Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czary mary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czary mary. Pokaż wszystkie posty
"Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings" ("Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni")

"Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings" ("Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni")

O czym to jest: Młody chłopak mierzy się ze starożytnym dziedzictwem swojego nieśmiertelnego ojca.

shang chi film marvel disney

Recenzja filmu:

Czy filmowe uniwersum Marvela zaczyna zjadać własny ogon? Zdecydowanie nie! Kolejne produkcje udowadniają, że pomimo dziesiątek filmów i seriali na karku wciąż jest w nim pole na nowe pomysły, formy i konwencje. Dalekowschodnie kino kopane ze sporą dozą fantasy a'la "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok"? Czemu nie, zapraszamy! I o dziwo pasuje to naprawdę znakomicie!

W filmie "Shang-Chi" poznajemy nowego przyszłego superbohatera, tytułowego syna nieśmiertelnego watażki i chińskiej czarodziejki. Młody chłopak odrzuca dziedzictwo ojca i pracuje w San Francisco jako parkingowy. Ale jak przystało na kino tego typu, przeszłość rzecz jasna go dogania, w związku z czym nasz bohater musi wykorzystać uśpiony talent by ocalić siebie i cały świat. Brzmi jak fabuła oklepana w formie? Owszem, ale co z tego! "Shang-Chi" ogląda się znakomicie - o ile rzecz jasna lubicie kino tego typu. Z powodzeniem produkcja mogłaby stanowić samodzielną całość, ale dołączenie go do uniwersum jedynie podbija nutkę dobrego smaku. Brawo!

Simu Liu jako Shang-Chi to wyjątkowo sympatyczny protagonista, którego ogląda się z prawdziwą przyjemnością (świetnie też sprawdza się w scenach akcji). Oczywiście wszyscy są zgodni, że film skradła Awkwafina w roli Katy, wygadanej przyjaciółki naszego herosa. Świetnym dodatkiem był również Ben Kingsley, który powrócił do roli Mandaryna z "Iron Man 3", jednocześnie odczarowując mi tamten film. Ogromnym plusem było też przedstawienie całego bestiariusza z chińskiej mitologii, która wbrew wyobrażeniom ludzi Zachodu nie ogranicza się wyłącznie do charakterystycznych smoków (hunduny skradły moje serce!). Trochę widzę w tym case "Black Panther", gdzie twórcy wrzucili do jednego popcornowego pudła całą afrykańską mitologię - tutaj zrobiono to samo z chińską. Co dalej: rdzenni Indianie z obydwu Ameryk? Hindusi? Aborygeni? Maorysi i ludy Pacyfiku? Możliwości są nieskończone!

Nie będę na siłę szukał wad tej produkcji: bawiłem się świetnie, uśmiechałem od początku do końca i po zakończeniu seansu prosiłem o więcej. Niech Marvel utrzyma ten poziom, a kręcić mogą przez następne 15 lat! 

Wniosek: Naprawdę fajna rozrywka - i jako bajka, i jako kino kopane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"WandaVision"

"WandaVision"

O czym to jest: Superbohaterka po utracie ukochanego kreuje fikcyjną rzeczywistość na wzór idealnego amerykańskiego miasteczka. Ale w tej iluzji nie wszystko jest takie jak się wydaje. 

wanda vision olsen bethany disney+ marvel cinematic universe

Recenzja serialu:

Bierzemy się za kolejną odsłonę "Marvel Cinematic Universe", tym razem w formie pierwszego oficjalnego serialu z uniwersum! Choć tak po prawdzie jest to druga odsłona serialowych przygód postaci Marvela - pierwszą było skasowane już uniwersum telewizyjne Marvela, rozpoczęte przez "Agent Carter", w którym to seriale nawiązywały do filmów (ale już nie odwrót). Tym jednak razem wszystko jest oficjalne - nowe seriale mają być w pełni wymienne z produkcjami kinowymi. A zaszczyt chorążego tej nowej fali przypadł tytułowi "WandaVision", rozprawiającego się z tytułową dwójką pobocznych superbohaterów uniwersum i ich małżeńskiej relacji.

Ogólna moja reakcja jest jak najbardziej pozytywna! To co lubię w uniwersum "Marvela" to zabawa konwencją i eksperymentowanie z formą. Tutaj twórcy wzięli na warsztat kilka dekad familijno-komediowych seriali w USA (zaczynając od czarnobiałych sitcomów z lat 60.) i przedstawili je w krzywym zwierciadle. Dzięki temu pierwsza połowa odcinków to prawdziwa podróż w czasie, nawiązująca wizualnie i stylistycznie do takich klasyków jak "I Love Lucy", przez "Full House" aż do "Malcolm in the Middle" i "Modern Family". To oczywiście tylko niektóre tytuły, ale nie martwcie się - serial jest równie mocno osadzony w swoim własnym uniwersum, wychodząc wprost od wydarzeń "Avengers: Infinity War" oraz "Avengers: Endgame" (zaliczając po drodze istotne wątki "Captain Marvel"). I o ile instynkt mnie nie myli, to dopiero początek przygód Wandy vel Scarlet Witch i jej nowych supermocy! Osobiście uwielbiam zabawę konwencją, autoironię twórców i nawiązywanie do klasyków kina i telewizji. Zatem koncepcyjnie "WandaVision" trafiło we mnie na widza idealnego, który bawił się wyśmienicie!

W założeniu serial stanowi następną po "Doctor Strange" próbę wprowadzenia czystej magii do uniwersum, tutaj w formie (a jakże) Czarownic z Salem i ich dziedzictwa. Chylę czoła przed bardzo sprytnym ukryciem głównego antagonisty i ciągłym kierowaniem widzów na manowce - wliczając w to niemalże bezczelne pomachanie przed nosem możliwym crossoverem z kinowym uniwersum "X-Menów". Nie da się ukryć, że w tak rozbudowanym wszechświecie jaki stworzył Marvel zmieści się wszystko - od space opery po czary mary. Więc czemu by nie! Nie brakuje akcji, ciekawych efektów specjalnych, dobrego lub nawet bardzo dobrego aktorstwa i przemyślanej fabuły. Takich seriali mogą kręcić więcej!

Gdyby tylko udało się skrócić ilość odcinków i wyciąć dłużyzny, mielibyśmy produkcję bardzo dobrą. A tak jest wyłącznie dobra, ale za to solidnie. Jeśli znacie poprzedzające serial filmy będziecie się bawić podwójnie, zwłaszcza gdy na ekran zawita cała masa trzecioplanowych postaci z uniwersum. Ale z całą pewnością ani one, ani ich twórcy, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa!

Wniosek: Udane, choć nieco za długie i przegadane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Practical Magic" ("Totalna Magia")

"Practical Magic" ("Totalna Magia")

O czym to jest: Opowieść o siostrzanych relacjach dwóch czarownic i magii miłości. 

totalna magia film recenzja sandra bullock nicole kidman

Recenzja filmu:

Są takie filmy, które nie mają w sobie nic odkrywczego, nie poruszają fundamentalnych kwestii filozoficznych, nie komentują spraw politycznych czy społecznych. Stanowią za to przyjemną odskocznię od szarej rzeczywistości i poprawiają samopoczucie wnosząc nieco magii do naszego szarego życia. Taka właśnie jest "Totalna Magia". Trochę komedia romantyczna, trochę opowieść obyczajowa z elementami fantastyki. Niby banalna, ale bardzo przyjemna w odbiorze.

Po raz pierwszy obejrzałam "Totalną Magię" mając lat kilkanaście, będąc w fazie fascynacji tematyką czarownic i okultyzmu. I chociaż za komediami romantycznymi nie przepadam, to ten tytuł urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Film jest ekranizacją książki autorstwa Alice Hoffman pod tym samym tytułem (której wciąż nie przeczytałam, chociaż czeka na półce) i opowiada o dwóch siostrach, Sally i Gillian, pochodzących ze starego rodu czarownic. Gdy dziewczynki zostają sierotami trafiają pod opiekę ekscentrycznych ciotek. Próbują wprawdzie wieść normalne życie, ale nie jest to łatwe gdyż cała okolica obawia się kobiet z rodu Owensów, które nie dość, że mają (ponoć) magiczne moce to dodatkowo są obłożone klątwą, przez którą wybrankowie ich serca kończą żywot w przykrych okolicznościach. Na ekranie śledzimy relacje już dorosłych sióstr (w rolach głównych Sandra Bullock i Nicole Kidman) oraz ich perypetii miłosnych. Akcja zdecydowanie się ożywia gdy pada pierwszy trup, ale to dopiero początek opowieści. 

Jeśli miałabym określić ten film jednym słowem użyłabym wyrazu: "magiczny". Przypomina nam, że każda kobieta jest trochę wiedźmą, a magiczne artefakty to często rzeczy codziennego użytku i dopiero nasza intencja sprawia, że stają się czymś niezwykłym, a prawdziwa miłość (nie tylko romantyczna, ale i siostrzana) może czynić rzeczy niezwykłe. Dla mnie każdy ponowny seans to rzeczywiście totalna magia, bo sprawia iż świat wokół wydaje się nieco bardziej urokliwy!

"Pamiętaj, że czosnek, sól i rozmaryn od zarania dziejów odpędzają zło. 

Hoduj róże i lawendę, na szczęście.

Zakochuj się, kiedy tylko możesz..."

Wniosek: Magiczne kino o pozytywnych wibracjach, pełne uroku i humoru. 


"The Watch"

"The Watch"

O czym to jest: Uwspółcześniona ekranizacja powieści Terry'ego Pratchetta o przygodach straży miejskiej w fikcyjnym Ankh-Morpork, największym mieście Świata Dysku.

straż terry pratchett świat dysku serial BBC

Recenzja serialu:

Nie jestem przeciwnikiem zabawy konwencją i eksperymentowania formą, mało tego - gorąco wierzę w coś takiego jak licentia poetica oraz w to, że umiejętny artysta nie zgubi ducha historii niezależnie od tego, jakiego opakowania użyje. Niemniej w przypadku ekranizacji kultowych książek o Straży z cyklu "Świata Dysku" Terry'ego Pratchetta muszę sobie zadać pytanie: czy ta produkcja naprawdę jest dobra nie gubiąc ducha powieści mimo kontrowersyjnej formy, czy może to powieści są aż tak dobre, że nawet taki gwałt na formie nie był w stanie ich spieprzyć?

Jestem ogromnym fanem Terry'ego Pratchetta od lat, wszystkie tomy "Świata Dysku" mam na półce, a czytałem każdy z nich co najmniej kilkukrotnie. Nie mówię że jestem totalnym fachowcem w tej dziedzinie, ale co nieco tam wiem. Obejrzałem też wszystkie dotychczasowe ekranizacje, zaczynając od nudnego do bólu "Wiedźmikołaja", przez zachowawczy "Kolor Magii", aż do świetnego "Piekła Pocztowego". Na serial o kapitanie Vimesie i Straży Ankh-Morpork czekałem od lat, z uwagą śledząc każdy strzęp doniesień na ten temat. I szczerze: naprawdę nie spodziewałem się takiego opakowania! Książki osadzone są w realiach renesansowo-wiktoriańskiej Anglii (a Ankh-Morpork to taki Londyn rzecz jasna), oczywiście ze sporą domieszką czystej fantastyki i zapożyczeń z innych kultur oraz motywów. Tymczasem twórcy serialu postanowili odważnie wkroczyć w XXI wiek prezentując nam serial współczesny, co nieco przypominający dystopijne lata 90. (w których zamiast pistoletów dominują kusze) i na dodatek wizualnie zanurzony po uszy w stylistyce queer - tak mocno, że mógłby wręcz uchodzić za manifest całej subkultury LGBTQ+. Wszystko co scenarzyści wyczytali na stronach powieści zostało tu przemielone i podane w psychodelicznej formie, wliczając w to zaskakującą miejscami zmianę płci i wyglądu bohaterów. Gdy zestawimy "The Watch" ze wspomnianym "Piekłem Pocztowym" przypadkowy widz nigdy by nie zgadł, że pochodzą one z tego samego uniwersum. I tak jak wspomniałem we wstępie, nie mam nic przeciwko temu, że twórcy popuścili wodzom fantazji. Mam jednak wrażenie, że wspomniane zmiany były po prostu bezcelowe i stworzone do tego, by szokować dla samej idei szokowania. Tylko po co?

Doceniam sporo elementów, bo jako fan uniwersum podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle. Nie brakuje charakterystycznego humoru Pratchetta, nie zapomniano o wielu motywach i wątkach (poruszonych choćby pobieżnie), a fabuła dość mocno trzyma się kupy, co naprawdę nie było łatwe przy ostrym i chaotycznym montażu. Aktorów - nawet tych którymi zmieniono płeć - dobrano całkiem nieźle, ze wskazaniem na Marchewę, Cudo Tyłeczek (najlepsza postać serialu!) i samego Vimesa, który przekonał mnie do siebie w pełni (choć nie od razu). Największa szkoda, że scenarzyści zgubili większość kontekstu społeczno-politycznego książek, którego nie da się oddzielić od twórczości autora (wyjątkiem są jedynie gobliny z ich pełzającą marksistowską ideologią). A no i niestety nie podaruję, że Vetinariego nie zagrał Charles Dance, który w "Piekle Pocztowym" postawił tej postaci chyba najwyższą pieczęć jakości. 

"The Watch" już otrzymało najgorszą karę, jaka mogła spotkać taką produkcję - hejt fanów książek Pratchetta i całkowitą obojętność reszty światowej widowni. Ciężko znaleźć jakąkolwiek opinię na temat tej produkcji, bo po prostu mało kto ją oglądał i tak już raczej zostanie (można liczyć ewentualnie na opóźnioną kultowość, ale tylko w wypadku, gdy serial namierzy szeroka społeczność LGBTQ+). Dlatego też zakończenie serialu ostrym cliffhangerem urywającym wątki dosłownie w połowie sceny, bez realnej wizji nakręcenia drugiego sezonu, uważam za grzech śmiertelny, który powoduje, że oglądanie całości staje się bezcelowe i obniża moją finalną ocenę. Terry Pratchett by tego nie pochwalił. 

Wniosek: Wierne duchowi książek, ale bardzo kontrowersyjne w formie. Szkoda że bez zakończenia!


"Fantastic Beasts: The Crimes of Grindewald" ("Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda")

"Fantastic Beasts: The Crimes of Grindewald" ("Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda")

O czym to jest: Dobrzy czarodzieje ścigają złego czarnoksiężnika.

fantastyczne zwierzęta zbrodnie grindewalda film recenzja jude law johnny depp

Recenzja filmu:

Jakoś tak się stało, że ominąłem do tej pory recenzję najnowszej części serii przygód brytyjskich czarodziejów, czyli sequela „Fantastycznych Zwierząt”. Obawiam się jednak, że jej brak w zestawieniu nie robi większej różnicy – to bowiem typowa produkcja typu przerywnik, nie mająca sensu zarówno bez poprzedniej, jak i nadchodzącej kolejnej części. Nie przepadam za takimi filmami i traktuję je trochę jak typowy skok na kasę – ale cóż, skoro jest popyt, to jest i podaż. 

„Zbrodnie Grindewalda” nie są na szczęście złym filmem. Akcja startuje niedługo po finale „Fantastycznych Zwierząt” i bezpośrednio do niego nawiązuje. Niestety przez ponad dwie godziny mamy do czynienia z rozstawianiem pionków po planszy – tylko i aż. Jestem nieco rozczarowany, że zamiast ciągnąć w miarę unikalny (i amerykański) klimat „Fantastycznych Zwierząt” akcja filmu wróciła do Europy (a konkretnie do Paryża), i zmieniła się w jeden wielki prequel przygód Harry’ego Pottera. Jedyne zaskoczenie jakie czeka widza, to obwieszczenie kto na końcu stanie po stronie „dobra”, a kto „zła”. Ale nie myślcie, że to oznacza jakąś epicką finalną konfrontację, bo na nią poczekacie jeszcze zapewne przez szereg lat (plotki głoszą, że producenci planują aż trzy kolejne filmy). 

Oczywiście miło było zobaczyć znowu Hogwart, zapoznać się z genezą starych postaci (ot chociażby Dumbledore’a) i poczuć ten „potterowy” klimat prosto z książek J.K. Rowling. Paryż z okresu międzywojennego robił świetne wrażenie, starali się też aktorzy – Johnny Depp był bardzo wiarygodny jako tytułowy czarny charakter, podobnie Jude Law w roli młodego czarodzieja Dumbledore’a. Jednak naprawdę wolałbym dostać coś oryginalnego niż znanego, ale odgrzewanego. Nie daruję też marginalizacji postaci Newta Scamandera, który był fantastycznym protagonistą, a tutaj został zredukowany do jednej z wielu równorzędnych postaci. I nie pomógł nawet powrót Kowalskiego, niestety mniej zabawnego niż poprzednio. 

„Zbrodnie Grindewalda” to film poprawny, ale jednocześnie taki, o którym świat szybko zapomni. Przypomina mi mocno „Księcia Półkrwi” – też już dziś nie pamiętam, o co chodziło w tamtej produkcji prócz tego, że budowała grunt pod finał. Zatem pozostaje nam tylko czekać i sprawdzić, co też twórcy przyniosą nam następnym razem.

Wniosek: Poprawne kino, ale nic ponadto. Ot kolejny odcinek większej całości.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Harry Potter"! >>>


"Wiedźmin"

"Wiedźmin"

O czym to jest: Przygody smutnego łowcy potworów.

wiedźmin polski serial 2002 michał żebrowski zbigniew zamachowski

Recenzja serialu:

Po tym jak zakończyłem seans pierwszego sezonu "The Witcher" poczułem spory niedosyt przygód wiedźmina Geralta. To był więc najlepszy czas, by przypomnieć sobie po latach pierwszą próbę podejścia do tematu, a więc polski serial "Wiedźmin" z 2002 roku. Tu zaznaczę, że mam na myśli 13-odcinkowy serial, a nie film pod tym samym tytułem, który wyszedł w 2001 roku. Jakość wspomnianego filmu jest po dziś dzień symbolem żenady i kompromitacji polskiej kinematografii, więc spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Tu mała dygresja - zauważyliście, że w naszym Kraju Kwitnącej Cebuli wszystko robi się na opak? Nakręcenie jednocześnie filmu kinowego i serialu do telewizji nie jest przecież czymś nowym, robi się tak na całym świecie. Tyle że w normalnych krajach wypuszcza się do kin np. pilota serialu (względnie finał), a resztę odcinków zostawia do telewizji. Niestety twórcy "Wiedźmina" postanowili wziąć trzynaście godzin materiału i pociąć go do dwugodzinnej produkcji. No i w ten sposób wyszło co wyszło...

Dlatego też zapomnijmy o filmie raz na zawsze. Przykro mi tylko, że jego klęska pociągnęła na dno cały serial - do tego stopnia że nigdy nie ukazał się na DVD. Wielka szkoda, bo polski "Wiedźmin", choć jest produkcją totalnie inną od "The Witcher", ma swoje ogromne zalety. Zacznijmy od głównego bohatera - w polskiej wersji wcielił się w niego Michał Żebrowski. Jego Geralt w ciągu trzynastu odcinków przeszedł pełną ewolucję, od naiwnego idealisty o mentalności ufnego dziecka, przez cynicznego mruka, aż do zdeterminowanego wymiatacza, który nie boi się stanąć bez broni naprzeciwko grupy rycerzy (cytuję: "Nie potrzeba mi miecza, wezmę sobie od nich"). Chudy, ponury i wiecznie strapiony Geralt okazał się być postacią, której widz raczej nie polubi, ale mimo to będzie jej kibicował. Taki typowy antybohater, i to jeszcze zanim ten typ postaci stał się modny w światowej telewizji. Starania Żebrowskiego uzupełniają świetne kreacje drugoplanowe - rzecz jasna Zbigniewa Zamachowskiego jako Jaskra (w przeciwieństwie do "The Witcher" jego postać nie była tu komediowym śmieszkiem, a raczej matejkowskim Stańczykiem). Świetna jest Grażyna Wolszczak jako histeryzująca czarodziejka Yennefer, Anna Dymna jako stoicka kapłana Nenneke, nieodżałowany Maciej Kozłowski jako złoczyńca Falvick, no i mój ulubieniec - Andrzej Chyra jako Borch Trzy Kawki! Swoją drogą znanych nazwisk przewinęła się tu cała masa: Olbrychski, Gruszka, Buzek, Peszek, Milowicz, Łukaszewicz, Dygant... Jak to w typowym polskim serialu, cała masa znajomych twarzy!

Drugą zaletą "Wiedźmina" jest rewelacyjny klimat. To wolno snująca się opowieść, kreślona z odcinka na odcinek i co ciekawe dość konsekwentna i logiczna w konstrukcji fabuły. Wieloletnie przeskoki między epizodami pozwoliły na sprytne rozwinięcie postaci, dzięki czemu nawet nieznający oryginalnych książek widz nie powinien się pogubić. Do tego warto doliczyć fantastyczną ścieżkę dźwiękową Grzegorza Ciechowskiego, w tym urokliwe ballady śpiewane przez Zamachowskiego jako Jaskra. Nie można też zapomnieć o zdjęciach polskich plenerów, świetnie przywołujących na myśl około-średniowieczny klimat (ten stukot końskich kopyt po prawdziwym bruku średniowiecznego zamku - tego nie da się w pełni oddać w żadnym studio). Osobiście cenię też bardzo choreografię, nawiązującą wprawdzie (i to bardzo) do stylu walki samurajów, ale w końcu wiedźmini walczyli katanami więc - czemu nie! 

Czemu więc serial nie zyskał należnego uznania wśród widzów? Nie licząc wspomnianego wcześniej wpływu filmu kinowego, trzeba zaznaczyć że w "Wiedźminie" jest bardzo duży pierwiastek teatralności. Ktoś nieobeznany z tym jak mówią i zachowują się aktorzy na scenie teatru może nie złapać klimatu - wtedy to co zobaczy będzie wydawać się sztuczne, przerysowane i amatorskie. "Wiedźmin" przypomina bardziej teatr telewizji niż hollywoodzki serial, a przez to wymaga odpowiedniego oswojenia się z formą. Dodatkowo sporo efektów specjalnych (z legendarnym smokiem na czele) wygląda dość żenująco, i to nawet jak na ówczesne standardy. Szkoda że twórcy nie trzymali się zasady "mniej znaczy więcej" - wszystkie niedoróbki technologii bez problemu dałoby się ograć klimatem, odpowiednim oświetleniem i montażem kamery. Ale cóż, głównym producentem był tu nie kto inny, jak sam Lew Rywin - a od niego, jak wiemy, nie powinniśmy się spodziewać zbyt dużej przenikliwości umysłu.

Tym samym polski "Wiedźmin" pozostaje produkcją na ogół zapomnianą, choć jej echa rezonują po dziś dzień (Michał Żebrowski wciąż nie może się wyzbyć łatki Geralta w niektórych środowiskach). Warto by każdy widz przekonał się sam, na ile podejdzie mu ta produkcja. O ile dacie radę ją gdziekolwiek zobaczyć, rzecz jasna!

Wniosek: Jeśli się tylko kupi konwencję to jest to całkiem niezły serial!


"The Witcher" ("Wiedźmin")

"The Witcher" ("Wiedźmin")

O czym to jest: Przygody łowcy potworów o złotym sercu.

wiedźmin serial 2019 netflix sapkowski cavill

Recenzja serialu:

Rok 2019 żegnamy recenzją serialu "The Witcher" - czyli najnowszej ekranizacji przygód słynnego Wiedźmina, bohatera książek fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Nie jest to pierwsza próba opowiedzenia tej historii za pomocą telewizji. Pierwszą, jak pamiętają polscy widzowie, był "Wiedźmin" z Michałem Żebrowskim w tytułowej roli. Niestety mimo szczerych prób nie udało się wówczas osiągnąć sukcesu. Ten nastąpił dopiero teraz!

"The Witcher" można określić słowem "udany". Nie jest to oczywiście produkcja wybitna, daleki też jestem od nazywania jej następcą "Gry o Tron". Ale to bardzo dobry serial, klimatyczny, nieprzegadany, fajnie zagrany i skonstruowany. Głównym bohaterem jest wiedźmin Geralt, zmutowany łowca potworów podążający w stronę nieuchronnego przeznaczenia. Drugą osią fabuły są przygody dwóch związanych z nim kobiet - wiecznie rozczarowanej czarodziejki Yennefer, a także nastoletniej księżniczki Ciri. Co istotne wspomniane wątki fabularne nie rozgrywają się równolegle, tylko w różnych liniach czasowych. Na szczęście konstrukcja scenariusza jest na tyle czytelna, by uważny widz bez problemu połapał się co było "wtedy", a co "teraz". Zatem jeśli boicie się galimatiasu i bólu głowy jakiego dostarcza choćby "Westworld" to nie martwcie się - wszystko da się bez problemu zrozumieć. Co ważne taki widz jak ja, który nie czytał książek ani nie grał w oparte na nich gry komputerowe, bez problemu odnalazł się w bogatym świecie fantasy para-słowiańskiego Wiedźmina.

"The Witcher" ma wiele ogromnych zalet. Najważniejszą jest chyba gra aktorska. Do samego końca nie wierzyłem, że obsadzenie Henry'ego Cavilla w głównej roli jest dobrym pomysłem. Jak miło jest się pomylić! Jego Wiedźmin jest w pełni wiarygodny, wiecznie wściekły i ponury, a przy tym uroczo mrukliwy. A do tego wywija mieczem aż miło popatrzeć! Drugim fantastycznym wyborem był Joey Batey jako Jaskier, gadatliwy bard nad wyraz przypominający Osła ze "Shreka". I choć Zbigniew Zamachowski w polskim "Wiedźminie" śpiewał lepiej od niego, to ballada "Toss a Coin to Your Witcher" w wykonaniu Batey'a zawojowała świat! Fantastycznie dobrana jest również Yennefer, Ciri, a także rozliczni magowie i postacie poboczne. Ich kreacje w połączeniu z wiarygodną scenografią (finałową bitwę kręcono w polskim zamku Ogrodzieniec) zapewniają serialowi unikalny klimat, który zachęca do uważnego śledzenia wydarzeń na ekranie.

Oczywiście "The Witcher" ma trochę wad. W wielu momentach na wierzch wychodził brak budżetu. Sceny które aż prosiły się o epicki rozmach były więc okrojone, a i same czary nie wyglądały tak spektakularnie jak chociażby w "Warcrafcie". Za to taka na przykład choreografia stała na najwyższym poziomie, a zatem pozostaje mi trzymać kciuki, by włodarze Netflixa hojnie potrzęśli sakiewką dla budżetu drugiego sezonu. Nie mam wątpliwości, że w światowej popkulturze jest jeszcze wiele miejsca dla kolejnych przygód Geralta i spółki. Czego nam wszystkim życzę z okazji Nowego Roku!

Wniosek: Świetnie zrobione, wciągające i godne książkowego pierwowzoru.


"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")

"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")

O czym to jest: Herosi Ziemi stają do ostatniej walki, by ocalić wszechświat.

avengers koniec gry marvel film downey hemsworth evans

Recenzja filmu:

Dopiero się zorientowałem, że ostatni wpis na Jest Kultowo popełniłem ponad miesiąc temu! Na szczęście to, że nie mam czasu pisać o filmach i serialach, nie oznaczam że ich nie oglądam – choć i z tym coraz ciężej. Od czasu do czasu daję też radę wyskoczyć do kina, choćby z okazji zakończenia pierwszego sezonu najdroższego serialu świata – „Marvel Cinematic Universe”. 

Określenia „serial” użyłem oczywiście z przekąsem, bo jak wiadomo filmy MCU to gigantyczne superprodukcje z budżetami rzędu setek milionów dolarów i zyskami w formie miliardów. W przypadku „Endgame” na dzień pisania tej recenzji brakuje zaledwie 100 milionów dolarów, by przebić „Avatara” na pozycji najbardziej kasowego filmu wszechczasów (co jak podejrzewam nastąpi lada dzień). Tu warto też wspomnieć, że spośród 10 najlepiej zarabiających hitów Hollywood, aż 5 pozycji to filmy z MCU. Robi wrażenie, prawda? I słusznie! Pomyślcie sami: dwadzieścia dwa filmy i końca nie widać! Twórcom i aktorom udało się nakręcić trwającą ponad dziesięć lat, wyjątkową sagę, która pokazała kino superbohaterskie jak nikt wcześniej. Teraz już nikt nie będzie się naśmiewał z komiksów jako „gorszej” formy prezentowania opowieści – nie w obliczu takiej popularności i takich dochodów. Reżyserzy „Endgame” (zasłużeni dla tego uniwersum bracia Russo) również wiedzieli, że tworzą coś wyjątkowego. Dlatego ten film nie tylko jest wartością samą w sobie, ale stanowi wspaniałe podsumowanie wszystkich poprzednich części, wliczając w to powrót do niektórych scen, wydarzeń czy dawno nie widzianych postaci! Więcej nie chcę zdradzać, bo zapewne nie wszyscy jeszcze oglądali, ale podpowiem że znajomość wszystkich poprzednich filmów jest mocno wskazana. 

Powyższe nawiązania, choć bardzo cenne z punktu widzenia zaangażowanego widza, są również największą wadą „Endgame” (o ile nie jedyną, bo naprawdę nie ma ich wiele). Nie wyobrażam sobie widza, który swoją przygodę z uniwersum zaczyna właśnie od tej produkcji i potrafi połapać się, o co w tym wszystkim chodzi. Najlepszy przykład to Kapitan Marvel, która zjawia się w tym filmie znienacka i wchodzi do domku Avengersów jak do siebie (i nikt nie zadaje żadnych pytań). Z drugiej strony – czy to możliwe, by wśród widzów znalazł się ktoś, kto nie widział żadnej z poprzednich 21 części? „Endgame” jest w końcu bezpośrednią kontynuacją „Infinity War”, trochę tak jak „Matrix Revolutions” w porównaniu do „Matrix Reloaded” (choć akurat w MCU zaliczyliśmy mały przerywnik w formie drugiego „Ant-Mana”). Daje to oczywiście poczucie spójności, ale też i wrażenie odgrzewanego kotleta. Ale zakładam, że na świeże pomysły i nowe rozdanie przyjdzie jeszcze czas – jak pamiętamy Marvelowi udało się nas wielokrotnie zaskoczyć w przeszłości. A zatem trzymam kciuki i czekam na więcej! 

Teraz parę słów o samym filmie. „Endgame” zdecydowanie daje poczucie spełnienia i katharsis. Wszystkie wątki zostały zamknięte, postacie godnie pożegnane (lub wręcz przeciwnie, przywitane w nowej formie i roli), a wszystko to w otoczce wysokiej jakości efektów specjalnych, niezłego aktorstwa i dobrego scenariusza. Palmę pierwszeństwa oddaję oczywiście oryginalnemu składowi Avengersów, ze wskazaniem na Roberta Downey Jr. jako Iron Mana oraz Chrisa Hemswortha jako Thora (ten sympatyczny Australijczyk od dawna imponuje mi dystansem do swojej postaci i wykonywanego zawodu aktora – brawo!). Choć i Chris Evans jako Kapitan Ameryka miał swoje momenty wielkiej chwały, zwłaszcza w finalnej bitwie. A no właśnie, bitwa! Starcia z taką ilością herosów widzieliśmy do tej pory tylko kilka razy w kinie (np. w „Bitwie Pięciu Armii”). Na ich tle druga bitwa o Nowy Jork wygląda naprawdę imponująco. Twórcom udało się nie pogubić w gąszczu bohaterów, z których każdy zyskuje – choćby drobny, ale zawsze – indywidualny moment chwały. Ja osobiście największą frajdę miałem z żeńskiego teamu superbohaterek, które ruszyły by ratować świat. Dziewuchy górą! 

W fabule nie zabrakło wzruszeń i lirycznych momentów, które może i przekazują proste prawdy o sile miłości, przyjaźni i honoru – ale z drugiej strony czy to takie złe? To że prawda nie jest skomplikowana, nie oznacza że jest mniej trafna! I co z tego, że w „Endgame” zdarzają się liczne błędy logiczne, szczęśliwe zbiegi okoliczności i schematyczne rozwiązania. Przy takim opakowaniu, i z taką nadbudową jak pisałem w powyższych akapitach, widz jest w stanie wybaczyć wszystko. Z tego miejsca dziękuję wytwórni Disney’a za wspaniałą, kolorową, perfekcyjnie rozrywkową Sagę o Kamieniach Nieskończoności. Liczę teraz jeszcze na jakieś piękne zbiorcze wydanie na Blu-ray i lecimy dalej!

Wniosek: Najlepsze zakończenie fantastycznej superbohaterskiej przygody.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Shazam!"

"Shazam!"

O czym to jest: Nastolatek zyskuje supermoce.

shazam film recenzja zachary levi

Recenzja filmu:

W czasach, gdy Disney za pomocą nadchodzących "Avengers: Endgame" czy też "Star Wars: The Rise of Skywalker" dominuje wyobraźnię fanów popkultury na całym świecie, jest jedna seria filmowa która robi wszystko by dorównać gigantowi - a jest nią "DC Extended Universe". Fakt, mieli w swoim wykonaniu kilka poważnych wtop ("Batman v Superman" chociażby). Ale ostatnio, co stwierdzam z nieskrywanym zadowoleniem, poziom idzie ciągle w górę! "Shazam!" jest dowodem na to, że producenci w Warner Bros w końcu wyjęli kij z nie powiem skąd i zrozumieli, że kino superbohaterskie ma dostarczać jednego - rozrywki!

A tej w "Shazam!" nie brakuje. Oglądaliście kiedyś kultowy film "Duży" z Tomem Hanksem w roli dzieciaka przemienionego w dorosłego faceta? Dokładnie o tym jest też "Shazam!" (w filmie jest zresztą jawne nawiązanie do wspomnianego klasyka). W wielkim skrócie historia opowiada o nastolatku, który na skutek czarów otrzymuje dorosłe ciało i cały szereg supermocy klasy Supermana - jest niezniszczalny, lata, posiada supersiłę, superszybkość etc. Co zrobi z tymi talentami zwykły dzieciak z bagażem problemów osobistych? I to jeszcze w erze smartfonów i YouTube? Oczywiście fabuła "Shazam!" podąża utartymi ścieżkami klasycznej drogi bohatera, który wpierw wątpi, a następnie akceptuje swoją rolę w świecie. Niemniej twórcy zrobili to tak sprawnie, że mimo przewidywalnej fabuły widz czeka z niecierpliwością co będzie dalej! A finalny rodzinny zwrot akcji jest wręcz wyborny!

Prócz bystrego scenariusza i sprawnej reżyserii, niewątpliwą - i to chyba największą - zaletą "Shazam!" jest gra aktorska. W tytułowej roli wystąpili Asher Angel i Zachary Levi (tego drugiego możecie kojarzyć z "Thora", choć zaręczam że jest nie do poznania). Obydwaj poradzili sobie wybornie, natychmiast zyskując sympatię widza. Jeszcze film się nie skończył, a ja już chciałem sequel! Równie świetny jest Jack Dylan Grazer jako przyrodni brat głównego bohatera - jeśli miałbym komuś z młodej obsady przewidywać niezłą karierę, to stawiam właśnie na niego. Zresztą nie ma w tym filmie osoby, która źle zagrała - to po raz kolejny mówi mi, że brak Oscara dla ludzi odpowiadających za casting jest ogromnym niedopatrzeniem Hollywood! Twórcy "Shazam!" pamiętali, że kluczem do dobrej franczyzy jest wzięcie utalentowanej grupki aktorów na tyle młodych, że pociągną serię przez najbliższe dziesięć lat. Czego zarówno sobie, jak i wszystkim twórcom "Shazam!" serdecznie życzę! Chcę więcej!

Wniosek: Rozrywka w czystym wydaniu. Świetna zabawa!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


"Catwoman"

"Catwoman"

O czym to jest: Graficzka komputerowa zostaje obdarzona kocimi mocami.

catwoman film recenzja halle berry sharon stone

Recenzja filmu:

Na fali zainteresowania finalnym sezonem "Gotham" postanowiłem ambitnie nadrobić wszystkie zaległe produkcje z komiksowego uniwersum DC, a konkretnie te o Batmanie i postaciach około-Batmanowych. W ramach tego karkołomnego zadania sięgnąłem po owianą grozą "Catwoman", powszechnie uważaną za jeden z najgorszych filmów komiksowych w dziejach kina. I choć przyznaję że było ciężko, to jednak nie tak tragicznie, jak można by się obawiać.

Smuci mnie, gdy reżyserowi nie udaje się utrzymać jednolitego tempa przez cały film. "Catwoman" ma ten sam problem, co nakręcony lata później "Man of Steel". Po naprawdę dobrym początku nadchodzi totalne załamanie w drugim akcie i nawet w miarę znośna końcówka nie jest w stanie naprawić złego wrażenia. W przypadku "Catwoman" wszystko szło dobrze do chwili, w której Halle Berry włożyła skórzany biustonosz, by skakać po dachach i wić się po rurach niczym w klubach go-go. W tym momencie utraciłem całe zainteresowanie dalszym oglądaniem tej produkcji. Klimaty sado-maso nigdy do mnie nie przemawiały, a Berry w skąpym wdzianku i tlenionych blond włosach nie okazała się ani seksowna, ani drapieżna, ani w ogóle interesująca (nawet nie mogła się równać z Michelle Pfeiffer z "Batman Returns"). Co ciekawe na początku filmu, gdy grała jeszcze nieogarniętą graficzkę komputerową była całkiem urocza, a jej romansowy wątek z panem policjantem wydawał się mieć ręce i nogi. Niestety lateks i bicz popsuł wszystko z góry do dołu. I nie pomogła nawet Sharon Stone w roli czarnego charakteru!

Myślę sobie, że "Catwoman" powstała o dekadę za wcześnie, co dodatkowo spotęgowało negatywny odbiór filmu. Współczesne filmy o kobiecych superbohaterach nie są niczym zaskakującym (patrzcie na rewelacyjną "Wonder Woman" albo "Captain Marvel"). W 2004 roku była to jednak spora awangarda. Szkoda tylko, że twórcy zaprzepaścili cały potencjał przez sprowadzenie Halle Berry (skądinąd świetnej aktorki) do roli obiektu seksualnego. Ale przynajmniej dziewczyna miała na tyle jaj, by osobiście odebrać przyznaną jej Złotą Malinę za najgorszą rolę roku - szacunek! 

Wniosek: Do połowy dobre, potem dość żenujące.


"Avengers: Infinity War" ("Avengers: Wojna Bez Granic")

"Avengers: Infinity War" ("Avengers: Wojna Bez Granic")

O czym to jest: Kosmiczny tyran chce zniszczyć życie w galaktyce.

avengers wojna bez granic film recenzja plakat marvel thanos

Recenzja filmu:

Dobre to było! Pisałem to już wielokrotnie, ale producenci "Marvel Cinematic Universe" nie przestają mnie zadziwiać. Z każdym kolejnym filmem prezentują coś nowego, odkrywczego i niebywale atrakcyjnego dla widza! Wprawdzie zdarzyło im się ostatnio potknięcie w postaci "Black Panther", ale w nowej części "Avengersów" (i jednocześnie początku wielkiego finału serii) znów wrócili do solidnej, popcornowej rozrywki.

Nie będę mógł wiele napisać o przebiegu akcji, aby nie spoilerować tym, którzy jeszcze nie widzieli filmu. Powiem jedynie, że producenci podjęli odważne decyzje odnośnie zarówno fabuły, jak i niektórych postaci. Nie wszyscy będą się w stanie z tym pogodzić, ale przecież gdyby przerażający kosmiczny tyran Thanos (grany przez świetnego Josha Brolina) wpadł na Ziemię i w pięć sekund dostałby łupnia jak w pierwszych "Avengersach" to słabo by to wyglądało, nieprawdaż? Pewne rzeczy musiały się tak a nie inaczej potoczyć, by poprzednie dwadzieścia filmów miało jakikolwiek sens! Widzów czeka też jeden nieoczekiwany powrót i jedna (bardzo miła) decyzja castingowa, zatem gwarantuję, że "Infinity War" na pewno nie zawiedzie oczekiwań!

Wciąż nie mogę się nadziwić talentowi braci Russo do umiejętnego przedstawiania tak wielu bohaterów naraz i gwarantowania, że każdy znajdzie choć chwilę dla siebie! Pokazali to wcześniej w "Civil War", jednak tam było kilkunastu superbohaterów. Tutaj jest ich aż dwudziestu czterech! Do tego trzeba też doliczyć łotrów oraz postacie poboczne... Jednak najciekawszym rozwiązaniem wydaje mi się fakt, że główną postacią "Infinity War" jest... Thanos. To pierwsza produkcja z "Marvel Cinematic Universe", gdzie to czarny charakter jest osią fabuły. Oczywiście mamy też sporo Iron Mana, Thora, Doktora Strange'a czy Strażników Galaktyki, ale to właśnie Thanosa poznajemy najdogłębniej i nawet z nim sympatyzujemy. Wzbudzenie takich odczuć u widza świadczy o wielkim talencie twórców! W końcu w każdej chwili mogli pójść na łatwiznę i uderzyć w schemat kolejnego złego gościa do pokonania, a jednak postanowili się wysilić.

"Infinity War" to (póki co) najbardziej efektowna część serii, z największą ilością efektów specjalnych i lokacji. To chyba też najbardziej komiksowy z filmów Marvela - podczas seansu naprawdę miałem wrażenie, że czytam jeden długi cykl podzielony na odcinki (nawet podświadomie wyczuwałem, gdzie dałoby się wstawić klimatyczne cliffhangery na koniec każdego zeszytu). Nie nudziłem się ani razu, a przecież akcja trwała bite dwie i pół godziny! Moje jedyne (choć malutkie) zastrzeżenie dotyczy postaci Thora i tego, że bracia Russo zrezygnowali z lekkiego, humorystycznego podejścia, jakie nadał jego wątkom Taika Waititi w "Thor: Ragnarok". Asgardzki bóg gromu znów jest poważnym, średnio rozgarniętym mięśniakiem z wielkimi bickami. Z drugiej strony "Avengersi" z definicji są produkcją epicką i wielkoformatową, a wszystkie żarty w scenariuszu zawłaszczyli Strażnicy Galaktyki. Więc w sumie nie była to taka zła decyzja.

Bardzo polecam do obejrzenia, choć bezwzględnie trzeba wcześniej znać - niestety - wszystkie poprzednie części. Ale na osłodę dodam, że będziecie się na nich świetnie bawić!

Wniosek: Najwyższej klasy rozrywka!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Bright"

"Bright"

O czym to jest: Człowiek i ork rozwiązują magiczną zagadkę kryminalną.

bright recenzja filmu netflix smith edgerton ayer

Recenzja filmu:

Wyobraźcie sobie klasyczny film fantasy. Rycerze, smoki, magia, elfy, orki, krasnoludy etc. Znacie to, prawda? No to teraz wyobraźcie sobie, że minęło 2000 lat i z tamtego magicznego świata wyewoluował dokładnie taki, jak dziś. Tyle że ze wszystkimi rasami, magią i podziałami gatunkowymi, przy których dzisiejsze społeczne konflikty w Stanach Zjednoczonych wyglądają jak kłótnia przedszkolaków. Genialny pomysł na film!

Netflix przestał się zadowalać wypuszczaniem najwyższej klasy seriali, takich jak np. "Narcos" czy "Stranger Things". Teraz postanowił zawalczyć o kinowego widza i wypuszczać wysokobudżetowe, pełne efektów produkcje dedykowane na swoją platformę, które z powodzeniem mogłyby konkurować z kinowymi hitami. "Bright" jest właśnie takim filmem - z uznanym reżyserem Davidem Ayerem na pokładzie i gwiazdorską obsadą. Wprawdzie niespecjalnie przepadam za dziełami Ayera (jego ostatnie dwie produkcje, czyli "Fury" i "Suicide Squad" niespecjalnie do mnie przemówiły), jednak tematyka "Bright" wymagała, bym dał temu filmowi szansę. Niestety hit Netflixa wpadł w te same koleiny, co wspomniane poprzednie filmy Ayera: okazał się był dość prostą i naiwną historią we wspaniałej wizualnej oprawie. Niektórym to wystarcza, by się dobrze bawić, ja jednak oczekuję czegoś więcej.

Nie oznacza to, że "Bright" jest złą produkcją. Byłoby naprawdę niezłe jako np. pilot serialu telewizyjnego. Niestety brakuje mu rozmachu fabuły koniecznego do tego, by zawojować kinowego widza. Głównym bohaterem jest Will Smith w roli cynicznego gliniarza w Los Angeles, który dostaje za partnera pierwszego orka w policyjnym mundurze. Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bo identyczny motyw był już w filmie (i później serialu) "Alien Nation" w latach 80. - tyle że wówczas chodziło o kosmitów, a nie orki czy elfy. Wraz ze swoim orkowym (orczym?) partnerem, Smith trafia na trop magicznego spisku elfów, którzy za pomocą magicznej różdżki będą chcieli wskrzesić legendarnego Władcę Ciemności. W tle mnóstwo gangsterskiego klimatu, strzelanin, ciętych dialogów rodem z "Zabójczej Broni" i innych filmów klasy "buddy movie", oraz parę doskonałych pomysłów na przeplatanie świata fantasy z rzeczywistością. Niestety "Bright", gdy się go obedrze z tej całej iskrzącej otoczki, jest dosyć zachowawczy pod względem scenariusza. Zwroty akcji są przewidywalne, bohaterowie jednowymiarowi, a historia niezbyt porywająca. Wygląda to tak, jakby ktoś wpadł na genialny pomysł, ale niekoniecznie potrafił go dobrze wcielić w życie.

Gdybym dostawał dolara za każdy obejrzany film, w którym Will Smith wstaje rano i pije kawę, byłbym już milionerem. Nie mam zbyt wysokiego mniemania o nim jako aktorze, ale przynajmniej przestał mnie już denerwować. Jego rola niespecjalnie różni się od tego, co widzieliśmy w innych jego filmach, niemniej wiem że Smith ma swoich miłośników, zatem niech mu będzie. Dla kontrastu uwielbiam Joela Edgertona, a jego kreacja orka w "Bright" zasługuje na wielkie uznanie! To doskonale zagrana i poprowadzona postać, aż chciałoby się go więcej oglądać na ekranie (co jest zresztą możliwe, bo w planach jest już ponoć sequel). Warto też wspomnieć, że w "Bright" w roli złej elfki wystąpiła Noomi Rapace - wyglądała naprawdę złowieszczo, a jej elfie komando zabójców było bardzo efektowne! Czego jak czego, ale pięknej oprawy i znakomitych efektów pirotechnicznych i komputerowych nie można temu filmowi odmówić.

Warto znać "Bright" ze względu na pomysł. To też całkiem znośna rozrywka na wieczór przed telewizorem. Do obejrzenia na raz i zapomnienia.

Wniosek: 10/10 za pomysł. A jako film takie sobie.


"Thor: Ragnarok"

"Thor: Ragnarok"

O czym to jest: Thor próbuje uratować Asgard przed końcem świata.

thor ragnarok recenzja hemsworth hiddleston blanchett elba

Recenzja filmu:

Ktoś słusznie zauważył, że cała seria przygód Thora - nordyckiego boga, a tak naprawdę umięśnionego kosmity i superbohatera - jest niedorzeczna. Widzowie wiedzieli to już od dawna, ale teraz po raz pierwszy dostrzegli to również twórcy! Dlatego też producenci "Thor: Ragnarok" zrezygnowali z napuszonej i sztywnej pompy, jaką serwowano w pierwszym "Thorze" oraz "The Dark World", fundując w zamian szybką, zabawną i pozbawioną hamulców space operę w klimacie "Strażników Galaktyki". Brawo, o to chodziło!

Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że przygody Thora mogą być tak zabawne! Ale trudno się dziwić zmianom i ewolucji, wszak "Ragnarok" to siedemnasty film z serii "Marvel Cinematic Universe". Gdy kręci się tak dużo produkcji, w pewnym momencie trzeba sprawić, by każda miała indywidualny styl i tempo. W przypadku tego dzieła sukces jest stuprocentowy. "Ragnarok" to wizualnie i artystycznie spójne dzieło nawiązujące do kultowego filmu "TRON" oraz stylistyki pop-art. Neony, ostre kontrastowe kolory i elektroniczna muzyka w klimacie lat 80. - oto, co czeka na Was na ekranie. I zapewniam, że ta wizja rewelacyjnie pasuje do odjechanej space opery, prezentowanej w filmach Marvela. I jeszcze ten humor! Jasne, żarty są miejscami tak suche, że aż pęka skóra, ale przynajmniej nie są żenująco wulgarne, jak - niestety - bywało to w "Strażnikach Galaktyki". Ponadto to bardzo uczciwy film, bowiem to co widzicie w zwiastunach (pod względem klimatu i tempa narracji) jest dokładnie tym, co widzicie w kinach. Wliczając w to kultową muzykę Led Zeppelin!

Widać, że cała obsada bawiła się przednie kręcąc ten film. Nie będę wymieniał wszystkich wielkich nazwisk, jakie przewinęły się przez ekran, bo zepsuję Wam kilka świetnych niespodzianek. Powiem jedynie, że Chris Hemsworth umiejętnie dokonał ewolucji Thora z tępego mięśniaka w sympatycznego i wyluzowanego bohatera, którego chętnie będziemy śledzić na ekranie. I to całkiem niedługo, bo premiera kolejnej części "Avengersów" już za pół roku! A tymczasem rozsiądźcie się wygodnie w fotelu, weźcie wiadro popcornu i dajcie się ponieść wspaniałej przygodnie, w której Thor, Hulk, Loki, Heimdall i Karl Urban będą walczyć ze złą Galadrielą, by ocalić Asgard. Satysfakcja gwarantowana!

Wniosek: Świetna, rozrywkowa space opera. Wizualna rewelacja!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")

"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")

O czym to jest: Ostatni Rewolwerowiec walczy z Człowiekiem w Czerni, by ocalić wszechświat.

mroczna wieża film stephen king elba mcconaughey

Recenzja filmu:

Zanim wypowiem się na temat tego filmu, muszę zaznaczyć, że jestem ogromnym fanem literackiego cyklu "Mroczna Wieża" autorstwa Stephena Kinga. Przeczytałem wszystkie osiem tomów z wypiekami na twarzy, poznałem też wielotomową serię prequelowych komiksów. Na nakręcenie adaptacji czekałem od lat i miałem co do niej ogromne oczekiwania. Dlatego moja recenzja jest podwójna - z jednej strony wypowiem się na temat filmu jako takiego, a z drugiej ocenię go jako adaptację kultowego i ogromnego materiału źródłowego.

Na wstępie powiedzmy sobie wprost, że książkowa "Mroczna Wieża" to zlepek tylu motywów i wątków, że próba ekranizacji to fabularny koszmar scenarzysty. Western, horror, kryminał, science-fiction, fantasy, film gangsterski - wszystkie gatunki wrzucone do jednego kotła i solidnie zamieszane. Wszyscy się spodziewali, że filmowa "Mroczna Wieża" będzie dosłowną ekranizacją pierwszego tomu, czyli "Rolanda". A tymczasem reżyser i producenci wycięli wszystkim niezły numer. Film jest bowiem zlepkiem wątków z kilku książek - z czego najwięcej wzięto chyba z siódmego tomu, nomen omen "Mrocznej Wieży" (mam tu na myśli więzienie Algul Siento, Łamaczy Promienia i Taheenów). W tym kontekście nikogo nie powinien dziwić tytuł filmu. A co do zmian fabularnych, to nie ma co się oburzać - wierni fani zrozumieją wszystko widząc, że filmowy Roland nosi przy sobie Róg Elda. Ktokolwiek dotrwał do ostatniej strony książek ten zrozumie, jak sprytnie twórcy rozwiązali problem wszelkich nieścisłości. Absolutna rewelacja! Bardzo mnie ciekawi, czy na ten pomysł wpadł sam Stephen King, czy któryś ze scenarzystów.

Oczywiście nie brakuje tu wątków z innych części cyklu - jest chociażby kultowe credo Rewolwerowców, Portale, Tęcza Maerlyna czy Dixie Pig. Co również istotne, "Mroczna Wieża" w tam samo dużym stopniu jak do książek, nawiązuje do innych ekranizacji dzieł Kinga, ze szczególnym wskazaniem na "Lśnienie", "Mr Mercedes" oraz "To". Nic w tym dziwnego, bo według samego autora cykl "Mroczna Wieża" to jego opus magnum, do którego nawiązują wszystkie książki i opowiadania, jakie stworzył w swoim życiu (wychodzi z tego takie quasi-uniwersum). Mimo to wiele opinii zarzuca filmowej "Mrocznej Wieży" zbytnie spłycenie i odgórne potraktowanie kingowej mitologii. Ale czy rzeczywiście? Owszem, film pozostawia uczucie niedosytu, ale nie z powodu płycizn fabuły, a raczej tego, że ewidentnie jest to tylko jedna z wielu przygód Rolanda Deschaine'a w drodze do tytułowego Centrum Wszechświata. Dlatego mam nadzieję, że powstaną kolejne części (w formie filmu lub serialu), które pociągną wątki dalej. Myślę, że wtedy wszyscy docenią ten film jako dobry wstęp do epickiej historii.

Drugą mocną kontrowersją był wybór aktorów. Nie da się ukryć, że Idris Elba mało przypomina książkowy pierwowzór Rolanda, wzorowany na Clincie Eastwoodzie. Ale czy naprawdę typ milczącego herosa-macho, aktualnego w latach 80. (gdy powstała pierwsza książka), przyciągnąłby serca widowni w 2017 roku? Mam pewne wątpliwości. Roland Idrisa Elby to zmęczony walką i ciągłymi porażkami zgorzkniały człowiek, który de facto już się poddał. Nie obchodzi go Mroczna Wieża i ocalenie wszechświata. Jedyne czego chce, to zemsta na Człowieku w Czerni, odpowiedzialnego za wszelkie nieszczęścia w jego życiu. To dość nowatorskie podejście do postaci Rewolwerowca, jakiego znamy z książek, i nawet mi się podobało. Swoją drogą Matthew McConaughey jest odpowiednio diaboliczny i złowieszczy, jak przystało na postać Czarnoksiężnika - jego kreacja zasługuje na wielkie uznanie. Podobnie niezły jest Tom Taylor w roli Jake'a Chambersa, młodego chłopca którego losy i talenty zmienią życie Rolanda, i być może całego wszechświata. 

Na samym końcu wspomnę o znakomitych efektach specjalnych i scenach akcji, a zwłaszcza westernowej rzeźni w wykonaniu Rolanda. Jest na co popatrzeć! Myślę, że osoby które nigdy nie czytały książek Kinga, ocenią "Mroczną Wieżę" jako niezły i widowiskowy film akcji - a przecież o to chodziło. A że jest krótki? Pewien reżyser powiedział kiedyś, że gdy podczas montażu usuwa scenę, a film bez niej dalej ma sens, oznacza to że była niepotrzebna. W "Mrocznej Wieży" nie ma niepotrzebnych scen i dłużyzn, ale to dobrze wpływa na tempo opowieści. Film jest wartki, ciekawy, wzbudzający ciarki i zachęcający do dalszych przygód. Oby je kiedyś nakręcono!

Wniosek: Niezłe jako film i całkiem w porządku jak na adaptację.


"King Arthur: Legend of the Sword" ("Król Artur: Legenda Miecza")

"King Arthur: Legend of the Sword" ("Król Artur: Legenda Miecza")

O czym to jest: Wychowany na ulicy Artur musi zostać królem, by ocalić świat.

król artur legenda miecza film guy ritchie


Recenzja filmu:

Stylistyka Guya Ritchiego nie do końca do mnie przemawia. Jego "Sherlock Holmes" był wprawdzie wizualnie imponujący, jednak zabrakło w nim dobrej fabuły i zajmującego prowadzenia akcji. Podobne problemy spotkały najnowszą wersję przygód Króla Artura, tym razem - w przeciwieństwie do realistycznego "Króla Artura" z 2004 roku - osadzonych w klimacie czystej fantastyki.

Mówiąc czystej, mam na myśli totalnie czystej. "Legenda Miecza", podobnie jak nakręcone niedawno filmy "Saga Wikingów" czy "Siódmy Syn", wygląda jak ekranizacja przygód RPG. Mamy zatem sztampowego głównego bohatera osadzonego w fajnych, choć niewiarygodnych realiach, do tego klasyczną drużynę, sporo magii i czarów, potwory, ubranego na czarno (a jakże!) głównego przeciwnika oraz uproszczoną wersję wędrówki bohatera mitycznego. Dodajmy, że "Legenda Miecza" to kwintesencja kinowego postmodernizmu. Film zawiera w sobie kalki i zapożyczenia z niezliczonej ilości podobnych produkcji, zaczynając od "Gladiatora", a na "Robin Hoodzie: Księciu Złodziei" kończąc. Przedstawione na ekranie Londinium wygląda jak Rzym w miniaturce (jest nawet Koloseum), choć nie mam pojęcia skąd się w nim wzięła chińska szkoła gladiatorów kung fu. Miszmasz realiów i wizualnych rozwiązań przyprawia o zawrót głowy. Przykładowo podczas bitwy w scenie otwarcia zobaczycie olifanty z piramidami na grzbietach...

Najbardziej jednak ten film przypomina mi "Synów Anarchii". Główną przyczyną jest oczywiście ten sam aktor w roli głównej, ale swoje robi sposób prowadzenia historii. Artur walczy z dziedzictwem ojca, którego nigdy de facto nie poznał, a jego koledzy z londinionskiego gangu to w gruncie rzeczy grupa dobrych kumpli, którzy o siebie dbają i pilnują porządku w dzielnicy. Brzmi znajomo? Tylko harleyów brakuje... Swoją drogą w ten sposób dochodzimy do mojego największego zarzutu. To nie jest film o Królu Arturze! Za wyjątkiem powtórzenia imion bohaterów oraz paru motywów (jak Excalibur), nie ma tu za grosz klimatu oryginalnych mitów arturiańskich (dla porównania obejrzyjcie chociażby "Merlina" z Samem Neillem z 1998 roku). Mało tego, "Legenda Miecza" bardziej pasowałaby do historii o Robin Hoodzie niż Królu Arturze. Są nawet kolesie w kapturach strzelający z łuku jak zawodowi snajperzy!

Na szczęście film ma kilka bardzo mocnych punktów. Pierwszym jest wspomniana już warstwa wizualna, zabawa formą i montażem, wzbogacona na dodatek o piękne brytyjskie plenery i zdjęcia. Drugim jest muzyka - ścieżka dźwiękowa Daniela Pembertona to dla mnie jedno z większych odkryć ostatnich lat! Co do obsady to miło było ujrzeć kilka znajomych twarzy (w tym dwie z "Gry o Tron"), ale Charlie Hunnam jako Artur ciągnął całość w dół. Już pomijam fakt, że wyglądał jakby trafił tu z przypadku po drodze na plan "Wikingów"... Jego popis aktorski nie porywał, nie przyciągał uwagi i nie zachęcał do dalszego śledzenia przygód króla Brytów. To grzech śmiertelny dla przygodowego kina fantasy! 

Z samą warstwę wizualną dałbym cztery chomiki, ale muszę odjąć jednego za Charliego Hunnama. Daje nam to trzy, czyli ocenę dostateczną. Mogło być lepiej. 

Wniosek: Wizualnie i muzycznie bardzo ciekawe, ale fabularnie słabe.


"The Mummy" ("Mumia") [2017]

"The Mummy" ("Mumia") [2017]

O czym to jest: Złodziej antyków ożywia wredną egipską mumię.

mumia film tom cruise

Recenzja filmu:

Na początek chciałem zaznaczyć, że "Mumia" Sommersa z 1999 roku i jej sequel, czyli "Mumia Powraca", to filmy mojej młodości. Miałem je jeszcze na oryginalnych kasetach video i oglądałem aż do zdarcia taśmy! Uwielbiam lekki, przygodowy ton tamtych filmów, podszyty naturalnym i bystrym humorem. Dlatego też do kolejnego rebootu podszedłem dosyć nieufnie, choć doświadczenie kinowe nauczyło mnie, że Tom Cruise zazwyczaj grywa w dobrych filmach.

Wytwórnia Universal nie składa broni i nadal obstaje przy tworzeniu tzw. Dark Universe, czyli własnego uniwersum filmowego opartego na klasycznych horrorach z lat 30. (Mumia, Dracula, Frankenstein, Van Helsing, te klimaty). Ich pierwszym podejściem do tematu był "Dracula Untold" z 2014 roku, który jednak okazał się być tak złym filmem, że wyrzucono go poza kanon (podobny los spotkał np. "Hulka" w przypadku filmów Marvela - choć co ciekawe, również wyprodukował go Universal...). Nowa "Mumia" stanowi kolejne podejście do tematu i muszę przyznać, że tym razem jest całkiem znośnie. Nie ma może totalnych fajerwerków i 100% satysfakcji, ale jest to bez wątpienia intrygujące kino akcji połączone z klasycznym horrorem. Nie znajdziecie tu lekkości i polotu "Mumii" z 1999 roku, ale powinniście być zadowoleni, jeśli lubicie kino grozy lub filmy o zombie. Wizualnie nowa "Mumia" stanowi krzyżówkę seriali "Sanctuary" i "Sleepy Hollow", głównie w kontekście tajnych stowarzyszeń i "naukowego", podziemnego świata potworów i ich tropicieli. Może i nie jest to zbyt oryginalny koncept, ale za to daje ogromne pole do rozwoju uniwersum w kolejnych częściach.

Nową "Mumię" ogląda się dobrze. Tom Cruise, którego scjentolodzy musieli najwyraźniej zahibernować dekady temu, w ogóle się nie zmienił i serio nie wygląda na swoje 54 lata (wiek zdradza tylko jego szyja - tej części anatomii nigdy nie da się odpowiednio nasycić botoksem). Tak jak w wielu swoich produkcjach, Cruise gra sprytnego cwaniaka o złotym sercu, który postawiony pod ścianą zawsze dokona słusznego wyboru. Partneruje mu niejaka Annabelle Wallis (zdecydowanie najsłabszy element całego filmu), czyli aktorka, która poza imponującą blond fryzurą nie ma absolutnie nic do zaoferowania. Na szczęście po drugiej stronie barykady znajduje się świetna Sofia Boutella, którą z uwagą obserwuję od czasów "Star Trek Beyond". Znakomita aktorka, i na dodatek ponownie ubrana w imponujący kostium! Na domieszkę dorzucono Russella Crowe'a, który chyba już na stałe pozostanie pękatym grubaskiem - na szczęście jego nowa, szeroka postura dobrze pasuje do postaci Dr. Jekylla/ Mr. Hyde'a. Aktorsko jest więc całkiem przyzwoicie.

W fabule jest sporo naciągnięć, uproszczeń i nielogiczności, ale już nie takie głupoty widziałem w kinie, więc mogę je podarować jako błędy młodości nowego uniwersum. Cieszy mnie dobra, efektowna kaskaderka w starym stylu (np. turlanie się po ładowni samolotu podczas katastrofy zostało nagrane na żywo, w pełnowymiarowej makiecie!), udane horrorowe wstawki, a także fajne nawiązania do klasyków kina tego typu. Gdyby "Mumia" była samodzielnym filmem, zapewne byłbym bardziej krytyczny. Ale w tym przypadku jestem zaintrygowany, dokąd zaprowadzi mnie Dark Universe. Oby inni widzowie myśleli tak samo.

Wniosek: Całkiem znośne. Dobre na początek nowego uniwersum.


"Metal Hurlant Chronicles"

"Metal Hurlant Chronicles"

O czym to jest: Antologia krótkich, ponurych historii SF.

heavy metal serial recenzja

Recenzja serialu:

Czy są na sali jacyś hardcore'owi fani science fiction? Jeśli tak, to mam coś dla was. Ale ostrzegam, ciężko to przetrawić komuś, kto źle się odnajduje w kiepskich efektach specjalnych, marnym aktorstwie, dużej ilości lateksu i piersiastych blondynkach z wielkimi spluwami. Chociaż z drugiej strony, czy nie właśnie po to oglądamy produkcje science fiction...?

Zaletą "Metal Hurlant Chronicles", i to ogromną, jest pomysł. I w zasadzie tyle. Zacznijmy może od źródła: w latach 70. i 80. we Francji wydawano antologię komiksów SF pt. "Métal Hurlant" (znaną również w USA pod nazwą "Heavy Metal"). Do dziś ta seria cieszy się sporą estymą wśród starszego pokolenia miłośników fantastyki. Na tej podstawie w 2012 roku wspólnymi siłami francusko-belgijskimi nakręcono anglojęzyczny serial, składający się łącznie z dwunastu 20-minutowych odcinków. Każdy z nich to osobna opowieść (choć niektóre są ze sobą fabularnie związane), dziejąca się w różnych miejscach, epokach i realiach. Łączy je dystopijna rzeczywistość i zwiastun nadchodzącej apokalipsy, symbolizowany przez żywą, krzyczącą asteroidę, zwaną Métal Hurlant. Akcja rozciąga się od para-średniowiecznej fantastyki, przez western, realia I wojny światowej, czasy współczesne, aż do dalekiej przyszłości i innych planet. Nie brakuje kosmitów, bitew kosmicznych, wymachiwania mieczami, robotów, mutantów czy dużych eksplozji. Wszystko to okraszono stylistyką z pogranicza S&M, tak charakterystyczną dla francuskich produkcji SF (i obecną również w wysokobudżetowych produkcjach jak "Alien: Resurrection", a to z winy francuskiego reżysera). 

Raz jeszcze uprzedzam, że niski budżet spowodował, że efekty specjalne są tu naprawdę tragiczne. Ale dla fabuły i zwrotów akcji warto poświęcić te parę godzin życia przez ekranem (najlepiej w towarzystwie dobrych znajomych i kilku butelek z mocniejszą zawartością). Na osłodę dodam, że spotkacie tu wiele znajomych twarzy, w tym kilka naprawdę kultowych: Rutgera Hauera, Michaela Biehna, Joe Flanigana czy Johna Rhys-Daviesa. A na dodatek dużo pań całkowicie pozbawionych talentu aktorskiego, ale za to z wielkim biustem. Brzmi nieco jak recenzja filmu porno, prawda? No cóż, czasem trudno odróżnić, co jest czym.

Wniosek: Intrygujące fabularnie, tragiczne wizualnie. Dla wytrwałych.


"Beauty and the Beast" ("Piękna i Bestia")

"Beauty and the Beast" ("Piękna i Bestia")

O czym to jest: Dziewczyna musi się zakochać w księciu zaklętym w Bestię, by zdjąć urok.

piękna i bestia disney film recenzja emma watson luke evans

Recenzja filmu:

Disney doskonale wie, jak wyciskać z mojego pokolenia łzy... i pieniądze. Po Śpiącej Królewnie (w postaci "Czarownicy"), a także "Kopciuszku", przyszła pora na trzecią klasyczną bajkę, którą przerobiono na wersję fabularną - "Piękną i Bestię". Zawsze uważałem, że ze wszystkich opowieści Disney'a, właśnie ta jest najmądrzejsza. Jak sami wiemy, ludzie nadal dają się zwieść pozorom i błędnemu przekonaniu, że to co piękne, zawsze jest dobre. Choćby dlatego ta opowieść nigdy się nie zestarzeje!

Sprytni producenci doszli do wniosku, że animowana "Piękna i Bestia" z 1991 roku była tak dobra, że wystarczy po prostu nakręcić ją fabularnie na tym samym scenariuszu. Tak też uczynili. Film z 2017 jest identyczny niemal scena po scenie, mało tego - zostawiono również te same piosenki! Bardzo mnie to ucieszyło, bo w końcu oryginalna muzyka warta była Oscara zarówno dla ścieżki dźwiękowej, jak i najlepszego utworu. Żal rezygnować z czegoś tak dobrego, nieprawdaż? Wizualnie film wygląda tak bajkowo, na ile to tylko możliwe - przedsmak tej cukierkowej wizji mieliśmy niedawno we wspomnianym "Kopciuszku". Scenografia, kostiumy i ujęcia wyglądają totalnie nierealnie. Zazwyczaj bym się do tego przyczepił, ale... to przecież bajka, a nie kino historyczne! A w takiej sytuacji wszystkie chwyty są dozwolone.

Nie przepadam specjalnie za Emmą Watson. Nie przekonuje mnie jej talent aktorski, nie uważam też jej za specjalną piękność. Ale trzeba przyznać, że bardzo dobrze odnalazła się w tej roli, a ponadto pięknie śpiewa! Za to Luke Evans w roli narcystycznego Gastona zaliczył bez wątpienia swój najlepszy występ w karierze. Jest tak idealny i tak dobrze zagrany, że aż brakuje mi słów! Film mógłby się składać wyłącznie z ujęć Gastona zachwycającego się własnym odbiciem w lustrze - rewelacja! Muszę też wspomnieć o wspaniałym doborze aktorów do ról głosowych. Ilość wielkich nazwisk powala: Ian McKellen, Ewan McGregor (nie do poznania z francuskim akcentem), Emma Thompson... Wow! Podobnie znakomity był Dan Stevens, podkładający głos do Bestii (aż muszę w końcu sięgnąć po zachwalany "Legion" z nim w roli głównej).

Czy zatem jest coś, co mi się nie podobało? A i owszem. Efekty specjalne były dość kiepskie, ze szczególnym naciskiem na słabą animację Bestii, od której zgrzytały zęby. Podobnie niektóre piosenki (choć świetnie się ich słuchało), były jednak za długie - zwłaszcza popisowy numer w karczmie. Mimo to "Piękna i Bestia" to prawdziwy, klasyczny musical, a nie jego imitacja, jak chociażby "La La Land". Zachwycająca opowieść dla widza w każdym wieku! 

Wniosek: Bardzo fajny musical i świetna bajka.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger