Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat przyszłości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat przyszłości. Pokaż wszystkie posty
"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!

"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!

"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.

"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!

"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!


Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

O czym to jest: W postapokaliptycznej przyszłości niedobitki ateistów i fanatyków religijnych próbują skolonizować obcą planetę.

wychowane przez wilki serial recenzja HBO

Recenzja serialu:

Skutkiem ubocznym oglądania tylu produkcji ile ja jest to, że coraz ciężej mnie zaskoczyć. Mam nadzieję, że nigdy nie zmienię się w cynicznego krytyka filmowego jak jedna z postaci "Lady in the Water" - tego bym nie chciał! Ale faktem jest, że uczucie "to już gdzieś widziałem" towarzyszy mi coraz częściej. Na szczęście wciąż czasem potrafię się zaskoczyć - tak jak w przypadku "Raised by Wolves", czyli serialu który autentycznie spowodował u mnie opad szczęki i wielodniową traumę. Wow!

Wspominałem już o swoistej dwubiegunowości Ridleya Scotta, niewątpliwie wybitnego reżysera, który potrafi tworzyć zarówno na wskroś kultowe obrazy, jak i straszne szmiry (bez etapu pośredniego - albo jedno, albo drugie). I nigdy nie wiem, na które oblicze Ridleya trafię tym razem! Na szczęście "Raised by Wolves", wyprodukowany przez niego serial (w którym wyreżyserował też dwa pierwsze odcinki) dał nam to, co miał najlepszego w zanadrzu. Efektem jest głębokie, przejmujące, intelektualne kino SF godne najlepszych literackich klasyków jak Lem, Dick czy Clarke. Świat "Raised by Wolves" to postapokaliptyczna wizja przyszłości, w której światowa wojna ateistów z fanatykami religijnymi spustoszyła Ziemię i ludzką cywilizację. Ocaleńcy wyruszyli na odległą planetę Kepler-22b (taka planeta istnieje naprawdę i jest wymieniana jako jedna z potencjalnych kandydatek do kolonizacji przez ludzi, o ile spełnia odpowiednie warunki). Ateiści postawili swoje karty na parę androidów, która już po wylądowaniu wyhodowała i zajęła się wychowaniem grupki małych dzieci. Z kolei fanatycy posłali wielką arkę wypełnioną wybrańcami (czyli przedstawicielami swojej społecznej elity). Nieuchronne spotkanie obydwu frakcji doprowadzi do tragicznych konsekwencji i przeniesienia do nowego świata wszystkich problemów starego. Ale to nie koniec, bowiem Kepler-22b i to co się dzieje na jej powierzchni absolutnie nie jest tym, na co wygląda. I nie miejcie nadziei, że pierwszy sezon da Wam jakieś konkretne odpowiedzi, mało tego - namnoży kolejne pytania i zagadki! Nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Musicie przyznać, że w świetle tego co się dzieje (również w Polsce) całkiem realna staje się wizja globalnego konfliktu tych którzy wierzą w naukę - nazwijmy ich ateistami - ze zwolennikami starego świata chętnymi do tego, by podporządkować całe życie zbiorowi linijek antycznego tekstu, który nie wiadomo kiedy i przez kogo został stworzony. Widać w tym wyraźną analogię do świata wokół nas - płaskoziemcy, antyszczepionkowcy, fanatycy religijni i inni szaleńcy chcą nas aktualnie zatrzymać w mroku przeszłości, krwawo tępiąc tych, którzy mają inne zdanie. Czy przyszłe starcie tych dwóch światów jest nieuniknione? Mam nadzieję że nie, ale zapewne nie dożyję momentu, by się samemu przekonać (może to i lepiej). Czasem lepiej nie wiedzieć, jaki będzie finał historii!

Twórcy "Raised by Wolves" postawili na tak dużą dozę naukowości, jaką tylko mogli. Wszystko co widzimy na ekranie zgadza się z zasadami fizyki, przynajmniej w naszym rozumieniu (wliczając w to naukowe teorie, jak coś mogłoby działać, o ile udałoby się to zbudować). Wizja androidów eksplorujących ludzką naturę nie jest oczywiście niczym nowym, choć akurat w tym serialu androidy są równie szalone jak ich ludzcy twórcy. Duża w tym zasługa głównych aktorów grających Matkę i Ojca - są totalnie wiarygodni i wybitni w tym, jak prezentują swoje postacie. Zwłaszcza Amanda Collin jako krwiożercza, szalona obrończyni swoich i cudzych dzieci - prawdziwa tytułowa wilczyca! Niezły jest też Traviss Fimmel, gwiazdor "Wikingów", zatrudniony w roli przywódcy fanatyków (wprawdzie niczym się nie różni od swej roli Ragnara Lothbroka, ale w tym przypadku to akurat dobrze). 

"Raised by Wolves" to szarpiące duszę, pełne niepokoju kino SF na pograniczu horroru. Kosmos to paskudne miejsce, a obce planety tym bardziej. Dlatego dbajmy o tą, którą dostaliśmy w darze, bo lepszej nigdy nie znajdziemy! Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony i rozwijanie intrygi, licząc na godne zamknięcie namnożonych wątków. Oj będzie się działo!

Wniosek: Głęboko intelektualne SF godne klasyków gatunku. Zostaje w głowie!


"Star Trek: Lower Decks"

"Star Trek: Lower Decks"

O czym to jest: Przygody niezbyt rozgarniętej załogi na dość pechowym statku kosmicznym.

star trek animacja CBS lower decks jack quaid

Recenzja serialu:

Jedną z najważniejszych cech, za jakie mogę szanować twórców filmów i seriali, jest dystans do samego siebie i własnych dzieł. Uwierzcie mi, to wcale nie taka pospolita przypadłość! Na szczęście o ludziach prowadzących nową falę telewizyjnych przygód z uniwersum "Star Treka" można mówić w samych superlatywach. Nie dość że udało im się uwspółcześnić formułę przygód wymyśloną jeszcze w latach 60., to jeszcze zrobili to w poszanowaniu potrzeb widzów (czego dowodem jest nadchodzący serial "Star Trek: Strange New Worlds", który nie powstałby gdyby nie masowy ruch fanów) i na dodatek z ogromnym poczuciem humoru! Nic nie ilustruje tej ostatniej cechy lepiej niż druga w historii animacja z tego wszechświata, czyli "Star Trek: Lower Decks".

O serialu "Rick and Morty" słyszałem same dobre rzeczy i choć nie miałem jeszcze okazji go poznać to założyłem, że zatrudnienie jego twórców do stworzenia trekowej animacji to znakomity pomysł. I faktycznie! "Lower Decks" nie dość że wprowadza własny zestaw unikalnych postaci i przygód, to jeszcze służy za fantastyczny pastisz dotychczasowych produkcji z uniwersum. Jest o wiele lepszy niż "The Orville" który swoim fekalnym humorem ustawił poprzeczkę za nisko w stosunku do moich oczekiwań. Na sukces "Lower Decks" składa się kilka czynników: dynamiczna animacja idealna do kręcenia scen akcji i podkreślania mimiki postaci, krótka forma odcinków (zupełnie jak w "Star Trek: The Animated Series") jak i przede wszystkim rewelacyjny dobór aktorów do ról głosowych! Choć w tym wypadku można powiedzieć, że grają na pełen etat, bo wygląd ich postaci wzorowany jest na twarzach aktorów. Gdyby mieli więc przenieść się do jakiejś fabularnej produkcji starczyłoby ich zapakować w mundur Gwiezdnej Floty i sprawa załatwiona! Uwielbiam takie podejście!

Głównymi bohaterami historii jest dwójka młodych poborowych: niepokorna Mariner, która robi wszystko by świetnie się bawić i broń Boże awansować w strukturach floty, a także trzymający się procedur Boimler, dla którego wojskowy porządek i dryl są sensem życia. Te totalnie przeciwstawne charaktery, jak się już wkrótce okaże, będą się zderzać i nawzajem nakręcać, raz po raz ratując ich okręt z co bardziej absurdalnych zagrożeń (co ważne, powodowanych przez niekompetencję dowodzącej załogi na mostku). Głosu - i wyglądu - użyczyła tym postaciom dwójka aktorów, których poznałem dość niedawno, ale już zdążyłem pokochać: Mariner zagrała Tawny Newsome (rewelacyjna w "Space Force"), a Boimlera Jack Quaid, bez którego serial "The Boys" na pewno nie zaliczyłby takiego sukcesu. 

Jeśli tylko "Star Trek" nie spuści z tonu, to mogę w ciemno oglądać każdą produkcję z tego świata. Jeszcze trochę i zacznę to przekładać ponad swoje ukochane "Star Wars", a to o czymś świadczy! Życzę "Lower Decks" jeszcze wielu sezonów i jestem pewien, że będę się rewelacyjnie bawić! Engage!

Wniosek: Świetne jako pastisz klasycznych seriali "Star Treka", ale też dobre jako serial sam w sobie!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii Star Trek! >>>


"Tenet"

"Tenet"

O czym to jest: Tajny agent musi uratować teraźniejszość przez zagrożeniem ze strony ludzi przyszłości.

tenet film recenzja christopher nolan robert pattinson

Recenzja filmu:

Lubię kino, które zmusza widza do wysiłku intelektualnego. To miłe móc wyjść z sali i przez kolejne godziny analizować to co się zobaczyło, doszukując się kolejnych połączeń, odnośników i nawiązań. Ale by tak się stało musi być spełniona jedna, podstawowa zasada: widz musi mieć powód, by przeprowadzić taką analizę. I to jest największy problem najnowszej superprodukcji "Tenet" - jest bezcelowa.

Christopher Nolan przyzwyczaił nas do kina niebanalnego i spektakularnego, przesuwającego granicę osiągnięć kinematografii o jeden krok do przodu. Taka na przykład "Dunkierka" opowiadała w wizjonerski sposób o ważnym wydarzeniu w historii świata. "Interstellar" roztoczył oparte o naukę śmiałe wizje kosmosu, które niedługo później zostały nawet udowodnione. A "Incepcja" zaciekawiła widza bardzo interesującym konceptem "hakowania snów".  Z kolei "Tenet"... Obawiam się, że to film nakręcony dla samej idei pokazania odwróconego przepływu czasu na ekranie. A że nie ma w tym zrozumiałego sensu - oj tam! Tu zaznaczę, że nie mam wątpliwości, że gdyby zacząć analizować "Tenet" ujęcie po ujęciu to okazałoby się, że wszystko jest logiczne. Problem w tym że taka analiza wymagałaby wielu godzin pracy i rozpiski na kilku tablicach naściennych. Oczywiście można się pokusić o taki wysiłek, ale... musi być w tym jakiś cel!

Jedna z postaci mówi w filmie: "Nie próbuj tego zrozumieć - poczuj to". Tylko co dokładnie? Czemu miało służyć takie skomplikowanie fabuły, umieszczanie zwrotów akcji w zwrotach akcji, a także czasowe paradoksy paradoksów? Jeśli Christopher Nolan chciał się popisać jakim bystrym jest scenarzystą to gratuluję, udało mu się - nominacja do Oscara jest bardziej niż pewna. Ale tworzenie sztuki dla sztuki przestaje być sztuką, jeśli nie niesie za sobą odpowiedniego klimatu. Popatrzmy w ten sposób: filmy Davida Lyncha (takie np. "Twin Peaks") też są zakręcone jak jasny gwint, ale podskórnie czuć, że ma się do czynienia z czymś wyjątkowym. "Tenet" z kolei to zwykła szpiegowska strzelanka, tyle że zamotana i powiązana jak węzeł gordyjski. Unikalna w konstrukcji, owszem. Przełomowa dla kina? Nie sądzę.

Ale (jak to mówią wszystko przed "ale" się nie liczy) to wciąż bardzo widowiskowa strzelanka! Nakręcona z wielkim pietyzmem, ze świetnymi zdjęciami, muzyką i scenami akcji - no może za wyjątkiem finalnej bitwy lądowej, która za bardzo przypominała wielki mecz paintballa. Z kolei otwierająca film sekwencja quasi-ataku na teatr w Dubrowce była nieco zbyt realistyczna, bym się poczuł komfortowo (choć przyznaję, że nakręcona jest tip top!). Nie do końca przekonywał mnie też John David Washington w roli głównej - czasami wydawał się być pozbawionym emocji szpiegiem o mentalności robota, a czasami empatycznym herosem z misją ratowania świata. Na szczęście jego przeciwwagą był Robert Pattinson, o którym prawdą jest to co mówią - już na dobre pozbył się łatki idola nastolatek i z wielkim hukiem wszedł do pierwszej ligi Hollywood! Dodatkowo moje ukłony w stronę zjawiskowej Elizabeth Debicki i legendarnego Kennetha Branagha, którego marka mówi sama za siebie. 

Koniec końców wystawiam dla "Tenet" ocenę dostateczną - w górę za jakość wykonania, w dół za zbytnie zakręcenie widza i brak celu powstania tej historii. Niemniej czekam na kolejne dzieła Christophera Nolana, bo jednego możemy być pewni: nie powiedział jeszcze ostatniego słowa!

Wniosek: Widowiskowe, ale zbyt skomplikowane by widz mógł się cieszyć tym filmem.


"Black Mirror" ("Czarne Lustro")

"Black Mirror" ("Czarne Lustro")

O czym to jest: Antologia dystopijnych historii science fiction ukazujących potencjalne, współczesne zagrożenia związane z rozwojem technologii.

czarne lustro serial recenzja netflix

Recenzja serialu:

"Black Mirror" to specyficzna antologia. Tak w zasadzie to bardziej franczyza niż jednolita produkcja. Każdy odcinek to de facto samodzielny film, z innymi aktorami, reżyserami, odmiennym klimatem i przesłaniem. Niektóre epizody wprawdzie przeplatają się drobnymi motywami, ale to bardziej smaczki niż istotne powiązania. Na początku "Black Mirror" powstało jako serial brytyjski, który po dwóch sezonach przejął Netflix, windując go do rangi światowego fenomenu. I choć pod amerykańskim przewodnictwem odcinki straciły nieco na mocy, to nie można im odmówić ciągłego poruszania ważnych kwestii i jak najwyższej jakości wykonania! Gdybym miał opisać całe "Black Mirror" musiałbym omówić każdy odcinek osobno, ale prawdę mówiąc nie wszystkie są tego warte. Dlatego postanowiłem wybrać te - moim zdaniem - najważniejsze lub najlepiej zrobione, których zdecydowanie nie powinno się przegapić! Zaczynamy.

black mirror recenzja netflix
"The National Anthem"
To pierwszy odcinek serialu, a zarazem jeden z najczęściej omawianych, który dodatkowo zapewni widzom naprawdę mocne odczucia. Wielka Brytania, czasy współczesne. Księżniczka, ulubienica ludu (taka aktualna Księżna Diana) zostaje porwana. Porywacz wystosowuje ultimatum - premier kraju ma przed kamerami uprawiać seks ze świnią, albo porwana arystokratka zginie. Z początku absurdalne żądanie zaczyna być poważnie brane pod uwagę, gdy zbliża się ultimatum postawione przez porywacza. Epizod zadaje bardzo interesujące pytania: jak bardzo politycy powinni ulegać żądaniom wyborców? Czy osoba na stanowisku publicznym ma prawo do własnego, prywatnego życia? A może wszystkie "altruistyczne" czyny polityków służą tylko i wyłącznie utrzymaniu się na stołku i dalszym spijaniu śmietanki? Naturalizm odcinka wbija w fotel i wątpię, by pozostawił kogoś obojętnym. Jako dyplomowany politolog mogę po seansie potwierdzić to, do czego byłem już przekonany wcześniej: polityka to bagno i żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie wchodzi do niego dobrowolnie!

black mirror recenzja netflix"The Entire History of You"
To z kolei odcinek, który z całego serialu zrobił na mnie największe, wręcz wstrząsające wrażenie. Sam nie wiem czemu, ale prawdopodobnie dlatego że dotknął najbardziej istotnej dla mnie części człowieczeństwa: prawa do autonomii myśli i prywatności. W tym wypadku niemal wszyscy ludzie na świecie mają wszczepioną w oczy kamerę, którą nagrywają wszystko co widzą. Mogą się potem cofnąć do dowolnego wspomnienia, a także dzielić się nim z innymi. Co jednak gdy te wspomnienia skrywają mroczne tajemnice, a ktoś za wszelką cenę postanowi je odkryć? To przerażająca wizja świata, w której nie da się niczego ukryć, a przecież jak wiemy nawet współcześnie, nie da się żyć z innymi ludźmi w pełnej szczerości - poczytajcie sobie o tym, co robi z człowiekiem schorzenie znane jako koprolalia. Poza tym nie bez powodu istnieje powiedzenie: "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal". Czasem po prostu lepiej nie wiedzieć. Czasu i tak nie da się cofnąć, więc po co się torturować do końca życia?

black mirror recenzja netflix
"Be Right Back"
Epizod porusza kolejny ważny aspekt ludzkiego życia - traumę po stracie ukochanej osoby. Najgorzej jest, gdy tragedia przychodzi nagle, niespodziewanie. Załóżmy, że ktoś wychodzi sobie na spacer i ginie w wypadku. Życie jego bliskich zostaje w tym momencie zawieszone. Co jeśli nie będą w stanie pójść dalej i zapomnieć o tym, kogo zabrał im los? A jeśli technologia pozwoli niejako przywrócić kogoś takiego do życia? Czy to pomoże? A może wręcz przeciwnie? Czy to moralne, by dokonać takiego zmartwychwstania mimo że nieboszczyk nie ma nic do powiedzenia w tej kwestii? I teraz uwaga: aktualnie naprawdę trwają już prace nad tym, by stworzyć cyfrowego awatara, który zreplikuje naszą "świadomość" w oparciu o takie rzeczy jak posty w mediach społecznościowych, wiadomości e-mail etc. To nieco przerażające, prawda? Nie wiem jak wy, ale ja wolałbym chyba by moja śmierć pozostała śmiercią. Kolejna zaleta odcinka: świetna rola Domhnalla Gleesona, bardzo ciekawa w korelacji z jego występem w "Ex Machinie"

black mirror recenzja netflix
"White Bear"
A ten odcinek polecam pod rozwagę wszystkim zwolennikom kary śmierci lub/i tortur dla ciężkich przestępców. Zadaje bardzo ważne pytanie - czy stosowanie okrucieństwa "systemowego" w pełnym świetle jupiterów i w imię "sprawiedliwości" nie zrównuje nas z przestępcami, którzy stosują taką samą przemoc względem swoich ofiar? Wydaje mi się, że zasada "oko za oko" była aktualna tysiące lat temu i od tego momentu rozwój ludzkości poszedł nieco dalej. A może jednak nie? Może wciąż jesteśmy zwierzętami potrzebującymi wyłącznie chleba i igrzysk... Odkąd dawno temu jako wczesny nastolatek obejrzałem w kinie "Zieloną Milę" jestem zagorzałym przeciwnikiem kary śmierci i stoję na stanowisku, że miarą poziomu cywilizacji jest to jak traktujemy innych, słabszych od siebie. I tak, dotyczy to też schwytanych przestępców, zbrodniarzy i bandytów. Czy to znaczy że mamy być wobec nich łagodni i wyrozumiali? Oczywiście że nie! Ale jeśli będziemy odpowiadać ciosem na cios, na pewno nie będziemy od nich lepsi.

black mirror recenzja netflix
"White Christmas"
Ta pozycja nie jest pełnoprawnym odcinkiem jednego z sezonów, a epizodem specjalnym stworzonym zgodnie z tradycją brytyjskiej telewizji emitującej od dekad świąteczne odcinki seriali (jako takie ekstra wydarzenia telewizyjne). Ale nie dajcie się zwieść, bo choć akcja dzieje się w czasie Bożego Narodzenia, to nie ma w sobie nic ze świątecznego, radosnego klimatu... W tej wizji przyszłości ludzie mają możliwość blokowania osób, które uznają za niepożądane. Co to dokładnie znaczy? Nie są w stanie ich zobaczyć ani usłyszeć - widzą jedynie rozmazaną plamę i słyszą cichy szum. Działa to w dwie strony, bo zablokowana osoba nie może też ujrzeć blokującego, ani jego bliskich. Brzmi nienajgorzej, prawda? A co jeśli takiej blokady użyje matka uniemożliwiająca kontakt ojca z dzieckiem? Do czego posunie się desperat, by poznać swoją córkę? Jakie to przyniesie konsekwencje? Finałowy zwrot akcji (i to niejeden!) dosłownie wbija w fotel i zostawia bardzo ponure przemyślenia. Trochę przypomina mi to "Zbrodnię i Karę" Dostojewskiego. Jako kolejny plus doliczę rolę Johna Hamma, którego wybory aktorskie należy śledzić uważnie - i to nie tylko ze względu na "Mad Men".

black mirror recenzja netflix
"Nosedive"
To z kolei chyba mój ulubiony odcinek. To też pierwszy który został wyemitowany, gdy serial przejął Netflix. Główną bohaterką opowieści jest młoda niepozorna dziewczyna (w tej roli jak zawsze rewelacyjna Bryce Dallas Howard), która podobnie jak wszyscy ludzie na świecie żyje wg systemu popularności. Każda integracja z drugim człowiekiem jest oceniania przez jej uczestników systemem gwiazdek. Gwiazdki zaś przekładają się na punkty. Im jesteś popularniejszy/milszy/ładniejszy, tym na więcej gwiazdek i punktów od innych ludzi możesz liczyć. A te przekładają się na konkretne rzeczy: dostęp do dóbr materialnych, miejsc zatrudnienia oraz ogólnie rozumianej społecznej przyszłości. Brzmi przerażająco... Co gorsza - i tu mówię serio - w rzeczywistości Chiny naprawdę pracują nad wdrożeniem podobnego systemu oceny obywatela (tyle że przez państwo, a nie innych ludzi). Oby więc "Nosedive" nie okazał się ponurym zwiastunem na pozór utopijnej, a w rzeczywistości skrajnie dystopijnej przyszłości!

black mirror recenzja netflix
"Shut Up and Dance"
Ten epizod ciężko mi ocenić obiektywnie - wzbudza u mnie bardzo wielki niepokój. Dotyczy kwestii śledzenia w Internecie i związanych z tym konsekwencji. W tej historii grupa ludzi jest szantażowana przez tajemniczą osobę (organizację?), która ma dowody na ich niemoralne, tudzież nielegalne działania. Wykorzystuje ten szantaż, by zmusić ofiary do konkretnych czynności. Na pozór nieszkodliwych: przyprowadź samochód tu, zanieś torbę tam... Potem jednak sprawy eskalują. Jak daleko posunie się człowiek, by ratować swoją reputację? Czy będzie to warte swojej ceny? I w końcu: czy samozwańczy internetowi stróże sprawiedliwości nie są jeszcze większym zagrożeniem niż domniemani "przestępcy"? Jedno jest pewne - i to jest wskazówka dotycząca każdego aspektu życia - jeśli ktoś jest zdolny do szantażu, jest też zdolny do wszystkiego innego. Co ciekawe: w jednej z ról w odcinku wystąpił Jerome Flynn, czyli niepowtarzalny Bronn z "Gry o Tron"!

black mirror recenzja netflix
"San Junipero"
A tu prawdziwe zaskoczenie! Aż do momentu premiery tego epizodu wszystkie historie z "Black Mirror" okazywały się być ponure, niepokojące i wieszczące ponury efekt korzystania z wielu technologii. I nagle taka niespodzianka! W końcu wizja tego, jak we wzruszający i niezwykle humanitarny sposób można poprawić jakość życia. Konkretnie chodzi o kwestię nieśmiertelności, czyli przeniesienia świadomości po śmierci do wirtualnego świata, jakim jest miasto San Junipero. To dobre pytanie o kwestię tego co czyni nas ludźmi: czy jest to nasza fizyczność? A może uczucia i emocje? Może właśnie po wyzbyciu się granic ciała możemy w pełni zrozumieć to, kim jesteśmy? To piękna, wspaniała i wzruszająca historia, świetnie zagrana przez dwie ostatnio popularne aktorki: Mackenzie Davis i Gugu Mbathę-Raw. Co ciekawe, cały odcinek nakręcony jest w odcieniach różu, fioletu i koloru niebieskiego, czyli barw flagi biseksualistów. Nie bez powodu!

black mirror recenzja netflix
"U.S.S. Callister"
Rzecz jasna nie mogłem pominąć tego odcinka! To na pozór po prostu pastisz "Star Treka", bardzo jawny i bliski oryginalnemu serialowi (mam na myśli oczywiście pierwszego "Star Treka" z lat 60.). Ale jest w nim o wiele więcej. Genialny programista Robert Daly jest współtwórcą niezwykle popularnej sieciowej gry online. Jednak jego talent nie przekłada się na życie społeczne: Robert jest odludkiem, od którego inni trzymają się z daleka. W domowym zaciszu tworzy więc oparty na grze świat science fiction, wzorowany na jego ulubionym serialu z lat 60. Ale niestety gra służy Robertowi nie do rozrywki, a do wywierania zemsty: kopiuje bowiem świadomość innych osób do pamięci gry, by w ten sposób - odgrywając rolę tyranicznego kapitana statku kosmicznego - w końcu poczuć się kimś ważnym. "U.S.S. Callister" to historia o walce z tyranią, a także o dwóch twarzach jakie może mieć ta sama osoba: jedną w prawdziwym świecie, a drugą w wirtualnym (wszyscy znamy to aż za dobrze, prawda?). Na koniec z mojej strony słówko o obsadzie: Jesse Plemons ma niebywały talent do grania na pozór zwykłych nieszkodliwych facetów, którzy noszą w sobie najczarniejszy mrok (robił to wcześniej z powodzeniem w "Breaking Bad" i "Fargo"). Świetna rola! 

black mirror recenzja netflix
"Bandersnatch"
O tym samodzielnym filmie pod szyldem "Black Mirror" muszę wspomnieć, ale nie względu na jego treść, ale formę. To bowiem jeden z pierwszych filmów interaktywnych, w których to widz decyduje o przebiegu akcji. Fabuła opowiada o młodym twórcy gier komputerowych w latach 80., który próbuje napisać grę doskonałą, w której - jak w życiu - odmienne decyzje na to samo zdarzenie powodują powstanie różnych wersji przyszłości. W tym wypadku to widz "Bandersnatch" decyduje o losach bohatera. Co jakiś czas fabuła filmu pauzuje w kluczowych momentach (typu: bohater przyjmie propozycję pracy czy nie?), a widz kliknięciem pilota od telewizora decyduje co będzie dalej. Jeśli nie podejmie żadnej decyzji, zostanie pokazane domyślne rozwiązanie. Obejrzałem kilka wersji z różnymi przebiegami fabuły i powiem tyle: żadna nie była na tyle porywająca, by "Bandersnatch" zapisał się na dłużej w mojej głowie. Opcja wyboru była oczywiście ciekawa, ale mówiąc szczerze za bardzo przypominała mi - nomen omen - grę komputerową. A jakbym chciał grać, włączyłbym konsolę. Filmy i seriale ogląda się jednak po coś innego: po to by być biernym, a nie aktywnym. Dlatego sądzę jednak, że film zawsze pozostanie filmem, a gra grą. Może to i lepiej!

black mirror recenzja netflix
"Rachel, Jack and Ashley Too"
I dotarliśmy do - póki co - finalnego odcinka "Black Mirror", który wieńczy niestety najsłabszy piąty sezon. Wspominam o nim ze względu na ciekawą rolę Miley Cyrus, która rozprawia się w nim niejako z własnym życiem (czytaj: nastoletnich gwiazd muzyki, wciągniętych w wir celebryctwa znacznie wcześniej, niż były na to gotowe). Mówiąc szczerze znacznie więcej jest tu odniesień do Britney Spears niż do samej Miley, zwłaszcza w kontekście ostatnich doniesień medialnych (poczytajcie sobie o ruchu #FreeBritney). Ale na szczęście ta historia nie jest kolejną ponurą wizją świata z którego nie ma wyjścia i ucieczki. To wbrew pozorom całkiem niezła komedia, pokazująca że siła ludzkiego ducha potrafi zmierzyć się z największymi przeszkodami. Nawet nie wiem czy jest tu mowa o globalnym zagrożeniu technologicznym - o dziwo tym razem chyba nie. No chyba że uznamy za zagrożenie wyzysk ludzi przez showbiznes, to wtedy tak... Z drugiej strony większość ludzi marzy o tym by być sławna, prawda? A to jednak ma swoją cenę.

Na chwilę obecną to koniec serialu "Black Mirror". Wg jego twórcy świat jest aktualnie wystarczająco ponury, że nie ma potrzeby tworzyć kolejnych dystopijnych wizji rzeczywistości, więc kolejnych odcinków nie ma w planach. Ale kto wie, świat się zmienia, technologia też... Być może za kilka lat "Black Mirror" powróci, by udzielać nam nowych lekcji i ostrzeżeń? Pożyjemy, zobaczymy.

Wniosek: Niektóre odcinki są wstrząsające i bardzo dają do myślenia. A niektóre to po prostu dobra rozrywka!


"Star Trek: Picard"

"Star Trek: Picard"

O czym to jest: Emerytowany admirał Picard wyrusza w swoją ostatnią misję.

star trek picard serial amazon patrick stewart

Recenzja serialu:

Ostatnie czego bym się spodziewał po klasycznej serii "Star Trek" to obwieszczenie, że Patrick Stewart po 18 latach od premiery filmu "Nemesis" powróci do roli Jean-Luc Picarda! Na szczęście życie jest pełne niespodzianek i niedawny renesans serialowego "Star Treka" rozpoczęty przez "Discovery" przyniósł również kolejne kosmiczne przygody Federacji Zjednoczonych Planet, kontynuujące akcję "do przodu", a nie "do tyłu" w linii czasowej, śmiało idąc tam, gdzie nikt nie poszedł wcześniej!

Moja ogólna ocena jest jak najbardziej pozytywna. Twórcy serialu wykonali kawał solidnej roboty, tworząc 10-odcinkową opowieść puszczającą oko zarówno do wieloletnich fanów jak i nowych widzów znających wyłącznie trekowe filmy i seriale, które powstały w ostatnich latach. Głównym zrębem fabuły jest kwestia sztucznej inteligencji (androidów), którą po raz pierwszy poruszono w "The Next Generation" za pomocą postaci komandora Daty. Tutaj jego wątek - teoretycznie zakończony w "Nemesis" - ma swój ciąg dalszy i jestem pod wrażeniem jak bardzo konsekwentnie go poprowadzono. Głównymi złoczyńcami po raz kolejny zostali Romulanie, choć nie wszyscy, czego dowodem jest postać romulańskiego ninja Elnora, wiernie towarzyszącego Picardowi w jego kosmicznych zmaganiach. Cieszę się również, że nie zapomniano o Borgach, najlepszym wrogu jakiego wydało to uniwersum - i to jeszcze w jakim stylu! Powrót takich postaci jak Seven of Nine z "Voyagera" czy Hugh ze wspomnianego "The Next Generation" musiał wzbudzić entuzjazm każdego fana wychowanego na oryginalnych produkcjach. Ale to oczywiście nie są dokładnie te same, szablonowe postacie, które mogły z powodzeniem istnieć w latach 80 czy 90. "Picard" jest bowiem trekowym serialem na miarę drugiej dekady XXI wieku. Każda z postaci ma swoje demony i dylematy moralne, a także sporo za uszami (z morderstwem i alkoholizmem włącznie). Nawet sam posągowy Picard, tu postawiony przed obliczem nieuchronności starości i śmierci, mierzy się z grzechem własnej arogancji, który kosztował życie miliardów istot. Jako widz właśnie tego oczekuję od "Star Treka" - stawiania poważnych pytań i filozoficznych rozważań adekwatnych do współczesności. Czapki z głów panie i panowie twórcy!

Na koniec specjalne ukłony kieruję rzecz jasna do samego Patricka Stewarta, który udowadnia że jest jednym z najlepszych klasycznych aktorów "starej gwardii", łączącym w sobie wszystkie zalety teatru i telewizji. Gładko wrócić w buty tej samej postaci po niemal dwóch dekadach - to potrafią tylko prawdziwi fachowcy. I choć oczywiście "Picard" ma swoje wady, dłużyzny, pewne skróty fabularne czy jazdę po schematach, to jedno jest pewne - wespół z "Discovery" przywrócił życie temu wspaniałemu uniwersum, które (mam nadzieję) potrwa kolejne kilka dekad. Live long and prosper!

Wniosek: Świetna produkcja, łącząca w sobie zalety "Star Treka" ze wszystkich epok.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"Ad Astra"

"Ad Astra"

O czym to jest: Astronauta wyrusza w kosmos, by odnaleźć zaginionego ojca.

ad astra film recenzja brad pitt tommy lee jones

Recenzja filmu:

No to się Brad Pitt rozkręcił! Ledwo z afiszy zeszło „Once Upon a Time in Hollywood”, a tu już na ekranach film science fiction, w którym Brad Pitt wyrusza w kosmos, by odnaleźć Tommy’ego Lee Jonesa. „Ad Astra” prezentuje ostatnio modny temat realistycznych filmów SF, w którym eksploracja kosmosu przedstawiona jest zgodnie z zasadami nauki i przewidywalnych kierunków rozwoju technologicznego (zainteresowanym tematyką polecam przede wszystkich arcydobry serial „The Expanse”, ale też takie hity jak np. „Interstellar”). 

Ale nie dajcie się zwieść pozorom – choć zabrzmi to kuriozalnie, „Ad Astra” nie jest filmem o kosmosie. To niezły paradoks, bo przecież cała akcja dzieje się w Układzie Słonecznym, zaczynając od ziemskiej orbity, przez Księżyc, Mars aż do Neptuna. Mimo to głównym wątkiem fabuły są relacje, a konkretnie emocjonalna więź między ojcem a synem. Więź dodajmy raczej platoniczna, bowiem w tym filmie ojciec (Tommy Lee Jones) lata temu wyruszył w kosmos, by na orbicie Neptuna obserwować dalekie układy planetarne w poszukiwaniu obcych cywilizacji. Żyjący w jego cieniu syn (Brad Pitt), który by zadowolić nieobecnego rodziciela sam został astronautą, odbywa pełną trudów i udręk podróż, by zmierzyć się ze swoim nemesis. Podróż, dodajmy, zarówno wewnętrzną jak i rzeczywistą. Z tego też powodu część dialogów to myśli głównego bohatera słyszane z offu, przypominające mi nieco styl filmów Terrenca’a Malicka. Muszę przyznać że Brad Pitt odwalił kawał dobrej roboty – grał oszczędnie, bez zbytniej ekspresji, w stylu wiarygodnym dla astronauty-żołnierza, który niczym współczesny Jonasz doświadcza odysei w brzuchu wieloryba. Jest w tym spora doza psychologicznej głębi, co zadowoli widzów lubujących się w wysmakowanych dramatach obyczajowych. 

A co z twardogłowymi fanami science fiction? I dla nich przewidziano coś atrakcyjnego. Wizja Księżyca skolonizowanego przez różne państwa, gdzie kopalnie surowców toczą ze sobą regularne wojny, a wśród kraterów czają się piraci, bardzo do mnie przemówiła. „Ad Astra” prezentuje dość ponurą i dystopijną wizję kolonizowania kosmosu, gdzie jak na Dzikim Zachodzie w bólach i krwi wykuwa się nowy świat. Zgodnie z tym dogmatem ludzie opuszczając Ziemię zabrali ze sobą wszystkie swoje problemy, tyle że na większą skalę. I jeśli pomyślimy logicznie – czemuż miałoby być inaczej? Cukierkowa wizja „Star Treka”, gdzie wszyscy Ziemianie w utopijnej zgodzie niosą innym cywilizacjom kaganek oświaty wydaje się być zbyt naiwna. Stąd też obecna w „Ad Astrze” kolonia na Marsie, gdzie panuje dekadencki, surowy klimat syberyjskiego gułagu, czyli miejsca skąd nie ma ucieczki i gdzie nie ma przyszłości. To również coś nowego – do tej pory widziałem takie rzeczy tylko w „The Expanse”. Polecam! 

A teraz mój największy zarzut – i będzie nim kolejny paradoks. „Ad Astra” ma za dużo akcji! Takie kino o wiele bardziej sprawdziłoby się jako monodram, coś jak „Moon”, gdzie narracja praktycznie nie wychodziła z głowy głównego bohatera. A tymczasem dostaliśmy pościg łazikami na Księżycu (może i efekciarski, ale serio – nikt nie pomyślał by opancerzyć te pojazdy i dać choć minimum ochrony załogom przed piratami?), strzelaniny na statkach kosmicznych, zmutowane małpy i finalny surfing w pierścieniach Neptuna, przypominający lot gaśnicą w „Grawitacji” albo dziurawym kombinezonem w „Marsjaninie”. Było to moim zdaniem niepotrzebne i na odległość pachnące hollywoodzkim kiczem. Trochę tak, jakbyście dostali wspaniale skomponowaną sałatkę i zalali ją z wierzchu słoikiem majonezu. Ani to smaczne, ani zdrowe! 

Z „Ad Astra” można było wyciągnąć więcej. Mimo to wciąż stanowi ciekawy kawałek kina, z dystopijnym przesłaniem, który jednak pozostawia na końcu mały promyk nadziei na lepszą przyszłość. A, cytując klasyka, nawet najmniejsze światło może pokonać ciemność!

Wniosek: Niezłe kino psychologiczne, choć momentami zbyt sztampowe.


"Spider-Man: Far From Home" ("Spider-Man: Daleko od Domu")

"Spider-Man: Far From Home" ("Spider-Man: Daleko od Domu")

O czym to jest: Spider-Man ratuje świat.

spiderman daleko od domu film tom holland

Recenzja filmu:

Zdałem sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach Jest Kultowo przykrył kurz – żadnych nowych recenzji! Zaległości zrobiło mi się całkiem sporo. Więc czas zacząć nadrabiać! Zacznijmy od ostatniego „Spider-Mana”, który od czasu premiery zdążył już wylecieć z „Marvel Cinematic Universe”, a potem triumfalnie powrócić. I całe szczęście, bo wyrzucenie poza nawias Petera Parkera w wykonaniu Toma Hollanda byłoby dla Marvela ogromną stratą. 

Po pierwsze Spider-Man jest chyba drugim – po Batmanie – najpopularniejszym superbohaterem na świecie. Taka pozycja zobowiązuje. Dodatkowo Tom Holland idealnie pasuje do tej roli, oczywiście nic nie ujmując dokonaniom Andrew Garfielda w „The Amazing Spider-Man”. Holland ma w sobie doskonałą mieszankę werwy, iskry, talentu i młodości, która czyni go chyba najsympatyczniejszym bohaterem komiksowego uniwersum Marvela. To, plus atrakcyjna fabuła z niebanalnym zwrotem akcji, powoduje że „Far From Home” to chyba najlepsza kinowa przygoda Spider-Mana jaką do tej pory widziałem. A że dzieje się w europejskich realiach – w to mi graj! Praga, Berlin, Wenecja, Londyn – cóż za miła odmiana po ogranym do bólu Nowym Jorku czy San Francisco! 

„Far From Home” prawdopodobnie nie ma wielu słabych punktów. Oczywiście nie jest to arcydzieło na miarę całego worka Oscarów, tylko po prostu perfekcyjnie nakręcone kino rozrywkowe. Od pierwszej do ostatniej chwili nie traci tempa ani animuszu, a finalny zwrot akcji powinien zadowolić nawet największych malkontentów. Mimo że głównymi bohaterami są nastolatki, ani przez moment nie czułem że oglądam kino dla młodzieży. Wiek aktorów dodawał odpowiedniej dozy humoru, może i bazującego na prostych komediach sytuacyjnych, ale nie mniej przez to zabawnego. Ciekawym wydawał się być motyw wielkiego cienia Iron Mana, który pozostał na świecie po „Endgame”. To w jaki sposób Peter Parker musi dorosnąć do roli, jaką dał mu świat, jest bardzo intrygujące i wiarygodnie pokazane. Aż żal że w Marvelu nie pokazali nigdy tego, jak stawiał pierwsze kroki jako Spider-Man – chętnie bym to zobaczył, choćby w jakimś flashbacku. 

Muszę jeszcze wspomnieć o Mysterio – w tej roli przezabawny Jake Gyllenhaal. Nie mogę się nadziwić talentowi scenarzystów Marvela do przedstawiania najbardziej kuriozalnych postaci z kart komiksów w taki sposób, że ma to znamiona wiarygodności. No bo pomyślmy, jak realistycznie pokazać wirtuoza-czarodzieja, chadzającego w nastroszonej pelerynie i wielkiej szklanej kuli na głowie? A zapewniam, da się! I to jeszcze w kontekście, który zadaje słuszne pytania o nowoczesne technologie i idące z nimi zagrożenia. Brawo! 

I na samym końcu wyrazy uznania kieruję za sceny po napisach, chyba najlepsze jakie widziałem do tej pory w tym uniwersum. Cóż za cliffhanger! Chcę więcej!

Wniosek: Zdecydowanie to najlepszy "Spider-Man", jakiego nakręcono!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger