Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajka. Pokaż wszystkie posty
"PAW Patrol: The Movie" ("Psi Patrol: Film")

"PAW Patrol: The Movie" ("Psi Patrol: Film")

O czym to jest: Drużyna dzielnych szczeniaków musi ocalić miasto przed szalonym burmistrzem.

psi patrol film kinowy

Recenzja filmu:

Jednym ze skutków ubocznych posiadania kilkuletniego dziecka jest to, że chcąc nie chcąc poznaje się wszystkie popularne franczyzy targetowanie do dzieci w tym wieku. Wśród nich, i to ponoć już od wielu lat, palmę pierwszeństwa niestrudzenie dzierży "Psi Patrol". Każdy rodzic kojarzy go głównie w postaci absurdalnego serialu animowanego, w którym młody chłopak (tak na oko 10-letni) żyje w superbazie z grupą szczeniaków robiąc jednocześnie za policję, straż pożarną i wszelkie służby miejskie naraz w małym miasteczku (zakładam że gdzieś na Florydzie, bo tylko tam mogłyby się odwalać takie numery). Można - i pewnie napisano - całe elaboraty na temat tego, jak głupi to jest pomysł na bajkę, ale nie da się ukryć, że działa! Dzieciaki siedzą jak przyklejone do ekranu, a biedni rodzice kończą wydając setki monet na zabawki, ubranka i gadżety należące do franczyzy. Biznes się kręci...

Na kanwie tego sukcesu wypuszczono na ekrany film kinowy - pierwszy i zapewne nie ostatni. Odświeżono jednocześnie animację, tak by sprostała wymogom współczesności. Ale mimo całego mojego zażenowania całą franczyzą, bez bicia przyznam się, że bawiłem się... znakomicie! Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest to naprawdę dobry film! Mało tego, porusza bardzo ważny temat zespołu stresu pourazowego (wprawdzie w wykonaniu psa, ale jednak), którego serio nie spodziewałbym się w tej produkcji. Kto by pomyślał... Jak miło jest się zaskoczyć!

Jest to oczywiście "Psi Patrol" w czystej postaci - jest przekomiczny i głupi jak but burmistrz Humdinger przed którym trzeba uratować bogu ducha winnych ludzi, są dzielne szczeniaki, są superaśne (i nowe!) pojazdy, jest nowy członek drużyny (przeurocza jamniczka Liberty), no i oczywiście niezbędny happy end. Nie zawiódł też polski dubbing (Janusz Wituch jako Humdinger powala!), a i tłumaczom dialogów nie zabrakło iskry bożej. A zatem: mamy świetną kolorową animację, tempo, humor, nowe postacie i nowe miejsce (wielkie miasto zamiast zapyziałej mieściny), a także przesłanie z morałem. Czegóż chcieć więcej?

Wniosek: Zadziwiająco dobre! Mimo absurdu całej koncepcji bawiłem się wybornie!


"Asterix: The Secret of the Magic Potion" ("Asteriks i Obeliks: Tajemnica Magicznego Wywaru")

"Asterix: The Secret of the Magic Potion" ("Asteriks i Obeliks: Tajemnica Magicznego Wywaru")

O czym to jest: Asteriks i Obeliks muszą znaleźć następcę druida Panoramiksa.

asteriks obeliks tajemnica magicznego wywaru film animowany

Recenzja filmu:

Już dość dawno byłem w kinie na nowym „Asteriksie”, ale jakoś nie miałem okazji by go opisać. Czas to nadrobić! Wszelkie przygody dzielnego galijskiego wojownika to zawsze dla mnie punkt obowiązkowy w kinowym repertuarze. Zaznaczam – animowane, bo fabularne wołają o pomstę do nieba… Tym razem nadarzyła się wyjątkowa okazja, bowiem „Tajemnica Magicznego Wywaru” to pierwsza od czasów „Dwunastu Prac” oryginalna historia bez komiksowego pierwowzoru! 

Tu zaznaczę, że kronikarski obowiązek nakazuje bym wspomniał, że pewne motywy zostały jednak zaczerpnięte z kart komiksów – ot choćby Puszcza Karnutyjska z „Asteriksa i Gotów”, postać Kolaboriksa z „Walki Wodzów”, albo druid Sulfuriks jako żywo przypominający antagonistę z „Wróżbity” (oraz filmowej „Wielkiej Bitwy”). Niemniej reszta historii wniosła nowy wątek – oto bowiem druid Panoramiks, zaniepokojony wizją nadchodzącej starości, postanawia znaleźć następcę. Rusza więc w objazd po Galii w swoistym talent show, który ma wyłonić młodego zdolnego druida, gotowego na poznanie sekretu magicznego wywaru. Jak można się domyśleć, nie będzie to proste! 

Z zadowoleniem stwierdzam, że cała historia ma sens i autentycznie mnie zainteresowała. W niczym nie ustępuje jakości komiksom, zwłaszcza tym najnowszym! Animacja kontynuuje styl 3D zapoczątkowany w „Osiedlu Bogów” i ponownie wydaje się być idealna dla tej historii. Moje serce podbiły zwłaszcza dziki! Nie brakuje też dobrych gagów, w tym niektórych naprawdę ostrych (druid Jezus pozamiatał!). No i ekipa druidów w Puszczy Karnutyjskiej niebezpiecznie przypominała mi radę wydziału na dowolnym europejskim uniwersytecie. Pewnie nie bez przyczyny… 

„Tajemnica Magicznego Wywaru” to dobra, a może nawet bardzo dobra animacja. Do polecenia widzom w każdym wieku! Życzę sobie więcej takich „Asteriksów”!

Wniosek: Naprawdę fajne, z jajem i pomysłem!


"Aquaman"

"Aquaman"

O czym to jest: Zagubiony książę powraca, by zawalczyć o podwodny tron Atlantydy.

aquaman film recenzja DC jason momoa

Recenzja filmu:

Jeśli jest coś, co naprawdę mnie irytuje w filmowym uniwersum komiksów wydawnictwa DC, to jest to nierówny poziom. Taki na przykład "Batman v Superman" - tragedia. Potem "Wonder Woman" - świetne. Następnie "Justice League" - znowu wpadka. I teraz "Aquaman", czyli powrót do dobrego, bajkowego poziomu, jakiego widz oczekuje po takim widowisku. No i co, nie można było tak od razu?

Myślę że w końcu skumałem, co jest siłą filmów DC i co ma szansę odróżnić je od wizualnie powalających space oper spod znaku "Marvel Cinematic Universe". Zamiast sięgać głęboko w kosmos, filmy DC wplatają tematykę superbohaterów w ludzką historię i antyczne cywilizacje. Takie przykładowo Amazonki z "Wonder Woman" to sfeminizowane społeczeństwo antycznej Grecji (z bogami z Olimpu w tle). Z kolei Atlantyda z "Aquamana" bardzo przypomina starożytny Rzym - i nie tylko z powodu walki w podwodnym koloseum, a również przez pancerze stylizowane na gladiatorów czy ustrój społeczny rodem z czasów cezarów. I muszę przyznać, że na dużym ekranie wygląda to świetnie! Nie bez powodu moim ulubioną sceną ze wspomnianego "Justice League" jest sekwencja, w której wszystkie starożytne narody metaludzi (jak mieszkańcy Atlantydy czy Amazonki właśnie) ramię w ramię z ziemskimi bogami stanęli do walki z inwazją kosmitów. Cieszę się, że twórca "Aquamana" James Wan (znany do tej pory głównie z kręcenia horrorów) rozumiał w czym tkwi siła tego uniwersum i potrafił ją wykorzystać. Z zadowoleniem przyznaję, że bawiłem się naprawdę dobrze!

Gdybym miał wskazać wady "Aquamana", najważniejszą byłby schematyczny scenariusz. Na pierwszy rzut oka może to denerwować, ale wtedy trzeba zdać sobie sprawę, że po pierwsze to kino komiksowe (a ono rządzi się swoimi prawami), a po drugie jest to bajka - a w bajce, jak wiadomo, dobrzy są dobrzy, źli są źli, a na końcu mamy obowiązkowy happy end. Nuda? Skoro tak, to czemu wciąż oglądamy kolejne bajki Disneya, hmm? W takim filmie to nie treść jest ważna, a forma. A ta, pod względem pomysłu, jest po prostu znakomita. Podwodne miasta, mnogość ras, atlantydzka kawaleria na mezozaurach i przerośniętych rekinach, a także fantastyczny mariaż antycznej stylistyki z futurystyczną technologią rodem z filmu "The Abyss". I jeszcze do tego muzyka w stylistyce "Oblivion"! Wprawdzie gdzieniegdzie efekty specjalne nie wyrabiają, ale każdy specjalista z branży wam powie, że animacja wody to najtrudniejsze, co może być, więc jestem w stanie przymknąć na to oko.

Jason Momoa urodził się do tej roli. Nie dość że wygląda jak posągowy bóg z głębin Pacyfiku (zasługa polinezyjskich genów aktora), to jeszcze dorzucił do stylistyki "Aquamana" sporo maoryskich elementów, dodając do całości fantastycznego, etnicznego smaczku (to samo zrobiła Gal Gadot, z pochodzenia Żydówka, z rolą Wonder Woman). Sporym pozytywnym zaskoczeniem była też rola matki głównego bohatera, którą zagrała... Nicole Kidman! Nie spodziewałbym się jej w takim kinie, a jednak wypadła zadziwiająco wiarygodnie. Miłą niespodzianką był także Temuera Morrison jako ojciec Aquamana (pomyślcie: Jango Fett jest ojcem khala Drogo!), lubiany przeze mnie Patrick Wilson jako odpowiednio blady złoczyńca, a także w rolach drugoplanowych Willem Dafoe i Dolph Lundgren! Specjalnie nie wymieniłem Amber Heard jako Małej Syrenki (bo była żadna) ani pana Abdul-Mateena jako Czarnej Manty, bo jego rola w tym filmie również była całkowicie zbędna. Niemniej obsada w ogólnym rozrachunku wygląda lepiej niż dobrze!

Jaki z tego wniosek? Jeśli zraził was Aquaman w "Justice League" dajcie mu jeszcze jedną szansę. Przyszykujcie kubeł popcornu i wiadro coli, a będziecie się dobrze bawić!

Wniosek: Widowiskowe i fajne! Jak na film komiksowy oczywiście.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

O czym to jest: Niema sprzątaczka zakochuje się w wodnym stworze więzionym przez naukowców.

kształt wody film recenzja oscary 2018 plakat

Recenzja filmu:

Guillermo del Toro jest przereklamowany. To oczywiście moja prywatna opinia, bo jestem w stanie uwierzyć, że wielu widzów daje się uwieść kolorowym, fantastycznym światom jakie tworzy na ekranie. Niestety ja prócz pięknych obrazków potrzebuję czegoś więcej. Dlatego nie uwiódł mnie "Crimson Peak" czy "Pacific Rim". I dlatego - mimo ogromnych plusów - daleki jestem od zgodzenia się z Amerykańską Akademią Filmową, że "Kształt Wody" jest najlepszym filmem 2017 roku.

Fabularnie to klasyczna bajka, ze wszystkimi plusami i wadami tego gatunku. Zaletą jest urok pięknej historii o szlachetnej niemej sprzątaczce, która zakochuje się w równie szlachetnym, wodnym stworze. Obydwoje są życiowo umęczeni - ona przez swoją niepełnosprawność, która stawia ją poza nawiasem społeczeństwa, a on przez okrutnych naukowców, którzy w sercu Zimnej Wojny planują pokroić go na stole sekcyjnym, by w kosmicznym wyścigu zyskać przewagę nad Sowietami. Wspólnie odnajdą siebie nawzajem, dając wyraz prawdziwej miłości ponad podziałami. Czy taka fabuła czyni "Kształt Wody" dziełem oryginalnym? Niestety wręcz przeciwnie - i tu dochodzimy do największej wady baśni, czyli przewidywalności. Role w fabule są od początku precyzyjnie rozpisane - wiadomo kto jest dobry, kto jest zły, a kto stoi na rozdrożu tylko po to, by finalnie wznieść się ponad własne słabości i postąpić właściwie. Obawiam się, że takich historii widziałem już dziesiątki. Mało tego, jeśli porównamy "Kształt Wody" do podobnych mu produkcji, to uważam że chociażby niedoceniana "Kobieta w Błękitnej Wodzie" była o wiele bardziej oryginalna i zaskakująca.

Nie pozwólmy jednak, by powyższe minusy przesłoniły ogromny plus, jakim jest warstwa wizualna. "Kształt Wody" to prawdziwa uczta dla oka. Scenografia, będąca miksem stylistyki lat 60. i art déco, obezwładnia bogactwem, kolorami i przywiązaniem do detali. Obsada aktorska wznosi się na wyżyny doskonałości, przy czym palmę pierwszeństwa dzierżą wybitna Sally Hawkins w głównej roli oraz wspaniały Michael Shannon jako czarny charakter (prawdziwy potwór tej opowieści). Shannon ma wprawdzie niezbyt sympatyczną aparycję, ale starczy wspomnieć jego popis w "Midnight Special" by zrozumieć, że granie pozytywnych postaci przychodzi mu tak samo łatwo. I to jest oznaka prawdziwego talentu!

Gdyby "Kształt Wody" dostał nagrody za scenografię, reżyserię (jest mistrzowska), montaż, muzykę, zdjęcia, charakteryzację... Nie miałbym nic przeciwko. Ale Oscar dla najlepszego filmu? Chyba jednak nie tym razem.

Wniosek: Ładna bajka, ale niestety mało oryginalna w treści.


"Beauty and the Beast" ("Piękna i Bestia")

"Beauty and the Beast" ("Piękna i Bestia")

O czym to jest: Dziewczyna musi się zakochać w księciu zaklętym w Bestię, by zdjąć urok.

piękna i bestia disney film recenzja emma watson luke evans

Recenzja filmu:

Disney doskonale wie, jak wyciskać z mojego pokolenia łzy... i pieniądze. Po Śpiącej Królewnie (w postaci "Czarownicy"), a także "Kopciuszku", przyszła pora na trzecią klasyczną bajkę, którą przerobiono na wersję fabularną - "Piękną i Bestię". Zawsze uważałem, że ze wszystkich opowieści Disney'a, właśnie ta jest najmądrzejsza. Jak sami wiemy, ludzie nadal dają się zwieść pozorom i błędnemu przekonaniu, że to co piękne, zawsze jest dobre. Choćby dlatego ta opowieść nigdy się nie zestarzeje!

Sprytni producenci doszli do wniosku, że animowana "Piękna i Bestia" z 1991 roku była tak dobra, że wystarczy po prostu nakręcić ją fabularnie na tym samym scenariuszu. Tak też uczynili. Film z 2017 jest identyczny niemal scena po scenie, mało tego - zostawiono również te same piosenki! Bardzo mnie to ucieszyło, bo w końcu oryginalna muzyka warta była Oscara zarówno dla ścieżki dźwiękowej, jak i najlepszego utworu. Żal rezygnować z czegoś tak dobrego, nieprawdaż? Wizualnie film wygląda tak bajkowo, na ile to tylko możliwe - przedsmak tej cukierkowej wizji mieliśmy niedawno we wspomnianym "Kopciuszku". Scenografia, kostiumy i ujęcia wyglądają totalnie nierealnie. Zazwyczaj bym się do tego przyczepił, ale... to przecież bajka, a nie kino historyczne! A w takiej sytuacji wszystkie chwyty są dozwolone.

Nie przepadam specjalnie za Emmą Watson. Nie przekonuje mnie jej talent aktorski, nie uważam też jej za specjalną piękność. Ale trzeba przyznać, że bardzo dobrze odnalazła się w tej roli, a ponadto pięknie śpiewa! Za to Luke Evans w roli narcystycznego Gastona zaliczył bez wątpienia swój najlepszy występ w karierze. Jest tak idealny i tak dobrze zagrany, że aż brakuje mi słów! Film mógłby się składać wyłącznie z ujęć Gastona zachwycającego się własnym odbiciem w lustrze - rewelacja! Muszę też wspomnieć o wspaniałym doborze aktorów do ról głosowych. Ilość wielkich nazwisk powala: Ian McKellen, Ewan McGregor (nie do poznania z francuskim akcentem), Emma Thompson... Wow! Podobnie znakomity był Dan Stevens, podkładający głos do Bestii (aż muszę w końcu sięgnąć po zachwalany "Legion" z nim w roli głównej).

Czy zatem jest coś, co mi się nie podobało? A i owszem. Efekty specjalne były dość kiepskie, ze szczególnym naciskiem na słabą animację Bestii, od której zgrzytały zęby. Podobnie niektóre piosenki (choć świetnie się ich słuchało), były jednak za długie - zwłaszcza popisowy numer w karczmie. Mimo to "Piękna i Bestia" to prawdziwy, klasyczny musical, a nie jego imitacja, jak chociażby "La La Land". Zachwycająca opowieść dla widza w każdym wieku! 

Wniosek: Bardzo fajny musical i świetna bajka.


"Miss Peregrine's Home for Peculiar Children" ("Osobliwy Dom Pani Peregrine")

"Miss Peregrine's Home for Peculiar Children" ("Osobliwy Dom Pani Peregrine")

O czym to jest: Młody chłopak trafia do domu pełnego dzieci o niezwykłych mocach.

osobliwy dom pani peregrine film recenzja eva green tim burton

Recenzja filmu:

Oglądaliście "Sanctuary" albo "Big Fish"? Podobało wam się? Jeśli odpowiedź brzmi tak, w ciemno możecie sięgnąć do "Osobliwego Domu Pani Peregrine", bo to film dokładnie z tej samej kategorii. Tytułowi peculiar people są identyczni z abnormals z "Sanctuary", aż do tego stopnia, że obydwie produkcje mogłyby stanowić jedno uniwersum. Na początku sądziłem, że bliżej będzie tej opowieści do "X-Menów", bo w końcu tam też występuje szkoła pełna młodzieży o niezwykłych talentach. Ale dzieciaki Profesora X to superbohaterowie, a tymczasem te pod opieką Pani Peregrine to zwykła młodzież, w niczym (prócz talentów) nie różniąca się od rówieśników. 

Spodziewałem się raczej klasycznego przebiegu akcji: młody bohater trafia do domu, poznaje jego mieszkańców i pomaga im uchronić się przed śmiertelnym zagrożeniem. Dlatego też zaskoczyła mnie tematyka podróży w czasie, pętli czasowych i paradoksów! I choć jestem dosyć obeznany w tym temacie, musiałem nieźle wysilać mózgownicę, by wszystko złapać. Z jednej strony świadczy to o głęboko przemyślanym scenariuszu, ale z drugiej może razić mniej zorientowanych widzów. Przyznaję, że fabuła okazała się miejscami naciągana i to bardzo (ze wskazaniem na sceny z wrakiem statku), a czasem zupełnie jedzie po bandzie (wesołe miasteczko). Ale o ile łykamy konwencję takiego gatunku filmowego, nie powinniśmy się aż tak bardzo denerwować.

Asa Butterfield po raz kolejny pokazuje zadatki na ciekawego aktora, jakim ma szansę stać się za parę lat (powoli zaczyna przemijać jego urok wielkich, błękitnych oczu). Eva Green jak zwykle wypadła zjawiskowo, choć palenie przez nią fajki odbierało sporo seksapilu. Prawdziwą gwiazdą jest za to Samuel L. Jackson w roli czarnego charakteru. Widać, że ten doświadczony aktor bawił się przednie i miał prawdziwą frajdę ze swojej kreacji. Uwielbiam takie sytuacje, ponieważ dzięki temu zawsze bawię się tak samo dobrze. Choćby dla roli Jacksona polecam ten film!

Jeśli zastanawiacie się, czy to dobra produkcja dla małych dzieci, to odradzam. Wydawało mi się, że Tim Burton w swoich światach pokazał nam już wszystko, ale nawet ja miałem lekkie dreszcze, oglądając co bardziej mroczne sceny. Zwłaszcza że potwory były wypisz-wymaluj Slender Menami, czyli polującymi na dzieci przerażającymi stworami ze współczesnej miejskiej legendy. Starczy że o nich pomyślę, a już włos jeży mi się na głowie!

Bawiłem się dobrze, choć do arcydzieł tego filmu nie zaliczę. Ale na pewno zachowam go miło w pamięci, a to już coś.

Wniosek: Całkiem fajna baja. W sam raz na wieczorne kino.


"Hugo" ("Hugo i Jego Wynalazek")

"Hugo" ("Hugo i Jego Wynalazek")

O czym to jest: Historia początków kinematografii opowiedziana w konwencji baśni.

hugo i jego wynalazek film recenzja scorsese buttefield cohen

Recenzja filmu:

Kto by pomyślał, że Martin Scorsese nakręci klimatyczną, podnoszącą na duchu opowieść familijną? "Hugo" to klasyczna baśń, w której młody bohater (fenomenalny Asa Butterfield), musi rozwiązać zagadkę, która odmieni życie zarówno jego, jak i wszystkich dookoła. I jak przystało na tego typu historię, jest to film zarówno nudny, jak i niezwykle piękny, z magią iskrzącą z każdego ujęcia kamery. Nic dziwnego, że dostał aż pięć Oscarów, choć głównie w kategoriach technicznych - zaręczam, że jest na co popatrzeć.

A teraz trochę faktów. Georges Méliès był francuskim reżyserem, który u zarania XX wieku praktycznie stworzył kino science fiction i fantasy. Był prekursorem stosowania efektów specjalnych, dynamicznego montażu, a także kolorowania czarno-białych filmów. Nakręcił ponad pięćset produkcji, z których niestety wiele zaginęło w zawierusze I wojny światowej i jej następstwach. Méliès popadł w biedę i zapomnienie, jednak na szczęście pod koniec życia powrócił z niebytu, na powrót zajmując zasłużone miejsce w annałach europejskiej (i światowej) kinematografii. A jak to się stało? O tym właśnie opowiada "Hugo". I choć film stosuje narrację i konwencję baśni, nie ma tu elementów nadprzyrodzonych, zatem wszystko (teoretycznie) mogło się zdarzyć naprawdę. Ale tym razem fakty nie mają aż takiego znaczenia. Podobnie jak w filmach Mélièsa, tu również zaciera się granica między rzeczywistością a fikcją. Dokładnie jak w filmach Terry'ego Gilliama, który bez ogródek nazywa twórczość Mélièsa swoim największym źródłem inspiracji.

Ben Kingsley, jak na wielkiego aktora przystało, tworzy fantastyczną kreację francuskiego reżysera, wiarygodnego zarówno pod względem wizualnym, jak i charakterologicznym. Równie świetny jest Sasha Baron Cohen w roli zaciętego inspektora Gustave'a, bezwzględnie tropiącego młodych włóczęgów na paryskim dworcu Montparnasse. Do tych składników Scorsese dodał szczyptę przyprawy w postaci konwencji steampunk (a dokładniej: clockpunk), która czyni "Hugo" wizualnie imponującym arcydziełem. Zwłaszcza dla kogoś, kto lubi takie kino!

Polecam do oglądania nawet najmłodszym widzom, choć starsi pewnie mogą się trochę nudzić. Ale akcja i tempo nie zawsze są potrzebne. Czasem wystarczy po prostu magia srebrnego ekranu.

Wniosek: Czegoś tu brakuje, ale to i tak magiczne, piękne kino.


"Alice Through the Looking Glass" ("Alicja po Drugiej Stronie Lustra")

"Alice Through the Looking Glass" ("Alicja po Drugiej Stronie Lustra")

O czym to jest: Alicja powraca do Krainy Czarów, by ratować Kapelusznika.

alicja po drugiej stronie lustra film recenzja johnny depp

Recenzja filmu:

Rzadko się zdarza, by sequel był lepszy niż oryginał, prawda? A jednak! Wiem, że chwaląc drugą część "Alicji" idę pod prąd większości widzów, ale co ja poradzę... Serio uważam że Tim Burton, który popełnił "Alicję w Krainie Czarów", jest przereklamowany i dość wtórny! Na szczęście w tym filmie zadowolił się rolą producenta, oddając stery w ręce autora kinowych "Muppetów". I choć "Alicja po Drugiej Stronie Lustra" nie opiera się już na treści książek Lewisa Carrolla, to i tak stanowi świetną rozrywkę!

Od samego początku miałem skojarzenia z filmem "Hugo", zapewne głównie przez zegarowe zębatki, romans ze stylistyką steampunku no i Sachę Barona Cohena. Nie brakowało też nawiązań do kultowego wśród nerdów "Sucker Punch", głównie dzięki sekwencji w wariatkowie (zresztą zobaczcie trailer poniżej - jako żywo właśnie z tego filmu!). Ale mimo tych stylistycznych zapożyczeń i wizualnej powtórki z pierwszej części, nowa "Alicja" to zupełnie świeża, choć prosta przygoda. Oto Alicja powraca do Krainy Czarów, by odnaleźć zaginioną rodzinę Kapelusznika, i tym samym uratować go przed śmiercią z rozpaczy. W tym celu udaje się do siedziby Czasu (znakomity jak zawsze Cohen), by ukraść mu wehikuł i cofnąć się w przeszłość. 

Jak się możecie domyśleć, większość filmu to klasyczne poznawanie znanych bohaterów w młodzieńczym wieku. Zobaczymy chociażby początki konfliktu Białej i Czerwonej Królowej, a także więcej zakątków Krainy Czarów. Ale ten film to głównie historia o Kapeluszniku, jak zwykle solidnie zagranym przez Johnny'ego Deppa. Na szczęście samej Alicji jest równie dużo, i choć Mia Wasikowska nie polepszyła swojego talentu aktorskiego, to poszło jej całkiem nieźle. A otwierająca film morska sekwencja jest po prostu wyśmienita! Cieszę się, że do "Alicji" powróciła cała ekipa z pierwszej części (w mniej lub bardziej aktywny sposób), wliczając w to już osoby zmarłe (pośmiertny głos Alana Rickmana...), dzięki czemu sequel można oglądać w zespoleniu z oryginałem, ani na chwilę nie tracąc przy tym ducha przygody.

To zabawna, bystra i przyjemna bajka. Niektórzy mogą ją uznać za zbyt wtórną i pozbawioną absurdu oryginału, ale to dla mnie nie jest wadą. Wręcz przeciwnie, nowa "Alicja" znacznie bardziej do mnie przemawia niż np. "Kopciuszek", że już nie wspomnę o tragicznej ekranizacji "Królewny Śnieżki". Dobry film i dla starszych, i dla młodszych!

Wniosek: Lepsze niż pierwsza część! Świetna bajka!


<<< Sprawdź kolejność oglądania przygód Alicji! >>>


"Alice in Wonderland" ("Alicja w Krainie Czarów")

"Alice in Wonderland" ("Alicja w Krainie Czarów")

O czym to jest: Młoda dziewczyna trafia do magicznej krainy.

alicja w krainie czarów film recenzja tim burton johnny depp

Recenzja filmu:

Gdy usłyszałem, że Tim Burton wziął na warsztat "Alicję w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla, byłem pewien pojawienia się trzech rzeczy: Johnny'ego Deppa, Heleny Bonham Carter oraz kostiumów w biało-czarne paski. I rzecz jasna dostałem to wszystko i o wiele więcej, jako że "Alicja" jest tak burtonowskim filmem, jak to tylko możliwe. Ale czy to czyni ją dobrą produkcją? Nie do końca.

Oczywiście cieszę się, że powstała ta ekranizacja. Uważam też, że jest najlepsza z dotychczasowych. Sprytnym zabiegiem było postarzenie głównej bohaterki, która ponownie powraca do Krainy Czarów, nie pamiętając wcześniejszych przygód, i co za tym idzie przeżywając je ponownie (coś w stylu "Hooka" w kontekście literackiego "Piotrusia Pana"). Niestety po seansie nie czułem się do końca usatysfakcjonowany, choć mam wrażenie, że literacki oryginał jest na tyle trudny do ekranizacji, że ciężko byłoby wyciągnąć z niego coś więcej, nie tracąc przy tym ducha opowieści. Dlatego wybaczam brak tempa, dość prosty scenariusz i przesyt efektów specjalnych. Zadaniem reżysera było pokazać nam Krainę Czarów i to z całą pewnością mu się udało.

Zgrzytała mi niestety Mia Wasikowska w tytułowej roli. Ta Australijka o polskich korzeniach jest wprawdzie odpowiednio neurotyczna, jednak aktorka z niej słaba (widać było, że deklamuje kwestie, zamiast mówić je w sposób naturalny). Sytuację ratowali niezawodni jak zawsze Depp i Carter, a także Anne Hathaway, która w roli Białej Królowej była upiornie niewinna. Warto też wspomnieć o znakomitych głosach postaci animowanych: Alan Rickman, Stephen Fry, Christopher Lee... Same legendy brytyjskiego kina! Choćby w hołdzie dla nich (a zwłaszcza dla Rickmana i Lee) należy znać ten film.

To dobra bajka dla młodego widza i odpowiedni sposób by współczesne, nieczytające książek pokolenie, poznało tę historię. Zapewne za jakiś czas znów ktoś sfilmuje tę opowieść i kto wie? A nuż pójdzie mu lepiej niż Burtonowi.

Wniosek: Fabularnie słabe, ale za to spektakularnie widowiskowe.


<<< Sprawdź kolejność oglądania przygód Alicji! >>>


"The Huntsman: Winter's War" ("Łowca i Królowa Lodu")

"The Huntsman: Winter's War" ("Łowca i Królowa Lodu")

O czym to jest: Dzielny Łowca kontra dwie złowieszcze siostry-czarownice.

łowca i królowa lodu film recenzja chris hemsworth charlize theron emily blunt jessica chastain

Recenzja filmu:

Na początku, zanim zaczniecie krzyczeć z przerażenia na myśl o kontynuacji najnowszej "Śnieżki", uspokoję wasz zmysł estetyczny: w tym filmie nie gra Kristen Stewart. Lepiej, prawda? Za sprawą romansu z żonatym reżyserem pierwszej części, pani Stewart odfrunęła na dalekie rubieże showbiznesu - oby na dobre! Ale wytwórnia Universal nie zrezygnowała z poszukiwań pieniędzy od widzów, dlatego zafundowała nam "Łowcę i Królową Lodu". Szumnie zapowiadany prequel "Królewny Śnieżki i Łowcy" okazał się jednak przeciętnym sequelem, który może nie jest tragiczny, ale nie jest również w żaden sposób atrakcyjny.

W głównych rolach powrócili Chris Hemsworth i Charlize Theron. Co do tytułowego bohatera, to problem z Hemsworthem polega na tym, że wcale nie jest dobrym aktorem (o ile to, co prezentuje, można nazwać aktorstwem). Jego atuty to oczywiście wygląd (plus miliard) no i to, że tak ogólnie wydaje się być całkiem sympatycznym gościem. Co do Charlize Theron to wspominałem przy okazji pierwszej części, że dobrze się ją ogląda nawet w tragicznych filmach. Jako Królowa Ravenna pani Theron po raz kolejny pokazuje pazury (dosłownie) i zawłaszcza każdą sekundę na ekranie. Udanym wyborem okazała się Emily Blunt w roli Królowej Lodu - nie dała się zepchnąć na drugi plan przez bardziej doświadczoną Charlize, i choć może za tą rolę nie dostanie Oscara, to na pewno nie będzie też Złotej Maliny. Nie za bardzo rozumiem jednak, po co w fabule pojawiła się Jessica Chastain w roli Łowczyni, i przy okazji miłości życia Thora, tzn. Łowcy. Czy naprawdę wątek romantyczny był niezbędny w tej produkcji? Szczerze liczyłem, że Chastain nie będzie przyjmować ról tego typu, zwłaszcza że w dramatach klasy "A Most Violent Year" wypada o niebo lepiej! Na jej miejscu poważnie zastanowiłbym się nad dalszą ścieżką kariery, bo to chyba nie jest ten kierunek.

Niestety w "Łowcy i Królowej Lodu" powrócił jeden z grzechów pierwszej części, czyli krasnale. Po raz kolejny dostaliśmy grupę karłów (tym razem również żeńskich), których twarze podmieniono komputerowo na twarze pełnowymiarowych aktorów! Producenci nic się nie nauczyli, bo nadal wyglądało to absurdalnie. W założeniu humorystyczne dialogi były czerstwe jak żarty Strasburgera w "Familiadzie", a ja uśmiechnąłem się zaledwie kilka razy podczas całego filmu. Choreografia walk była na pożałowania godnym poziomie, podobnie jak efekty specjalne. Broniła się jedynie scenografia (choć nie wszędzie), i niektóre kostiumy - na plus wypadły tu złe Królowe, na minus cała reszta. 

Ten film był zupełnie niepotrzebny, nieciekawy i nudny jak flaki z olejem. Nic dziwnego, że zaliczył jedną z większych klęsk finansowych ostatnich lat (w weekend otwarcia 19 milionów dolarów wpływu na 115 milionów budżetu). I nie pomógł nawet głos Liama Neesona jako narratora. Tym samym pożegnajmy uniwersum "Łowcy" raz na zawsze, a kręcenie fabularnych bajek zostawmy Disney'owi. Oni przynajmniej wiedzą, jak to robić.

Wniosek: Nuuuuuuuuuuuuuuuuuuda!!!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "The Huntsman"! >>>


"Snow White and the Huntsman" ("Królewna Śnieżka i Łowca")

"Snow White and the Huntsman" ("Królewna Śnieżka i Łowca")

O czym to jest: Ekranizacja baśni o Królewnie Śnieżce.

królewna śnieżka i łowca film recenzja charlize theron chris hemsworth plakat

Recenzja filmu:

Człowiek czasem się myli. To ludzka rzecz, a ja nie mam nic przeciwko, by zmieniać zdanie. Zdarza się to czasem gdy oglądam film za pierwszym razem, i choć nie do końca mi się podoba, to przy kolejnych seansach coraz bardziej się do niego przekonuję. Gorzej, gdy jest na odwrót. Tak jak w przypadku "Królewny Śnieżki i Łowcy".

Nie wiem, co za diabeł spowodował, że ten film znalazł się u mnie w kolekcji, ale muszę prędko naprawić ten błąd. Właśnie przed chwilą wyłączyłem odtwarzacz DVD i wyję z rozpaczy, jak strasznie marny to obraz. Nie wiem jakim cudem nie dostrzegłem tego za pierwszym razem, oglądając go cztery lata temu w kinie? Mogę mieć tylko nadzieję, że człowiek uczy się na własnych błędach.

Są dwie jasne strony tej produkcji. Pierwszą i najważniejszą jest Charlize Theron, która potrafi zagrać dobrze we wszystkim, nawet w takich szmirach jak "Prometeusz" czy właśnie "Królewna Śnieżka". Zła Królowa w jej wykonaniu jest głęboko przejmująca, wielowarstwowa, straszna i piękna jednocześnie. Jednym słowem super, i nic złego na jej temat nie powiem. Drugi plus to Chris Hemsworth w roli Łowcy, niepowalający wprawdzie talentem aktorskim, ale za to znakomicie wywijający siekierą. Niestety kreacje wspomnianej dwójki aktorów nie wystarczyły, by zmniejszyć rozmiar klęski, symbolizowany przez Kristen Stewart i jej wachlujące uszy.

Nie mam pojęcia, kto komu zapłacił, by zatrudnić ją w roli Śnieżki. Przekonywanie widza, że jest to "najpiękniejsza dziewczyna na świecie" to jak typowanie konia z drewnianą nogą na zwycięzcę Wielkiej Pardubickiej. Na litość boską, ta kobieta jest po prostu brzydka!!! No dobra, zdarza się, nie każdemu przecież bozia dała urodę, ale zatrudnianie brzydkiej aktorki do roli bajkowej piękności to jest jakieś nieporozumienie! Żeby jeszcze szedł za nią talent aktorski... Powiem szczerze, że nie myślałem, iż istnieje bardziej żenująca przemowa motywacyjna niż to, co zaserwowała nam Keira Knightley w trzeciej części "Piratów z Karaibów" - a jednak rycząca Stewart w piżamie, bredząca coś o iskrach i żarze, przypominała bardziej narkomankę szukającą działki, niż inspirującą królewnę. Chyba ktoś musiał z kimś pójść do łóżka, żeby dostała rolę w tym filmie... Ach, czekajcie, przecież Stewart miała na planie romans z żonatym i dzieciatym reżyserem tegoż gniotu. Hmm, przypadek? 

Dno i trzy metry mułu, a pod tym mułem cała reszta: tragiczne kostiumy (skórzane spodnie i buty z cholewami, noszone pod kiecą przez każdą szanującą się księżniczkę), gumowa scenografia, absurdalne i niepotrzebne efekty specjalne, no i całkowity, zerowy brak humoru. Teoretycznie humorystyczne wstawki miały nam zapewnić krasnale, które jednak ograniczały się do rozmów o fekaliach i przerażającym fałszowaniu marnych piosenek. I tu taka ciekawostka: do roli krasnali zatrudniono karłów, ale z jakiegoś powodu ich twarze zastąpiono facjatami "pełnowymiarowych" aktorów - czemu, pytam się? Mało to porządnych aktorów, którzy jednocześnie są karłami? Przypominam chociażby "Willow" z Warwickiem Davisem czy "Grę o Tron" z Peterem Dinklage'm. To jakiś absurd! No i ta cudowna fabuła, zawierająca m.in. Kristen Stewart machającą mieczem w pełnej zbroi płytowej niczym Joanna D'Arc (ciekawe, gdzie się tego nauczyła, będąc zamkniętą w wieży?), czy żeńskie plemię arabskich ninja, żyjące na bagnach. Tego filmu po prostu nie da się oglądać więcej niż raz, by nie krzyczeć z bólu.

Ujmę to tak: fabularne ekranizacje baśni da się oglądać, jeśli są albo totalnie cukierkowe aż do przesady ("Kopciuszek"), albo wnoszą nową jakość i inną interpretację teoretycznie znanych motywów ("Czarownica"). A tu? Tutaj ktoś zrobił maszynkę do zarabiania pieniędzy. Czuję się okradziony. I to dwa razy.

Wniosek: Nawet na torturach nie zmuszą mnie, bym jeszcze raz obejrzał ten film.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "The Huntsman"! >>>


"Tale of Tales" ("Pentameron")

"Tale of Tales" ("Pentameron")

O czym to jest: Ekranizacja XVII-wiecznego zbioru baśni ludowych.

pentameron film recenzja plakat salma hayek

Recenzja filmu:

Nie tylko Amerykanie potrafią kręcić dobre bajki! Daliśmy się zwieść złudzeniu, że tylko Disney ma monopol na wszelkie historie fantasy z prostym przekazem i morałem. Ale przecież Amerykanie w większości ich nie wymyślili, tylko przywieźli z Europy. A warto wiedzieć, że zanim urodzili się tacy twórcy jak bracia Grimm czy Andersen (na których twórczości wzoruje się Hollywood), żył włoski pisarz imieniem Giambattista Basile, który w początkach XVII wieku zebrał krążące po ówczesnej Europie baśnie i stworzył z nich zbiór opowiadań, nazwany później "Pentamerone".

Oryginalnych baśni w tym zbiorze było 50, jednak ze zrozumiałych względów nie dało się ich wszystkich zmieścić w jednym filmie. Twórcy wybrali więc trzy, łącząc je (tak jak w książce) wspólną klamrą i przeplatając jedną z drugą. Otrzymaliśmy w ten sposób trzy opowieści dziejące się w mitycznych królestwach epoki włoskiego renesansu: baśń o królowej, która za wszelką cenę chciała mieć dziecko, o lubieżnym królu żądnym wdzięków pięknych dziewic oraz o niewinnej księżniczce, która musiała zawalczyć o samą siebie. Nie jest łatwo nakręcić antologię, która jest równa poziomem od pierwszej do ostatniej sceny, zachowując przy tym spójność i logikę. Tu na szczęście składam głęboki hołd dla twórców, ponieważ film jest wartki, niesamowicie dynamiczny (mimo praktycznego braku scen akcji), znakomicie zagrany i uzbrojony w obłędne kostiumy i scenografię. 

"Tale of Tales" jest przy tym na wskroś europejskie w formie (to w końcu film włoski), lekko naturalistyczne i wyzbyte (na szczęście) infantylizmu, jakim raczy nas Hollywood. Jeśli czytaliście klasyczne baśnie europejskie, to wiecie, że są one często okrutne, krwawe i niepokojąco realne. Taki też jest ten film. To prawdziwe kino przez duże K. Zgodnie z klasyczną linią baśni nie ma tu specjalnych udziwnień - dobrzy ludzie są piękni i mądrzy, a źli brzydcy i głupi. Tak też nas uczono w dzieciństwie, nieprawdaż? W "Tale of Tales" nie ma też zbyt wielu dialogów, reżyser operuje raczej obrazem i emocjami niż bezsensowną paplaniną. To lubię - moje ulubione filmy są zawsze oszczędne w dialogach. Z zachwytem patrzyłem na autentyczne, zniewalająco piękne włoskie krajobrazy, które zawsze przebiją każde efekty specjalne. I wszystko w epoce renesansu, czyli u świtu ery nowoczesnego człowieka! To po prostu trzeba zobaczyć!

Z obsady muszę wyróżnić Salmę Hayek jako wyniosłą Królową, podobnie jak młodziutką Bebe Cave w roli księżniczki Violet. Podobnie fantastyczne są postacie drugoplanowe: odważny król (wybitny John C. Reilly), dziki Ogr czy kryptyczny Nekromanta. Zresztą, tak po prawdzie, nie ma tu złej kreacji aktorskiej. Jeśli przyznawano by zbiorowego Oscara, to obsada tego filmu powinna go otrzymać.

Uważam, że każdy Europejczyk powinien obejrzeć "Tale of Tales", nie tylko dla obrazów, ale dla poznania korzeni naszej kultury. Tego nie można przegapić.

Wniosek: Wybitne kino. Fantasy, ale jakże inne od tego w amerykańskim wydaniu!


"Pan" ("Piotruś: Wyprawa do Nibylandii")

"Pan" ("Piotruś: Wyprawa do Nibylandii")

O czym to jest: Piotruś Pan po raz pierwszy trafia do Nibylandii.

piotruś wyprawa do nibylandii film recenzja plakat

Recenzja filmu:

Wszyscy znają historię Piotrusia Pana. Napisana w 1911 roku książka do dziś fascynuje kolejne pokolenia. Przygody małego urwisa, który nigdy nie chciał dorosnąć, ani trochę nie tracą na aktualności mimo zalewu cyfrowej rzeczywistości. Jeśli chodzi o filmowe adaptacje to, nie licząc oczywiście animacji Disneya, większość widzów kojarzy Piotrusia Pana z rewelacyjnego filmu "Hook", w którym zagrał go Robin Williams. Ale o ile "Hook" to sequel oryginalnej historii, to film "Pan" miał stanowić jej prequel. Ale powiem wam szczerze i prosto z serca: naprawdę wolałbym, by nigdy go nie nakręcono...

Czasem po prostu nie rozumiem, jak scenarzyści i producenci potrafią skopać historię z dobrym potencjałem. Niestety "Pan" to film po prostu nudny! Nieudany, przepakowany efektami specjalnymi, nieciekawy i w zasadzie niepotrzebny. Jedynym plusem - na szczęście ogromnym - jest kreacja Hugh Jackmana jako kapitana Czarnobrodego. Był po prostu przewspaniały! Jego mimika, charakteryzacja, gestykulacja... to prawdziwa frajda oglądać go w rolach czarnych charakterów (polecam z tego powodu film "Chappie"). Niestety gdyby nie on, naprawdę nie byłoby na czym oka zawiesić... Nieznany mi wcześniej Garrett Hedlund jako młody kapitan Hook również był poprawny, ale za to Levi Miller jako Piotruś Pan po prostu mnie denerwował (a co najgorsze nie było w nim iskry urwisa i łobuza, jaką powinna mieć ta postać). Dodatkowo kompletnym nieporozumieniem była Rooney Mara jako Tygrysia Lilia... i to wcale nie dlatego, że źle ją zagrała. Dlatego, że jest biała!

I tu słówko o politycznej poprawności. W ramach dywersyfikacji rasowej w "Panie" w realiach Londynu czasów II wojny światowej roiło się od czarnoskórych i hinduskich dzieci (o rly?), podobnie zresztą jak w Nibylandii. Indian z oryginału zmieniono na Maorysów, w roli Smee'go wystąpił Hindus, ale już obsadzenie indiańskiej (czy nawet maoryskiej) aktorki w roli Indianki Tygrysiej Lilii to już najwyraźniej za dużo. Więc zagrała ją biała kobieta... No ładna dziewucha, nie powiem, ale to dobrze ukazuje hipokryzję Hollywood. Taką poprawność polityczną, drodzy producenci, to sobie możecie wyrzucić do kosza. Aż nie mogę się nadziwić, że np. Martina Luthera Kinga w "Selmie" nie zagrał biały aktor. To tak w ramach dygresji.

Najgorszym grzechem "Pana" jest jednak zarzucenie głównej koncepcji opowieści. Jak pewnie wiecie, cała idea Nibylandii polegała na tym, że była to kraina, w której się nigdy nie dorastało. I o to właśnie chodziło, po to Zagubieni Chłopcy tam uciekali. Tymczasem tutaj to zwykły magiczny świat fantasy jakich wiele, w niczym nie różniący się od dziesiątków filmów science fiction i fantasy dla dzieci i młodzieży, jakie rok w rok wypluwa Hollywood. To moim zdaniem śmiertelny grzech dla "Pana" i nie jestem w stanie go wybaczyć. Na ekranie widzimy wprawdzie piratów, syreny, wróżki... Ale co z tego? W historii Piotrusia Pana chodzi o coś zupełnie innego!

Fruwające karaki i galeony również nie były zbyt oryginalne, ponieważ stanowiły powtórkę z najnowszej wersji "Trzech Muszkieterów". Film romansował nieco ze stylistyką steampunku (konkretnie jego wiktoriańskiej odmiany), ale cała stylistyka "Pana", wliczając w to choćby kolorystykę, najmocniej korespondowała z "Hookiem". To miłe, że to arcydzieło kina familijnego stanowiło swoisty kompas dla "Pana". I choć tegoroczny film mu nie dorównał, to cieszę się, że przynajmniej próbował. 

P.S. I ostrzegam, polski dubbing jest w tym filmie wprost tragiczny! Aż uszy bolą. Dobrze przynajmniej, że zostawiono oryginalny głos śpiewającego Hugh Jackmana. Kapitan Czarnobrody śpiewający Nirvanę - bezcenne!

Wniosek: Straszna nuda, bez celu i sensu. Strata czasu!


"Galavant"

"Galavant"

O czym to jest: Słynny rycerz Galavant i jego przygody w rytmie musicalu.

galavant serial recenzja plakat

Recenzja serialu:

Przy okazji filmu "The Princess Bride" wspominałem, jakim kultem cieszy się ta produkcja w USA. Nie mam żadnych wątpliwości, że także dzięki niej powstał serial "Galavant", czyli musical fantasy i jednocześnie parodia tego gatunku. Widziałem w swoim życiu trochę musicali, dlatego mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że "Galavant" to rewelacyjna produkcja!

Jedyne na co mogę się poskarżyć, to okazjonalny humor niskich (czasem bardzo niskich) lotów. Ale pamiętajmy, że serial jest kierowany docelowo do amerykańskich rodzin, czyli poziomem finezji plasuje się gdzieś pomiędzy "Shrekiem" a "Robin Hoodem: Facetami w Rajtuzach". Oznacza to proste prawdy, proste charaktery postaci, ale jednocześnie też satyryczny pazur i sporo puszczania oka do starszego widza. Mamy tu masę nawiązań do najsłynniejszych produkcji fantasy, z "Grą o Tron" i połową bajek Disney'a na czele. Na szczęście niektóre gagi są naprawdę udane, a i czas emisji (odcinki mają po 22 minuty) sprzyja dobrej rozrywce. Nikt specjalnie nie wysila się nad kostiumami czy scenografią, ale to jest zaleta parodii - wszystkie niedoróbki można dać na karb wyśmiewania konkurencji. O ile "Gra o Tron" jest na jednym biegunie fantastyki, to "Galavant" stanowi jej przeciwieństwo w każdym aspekcie. I dlatego mi się podoba!

Serial ma dwa potężne silniki, które rozpędzają go do prędkości światła. Pierwszym jest to, co w musicalach najważniejsze - muzyka! Melodie są chwytliwe, piosenki zabawne, a aktorzy śpiewają czysto, pewnie i z werwą (nic dziwnego, połowa z nich to aktorzy stricte musicalowi). Główny motyw jest na tyle przyjemny i prosty, że widz chce go śpiewać razem z obsadą. A przecież o to w musicalach chodzi (twórcy "Nędzników" - na kolana i patrzeć jak to się robi)! Drugą siłą napędową "Galavanta" jest gra aktorska. Postacie są fantastycznie dobrane, prezentujące klasyczne stereotypy, ale z ogromnym dystansem do siebie. Tytułowy Galavant - przystojny i arogancki, król Richard - podstarzały i złośliwy, królowa Madalena - zła i wyrachowana, księżniczka Isabella - piękna i naiwna etc. Jednocześnie wszystkie postacie mają znakomity talent komediowy, z królem Richardem na czele (ta kreacja moim zdaniem warta jest nagrody Emmy). To po prostu samograj!

"Galavanta" powinno się znać, zwłaszcza że to tylko dwa krótkie sezony. Finał historii jest bardziej niż satysfakcjonujący, więc nic tylko siedzieć, oglądać i śpiewać!

Wniosek: Znakomita rozrywka, nie tylko dla fanów musicali.


"Cinderella" ("Kopciuszek")

"Cinderella" ("Kopciuszek")

O czym to jest: Bajka o Kopciuszku.

kopciuszek plakat recenzja filmu 2015 disney

Recenzja filmu:

Wielkie korporacje, takie jak Disney, do mistrzostwa opanowały sztukę sprzedaży tego samego produktu kilka razy. Bo w końcu, jak to mawiał Inżynier Mamoń, ludzie lubią to, co znają. Pokolenie urodzone i wychowane w latach 80. i 90. (czyli moje), przez lata wchłaniało klasyczne animacje Disney'a - "Królewnę Śnieżkę", "Śpiącą Królewnę", "Kopciuszka", "Piękną i Bestię"... Dziś to samo pokolenie dorosło i zaczyna mieć własne dzieci. I dlatego teraz Disney kręci fabularne wersje tych samych bajek, zapraszając nas ponownie do kina i pozwalając nam na chwilę odtworzyć szczęśliwe chwile naszego dzieciństwa (w towarzystwie nowego pokolenia konsumentów). Czapki z głów panie i panowie, to działa!

Po rozczarowującej "Królewnie Śnieżce i Łowcy" (akurat autorstwa innej wytwórni) oraz fantastycznej "Czarownicy", przyszła kolej na "Kopciuszka". Większość z was (jeśli nie wszyscy) zna tę bajkę, zatem nie ma sensu bym pisał, o czym jest fabuła. W przeciwieństwie do wspomnianych filmów z nowej fali fabularnych bajek, tym razem nikt nie próbował zrobić "Kopciuszka" bardziej mrocznym i poważnym obrazem. Nie ma tu dylematów moralnych, skomplikowanych postaci czy próby odbrązowienia "tych złych". Wszystko jest tu tak niedorzecznie słodkie, cukierkowe i świecące jak ogolony Robb Stark z "Gry o Tron" z bielutkimi zębami, pełniący rolę Księcia z Bajki. To w 100% klasyczna bajka, idealna dla małych dzieci, ale dzięki fabularyzacji i usunięciu infantylizmu (na szczęście!) dostępna również dla dorosłych. Przez chwilę się zastanawiałem, czy nie powstanie z tego musical, ale śpiewania na ekranie mieliśmy naprawdę niewiele. Wszyscy aktorzy byli piękni, kręcąc piruety w sielankowych krajobrazach i pławiąc się w przepychu rodem z najlepszych, dekadenckich czasów końca XVIII wieku (wtedy to się robiło imprezy z rozmachem!). Nie ma w tym wprawdzie za grosz głębi, ale w końcu jest to bajka. Więc po co komu głębia, skoro starczą proste prawdy?

Jeśli mam wysunąć jakiś zarzut, to jest nim brak tempa narracji. Reżyseria jest wprawdzie bardzo sprawna i wyciskająca maksimum możliwości ze scenariusza, ale z klasycznej bajki trudno stworzyć porywające kino. CGI miejscami też niestety nie nadążało, zwłaszcza w scenach przemiany Kopciuszka w Księżniczkę. Ale prócz tego wszystko było jak należy. Główna postać była niewinna i słodka, Książę z Bajki śliczny i szlachetny (choć biedny aktor nigdy nie pozbędzie się gęby Robba Starka, która towarzyszyła mu w każdej scenie), macocha (fantastyczna Cate Blanchett) wyborna, a złe siostry wręcz skradły cały film niezwykłą brawurą i świetnymi tekstami. Najśmieszniejsze jest to, że od pierwszych scen byłem święcie przekonany, że w takim filmie po prostu MUSI zagrać Helena Bonham Carter. I faktycznie, któż inny mógłby być Wróżką Chrzestną, no kto? Muszę też powiedzieć słowo o cudownych kostiumach, które wręcz waliły po gębie (ach, te szklane pantofelki!). Choćby dla nich warto obejrzeć ten film.

A tak w ogóle to myślę, że najlepszą recenzją "Kopciuszka" są słowa małej dziewczynki, która siedziała za mną w kinie i w pewnym momencie powiedziała na cały głos: "Ten film byłby fajniejszy, gdyby w nim tyle nie umierali!". Święte słowa.

Wniosek: Może lekko nudnawa, ale za to klasyczna bajka.


"Asterix: The Mansions of the Gods" ("Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów")

"Asterix: The Mansions of the Gods" ("Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów")

O czym to jest: Dzielni Galowie bronią swojej wioski przed rzymskimi najeźdźcami.

asteriks obeliks osiedle bogów recenzja filmu plakat gościnny uderzo

Recenzja filmu:

Pewnie mało kto z Was wie, ale jestem ogromnym fanem Asteriksa. Ten mały galijski wojownik i jego szaleni przyjaciele towarzyszyli mi od najmłodszych lat dzieciństwa. Do dziś mam na półce wszystkie albumy komiksowe i z niecierpliwością czekam na kolejne, już teraz spod pióra i ołówka nowych twórców. Z tego powodu pojawienie się na ekranie kolejnego filmu animowanego było dla mnie niczym wizyta Mikołaja z workiem pełnym prezentów. Nareszcie nowy Asteriks!

"Astérix - Le Domaine des Dieux" to ekranizacja siedemnastego tomu serii pt. "Osiedle Bogów", jednego z lepszych moim zdaniem, choć stosunkowo mniej znanych. Oto Cezar w swej mądrości postanawia niepokornych Galów na siłę zromanizować (zamiast podbijać), budując w okolicy ich wioski wzorcowe rzymskie osiedle. Jak można się domyśleć Asteriks i Obeliks nie będą czekać z założonymi rękami na niszczenie ich tradycji... Ale jak tu się obronić bez krzywdzenia rzymskich cywilów? O tym traktuje ten komiks, a także film. Fabuła ekranizacji kropka w kropkę śledzi kadry komiksu, wliczając w to zarówno przebieg scen, jak i wygląd postaci (np. rzymskiego architekta Ekierusa). Jednak od połowy film idzie już w nowym kierunku, z mojej perspektywy bardzo interesującym. Można powiedzieć, że po raz pierwszy od czasów animowanej "Wielkiej Bitwy Asteriksa" galijska wioska znalazła się tak blisko zagłady. To pokazuje, że w przygodach Asteriksa wciąż tkwi ogromny potencjał świeżych wątków i nowych przygód. Ponadto uświadamia nam, jak wiele spośród ponad trzydziestu znakomitych albumów komiksowych, wciąż czeka na szansę ekranizacji. Mam nadzieję, że "Osiedle Bogów", zrealizowane zgodnie z najnowszymi standardami jakości, będzie wyznacznikiem nowej ery filmów animowanych o Asteriksie.

Specjalnie piszę o filmach animowanych, gdyż fabularne próby podejścia do tematu (mimo że miały póki co aż cztery odsłony) są tak żenujące, że staram się o nich zapomnieć. Jeśli chodzi o animację, "Osiedle Bogów" plasuje się moim zdaniem na trzecim miejscu, za "Dwunastoma Pracami Asteriksa" (które chyba nigdy nie zostaną zdetronizowane) i "Wielką Bitwą". Z całą pewnością jest to najładniejsza z ekranizacji, animacji nie można nic zarzucić, a nawet przebija ona niektóre produkcje od takich gigantów jak Pixar czy DreamWorks. Fabuła jest w miarę wartka, pozbawiona większych nielogiczności i ciekawa również dla dorosłego widza. Gagi są niezłe, na znacznie wyższym poziomie niż w wielu produkcjach amerykańskich (i przede wszystkim nie ma tu fekalnych żartów, które są tak kochane w USA). Doceniam zwłaszcza klimat oryginalnych komiksów, który udało się przenieść na ekrany. Takie drobnostki jak żart z pietruszką, wieczna wojna Ahigieniksa z Tenautomatiksem czy mimika dzików, były dla mnie jak miód na serce.

To, co moim zdaniem położyło trochę efekt, to polska wersja językowa. Dobór głosów był na szczęście całkiem niezły (Arkadiusz Jakubik jako Obeliks, Piotr Fronczewski jako Cezar, Czesław Mozil jako Kakofoniks... nie trzeba chyba dalej wymieniać, prawda?), to jednak stary duet Mieczysława Gajdy (Asteriksa) i Czesława Mroczka (Obeliksa) z "Dwunastu Prac" był o wiele lepszy. Żałuję też, że polskie linie dialogowe nie powalały wirtuozerią. Było kilka niezłych tekstów, ale pewne rzeczy po prostu były położone i niewykorzystane na miarę potencjału (choćby sceny negocjacji legionistów z centurionem wręcz błagały o solidarnościowe nawiązania, ale niestety...). Tłumaczom tym razem zabrakło iskry bożej. 

Pomijając to i pewne niezgrabności w fabule, na szczęście bawiłem się dobrze. I myślę, że większość widzów też.

Wniosek: Niezłe, choć polska wersja językowa ciągnie w dół.


"Legend of the Guardians: The Owls of Ga'Hoole" ("Legendy Sowiego Królestwa: Strażnicy Ga'Hoole")

"Legend of the Guardians: The Owls of Ga'Hoole" ("Legendy Sowiego Królestwa: Strażnicy Ga'Hoole")

O czym to jest: Dobre sowy walczą ze złymi sowami.

legendy sowiego królestwa strażnicy recenzja filmu plakat

Recenzja filmu:

Daleki jestem od traktowania filmów animowanych jako osobnej gałęzi kinematografii. Film to film, a sposób wykonania (animacja, gra aktorów, kukiełki czy cokolwiek innego) to jedynie metoda prezentacji fabuły. Zwłaszcza, jeśli znani aktorzy podkładają głos podczas dubbingu postaci - wtedy nie mamy żadnych wątpliwości, że jest to pełnoprawny owoc kinematografii, który można (i należy) oceniać tak jak inne filmy.

Dlatego też w sam raz na niedzielne popołudnie włączyłem sobie "Legendy Sowiego Królestwa" z 2010 roku. To animowaną opowieść o sowach - tych dobrych (tytułowych Strażnikach, wśród których znaleźli się Geoffrey Rush, David Wenham i Hugo Weaving) i tych złych, chcących podbić cały świat pod wodzą sowiego Sama Neilla. Wyszła z tego typowa bajka, czy raczej film fantasy - oto pewna młoda sowa marzy, by zostać bohaterem, w związku z czym musi w niespodziewanych okolicznościach opuścić dom, zebrać drużynę, pokonać zło i uratować świat. Znacie to, prawda? Nic dziwnego, bo schemat 99% produkcji fantasy właśnie tak wygląda. Campbell w Bohaterze o Tysiącu Twarzy nazwał ten schemat drogą bohatera mitycznego. "Legendy Sowiego Królestwa" to czysty przedstawiciel tego nurtu, może nawet zbyt czysty, bo przez to niestety w ogóle nieodkrywczy i niezaskakujący.

A szkoda, bo przede wszystkim należy ten film pochwalić za oszałamiającą animację. Takich efektów nie widziałem w kinie animowanym chyba od czasów "Króla Lwa", a to przecież była zupełnie inna technologia. Tu otrzymaliśmy prawdziwy pokaz fajerwerków jeśli chodzi o zdjęcia, ruch kamery, animację postaci i wszystko inne, co pojawiło się na ekranie. Obserwowanie armii sów odzianych w zbroje, z metalowymi szponami i szablami - obłęd i uczta dla oka. Naprawdę szkoda, że fabuła nie dostarczyła nam więcej odkrywczych elementów, bo takie wykonanie zasługiwało na porządną historię. A tak wyszła z tego zwykła bajka. Ale za to w sam raz dla młodszych widzów i bardzo pouczająca... przyrodniczo. Któż z nas wiedział, że na świecie jest tyle gatunków sów?

Wniosek: Bajka taka sobie, ale za to przepiękna wizualnie. Można oglądać bez dźwięku.


"The Princess Bride" ("Narzeczona dla Księcia")

"The Princess Bride" ("Narzeczona dla Księcia")

O czym to jest: Szlachetny biedak zdobywa serce Księżniczki.

narzeczona dla księcia recenzja filmu wright falk

Recenzja filmu:

Od wielu lat słyszałem, że "The Princess Bride" jest kultowym filmem. Ma dla Amerykanów takie samo znacznie jak dla nas, powiedzmy, "Czterej Pancerni i Pies". I choć jest to przecież zwykła, a nawet niezbyt lotna bajka, to po obejrzeniu stwierdzam: Amerykanie mają rację.

Wiecie, o co chodzi w parodiach, prawda? Mamy jakiś film (ewentualnie gatunek filmowy), po czym w parodii obśmiewamy jego poszczególne elementy. Jednak pierwszy raz widziałem, żeby film sparodiował sam siebie! Otóż "The Princess Bride" jest tak przerysowanym fantasy, jak to tylko możliwe, a mimo to nie jest parodią tylko naszpikowaną czarnym humorem fantastyczną produkcją, którą można oglądać w kółko. Jest to genialna kombinacja bystrych dialogów, cudownych postaci, akcji, humoru... Można tak wymieniać bez końca. Nie chcę tu zbytnio spoilerować, jako że w Polsce nie jest to zbyt znany film, więc powiem tylko tyle: mnóstwo elementów np. w "Shreku" pełnymi garściami czerpie z tego dzieła (porównajcie sobie zamki w tym filmie i w "Shreku", albo porównajcie postać Księcia). Wyobraźcie więc sobie film w którym macie księżniczkę, pirata, olbrzyma, hiszpańskiego szermierza, sycylijskiego złoczyńcę, miłość, czary i bajowy happy end, a dostaniecie "The Princess Bride"

A, no i nie można pominąć samego Detektywa Colombo w roli narratora! Jak słowo daję, tu każda scena jest kultowa! "Hello, my name is Inigo Montoya. You killed my father. Prepare to die". Kto oglądał, ten zrozumie o co chodzi w tym cytacie. A zaręczam, że warto to obejrzeć.

Wniosek: Prawdziwy film kultowy. Od pierwszego wejrzenia.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger