Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morza i oceany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morza i oceany. Pokaż wszystkie posty
"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!

"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!

"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.

"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!

"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!


Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"Greyhound" ("Misja Greyhound")

"Greyhound" ("Misja Greyhound")

O czym to jest: Amerykański niszczyciel ochrania konwój na Atlantyku w czasie II wojny światowej.

misja greyhound tom hanks film uboot apple tv recenzja

Recenzja filmu:

Takich filmów już się nie robi! Śmiem twierdzić, że ostatni raz naprawdę dobry film klasy "Greyhound" opowiadający o pojedynku niszczyciela z okrętem podwodnym widzieliśmy w 1957 roku (mam na myśli słynny "Podwodny Wróg" z Robertem Mitchumem i Curtem Jurgensem). Oczywiście w międzyczasie pojawiło się trochę dobrych produkcji z U-bootami w tle - tu wymienię oczywiście kultowe "Das Boot" i "U-571" - ale dawno już Hollywood nie zaprezentowało nam solidnego, marynistycznego kina wojennego, gdzie białe jest białe, a czarne jest czarne, bez żadnych odcieni szarości.

Tom Hanks ponownie powrócił na front II wojny światowej tym razem w roli podstarzałego kapitana niszczyciela, który otrzymał swoje pierwsze dowództwo tylko dlatego, że marynarce nie udało się znaleźć nikogo lepszego. Ale nie martwcie się, bo to dalej Tom Hanks, czyli można być pewnym, że tanio skóry nie sprzeda! "Greyhound" został nakręcony jako film kinowy, jednak z powodu pandemii koronawirusa finalnie wylądował na serwisie Apple TV, który ostatnio ma coraz bogatszą i ciekawszą ofertę, uważnie przykuwając tym moją uwagę. Muszę przyznać, że od dawna tak dobrze nie bawiłem się przed ekranem! Tempo filmu było tak imponujące, że gdy nadeszły napisy końcowe miałem wrażenie że minęło parę godzin, a to wszystko zmieściło się w zaledwie 90 minutach! Uwielbiam produkcje które nie rozwlekają fabuły do granic tolerancji, tylko treściwie i sprawie pokazują wszystko co trzeba. W tym wypadku doskonale widzieliśmy co się dzieje na ekranie, gdzie są poszczególne okręty i czemu Tom Hanks robi to co robi. Mój uśmiech wzbudziło też diaboliczne przedstawienie U-bootów jako piekielnych stworzeń z dna oceanu - a dźwięk jakie wydawały przy wynurzeniu do złudzenia przypominał kaiju z "Pacific Rim". Nie było żadnych wątpliwości, że są to "źli goście", których należy potraktować bombami głębinowymi! Tak jak to już parę razy stwierdzałem, zabijanie nazistów zawsze jest na plus!

Dam "Greyhound" ocenę bardzo dobrą, a nie celującą, ze względu na parę niedociągnięć - przede wszystkim to, że z jakiegoś powodu główny u-boot wziął sobie na cel zatopienie niszczyciela z Tomem Hanksem. W rzeczywistości w czasie bitwy o Atlantyk U-booty polowały na tłuste transportowce, a w przypadku namierzenia przez okręty osłony, chowały się w głębinach lub uciekały. Podjęcie walki 1:1 z niszczycielem miałoby miejsce wyłącznie w skrajnej sytuacji - zwłaszcza że standardowy U-boot typu VII miał na pokładzie zaledwie czternaście torped i nie marnowałby ich na jeden smutny niszczyciel. Wątpię też, by Niemcy stosowali metodę wojny psychologicznej i zasypywali Amerykanów złowieszczymi komunikatami radiowymi o tym, jak to na nich polują. Ale mimo tych wad nie ma co się obrażać, bo "Greyhound" to nadal znakomite kino, które z pewnością dołączy do mojej kolekcji wojennych klasyków.

Wniosek: Znakomite kino wojenne i marynistyczne. Przykuwa do ekranu!


"Midway"

"Midway"

O czym to jest: Najważniejsza bitwa morska na Pacyfiku w czasie II wojny światowej.

midway fiilm 2019 recenzja skrein wilson evans eckhart harrelson

Recenzja filmu:

Zawsze stałem na stanowisku, że kina batalistycznego nigdy dość. A jeśli dotyczy II wojny światowej to tym bardziej! Tym razem hollywoodzki specjalista od widowiskowej rozwałki na ekranie, czyli Roland Emmerich, wziął na warsztat Bitwę o Midway. Było to kluczowe starcie amerykańskiej i japońskiej marynarki na Pacyfiku, które zdecydowało o dalszych losach wojny w tamtym rejonie świata. Było to też pierwsze i chyba jedyne na taką skalę w historii starcie lotniskowców (trzy amerykańskie kontra cztery japońskie). Dlatego tym bardziej byłem zachwycony, że mogę to zobaczyć na dużym ekranie w pełnej krasie! 

Oczywiście to nie pierwsza opowieść na ten temat – trzeba wspomnieć tu o filmie „Midway” z 1976 roku z Charltonem Hestonem i Henry’m Fondą w rolach głównych. Z kolei współczesny widz myśląc o wojnie morskiej na Pacyfiku ma w głowie przede wszystkim „Pearl Harbor” z 2001 roku. I przyznaję, że pod względem widowiskowości wspomniany film stawia poprzeczkę bardzo wysoko! Gdyby tylko jego fabuła nie była tandetnym melodramatem… Na szczęście tegoroczne „Midway” nie popełnia tego błędu. Akcja filmu również zaczyna się od ataku na Pearl Harbor i obejmuje kolejne półrocze – od lotniczego Rajdu Doolittle’a na Tokio, przez Bitwę na Morzu Koralowym, po samo Midway. Czyli jednym słowem: akcja, akcja i jeszcze raz akcja! Głównym bohaterem opowieści jest Dick Best (w tej roli Ed Skrein), legendarny amerykański pilot bombowca nurkującego, który zapisał się w historii niewiarygodną brawurą i umiejętnościami. I choć bardzo podobała mi się ta postać, to niestety nie mogę się zbyt pochlebnie wyrazić o aktorskich umiejętnościach Eda Skreina. Powiedzieć że jest sztywny jak słup telegraficzny, to nic nie powiedzieć! Jego brak talentu przeszkadzał mi w tym filmie najbardziej – na szczęście to chyba mój jedyny zarzut. 

Na szczęście co popsuł Skrein, to nadrobiła imponująca obsada drugoplanowa. Patrick Wilson (mój ulubieniec!) jako oficer wywiadu, Woody Harrelson jako admirał Nimitz, Luke Evans jako dowódca eskadry bombowców, Aaron Eckhart jako legendarny pułkownik Doolittle, no i okrutnie postarzały Dennis Quaid jako dowódca USS Enterprise. Wow! Takiej kultowej obsady w kinie wojennym nie widziałem chyba od czasów „Cienkiej Czerwonej Linii”. Każdy ze wspomnianych aktorów nie dostał może zbyt wiele czasu ekranowego, ale razem zebrani do kupy stworzyli rewelacyjny efekt. I dokładnie o to chodziło, wszak „Midway” to nie głęboki dramat obyczajowy, ale solidne kino wojenne wysokiej klasy. Sceny nalotów na lotniskowce wbijają w fotel – człowiek się zastanawia, jak to możliwe że ktokolwiek mógł to przeżyć! Owszem, efekty specjalne czasem nie dają rady i widać w nich mocną ingerencję komputerów. Ale jeśli przymkniemy na to oko, będziemy się świetnie bawić, to gwarantuję! 

„Midway” to bardzo dobra opowieść o odwadze, poświęceniu i determinacji. Co istotne, laurka dla amerykańskich sił zbrojnych nie jest w niej aż tak kłująca w oczy, powiedziałbym wręcz że udało się ją odpowiednio wyważyć. Doceniam też, że pokazano na równi okrucieństwo, jak i niewiarygodny heroizm japońskich żołnierzy, który do dziś jest skrajnym przykładem poświęcenia dla ojczyzny. Niemniej, w skali bohaterstwa, to Amerykanie grali w w tej bitwie pierwsze skrzypce. I całe szczęście dla świata!

Wniosek: Świetne kino historyczne. Ogląda się jak dokument!


"Aquaman"

"Aquaman"

O czym to jest: Zagubiony książę powraca, by zawalczyć o podwodny tron Atlantydy.

aquaman film recenzja DC jason momoa

Recenzja filmu:

Jeśli jest coś, co naprawdę mnie irytuje w filmowym uniwersum komiksów wydawnictwa DC, to jest to nierówny poziom. Taki na przykład "Batman v Superman" - tragedia. Potem "Wonder Woman" - świetne. Następnie "Justice League" - znowu wpadka. I teraz "Aquaman", czyli powrót do dobrego, bajkowego poziomu, jakiego widz oczekuje po takim widowisku. No i co, nie można było tak od razu?

Myślę że w końcu skumałem, co jest siłą filmów DC i co ma szansę odróżnić je od wizualnie powalających space oper spod znaku "Marvel Cinematic Universe". Zamiast sięgać głęboko w kosmos, filmy DC wplatają tematykę superbohaterów w ludzką historię i antyczne cywilizacje. Takie przykładowo Amazonki z "Wonder Woman" to sfeminizowane społeczeństwo antycznej Grecji (z bogami z Olimpu w tle). Z kolei Atlantyda z "Aquamana" bardzo przypomina starożytny Rzym - i nie tylko z powodu walki w podwodnym koloseum, a również przez pancerze stylizowane na gladiatorów czy ustrój społeczny rodem z czasów cezarów. I muszę przyznać, że na dużym ekranie wygląda to świetnie! Nie bez powodu moim ulubioną sceną ze wspomnianego "Justice League" jest sekwencja, w której wszystkie starożytne narody metaludzi (jak mieszkańcy Atlantydy czy Amazonki właśnie) ramię w ramię z ziemskimi bogami stanęli do walki z inwazją kosmitów. Cieszę się, że twórca "Aquamana" James Wan (znany do tej pory głównie z kręcenia horrorów) rozumiał w czym tkwi siła tego uniwersum i potrafił ją wykorzystać. Z zadowoleniem przyznaję, że bawiłem się naprawdę dobrze!

Gdybym miał wskazać wady "Aquamana", najważniejszą byłby schematyczny scenariusz. Na pierwszy rzut oka może to denerwować, ale wtedy trzeba zdać sobie sprawę, że po pierwsze to kino komiksowe (a ono rządzi się swoimi prawami), a po drugie jest to bajka - a w bajce, jak wiadomo, dobrzy są dobrzy, źli są źli, a na końcu mamy obowiązkowy happy end. Nuda? Skoro tak, to czemu wciąż oglądamy kolejne bajki Disneya, hmm? W takim filmie to nie treść jest ważna, a forma. A ta, pod względem pomysłu, jest po prostu znakomita. Podwodne miasta, mnogość ras, atlantydzka kawaleria na mezozaurach i przerośniętych rekinach, a także fantastyczny mariaż antycznej stylistyki z futurystyczną technologią rodem z filmu "The Abyss". I jeszcze do tego muzyka w stylistyce "Oblivion"! Wprawdzie gdzieniegdzie efekty specjalne nie wyrabiają, ale każdy specjalista z branży wam powie, że animacja wody to najtrudniejsze, co może być, więc jestem w stanie przymknąć na to oko.

Jason Momoa urodził się do tej roli. Nie dość że wygląda jak posągowy bóg z głębin Pacyfiku (zasługa polinezyjskich genów aktora), to jeszcze dorzucił do stylistyki "Aquamana" sporo maoryskich elementów, dodając do całości fantastycznego, etnicznego smaczku (to samo zrobiła Gal Gadot, z pochodzenia Żydówka, z rolą Wonder Woman). Sporym pozytywnym zaskoczeniem była też rola matki głównego bohatera, którą zagrała... Nicole Kidman! Nie spodziewałbym się jej w takim kinie, a jednak wypadła zadziwiająco wiarygodnie. Miłą niespodzianką był także Temuera Morrison jako ojciec Aquamana (pomyślcie: Jango Fett jest ojcem khala Drogo!), lubiany przeze mnie Patrick Wilson jako odpowiednio blady złoczyńca, a także w rolach drugoplanowych Willem Dafoe i Dolph Lundgren! Specjalnie nie wymieniłem Amber Heard jako Małej Syrenki (bo była żadna) ani pana Abdul-Mateena jako Czarnej Manty, bo jego rola w tym filmie również była całkowicie zbędna. Niemniej obsada w ogólnym rozrachunku wygląda lepiej niż dobrze!

Jaki z tego wniosek? Jeśli zraził was Aquaman w "Justice League" dajcie mu jeszcze jedną szansę. Przyszykujcie kubeł popcornu i wiadro coli, a będziecie się dobrze bawić!

Wniosek: Widowiskowe i fajne! Jak na film komiksowy oczywiście.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


"The Terror"

"The Terror"

O czym to jest: Opowieść o zaginionej wyprawie Franklina, próbującej odnaleźć Przejście Północno-Zachodnie.

terror serial recenzja plakat franklin cozier

Recenzja serialu:

Zaginięcie wyprawy kapitana Johna Franklina, który w 1845 roku wraz z dwoma statkami próbował pokonać arktyczne Przejście Północno-Zachodnie z Atlantyku na Pacyfik, to jedna z większych marynistycznych zagadek w historii. Ta opowieść zawsze mnie fascynowała, więc zanim przejdziemy do omówienia serialu, przedstawię garść faktów historycznych. W 1845 dwa brytyjskie okręty wojenne Terror i Erebus, wyruszyły w podróż ze 129 osobami na pokładzie. Wyposażono je w najnowszą ówczesną technologię i załadowano zapasami w nadziei, że doświadczone załogi (z których część miała już polarne wyprawy na koncie) poradzą sobie z każdą przeciwnością losu. Niestety obydwa okręty, a także ich załogi, przepadły bez wieści. Dopiero w ostatnich latach znaleziono ich wraki, co potwierdziło przypuszczenia: statki zostały uwięzione w lodzie i ostatecznie zatonęły. Odnaleziona wiadomość głosiła, że zanim do tego doszło, marynarze opuścili statki w 1848 roku i pieszo ruszyli na południe w desperackiej próbie ocalenia życia. Mieszkający tam Innuici w kolejnych latach widzieli obdartych białych mężczyzn, na wpół oszalałych z głodu i wycieńczenia, maszerujących i ciągnących szalupy po lodzie. Nieliczne znalezione szkielety i groby dokładnie zbadano - okazuje się, że marynarze wymierali jeden po drugim, a ciała zmarłych zjadali. Ponadto wszyscy cierpieli na poważne zatrucie ołowiem (a także takie choroby jak szkorbut czy gruźlica), powstałe na skutek spożywania źle przygotowanych konserw oraz - prawdopodobnie - eksperymentalnej instalacji do odsalania wody pitnej. Tyle faktów.

W oparciu o te wydarzenia pisarz Dan Simmons napisał książkę, w której bardzo wiernie odtworzył prawdopodobne losy wyprawy z jednym małym dodatkiem: obecności przerażającego potwora, który na równi z chorobami, głodem i zimnem wybijał naszych bohaterów. Wspomnianą książkę w tym roku zekranizowano w formie dziesięcioodcinkowego serialu. Jest to więc historia oparta na faktach... albo raczej pewnej ich interpretacji. Bo skoro nie wiemy, co tak naprawdę spotkało marynarzy z wyprawy Franklina, to może rzeczywiście zmierzyli się z czymś, czego żaden człowiek nie powinien oglądać? Tego już, niestety, nigdy się nie dowiemy. Faktem jest, że śnieżne polarne pustynie to wręcz idealna lokalizacja na wysokogatunkowy horror - przypomnijcie sobie chociażby kultowy film "The Thing". Serial "The Terror" nie jest wcale gorszy. Jest tu wystarczająca dawka grozy i naturalizmu, by poruszyć nawet zatwardziałego widza - dotyczy to zwłaszcza pierwszych odcinków.

Scenografia stanęła na wysokości zadania, starając się - na miarę telewizyjnego budżetu - stworzyć iluzję Arktyki. I choć w wielu miejscach widać było spore niedoskonałości, to jednak pozwoliłem sobie by ich nie widzieć, dzięki czemu bawiłem się o wiele lepiej. Kolejnym bardzo mocnym punktem jest aktorstwo. Kapitana Franklina zagrał niezawodny Ciarán Hinds, którego znacie jako Cezara z "Rzymu" oraz Króla-Za-Murem z "Gry o Tron". I choć wydawałoby się, że to on jest głównym bohaterem, to nic bardziej mylnego. To tak naprawdę opowieść o dowódcy Terroru (Franklin dowodził Erebusem), czyli kapitanie Crozierze - stąpającym twardo po ziemi, cynicznym Irlandczyku ze zbyt wielką skłonnością do butelki. Zagrał go Jared Harris, który dopiero w ostatnich latach dorobił się zasłużonej rozpoznawalności. Crozier jest fantastycznym protagonistą, którego od samego początku kochamy za szczerość i wrodzony rozsądek - coś, czego brakuje pozostałym oficerom, opętanym wizją niezwyciężonego brytyjskiego imperium. Przyznaję, że oglądanie jego przygód stanowiło prawdziwą przyjemność.

Niestety mimo tych wielkich zalet mam do "The Terror" parę zastrzeżeń. O ile początek serialu jest rewelacyjny, to problem pojawia się gdy nasi bohaterowie postanawiają wyruszyć w pieszą odyseję na południe. Z jakichś powodów zabiło to klimat opowieści. Akcja stała się chaotyczna, zbyt skrótowa i za mało porywająca. Odnoszę wrażenie, że dziesięć odcinków okazało się jednak niewystarczające, by dobrze oddać ducha wyczerpującej wędrówki. Co najgorsze, finalne czyny niektórych postaci i ich wielki heroizm ostatecznie nie miały żadnego wpływu na przebieg opowieści. Tak samo główny czarny charakter okazał się zbyt mało porywający w swym szaleństwie, by zapisać się czymś wyjątkowym w historii telewizji. Niestety na sam koniec serialu zamiast katharsis odczułem jedynie lekkie znużenie. Nie zatarło ono wprawdzie fantastycznych odczuć po seansie pierwszych odcinków, ale pozostawiło spory niedosyt.

Cieszę się, że historia wyprawy Franklina została nareszcie zekranizowana (nawet w fantastycznej formie z potworem w tle). Świat powinien pamiętać o tej ostatniej wielkiej wyprawie w dziejach ludzkości, która miała wypełnić wszystkie białe plamy na mapie. A co tak naprawdę stało się z załogami Terroru i Erebusa? To już pozostawię waszej wyobraźni.

Wniosek: Na początku rewelacyjne, potem nieco traci tempo.


"Pacific Rim"

"Pacific Rim"

O czym to jest: Wielkie roboty biją się z wielkimi potworami.

pacific rim plakat recenzja filmu guillermo del toro charlie hunnam

Recenzja filmu:

Długo unikałem tego filmu. Mimo że wychowałem się na anime "Generał Daimos" (jak zresztą całe pokolenie, które miało przywilej znać kanał telewizyjny Polonia 1), gatunek filmowy mecha nigdy do mnie nie przemówił. Dla tych co nie wiedzą, wyjaśnię: mecha oznacza podgatunek anime o tematyce science fiction, w którym kluczową rolę odgrywają gigantyczne roboty najczęściej walczące z innymi robotami lub potworami. Najświeższym przykładem takiego kina jest chociażby najnowsze wcielenie "Power Rangers", a także "Pacific Rim" autorstwa wizjonerskiego reżysera Guillermo del Toro.

O ile doceniam pomysły del Toro na kreowanie fantastycznych światów (za co w końcu, dzięki "The Shape of Water", dostał upragnionego Oscara), to jego filmy po prostu mi nie leżą. Może jego styl reżyserii nie pokrywa się z moim gustem. A może po prostu sam del Toro jest przereklamowany - trudno stwierdzić. Jednak stoję na stanowisku, że nazywanie "Pacific Rim" najbardziej zjawiskową, oryginalną franczyzą drugiej dekady XXI wieku, jest grubym nadużyciem! Wizjonerski, proszę państwa, to był "Avatar" (choć w fabule daleko mu było do oryginalności). Tymczasem "Pacific Rim" nie wniósł do światowej kinematografii niczego, czego byśmy nie znali. Wielkie roboty - "Power Rangers". Wielkie potwory - "Godzilla". Walka z kosmitami chcącymi skolonizować Ziemię - "Dzień Niepodległości". To może chociaż jakość tego filmu wyróżnia się ponad przeciętną? Niestety nie bardzo...

Oczywiście przyznaję, że "Pacific Rim" wygląda rewelacyjnie. Roboty są jak ta lala. Efekty specjalne na najwyższym poziomie. Choreografia walk i scenografia - świetna. A baza robotów w Hong Kongu to wręcz kopia Zionu z "Matrixa". Niestety ja wymagam czegoś więcej, niż wyłącznie pięknych obrazków. Scenariusz, gra aktorska czy wręcz najprostsza logika wydarzeń leżą i kwiczą. Charlie Hunnam w głównej roli jest sztywny i nieprzekonujący, zupełnie jak Taylor Kitsch w "Johnie Carterze". Partnerująca mu Rinko Kikuchi wygląda niewinnie-słodko i nic poza tym. Nawet Idris Elba, którego osobiście lubię i cenię, jako generał Pentecost gra zdecydowanie poniżej możliwości, a jego przemowa kopiująca Billa Pullmana z "Dnia Niepodległości" wypada niezwykle blado. Do słabej obsady dorzućmy jeszcze stek bzdur w rodzaju impulsu EMP, który wyłącza komputery cyfrowe, ale nie analogowe (WTF?). Albo okładanie wielkich potworów pięściami, zamiast - bo ja wiem - przecinania ich na pół bronią białą, o której przypomniano sobie dopiero w trzecim akcie. A, no i reaktor jądrowy w robocie, który za pomocą jednego przełącznika można zmienić w atomówkę... Ja wiem, że od kina akcji z wielkimi robotami nie mogę wymagać zbyt wiele, ale szanujmy widza choć trochę!

"Pacific Rim" jednocześnie zaczarował mnie pięknymi obrazkami i efektami, oraz znudził i wystawił mój gust filmowy na ciężką próbę. Nerdy z kanału Screen Junkies doskonale podsumowały tą produkcję: to albo najbardziej efektowny głupi film, albo najgłupszy efektowny film w historii kina...

Wniosek: Nudne i kiepskie, ale za to fantastycznie wygląda!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Pacific Rim"! >>>


"The Bounty" ("Bunt na Bounty")

"The Bounty" ("Bunt na Bounty")

O czym to jest: Prawdziwa historia najsłynniejszego buntu w historii Royal Navy.

bunt na bounty hopkins gibson lewis neeson

Recenzja filmu:

Zainspirowałem się do przypomnienia sobie prawdziwej klasyki - czyli filmu "The Bounty" o najsłynniejszym buncie na pokładzie statku brytyjskiej królewskiej marynarki wojennej. Rzecz działa się w 1789 roku na wodach południowego Pacyfiku, gdy to załoga H.M.S. Bounty wraz z pierwszym oficerem zbuntowała się przeciwko kapitanowi. Nie był to oczywiście ani pierwszy, ani ostatni bunt w dziejach Royal Navy, ale z całą pewnością najgłośniejszy - choćby dlatego, że jego konsekwencje sięgają po dziś dzień (zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z historią Wyspy Pitcairn). To jednak opowieść na kiedy indziej.

"The Bounty" oglądałem lata temu jako dzieciak i muszę przyznać, że z ogromną satysfakcją wróciłem do tego filmu teraz, już jako dojrzały widz. Dzięki temu mogłem w pełni doświadczyć zarówno głębi postaci, jak i sprawnego scenariusza oraz doskonałej scenografii - dość wspomnieć, że na potrzeby filmu zbudowano pełnowymiarową (i pływającą!) replikę tytułowego okrętu, którą do dziś można oglądać jako atrakcję turystyczną w porcie w Hong Kongu. Plenery kręcono w prawdziwych lokacjach Polinezji Francuskiej, stąd też niezwykłe i realistyczne obrazy rajskiej wyspy Tahiti, która bez wątpienia mogła uwieść XVIII-wiecznych żeglarzy. Ale to nie piękne zdjęcia czy muzyka są tu głównie warte wspomnienia, ale obsada. I to jeszcze jaka! Mimo że "The Bounty" nakręcono w 1984 roku, znajdziecie tutaj ogromną ilość współcześnie sławnych nazwisk - chociażby Anthony'ego Hopkinsa, Mela Gibsona, Liama Neesona, Daniela Day-Lewisa czy Bernarda Hilla! Co więksi znawcy srebrnego ekranu niewątpliwie poznają też nieodżałowanego Laurence'a Oliviera, prawdziwą legendę kina, teatru i telewizji. Zaufajcie mi gdy mówię, że taka obsada mówi sama za siebie!

Oczywiście wszystko co powyższe to tylko smakowite dodatki. Prawdziwym skarbem stanowiącym o jakości "The Bounty" - jak zresztą w przypadku każdego filmu - jest dobra historia. A tej tu nie brakuje. Z jednej strony widzowie poznają kapitana Bligha, twardego i bezkompromisowego mężczyznę o cechach tyrana, a z drugiej wrażliwego młodzieńca - pierwszego oficera Fletchera - który zakochuje się w pięknej Tahitiance. Łatwo w tej historii o przypisanie ról "tego złego" i "tego dobrego", prawda? Na szczęście twórcom filmu udało się zachować niezbędną równowagę i pokazać (zgodnie zresztą z faktami), która z tych postaci miała rację, a która się myliła. Tyrania Bligha nie była bowiem niczym nadzwyczajnym na pokładzie okrętów wojennych w XVIII wieku i miała docelowo chronić zarówno statek, jak i jego załogę. Z kolei Fletcher buntując się przeciwko kapitanowi, odrzucił nie tylko jego dotychczasowe wstawiennictwo jako mentora, ale również popełnił akt piractwa, porzucając kapitana wraz z lojalnymi marynarzami pośrodku oceanu. Kto zatem okazał się być większym zbrodniarzem? "The Bounty" jak chyba żaden inny film pokazuje, jak ważne jest zachowanie równowagi między rządzącym, a poddanymi - gdy jedna ze stron za bardzo naciska, albo druga za mało się słucha, dochodzi do tragedii. Konkluzja jest taka, że prawo musi być przestrzegane, ale pod warunkiem, że nie zamyka swoich oczu na potrzeby obywateli. Oczywiście w granicach rozsądku.

"The Bounty" ogląda się doskonale nie tylko jako kino marynistyczne, ale również jako dramat obyczajowy. Nie zgadzam się jednak z opiniami sugerującymi jakiś ukryty wątek homoseksualny między głównymi bohaterami - nie dajmy się zwariować. I bez drugiego dnia ten film przeszedł do historii kina. I zasłużenie!

Wniosek: Rewelacyjny film. Wciąż doskonale się ogląda!


"Dunkirk" ("Dunkierka")

"Dunkirk" ("Dunkierka")

O czym to jest: Historia ewakuacji brytyjskiej armii z Dunkierki w 1940 roku.

dunkierka film recenzja christopher nolan tom hardy

Recenzja filmu:

Jeśli czytacie regularnie recenzje na Jest Kultowo to wiecie, że filmy wojenne pojawią się tu dosyć często. Nie ukrywam, że tematyka militarna to jedna z moich pasji (która nawet w swoim czasie uczyniła mnie na rok pracownikiem naukowym we wrocławskim Muzeum Militariów). Historię II wojny światowej w kinie znam od lat i to z wielu różnych punktów widzenia, a ponadto widziałem już chyba setki filmów na ten temat. Ale czegoś takiego jak "Dunkierka" jeszcze nie widziałem!

Christopher Nolan wydawał mi się ostatnimi czasy przereklamowany - pewnie dlatego, że rozczarował mnie jego "Interstellar". Niemniej byłem ciekawy jak hollywoodzki mistrz klimatu ugryzie temat największej klęski (lub zwycięstwa, zależy jak na to patrzeć) brytyjskiej armii na froncie II wojny światowej. Po błyskawicznym ataku Hitlera na Francję w 1940 roku, setki tysięcy Brytyjczyków, Francuzów, Polaków i Belgów zostało odciętych w kotle wokół portowego miasta Dunkierka. Jeśli by zginęli lub dostali się do niewoli, Wielkiej Brytanii mogłoby zabraknąć ludzi, by dalej prowadzić działania zbrojne. Dlatego rozpoczęto operację Dynamo, czyli bezprecedensową ewakuację wojska poprzez Kanał La Manche. Tyle historii.

To co Nolanowi udało się znakomicie, to przedstawienie od pierwszej minuty klimatu paranoicznego zagrożenia śmiercią, jakie czyhało na alianckich żołnierzy. Strzały snajperów, bomby z nieba, torpedy z morza - koniec mógł przyjść w każdym miejscu i każdej chwili. Gwarantuję Wam, że mało filmów tak dosadnie pokazuje psychologiczny horror wojny. Co warto zaznaczyć, nie trzeba do tego hektolitrów krwi i flaków wylewających się z ekranu. Wystarczy umiejętna praca kamerą, okraszona na dodatek nowatorską ścieżką dźwiękową (autorstwa legendarnego Hansa Zimmera), by widz razem z bohaterami zamienił się w jeden wielki kłębek nerwów. "Dunkierka" przemawia głównie obrazem, niczym film niemy z dawnej epoki kina. Dialogów jest tu mało, a trójka głównych bohaterów - młodych żołnierzy uwięzionych na plaży - na tyle psychologicznie podobna do siebie, że każdy może się z nimi utożsamiać (tu ciekawostka: jeden z nich to wokalista zespołu One Direction). W takich chwilach widz może się zastanawiać, jak to możliwe że ktoś coś takiego przeżył, a co ważne pozostał potem zdrowych zmysłach.

Oczywiście wspomniana trójka aktorów (wyłonionych w castingu spośród setek kandydatów), których przygody ilustrują ewakuację z punktu widzenia lądu, to nie wszystko. W rolach drugoplanowych jest tu również kilka znanych twarzy. "Dunkierka" to obraz zrealizowany w formie tryptyku, ukazującego te same zdarzenia z perspektywy lądu, morza i powietrza. Narratorem części morskiej jest Mark Rylance w roli podstarzałego dżentelmena, wyruszającego prywatnym jachtem na pomoc żołnierzom. Z kolei część powietrzną obstawia sam Tom Hardy, ponownie w masce (tym razem tlenowej) i z minimalną ilością dialogów. Co by nie mówić: aktorów do tych ról dobrano wprost perfekcyjnie. 

Obawiałem się, czy "Dunkierka" wizualnie przebije przegenialny obraz tej samej bitwy zaprezentowany w filmie "Atonement". Tam wizja twórców ukazała nam wojsko w stanie moralnego i fizycznego rozkładu - degrengoladę, rozprężenie, chaos i horrendalny absurd niczym z dzieł Hieronima Boscha. Tymczasem Nolan postanowił pokazać bitwę o Dunkierkę w sposób zdecydowanie bardziej wierny prawdziwym wydarzeniom - przerażający obraz pustego i uporządkowanego piekła, gdzie żołnierze karnie ustawiają się w kolejce do zagłady. Co istotne, film nakręcono w lokacjach prawdziwej bitwy i z użyciem autentycznego sprzętu (statków, samolotów) z epoki. Te wysiłki przyniosły efekt, bo dzięki temu "Dunkierka" wygląda tak prawdziwie, jak to tylko możliwe w przypadku wysokobudżetowego filmu. 

To nie jest film dla widzów o słabych nerwach. Ale obowiązkowy dla wszystkich tych, którzy uważają wojnę za coś romantycznego. Nie można się bardziej mylić!

Wniosek: Poruszające, wstrząsające, artystycznie piękne kino.


"Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales" ("Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara")

"Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales" ("Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara")

O czym to jest: Jack Sparrow i przyjaciele poszukują Trójzębu Posejdona.

piraci z karaibów zemsta salazara film johnny depp

Recenzja filmu:

Panie i panowie, miło mi poinformować, że producenci najbardziej dochodowej franczyzy o piratach w historii kina w końcu się ogarnęli! Po wielkim nieporozumieniu, jakim okazało się "Na Nieznanych Wodach", postanowiono wrócić do korzeni. Zamiast na siłę wymyślać zupełnie oryginalną historię i robić z Jacka Sparrowa głównego bohatera (do czego się nie nadaje), de facto odkurzono scenariusz "Klątwy Czarnej Perły" i nakręcono ją na nowo, zmieniając tu i ówdzie kilka szczegółów. Puryści zapewne będą się zżymać na autoplagiat, ale ja uważam że dobre rzeczy zawsze warto naśladować - zwłaszcza, jeśli robi się to umiejętnie!

"Dead Men Tell No Tales", znane także pod tytułem "Salazar's Revenge" (czyli "Zemsta Salazara"), to już piąta i być może ostatnia odsłona przygód "Piratów z Karaibów". Naczytałem się sporo o wybrykach Johnny'ego Deppa na planie i o tym, jak ostatecznie popsuło to cały film. Mało tego, chyba nie trafiłem na ani jedną pozytywną recenzję! Zastanawiam się, czy recenzentom na pewno nie pomyliły się części, bo mimo że sam zasiadłem w kinie z negatywnym nastawieniem, wyszedłem cały w skowronkach, odnotowując na koncie dwie godziny świetnej zabawy! Owszem, zdarzyło się kilka wpadek i potknięć, z czego największym był Brenton Thwaites w roli Henry'ego (reinkarnacji postaci Willa Turnera) - aktor tak drewniany, że doskonale wpasował się w deski pokładu pirackiego żaglowca. Ale co popsuł Brenton, to naprawili rewelacyjny Javier Bardem jako kapitan Salazar, urocza Kaya Scodelario w roli Cariny (niegrzeczna reinkarnacja postaci Elizabeth Swann), a także cała masa postaci (i małp) znanych z poprzednich części. A wśród nowego zaciągu aktorów, uważny nerd znalazł nawet Faramira oraz Oriego z serii "Władcy Pierścieni"! 

A Johnny Depp? Dobrze że przypomniano sobie, że Jack Sparrow musi być zawsze pod wpływem rumu, chwiać się na nogach, mało gadać i stroić śmieszne miny. Sparrow był tu dokładnie takim, jakiego znamy i kochamy - a świetny flashback dodatkowo wyjaśnił nam, skąd się wzięła jego legenda i fantazyjny strój. Może to wina makijażu, ale w ogóle nie widać na twarzy Deppa tych czternastu lat, jakie upłynęły od premiery pierwszej części. Pozazdrościć genów! I powiem szczerze, że nic mnie nie obchodzi, co Depp wyprawiał poza planem. Liczy się tylko i wyłącznie efekt końcowy, a ten dostarczył mi niewątpliwej satysfakcji. 

"Zemsta Salazara" to jeszcze więcej piratów, jeszcze więcej czarów, fantastycznych scen akcji (napad na bank i karuzela z gilotyną to prawdziwe mistrzostwo), potworów (rekiny-zombie!!!), morskiej mitologii i dobrej zabawy. Co ciekawe, finał tak sprytnie zamyka wszystkie wątki, że jeśli "Piraci z Karaibów" w tym momencie pójdą na dno, nie będę odczuwał żalu. Ale scena po napisach daje nadzieję na epicką szóstą część... Tylko czy widzowie będą jej chcieli?

Wniosek: To byli "Piraci z Karaibów" na jakich czekaliśmy!


<<< Sprawdź kolejność oglądania "Piratów z Karaibów"! >>>


"King Kong"

"King Kong"

O czym to jest: Ekspedycja porywa gigantycznego goryla z wyspy potworów.

king kong film recenzja peter jackson adrien brody naomi watts

Recenzja filmu:

Uwielbiam Petera Jacksona za to, co zrobił ze światem "Władcy Pierścieni". Nikt nie zaprzeczy (prócz nielicznych tolkienowskich purystów), że to doskonałe kino przygodowe, które przyniosło twórcom miliony dolarów czystego zysku. Nic więc dziwnego, że niesiony falą sukcesu po "Powrocie Króla", Jackson zabrał się za remake "King Konga" z 1933 roku, czyli swojego ulubionego filmu. Ciekawostką jest, że to właśnie oryginalny "King Kong" zachęcił kilkunastoletniego Jacksona do tego, by zostać filmowcem. 

I to jest chyba największy problem. Bo o ile nie można odmówić nowemu "King Kongowi" gigantycznego rozmachu, wizji, doskonałej obsady i spektakularnych efektów, to niestety przesyt wspomnianych elementów czyni ten film niestrawnym. Peter Jackson tak się starał i chciał pokazać tak dużo, że zatracił dystans do własnej produkcji. W skutek tego jego "King Kong" jest absurdalnie długi (trwa trzy godziny!), a przez to zwyczajnie nudny. Oglądałem go kilka razy na DVD i nigdy jeszcze nie wytrwałem całości w jednym rzucie, zasypiając gdzieś w połowie. Dość powiedzieć, że przez pierwszą godzinę (!) na ekranie zupełnie nic się nie dzieje. Dopiero gdy nasi bohaterowie docierają na mityczną Wyspę Czaszki pełną gargantuicznych potworów, akcja się zagęszcza, i to aż do przesady. Przykładowo: ile minut można uciekać przed stadem diplodoków, jednocześnie okładając pięściami polujące raptory? Po pierwszych pięciu minutach robi się to zbyt nużące. Albo scena z robalami na dnie wąwozu - co takiego wniosła do filmu prócz okazji do przedstawienia wielkich pająków i karaluchów? Wszystkie te elementy, uzupełniane przez długie minuty wpatrywania się wielkiego goryla w główną bohaterkę, można by z powodzeniem wyciąć. Kto wie, może wtedy "King Konga" dałoby się wartko oglądać?

Jestem bardzo rozczarowany, bo tak wyglądający film zasługuje na o wiele lepszy (i krótszy!) montaż. Przecież wstawki z okresu Wielkiego Kryzysu, Nowy Jork z lat międzywojennych, czy realia wodewilu i burleski zostały tu odwzorowane w sposób doskonały. Tak samo koncept Wyspy Czaszki z ruinami dawnej cywilizacji, pełnej dinozaurów i innych megastworzeń, robi piorunujące wrażenie. Że już nie wspomnę o parowcu Venture z epicką załogą, godną najlepszych morskich historii przełomu XIX i XX wieku. Panie Jackson, jak mógł pan sknocić taki potencjał! Wprawdzie krytycy zachwycają się nowym "King Kongiem" ze względu na wielkie podobieństwo do oryginału z 1933 roku, ale dla mnie taki aspekt zawsze będzie drugorzędny, bo film musi być dobry sam w sobie. A tym razem tak nie jest.

Efekty specjalne, choć spektakularne w 2005 roku, dziś nieco trącą myszką. Na szczęście nadal znakomicie spisują się aktorzy - przede wszystkim Naomi Watts (kobieta-kameleon, którą można łatwo wylaszczyć lub zbrzydzić, w zależności od potrzeb filmu, w którym gra), ale też solidny Adrien Brody, zawsze zabawny Jack Black czy klasycznie przystojny Thomas Kretschmann (który niestety nie zrobił wielkiej kariery w Hollywood). Nie można też zapomnieć o Andy'm Serkisie w podwójnej roli plugawego kuka, a także tytułowego Konga. Jego motion capture jak zwykle pozamiatał - a kontynuację tego trendu możecie oglądać w nowej "Planecie Małp". 

To wszystko jednak za mało, bym chciał wracać do tej produkcji. Liczę na to, że tegoroczny "Kong: Skull Island" pokaże nam najsłynniejszego filmowego goryla w znacznie bardziej godny sposób. Oby!

Wniosek: Wizualnie imponujące, ale śmiertelnie nudne!


"Deepwater Horizon" ("Żywioł - Deepwater Horizon")

"Deepwater Horizon" ("Żywioł - Deepwater Horizon")

O czym to jest: Prawdziwa historia katastrofy platformy wiertniczej Deepwater Horizon.

żywioł deepwater horizon film recenzja wahllberg malkovich russell

Recenzja filmu:

No to Peter Berg (reżyser) i Mark Wahlberg (aktor) zaskoczyli mnie po raz drugi. Po zadziwiająco udanym wojennym dramacie „Lone Survivor”, panowie zaprezentowali prawdziwą i bardzo wierną faktom historię eksplozji i zatonięcia platformy wiertniczej Deepwater Horizon w Zatoce Meksykańskiej. Katastrofa przyniosła ofiary śmiertelne i wywołała największą klęskę ekologiczną w historii USA. Wyciek ropy udało się zatamować dopiero po kilku miesiącach, a jego skutki cały region będzie odczuwał przez dziesięciolecia. Idealny temat dla Hollywood, prawda? 

Po słabym trailerze obawiałem się kukurydzianego amerykańskiego patosu z flagą w tle. I choć flaga faktycznie była, to „Deepwater Horizon” okazał się filmem wartkim, trzymającym w napięciu, doskonale nakręconym i zagranym. Oczywiście Mark Wahlberg nie dostanie za tą rolę Oscara, ale przynajmniej wypadł bardzo wiarygodnie, wspomagany na dodatek przez takie legendy kina jak Kurt Russell i John Malkovich. Fantastycznie pokazany został cały skomplikowany proces prowadzący do katastrofy – problemy techniczne, ignorowanie procedur bezpieczeństwa i zwykła korporacyjna chciwość. Świetnym ruchem twórców była minimalizacja efektów specjalnych na rzecz pirotechniki i staromodnej roboty filmowej: solidnej scenografii, dynamicznych ujęć, wpadającej w ucho muzyki i sprawnego montażu. 

„Deepwater Horizon”, jak mało który film, pokazuje świat platform wiertniczych i przemysłu paliwowego, gdzie w grze są gigantycznie pieniądze, a ludzie pracują w naprawdę niebezpiecznych warunkach. Ogląda się go jak dokument, co moim zdaniem tylko podkreśla jego wartość. Nie mogę się doczekać wydania na Blu-ray – chcę go do kolekcji! 

P.S. Co ciekawe, duet Berg-Wahlberg pracuje właśnie nad filmem „Patriots Day” o zamachu w Bostonie w 2013 roku. Czyżby szykował się kolejny hit?

Wniosek: Świetny film. Rewelacyjnie się ogląda!


"The Finest Hours" ("Czas Próby")

"The Finest Hours" ("Czas Próby")

O czym to jest: Łódź straży przybrzeżnej próbuje uratować załogę tonącego tankowca.

czas próby film recenzja plakat chris pine casey affleck

Recenzja filmu:

Filmy o morzu zawsze mnie interesowały - pewnie dlatego, że od dzieciństwa żegluję (choć ostatnio niestety już nie mam kiedy). Niemniej staram się śledzić wszelkie interesujące marynistyczne historie, a do takich z całą pewnością należy najsłynniejsza w dziejach USA akcja ratunkowa w wykonaniu U.S. Coast Guard. A było tak: podczas strasznego zimowego sztormu w 1952 roku, tankowiec Pendleton przełamał się na pół. Na pomoc uwięzionym marynarzom wyruszyła mała łódź straży przybrzeżnej dowodzona przez Bernarda Webbera. To, co zrobił Webber i jego trzyosobowa załoga, przeszło do historii amerykańskiego ratownictwa.

Świetny pomysł na film, prawda? Wręcz murowany przepis na hit, nic więc dziwnego, że zajęła się nim wytwórnia Disneya. Chwalę scenariusz, który został znakomicie napisany - miał odpowiednią dozę epy, akcji, emocji, klimatu, a także całkiem przyzwoite dialogi. Do roli głównej zaangażowano Chrisa Pine'a, przed którym stało trudne zadanie zrzucenia gęby kapitana Kirka ze "Star Treka". Na szczęście poradził sobie bardzo dobrze, grając na zupełnie inną, znacznie spokojniejszą nutę (idealnie wpasowaną w styl rodem z lat 50.). Fajnie było zobaczyć również Casey'ego Afflecka (tego brzydszego i zdolniejszego z braci Afflecków), a także znaną z "Rodziny Borgiów" Holliday Grainger oraz Grahama McTavisha, mojego ulubionego groźnego Szkota (znanego bardziej jako Dwalin z "Hobbita"). Nawet posępny Eric Ba(na)na w tle dobrze odegrał swoją rolę. 

No dobra, mamy więc dobry scenariusz i obsadę, ale czy mamy dobry film? Obawiam się, że jest z tym pewien problem. Po pierwsze, "The Finest Hours" jest niezwykłe spokojne jak na film katastroficzny. Za spokojne! Bohaterowie zachowują zimną krew i wręcz flegmatyczne opanowanie, niezależnie od tego czy walczą o przetrwanie na tonącym statku, zmagają się z falami, zamarzają czy tęsknią za ukochanymi. O ile na początku filmu ten spokój budował fajną kameralną atmosferę, to utrzymywanie go podczas dynamicznych scen akcji (a tych było niemało) kompletnie zabiło tempo filmu! Ponieważ wiem, że występujący tu aktorzy potrafią grać ekspresywnie, zrzucam całą winę na reżysera. Nie wiem, jaki chciał osiągnąć zabieg artystyczny, ale z całą pewnością poniósł porażkę. Mam również zastrzeżenia co do jakości wykonania efektów i dekoracji - nasi dzielni ratownicy, pędząc po sztormowych falach na ratunek, wyglądają jakby powoli sunęli na rowerku po kwiecistej łące. Nie ma tu emocji, nie ma zacięcia w oczach, a widz oczyma wyobraźni widzi wszechobecny blue screen, który otaczał aktorów na planie (zresztą animacja wody pozostawia sporo do życzenia). Wręcz nie do zniesienia jest zbyt mała ilość wody (!) na twarzach i ciałach bohaterów, brak wiatru, a także kompletny brak reakcji na konieczne w takim wypadku wszechobecne zimno i stanie na skraju hipotermii. 

Mam też zarzuty co do końcówki klasy "powiewający gwieździsty sztandar" - czyli czerstwej, płaskiej i stosującej tanie chwyty. Jest mi smutno, bo taka historia z takim scenariuszem zasługiwała na znacznie lepszą odsłonę. Pozostaje mieć nadzieję, że pewnego dnia dożyję rebootu.

Wniosek: Świetny pomysł na film, ale niestety kulawe wykonanie.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger