O czym to jest: Zgorzkniali detektywi rozwiązują makabryczną zagadkę kryminalną.
Recenzja serialu:
"True Detective", podobnie jak "Fargo", to serial-antologia. Co to oznacza? Każdy sezon ma mieć osobnych bohaterów, fabułę i lokalizację, jednak z zachowaniem takiego samego klimatu. W przypadku wspomnianego "Fargo" udało się to rewelacyjnie! "True Detective" jest pod tym względem niestety bardziej nierówny. Żeby wyjaśnić dokładniej o co chodzi, opiszę każdy sezon osobno.
SEZON 1
WOW. Tymi trzema literkami mogę skomentować poznanie serialu "True Detective". HBO po raz kolejny udowodniło, że dawno temu zdeklasowało BBC w wyścigu o najlepsze produkcje telewizyjne. Cieszę się, że uwielbiany przeze mnie gatunek filmów w apokaliptycznym klimacie z psychopatycznym mordercą w tle ma się dobrze. Ten serial nie jest tak dobry jak na przykład "Siedem", ale naprawdę jest niezły. Przenosi nas do malarycznej Luizjany, pełnej bagien, spoconych drzew i najgorszego rodzaju rednecków, tzw. white trash, efektu wielopokoleniowego chowu wsobnego. Południe Missisipi zawsze było kanwą świetnych produkcji, więc i tym razem lokalizacja gwarantowała sukces. Choć niby już to wszystko widzieliśmy.
Sprawdźmy, czy serial spełnia wszystkie wymogi gatunku: mamy apokaliptyczny klimat, psychopatycznego i filozofującego czuba mordercę (i pedofila na dodatek), zniszczonego życiem detektywa (a nawet dwóch) i zagadkę, którą może rozwiązać tylko wydalony ze służby policjant. Wszystko się zgadza. Ale mimo powtarzalności schematu, konstrukcja fabuły jest bardzo udana i trzyma w napięciu. Większość zasługi należy przypisać grającemu główną rolę Matthew McConaughey'owi, który (znowu!) udowodnił, że jest jednym z liderów wśród najlepszych aktorów współczesnego kina. Co za kreacja! Była tak dobra, że partnerujący mu Harrelson, mimo że równie świetny, wręcz ginął w jego obecności. McConaughey był tak zniszczony życiem, struty, depresyjny i przejmujący, że aż się robiło przykro. Jego postać sprawiała wrażenie, że śmierć (najlepiej gwałtowną) powita z ulgą. A to, co spotkało go na końcu, paradoksalnie było chyba najlepszym, co mógł dostać.
Oczywiście były tu pewnego rodzaju niedopatrzenia - powiedziałbym, że fabułę udało się zamknąć w 85%, zamiast w 100%. Zabrakło mi trochę rozwikłania wątku pedofilskiej szajki, kultu Żółtego Króla i pogłębienia znaczenia Carcosy. Trudno stwierdzić dlaczego. Niemniej zdecydowanie polecam te osiem odcinków pierwszego sezonu "True Detective" - to naprawdę pierwszorzędny kryminał z pełnokrwistymi postaciami.
Wniosek: Pierwszy sezon jest po prostu kultowy. Perfekcja rodem z HBO.
SEZON 2
Po wspaniałym, niepowtarzalnym pierwszym sezonie, dotarliśmy do drugiej części "True Detective". Poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko, zarówno pod względem fabuły, jak i gry aktorskiej. Wiem, że próba stworzenia drugiego sezonu w takim samym apokaliptycznym klimacie, z seryjnymi mordercami czającymi się na bagnach Luizjany, była skazana na porażkę. Dlatego też scenarzyści zmienili lokalizację na wielką aglomerację Los Angeles, rozszerzyli listę głównych bohaterów do czwórki (z czego trójki detektywów) i zamienili seryjne morderstwa w konglomerat układów korupcyjno-biznesowych. Efekt? Niestety niewypał.
Drugi sezon "True Detective" jest po prostu nudny! Przegadany, przeintelektualizowany, źle napisany i pozbawiony tempa. Z czwórki głównych bohaterów interesujący był wyłącznie Colin Farrell grający skorumpowanego, pogrążonego w nałogach detektywa. Partnerująca mu Rachel McAdams - choć poprawna - nie wnosiła swoją kreacją niczego, czego nie widzieliśmy w innych serialach o "detektywach z problemami". Z kolei trzeci policjant grany przez Taylora Kitscha okazał się być absolutnie zbędny w przebiegu fabuły. Nie mam zielonego pojęcia, po co w ogóle pojawił się na ekranie. Vince Vaughn grający emerytowanego gangstera, który próbuje się odnaleźć w pełnym układów legalnym biznesie, również okazał się być niewypałem, głównie z powodu koszmarnie długich, psychologiczno-filozoficznych monologów, wygłaszanych z brakiem jakiejkolwiek charyzmy. Oglądając drugi sezon "True Detective" czekałem w końcu, aż coś zacznie się dziać - ale niestety, z wyjątkiem znakomitej strzelaniny na koniec czwartego odcinka, praktycznie nic się nie wydarzyło. Nawet finał był bez wyrazu i bez katharsis, jakie otrzymaliśmy chociażby w pierwszym sezonie.
Drugi sezon nie wniósł niczego do świadomości widza, poza tym że policja jest skorumpowana, detektywi piją, ćpają i się łajdaczą, politycy biorą w łapę, a cały świat to bagno. Cóż, nic odkrywczego! Takie produkcje takie jak "Sicario" udowadniają, że można to pokazać lepiej. I nie trzeba na to aż ośmiu odcinków.
Wniosek: Przegadane i nudne. Zmarnowany potencjał na dobry kryminał.
SEZON 3
Po rozczarowującym drugim sezonie „True Detective” przed twórcami stanęło karkołomne zadanie stworzenia kolejnego sezonu opowieści, który dorówna geniuszowi pierwszego – zarówno pod względem fabuły, jak i aktorstwa. W tej ostatniej kwestii nie szczędzono pieniędzy i postawiono na naprawdę ciężką artylerię. Mahershala Ali jest aktorem na fali. Dopiero co zgarnął prawie pod rząd dwa Oscary (za „Moonlight” i „Green Book”), co podkreśla jego niezwykły talent. Można się było spodziewać, że jego angaż okaże się strzałem w dziesiątkę. I faktycznie, bo Ali wspaniale pasuje do roli detektywa z traumami, nawiedzanego przed duchy przeszłości. I to dosłownie, bo trzeci sezon „True Detective” dzieje się w trzech liniach czasowych naraz – latach 80., 90. i czasach współczesnych, co dało niezwykłą okazję pokazania trzech oblicz głównego bohatera. I wszystko to z zachowaniem cechującego ten serial apokaliptycznego, dystopijnego klimatu.
Co ciekawe, to nie zbrodnia jest tu główną osią fabuły, a raczej samo śledztwo i dochodzenie do prawdy. Ideą przewodnią wszystkich sezonów „True Detective” jest policjant z krwi i kości, który nie ustaje w wysiłkach, póki nie rozwikła zagadki. Oczywiście popełnia przy tym masę błędów, ma też ogromną liczbę wad – ale któż ich nie ma? Idąc tym tropem Mahershala Ali stworzył postać detektywa Haysa, introwertycznego weterana z Wietnamu, który prze przed siebie jak taran, nie zważając na skutki uboczne swoich czynów. Jego partnerem jest cyniczny, zdroworozsądkowy detektyw West (w tej roli dość mało znany aktor Stephen Dorff, który mam nadzieję zaliczy po tym występie awans w rankingu popularności). Muszę przyznać, że ta dwójka to jeden z moich ulubionych klasycznych zespołów detektywistycznych klasy czarny/biały policjant. Chemię było widać już od pierwszej sceny!
Co do osi fabuły, to aby nie spoilerować powiem bardzo oględnie: na amerykańskiej prowincji w latach 80. znika dwójka dzieci. Prowadzone śledztwo coraz dobitniej pokazuje, że w tej sprawie nic nie jest takie jak się wydaje, a prawdziwa zbrodnia leży zupełnie gdzie indziej. I choć na rozwiązanie zagadki bohaterom tej opowieści przyszło czekać prawie całe życie, to dla widza jest to zaledwie osiem odcinków dobrego, solidnego kryminału z satysfakcjonującym zakończeniem. Dzięki temu trzeci sezon „True Detective” nie jest może aż taką rewelacją jak pierwszy, ale jeśli tylko twórcy nie zboczą ponownie z obranej drogi i utrzymają klimat, mogą kręcić kolejne. Trzymam kciuki!
Wniosek: Bardzo dobre i klimatyczne. Serial wrócił do formy!
SEZON 4
Długo czekaliśmy na powrót "True Detective" na ekrany, oj długo! Na szczęście - było warto. Powroty w takim stylu są zawsze mile widziane. Zawsze powtarzam że lepiej dostać rzadziej, ale lepiej, niż na odwrót. Nie widzę problemu w tym, by kilka lat czekac na kolejny sezon, zwłaszcza że mamy tu doczynienia z antologią, w której sezony są od siebie niezależne. A więc, drodzy twórcy - czekam na więcej, ale nie spieszcie się, dostarczcie swój produkt dopiero wtedy, jak będziecie naprawdę gotowi.
Po raz pierwszy w historii tego serialu sezon dostał własny podtytuł: "Night Country", co można przetłumaczyć jako "kraina nocy". I to by się zgadzało, jako że akcja sezonu dzieje się na Alasce podczas nocy polarnej. Śnieg, mróz, horror, groza - brzmi znajomo? Jeśli przychodzą Wam do głowy takie tytuły jak "The Thing", "Twin Peaks", "The Terror" czy "Fargo", to bardzo dobre skojarzenie. Cały sezon to właściwie skrzyżowanie wspomnianego "Twin Peaks" i "Mare of Easttown". Co wcale nie jest zarzutem - bo jak zżynać, to od najlepszych! Nie da się jednak zaprzeczyć, że takiej ilości metafizyki na ekranie nie powstydziłby się David Lynch, a kreacja Jodie Foster należy tu do jednej z najlepszych w karierze - a to coś znaczy dla aktorki takiego kalibru jak ona. Wyszedł z tego w zasadzie bardziej horror niż policyjny thriller, czego się w sumie nie spodziewałem, ale może to i lepiej. Po tylu obejrzanych produkcjach ciężko mnie zaskoczyć i miło mi, gdy komuś się to udaje.
Intryga, którą rozpoczyna groteskowe morderstwo/samobójstwo grupy polarnych naukowców, poprowadzi nas na znajome klimaty skorumpowanych policjantów, korporacyjnej chciwości, wyzysku środowiska naturalnego, ucisku autochtonicznej ludności etc., czyli wszystkiego czego spodziewamy się po "True Detective". W rolach głównych cyniczna Jodie Foster jako miejscowa komendantka policji, towarzysząca jej innuicka partnerka po przejściach i młody policjant z talentem do zawodu. Tradycyjnie nie zdradzę Wam jak się skończyła historia, ale gwarantuję, że wszystkie tajemnice zostały rozwikłane. Nie licząc tych metafizycznych, ale warto zostawić w życiu trochę miejsca nie niewyjaśnione, nieprawdaż?
Wniosek: Kultowe jak pierwszy sezon! Absolutna rewelacja!
O czym to jest: Przygody chamskiego szefa z piekła rodem i jego umęczonego zespołu pracowników.
Recenzja serialu:
Zanim świat poznał i zachwycił się amerykańską wersją serialu "The Office", widzowie na całym świecie mieli okazję poznać brytyjski oryginał. Porównanie obydwu produkcji wypada niezwykle blado dla amerykańskiego remake'u - o ile stawiamy je obok siebie w tej samej kategorii. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest następująca: brytyjski serial to pełnokrwisty dramat obyczajowy z elementami humorystycznymi, które głównie pochodzącą z szoku, jakiego doznają widzowie obserwujący to, co się dzieje na ekranie. Z kolei amerykańska wersja (nie licząc pierwszych odcinków, które próbują naśladować brytyjski styl) to po prostu zwykły sitcom. Udany oczywiście, niezwykle popularny i przez to kultowy... ale jednak sitcom. Z kolei prawdziwe "The Office" przedstawia niepokojący horror, jakiego może doświadczyć każdy z nas, kto trafi na szefa o mentalności buzującego hormonami gimnazjalisty.
Pracowałem w swoim życiu w dziewięciu firmach (i to pewnie nie koniec). Miałem więc różnych szefów. Każdy miał jakieś wady, a paru było po prostu tak tragicznych, że nie dało się z nimi wytrzymać nawet paru minut w jednym pokoju. Do tej kategorii zalicza się główny bohater serialu David Brent - w tej roli zbierający zasłużone laury Ricky Gervais, dla którego była to przepustka do globalnej sławy. Brent jest chamem, seksistą, szowinistą, ksenofobem, prawdopodobnie rasistą, oszustem, leniem, arogantem, narcyzem, samolubem oraz zwykłym głupkiem. I co ciekawe przy tym wszystkim... nie jest złym człowiekiem. On po prostu nie potrafi inaczej, bo w swym postępowaniu nie widzi nic złego - mało tego, uważa się za najlepszego i ukochanego szefa! Tacy ludzie są najgorsi, prawda?
Dodam że prócz Gervaisa na ekranie zobaczycie jeszcze dwa wielkie nazwiska: Martina Freemana (który dzięki tej roli dostał angaż w "Hobbicie") oraz Mackenziego Crooka. Wspólnie - z grupą innych postaci drugoplanowych - tworzą prawdziwie wybuchową mieszankę charakterów. I co ważne, ktokolwiek pracował w jakimś większym biurze lub korporacji, ten odnajdzie wśród nich archetypy osób które zna w prawdziwym świecie! Mnie z całą pewnością seans kosztował co najmniej kilka wycieczek do świata wspomnień z miejsc pracy, do których dobrowolnie wolałbym nie wracać. Ale co poradzić - takie jest życie!
Polecam każdemu z Was zapoznać się z brytyjskim "The Office" - to zaledwie 16 krótkich odcinków czystego złota, które przeora każdego do szpiku kości. Polecam również nakręcony po latach pełnometrażowy film "David Brent: Life on the Road" gdzie poznajemy dalsze losy głównego bohatera i to, jak potoczyło się jego życie. Warto!
Wniosek: Przerażająco realistyczne. Doskonały i głęboko niepokojący serial!
O czym to jest: Antologia krótkich anime osadzonych w uniwersum Star Wars.
Recenzja serialu:
Jeśli ktoś interesuje się "Star Wars" i zna historię co i kiedy wpłynęło na George'a Lucasa by w latach 70. stworzył to uniwersum, ten wie że jednym z głównych (jeśli nie najważniejszym) źródłem inspiracji było dla niego japońskie kino o samurajach. A konkretnie kinematografia Akiry Kurosawy z "Ukrytą Fortecą" na czele. Zatem szukanie nawiązań do japońskiej kultury w jego produkcjach nie jest wcale trudne: Rycerze Jedi są jak samuraje, Darth Vader jak zły szogun, a i w scenografii czy kostiumach aż roi się od wizualnych zapożyczeń (ikoniczna sukienka Leii przecież wygląda jak kimono). Zatem Disney, tworząc obecnie antologię anime w 100% osadzoną i nawiązującą do Kraju Kwitnącej Wiśni sięgnął tak głęboko do oryginalnego źródła, jak to tylko możliwe.
Od razu zaznaczę: nie jest to produkcja kanoniczna, a to oznacza że zawarte w niej przygody nie wpisują się w oficjalną chronologię innych filmów i seriali. To jednak nie oznacza, że brakuje w nich ducha "Star Wars" - wręcz przeciwnie! Ten dość rozsądny zabieg pozwolił twórcom, mistrzom kina anime, na nieskrępowaną wolność twórczą. Dostarczone przez nich 9 odcinków różni się animacją, stylem, tempem czy powagą fabuły, ale wszystkie z nich to pierwszorzędne anime, któremu nie brakuje klimatu przygód z odległej galaktyki. Osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem anime, dlatego też nie stanowię oczywistego targetu tego serialu. Ale jako wieloletni fan-weteran "Star Wars" z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że trzy odcinki z dziewięciu zasługują na szczególną uwagę.
Najlepszym z nich jest bez wątpienia "The Elder" - to "Star Wars" w czystej postaci. Mistrz Jedi wraz z uczniem przybywają na odległą planetę, gdzie muszą zmierzyć się z antycznym czarownikiem (Sithem?) z dawnych czasów. To doskonała przygoda, która w pełni rozumie klimat space opery jaką są "Star Wars". Drugą i chyba najbardziej znaną pozycją jest "The Duel", zjawiskowe czarno-białe anime o Jedi-roninie, który mimowolnie broni wioski przed grupą maruderów prowadzonych przez kobietę-Sitha. A trzecią i chyba najciekawszą pozycją jest "The Ninth Jedi", które z powodzeniem mogłoby być zalążkiem czwartej trylogii kinowych Epizodów, dziejącą się setki lat po poprzednich filmach. Ach dużo bym dał żeby włodarze Disney'a wpadli na ten sam trop! I dla tych trzech odcinków warto zapoznać się z całym "Star Wars: Visions".
Niestety jeśli nie jesteście fanami "Star Wars", a i stylistyka anime nie jest Waszą ulubioną, to obawiam się że "Visions" może być dla was stratą czasu. Ja bawiłem się dobrze, ale głównie dlatego że to "Star Wars". W innym wypadku, niestety, darowałbym sobie seans - co już o czymś świadczy.
Wniosek: Niektóre odcinki rewelacyjne, ale całość jednak tylko dla fanów.
O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.
Recenzja serialu:
Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.
"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!
"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!
"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?
"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.
"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!
"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.
"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.
"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.
"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!
"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!
"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!
"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.
"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!
"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...
"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!
"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!
"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!
"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!
"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!
"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!
Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!
O czym to jest: Popularny prezenter telewizji śniadaniowej zostaje oskarżony o wieloletnie molestowanie seksualne.
Recenzja serialu:
Jeśli istnieje serial, który powinien być obowiązkową pozycją dla wszystkich nowych pracowników w dużych korporacjach (zwłaszcza dla kobiet) - to jest nim "The Morning Show". Nie spotkałem się póki co z inną pozycją, która tak wiarygodnie i przede wszystkim niejednowymiarowo opisuje ten problem. Myśląc: molestowanie seksualne w wykonaniu przełożonego, odruchowo myślimy o obleśnym dyrektorze czy prezesie, który obłapia zapłakane pracownice w schowku na szczotki lub zaciszu własnego gabinetu. Tymczasem prawda i rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana - bo i ludzie są skomplikowani! Nic nie jest czarno-białe i każdy aspekt zdarzenia trzeba analizować razem i osobno. Może finalnie dojść do tego, że teoretycznie ktoś nie zrobił ani jednego jawnie złego wykroczenia, ale całościowo jego zachowanie będzie zasługiwało na najwyższe potępienie. O tym opowiada "The Morning Show".
Oto Mitch Kessler (w tej roli jak zawsze rewelacyjny Steve Carell), ulubieniec Ameryki od dwudziestu lat i najpopularniejszy prezenter telewizji śniadaniowej, zostanie oskarżony o molestowanie seksualne na fali ruchu #metoo. Świat staje na głowie. Jak się wkrótce okaże, medialna bomba dosięgnie każdego z kim Kessler pracował, wliczając w to całą obsadę tytułowego telewizyjnego show, ze wskazaniem na jego wieloletnią partnerkę, ambitną i histeryzującą Alex Levy (fantastyczna Jennifer Aniston). Producenci próbują ratować sytuację, zatrudniając w miejsce Kesslera niepokorną i obdarzoną niewyparzonym językiem Bradley Jackson (w tej roli niepodważalna gwiazda amerykańskich seriali Reese Witherspoon). Dynamika między tym trio, biurowe tajemnice, wieloletnie szkielety w szafach, układy, spiski, korupcja i fantastycznie złośliwy, przypominający uśmiechniętego diabła producent Cory Ellison (zasłużenie nagrodzony statuetką Emmy, absolutnie przebojowy Billy Crudup) - to przepis na prawdziwy hit telewizji! W końcu jak to mówią "show must go on" i im dynamiczniej, tym lepiej dla oglądalności, prawda?
Ale nie o samą akcję chodzi w tym serialu, ale przede wszystkim o przesłanie. Historia upadku Mitcha Kesslera to lustrzane odbicie prawdziwych historii jakie dzieją się w korporacjach na całym świecie, również w Polsce (pamiętacie Kamila Durczoka i zakończenie jego TVN'owej kariery?). To opowieść o tym że złe są nie tylko czyny, ale również klimat sprzyjający nadużyciom, w którym pokrzywdzeni będą siedzieć cicho w imię kariery i źle pojętej lojalności. Co istotne, sam Kessler z odcinka na odcinek coraz bardziej rozumie co zrobił, choć jest to niezwykle kosztowna lekcja. A ludzie z którymi pracował? Jedyną sprawiedliwą w tym towarzystwie wydaje się być przyjęta z zewnątrz Bradley, choć i ona ma swoje własne demony i ambicje. Pozostawia to w nas pytanie: czy w świetlne wielkich pieniędzy i karier na globalną skalę da się ocalić moralność?
Pierwszy sezon "The Morning Show" to pozycja absolutnie obowiązkowa. Drugi, zahaczający już o rzeczywistość COVID'u i początki pandemii, jest nieco gorszy choć dobrze kończy pewne wątki (aczkolwiek mógłby i powinien być krótszy). Sam nie wiem czy trzeba i należy kręcić dalsze odcinki, bo wszystko co ważne zostało już powiedziane. Miejmy nadzieję, że niektórzy widzowie wyciągną z tej historii odpowiednie wnioski.
Wniosek: Bardzo wiarygodne przedstawienie tego jak może wyglądać molestowanie w miejscu pracy - i jak z nim walczyć.
O czym to jest: Alternatywne wersje najsłynniejszych filmów uniwersum Marvela.
Recenzja serialu:
No muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem! Gdy usłyszałem że kręcą animowany serial z uniwersum Marvela, w którym przedstawią alternatywne wersje filmów z cyklu, byłem co najmniej sceptyczny. O jak bardzo się myliłem! Ten serial to najlepsze co spotkało to uniwersum od wielu lat. Jest po prostu doskonały!
Sam nie wiem od czego zacząć pochwały. Fabularnie każdy odcinek opowiada nieco inną wersję znanych nam filmów, zamieniając miejscami postacie lub kluczowe wydarzenia. I tak oto Kapitan Ameryka staje się kobietą, Czarna Pantera zmienia w Star-Lorda, Doktor Strange schodzi na złą drogę, Spider-Man walczy z zombie, a Ultron podbija cały świat i nie tylko... Co istotne, wszystkie te opowieści łączą się w jedną fabułę w ostatnich dwóch odcinkach. A zatem mamy tu uniwersum wewnątrz uniwersum, co przyniosło totalnie rewelacyjny efekt! A że wszystkie postacie mają głosy podłożone przez oryginalnych aktorów (wliczając w to Chadwicka Bosemana, który zdążył nagrać swoje kwestie przed śmiercią), to mamy wrażenie że naprawdę oglądamy kolejne aktorskie przygody znanych nam bohaterów.
Wizualnie to animacja w starym stylu: żadnego komputerowego CGI tylko stara dobra kreska, która w rękach sprawnych artystów pokaże wszystko czego potrzebuje widz. Każdy odcinek trwa zaledwie pół godziny ale gwarantuję że to wystarczy do opowiedzenia wciągającej, pełnej dynamiki historii. Ogląda się to z zapartym tchem i chce się więcej i więcej! Szkoda tylko, że serial nie liczy póki co więcej odcinków... A nam pozostaje tylko pomarzyć, że może kiedyś niektóre z przedstawionych tu postaci i wydarzeń (Kapitan Carter!) trafią faktycznie w wersji aktorskiej na kinowy ekran. Czego zarówno sobie jak i Wam serdecznie życzę!
Wniosek: Fabularnie rewelacyjne, zwłaszcza jeśli ktoś dobrze zna filmy z uniwersum!
O czym to jest: Grupa zmodyfikowanych klonów ucieka przed siepaczami Imperium.
Recenzja serialu:
Serialowe "Wojny Klonów" Dave'a Filoniego otworzyły nowy rozdział w historii animacji spod znaku "Gwiezdnych Wojen" i stały się produkcją, na której wychowało się całe pokolenie fanów. Serial robił się lepszy z sezonu na sezon i nic dziwnego, że po latach od zakończenia produkcji sfilmowano finalny siódmy sezon, który - przyznaję bez bicia - poziomem przebija połowę fabularnych filmów z tego uniwersum! Nie byłem więc zaskoczony, że twórcy postanowili pociągnąć przygodę dalej w postaci spin-offu "Wojen Klonów", jakim jest "The Bad Batch".
Fabuła produkcji startuje tam gdzie skończyły się "Wojny Klonów", czyli równolegle z "Zemstą Sithów". Tytułowy oddział zmodyfikowanych, "niegrzecznych" klonów, których poznaliśmy już w oryginalnym serialu, musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której nie służą już Republice, a despotycznemu Imperium. Jak można się domyśleć sztywna totalitarna struktura nie bardzo odpowiada osobnikom, którzy bunt mają we krwi. Reszty fabuły możecie się domyśleć: klony uciekają i starają się sobie znaleźć nowe miejsce w zmienionym wszechświecie, po drodze napotykając na kilka tajemnic związanych z pochodzeniem i przeznaczeniem ich wszystkich.
Teraz co do poziomu: fabularnie i wizualnie jest bardzo podobnie do "Wojen Klonów", ale bardziej nudno - głównie dlatego, że postanowiono sprowadzić historię "niżej", tak by odpowiadała perspektywie grupki wojaków na gigancie. Mamy więc sporo przestępczego podziemia, szemranych interesów, misji w stylu "ukradnij głowę droida" albo "włam się do strzeżonej bazy" etc. Mało w tym galaktycznego eposu godnego space opery, choć i w tym zakresie serial ma swoje momenty - tu warto wymienić choćby finał pierwszego sezonu rozgrywający się na Kamino. Wieloletni fani odnajdą w "The Bad Batch" znakomity pomost pomiędzy "Wojnami Klonów" a "Rebeliantami" - nic w tym zresztą dziwnego, skoro wszystkie te produkcje wyszły z głowy Dave'a Filoniego. A zatem: można oglądać, ale nie trzeba. Choć jeśli kochaliście "Wojny Klonów" to na pewno będziecie ciekawi, co było dalej!
Wniosek: Miejscami naprawdę dobre, choć ogólnie wydaje się lekko wtórne.
O czym to jest: Asgardzki bóg psot pomaga policji czasowej w schwytaniu groźnego przestępcy.
Recenzja serialu:
"Loki" to trzeci z fabularnych seriali Marvela uzupełniających kinowe uniwersum filmów i jak do tej pory okazał się najbardziej udany. Wszystko wskazuje na to, że jest też niezwykle ważny dla całej historii, a jego finał zapowiedział co się teraz będzie działo w uniwersum po zakończeniu sagi Thanosa i Kamieni Nieskończoności wraz z "Avengers: Endgame". Moje odczucia są dość pozytywne, ciekawi mnie co jeszcze planują twórcy z Disneya i bez wątpienia mogą liczyć na moje pieniądze, jeśli wciąż będą mi sprawiać frajdę. Powodzenia!
A sam serial "Loki" okazał się dokładnie taki jak pokazuje zwiastun. Bystry, oparty w dużej mierze na grze aktorskiej i zanurzony w wiarygodnej scenografii przełomu lat 70. i 80. Osobiście liczyłem jednak na nieco większy nacisk na tzw. buddy movie, w którym Tom Hiddleston i Owen Wilson rozwiązywaliby zagadkę odcinek po odcinku. Tymczasem serial przeskoczył dość płynnie z kryminału do space opery pełną gębą... Czy słusznie? Na pewno była w tym jakaś myśl przewodnia, a cliffhanger obiecujący drugi sezon opowieści nie pozostawia wątpliwości, że to jeszcze nie koniec. Dlatego doceniam i ufam twórcom że wiedzą dokąd nas prowadzą.
Tom Hiddleston gra Lokiego od tak wielu lat, że przychodzi mu to zupełnie naturalnie. Nie sądziłem że można (i trzeba) dopowiedzieć coś więcej do tej postaci po wydarzeniach z "Thor: Ragnarok", niemniej to co zobaczyłem wydaje mi się jak najbardziej spójne i udane. Owen Wilson jak wiadomo to klasa sama w sobie, podobnie jak zjawiskowa Gugu Mbatha-Raw. Nowością była dla mnie Sophnia Di Martino jako Sylvie - i choć nie przypadła mi do gustu ani jako postać ani jako aktorka, doceniam jej wysiłek włożony w ten serial. Także obsadzie nie mogę nic zarzucić, podobnie jak efektom czy dialogom, wliczając w to przyzwoite poczucie humoru (to głównie dzięki Owenowi Wilsonowi). Jest dobrze!
Co ważne: "Loki" to moim zdaniem jeden wielki gest Kozakiewicza w stosunku do wszystkich poukrywanych po piwnicach nerdów, którzy będą się kłócić nad wyższością i "kanonicznością" komiksu X nad komiksem Y. Cały wątek tzw. "sacred timeline" to jedna wielka satyra na ten temat i choćby za to trzeba docenić ten serial.
Wniosek: Zabawne i wkręcające, choć czasem traciło tempo.
O czym to jest: W zapadłej amerykańskiej mieścinie dochodzi do zbrodni. Wielu zbrodni.
Recenzja serialu:
W Hollywood panuje ostatnio kolejna moda. Zamiast wymyślać i wcielać w życie nowe pomysły na produkcje telewizyjne, twórcy biorą na warsztat kinowe hity sprzed paru lat i... przerabiają je na seriale. Oczywiście z innymi aktorami, zmienionymi (poszerzonymi) przebiegami fabuły, ale jednocześnie z zachowaniem oryginalnych postaci, klimatu i tego wszystkiego, co przesądziło o sukcesie takich filmów. Taki los spotkał "Od Zmierzchu do Świtu", "12 Małp", a także genialne "Fargo" braci Coen. Muszę przyznać, że na początku byłem bardzo przeciwny idei takiego odgrzewania kotletów sprzed lat. Zazwyczaj stawiam na oryginalność, a nie powtarzanie tych samych motywów, które już odniosły sukces (dlatego często staram się unikać rebootów). Ale coś spowodowało, że sięgnąłem po nowe "Fargo". I oszalałem z zachwytu.
Tu należy zaznaczyć, że "Fargo" jest serialem-antologią, w którym każdy sezon ma mieć inną formę, bohaterów i miejsce akcji, ale ten sam klimat i nastrój (podobnie jak w "True Detective"). Dlatego też będziemy opisywać każdy sezon osobno. Zaczynamy!
SEZON 1
Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że serialowe "Fargo" jest nie tyle rebootem, ile de facto sequelem oryginalnego filmu (uważni widzowie dostrzegą połączenie na początku czwartego odcinka pierwszego sezonu). Gdy tylko zobaczyłem obsadę, mój nos wyczuł hit na odległość. W głównych rolach obsadzono Martina Freemana - którego każda kreacja (od Watsona po Bilba) to prawdziwy samograj - a także doskonalącego się z filmu na film Billy'ego Boba Thorntona. Dorzućcie do tego parę znanych serialowych mordek (w tym Colina Hanksa) i macie wybuchową mieszankę. Freeman w roli stłamszonego agenta ubezpieczeniowego w zapadłej amerykańskiej mieścinie, zrobił coś niesamowitego - w dziesięć odcinków przeprowadził nas pełną drogą, zaczynając od współczucia do jego postaci, a kończąc na prawdziwym obrzydzeniu. Z kolei Thornton w roli psychopatycznego mordercy wzniósł się na wyżyny geniuszu, a jego kreacja może śmiało stać w jednym szeregu z takimi geniuszami zbrodni jak Hannibal Lecter czy "morderca z butlą" z "No Country for Old Men". To był absolutny, psychodeliczno-makabryczny odjazd!
Nadto realia serialu po prostu zrzucały z krzesła - oto w zapomnianej mieścinie pod kanadyjską granicą, gdzie jedyne problemy to zaśnieżone drogi i wykroczenia drogowe, nagle zaczynają się sypać trupy. Jeden, drugi, dziesiąty... Na przestrzeni kilku tygodni splot niespodziewanych wydarzeń pociąga zbrodnię za zbrodnią, której może się przeciwstawić jedynie niezbyt rozgarnięta policjantka z miejscowego komisariatu. Nagle nikt nie może czuć się bezpieczny, a wrażenie zagrożenia potęguje fakt, że wszystkie postacie na ekranie zachowują się, jakby cierpiały na niedorozwój umysłowy (w sam raz dla mieścin cierpiących na chów wsobny). Niesamowicie absurdalna, porażająca czarnym humorem i zbiegami okoliczności historia, która - rzeczywiście - mogłaby się zdarzyć naprawdę. Uwielbiam!
Wniosek: Absolutny hit. Pozycja obowiązkowa.
SEZON 2
Z wielkimi nadziejami oczekiwałem na drugi sezon wspaniałego "Fargo". Nie wystraszyła mnie planowana zmiana obsady - wręcz przeciwnie! Nowa seria miała stanowić prequel pierwszej i opowiadać o wspominanej kilkukrotnie masakrze w Sioux Falls. Głównym bohaterem uczyniono młodego Lou Solversona, którego w pierwszym sezonie poznajemy jako starszego, emerytowanego policjanta. Tymczasem w roku 1979 wpadł on, podobnie jak później jego córka, na trop zbrodni, która zaczęła prowadzić do kolejnej, a ta do następnej, następnej i następnej...
To z całą pewnością cały czas oryginalne "Fargo": małe miasteczko, niezbyt bystrzy mieszkańcy, zimowa aura, poczucie osamotnienia i trywializacja przemocy, która pełza pod powierzchnią nawet najbardziej spokojnej okolicy. Ogląda się to fenomenalnie! Nie mogę się nachwalić zarówno przebiegu akcji (licznik zabitych sięgał zenitu), bystrych dialogów i cudownej gry aktorskiej, w której sam nie wiem, kto był lepszy. A więc wymienię moich ulubieńców: Patrick Wilson w kreacji uczciwego "gliny z powołania", jego mentor (i przy okazji teść) będący szeryfem (Ted Danson, którego znacie z końcowych sezonów "CSI"), Jesse Plemons w roli niezbyt rozgarniętego miejscowego rzeźnika, Kirsten Dunst jako jego feminizująca żona-fryzjerka czy wspaniały Bokeem Woodbine w roli literata, a przy okazji płatnego mordercy. A to tylko część niepowtarzalnej plejady postaci drugoplanowych! Trudno mi stwierdzić, który sezon "Fargo" jest lepszy, ale bez wątpienia obydwa stanowią obowiązkową pozycję. A dodanie smaczku SF w klimacie "Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia", tak popularnych w końcówce lat 70., czyni tę produkcję wspaniałym obrazem rzeczywistości roku 1979. Może i w krzywym zwierciadle, ale jednak. Ach, tak bardzo czekam na trzeci sezon!
Wniosek: Wciąż trzyma poziom. Kryminał surrealistyczny do granic możliwości!
SEZON 3
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Brzmi to jak truizm, ale czasem niestety tak jest. Każdy serial prędzej czy później czeka ten sam los: wtórność, brak ikry i pomysłu na pociągnięcie fabuły. Co innego, gdy twórcy od początku wiedzą dokąd prowadzą akcję (jak w przypadku "Gry o Tron"), ale gdy scenariusz powstaje z sezonu na sezon, mogą się zdarzyć poważne potknięcia.
Trzeci sezon "Fargo" rozczarował. I to nie pod względem formy - bo zarówno aktorzy, jak i realia ponownie osiągnęły stopień mistrzowski, ale pod względem scenariusza. Nie licząc jednego dobrego odcinka (ucieczki przez las), przygody bohaterów nie porwały mnie w najmniejszym stopniu i - szczerze mówiąc - nie bardzo mnie obchodziły. Czujne oko mojej małżonki (dyplomowanej etnolog), nakierowało mnie wprawdzie na oczywiste inspiracje fabuły, zaczynając od "Fausta", a na "Mistrzu i Małgorzacie" kończąc. Ale nawet to nie pomogło trzeciej odsłonie serialu, tym razem znacznie bardziej zahaczającej o metafizykę, siły nadprzyrodzone oraz wstawki SF (kreskówka o androidzie Minskim).
Po raz kolejny dostaliśmy prowincjonalnego, poczciwego policjanta (w osobie pani prawie-byłej-szeryf, granej przez nieznaną mi wcześniej Carrie Coon), który musi rozwikłać spiralę zbrodni. Tylko że wspomnianej zbrodni wcale nie było dużo. Zamiast staroświeckich morderstw w porażającej absurdem ilości, scenarzyści zafundowali widzom rozważania na temat biznesowych machlojek i pogoni za pieniędzmi. Wiecie, co mi to przypominało? Drugi sezon "True Detective". Te same błędy twórców i ten sam efekt, czyli nuda. I to mimo, że Ewan McGregor w podwójnej roli braci Stussy był świetny - dzięki umiejętnej charakteryzacji naprawdę byłem przekonany, że patrzę na dwóch różnych aktorów! Podobnie znakomita była Mary Elizabeth Winstead jako zaradna panna Swango, a także David Thewlis jako diaboliczny V.M. Varga. Ale nawet tak dobre postacie nie były w stanie pociągnąć zagmatwanego scenariusza, pełnego niewyjaśnionych sprzeczności i dziwactw (zaczynając od błędnego wieku i niezrozumiałych, hollywoodzkich przygód Ennisa Stussy'ego).
Odnoszę wrażenie, że twórcy "Fargo" chcieli tym sezonem przekazać jakąś głębszą mądrość, ale jeśli nawet tak było, to nie udało mi się jej odczytać. Pod względem rozrywkowym było zaledwie przeciętnie, a mogło być kultowo. Szkoda potencjału. Zobaczymy, czy kolejne sezony (jeśli powstaną), podźwigną serial do dawnego poziomu.
Wniosek: Przeciętne. Oczekiwałem znacznie więcej.
SEZON 4
No i takie powroty lubię najbardziej! Mówiąc szczerze wciąż nie mam pojęcia jak to możliwe, że po dwóch wybitnych sezonach pojawiło się nieporozumienie w postaci trzeciego. Widać jednak był to wypadek przy pracy, bo czwarta odsłona telewizyjnego "Fargo" wróciła na stare tory doskonale napisanego, wybitnie zagranego i nakręconego z pomysłem serialu. Twórcy ponownie zrobili skok w przeszłość (i głębiej na południe), bo aż do Kansas w latach 50. Osią opowieści uczynili afroamerykańską mafię, która próbuje zająć należne jej miejsce w podziemnym świecie kontrolowanym przez Włochów (a wcześniej Irlandczyków i Żydów). W roli głównej: nie kto inny jak sam Chris Rock, znakomicie przekonujący jako ojciec chrzestny lichwiarzy (mimo że jako aktor znany jest głównie z zawodu komika).
Czwarty sezon ma chyba najbardziej bogatą galerię postaci ze wszystkich odsłon "Fargo": włoskich przygłupich mafiozów (w tym niepodrabialnych braci Fadda na wzór kultowych bliźniaków zagranych przez Arnolda Schwarzennegera i Danny'ego DeVito), psychopatycznych stróżów prawa wyglądających jak zły detektyw Monk i mormoński Billy Bob Thornton, szalonych lesbijskich morderczyń, a także - fanfary - anioła śmierci w osobie kryptycznej i totalnie odjechanej pielęgniarki Mayflower, przed którą uciekałby nawet Hannibal Lecter. A to tylko niektórzy z nich... Co istotne: mimo tak wielkiego przekroju różnorodnych bohaterów, każdy z nich ma dokładnie tyle czasu na ekranie ile potrzeba, a gdy spotyka go zasłużony (lub nie) krwawy los, widz ma wrażenie że wiedział o danej osobie wszystko co chciał.
Te dialogi, scenografia, zdjęcia i pomysły! I na dodatek z nutką mrożącej krew w żyłach metafizyki - dokładnie tyle ile potrzeba, by wzbogacić fabułę o wątek mistyczny. To lubię! Jak w przypadku pierwszych dwóch sezonów, również ten jest opowieścią o tym że zbrodnia nie popłaca, a każde nieprzemyślane posunięcie może mieć tragiczne konsekwencje, nakręcające spiralę śmierci i cierpienia. Może i mało odkrywcze, wiem... Ale za to jak napisane! Chcę więcej!
Wniosek: Bardzo dobre, "Fargo" wróciło do telewizyjnej ekstraklasy!
SEZON 5
Nie spodziewałem się piątego sezonu "Fargo". Choć czwarta odsłona bardzo mi się podobała, to światowej publice już niespecjalnie - dlatego myślałem, że to już koniec zimowych, krwawych przygód w małych miasteczkach w Minnesocie. A tu taka niespodzianka! I to jeszcze w takim stylu!
Póki twórca ma coś do powiedzenia, to jak dla mnie może kręcić i dziesięć kolejnych sezonów. W piątej odsłonie bardzo (z naciskiem na BARDZO) zdryfował klimatem w stronę Davida Lyncha i "Twin Peaks". W zasadzie czasem miałem wrażenie, że zaraz gdzieś zza rogu wyskoczy Bob czy Agent Cooper i gdyby tak się stało, nie byłbym zdziwiony. Ale wystarczył John Hamm jako diaboliczny alt-prawicowy szeryf, Jeniffer Jason Leigh jako potentantka biznesu chwilówek i pożyczek pozabankowych (twórca serialu ewidentnie ma coś do tej branży - patrz sezon 4), Sam Spruell jako demoniczny zjadacz grzechów (możecie wyguglać sobie - faktycznie było kiedyś coś takiego!), no i oczywiście w roli głównej Juno Temple, na pozór spokojna kura domowa, a w rzeczywistości kobieta, która byłaby w stanie wydrapać Stalinowi oczy. To chyba najlepszy dobór aktorów w tym serialu od czasu drugiego sezonu!
Fabuły nie będę spoilerował, bo nie mam tego w zwyczaju, ale jeśli oglądaliście poprzednie sezony to wiecie czego się spodziewać - krwawej spirali wydarzeń, która tym razem (dla odmiany) była jednak umyślna. Wątkiem przewodnim jest zaś kwestia przemocy domowej, zwłaszcza wobec kobiet, choć i nie tylko. Dodatkowym atutem jest nawet nie prztyczek, a cała pięść prosto w nos dla fanów Trumpa i prawicowych oszołomów. A to, co czyni produkcję kultową czyli dialogi, scenografia, metafizyka, zdjęcia... tym razem to prawdziwa perfekcja. Piąty sezon dostaje ode mnie maksymalną notę i nawet jeśli to byłby koniec serialowego "Fargo", to następuje on w glorii chwały.
Wniosek: Fantastyczne, psychodeliczne kino kryminalne.