O czym to jest: Straumatyzowana policjantka musi rozwiązać zagadkę morderstwa nastolatki w małym miasteczku.
Recenzja miniserialu:
Można mieć różne opinie o produkcjach telewizyjnych, ale jedno jest pewne - jeśli chodzi o HBO i miniseriale, to absolutnie nie ma lepszego producenta takiego formatu. A jak jeszcze ogłaszany jest serial w którym główną rolę gra oscarowa Kate Winslet, jedna z lepszych współczesnych aktorek, to naprawdę nie ma co się zastanawiać. Pozycja obowiązkowa!
"Mare of Easttown" to po części pełnokrwisty kryminał, ale tak samo poważny, rozbudowany dramat obyczajowy. Rzecz dzieje się w małym robotnicznym miasteczku w Pensylwanii, gdzie ludzie nie żyją zamożnie, a problemy takie jak alkohol, narkotyki, prostytucja czy nastoletnie ciąże to niestety codzienność. W tymże mieście żyje i pracuje tytułowa Mare - niegdysiejsza szkolna gwiazda koszykówki, a obecnie pani detektyw. Dodajmy - detektyw z gigantycznym bagażem traum, od samobójczej śmierci syna zaczynając, po ciężki rozwód, choleryczną matkę i oczywiste wypalenie zawodowe. Do tego bagażu dochodzi jeszcze jeden: morderstwo młodej nastoletniej matki. Krąg podejrzanych jest szeroki, a co najgorsze: to nie jedyne takie wydarzenie w ostatnich latach. Czy pani detektyw rozwiąże zagadkę, nawet gdy będzie to ją kosztowało wszystko co jej jeszcze zostało?
Jeśli szukacie doskonałego kryminału na miarę "True Detective" - trafiliście dobrze (swoją drogą "Mare of Easttown" mogłaby z powodzeniem być kolejnym sezonem tego serialu). Jeśli lubicie głębokie dramaty obyczajowe klasy "August: Osage County" - również dobrze trafiliście. Miniserial nie ma słabych punktów, wszystko jest fabularnie dopięte na ostatni guzik. Żadnego wątku nie pominięto, każda postać dostała swoje pięć minut, a wszystkie sekrety wyszły na jaw. Ta produkcja to prawdziwy telewizyjny diament. Oby takich więcej!
Wniosek: Doskonały kryminał i dramat obyczajowy zarazem. Prawdziwa ekstraklasa!
O czym to jest: Dzieci galaktycznego mesjasza mierzą się z dziedzictwem ojca i losami wszechświata.
Recenzja miniserialu:
Nie dajcie się zwieść nazwie - ten miniserial to tak naprawdę ekranizacja dwóch powieści Franka Herberta - "Mesjasza Diuny" oraz tytułowych "Dzieci Diuny". Obydwie pozycje stanowią godne dziedzictwo oryginalnej powieści, a co za tym idzie również ich ekranizacja stoi na wysokim poziomie. Powiem więcej, jest lepsza od "Diuny" z 2000 roku! I to nie tylko zasługa nieco lepszych efektów specjalnych, ale przede wszystkim fabuły, aktorstwa oraz przejmującej muzyki.
Jeśli szukacie najważniejszego powodu by sięgnąć po "Dzieci Diuny" to powiem tyle: James McAvoy w roli Leta II. Młody McAvoy wzniósł się tu na wyżyny geniuszu tworząc postać tak głęboką, fantastycznie poprowadzoną i wręcz hipnotyzującą, że pozamiatał wszystkich na kilka długości! Znakomitym transferem do obsady była również Daniela Amavia jako Alia, postać na wskroś tragiczna. Nie mogę również pominąć moich ulubieńców z oryginalnej Diuny, a więc Iana McNeice'a w roli Barona oraz Julie Cox jako Irulan. Tak jak byli świetni w pierwszej ekranizacji - takimi pozostali! Co ciekawe doszło do kilku zmian w obsadzie. Jedna na zdecydowany plus (Stilgar), a co do drugiej nie wiem sam (Jessica), a trzecia przeszła niemal bez echa (Duncan - a to z racji jego marginalnej roli w poprzedniej produkcji).
Na osobną wzmiankę zasługuje fantastyczna muzyka autorstwa Briana Tylera z wiodącym utworem "Inama Nushif" nagranym w całości w książkowym języku fremeńskim. Ale również inne motywy muzyczne towarzyszące epickim scenom Stilgara wiodącego czerwie czy Leta walczącego o tron Atrydów - po prostu szczęka na podłodze! Sam Hans Zimmer nie napisałby tego lepiej!
Miniserial liczy trzy odcinki - pierwszy to ekranizacja "Mesjasza" (gdzie powraca Alec Newman jako Paul), a pozostałe dwie to już "Dzieci" z nowym pokoleniem. Jeśli kochacie space operę i science fiction i urzeka was pustynny świat Arrakis, ta produkcja to absolutny must have. Wracam do niej często i będę wracał na pewno jeszcze wiele razy. Trudno mi sobie wyobrazić, by można to było nakręcić lepiej!
Wniosek: Doskonała ekranizacja, a za rolę McAvoya dam się pokroić!
O czym to jest: Dwa galaktyczne rody walczą o kontrolę nad najważniejszą planetą we wszechświecie.
Recenzja miniserialu:
O "Diunie" Davida Lyncha słyszał każdy fan science fiction. Podobnie o "Diunie" Denisa Villeneuve'a. Ale tylko zatwiardziali miłośnicy gatunku i kultowej powieści Franka Herberta wiedzą, że w 2000 roku amerykańsko-europejski sojusz wytwórni stworzył telewizyjną wersję ekranizacji, zatytułowaną "Frank Herbert's Dune". I mimo upływu lat - o ile się przymknie oko na efekty specjalne i scenografię - dzieło to trzyma się wciąż znakomicie!
Można się kłócić na temat tego czy "Diuna" Johna Harrisona jest dobrym miniserialem - bo oczywiście ma sporo wad - ale w kategorii ekranizacji broni się znakomicie. W zasadzie nie ma odstępstw od fabuły powieści. Postacie są takie jak być powinny, wydarzenia podążają w ślad za oryginałem, a pewne zmiany (jak choćby scena balu i spotkanie Paula z Irulan) mają pełne uzasadnienie dla fabuły. Dodatkowo niektórzy aktorzy są na wskroś znakomici - przede wszystkim mam na myśli Iana McNeice'a jako Barona Harkonnena. Daleko mu do karykaturalnego mutanta z wizji Lyncha. Ten Baron jest pełnokrwistym (choć otyłym) człowiekiem owładniętym homoseksualną chucią, a McNeice gra go w sposób na wskroś teatralny, wliczając w to nawet obalanie czwartej ściany. Ach, cóż za frajda oglądać go na ekranie! Podobnie świetny jest William Hurt jako Leto Atryda - dystyngowany, na wskroś arystokratyczny, ale i pełen godności. Czyli dokładnie taki, jak go widziałem w mojej głowie lata temu, gdy po raz pierwszy czytałem książkę. Rewelacja! Trzecia moja ulubiona postać w tej ekranizacji to oczywiście Julie Cox jako Irulan - również wspaniale dystyngowana, ale jednocześnie knująca własne intrygi jak na córkę Imperatora przystało. Reszta postaci wyszła poprawnie, a nieliczne wtopy jak Uwe Ochsenknecht jako Stilgar czy totalne olanie wątku Duncana przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza.
To co może przeszkadzać w oglądaniu to faktycznie słabe efekty specjalne, które bardzo kiepsko się zestrzały, oraz łatwe do dostrzeżenia sztuczki montażystów, jak wykorzystywanie po kilka razy tego samego ujęcia (pewien nieszczęsny harkonneński żołnierz wylatuje w powietrze chyba ze cztery razy). Ale tam gdzie niedomagają efekty, pomagają oryginalne kostiumy (te kapelusze Bene Gesserit!) oraz nastrojowa muzyka. Cieszy też długi czas trwania - w wersji reżyserskiej trzy odcinki po 100 minut każdy, dzięki czemu unikamy skrócenia i spłycenia historii, które byłoby gwałtem na genialnej fabule.
Podsumowując: jako widowisko telewizyjne i wierna adaptacja "Diuna" Harrisona sprawia frajdę i nadal będę do niej wracał od czasu do czasu, mimo że nową "Diunę" Villeneuve'a ubóstwiam. Ale jest coś fajnego w tej teatralności tego miniserialu - zwłaszcza w postaci Barona. The spice must flow!
Wniosek: Aktorsko świetne i wierne książce. Jedyna wada to ograniczony, telewizyjny budżet.
O czym to jest: Przygody amerykańskich lotników na włoskim froncie w czasie II wojny światowej.
Recenzja miniserialu:
Mój pradziadek był kowalem. Jako rzemieślnik z krwi i kości miał pewne powiedzenie: "Po mistrzu się nie poprawia". Szkoda że George Clooney i inni twórcy serialowego "Paragrafu 22" nie mieli takiego pradziadka, który przekazałby im podobną mądrość. Czasem gmeranie przy doskonałości przynosi skutek odwrotny od zamierzonego! A powieść Josepha Hellera "Paragraf 22" nie bez powodu uznawana jest za jedną z najwybitniejszych antywojennych pozycji w historii literatury. Jako ktoś, kto właśnie skończył lekturę i zaraz potem sięgnął po miniserial mogę tylko potwierdzić tę opinię. Niestety w porównaniu zarówno do książki, jak i kinowej ekranizacji z 1970 roku (również zatytułowanej "Paragraf 22"), miniserial wypada bardzo, bardzo słabo.
Tu jednak zaznaczę - słabo nie z powodu jakości wykonania, ale braku klimatu i przesłania. Kluczem do sukcesu powieści był idealny miks groteski i czarnego (bardzo czarnego!) humoru, który pod spodem ukrywał głęboki naturalizm i horror wojny, w której jedynym prawem był tytułowy Paragraf 22 - który może znaczyć tak naprawdę wszystko. To zasada bez zasad mówiąca o tym, że wojna i wojsko robią z ludźmi co chcą i nic nie można na to poradzić. Ale mimo tego ponurego przekazu "Paragraf 22" rozśmiesza do łez podczas lektury. Co zaś zrobili twórcy serialu? Niemalże skasowali cały humor i groteskę, zostawiając jedynie naturalizm. Czy zrobili to dobrze - oczywiście tak, jakości wykonania nie można nic zarzucić (wspomnę chociażby poruszające sceny ze Snowdenem czy McWattem). Ale widzieliśmy już II wojnę światową w takim wydaniu, z "Kompanią Braci" i "Pacyfikiem" na czele. Usunięcie humoru z "Paragrafu 22" pozbawiło tę historię wyjątkowości, ustawiając ją w długim szeregu innych, poprawnych produkcji wojennych. A w tym wypadku poprawność to za mało!
Jestem głęboko rozczarowany, bo książka prosiła się, by ją przenieść na ekran scena po scenie. Gdzie jest kluczowa dla fabuły vendetta dziwki Nately'ego, gdzie jest przesłuchanie kapelana, odwiedziny rodziny u umierającego żołnierza, spisek Orra, śledztwo w sprawie Irvinga Washingtona, "śmierć" doktora Daneeki, Głodny Joe i jego aparat, wszechwładny ex-szeregowiec Wintergreen etc.? No i przede wszystkim gdzie finałowy twist i oferta pułkownika Cathcarta dla Yossariana? Czego jak czego, ale zmiany finału powieści (i dorzucania nowych wątków) to nie jestem w stanie wybaczyć. Po co to zmieniali, po co?!
Oczywiście chwalę zarówno aktorstwo (Christopher Abbott, choć nie był książkowym Yossarianem, spisał się bardzo dobrze), jak i scenografię, sceny powietrzne czy zdjęcia. Ale tak jak mówię: to za mało. Pewnie gdybym nie czytał powieści byłbym bardziej usatysfakcjonowany, ale w tym wypadku nie mam innego wyjścia jak obniżyć ocenę o jeden punkt za zbytnią frywolność fabuły w stosunku do oryginału. Przeczytajcie powieść, a potem obejrzyjcie film z 1970 roku - to Wam polecam.
Wniosek: Dobrze zrobione, ale kompletnie pozbawione ducha i głębi oryginalnej powieści.
O czym to jest: Kronika politycznych wydarzeń, które w błyskawicznym tempie poprowadziły świat do horroru I wojny światowej.
Recenzja miniserialu:
Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że świat jest na krawędzi czegoś naprawdę strasznego. Czegoś, czego żadne państwo tak naprawdę nie chce, ale podświadomie do niego dąży - ostatecznego rozliczenia w ramach kolejnej wojny światowej. Koktajl nacjonalizmów, ksenofobii, uśpionych konfliktów i wojen handlowych, dodatkowo podlanych sosem nadchodzącego kryzysu klimatycznego, gospodarczego oraz epidemiologicznego powoduje, że najdrobniejsze zdarzenie może podpalić całą planetę. Tak jak w czerwcu 1914 roku, gdy bośniacki radykał zastrzelił austrowęgierskiego następcę tronu. Wydarzenie, które na początku wszystkie mocarstwa właściwie zignorowały (wliczając w to Austro-Węgry) zaledwie trzydzieści siedem dni później doprowadziło do I wojny światowej.
Gdy piszę te słowa Azerbejdżan i Armenia rozpoczęły kolejną wojnę o Górski Karabach. I znów świat właściwie wzruszył ramionami. Trudno powiedzieć jak to się dalej potoczy, ale nie mogę wykluczyć, że Kaukaz będzie współczesnym bałkańskim kotłem, od którego wszystko się zacznie na poważnie. Miniserial "37 Dni" daje niesamowity wgląd w to, jak na pozór cywilizowani ludzie, zadowoleni ze statusu materialnego i technicznych zdobyczy ówczesnej Europy, postanowili sięgnąć po więcej. Winni są wszyscy - głównie rzecz jasna Niemcy i Austro-Węgry, ale swoje dołożyły carska Rosja, Francja i sama Wielka Brytania. Ponieważ miniserial nakręciło BBC, jest on opowiedziany rzecz jasna z brytyjskiego punktu widzenia - konkretnie Edwarda Graya, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa (wybitnie zagranego przez Iana McDiarmida). Jego postać rewelacyjnie oddała ówczesny nastrój chwili w Londynie: najpierw lekceważenie, potem zdziwienie, w końcu nerwowe wysiłki na rzecz ocalenia pokoju (jedynym facetem, który od początku trzeźwo ogarniał co się dzieje, był młody Churchill). Absurd sytuacji, w której znalazł się Stary Kontynent symbolizuje scena, w której na spotkanie z ministrem czekają ambasadorowie Austro-Węgier, Rosji i Niemiec - i wszyscy są kuzynami.
Ale to nie smutni panowie we frakach, którzy radośnie pogrzebali europejską dominację na świecie (i przy okazji monarchiczne rządy arystokracji), byli głównymi ofiarami swoich poczynań. Twórcy "37 Dni" podkreślili fakt, że to młodzi mężczyźni - tu symbolizowani przez Bogu ducha winnych niskich szczeblem urzędników - musieli przywdziać mundury i stracić zdrowie oraz życie tylko dlatego, że jakiś król lubił przesuwać ołowiane żołnierzyki po mapie. Niech ta lekcja zostanie zapamiętana przez wszystkich miłośników nacjonalizmów: to wy zapłacicie najwyższą cenę za taką ideologię, a nie wybrani przez was politycy. To, czego powinno nas nauczyć "37 Days" to spostrzeżenie, że nigdy nie da się przewidzieć konsekwencji nawet najdrobniejszych czynów. I jeśli nie będziemy uważać, to kryzys klimatyczny nie zdąży nas wybić: skutecznie zrobimy to sami.
Wniosek: Nieco teatralne, ale świetne i zgodne z faktami wprowadzenie do I wojny światowej.
O czym to jest: Absolutnie niewiarygodna, psychodeliczna, przerażająca, histerycznie śmieszna i w 100% prawdziwa opowieść o prywatnych hodowlach tygrysów w USA.
Recenzja miniserialu:
W ramach nadrabiania hitów czasów pandemii nie mogłem pominąć serialu dokumentalnego "Tiger King", który kilka miesięcy temu zaszokował świat swoją nieprzewidywalnością, porażającą szczerością i psychodelicznym absurdem który - gdyby powstał jako dzieło fikcji - z pewnością zostałby odrzucony przez producentów z Hollywood jako zbyt niewiarygodny. A jednak prawdą jest to co mówią: życie pisze najlepsze scenariusze. Gwarantuję, że "Tiger King" nie pozostawi nikogo obojętnym, przykuwając widza do ekranu niczym oscarowy dreszczowiec.
Zacznijmy od tego, że USA to kraj ogromnych kontrastów. To pół kontynentu zamieszkałe przez kilkaset milionów ludzi, wśród nich zarówno tak bogatych by budować prywatne rakiety i latać w kosmos, jak i biednych niczym w upadłych państwach Afryki. Pośrodku tych dwóch skrajności plasuje się morze geniuszy, idiotów, biznesmenów, herosów, przestępców i zwykłych świrów. Czasem skumulowanych w jednej osobie. Joe Exotic, główny bohater serialu, zaczyna swoją opowieść jako właściciel prywatnej hodowli tygrysów (i innych egzotycznych zwierząt), którą udostępnia turystom (za sowitą opłatą rzecz jasna). Jak to możliwe że prawo zezwala, by jeden człowiek trzymał setki drapieżnych i śmiertelnie niebezpiecznych kotów? Skąd je bierze i co z nimi robi? Kto mu pomaga i dlaczego? I w końcu - dokąd zaprowadzi go ta ścieżka? Tego wszystkiego dowiecie się z serialu, a ja mogę obiecać, że będzie to wiedza którą aż trudno przyswoić. Jednak to niczym nieupiększona, naga, kłująca w oczy prawda.
"Tiger King" pokazuje tą stronę USA, o której tylko słyszymy, ale rzadko mamy okazję ją zobaczyć. Krainę w której szaleństwo, narkotyki, broń, telewizja, religijny fanatyzm, szemrane dolary i kapitalistyczny wyzysk są na wyciągnięcie ręki. Tematyka hodowli tygrysów jest tu tylko jednym z elementów dopełniających obraz prawdziwego piekła na ziemi. Serial robi fantastyczną robotę otwierając oczy tym, którzy o amerykańskiej prowincji tylko słyszeli. To czy Joe Exotic i jego dokonania czynią zeń ofiarę systemu czy bezwzględnego kata jest w zasadzie nie do ustalenia. Takich ludzi nie da się zaszufladkować prostą definicją (zresztą - tak naprawdę mało kogo się da). Wam jako widzom pozostaje to zobaczyć na własne oczy i ze szczęką na podłodze przekonać się, jak pożoga szaleństwa gorzeje wszędzie wokół nas.
Swoją drogą: jeśli śledziliście ostatnio medialne przygody pewnego szaleńca z Polski i jego pumy to wiecie, że takie obrazki jak w "Tiger King" mogą się zdarzyć wszędzie. Nieco przerażające, prawda?
Wniosek: Przerażająco szczere odbicie ciemnej strony duszy Stanów Zjednoczonych.
O czym to jest: Anioł i demon muszą powstrzymać koniec świata.
Recenzja miniserialu:
Jeśli istnieje coś takiego jak wierna ekranizacja książki, to "Dobry Omen" może służyć za podręcznikowy przykład! Ale nic w tym dziwnego, bo showrunnerem i scenarzystą produkcji był jeden z autorów oryginalnej książki, legendarny Neil Gaiman. Drugim autorem był nie kto inny jak równie legendarny i niestety niedawno zmarły Terry Pratchett. Co ciekawe obydwaj panowie, jeszcze za życia Pratchetta, przymierzali się do tej ekranizacji od lat. Śmierć Terry'ego przerwała te plany i pewnie nic by z nich nie wyszło gdyby nie list, który Pratchett wysłał post-mortem do Gaimana, prosząc go by doprowadził do realizacji projektu. I tak oto dzięki Amazon Prime mamy okazję poznać jeden z ciekawszych kawałków brytyjskiej fantastyki!
Fabuła jest dość prosta, ale zarazem wciągająca: oto zgodnie z zapisami w Biblii nadszedł czas na armageddon. Rozpocznie się w Anglii. W sobotę popołudniu. A Antychrystem, jak się okazuje, jest 11-letni chłopiec który bardzo kocha swojego psa, i z którego rodzice mogą być dumni. W tej właśnie decydującej chwili los świata legnie w rękach pewnego anioła imieniem Azirafal (miłośnika starych książek i dobrych restauracji) oraz demona imieniem Crowley (fana klasycznych Bentleyów i zespołu Queen). Panowie całkiem nieźle urządzili się na Ziemi przez ostatnie sześć tysięcy lat, delikatnie pomagając sobie od czasu do czasu, tak by "centrala" (zarówno ta na górze, jak i na dole) była zawsze zadowolona i nie zadawała zbędnych pytań. Poza tym to bosko-diabelskie parcie do wojny ostatecznej jest nieco bezsensowne, nieprawdaż? Chcąc nie chcąc anioł z demonem (w towarzystwie niezłomnej dwuosobowej Armii Tropicieli Wiedź, jednej prawdziwej wiedźmy oraz sympatycznej ladacznicy/medium) zewrą szyki by stanąć przeciwko siłom Nieba, Piekła i Czterech Motocyklistów Apokalipsy!
Brzmi nieco absurdalnie? Nic dziwnego, bo książka "Dobry Omen" i bardzo wierny jej miniserial reprezentują klasyczny nurt brytyjskiego humoru absurdu, czerpiąc z tego samego źródła co "Monty Python" albo "Czarna Żmija". To taki typ humoru który się z miejsca łapie, albo nie. Ja należę do tego pierwszego typu odbiorcy, zresztą książkowy "Dobry Omen" od lat posiadam na półce w swojej bibliotece. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ekranizację zrobiono nieco za dobrze! Każdy szczegół dopracowano w najmniejszym detalu, odwzorowano niemal każdy gag i każdy książkowy zwrot akcji. Efekt jest taki, że miniserial miejscami bywa po prostu... nudny. I to jest trudna prawda dla wszystkich literackich purystów: jeśli spróbujecie przenieść książkę na ekran w formie 1:1, nie da się tego oglądać! Forma pisana i forma "ruchomych obrazków" to zupełnie inne metody narracji opowieści. To co wypada rewelacyjnie w jednym medium, zupełnie nie odnajdzie się w drugim (najlepszy przykład prosto z "Dobrego Omenu": nieporozumienie z mruganiem przez zakonnice-satanistki, rewelacyjne i zabawne w książce, nudne i przegadane w filmie). Dlatego też miniserial wypada trochę za bardzo zachowawczo, miejscami tracąc tempo i zainteresowanie widza.
Ale nie myślcie że to oznacza, że powinniście odpuścić seans "Dobrego Omenu"! Bo należy go poznać z dwóch powodów: jeden nazywa się Michael Sheen, a drugi David Tennant! To co obydwaj panowie robią z rolami Azirafala i Crowleya jest po prostu mistrzostwem świata. Sheen paradoksalnie miał trudniejsze zadanie, musząc zaprezentować na wskroś dobrego anioła, który jest jednocześnie dość tchórzliwy i zły na samego siebie, że tak dobrze się czuje w towarzystwie starego kumpla Crowleya. Co do Tennanta, to fani "Doktora Who" wiedzą że jest to aktor niezwykle plastyczny i z naturalną charyzmą, dzięki czemu każda scena z jego udziałem to prawdziwy samograj! Również postacie drugoplanowe rządzą, ze szczególnym wskazaniem na Johna Hamma jako Gabriela (to jak do tej pory drugi najlepszy Gabriel, po Tildzie Swinton w "Constantine", jakiego widziałem w historii kina i telewizji!). Poziom zaniża jedynie dziecięca załoga "gangu Adama", ale ja też nigdy specjalnie nie należałem do fanów oglądania przygód dzieci na ekranie, więc mogę być uprzedzony.
Polecam "Dobry Omen" by poznać prawdziwy klasyk brytyjskiej fantasy w nowoczesnej, schludnie zrobionej formie (scenografia i efekty specjalne są świetne)! Całość to sześć długich odcinków, więc przygotujcie sobie spory zapas herbaty i ciastek, bo dojście do finału trochę zajmie. Ale po wyłączeniu ekranu powinniście zostać z uśmiechami na twarzach - a o to przecież chodzi!
Wniosek: Fajne, ale nieco za bardzo zachowawcze w formie. Za to świetne jako ekranizacja książki.
O czym to jest: Historia Ulyssesa Granta, człowieka który wygrał Wojnę Secesyjną i późniejszego Prezydenta USA.
Recenzja miniserialu:
Ten miniserial nie mógł wyjść w bardziej dogodnym czasie. Czerwiec 2020 roku to moment w historii, w którym w USA trwają największe zamieszki na tle rasowym od pół wieku. Dlatego tak odpowiednie wydaje się być przywołanie do apelu Ulyssesa Granta, dziś mocno zapomnianego przez historię człowieka, który - można powiedzieć że prawie w pojedynkę - wygrał Wojnę Secesyjną (czyli amerykańską wojnę domową w latach 1861-1865), a następnie był Prezydentem USA przez dwie kadencje. Dość powiedzieć, że w drugiej połowie XIX wieku był prawdopodobnie najsłynniejszym człowiekiem na świecie!
"Grant" to trzyodcinkowy miniserial w formie fabularyzowanego dokumentu, nakręconego w oparciu o autobiografię samego Granta (ukończył ją kilka dni przed śmiercią). Wypowiedzi historyków przeplatane są tu z fabularnymi wstawkami prezentującymi życiorys Granta zaczynając od ubogiego dzieciństwa, przez dwie wojny (z Meksykiem oraz Secesyjną), na bramach Białego Domu kończąc. Mimo że to produkcja telewizyjna, to sceny batalistyczne, aktorstwo czy dialogi w niczym nie ustępują kinowym hitom. Świetnie przedstawiony jest kontrast między Grantem a dowódcą wojsk Konfederacji generałem Lee jako starcie pierwszego dowódcy "nowych wojen" (w rodzaju wojen światowych) z ostatnim dowódcą "starych wojen" (w rodzaju wojen napoleońskich). Mam tu na myśli również starcie klas społecznych i światopoglądów, Grant bowiem był zagorzałym przeciwnikiem niewolnictwa (zresztą sam ofiarował wolność niewolnikowi, przyznanemu mu w ramach posagu żony).
Większość część fabuły miniserialu zajmuje jednak Wojna Secesyjna i nic w tym dziwnego. To wyjątkowo krwawe starcie (ponad 600 tys. zabitych) wybuchło z wielu przyczyn, z czego najważniejszą kwestią była oczywiście sprawa niewolnictwa i emancypacji czarnej ludności. W wielkim skrócie: południowe stany stwierdziły, że północne stany pod przewodnictwem Prezydenta Lincolna zechcą odebrać im ich własność - czytaj niewolników. I choć nikt nie miał takich planów, południowcy ogłosili secesję, zawiązali Konfederację i przypuścili atak na wojska federalne. Odpowiedź mogła być tylko jedna: krwawa wojna, w której - jak na ironię - Północ musiała przyznać wolność czarnej ludności. W ten oto sposób Południe samo strzeliło sobie w głowę i to na własne życzenie. A zaszczytu pochowania skonfederowanego trupa dostąpił Ulysses Grant, jedyny generał Unii który nie bał się walczyć zawsze i wszędzie, nigdy nie odpuszczał i rozumiał, że jedynym sposobem ocalenia Stanów Zjednoczonych jest totalna, bezwarunkowa kapitulacja rebeliantów. I miał rację!
Szkoda tylko, że z różnych przyczyn - o nich szerzej dowiecie się z miniserialu - Grant nie dał rady dokończyć procesu Rekonstrukcji, czyli społecznej i gospodarczej odbudowy Południa, które ogniem i mieczem miało przeorać tamtejszą ludność i siłą zaciągnąć ją do nowożytnego świata. Gdyby Grantowi pozwolono działać zgodnie z jego wizją, jestem przekonany że w kolejnych pokoleniach nie byłoby masakry w Tulsie, zamieszek w Detroit, Martin Luther King pozostałby zwykłym pastorem, a Rodney King czy George Floyd dożyliby sędziwego wieku. Po obejrzeniu "Granta" zrozumiałem że to, co zaczęło się w 1861 roku w pewien sposób trwa (niestety) do dzisiaj. I chyba po ponad 150 latach najwyższa pora doprowadzić to do końca, nieprawdaż?
Polecam Wam "Granta" jako doskonałą biografię na czasy współczesne. I następnym razem gdy weźmiecie łyk whisky czy zapalicie dobre cygaro, wspomnijcie tego skromnego żołnierza, który miał odwagę iść naprzód dokładnie wtedy, gdy świat chciał zrobić spektakularny krok w tył. Dziękuję, Panie Generale!
Wniosek: Rewelacyjna analiza dlaczego Wojna Secesyjna wybuchła, jak wyglądała i czemu w pewien sposób trwa do dzisiaj.
O czym to jest: Prawdziwa historia katastrofy w Czarnobylu.
Recenzja miniserialu:
Gdy tylko usłyszałem, że HBO zabiera się za ekranizację katastrofy czarnobylskiej, nie musiałem nawet oglądać trailera. Wiedziałem że jest to coś, co chcę i muszę zobaczyć. Po pierwsze dlatego, że produkcje telewizyjne od HBO prezentują prawdopodobnie najwyższy na świecie poziom jakości. A po drugie – tematyka! Czarnobylem i wszystkim co z nim związane interesuję się od lat. Nie pamiętam tego (gdy katastrofa się zdarzyła miałem pół roku), ale ponoć moi rodzice jako pracownicy naukowi mieli dostęp do jodu i dystrybuowali go po całej wsi, w której mieszkamy. Pamiętam też, że ojciec jeszcze przez kolejne lata sprawdzał te rzeczy, które były w ogrodzie w maju 1986 roku, za pomocą licznika Geigera…
Pewnie dlatego, że mam sporo wiedzy o wszystkich wadach i zaletach energetyki jądrowej, jestem jej ogromnym zwolennikiem. Nie licząc energii geotermalnej, wiatrowej i słonecznej to aktualnie najczystsze i najbardziej efektywne źródło prądu, bez którego nie byłoby cywilizacji. Tylko czy bezpieczne? Przykład katastrofy w Fukushimie pokazuje, że niestety wszystkiego nie da się przewidzieć. Ale już taka historia jak w Czarnobylu zapewne by się nie wydarzyła, gdyby nie miała miejsca w nakręcanym spiralą kłamstw i niekompetencji Związku Radzieckim u kresu swej potęgi.
Sami twórcy „Czarnobyla” mówili, że serial opowiada nie o energetyce jądrowej jako takiej, a o cenie kłamstw. Cenie którą niestety zapłaciły prawdopodobnie tysiące osób (liczby poszkodowanych nigdy nie uda się ustalić), a jej efekty widać do dzisiaj. Pod tym względem produkcja HBO robi piorunujące wrażenie! Dawno nie oglądałem tak szczerej, przerażająco prawdziwej historii, w której nie trzeba było nawet specjalnie naciągać faktów. Postacie, wydarzenia, okoliczności – wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Główny bohater „Czarnobyla”, profesor Legasow istniał naprawdę i faktycznie odegrał niebagatelną rolę w ratowaniu świata. Tu dodam, że Jared Harris wcielający się w jego rolę zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie, że jeśli nie dostanie za to Nagrody Emmy oficjalnie ogłoszę bojkot (zachwyconym jego kreacją polecam również serial „The Terror” w podobnym klimacie). Równie wybitny był Stellan Skarsgård jako minister Szczerbina, tępy partyjny aparatczyk który musiał dorosnąć do roli prawdziwego męża stanu. O wspaniałych postaciach drugoplanowych (Paul Ritter jako Diatłow!!!) mógłbym napisać osobny artykuł, więc to może kiedy indziej. Uwierzcie mi gdy mówię, że nie da się zagrać lepiej w miniserialu, niż zrobiła to ekipa „Czarnobyla”.
Muszę też wspomnieć o scenografii, która przekroczyła pewną granicę. To nawet nie jest tak, że mieliśmy do czynienia z idealnym odwzorowaniem sowieckich realiów roku 1986. To już na nikim nie robi wrażenia. „Czarnobyl” zatarł granicę między scenografią a rzeczywistością. Spora w tym zasługa kręcenia scen w prawdziwych postsowieckich blokowiskach, ale to oczywiście nie wszystko. Gadżety, fryzury, makijaż… Stawiam tezę, że również nie da się tego zrobić lepiej niż w „Czarnobylu”.
Ten miniserial pokazuje jasno co się dzieje z ludźmi, gdy opęta ich ideologia i zmusi do posłuszeństwa machiną strachu i donosicielstwa. Z powodzeniem czynią to niestety współczesne rządy populistów w Polsce i na całym świecie. Szczęście w nieszczęściu że nie mamy elektrowni jądrowej – wyobrażacie sobie „dobrą zmianę” z misiewiczami jako nowymi Diatłowami? Bo ja niestety tak… Może obejrzenie „Czarnobyla” otworzy choć kilka umysłów i da im do zrozumienia, że z pewnymi rzeczami po prostu nie wolno igrać. Inaczej czeka nas marny los.
O czym to jest: Psycholog tropi seryjnego mordercę dzieci w Nowym Jorku u zarania XX wieku.
Recenzja miniserialu:
Teoretycznie miniserial "The Alienist" miał wszystko, co potrzebne do sukcesu. Świetną obsadę, imponującą scenografię i ciekawe realia historyczne, a także nigdy nie starzejący się wątek psychopatycznego mordercy i dzielnego policjanta (w tym wypadku psychologa), który próbuje go złapać. I pewnie nie powiedziałbym złego słowa... gdyby nie to, że wszystko to widziałem już wcześniej.
I nie mam na myśli samego wątku łapania mordercy, bo przecież wciąż pojawiają się nowe produkcje na ten temat, które potrafią mnie wgnieść w fotel (jak pierwszy sezon "True Detective"). Cały problem "The Alienist" polega na tym, że się spóźnił. Gdyby powstał przed "The Knick", byłby prawdziwie rewolucyjny. A tak niestety w dużej mierze kopiuje formę wspomnianego serialu, i jak na kopię przystało, wypada o wiele gorzej. Nowy Jork na przełomie XIX i XX wieku jest na pewno interesujący, ale gdy ktoś kręci drugą z rzędu produkcję na ten temat, to w pewnym momencie widz czuje przesyt. Może gdybym nie znał "The Knick", bawiłbym się lepiej. Ale niestety znałem.
Kolejnym problemem są postacie. Tu zaznaczam - postacie, a nie aktorzy, bo zarówno Daniel Brühl, Luke Evans jak i wyrośnięta dawna dziecięca gwiazda Dakota Fanning są absolutnie rewelacyjni! Niestety grani przez nich bohaterowie, z winy scenariusza, są po prostu niesympatyczni. Doktor Kreizler (w tej roli Brühl) to kolejny aspołeczny geniusz z bagażem problemów osobistych, który jako jedyny jest w stanie złapać mordercę. Znacie ten schemat z wielu produkcji, ot choćby "Sherlocka". Różnica polega na tym, że taki Sherlock Holmes (i to zarówno w serialu z Benedictem Cumberbathem, jak i filmowym "Sherlocku Holmesie" z Robertem Downey Jr.). jest wprawdzie burakiem, ale za to zabawnym i wzbudzającym sympatię. W postaci Doktora Kreizlera nie ma nic sympatycznego. A ciężko się ogląda serial, gdy się nie lubi głównego bohatera, nieprawdaż? Prawdziwie miły wydaje się być wprawdzie Luke Evans, niestety jego rola to kolejne wcielenie ciamajdowatego, stereotypowego Doktora Watsona. A Dakota Fanning? Wątek pierwszej kobiety zatrudnionej w nowojorskiej policji jest teoretycznie interesujący, ale znów - wszystko to już widzieliśmy. Chcecie wątku XIX-wiecznej emancypacji kobiet w USA? Zapraszam do serialu "Doktor Quinn".
No to sobie ponarzekałem. Ale nie zniechęcajcie się za bardzo, bo przemawia przeze mnie zblazowanie człowieka, który w swoim życiu widział tysiące filmów i seriali. Niemniej nawet taka maruda jak ja musi przyznać, że "The Alienist" sam w sobie jest nawet niezły. Scenografia naprawdę robi wrażenie (imponuje zwłaszcza dbałość o detale historyczne), akcja jest dość wartka (chociaż czuć, że scenariusz oparto na książce) i w sumie efekt jest dość przyzwoity (choć niektóre wątki, jak chociażby miłosne perypetie młodego żydowskiego kryminalistyka, wydawały się być totalnie zbędne). Nie wiem wprawdzie, czy sięgnę kiedyś po planowane sequele, bo niekoniecznie mam ochotę znów patrzeć na obrażoną minę Doktora Kreizlera. Ale rozumiem, jeśli komuś "The Alienist" spodobał się o wiele bardziej.
Wniosek: Wizualnie imponujące, ale fabularnie dość wtórne.
O czym to jest: Historia programu kosmicznego Apollo.
Recenzja miniserialu:
Tak bardzo spodobało mi się przypomnienie sobie po latach filmu "The Right Stuff" o programie kosmicznym Merkury, że postanowiłem kontynuować historię amerykańskiego podboju kosmosu. Naturalnym krokiem było więc sięgnięcie po ekranizację programu Apollo, który - jak pamiętamy z historii - wraz z lotem Apollo 11 w 1969 roku zawiózł człowieka na Księżyc i z powrotem.
W 1995 roku do kin wszedł film "Apollo 13" w reżyserii Rona Howarda o niesamowitej, dramatycznej walce o przetrwanie załogi pod dowództwem Jima Lovella, którą popularnością przebiła nawet lądowanie Neila Armstronga na Księżycu rok wcześniej. Nagrodzony dwoma Oscarami film natychmiast zyskał wielką przychylność widzów i krytyków (zresztą zasłużenie). Tom Hanks, który w "Apollo 13" zagrał głównego bohatera, postanowił iść za ciosem i przy pomocy Howarda wyprodukował dla HBO 12-odcinkowy miniserial "From the Earth to the Moon", opisujący wszystko co nastało po programie Mercury - a więc najpierw loty Gemini, a następnie misje od Apollo 1 do Apollo 17. Hanks zagrał wprawdzie tylko w ostatnim odcinku, ale we wszystkich przyjął rolę narratora, anonsując widzom kolejne fragmenty wędrówki człowieka z Ziemi na Księżyc. Z tego też powodu miniserial wygląda miejscami jak paradokument, ale niech was to nie zmartwi, bo i tak znajdziecie w obsadzie parę znanych nazwisk - choćby Bryana Cranstona, Cary'ego Elwesa czy Adama Baldwina. Jest więc na co i na kogo popatrzeć.
Trudno ocenić "From the Earth to the Moon" jako całość, bowiem każdy odcinek nakręcono w zupełnie innym tonie i klimacie, co zdecydowanie dodaje miniserialowi nieprzewidywalności. Mamy więc i odcinki epicko-pompatyczne, i patriotyczne, humorystyczne, stricte dokumentalne czy nawet artystycznie awangardowe. Osobiście wśród moich faworytów znalazł się odcinek piąty opowiadający o karkołomnym zadaniu skonstruowania księżycowego lądownika, oraz odcinek siódmy o wesołej załodze Apollo 12. Ciekawiło mnie też, czy miniserial pokusi się o powtórzenie historii Apollo 13 tak jak to miało miejsce we wspomnianym filmie, co pozwoliłoby porównać obydwie produkcje. Ku mojemu zaskoczeniu epizod o tym wydarzeniu został pokazany całkowicie z perspektywy... relacjonujących ją mediów (co też pozwoliło na kilka cennych uwag odnośnie tabloidyzacji prasy). Warto też wspomnieć, że fani kinematografii powinni sięgnąć po ostatni odcinek (ten, w którym występuje Hanks), ponieważ odnajdą tam bardzo dużo nawiązań do historii kina jako takiego oraz... filmu "Hugo" Martina Scorsesego z 2011 roku.
Niestety widać, że "From the Earth to the Moon" było produkcją dedykowaną na mały ekran. Efekty specjalne nie powalają, a i fabuła miejscami wydaje się być zbyt rozciągnięta. Są wprawdzie jasne punkty, ale bardzo często miniserial tracił tempo i za bardzo skupiał się na detalach. Myślę że z powodzeniem dałoby się tą historię przedstawić w ośmiu, a nie dwunastu epizodach. Niemniej to wciąż solidny kawałek telewizji i cenna nauka dla tych widzów, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak to się stało że polecieliśmy na Księżyc w latach 60... i nigdy tam nie wróciliśmy. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze dożyję czasów, gdy ludzkość ponownie zatknie flagę na Srebrnym Globie, ponownie udowodniając, że nic nie jest niemożliwe.
Wniosek: Ogólnie ciekawe, ale czasem przynudza i trąci myszką.
O czym to jest: Historia życia drugiego Prezydenta i współtwórcy USA, Johna Adamsa.
Recenzja miniserialu:
Absolutna rewelacja! Długo polowałem na ten miniserial. I było warto! Już na starcie wiedziałem, że będzie znakomity, i to z kilku powodów. Po pierwsze: to produkcja HBO. Po drugie: gra tu Paul Giamatti, wybitny aktor, choć często niedoceniany. I po trzecie: to produkcja o samych początkach USA, czyli o tym jak powstało najpotężniejsze obecnie państwo na świecie. Jeśli byliście ciekawi, kim byli Washington, Jefferson, Franklin czy też tytułowy John Adams, jak powstała Deklaracja Niepodległości, jak Amerykanie zwyciężyli w wojnie z Brytyjczykami etc. - nie mogliście lepiej trafić!
"John Adams" to niezwykła, siedmioczęściowa podróż przez pierwsze pół wieku istnienia USA. Narratorem tej historii został mimowolnie John Adams, drugi Prezydent Stanów Zjednoczonych, prawnik, dyplomata i człowiek, którego upór, intelekt i bezkompromisowe podejście do świata położyły podwaliny pod przyszłą potęgę USA. Można śmiało powiedzieć, że nic nie wyglądałoby tak jak dziś, gdyby na kartach historii zabrakło Adamsa (warto zauważyć, że jeden z jego synów również został Prezydentem). Ale to nie tylko historia o nim, ale też o jego żonie Abigail, niezwykle inteligentnej i przenikliwej kobiecie, którą realia epoki zmusiły do pozostawania w cieniu męża, choć zasługiwała na wiele więcej. Państwo Adams marzyli tak naprawdę o spokojnym, w miarę dostatnim życiu - niemniej gdy porwał ich wiatr przemian dziejowych, potrafili postawić żagle i utrzymać się na fali. To naprawdę niezwykła historia, a przy tym prawdziwa niemal co do joty.
Twórcy "Johna Adamsa" nakręcili sprytny serial polityczny, gdzie gra aktorska, świetne dialogi i doskonały scenariusz przykryły braki budżetowe, które nie pozwoliły np. na porządne sceny batalistyczne (choć bombardowanie Bostonu wyglądało spektakularnie). Ale nie martwcie się, bo w żaden sposób nie wpływa to na jakość odbioru. "John Adams" to rewelacyjna produkcja, która zabierze was w podróż w czasie i da znakomitą lekcję historii zachodniej hemisfery.
Jeśli ciekawi was, co się działo za Atlantykiem w latach 1770-1826, to "John Adams" jest dla was. A na deser po miniserialu polecam film "Amistad" w reżyserii samego Spielberga, który mógłby śmiało posłużyć za kontynuację wątków. To ten sam poziom doskonałości.
O czym to jest: Nauczyciel cofa się w czasie, by powstrzymać zamach na Kennedy'ego.
Recenzja miniserialu:
Amerykanie mają fioła na punkcie prezydenta Kennedy'ego. Pomijając naszpikowany teoriami spiskowymi film "JFK", motyw zamachu w Dallas pojawia się bardzo często w filmach i literaturze amerykańskiej - w tym u Stephena Kinga. Miniserial "11.22.63" to ekranizacja powieści "Dallas '63", traktującej o nauczycielu, który odkrywa sposób podróży w czasie do początku lat 60. i decyduje się powstrzymać zamach na Kennedy'ego, by "zmienić świat na lepsze". Ale jak to u Kinga bywa, nie wszystko jest takie proste.
Co by nie mówić o talencie pisarskim Kinga (bo opinie bywają różne), to trzeba przyznać że wie, jak wymyślać dobre historie i wiarygodne postacie. To pewnie dlatego ekranizacje jego dzieł stanowią niemalże osobną gałąź kinematografii. Zamiana "Dallas '63" w miniserial była świetną decyzją, choć mam pewne wątpliwości, czy wartą aż ośmiu odcinków. Moim zdaniem fabuła z powodzeniem mogłaby się zmieścić w sześciu, redukując w ten sposób męczące niekiedy rozterki bohaterów i poboczne wątki (jak chociażby rodziny Harry'ego czy męża Sadie). Na szczęście - i tu wielkie oklaski - miniserial nakręcono bez zarzutu. Rzeczywistość lat 60. wygląda może nieco sztucznie, ale miło się na nią patrzy, zwłaszcza przy wielkiej dbałości o szczegóły (twórcy ewidentnie wzorowali się na wizualnym kluczu z serialu "Mad Men").
James Franco jest świetnym głównym bohaterem, i choć nadal przeszkadzają mi jego wodniste oczy, to przyznaję że wraz z wiekiem nabrał charakteru jak wino. Kto wie, może jeszcze będzie z niego solidny aktor? Partnerująca mu Sarah Gadon w roli Sadie jest przeurocza, zwłaszcza w tlenionych blond włosach. Również postacie drugoplanowe, jak to u Kinga bywa, wzbudzają skrajną sympatię lub nienawiść u widza - i o to właśnie chodzi. "11.22.63" umiejętnie żongluje emocjami i napięciem, co w połączeniu z intrygującym finałem daje poczucie satysfakcji z czasu spędzonego przed ekranem.
Miłośnicy twórczości Kinga odkryją tu też kilka bardzo fajnych, choć umiejętnie ukrytych smaczków, takich jak nawiązania do "Lśnienia" (Redrum!), a także do "Bastionu" (Randall Flagg i Captain Trips). Te ukłony do kingowej klasyki powodują, że aż wychodzę z siebie w oczekiwaniu na ekranizację "Mrocznej Wieży". W końcu, jak wiedzą wierni czytelnicy Stefana Króla, są światy inne niż ten, ale to Wieża jest ich centrum. Zatem dziękujemy za przygodę z "11.22.63" i prosimy o więcej!
Wniosek: Dobrze zrobione i ciekawe, choć dla mnie za długie.
O czym to jest: Grupa pasażerów budzi się na pokładzie samolotu, z którego wszyscy zniknęli.
Recenzja miniserialu:
"Langoliery", oparte na opowiadaniu Stephena Kinga, widziałem kiedyś w telewizji jako dziecko i pamiętam, że zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Byłem wprawdzie zbyt mały, żeby zapamiętać konkretne sceny, ale utkwił mi w głowie rewelacyjny pomysł na historię: samolot pasażerski wpada w dziurę czasoprzestrzenną, na skutek czego wszyscy śpiący pasażerowie cofają się w czasie o kwadrans. Problem w tym, że przeszłość jest opustoszała - wszyscy inni ludzie zniknęli. Na domiar złego sama rzeczywistość zaczyna się "zwijać", a na końcu tego kosmicznego walca czekają wielkie, zębate stwory... Wymarzony temat na opowieść grozy, prawda? Tak to jest ze Stephenem Kingiem - czego jak czego, ale pomysłów mu nie brakuje.
Gorzej z wykonaniem. Oczywiście niektóre ekranizacje jego dzieł przeszły do historii kina (moimi ulubionymi są "Zielona Mila", "Mgła", "Skazani na Shawshank" oraz rzecz jasna "Lśnienie"), ale obawiam się, że "Langoliery" nie trafią nigdy do tego zaszczytnego grona. I niekoniecznie jest to wina telewizyjnego formatu, a bardziej czerstwego, kiczowatego wykonania, nakręconego z werwą godną "Mody na Sukces". Głównym błędem było rozciągnięcie tej historii do dwuodcinkowego miniserialu, bowiem z powodzeniem całą akcję można by zmieścić w półtorej godziny. Serio, wycięcie połowy scen wyszłoby tej produkcji na dobre! Drugą bolączką są niestety kuriozalne efekty specjalne - zbyt kuriozalne nawet jak na rok 1995. Na szczęście jest kilka jasnych punktów, a są nimi niektóre kreacje aktorskie. Mark L. Chapman w roli brytyjskiego szpiega jest fajnym protagonistą opowieści, a ja osobiście mam również słabość do Davida Morse'a, grającego tu pilota samolotu (znacie tego aktora z trzecioplanowych ról w wielu kinowych hitach). Na plus można też policzyć stworzenie znośnego klimatu grozy i horroru, choć do dyspozycji filmowców był niemal wyłącznie pusty budynek lotniska i zbliżający się dźwięk Langolierów. Nie jest to oczywiście poziom przerażenia jak w "Lśnieniu" czy "Mgle", ale wyszło całkiem nieźle - jak na telewizyjny format oczywiście.
Pomysł tej opowieści jest na tyle dobry, że nie obraziłbym się za reboot. Ale nawet jeśli się go nie doczekam, to i tak cieszę się, że zobaczyłem tą historię na ekranie. Nawet jeśli kulawą w formie.
O czym to jest: Żywot Tutanchamona, legendarnego młodego faraona.
Recenzja miniserialu:
Czasem pewne produkcje po prostu nie wychodzą. Jako wprawny widz dostrzegam i doceniam, że twórcy robili co mogli by dostarczyć nam jak najlepszy produkt. Ale niestety, nawet przy tak zacnych zamierzeniach, brakuje czasem talentu, szczęścia... i dobrego pomysłu. Nawet, jeśli materiał źródłowy wręcz błaga o przeniesienie na ekran - tak jak w przypadku miniserialu "Tut".
Egipski faraon Tutanchamon nie byłby tak sławny, gdyby nie jego pełen skarbów grobowiec, odkryty w 1922 roku w sposób, którego nie powstydziłby się Indiana Jones. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że ten niegdyś zapomniany faraon zmarł młodo, mając około 20 lat, a przy tym całe życie cierpiał na sporą ilość wad wrodzonych (zapewne wskutek chowu wsobnego, popularnego wśród egipskiej arystokracji). Z historii wiemy również, że nie zostawił potomków, a władzę przejął po nim wpierw wezyr Aj, a następnie generał Horemheb. Obydwie te postacie pojawiają się w "Tut", co rzecz jasna dobrze świadczy o poszanowaniu faktów historycznych. Doceniam odrobienie lekcji przez scenarzystów, czego dowodem jest ukazanie wojny z królestwem Mitanni lub to, iż filmowy Tutanchamon utykał (z badań jego mumii wiemy, że miał szpotawą stopę). Dlaczego więc "Tut" to kiepska produkcja?
Po pierwsze - fabuła. Jest nudna, przegadana i mimo niezłego rozmachu scenicznego straszliwie czerstwa. Sceny ciągną się i wiją niczym Nil, a spiski i romanse rozwleczono do granic niestrawności. Akcję serialu dałoby się z powodzeniem zamknąć w dwóch odcinkach, niestety mamy ich aż trzy. Ponadto "Tut" pogrąża się w tych samych oparach absurdu co film "Exodus", zwłaszcza w kontekście relacji faraon/poddani. Kiedy w końcu producenci filmowi wbiją sobie do łbów, że faraon w Egipcie był bogiem, a nie "pierwszym pośród równych"? Niestety tutaj obserwujemy Tutanchamona jak biegnie na czele lekkiej piechoty, prowadząc ją do bitwy, a w wolnych chwilach włóczy się po ulicach Memfis, romansuje z dziewczyną z plebsu i ogólnie korzysta z życia. Tak, jasne... A, nie zapomnijmy również o dwuosobowym, brawurowym odbiciu z mitańskiego więzienia kapitana straży pałacowej...
Pod względem aktorskim mamy jedną, prawdziwą zaletę tej produkcji, dla której obejrzałem cały serial - jest nią Ben Kingsley. Ten aktor chyba świetnie czuje się w realiach dawnych czasów, czego najlepszym przykładem jest wspomniany "Exodus" oraz "Medicus". Kingsley zagrał wspaniale, zwłaszcza w zestawieniu z pozostałą, na wpół amatorską obsadą, która bardziej pasowałaby do reklamy proszku do prania. Tragiczny był faraon, tragiczni byli jego żona/siostra, kochanka, kapitan straży, najlepszy kumpel, generał... Piękni (i biali) jak z rozkładówki, lecz zagrali płasko, bez emocji, głębi i najzwyklejszego talentu. Na ich tle Kingsley świecił niczym słońce nad Saharą, i dlatego zapewne "Tut" nie został totalnie zmiażdżony przez krytykę.
Dobre są wprawdzie sceny batalistyczne (jak na możliwości telewizji oczywiście), a także scenografia. Ale to nie wystarczy, bym mógł polecić "Tut" z czystym sumieniem. Jeśli chcecie to obejrzeć, to tylko dla Bena Kingsleya, albo dlatego, że naprawdę nie ma nic innego w telewizji.
O czym to jest: Prawdziwa historia o tym, że polityka ma swoją cenę.
Recenzja miniserialu:
Tak, przyznaję się bez wahania - postanowiłem zapoznać się z całą filmografią Oscara Isaaca. Zaufajcie mi, to naprawdę znakomity aktor! Oglądanie go na ekranie to prawdziwa frajda, a "Show Me a Hero" jest jedną z tych produkcji, o których będzie się pamiętać w przyszłości. Isaac dostał za nią Złotego Globa i nie mam żadnych wątpliwości, że zasłużenie.
HBO, jak przystało na najlepszą telewizję świata, przedstawiło kolejną fantastyczną opowieść: miniserial o życiu Nicka Wasicsko, burmistrza Yonkers (stan Nowy York) w latach 1987-1989. Słyszeliście kiedyś o tym polityku, który był najmłodszym burmistrzem w historii USA? Jestem pewien, że nie. Nawet ja, mimo że studiowałem politologię, nigdy o nim nie usłyszałem. A jednak życie Wasicsko zasłużyło na to, by pokazać je w serialu, i to jeszcze TAKIM serialu. Nick, piastując swój urząd, miał przeciwko sobie niemal całą radę miejską i opinię publiczną (znacznie bardziej agresywną, niż to bywa choćby w Polsce). Poszło o mieszkania komunalne dla ubogich rodzin (w większości czarnoskórych), które amerykański sąd nakazał wybudować w "lepszych" dzielnicach Yonkers. Wasicsko, choć był przeciwny tej koncepcji, postanowił podporządkować się wyrokowi. Co z tego wynikło - musicie się przekonać sami.
Jego losy są doskonałą próbką tego, jak wygląda polityka i co trzeba w sobie mieć, by się w niej odnaleźć. O ile np. "House of Cards" pokazuje wypaczony i przerysowany przykład polityki na szczeblu światowym, to "Show Me a Hero" schodzi na poziom lokalny, gdzie jednak panują takie same krwiożercze zasady. To prawdziwa gra o tron, w której zwyciężasz, albo wypadasz na stałe. Będąc "dyplomowanym specjalistą w zakresie polityki" (brzmi poważnie, nie?) potwierdzam, że właśnie tak to wygląda! Serial w fantastyczny sposób prezentuje realia końcówki lat 80., tworząc złudzenie, że oglądamy film dokumentalny, a nie fabularny. Przez sześć odcinków śledzimy losy zarówno burmistrza, jak i szeregu ubogich rodzin, dla których były przeznaczone mieszkania komunalne. Cieszę się, że w ten sposób pokazano, iż to co robią politycy, ma wpływ na ludzi dookoła. W końcu czasem i z paskudnych okoliczności może wyjść coś dobrego.
To naprawdę dobry miniserial. Nie ma tu scen akcji, ale jest fantastyczna, głęboka i przejmująca gra aktorska Isaaca oraz niesamowita, wciągająca historia. Pewnie część widzów uzna ten serial za nudny... Ale ja tak nie uważam. Polecam, zwłaszcza tym, którzy zastanawiają się, czy nie zająć się polityką. Może dzięki temu pomyślą dwa razy, zanim wejdą w to bagno.
O czym to jest: Piątka młodych Niemców stara się przetrwać piekło II wojny światowej.
Recenzja miniserialu:
O niemieckim miniserialu "Unsere Mütter, Unsere Väter" powiedziano w Polsce dużo złego. Że wybiela i fałszuje historię. Że zdejmuje z Niemców część winy za II wojnę światową, rzezie i Holocaust. Że szkaluje obraz bohaterskich Polaków walczących w szeregach Armii Krajowej. I tak dalej, i tak dalej... Nie miałem więc wyjścia, jak przekonać się o tym na własne oczy. I jak zwykle w takich przypadkach stwierdzam, że wielu komentatorów powinno się najpierw dokształcić, a dopiero potem wyrażać skrajne opinie.
Niemcom nie jest łatwo kręcić filmy o II wojnie światowej. Zresztą czy jest jakiś naród, któremu coś takiego łatwo przychodzi? Rosjanie nie kręcą zbyt często filmów o Gułagu, Brytyjczycy nie kręcą o wojnach burskich, a my nie wspominamy o "złotych żniwach" na Żydach w czasie II wojny (są na szczęście wyjątki, takie jak "Ida"). Tym bardziej cieszę się, że niemiecka telewizja spróbowała przybliżyć dramat młodych Niemców, wciągniętych w wir totalitarnego szaleństwa. Piątka przyjaciół: dwóch braci wcielonych do Wehrmachtu (ten starszy, wzór hitlerowca, i ten młodszy, delikatny wrażliwiec), naiwna dziewczyna zgłaszająca się na pielęgniarkę w szpitalu polowym, wyrachowana panienka marząca o karierze piosenkarki, a także młody Żyd, niemiecki patriota, którego reżim uznał za podczłowieka. Wszyscy oni muszą się zmierzyć z największym horrorem XX wieku, powoli ucząc się, że nie świat nie jest tak czarno-biały, jak im wmawiano od dzieciństwa. Jestem przekonany, że gdyby nazizm współcześnie się odrodził, wielu młodych ludzi (niekoniecznie tylko Niemców) znalazłoby się dziś w identycznej pułapce, z identycznymi dylematami i wyborami. I pewnie, niestety, tak samo by skończyła. Pod tym względem historia często się powtarza.
Miniserial wygląda bardzo realnie. Nakręcono go z niezwykłą dbałością o szczegóły, takie jak charakteryzacja, scenografia czy klimat epoki. Nie zapomina się o trudnych tematach, takich jak właśnie Holocaust czy mordy na ludności polskiej i rosyjskiej. Fabuła jest wartka, pozbawiona dłużyzn, logiczna i konsekwentna. Batalistycznie jest również bez zarzutu (scena ostrzału wojsk niemieckich z katiusz mrozi krew w żyłach), nie dziwi więc określanie tej produkcji mianem niemieckiej "Kompanii Braci", tyle że z tej drugiej, złej strony konfliktu. Młodzi aktorzy obsadzeni w głównych rolach zagrali fenomenalnie. Jako widzowie jednocześnie darzymy ich sympatią, ale też nienawidzimy za zaślepienie i to, że również mają krew na rękach (jedynym sprawiedliwym okazuje się wyłącznie młody Żyd, którego - jak można się spodziewać - historia nie oszczędzała). Pewnie domyślacie się również, że w tej historii nie ma zbyt wielkiego happy endu... Ale czy mógłby być? Naród niemiecki przez sześć lat wojny zebrał to, co zasiał. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że wszyscy wyciągnęli z tej lekcji odpowiednie wnioski.
A na koniec przejdźmy do największej kontrowersji, czyli przedstawiania polskich partyzantów z AK jako antysemitów, tępiących Żydów tak samo jak Niemców. Na początku wyjaśnijmy sobie fakty historyczne, z którymi nie ma co się sprzeczać: Polacy mordowali Żydów w czasie II wojny światowej, głównie na terenach wiejskich i zazwyczaj dla pieniędzy. A nawet jeśli nie mordowali, to wydawali ich Niemcom. Jasne, była ogromna liczba przypadków szlachetnej i bezinteresownej pomocy (starczy popatrzeć na listę nagrodzonych tytułem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata), ale mordy i zbrodnie zdarzały się równie często. Przyznaję, że niefortunnym było przedstawienie oddziału Armii Krajowej jako stricte antysemickiego. Jednak gdyby to był oddział Narodowych Sił Zbrojnych - to coś zupełnie innego. O tej bandzie narodowców, z których wielu kolaborowało z Niemcami, nie można powiedzieć zbyt wiele dobrego. Tutaj scenarzyści mogli się więc trochę bardziej postarać i poszperać w podręcznikach do historii.
No i na koniec jeszcze zupełnie techniczna uwaga: szkoda, że Polaków zagrali tu niemieccy aktorzy, mówiący w serialu po polsku, ale z bardzo mocnym niemieckim akcentem. Dziwi mnie to, bo przecież Polaków w Niemczech nie brakuje i na pewno w castingu dałoby się wyłonić jakieś talenty aktorskie. Tutaj też twórcy poszli na łatwiznę. Ale niech to niedociągnięcie nie przysłoni wam całościowego obrazu: to jest naprawdę dobry serial. Prawdziwy.
Wniosek: Niezłe i mocne. Zostaje w głowie na dłużej.
O czym to jest: Klasa próżniacza siedzi na łące i wzdycha do kwiatków.
Recenzja miniserialu:
Pewnych produkcji nie powinno się nadmiernie wydłużać. Zdaję sobie sprawę, że każdy gatunek ma swoich hardcore'owych fanów, którzy cenią każdą minutę i proszą o więcej. Ale dla zwykłego widza, który ocenia film jako całość, nadmierne rozciągnięcie fabuły jest po prostu zabójcze.
Miniserial BBC "Duma i Uprzedzenie" uznawany jest za najlepszą ekranizację tego najsłynniejszego XIX-wiecznego romansu autorstwa Jane Austen. I rozumiem dlaczego. Faktycznie temat jest nośny i w sam raz dla epoki: oto mamy pięć ubogich, ale pięknych (jak na brytyjskie warunki) sióstr, wokół których krąży stado zamożnych kawalerów. Kto z kim skończy, kto się w kim zakocha, komu uda się spisek i konspiracja znad filiżanki herbaty, a kto zostanie z niczym? Historia w sam raz dla samotnych panien siedzących w oknie i wzdychających do księcia na białym koniu. I oglądałoby się to nieźle, gdyby nie fakt... że ta produkcja trwa pięć godzin!!!
Naprawdę - to pięć godzin siedzenia i oglądania burżuazji na łące, w salonie, przy fortepianie, na przechadzce i w powozie. Święta makrelo, ileż można! Zwroty akcji ograniczają się do pisania liścików, szeptania do ucha na balu, ploteczek i skandalików. Jasne, warto to obejrzeć dla znajomości realiów epoki, ale pięć godzin zarżnie każdą, nawet najlepszą produkcję. Wydaje mi się nawet, że "Becoming Jane", czyli biografia autorki oparta na schemacie "Dumy i Uprzedzenia", była lepszym filmem. Gdyby nie Colin Firth w rewelacyjnej kreacji pana Darcy'ego, to nie byłoby tu na co patrzeć... Niemniej przyznaję, że Jennifer Ehle w głównej roli była też lepsza od duetu panien z "Rozważnej i Romantycznej", także z punktu widzenia obsady nie jest źle. Gdyby to jeszcze jakoś zebrać razem, uprościć i skrócić, mogłoby być całkiem przyzwoicie.
No, ale przynajmniej zaliczyłem wszystko co istotne w tematyce Jane Austen. Teraz czekam na "Dumę i Uprzedzenie i Zombie".
Wniosek: Byłoby niezłe, gdyby nie rozciągnięcie fabuły do granic absurdu.
O czym to jest: Adaptacja cyklu sztuk Szekspira o królach Anglii.
Recenzja miniserialu:
BBC wzięło się za Szekspira. Na poważnie. W ramach wielkiego projektu postanowiono sfilmować pierwszy w historii literatury cykl dramatów, połączonych ze sobą zarówno wydarzeniami, jak i postaciami. Chodzi o "Ryszarda II", "Henryka IV" (dwie części), "Henryka V", "Henryka VI" (trzy części) oraz "Ryszarda III". Temat jest rzeczywiście wyjątkowo ambitny, zwłaszcza dla Brytyjczyków, dla których Szekspir jest kwintesencją narodowej tożsamości. Powyższe sztuki połączono w jednym tytule "The Hollow Crown", zatrudniono do ról głównych wielkie nazwiska światowego kina i rzucono na żywioł. Co z tego wynikło?
Mam mieszane uczucia. Ponieważ każdy odcinek to osobna sztuka, trzeba je oceniać pojedynczo (oczywiście pewni aktorzy i postacie przewijają się w kilku odcinkach naraz, ale nawet Szekspir miał wzloty i upadki, w związku z czym sztuki różnią się poziomem). Wielkich nazwisk w obsadzie jest tu naprawdę sporo: Ryszarda II gra Ben Whishaw, Henryka IV Jeremy Irons, Henryka V Tom Hiddleston, a Ryszarda III Benedict Cumberbatch (co brzmi wyjątkowo epicko, jako że Ryszard III - co ciekawe dopiero w 2015 roku pochowany z honorami - był ostatnim angielskim królem poległym na polu bitwy). Oprócz nich na planie przewijają się Patrick Stewart, James Purefoy, John Hurt, a także połowa obsady "Gry o Tron". Sami więc widzicie, że z taką bombową ekipą można na ekranie zrobić wszystko.
Niestety obawiam się, że projekt trochę za bardzo przygniótł jego twórców. Większość odcinków ma słabe tempo, a spośród nich wyróżnia się tak naprawdę pierwsza część "Henryka IV" z rewelacyjną bitwą pod Shrewsbury i świetnymi scenami w karczmie z udziałem młodego Henryka V i Johna Falstaffa (dzięki temu jest to najlepszy odcinek cyklu). Reszta fabuły to tak naprawdę chodzenie w kółko i wygłaszanie pozbawionych emocji monologów, co jest wyjątkowo przykre zwłaszcza w przypadku kultowego "Henryka V". Na szczęście nie można nic zarzucić scenografii, kostiumom czy charakteryzacji - realia przełomu XIV i XV wieku są tu wyjątkowo prawdziwe, z brudem i popsutymi zębami na czele. No dobra, jest jeden zarzut, czyli absurdalna poprawność polityczna, która kazała w rolach arcybiskupa i księcia Yorku obsadzić czarnoskórych aktorów. Zastanawiam się, jakie larum by się podniosło, gdyby np. Martina Luthera Kinga zagrał kiedyś biały aktor. Jak już zaprzeczamy rzeczywistości, to róbmy to w obydwie strony, a nie tylko w jedną...
Wracając do meritum: wiadomym jest, że kręcąc Szekspira za bardzo nie można odejść od oryginału (no chyba że kręci się tak brawurowo, jak w uwielbianej przeze mnie "Romeo i Julii" w realiach Ameryki Południowej z końca XX wieku). Niemniej przykład "Henryka V" Kennetha Branagha z 1989 roku pokazuje, że można nakręcić "czystego" Szekspira w znacznie bardziej dynamiczny sposób. Ale po kolei. Ryszard II jest w "The Hollow Crown" w miarę znośny, czytelnie pokazujący pietyzm i oderwanie od rzeczywistości tytułowego króla, który (jak to u Szekspira) kończy dosyć marnie. Henryk IV dzięki świetnej kreacji Jeremy'ego Ironsa broni się najlepiej, choć ciężar narracji od początku skłania się do Toma Hiddlestona jako Henryka V. I tu jest największy problem, bowiem uroczy Loki z "Marvel Cinematic Universe" nie udźwignął ciężaru takiej postaci. Gra beznamiętnie, bez pasji i ikry, a poza szczerzeniem śnieżnobiałych zębów niewiele ma do pokazania. Henryk V w jego kreacji to zawód na całej linii, zwłaszcza gdy się go zestawi ze wspomnianym wcześniej Kennethem Branaghem. Legendarna mowa przed bitwą pod Agincourt (ta, w której padają słowa o "kompanii braci") w ogóle nie ma ikry, podobnie jak jego monologi podczas oblężenia Harfleur. Byłem głęboko rozczarowany tak marnym efektem na ekranie. "Henryk V" powinien być najlepszą częścią "The Hollow Crown", a było zupełnie na odwrót.
Na szczęście mimo zastrzeżeń jest to niewątpliwie ważny kawałek telewizji i chwała BBC, że spróbowało dokonać takiej ekranizacji. Sądzę jednak, że dałoby się zrobić lepiej i mniej zachowawczo.
Wniosek: Warte obejrzenia, ale nie spodziewajcie się fajerwerków.