do przewidzenia supermoc - albo go zabija. Taka rosyjska ruletka dla uzależnionych od adrenaliny lub zdesperowanych. Na trop złowieszczych bandziorów, którzy poprzez rozprowadzanie piguły chcą osiągnąć swoje niecne cele, wyruszą tajemniczy mściciel (Jamie Foxx) oraz jedyny sprawiedliwy policjant w Nowym Orleanie (Joseph Gordon-Levitt), wspierani przez nastoletnią dilerkę (znakomita rola Dominique Fishback, której kariera nabiera rozpędu). Co ciekawe obydwaj panowie zaliczyli tym samym spektakularny powrót do kina superbohaterskiego - przypomnijmy że Foxx był Elektro w "The Amazing Spider-Man 2", a Gordon-Levitt Robinem w "The Dark Knight Rises". Przy okazji warto też zauważyć że wątek "losowej supermocy" też nie jest czymś całkowicie oryginalnym, bo widzieliśmy go wcześniej chociażby w świetnym i przedwcześnie zakończonym serialu "4400", że o całych "X-Menach" nie wspomnę.

Mimo tych nawiązań "Project Power" ogląda się naprawdę dobrze! Gra aktorska daje radę, podobnie jak efekty specjalne i sceny walki (strzelanina w klubie z perspektywy postronnej ofiary to coś dość oryginalnego). Jest tempo, akcja, logiczna fabuła, fajne postacie i świetne realia slumsów wielkiej metropolii. Oczywiście mamy też sporo ogranych klisz, łzawych wstawek i prostych rozwiązań skomplikowanych problemów - ale wszystkim krytykom przypomnę, że to kino superbohaterskie, a nie dramat obyczajowy! Śmieszą mnie argumenty, że "Project Power" za mało porusza wątki społeczne i psychologiczne. Ktokolwiek tak uważa, chyba zapomniał jakiego rodzaju film ogląda...

Dwie godziny to w sam raz by polubić bohaterów i towarzyszyć im w dynamicznej przygodzie. Czy będzie z tego sequel? Nie można tego wykluczyć, choć myślę że to by było na tyle. Ale jeśli pigułka mocy jeszcze kiedyś powróci, z ciekawością sprawdzę jakież to nowe supermoce przyniesie.

P.S. Przy okazji - filmy bawią i uczą jednocześnie. Tym razem mogłem się nauczyć czegoś bardzo ciekawego o... krewetkach!

Wniosek: Całkiem wciągające i dobrze nakręcone kino superbohaterskie.


"Agent Carter" ("Agentka Carter")

"Agent Carter" ("Agentka Carter")

O czym to jest: Agentka walczy ze złoczyńcami i seksistowskimi uprzedzeniami kolegów z pracy.

agentka carter serial recenzja marvel shield

Recenzja serialu:

"Agentka Carter" to produkcja specyficzna. Osadzenie w konkretnej konwencji, sprawia, iż widz ma dwa wyjścia: albo polubi ją od razu albo nie wytrzyma ani minuty przed ekranem. Osobiście kocham stylistykę retro, nawet jeśli mamy do czynienia ze stylizacją, a nie odwzorowaniem 1:1. Pewnie właśnie dlatego tak lubię klimat pierwszego "Kapitana Ameryki". W dobie tworzenia skomplikowanych antybohaterów dręczonych demonami przeszłości, miło czasem sięgnąć po coś prostszego. "Agentka Carter", dość banalna przygodówka z bohaterami, których łatwo polubić, to kandydat idealny. 

Młoda Peggy Carter, chociaż zdolna i bardzo zaangażowana w swoją pracę dla Naukowych Rezerw Strategicznych (N.R.S.) musi walczyć nie tylko ze złoczyńcami, ale i seksistowskim traktowaniem ze strony kolegów. I wbrew niektórym krytykom nie jest to jakiś wydumany, feministyczny manifest. Kobiety w czasach w jakich jest osadzona historia naprawdę miały pod górkę i musiały na każdym kroku udowadniać, że nadają się do tzw. "męskiej roboty". Poza problemami na polu zawodowym nasza bohaterka przeżywa również rozterki sercowe związane ze stratą ukochanego Steve'a Rogersa czyli Kapitana Ameryki. Na drugim planie kuśtyka Daniel Sousa, kolega Carter z biura, a także miliarder Howard Stark wraz ze swym lokajem, przeuroczym Edwinem Jarvisem. 

Przepis na ten serial jest prosty: tajemnica do rozwiązania, mniej lub bardziej nieoczekiwane zwroty akcji, przygoda i sympatyczni bohaterowie. W centrum tego wszystkiego stoi błyskotliwa Agentka Carter, która nie boi się ubrudzić rąk gdy trzeba walczyć w słusznej sprawie i zawsze robi to w nienagannym stylu i z klasą. Serial skończył się na dwóch sezonach i moim zdaniem to dobrze, gdyż na dłuższą metę konwencja zaczyna być męcząca i irytująca. Stanowi za to znakomitą odskocznię dla widza zmęczonego historiami o bohaterach "na poważnie", których wśród produkcji Marvela nie brakuje.

Wniosek: Przyjemny serial przygodowy osadzony w konwencji retro.


<<< Sprawdź kolejność oglądania seriali Marvela! >>>


"Spider-Man: Far From Home" ("Spider-Man: Daleko od Domu")

"Spider-Man: Far From Home" ("Spider-Man: Daleko od Domu")

O czym to jest: Spider-Man ratuje świat.

spiderman daleko od domu film tom holland

Recenzja filmu:

Zdałem sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach Jest Kultowo przykrył kurz – żadnych nowych recenzji! Zaległości zrobiło mi się całkiem sporo. Więc czas zacząć nadrabiać! Zacznijmy od ostatniego „Spider-Mana”, który od czasu premiery zdążył już wylecieć z „Marvel Cinematic Universe”, a potem triumfalnie powrócić. I całe szczęście, bo wyrzucenie poza nawias Petera Parkera w wykonaniu Toma Hollanda byłoby dla Marvela ogromną stratą. 

Po pierwsze Spider-Man jest chyba drugim – po Batmanie – najpopularniejszym superbohaterem na świecie. Taka pozycja zobowiązuje. Dodatkowo Tom Holland idealnie pasuje do tej roli, oczywiście nic nie ujmując dokonaniom Andrew Garfielda w „The Amazing Spider-Man”. Holland ma w sobie doskonałą mieszankę werwy, iskry, talentu i młodości, która czyni go chyba najsympatyczniejszym bohaterem komiksowego uniwersum Marvela. To, plus atrakcyjna fabuła z niebanalnym zwrotem akcji, powoduje że „Far From Home” to chyba najlepsza kinowa przygoda Spider-Mana jaką do tej pory widziałem. A że dzieje się w europejskich realiach – w to mi graj! Praga, Berlin, Wenecja, Londyn – cóż za miła odmiana po ogranym do bólu Nowym Jorku czy San Francisco! 

„Far From Home” prawdopodobnie nie ma wielu słabych punktów. Oczywiście nie jest to arcydzieło na miarę całego worka Oscarów, tylko po prostu perfekcyjnie nakręcone kino rozrywkowe. Od pierwszej do ostatniej chwili nie traci tempa ani animuszu, a finalny zwrot akcji powinien zadowolić nawet największych malkontentów. Mimo że głównymi bohaterami są nastolatki, ani przez moment nie czułem że oglądam kino dla młodzieży. Wiek aktorów dodawał odpowiedniej dozy humoru, może i bazującego na prostych komediach sytuacyjnych, ale nie mniej przez to zabawnego. Ciekawym wydawał się być motyw wielkiego cienia Iron Mana, który pozostał na świecie po „Endgame”. To w jaki sposób Peter Parker musi dorosnąć do roli, jaką dał mu świat, jest bardzo intrygujące i wiarygodnie pokazane. Aż żal że w Marvelu nie pokazali nigdy tego, jak stawiał pierwsze kroki jako Spider-Man – chętnie bym to zobaczył, choćby w jakimś flashbacku. 

Muszę jeszcze wspomnieć o Mysterio – w tej roli przezabawny Jake Gyllenhaal. Nie mogę się nadziwić talentowi scenarzystów Marvela do przedstawiania najbardziej kuriozalnych postaci z kart komiksów w taki sposób, że ma to znamiona wiarygodności. No bo pomyślmy, jak realistycznie pokazać wirtuoza-czarodzieja, chadzającego w nastroszonej pelerynie i wielkiej szklanej kuli na głowie? A zapewniam, da się! I to jeszcze w kontekście, który zadaje słuszne pytania o nowoczesne technologie i idące z nimi zagrożenia. Brawo! 

I na samym końcu wyrazy uznania kieruję za sceny po napisach, chyba najlepsze jakie widziałem do tej pory w tym uniwersum. Cóż za cliffhanger! Chcę więcej!

Wniosek: Zdecydowanie to najlepszy "Spider-Man", jakiego nakręcono!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Dark Phoenix" ("X-Men: Mroczna Phoenix")

"Dark Phoenix" ("X-Men: Mroczna Phoenix")

O czym to jest: X-Meni walczą z kosmitami.

x-men mroczna phoenix feniks film turner mcavoy fassbender chastain

Recenzja filmu:

Drodzy widzowie, to już koniec. Po jedenastu filmach i jednym serialu pożegnaliśmy się z uniwersum „X-Menów” spod znaku Foxa. Oczywiście całkiem możliwe, że pojawią się jeszcze jakieś dodatkowe produkcje (na półce wciąż leży „New Mutants”, mówi się też o „Deadpoolu 3”), ale jeśli chodzi o główną linię fabularną spod znaku Profesora X i spółki – to tyle. Ale nie martwcie się, bo za parę lat nasze ukochane postacie powrócą w nowym wydaniu, prawdopodobnie w ramach niekończącej się serii „Marvel Cinematic Universe”. To jednak pieśń przyszłości.

Powyższe wydarzenia sprawiły, że przed „Dark Phoenix” stało poważne zadanie godnego pożegnania przygód mutantów. Obawiam się jednak, że było z góry skazane na porażkę. Po pierwsze takie pożegnanie (i to w jakim stylu!) zapewnił już „Logan”, który jest jednym z najlepszych – jeśli nie najlepszym – filmem superbohaterskim w historii kina. A po drugie „Dark Phoenix” opowiedział tą samą historię co „The Last Stand”, tyle że w innej wersji. To spowodowało, że już na starcie „Dark Phoenix” było porównywane ze swoją poprzedniczką. A to nigdy nie wychodzi na dobre. 

Swoją drogą rzadko zdarza się, by ten sam człowiek miał okazję dwa razy pokazać to samo na ekranie. To trochę tak jakby Peter Jackson nakręcił remake „Władcy Pierścieni”, albo Tarantino nową wersję „Pulp Fiction”. W tym wypadku Simon Kindberg, scenarzysta „The Last Stand”, dostał w ramach dyrektorskiego debiutu szansę na stworzenie „Dark Phoenix” (do którego też napisał scenariusz). Kindberg wielokrotnie podkreślał jak niezadowolony jest z ostatecznego kształtu „The Last Stand” i że wg niego historia Jean Grey i jej mrocznej osobowości zasługuje na o wiele lepszą odsłonę. Obawiam się jednak, że „Dark Phoenix” podobało mi się nieco mniej niż „The Last Stand”. Wprawdzie uwielbiam „młodą” ekipę X-Menów, ale to oryginalna wersja prezentowała potężny rozmach godny supermocy mutantów (lot mostem Golden Gate!). Tutaj mieliśmy do czynienia raczej z kameralną historią, która po wydarzeniach z "Apocalypse" prezentowała się nieco blado.

No właśnie, jak tam fabuła? Z „The Last Stand” ma tyle wspólnego, że główną protagonistką jest Jean Grey, w której Profesor X „zakopał” mroczną osobowość zdolną zniszczyć cały świat. Gdy złe alter ego Jean wychodzi na wierzch, X-Meni muszą się zjednoczyć, by ją powstrzymać. Ciekawostką jest debiut w tym uniwersum wątku kosmitów reprezentowanych przez diabolicznie blondwłosą Jessicę Chastain. Mam co do tego mieszane uczucia. Siłą uniwersum „X-Menów” była potęga alegorii. Dyskryminacja, nietolerancja czy poczucie wyobcowania mutantów stanowiły zawsze doskonałe odniesienie do problemów współczesności, takich jak np. prześladowania społeczności LGBT. Dzięki temu, choć forma wskazywała na kino rozrywkowe, przygody X-Menów przekazywały coś więcej niż tylko popkulturową sieczkę. Dorzucenie do tego grajdołka kosmitów trochę zaburzyło proporcje. Historia z powodzeniem mogłaby zostać na Ziemi i być tak samo atrakcyjna. 

Mocną stroną „Dark Phoenix” są za to efekty wizualne – prawdopodobnie najlepsze w całej serii! Jeszcze chyba nigdy supermoce nie wyglądały tak kolorowo i atrakcyjnie. Finalna rozróba w pociągu to naprawdę niezłe osiągnięcie choreografii (choć wydaje się nieco zbyt płaska jak na koniec filmu; podczas seansu szczerze myślałem, że to wstęp do czegoś więcej). Ukłony kieruję w stronę postaci Nightcrawlera, który w końcu się zdenerwował, i to z jakim efektem! Szkoda tylko, że Kindberg postanowił zmarginalizować potencjał postaci Quicksilvera – zwłaszcza że akurat jego nie zobaczymy już w nowym wydaniu (przypomnijmy, że jego marvelowa kopia pojawiła się już w „Age of Ultron”). Naprawdę szkoda, bo to jedna z fajniejszych postaci! Ale jak to mówią – nie można mieć wszystkiego. 

„Dark Phoenix” to naprawdę fajny film, na dodatek ubogacony rewelacyjną ścieżką dźwiękową samego Hansa Zimmera. Czy warto oglądać? Tak. Ale polecam oglądać w chronologicznej kolejności wydarzeń, a nie wg kolejności produkcji – wtedy na sam koniec obejrzycie „Logana” i będziecie mieli poczucie prawdziwego katharsis.

Wniosek: Całkiem przyjemne, choć można było pokusić się o więcej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")

"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")

O czym to jest: Herosi Ziemi stają do ostatniej walki, by ocalić wszechświat.

avengers koniec gry marvel film downey hemsworth evans

Recenzja filmu:

Dopiero się zorientowałem, że ostatni wpis na Jest Kultowo popełniłem ponad miesiąc temu! Na szczęście to, że nie mam czasu pisać o filmach i serialach, nie oznaczam że ich nie oglądam – choć i z tym coraz ciężej. Od czasu do czasu daję też radę wyskoczyć do kina, choćby z okazji zakończenia pierwszego sezonu najdroższego serialu świata – „Marvel Cinematic Universe”. 

Określenia „serial” użyłem oczywiście z przekąsem, bo jak wiadomo filmy MCU to gigantyczne superprodukcje z budżetami rzędu setek milionów dolarów i zyskami w formie miliardów. W przypadku „Endgame” na dzień pisania tej recenzji brakuje zaledwie 100 milionów dolarów, by przebić „Avatara” na pozycji najbardziej kasowego filmu wszechczasów (co jak podejrzewam nastąpi lada dzień). Tu warto też wspomnieć, że spośród 10 najlepiej zarabiających hitów Hollywood, aż 5 pozycji to filmy z MCU. Robi wrażenie, prawda? I słusznie! Pomyślcie sami: dwadzieścia dwa filmy i końca nie widać! Twórcom i aktorom udało się nakręcić trwającą ponad dziesięć lat, wyjątkową sagę, która pokazała kino superbohaterskie jak nikt wcześniej. Teraz już nikt nie będzie się naśmiewał z komiksów jako „gorszej” formy prezentowania opowieści – nie w obliczu takiej popularności i takich dochodów. Reżyserzy „Endgame” (zasłużeni dla tego uniwersum bracia Russo) również wiedzieli, że tworzą coś wyjątkowego. Dlatego ten film nie tylko jest wartością samą w sobie, ale stanowi wspaniałe podsumowanie wszystkich poprzednich części, wliczając w to powrót do niektórych scen, wydarzeń czy dawno nie widzianych postaci! Więcej nie chcę zdradzać, bo zapewne nie wszyscy jeszcze oglądali, ale podpowiem że znajomość wszystkich poprzednich filmów jest mocno wskazana. 

Powyższe nawiązania, choć bardzo cenne z punktu widzenia zaangażowanego widza, są również największą wadą „Endgame” (o ile nie jedyną, bo naprawdę nie ma ich wiele). Nie wyobrażam sobie widza, który swoją przygodę z uniwersum zaczyna właśnie od tej produkcji i potrafi połapać się, o co w tym wszystkim chodzi. Najlepszy przykład to Kapitan Marvel, która zjawia się w tym filmie znienacka i wchodzi do domku Avengersów jak do siebie (i nikt nie zadaje żadnych pytań). Z drugiej strony – czy to możliwe, by wśród widzów znalazł się ktoś, kto nie widział żadnej z poprzednich 21 części? „Endgame” jest w końcu bezpośrednią kontynuacją „Infinity War”, trochę tak jak „Matrix Revolutions” w porównaniu do „Matrix Reloaded” (choć akurat w MCU zaliczyliśmy mały przerywnik w formie drugiego „Ant-Mana”). Daje to oczywiście poczucie spójności, ale też i wrażenie odgrzewanego kotleta. Ale zakładam, że na świeże pomysły i nowe rozdanie przyjdzie jeszcze czas – jak pamiętamy Marvelowi udało się nas wielokrotnie zaskoczyć w przeszłości. A zatem trzymam kciuki i czekam na więcej! 

Teraz parę słów o samym filmie. „Endgame” zdecydowanie daje poczucie spełnienia i katharsis. Wszystkie wątki zostały zamknięte, postacie godnie pożegnane (lub wręcz przeciwnie, przywitane w nowej formie i roli), a wszystko to w otoczce wysokiej jakości efektów specjalnych, niezłego aktorstwa i dobrego scenariusza. Palmę pierwszeństwa oddaję oczywiście oryginalnemu składowi Avengersów, ze wskazaniem na Roberta Downey Jr. jako Iron Mana oraz Chrisa Hemswortha jako Thora (ten sympatyczny Australijczyk od dawna imponuje mi dystansem do swojej postaci i wykonywanego zawodu aktora – brawo!). Choć i Chris Evans jako Kapitan Ameryka miał swoje momenty wielkiej chwały, zwłaszcza w finalnej bitwie. A no właśnie, bitwa! Starcia z taką ilością herosów widzieliśmy do tej pory tylko kilka razy w kinie (np. w „Bitwie Pięciu Armii”). Na ich tle druga bitwa o Nowy Jork wygląda naprawdę imponująco. Twórcom udało się nie pogubić w gąszczu bohaterów, z których każdy zyskuje – choćby drobny, ale zawsze – indywidualny moment chwały. Ja osobiście największą frajdę miałem z żeńskiego teamu superbohaterek, które ruszyły by ratować świat. Dziewuchy górą! 

W fabule nie zabrakło wzruszeń i lirycznych momentów, które może i przekazują proste prawdy o sile miłości, przyjaźni i honoru – ale z drugiej strony czy to takie złe? To że prawda nie jest skomplikowana, nie oznacza że jest mniej trafna! I co z tego, że w „Endgame” zdarzają się liczne błędy logiczne, szczęśliwe zbiegi okoliczności i schematyczne rozwiązania. Przy takim opakowaniu, i z taką nadbudową jak pisałem w powyższych akapitach, widz jest w stanie wybaczyć wszystko. Z tego miejsca dziękuję wytwórni Disney’a za wspaniałą, kolorową, perfekcyjnie rozrywkową Sagę o Kamieniach Nieskończoności. Liczę teraz jeszcze na jakieś piękne zbiorcze wydanie na Blu-ray i lecimy dalej!

Wniosek: Najlepsze zakończenie fantastycznej superbohaterskiej przygody.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger