Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans na ekranie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans na ekranie. Pokaż wszystkie posty
"Practical Magic" ("Totalna Magia")

"Practical Magic" ("Totalna Magia")

O czym to jest: Opowieść o siostrzanych relacjach dwóch czarownic i magii miłości. 

totalna magia film recenzja sandra bullock nicole kidman

Recenzja filmu:

Są takie filmy, które nie mają w sobie nic odkrywczego, nie poruszają fundamentalnych kwestii filozoficznych, nie komentują spraw politycznych czy społecznych. Stanowią za to przyjemną odskocznię od szarej rzeczywistości i poprawiają samopoczucie wnosząc nieco magii do naszego szarego życia. Taka właśnie jest "Totalna Magia". Trochę komedia romantyczna, trochę opowieść obyczajowa z elementami fantastyki. Niby banalna, ale bardzo przyjemna w odbiorze.

Po raz pierwszy obejrzałam "Totalną Magię" mając lat kilkanaście, będąc w fazie fascynacji tematyką czarownic i okultyzmu. I chociaż za komediami romantycznymi nie przepadam, to ten tytuł urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Film jest ekranizacją książki autorstwa Alice Hoffman pod tym samym tytułem (której wciąż nie przeczytałam, chociaż czeka na półce) i opowiada o dwóch siostrach, Sally i Gillian, pochodzących ze starego rodu czarownic. Gdy dziewczynki zostają sierotami trafiają pod opiekę ekscentrycznych ciotek. Próbują wprawdzie wieść normalne życie, ale nie jest to łatwe gdyż cała okolica obawia się kobiet z rodu Owensów, które nie dość, że mają (ponoć) magiczne moce to dodatkowo są obłożone klątwą, przez którą wybrankowie ich serca kończą żywot w przykrych okolicznościach. Na ekranie śledzimy relacje już dorosłych sióstr (w rolach głównych Sandra Bullock i Nicole Kidman) oraz ich perypetii miłosnych. Akcja zdecydowanie się ożywia gdy pada pierwszy trup, ale to dopiero początek opowieści. 

Jeśli miałabym określić ten film jednym słowem użyłabym wyrazu: "magiczny". Przypomina nam, że każda kobieta jest trochę wiedźmą, a magiczne artefakty to często rzeczy codziennego użytku i dopiero nasza intencja sprawia, że stają się czymś niezwykłym, a prawdziwa miłość (nie tylko romantyczna, ale i siostrzana) może czynić rzeczy niezwykłe. Dla mnie każdy ponowny seans to rzeczywiście totalna magia, bo sprawia iż świat wokół wydaje się nieco bardziej urokliwy!

"Pamiętaj, że czosnek, sól i rozmaryn od zarania dziejów odpędzają zło. 

Hoduj róże i lawendę, na szczęście.

Zakochuj się, kiedy tylko możesz..."

Wniosek: Magiczne kino o pozytywnych wibracjach, pełne uroku i humoru. 


"Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga" ("Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga")

"Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga" ("Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga")

O czym to jest: Islandzki duet nieudaczników startuje w Konkursie Eurowizji.

eurowizja historia zespołu fire saga film netflix ferrell mcadams brosnan

Recenzja filmu:

Nie dane mi było z powodu pandemii obejrzeć tegorocznego Konkursu Eurowizji (niestety został odwołany - choć zastępczy show był całkiem fajny), co - tu oczywiście żartuję - uważam za jedną z większych tragedii spowodowanych przez koronawirusa! Jeśli jesteście zdziwieni to wyjaśnię, że jestem ogromnym fanem Eurowizji od lat. Co roku dzień Konkursu oznacza u mnie w domu jedno: wielką imprezę i dużo alkoholu, bo tak wybornego zbiorowiska żenady, paździerzu i absurdu nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie! A wszystko to podlane politycznym sosem (głosowanie!), co dla mnie jako politologa z wykształcenia jest fantastyczną frajdą. I cieszę się, że nie tylko ja to dostrzegłem, bowiem w końcu otrzymaliśmy to, na co nie wiedzieliśmy że czekamy, a czego absolutnie potrzebowaliśmy: oficjalny film o Eurowizji!

Mówię oficjalny, bowiem władze Konkursu dały filmowi swoje błogosławieństwo, udostępniając miejsca, materiały i całe know-how niezbędne do oddania prawdziwego ducha filmu. Co większych sztywniaków może dziwić, dlaczego Eurowizja zgodziła się by nakręcić absurdalną komedię o niej samej. To proste - żeby prowadzić taki show przez kilkadziesiąt lat utrzymując go świeżym i przy życiu trzeba mieć dystans do samego siebie! Jeśli nie wierzycie, to koniecznie obejrzyjcie "Love Love Peace Peace", fragment Konkursu z 2016 roku, w którym Eurowizja w najlepszy możliwy sposób pojechała sama po sobie. Uwielbiam pasjami!

Will Ferrell, główna gwiazda "The Story of Fire Saga", dzięki swojej szwedzkiej żonie stał się fanem Eurowizji prawie dwie dekady temu i od tej pory chciał nakręcić film o tym wydarzeniu. I w końcu dopiął swego! Warto było tyle czekać, bo z tym filmem jest jak z samą Eurowizją - dopóki nie obejrzysz, wydaje ci się że to jakaś tragedia, ale po obejrzeniu jesteś autentycznie zachwycony (o ile umiesz się bawić konwencją). Szkoda tylko że Ferrell postanowił również zagrać w tej produkcji - dwie dekady temu może miało to sens, ale teraz jako aktor po pięćdziesiątce był do tej roli po prostu za stary. Na szczęście zatrudnienie Rachel McAdams jako drugiej głównej bohaterki było strzałem w dziesiątkę! Nie znałem wcześniej jej komediowego talentu i jestem autentycznie zauroczony. Jednak wszyscy zgodnie przyznają, że prawdziwą gwiazdą "The Story of Fire Saga" jest niepowtarzalny Dan Stevens jako rosyjski wokalista Lemtov (i tak, Stevens naprawdę śpiewa takim głosem - wątpiących zapraszam do filmu "Piękna i Bestia"). Jego makiaweliczny Lemtov razem z grecką wokalistką stanowią świetny duet zblazowanych diabłów, wodzących na pokuszenie anielską parę islandzkich marzycieli. Chwyt stary jak świat, ale za to jakże uroczy! Dodam jeszcze że w rolach wspierających pojawili się Pierce Brosnan (który jak wino im starszy, tym lepszy) oraz Graham Norton - prywatnie ogromny fan Eurowizji - grający samego siebie! 

Jeśli wiecie co to jest Eurowizja i co tam się dzieje, ten film jest jak spełnienie marzeń. Celne i trafne gagi, smaczki i nawiązania - jest tego tyle, że aż nie wiem co wybrać! Koło dla chomików, kostiumy z szarfami, Lordi, heheszki z Islandii, Rosji, Wielkiej Brytanii czy San Marino, wątki LGBT... Ale prawdziwą wisienką na torcie jest "Song-Along" w scenie imprezy, gdzie pojawią się autentyczni zwycięzcy i uczestnicy Eurowizji z poprzednich lat! Ta scena z automatu stała się kultowa, a ja oficjalnie żądam, by "Song-Along" na stałe weszło do corocznego repertuaru Eurowizji! 

Jeśli zaś nie wiecie co to Eurowizja, to ten film jest doskonałą okazją by spróbować wyjaśnić fenomen tego wydarzenia. Bo Konkurs Eurowizji to nie jest po prostu kolejny festiwal muzyczny. Cytując bardzo trafną wypowiedź: "It's not a contest, it's a celebration". Tylko błagam, pamiętajcie o najważniejszym: pod żadnym pozorem nie traktujcie tego na serio! 

Wniosek: Urocza komedia muzyczno-romantyczna, w której scenariusz pisał się sam!


"Little Women" ("Małe Kobietki")

"Little Women" ("Małe Kobietki")

O czym to jest: Ponadczasowa opowieść o siostrzanych więziach, dorastaniu i dokonywaniu wyborów w zgodzie ze sobą.

małe kobietki film 2019 recenzja watson ronan dern chalamet

Recenzja filmu:

Bardzo lubię kino kostiumowe, nie oznacza to jednak, że kocham wszystkie produkcje tego typu bezkrytycznie. Jest cała masa filmów, które do mnie nie przemówiły jak "Zakochana Jane", "Zakochany Szekspir" czy "Nędznicy". Specjalne miejsce w moim sercu zajmują również ekranizacje książek i muszę się do czegoś przyznać (chociaż wiem, że wielu osobom się tym narażę): otóż czasem wolę ekranizację od literackiego pierwowzoru. W tym miejscu zaznaczę, iż "Małych Kobietek" (jeszcze) nie czytałam, ale ich treść jest na tyle znana, że w niczym to nie przeszkadza.

Mamy naprawdę sporo filmów kostiumowych w naszej domowej kolekcji. Wiele z nich trzymamy nie tyle dla fabuły, co dla przedstawionych realiów, kostiumów, scenografii czy aktorstwa. Może dlatego nie miałam ochoty oglądać "Małych Kobietek" na dużym ekranie? Podświadomie chyba założyłam, że to kolejny film, w którym warstwa estetyczna wprawdzie pociągnie przewidywalną fabułę na tyle bym nie zasnęła w kinie, ale niczym więcej nie zaskoczy. Pozytywne recenzje przekonały mnie jednak aby sprawdzić o co tyle hałasu.

I tu przyznaję - moje uprzedzenia okazały się niesłuszne. Oczywiście wizualnie film wypada super, ale dodatkowo znajdziemy w tej produkcji lekkość przekazu. Mimo zachowania wielu elementów z pierwotnego charakteru i przesłania, historia jest opowiedziana w sposób na tyle współczesny, że widz nie odczuwa anachronizmu. Za to z zaciekawieniem śledzi losy bohaterek.

Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana. Zaczyna się w trakcie Wojny Secesyjnej. Cztery siostry, pod nieobecność ojca, pomagają matce w jej działalności dobroczynnej, chociaż same nie opływają w luksusy. W wolnym czasie snują plany na przyszłość i realizują swoje pasje, a towarzyszem ich zabaw jest chłopak z sąsiedztwa, dziedzic sporego, rodzinnego majątku. Wydarzenia w filmie zaprezentowane są w sposób nielinearny, dlatego sceny z dzieciństwa przeplatają się z okresem dorosłości tworząc spójną opowieść o dojrzewaniu, ponoszeniu odpowiedzialności i realizacji marzeń. Mamy tu do czynienia z udaną i nienachalną prezentacją problemów, które towarzyszą również współczesnym kobietom, dla których obawy związane z próbą łączenia wielu ról społecznych i własnych ambicji nie są wcale obce. Odbiór społeczny dokonywanych wyborów to wciąż istotny czynnik w ich życiu codziennym. Bardzo cenne jest przesłanie zawarte w opowieści, podkreślające, iż porzucenie dawnych ideałów nie musi być porażką, a jest jedynie efektem przebudowy systemu wartości i nie ma w tym nic złego.

Bohaterki, które widzimy na ekranie są autentyczne i szczere, a przez to wiarygodne. I tu wielkie brawa dla twórców, gdyż materiał źródłowy niemal błaga by pójść na łatwiznę i wcisnąć postacie w znane i sprawdzone klisze. Dzięki sprawnemu nakreśleniu poszczególnych osobowości, łatwo nam spojrzeć na świat oczami bohaterów i zrozumieć ich rozterki, nawet jeśli nie zawsze zgadzamy się z przekonaniami jakie reprezentują. Jedyna rzecz, która wydaje się nieco niweczyć efekt to zakończenie. Po bardzo sprawnym uwspółcześnieniu wielu motywów i kwestii, udanej prezentacji bohaterek oraz ich przemiany, ostateczne rozwiązanie akcji wydaje się być z innej epoki i nie jest w moim odczuciu należytym zwieńczeniem tej produkcji. A szkoda. Czy jest to film rewolucyjny? Nie. Ale jest bardzo współczesny w wymowie i jestem przekonana, że nawet osadzony w naszych realiach obroniłby się jako niezłe kino obyczajowe.

Wniosek: Nowoczesne i całkiem przyjemne spojrzenie na klasykę literatury. 


"A Star Is Born" ("Narodziny Gwiazdy")

"A Star Is Born" ("Narodziny Gwiazdy")

O czym to jest: Zwykła dziewczyna poznaje rockmana i zaczyna karierę muzyczną.

narodziny gwiazdy film recenzja lady gaga bradley cooper

Recenzja filmu:

Niektóre historie się nie starzeją. W przypadku filmów częściej zdarza się to w sytuacjach, gdy są oparte na pierwotnym materiale źródłowym – książce, micie czy legendzie (dość wspomnieć niezliczone ekranizacje przygód Robin Hooda czy Tarzana). Jednak znacznie rzadziej mamy do czynienia z sytuacją, gdy dawno temu nakręcono oryginalny film, a potem go powtórzono. I to aż cztery razy! 

Pierwsze „A Star is Born” pojawiło się w kinach w 1937 roku. Kolejne wersje zawitały na ekrany w latach 1954 (tą powszechnie uważa się za najlepszą), 1976, no i w końcu 2018. Niesamowitym jest, że każde kolejne pokolenie uznaje tą historię za nadal atrakcyjną i tak samo wzrusza się i płacze razem z głównymi bohaterami. Podejrzewam, że chodzi o nośność tej opowieści, która nieco przypomina bajkę o Kopciuszku. Oto zwykła dziewczyna, marząca o karierze w wielkim świecie, spotyka na swojej drodze przystojnego muzyka z problemami. On wyprowadza ją na szerokie wody, gdzie może rozwinąć skrzydła i zachwycić świat swoim talentem. Dochodzi do tego, że w pewnym momencie to ona staje się prawdziwą gwiazdą, a on pogrąża w odmętach własnych demonów i słabości. Mamy zatem do czynienia z klasycznym filmem romantycznym w konwencji baśni, tyle tylko że Książę z Bajki w tym wypadku nie stroni od butelki i radosnych tabletek.

Najnowsze "A Star Is Born" ma kilka ogromnych zalet. Pierwszą z nich jest aktorstwo. Po raz pierwszy mogliśmy podziwiać światowej sławy piosenkarkę Lady Gagę w pełnokrwistym filmie pełnometrażowym. I co się okazało - dziewczyna nie dość że jest naprawdę dobrą aktorką, to jeszcze wygląda bardzo fajnie bez tony makijażu oraz dziwnych stylizacji, z jakich słynie na koncertach (tu ważna uwaga: przez "fajnie" rozumiem "zwyczajnie", bo Lady Gaga - a właściwie Stefani Germanotta - wygląda jak zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, jakich setki widujecie na ulicy). Na wzmiankę zasłużył Bradley Cooper, jak zawsze solidny, choć nie przesadzałbym też z zachwytem nad jego kreacją (spocona brodata facjata i błękitne oczy smutnego psa niestety mnie nie kręcą). A na sam koniec należy wspomnieć o fantastycznej roli Sama Elliotta, którego nigdy nie dość na ekranie (w moim odczuciu ten aktor urodził się już stary i z wąsem, czego dowodem niech będzie fakt, że nie zmienia się od co najmniej trzydziestu lat!). 

Drugim niezwykle ważnym elementem filmu jest muzyka, bo to o nią przecież głównie chodzi. Może i "A Star Is Born" to nie musical (choć oryginalna produkcja nim była), ale ma tak samo dużo numerów wokalnych, zaczynając od wartego Oscara utworu "Shallow", który - to przyznaję - wchodzi do głowy i nie chce jej opuścić. Miłośnicy dobrego grania znajdą tu całe spektrum fajnych kawałków, od country, po rockowe solówki na gitarze, przez hity pop a'la Lady Gaga, aż po łzawe ballady o miłości i francuski utwór rodem z przedwojennego kabaretu! I tu zaręczam, że zarówno Lady Gaga jak i Bradley Cooper pod tym względem na pewno was nie rozczarują.

Moje jedyne, choć spore zastrzeżenie do "A Star Is Born", to schematyczność fabuły. I to naprawdę poważna, bo po obejrzeniu pierwszej pół godziny było już jasne o co w tym chodzi, i jak się to wszystko zakończy. Tylko muzyka powodowała, że człowiek miał ochotę siedzieć dodatkowe półtorej godziny przed ekranem. Gdyby nie to, byłoby bardzo słabo! "A Star Is Born" nie zaskoczyło mnie w żaden sposób, oferując widzowi dokładnie to, czego się spodziewa - wzruszającą, prostą opowieść o miłości w cieniu wielkiego talentu. Można obejrzeć, zwłaszcza jeśli lubicie takie kino.

Wniosek: Zaśpiewane ładnie, ale zdecydowanie za długie!


"A Good Year" ("Dobry Rok")

"A Good Year" ("Dobry Rok")

O czym to jest: Chciwy makler otrzymuje w spadku winnicę w Prowansji.

dobry rok film recenzja russell crowe ridley scott

Recenzja filmu:

Czasem nawet taki popcornowy pożeracz popkultury jak ja ma ochotę się wyluzować. Wtedy dobrze włączyć przyjemny film romantyczny, taki z pozytywnym przesłaniem, szczyptą dobrego humoru i wspaniałym klimatem miejsca, które koniecznie chciałoby się zobaczyć przed śmiercią. Powyższą definicję w pełni wyczerpuje "A Good Year", prosty i uroczy film nakręcony przez (i tu zaskoczenie) Ridleya Scotta! 

Ridley Scott i australijski gwiazdor Russell Crowe, którzy popełnili razem epickiego "Gladiatora", po paru latach ponownie połączyli siły w tej sympatycznej historii o cynicznym bankierze Maxie, który znienacka dostaje w spadku winnicę w Prowansji. Gdy odwiedza miejsce, w którym spędził najlepsze lata swojego dzieciństwa, sprawa zaczyna się komplikować. Czy Max sprzeda wszystko na pniu, wyzbywając się resztek człowieczeństwa? A może porzuci karierę, sławę i pieniądze, by wieść leniwy żywot francuskiego winiarza? Jak to się skończy sami się przekonacie, ja dodam tylko że na szczęście nie tak schematycznie, jak można by się obawiać. Ale i tak łezka w oku się kręci!

"A Good Year" całkowicie odpowiada temu, co nazywam dobrym filmem. Nakręcony jest sprawnie, wiarygodnie (wręcz czuć śródziemnomorski upał południa Francji), dialogom nie brakuje bystrego humoru, a i aktorzy są pierwsza klasa (prócz Crowe'a pojawia się też przeurocza Marion Cotillard, młodziutka Abbie Cornish, a także dopiero co zmarły legendarny aktor Albert Finney). Brzmi wystarczająco dobrze? No pewnie, że tak!

Dlatego też bez dalszych wstępów zachęcam, byście zasiedli wieczorem przed ekranem z przyjazną Wam duszą u boku i dali się ponieść romantycznej przygodzie. A potem zaklepali termin na urlop w Prowansji!

Wniosek: Bardzo przyjemne, nastrojowe kino romantyczne. Chce się do niego wracać!


"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")

"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")

O czym to jest: Grupa rozbitków odkrywa antyczny statek kosmiczny po drugiej stronie wszechświata.

gwiezdne wrota wszechświat serial

Recenzja serialu:

Ze wszystkich rzeczy, jakie mogą mnie wkurzyć w filmach i serialach, najbardziej nie znoszę marnowania potencjału. Pół biedy, jeśli jest to pierwsze podejście do tematu i komuś po prostu nie wyjdzie. Ale mieć gotowy przepis, który udał się już dwa razy i zawalić po całości - do tego trzeba prawdziwego zdolniachy! Niestety ten smutny los spotkał "Stargate Universe", drugi spin-off kultowego serialu "Stargate SG-1". Pod względem efektów i jakości wykonania - majstersztyk na światowym poziomie. Pod względem fabuły - absurdalna w swej skali tragedia... 

Ale zacznijmy od początku. Tym razem bohaterowie przez przypadek wylądowali na statku kosmicznym po drugiej stronie wszechświata, odpalonym miliony lat wcześniej przez antycznych kosmitów celem odkrycia śladów inteligencji z okresu Wielkiego Wybuchu. Ponieważ amerykańscy wojacy (wraz z bandą fajtłapowatych naukowców) trafili tu niejako przez przypadek, nie mieli ze sobą odpowiedniego sprzętu ani wyposażenia, a na dodatek ich nowy dom okazał się zardzewiałą balią, której dawno temu minął okres przydatności do użytku. W ten sposób zyskaliśmy wątek surwiwalowy - jak przetrwać w realiach kurczących się zarobów, na statku który nie działa i którego nikt nie potrafi obsługiwać. Brzmi dobrze, prawda? 

Rozumiem zamysł. Twórcom ewidentnie znudziła się prosta przygodówka w stylu wspomnianego "Stargate SG-1" i "Stargate Atlantis". Dlatego też, zafascynowani poważnym tonem i głębią emitowanego ówcześnie rewelacyjnego "Battlestar Galactica", postanowili stworzyć coś podobnego w mrocznym, apokaliptycznym klimacie. Niestety w ten sposób pozbawili się największych atutów uniwersum "Stargate" - optymizmu, humoru, sympatycznych postaci i karuzeli szalonych pomysłów fabularnych, które - choć totalnie nierealistyczne - świetnie się sprzedawały na ekranie. W efekcie z "Universe" powstał gniot będący chimerą serialu o nastolatkach i quasi-dramatu obyczajowego, tyle że w kosmosie. Co jednak najgorsze, do minimum ograniczono obecność gwiezdnych wrót jako takich, kładąc główny nacisk na wątek statku kosmicznego, na którym utknęli bohaterowie. I gdyby tylko o tym traktował ten serial, mógłbym to przeżyć. Ale niestety za pomocą durnego triku fabularnego załoga statku mogła "przenosić umysły" na Ziemię, gdzie (tkwiąc w ciele innych ludzi) włóczyli się bez celu i sensu, przeżywając różnego rodzaju kryzysy emocjonalne. Tak, dobrze myślicie: rozstania, zdrady małżeńskie, łzy, przytulanie, używki i dylematy godne klasycznej mydlanej opery. Bez komentarza! 

Twórcy serialu szybko zrozumieli swój błąd, bo już po pierwszym sezonie z werwą zabrano się do naprawy formy. Zrezygnowano z żenujących piosenek na koniec każdego odcinka. Zaprzestano melodramatycznych wycieczek na Ziemię. Wprowadzono więcej akcji, więcej kosmitów i więcej porządnej nawalanki. Płaczliwy pułkownik Young zyskał nową pewność siebie i sporą dozę energii godną dowódcy statku. Gładziutki porucznik Scott przestał się obnosić z dziecięcą naiwnością niedoszłego księdza. Zminimalizowano postać Chloe, nastoletniej córki senatora (i najbardziej zbędnej postaci w historii tego uniwersum). Główny antagonista - doktor Rush - zamienił wyniosłą arogancję na bardziej ludzkie oblicze. Z kolei mocne punkty serialu - rewelacyjny Eli (pokładowy nerd i jedyna w 100% sympatyczna postać serialu) oraz uroczo niegrzeczny sierżant Greer pozostali tacy jak wcześniej. Dzięki temu drugi sezon był naprawdę w porządku. Niestety było już za późno, by naprawić szkody - oglądalność zdążyła polecieć na łeb na szyję, co w konsekwencji doprowadziło do skasowania serialu i całego uniwersum jako takiego. I tego nie wybaczę, bo założenia "Universe" pozwoliłyby na jeszcze wiele sezonów fantastycznych przygód. Szkoda, że tak to się wszystko potoczyło. 

Szkoda ze względu na niektóre fajne postacie, na scenografię (koncept statku Destiny jest przegenialny), na efekty specjalne, no i na wybitną oryginalną ścieżkę dźwiękową (która, z powodu przedwczesnej śmierci kompozytora, niestety nigdy nie wyszła na płycie CD). To naprawdę dało się zrobić o wiele lepiej.

Wniosek: Niewiarygodnie zmarnowany potencjał na świetny serial.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

O czym to jest: Niema sprzątaczka zakochuje się w wodnym stworze więzionym przez naukowców.

kształt wody film recenzja oscary 2018 plakat

Recenzja filmu:

Guillermo del Toro jest przereklamowany. To oczywiście moja prywatna opinia, bo jestem w stanie uwierzyć, że wielu widzów daje się uwieść kolorowym, fantastycznym światom jakie tworzy na ekranie. Niestety ja prócz pięknych obrazków potrzebuję czegoś więcej. Dlatego nie uwiódł mnie "Crimson Peak" czy "Pacific Rim". I dlatego - mimo ogromnych plusów - daleki jestem od zgodzenia się z Amerykańską Akademią Filmową, że "Kształt Wody" jest najlepszym filmem 2017 roku.

Fabularnie to klasyczna bajka, ze wszystkimi plusami i wadami tego gatunku. Zaletą jest urok pięknej historii o szlachetnej niemej sprzątaczce, która zakochuje się w równie szlachetnym, wodnym stworze. Obydwoje są życiowo umęczeni - ona przez swoją niepełnosprawność, która stawia ją poza nawiasem społeczeństwa, a on przez okrutnych naukowców, którzy w sercu Zimnej Wojny planują pokroić go na stole sekcyjnym, by w kosmicznym wyścigu zyskać przewagę nad Sowietami. Wspólnie odnajdą siebie nawzajem, dając wyraz prawdziwej miłości ponad podziałami. Czy taka fabuła czyni "Kształt Wody" dziełem oryginalnym? Niestety wręcz przeciwnie - i tu dochodzimy do największej wady baśni, czyli przewidywalności. Role w fabule są od początku precyzyjnie rozpisane - wiadomo kto jest dobry, kto jest zły, a kto stoi na rozdrożu tylko po to, by finalnie wznieść się ponad własne słabości i postąpić właściwie. Obawiam się, że takich historii widziałem już dziesiątki. Mało tego, jeśli porównamy "Kształt Wody" do podobnych mu produkcji, to uważam że chociażby niedoceniana "Kobieta w Błękitnej Wodzie" była o wiele bardziej oryginalna i zaskakująca.

Nie pozwólmy jednak, by powyższe minusy przesłoniły ogromny plus, jakim jest warstwa wizualna. "Kształt Wody" to prawdziwa uczta dla oka. Scenografia, będąca miksem stylistyki lat 60. i art déco, obezwładnia bogactwem, kolorami i przywiązaniem do detali. Obsada aktorska wznosi się na wyżyny doskonałości, przy czym palmę pierwszeństwa dzierżą wybitna Sally Hawkins w głównej roli oraz wspaniały Michael Shannon jako czarny charakter (prawdziwy potwór tej opowieści). Shannon ma wprawdzie niezbyt sympatyczną aparycję, ale starczy wspomnieć jego popis w "Midnight Special" by zrozumieć, że granie pozytywnych postaci przychodzi mu tak samo łatwo. I to jest oznaka prawdziwego talentu!

Gdyby "Kształt Wody" dostał nagrody za scenografię, reżyserię (jest mistrzowska), montaż, muzykę, zdjęcia, charakteryzację... Nie miałbym nic przeciwko. Ale Oscar dla najlepszego filmu? Chyba jednak nie tym razem.

Wniosek: Ładna bajka, ale niestety mało oryginalna w treści.


"Table 19"

"Table 19"

O czym to jest: Grupa nieznajomych spotyka się przy weselnym stoliku dla niechcianych.

stolik 19 recenzja film kendrick kudrow

Recenzja filmu:

Tegoroczny sezon weselny możemy już chyba uznać za zakończony. To zatem doskonała okazja, by pochylić się nieco nad problemem ślubnej logistyki, a konkretnie listy oraz rozmieszczenia gości. Osobiście byłem na kilkunastu weselach (wliczając własne) i poza jednym wesołym przypadkiem, gdzie nie było przydzielonych miejsc dla gości - których, dodajmy, było na tym weselu prawie trzysta - zawsze czekała na mnie winietka z moim nazwiskiem. Czasem miejsce w którym mnie posadzono było dość niefortunne, a czasem wręcz przeciwnie - udało się w ten sposób nawiązać znajomości, które trwają do dziś.

W Polsce z naszą tradycją podłużnych ław problem jest i tak mniejszy niż w amerykańskim zwyczaju okrągłych stolików. O tym opowiada film "Table 19". Główna bohaterka filmu zostaje "wygnana" do ostatniego stolika nr 19, przy którym posadzono wszelkiego rodzaju odrzuty, jakie zabłąkały się na liście gości. Często zdarza się, że wśród weselników znajdzie się jakiś kuzyn, wujek, sąsiadka czy kolega z pracy, którego trzeba było zaprosić, ale gdyby odmówił, to nikt by się nie zmartwił. Taki też jest skład tytułowego Stolika nr 19: eks-niania Pana Młodego, kuzyn na przepustce z więzienia, jacyś znajomi rodziców oraz młody syn innej pary znajomych. No i oczywiście Anna Kendrick w roli głównej bohaterki Eloise - pozbawiona tytułu druhny eks-dziewczyna świadka, a jednocześnie brata Pana Młodego. Już po pierwszym kwadransie nasi bohaterowie zorientują się, że przychodząc na tą uroczystość stracili tylko czas, a Państwo Młodzi są im zupełnie obojętni. I co wtedy?

Jak można się domyślać, "Table 19" to w zasadzie komedia romantyczna z lekką nutką dramatu. Nie jest to film bardzo głęboki, na dodatek pełen klisz (posiada chociażby ograną w setkach filmów scenę dramatycznego wyznawania miłości w ostatniej możliwej chwili), ale jest w nim pewien urok. Być może to zasługa Anny Kendrick, a może tego, że twórcy nie próbowali udawać, że ich dzieło jest czymś więcej niż prostym kobiecym kinem. A nawet tak lubujący się w akcji widz jak ja odnalazł w "Table 19" sporo relaksującej frajdy. To kino w sam raz na wieczór we dwoje, z kilkoma cennymi (choć mało oryginalnymi) przemyśleniami na temat życia i związków. Obejrzeć, dobrze się bawić, zapomnieć.

Wniosek: Całkiem relaksująca obyczajówka. Ale bez fajerwerków.


"To Rome with Love" ("Zakochani w Rzymie")

"To Rome with Love" ("Zakochani w Rzymie")

O czym to jest: Cztery historie o zwykłych mieszkańcach Rzymu.

zakochani w rzymie film woody allen

Recenzja filmu:

Zachęcony rewelacyjnym "Midnight in Paris", które zmieniło (chwilowo) moje zdanie odnośnie filmów Woody'ego Allena, sięgnął po jedno z jego najbardziej zachwalanych dzieł, czyli "To Rome with Love". Obsada była imponująca: prócz samego Allena na ekranie zagościły naprawdę wielkie nazwiska amerykańskiego (Eisenberg, Baldwin) i europejskiego (Benigni, Cruz) kina, a także młode gwiazdy jak Ellen Page, która zachwyciła mnie w "Days of Future Past". Niestety doskonała obsada nic nie poradzi w przypadku braku dobrego scenariusza...

Wiem, o co chodziło Allenowi. Nakręcił antologię czterech niezależnych historii, których jedynym wspólnym mianownikiem jest Rzym. Pierwsza to przygody młodego amerykańskiego architekta uwikłanego w miłosny trójkąt, recenzowane przez (prawdopodobnie) jego starsze wcielenie. Druga opowiada o młodym włoskim małżeństwie w podróży poślubnej, wydanemu na pastwę erotycznych pokus w wielkim mieście. Trzecia historia dotyczy przeciętnego, zwykłego Włocha, który nagle staje się telewizyjnym celebrytą. Czwarta - i zdecydowanie najlepsza - w której zresztą gra sam Allen, przedstawia historię podstarzałego dyrektora opery, odkrywającego w teściu swojej córki nieoszlifowany, muzyczny diament. Podobnie jak "Midnight in Paris", ten film również nie stroni od odrobiny magii na ekranie i zjawisk, których nie da się racjonalnie wyjaśnić. Pod tym względem to taka współczesna bajka, tyle że dla mniej wprawionego i wymagającego widza.

Niestety ten film po raz kolejny udowadnia, że Allen kręci kino o bogatych ludziach, skierowane do innych bogatych ludzi lub też aspirujących do takowych. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cały ten blichtr, który widzimy na ekranie, jest niczym innym jak dyskusją próżniaczego towarzystwa nad talerzami kawioru i kieliszkami wytwornego szampana. Nie kupuję tego i walczę z tym, bo "To Rome with Love" - gdy się je obedrze z iskrzącej stylistyki glamour - nie wnosi absolutnie nic nowego i oryginalnego do kinematografii. No może prócz lekcji, by nie wikłać się w miłosne zdrady i trójkąty, ale by dojść do tej konkluzji wcale nie trzeba oglądać tego filmu...

Doceniam zabawę formą i dobrą grę aktorską. Aktorzy spisali się na medal. Nie zabrakło też sporej dawki bystrego humoru (zwłaszcza w scenach ze śpiewaniem pod prysznicem). Ale to wszystko światełka i złudzenia, pod którymi czai się pustka scenariusza. Nie warto.

Wniosek: Proste i płytkie kino ubrane w piórka wytworności.


"The Promise" ("Przyrzeczenie")

"The Promise" ("Przyrzeczenie")

O czym to jest: Historia ludobójstwa Ormian w Turcji w czasie I wojny światowej.

przyrzeczenie film

Recenzja filmu:

Niektóre filmy traktują o tak ważnych sprawach i wydarzeniach, że po prostu trzeba je nakręcić. Poziom widowiska staje się w takiej sytuacji niejako kwestią drugorzędną. Oczywiście im film sam w sobie jest lepszy, tym bardziej służy sprawie, o której opowiada. Niemniej dobrze otrzymać średnią produkcję o ważnej tematyce, niż nie mieć jej w ogóle.

To bardzo smutne, że po 100 latach tematyka ludobójstwa Ormian, dokonanego przez Turków w czasie I wojny światowej, nadal jest kwestią tabu. Rząd Turcji po dziś dzień wsadza do więzień tych, którzy głośno o tym mówią. Zresztą wymordowanie i wypędzenia 1,5 miliona Ormian nie było jedyną tragedią, jaka dotknęła tereny dawnego Imperium Osmańskiego na początku XX wieku - kolejną była wojna domowa z Grekami, o czym opowiada udany film "The Water Diviner" z Russellem Crowe'm. Jestem bardzo wdzięczny twórcom "The Promise", że z rozmachem podjęli się opisania rzezi Ormian, a co najważniejsze zaprezentowali ją zgodnie z faktami historycznymi. Dziesiątki milionów dolarów budżetu przyniosły efekt w postaci widowiska z epickim rozmachem, nakręconego w świetnych plenerach i z gwiazdorską obsadą. Szkoda, że zakulisowe działania tureckiego rządu (z masowym atakiem internetowych trolli włącznie) spowodowały, że film poniósł finansową klęskę. Na szczęście został nakręcony za prywatne pieniądze Kirka Kerkoriana, amerykańskiego milionera o ormiańskich korzeniach, więc żadne studio przez to nie zbankrutuje.

Nie jestem specjalnym fanem romansów, zwłaszcza opowiadających o "miłości w czasie wojny" i tego typu sercowych rozterkach. Dlatego żałuję, że twórcom nie udało się wznieść ponad poziom zwykłego melodramatu. Nie dość że spłyca to fabułę, to jeszcze czyni film całkowicie przewidywalnym. Widziałem na ekranie wystarczająco dużo miłosnych trójkątów, żeby odgadnąć jak to się skończy! Mam też wrażenie, że twórcy chcieli pokazać za dużo w jednym filmie. Tak jak nie da się opisać całego Holocaustu w ciągu dwóch godzin na ekranie, tak samo ciężko to zrobić z ludobójstwem Ormian. W mojej ocenie lepiej dobrze opisać pojedyncze wydarzenie, które swoim przebiegiem zaprowadzi widza od szczegółu do ogółu, a nie na odwrót. Przykładowo "The Promise" mógłby być lepszym filmem, gdyby np. skupił się tylko na legendarnej bitwie o górę Musa Dagh, albo na losie Ormian w Stambule. Liczę na to, że pewnego dnia inny odważny twórca podejmie się dalszego zgłębienia tej tematyki, bo jest jeszcze o czym opowiadać.

Oscar Isaac, jeden z moich ulubionych aktorów, jak do tej pory nigdy mnie nie zawiódł. Tak samo było tym razem, a jego rola to chyba największy atut tego filmu. Jest po prostu świetny! Podobnie solidny jest Christian Bale, a także doceniana przeze mnie od czasów "The Expanse" Shohreh Aghdashloo, starsza już aktorka o niesamowitym głosie. Nawet jeśli nie przepadacie za romansami albo kinem historycznym, to dla tej obsady warto zapoznać się z tym filmem. "The Promise" raczej nie zapisze się w annałach najlepszych produkcji w historii kina, ale na moją półkę trafi na pewno. Pewne historie po prostu należy znać.

Wniosek: Bardzo ważny film, ale niestety zbyt melodramatyczny.


"Midnight in Paris" ("O Północy w Paryżu")

"Midnight in Paris" ("O Północy w Paryżu")

O czym to jest: Amerykański literat przenosi się w czasie do Paryża lat 20.

o północy w paryżu film rezenzja woody allen

Recenzja filmu:

Zawsze miałem jakieś "ale" w stosunku do filmów Woody'ego Allena. Widziałem wprawdzie tylko kilka pozycji z jego bogatej filmografii, ale to na co trafiłem, wydawało mi się pretensjonalne, napuszone i zwyczajnie przereklamowane. Coś w rodzaju serii filmów o salonowych przygodach sytej klasy wyższej, kierowanych głównie do zamożnych odbiorców, albo do tych, którzy do nich aspirują. Aż tu nagle, przypadkiem w telewizji, trafiłem na "Midnight in Paris"

Z rzadka zdarza mi się trafić na jakiś film, który przykuwa mnie do ekranu od pierwszej sekundy i nie pozwala złapać za pilota, by przełączyć na inny kanał. Tak się stało tym razem. Gdy dotarłem do napisów końcowych, poczułem głęboką satysfakcję z mile spędzonego czasu. Kto by pomyślał, że Allen może nakręcić tak sprawny, świetnie zagrany film! "Midnight in Paris" to surrealistyczna historia amerykańskiego pisarza zmagającego się z kryzysem twórczym, który podczas wakacji w Paryżu odkrywa przejście do epoki lat 20. Nocami, zamiast spędzać je w towarzystwie próżnych przyjaciół swojej narzeczonej, będzie imprezował z Ernestem Hemingwayem, Pablo Picassem czy Salvadorem Dalim... Czy zakocha się w tej epoce tak bardzo, że nie będzie chciał wracać? A może to doświadczenie nauczy go, by cenić życie takim jakie jest? Jak to w przypadku filmów Allena bywa, kluczowe dla fabuły są emocje głównego bohatera i jego zakorzenienie w miejskim życiu. Łatwo przy tym popaść w litanię trywialnych prawd i sztampowych rozwiązań, jednak bystry scenariusz i znakomite dialogi windują "Midnight in Paris" na wysoką lokatę wśród dobrych, intelektualnie pobudzających produkcji. 

Owena Wilsona kojarzyłem głównie z głupawych amerykańskich komedyjek i filmów sensacyjnych. Jakże miło było zobaczyć go w poważnej, choć niepozbawionej humoru produkcji! Bardzo doceniam jego rolę w tym filmie, zwłaszcza że wśród wielkich nazwisk można wręcz przebierać (spotkacie tu wiele mordek z waszych ulubionych seriali, a także pierwszoligowe kinowe gwiazdy w małych drugoplanowych rólkach). Nie ma sensu wymieniać ich wszystkich, wspomnę tylko o największej ciekawostce, czyli udziale Carli Bruni, ówczesnej Pierwszej Damy Francji! O dziwo świetna z niej aktorka. Dla takiej obsady naprawdę warto poznać ten film! 

Nie mam żadnych zastrzeżeń do "Midnight in Paris". Serio. To świetna produkcja, do której będę wracał jeszcze wiele razy.

Wniosek: Bardzo zabawny i pogodny film.


"Crouching Tiger, Hidden Dragon" ("Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok")

"Crouching Tiger, Hidden Dragon" ("Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok")

O czym to jest: Chiński mistrz walki chce pomścić śmierć mistrza.

przyczajony tygrys ukryty smok film recenzja kung fu wuxia michelle yeoh ang lee

Recenzja filmu:

Bardzo nie lubię sytuacji, gdy w ogóle nie pamiętam filmu, który niedawno oglądałem. Zawsze się wtedy zastanawiam, czy po prostu za mało się skupiłem, czy może po prostu trafiłem na kiepską produkcję... Ale chyba postawię na to drugie, bo przecież są filmy, które potrafią mi się wyryć w pamięci od pierwszej sekundy. Niestety "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok" do nich nie należy.

Nie dogaduję się za bardzo z kinem chińskim. Jest to dla mnie na tyle daleka kultura, że nie przemawia do mnie sposób narracji stosowany w tamtejszych filmach. Nawet produkcje zachodnie ze sporym pierwiastkiem chińskim sprawiają mi pewien problem! Ale może tym razem wina leży głównie po stronie reżysera. Jak do tej pory wszystkie filmy Anga Lee na jakie trafiłem, okazały się być potwornie nudne (dlatego też wciąż nie obejrzałem "Życia Pi" i "Brokeback Mountain" - boję się rozczarowania). Niemniej w przypadku tej produkcji nie mogę odmówić Chińczykom rozmachu i umiejętności tworzenia wielkich widowisk. Trzeba zaznaczyć, że "Przyczajony Tygrys" na nowo wprowadził do Hollywood filmy klasy wuxia, czyli chińskie kino batalistyczne ze spektakularną, wręcz nadnaturalną choreografią. I choćby tego osiągnięcia nie sposób mu odmówić.

Gorzej z fabułą. Z tego co pamiętam, a oglądałem to zaledwie miesiąc temu, mamy w tym filmie doświadczonego mistrza, który przed przejściem na emeryturę chce dopaść morderczynię swojego nauczyciela. Po drodze spotyka miłość z dawnych lat (również walczącą wszelaką bronią białą), pojawia się też mega potężny miecz o niezwykłych właściwościach, młoda i ambitna wojowniczka, oraz jej ukochany - zawadiacki rozbójnik. W tym dziwnym konglomeracie postaci i zależności, naliczyłem co najmniej dwie historie miłosne, sporo nawalanki i kompletny brak logiki. Za dużo jak na dwie godziny filmu, o wiele za dużo! Oczywiście fajnie było popatrzeć na skakanie po czubkach drzew i fruwanie w powietrzu, ale pod tym względem dużo bardziej zapadł mi w pamięć "Dom Latających Sztyletów", choć rzecz jasna był tak samo ckliwy.

Nie wątpię jednak, że "Przyczajony Tygrys" może się podobać i nie dziwię się, że ma wielkich fanów. Ja jednak tego nie kupuję (to znaczy kupiłem na płycie, ale nie zamierzam więcej oglądać). Wciąż mam nadzieję, że gdzieś czeka na mnie dobry chiński film, który zmieni moje podejście do kina z tamtego rejonu świata.

Wniosek: Wizualnie imponujące, ale zakręcone i niestety nudne.


"Moonlight"

"Moonlight"

O czym to jest: Historia dorastania wrażliwego geja w ubogiej dzielnicy Miami.

moonlight recenzja filmu ali

Recenzja filmu:

"Moonlight" to jeden z tych filmów, o których zapewne nigdy byście nie usłyszeli, gdyby nie to, że dostał Oscara. I żeby tylko jednego! Wśród wianuszka nagród dla tej lirycznej produkcji jest ta najważniejsza: dla najlepszego filmu 2016 roku. Czy zasłużenie? Tu oczywiście można się spierać. Moim faworytem w tej kwestii nadal pozostaje "Manchester by the Sea", ale nie dziwię się, że to właśnie "Moonlight" wygrało wszystko. Jest w tym filmie dokładnie to, co kocha Akademia: ponure realia amerykańskiej prowincji (tutaj w postaci slumsów Miami), złamani życiem Afroamerykanie, nieszczęśliwy romans, problemy rodzinne, a jako wisienka na torcie wątek LGBT. Przy takim doborze składników nie mogło być inaczej!

Na szczęście nikt nie może zaprzeczyć, że "Moonlight" to dobry film. Mało tego - jest na tyle dobry, że gdyby usunąć z niego wątek LGBT (teoretycznie kluczowy dla fabuły), historia byłaby tak samo poruszająca i tak samo zgrabna. Właśnie to jest miarą wybitnej produkcji. W końcu gdy usuwacie cegłę ze ściany katedry, całość nie wali się na głowę, prawda? Co ciekawe, "Moonlight" to kino na wskroś niezależne, pozbawione wielkich nazwisk w obsadzie i rozdętego do absurdu budżetu. Głównym bohaterem jest młody gej Chiron, którego poznajemy jako małego dzieciaka. Nie ma łatwego życia: brak ojca, bieda, uzależniona od narkotyków matka i na dodatek prześladujący go rówieśnicy. Na swojej drodze spotyka dealera o złotym sercu, który zastępuje mu ojca i tworzy namiastkę rodziny. Kolejne etapy historii przenoszą widza najpierw do nastoletniego Chirona (teraz już w pełni świadomego własnej seksualności i otaczającego go okrutnego świata), a następnie do dorosłego mężczyzny, który musi (ponownie) zmierzyć się z rzeczywistością i sobą samym. Widz otrzymuje w ten sposób odpowiednią dawkę solidnego dramatu i dobrego romansu, w którym płeć gra drugorzędne znaczenie.

Gdyby przyznawano zbiorcze Oscary, laureatem powinna zostać trójka aktorów grająca Chirona na przestrzeni lat. Reżyser zadbał, by podczas zdjęć nie mieli ze sobą kontaktu, a mimo to widz ani przez chwilę nie wątpi, że to ta sama postać. Rewelacja! Co ciekawe, Oscarem wyróżniono grającego dilera Mahershalę Aliego (na którego zawsze mówię "Marshmallow Ali"), znanego najbardziej z seriali "House of Cards" i "4400". Lubię tego aktora i podobała mi się jego rola, aczkolwiek uważam, że statuetka Oscara może tu być nieco na wyrost - analogicznie jak w przypadku nagrody dla Barkhada Abdiego za "Captain Phillips". Żałuję, że krytycy nie docenili odpowiednio Naomie Harris za rolę matki Chirona. Cóż za odmienna rola od seksownej Miss Moneypenny z nowych "Bondów"

"Moonlight" to dobra opowieść o prawdziwym świecie wokół nas. Takich historii, jak ta Chirona, są na całym świecie miliony. Jeśli ten film na czegoś nauczyć widza, to przede wszystkim wrażliwości w stosunku do drugiego człowieka. Czyli najważniejszej rzeczy, jaka istnieje.

Wniosek: To zupełnie inny film, niż się spodziewacie. Na plus.


"Groundhog Day" ("Dzień Świstaka")

"Groundhog Day" ("Dzień Świstaka")

O czym to jest: Cyniczny prezenter pogody przeżywa ten sam dzień.

dzień świstaka film recenzja murray

Recenzja filmu:

Są takie filmy, które się nie starzeją. "Dzień Świstaka" jest jednym z nich. Oglądałem go już dziesiątki razy, zaczynając od czasów, w których jeszcze byłem pacholęciem. Ale mimo że dorosłem, a od premiery minęło prawie 25 lat, znam każdą scenę na pamięć i wciąż uwielbiam go tak samo!

Przygody Phila, cynicznego prezentera pogody, spowodowały że mnóstwo ludzi kojarzy dziś święto w miasteczku Punxsutawney w stanie Pensylwania. Sam wielokrotnie widziałem w polskiej telewizji relacje z corocznej rozmowy ze świstakiem, który przewidywał, jak długo jeszcze potrwa zima. Ale to nie o świstaka chodzi w tym filmie, a o proces przemiany zgorzkniałego złośliwca w porządnego, szlachetnego faceta. To w pewien sposób nowa wersja "Opowieści Wigilijnej" Dickensa. Mamy paskudnego sknerę (Phila), dręczonego codziennie przez ten sam dzień, który musi przeżywać raz za razem. Na początku się buntuje. Potem go samolubnie wykorzystuje. A na końcu, nie mając nic do stracenia, zaczyna go przeżywać coraz porządniej, aż do całkowitej przemiany. Czy jeden, nawet doskonały dzień, wystarczy mu, by zdobyć serce ukochanej kobiety?

"Dzień Świstaka" to znakomity film romantyczny, ale nie tylko. To przede wszystkim świetna bajka, dobra do polecenia nawet małym dzieciom. To też jedna z najlepszych ról Billa Murraya i nieco dziś zapomnianej Andie MacDowell. Jeśli tego wam mało to dopowiem, że stworzył go Harold Ramis, człowiek odpowiedzialny za "Pogromców Duchów". To chyba wystarczy za rekomendację, prawda?

Wniosek: Kultowe. Można oglądać w kółko, rzecz jasna!


"La La Land"

"La La Land"

O czym to jest: Historia miłości początkującej aktorki i niespełnionego pianisty jazzowego.

la la land musical film recenzja ryan gosling emma stone

Recenzja filmu:

Naprawdę lubię musicale. Tylko jakoś tak się składa, że akurat nie te, które ubóstwiają wszyscy. Takie na przykład "Chicago". Sześć Oscarów, wielki sukces kasowy, a jak dla mnie tylko jeden numer godny uwagi i tragiczna Renée Zellweger. Albo "Les Misérables". Muzyczna katorga dla uszu, a mimo to film ma setki psychofanów, którzy dadzą się pociąć za beczące libretto Russella Crowe'a. Podobnie mam z "La La Land". To dobry, ciekawy i fajnie zagrany film. Ale czy arcydzieło warte całej torby Złotych Globów i (prawdopodobnie) Oscarów? Mam wątpliwości.

Zacznę od najważniejszego, czyli muzyki (bo przecież po to oglądamy musicale!). Jest poprawna. Choć główny motyw City of Stars wchodzi do uszu i zachęca do nucenia, to jego wykonanie pozostawia naprawdę sporo do życzenia. Ryan Gosling, mimo niewątpliwego uroku i wrodzonego talentu komediowego, nie za bardzo umie śpiewać (wprawdzie nie fałszuje, ale ma tak wąską skalę głosu, że niewiele da się z niego ukręcić). Z Emmą Stone jest nieco lepiej, aczkolwiek też bez fajerwerków. W ogóle mam wrażenie, że w tym filmie dopracowano wszystko na ostatni guzik... z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej. Choreografia, kostiumy, scenariusz, fabuła - wszystko tip top, a taneczny numer otwarcia to istna rewelacja. Ale brakowało mi w tym wszystkim muzycznego narkotyku, uzależniającego od pierwszej nuty. To wciąż nie jest, niestety, poziom "Moulin Rouge!" (aczkolwiek przyznaję, że tam oszukiwali, bo zamiast oryginalnej muzyki mieli covery).

"La La Land" od pierwszego do ostatniego ujęcia jest hołdem dla złotej ery Hollywood i musicali lat 50. (swoją drogą to samo zrobili niedawno twórcy "Hail, Caesar!"). Początkująca aktorka Mia spotyka niespełnionego pianistę Sebastiana. Obydwoje szukają szczęścia w Mieście Aniołów, chcąc podążać za własnymi pasjami i marzeniami. Czy odnajdą przy tym miłość? Czy ramię w ramię będą zmierzać do sukcesu, a może każde z nich będzie ciągnąć w swoją stronę? "La La Land" to de facto najprostszy na świecie film romantyczny, z określonymi dla tego gatunku schematami i kliszami. Ale na szczęście jest zrobiony tak dobrze, że wygląda na autentyczną kalkę z życia (kalifornijskiego, rzecz jasna). Zresztą nie ma co się dziwić - od twórcy "Whiplasha" nie spodziewaliśmy się niczego innego.

Nie lubię filmów o filmach, a do tego nurtu kwalifikuje się "La La Land". Za to takie produkcje są ubóstwiane w Hollywood, stąd pewnie deszcz nagród i nominacji. Niemniej jeśli w tym roku Oscara dostanie duet Gosling/Stone, będę głęboko niezadowolony. Nie dajmy się zwariować - to nie było aż tak dobre. Ale oglądało się przyjemnie.

Wniosek: Dobry film, ale nie tak dobry, jak wszyscy mówią.


"The F Word" ("Słowo na M")

"The F Word" ("Słowo na M")

O czym to jest: Opowieść o tym, czy może istnieć przyjaźń męsko-damska bez miłości w tle.

what if słowo na m film recenzja daniel radcliffe adam driver

Recenzja filmu:

Dobra komedia romantyczna nie jest zła. Pewnie sporo osób się dziwi, jak to możliwe że piszący te słowa fan krwawych nawalanek z kosmitami/nazistami/zombie (niepotrzebne skreślić) lubi romansidła. Odpowiedź jest prosta: nie ma złych gatunków filmowych, są tylko złe filmy. A akurat "The F Word", znany również jako "What If", jest filmem całkiem w porządku.

Na pewno spodoba się zarówno fanom gatunku, jak i też fanom Daniela Radcliffe'a, czyli Harry'ego Pottera rzecz jasna. Ale to nie dla niego sięgnąłem do tej produkcji (choć przyznaję, zaintrygował mnie odkąd obejrzałem "Swiss Army Man"). Zrobiłem to dla Adama Drivera, grającego tu drugoplanową, ale fajną rolę obleśnego współlokatora. Driver to nowa gwiazda Hollywood, mówię wam! "Patersona" widzieli? Jak nie, to marsz do kina, powinni to jeszcze grać!

Ale do meritum. "The F Word" opowiada historię życiowej sieroty (w tej roli Radcliffe), czyli "wiecznego studenta" ze złamanym sercem, który poznaje dziewczynę swoich marzeń. Problem w tym, że ta ma chłopaka, więc Radcliffe w trybie natychmiastowym ląduje w tzw. "friendzone". Czy zdoła się stamtąd wydostać? Sprawę nieco ułatwia fakt, że chłopak jego nie-dziewczyny wybywa za ocean... Czy będzie happy end? No i w sumie tylko o to chodzi w tym filmie. Swoją drogą to dość niezła ilustracja problemu wielu mężczyzn, którzy dawno temu zakochali się w swoich przyjaciółkach. To tak zwane problemy pierwszego świata. I to na dodatek białego świata, bo tak jakoś się złożyło, że "The F Word" - choć dzieje się w multirasowym Toronto - na ekranie pokazuje wyłącznie białych, młodych ludzi. Ups, wpadka!

To fajna rozrywka na wieczór, z niezłymi kreacjami aktorskimi, ale raczej na telewizyjnym, a nie kinowym poziomie. Dobre do obejrzenia w odpowiednim nastroju. Nadaje się na domową nie-randkę z przyjaciółką/przyjacielem, w której/którym wcale nie jesteście zakochani... Wiecie co mam na myśli, prawda...?

Wniosek: Całkiem przyjemne romansidło. Proste i nieskomplikowane.


"Allied" ("Sprzymierzeni")

"Allied" ("Sprzymierzeni")

O czym to jest: Kanadyjski szpieg musi odkryć, czy jego francuska żona pracuje dla Niemców.

sprzymierzeni film recenzja pitt cottilard

Recenzja filmu:

Ech... Czemu tak często, gdy liczę na fajny dreszczowiec, dostaję zwykły romans? Nie wątpię, że "Allied" znajdzie grupę wiernych odbiorców (zapewne tych samych, którzy uwielbiają "Atonement"). Ale ja oczekiwałem czegoś innego od takiego reżysera jak Zemeckis, i takich aktorów jak Pitt i Cotillard. Ten scenariusz zasługiwał na nieco więcej, niż łzawy melodramat!

"Allied" zaczyna się jak remake "Casablanci" - mamy zatem i największe miasto Maroka, i alianckich szpiegów, i realia Francji Vichy. Ale to tylko pierwszy akt filmu. W drugim i trzecim akcja przenosi się do bombardowanego Londynu, gdzie kanadyjski pilot-szpieg musi odkryć, czy jego francuska żona jest w rzeczywistości tajną niemiecką agentką. A zatem w grę wchodzi klasyczne rozdarcie między miłością a obowiązkiem, które widzieliśmy już w dziesiątkach innych filmów. I to filmów, dodajmy, o wiele lepszych niż ten... Brad Pitt chyba polubił realia II wojny światowej, bo to jego trzeci film w tym okresie (po "Bękartach Wojny" i "Furii"). Niestety o ile Pitt jest znośny gdy gra w produkcjach o lżejszym klimacie, to gdy przychodzi do epickich produkcji, jedyne co ma do zaoferowania to dębowa twarz i basowe pomrukiwania (zupełnie, jakbym znowu oglądał "Troję"!). Marion Cotillard bronił się jak mogła, ale nawet tak świetna aktorka kilka razy wylądowała tu na mieliźnie, brodząc w płyciznach scenariusza. Nie da się uprawiać nurkowania głębinowego w lagunie.

Chwalę efekty techniczne (zwłaszcza dźwięk) i oprawę wizualną. Jednak mam duże zarzuty co do scenografii i scenariusza. Widać było od początku, że twórcy starali się poświęcać dużo uwagi szczegółom, by jak najlepiej oddać klimat epoki. Czemu więc aliancki szpieg lądował na marokańskiej pustyni w środku dnia, a nie w nocy? Czemu samochód osobowy po przejściu burzy piaskowej wyglądał, jakby wyjechał prosto z myjni? Dlaczego alianckie dowództwo wolało zabijać zidentyfikowanych niemieckich szpiegów, niż próbować ich przesłuchać i przekabacić na swoją stronę? Lista wpadek ciągnie się w nieskończoność. Poza tym totalnie nie rozumiem, po co na siłę wepchnięto do filmu wątek LGBT w postaci lesbijskiego związku ekranowej siostry Pitta. Gdyby to jeszcze miało jakiekolwiek (!) zastosowanie w fabule... Jasne, już sobie wyobrażam Londyn w latach 40., gdzie związki LGBT były traktowanie na równi z heteroseksualnymi... Komuś się chyba pomyliły epoki. Zupełnie jak w szekspirowkim "The Hollow Crown", gdzie czarnoskórzy aktorzy grają postacie z czasów średniowiecznej Anglii. Nie tędy droga!

W zasadzie nie wiem, po co nakręcono "Allied". Ten film nie wniósł absolutnie żadnego wkładu do światowej kinematografii. Nie posiadał głębi, nie był też czystą odmóżdżającą rozrywką nakręconą wyłącznie do zarabiania pieniędzy. Nie zekranizował prawdziwej historii, ani też nie odpowiedział na zapotrzebowanie dzisiejszych czasów. Najlepiej więc prędko o nim zapomnijmy.

P.S. Wydaje mi się też, że plotki o rzekomym romansie Pitta i Cotillard są przesadzone. Nie czuć było specjalnej chemii na ekranie...

Wniosek: Przynudzało. Przeciętny film.


"How I Met Your Mother" ("Jak Poznałem Waszą Matkę")

"How I Met Your Mother" ("Jak Poznałem Waszą Matkę")

O czym to jest: Miłosne perypetie pewnego nowojorczyka i jego przyjaciół.

jak poznałem waszą matkę serial recenzja neil patrick harris

Recenzja serialu:

Wiele osób uznaje ten serial za kultowy. I jestem w stanie to zrozumieć - jeśli ktoś uwielbiał "Przyjaciół", to doskonale odnajdzie się w rzeczywistości "How I Met Your Mother" (w skrótcie HIMYM). Żeby być bardziej dosadnym, moglibyśmy nazwać tę produkcję "Przyjaciele: Nowe Pokolenie" albo coś w tym stylu. Zwłaszcza że praktycznie wszystko się zgadza.

Mamy zatem grupkę wieloletnich znajomych, w której głównym bohaterem miał być w założeniu sympatyczny Ted (Josh Radnor) - może trochę fajtłapa, ale za to o złotym sercu. Jego przygody prezentowane są w formie opowieści, którą stary Ted wygłasza nastoletnim dzieciom o tym, jak poznał ich matkę. W ten sposób HIMYM to jeden wielki flashback, co umożliwia producentom sprytne sztuczki w konstrukcji fabuły. I pod tym względem na tle innych seriali komediowych ta produkcja rzeczywiście się wyróżnia. Niestety przebieg akcji to klasyczne "kto z kim będzie", czyli podstawowy motyw wszystkich romansów. Nie ma tu zbyt wiele błyskotliwej ironii w stosunku do otaczającego świata, jest raczej dużo "zwykłego życia" (przynajmniej takiego serialowego), gdzie postacie dzielą swój wolny czas między mieszkaniem a ulubionym barem. Niestety w mojej opinii wygląda to dosyć smutno i wtórnie, ale cóż, może tak się żyje w Nowym Yorku?

Jest jednak jeden bardzo duży atut HIMYM, a nazywa się Neil Patrick Harris w roli Barneya, niepoprawnego playboya i humorystycznego akcentu serialu. Pewny siebie Barney, zawsze w garniturze i ciętą ripostą na końcu języka, stał się rzeczywiście kultowy - do tego stopnia, że prędko przejął ciężar ciągnięcia serialu. Gdyby nie on i jego postać, z pewnością HIMYM nie dociągnęłoby do 9 sezonu. Barney zagościł nawet na znanych na cały świat memach, takich jak chociażby kultowe True story! 

Czy warto oglądać "How I Met Your Mother"? Tak, ale pod warunkiem, że lubicie niezobowiązujące komedie romantyczne i szukacie sposobu na zabicie czasu wieczorem. Jeśli zaś chcecie coś z większym pazurem, sięgnijcie chociażby do "The Big Bang Theory".

Wniosek: Prosty serial komediowy o miłości. Nic specjalnego.


"Atonement" ("Pokuta")

"Atonement" ("Pokuta")

O czym to jest: Historia nieszczęśliwej miłości w ogniu II wojny światowej.

pokuta film recenzja james mcavoy keira knightley

Recenzja filmu:

Musiałem oglądać "Atonement" na dwie tury. Nie dlatego że film mnie poruszył i wzruszył, ale dlatego, że tak skrajnego i ciężkiego romansidła nie widziałem od bardzo, bardzo dawna. I pewnie nie skończyłbym tego oglądać, gdyby nie jedna zaleta - zdjęcia. Tak wspaniałe kadry i ujęcia rzadko można spotkać w kinie i nie dziwię się, że warte były nominacji do Oscara.

Zapewne po prostu nie jestem adresatem tego filmu. Melodramaty mają swoją rzeszę fanów (czy raczej fanek), którzy płaczą i wzdychają, przeżywając emocjonalne rozterki razem z bohaterami. Nie ma w tym nic złego - mnie w takim stopniu poruszają filmy wojenne - a "Atonement" to przecież film wojenny, choć pozbawiony strzelanin i scen akcji. I muszę przyznać szczerze, że przedstawienie ewakuacji Dunkierki w 1940 roku wbija w fotel, zwłaszcza dzięki kultowemu długiemu ujęciu bez cięć, w którym razem z Jamesem McAvoyem przesuwamy się po plaży obsadzonej przez rozbite, zdemoralizowane brytyjskie wojsko. Oszałamiające!

Szkoda tylko, że fabuła w ogóle do mnie nie trafiła. Poszarpana narracja, przeskakiwanie ze sceny na scenę, mieszanie fikcji z rzeczywistością, niedomówienia i szepty z offu - widać, że był tu jakiś zamysł artystyczny, ale mi ewidentnie zabrakło klucza, by go odczytać. Oczywiście James McAvoy starał się jak mógł (i jak zwykle przepięknie płakał na ekranie), a i Keira Knightley ze swoim szczękościskiem grała na poziomie (ta kobieta jest wprost stworzona do brytyjskich romansów). Rozumiem starania, rozumiem też pochwały kierowane w stronę "Atonement" - ale się do nich nie przyłączam. Jeśli chodzi o kino wojenne, zdecydowanie bardziej mnie wzrusza np. "The Thin Red Line". Dlatego tego filmu - niestety - nie polecam.

Wniosek: Gdyby nie piękne zdjęcia, nie dałoby się tego oglądać.


"The Big Bang Theory" ("Teoria Wielkiego Podrywu")

"The Big Bang Theory" ("Teoria Wielkiego Podrywu")

O czym to jest: Grupa nerdów próbuje znaleźć kobiety w swoim życiu.

teoria wielkiego podrywu serial recenzja jim parsons sheldon lenard penny

Recenzja serialu:

Czasem - nieczęsto, ale to się zdarza - widz ogląda jakiś film lub serial i ma wrażenie, że patrzy na swoje życie. Tak było w moim przypadku, gdy w końcu zabrałem się za kultowe "The Big Bang Theory". To de facto unowocześniona, dostosowana do współczesności wersja "Przyjaciół", tyle że (zgodnie z duchem czasów) zamiast grupy yuppies mamy do czynienia z nerdami, których pasjonują: nauka, komiksy, gry, figurki, konwenty i szeroko rozumiana popkultura. Zupełnie jak u mnie!

No, może poza fizyką teoretyczną, bo na tym się nie znam. Ale osobiście znam mnóstwo osób o podobnych zainteresowaniach, a co więcej jestem przekonany, że na całym świecie są ich miliony. To młodzi mężczyźni (rzadziej kobiety), którzy nierzadko wolą świat marzeń od prawdziwego życia. A gdy przychodzi im poznać prawdziwą "drugą połówkę", muszą skonfrontować swoje dziwactwa i nawyki z rzeczywistością. Nie martwcie się jednak o ich los - wszak "The Big Bang Theory" to serial komediowy, zatem wszystko musi mieć happy end. 

Niekwestionowaną gwiazdą serialu jest Jim Parsons w roli Sheldona Coopera, dotkniętego zespołem Aspergera genialnego fizyka. To nie jest poważna, ponura choroba jak w "A Beautiful Mind" czy "The Imitation Game". Jeśli już, to bliżej jej do społecznie nieszkodliwego dziwactwa, jak u Rodneya McKaya ze "Stargate: Atlantis". Parsons zawojował telewizję swoją kreacją, zgarniając cały koszyk nagród Emmy - i zasłużenie! Towarzyszą mu desperacko szukający dziewczyny współlokator Lenard, piękna sąsiadka Penny, seksualnie niezaspokojony Howard i nieśmiały Hindus imieniem Rajesh (a także, w kolejnych sezonach, ich dziewczyny). Wychodzą z tego przygody paczki dobrych znajomych, a my jako widzowie śledzimy ich losy przez wiele sezonów, ciesząc się ich sukcesami. Brzmi jak przepis na doskonały serial, prawda?

"The Big Bang Theory" jest kultową produkcją. Zabawną, inteligentną, choć w późniejszych sezonach humor niestety obniżył loty, niebezpiecznie blisko krążąc czasami nad amerykańskim, kloacznym dowcipem. Na szczęście serial wciąż da się oglądać, choć polecam zrobić to w całości na raz. Wtedy zabawa jest o wiele większa!

Wniosek: Dla nerdów to jak film dokumentalny. Kultowo zabawny.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger