Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Policjanci i złodzieje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Policjanci i złodzieje. Pokaż wszystkie posty
"True Detective" ("Detektyw")

"True Detective" ("Detektyw")

O czym to jest: Zgorzkniali detektywi rozwiązują makabryczną zagadkę kryminalną.

Recenzja serialu:

"True Detective", podobnie jak "Fargo", to serial-antologia. Co to oznacza? Każdy sezon ma mieć osobnych bohaterów, fabułę i lokalizację, jednak z zachowaniem takiego samego klimatu. W przypadku wspomnianego "Fargo" udało się to rewelacyjnie! "True Detective" jest pod tym względem niestety bardziej nierówny. Żeby wyjaśnić dokładniej o co chodzi, opiszę każdy sezon osobno.

SEZON 1


detektyw sezon 1 recenzja serialu HBO mcconaughey harrelson
WOW. Tymi trzema literkami mogę skomentować poznanie serialu "True Detective". HBO po raz kolejny udowodniło, że dawno temu zdeklasowało BBC w wyścigu o najlepsze produkcje telewizyjne. Cieszę się, że uwielbiany przeze mnie gatunek filmów w apokaliptycznym klimacie z psychopatycznym mordercą w tle ma się dobrze. Ten serial nie jest tak dobry jak na przykład "Siedem", ale naprawdę jest niezły. Przenosi nas do malarycznej Luizjany, pełnej bagien, spoconych drzew i najgorszego rodzaju rednecków, tzw. white trash, efektu wielopokoleniowego chowu wsobnego. Południe Missisipi zawsze było kanwą świetnych produkcji, więc i tym razem lokalizacja gwarantowała sukces. Choć niby już to wszystko widzieliśmy.

Sprawdźmy, czy serial spełnia wszystkie wymogi gatunku: mamy apokaliptyczny klimat, psychopatycznego i filozofującego czuba mordercę (i pedofila na dodatek), zniszczonego życiem detektywa (a nawet dwóch) i zagadkę, którą może rozwiązać tylko wydalony ze służby policjant. Wszystko się zgadza. Ale mimo powtarzalności schematu, konstrukcja fabuły jest bardzo udana i trzyma w napięciu. Większość zasługi należy przypisać grającemu główną rolę Matthew McConaughey'owi, który (znowu!) udowodnił, że jest jednym z liderów wśród najlepszych aktorów współczesnego kina. Co za kreacja! Była tak dobra, że partnerujący mu Harrelson, mimo że równie świetny, wręcz ginął w jego obecności. McConaughey był tak zniszczony życiem, struty, depresyjny i przejmujący, że aż się robiło przykro. Jego postać sprawiała wrażenie, że śmierć (najlepiej gwałtowną) powita z ulgą. A to, co spotkało go na końcu, paradoksalnie było chyba najlepszym, co mógł dostać.

Oczywiście były tu pewnego rodzaju niedopatrzenia - powiedziałbym, że fabułę udało się zamknąć w 85%, zamiast w 100%. Zabrakło mi trochę rozwikłania wątku pedofilskiej szajki, kultu Żółtego Króla i pogłębienia znaczenia Carcosy. Trudno stwierdzić dlaczego. Niemniej zdecydowanie polecam te osiem odcinków pierwszego sezonu "True Detective" - to naprawdę pierwszorzędny kryminał z pełnokrwistymi postaciami.

Wniosek: Pierwszy sezon jest po prostu kultowy. Perfekcja rodem z HBO.



SEZON 2


detektyw sezon 2 recenzja serialu farrell mcadams
Po wspaniałym, niepowtarzalnym pierwszym sezonie, dotarliśmy do drugiej części "True Detective". Poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko, zarówno pod względem fabuły, jak i gry aktorskiej. Wiem, że próba stworzenia drugiego sezonu w takim samym apokaliptycznym klimacie, z seryjnymi mordercami czającymi się na bagnach Luizjany, była skazana na porażkę. Dlatego też scenarzyści zmienili lokalizację na wielką aglomerację Los Angeles, rozszerzyli listę głównych bohaterów do czwórki (z czego trójki detektywów) i zamienili seryjne morderstwa w konglomerat układów korupcyjno-biznesowych. Efekt? Niestety niewypał.

Drugi sezon "True Detective" jest po prostu nudny! Przegadany, przeintelektualizowany, źle napisany i pozbawiony tempa. Z czwórki głównych bohaterów interesujący był wyłącznie Colin Farrell grający skorumpowanego, pogrążonego w nałogach detektywa. Partnerująca mu Rachel McAdams - choć poprawna - nie wnosiła swoją kreacją niczego, czego nie widzieliśmy w innych serialach o "detektywach z problemami". Z kolei trzeci policjant grany przez Taylora Kitscha okazał się być absolutnie zbędny w przebiegu fabuły. Nie mam zielonego pojęcia, po co w ogóle pojawił się na ekranie. Vince Vaughn grający emerytowanego gangstera, który próbuje się odnaleźć w pełnym układów legalnym biznesie, również okazał się być niewypałem, głównie z powodu koszmarnie długich, psychologiczno-filozoficznych monologów, wygłaszanych z brakiem jakiejkolwiek charyzmy. Oglądając drugi sezon "True Detective" czekałem w końcu, aż coś zacznie się dziać - ale niestety, z wyjątkiem znakomitej strzelaniny na koniec czwartego odcinka, praktycznie nic się nie wydarzyło. Nawet finał był bez wyrazu i bez katharsis, jakie otrzymaliśmy chociażby w pierwszym sezonie.

Drugi sezon nie wniósł niczego do świadomości widza, poza tym że policja jest skorumpowana, detektywi piją, ćpają i się łajdaczą, politycy biorą w łapę, a cały świat to bagno. Cóż, nic odkrywczego! Takie produkcje takie jak "Sicario" udowadniają, że można to pokazać lepiej. I nie trzeba na to aż ośmiu odcinków.

Wniosek: Przegadane i nudne. Zmarnowany potencjał na dobry kryminał.



SEZON 3


detektyw sezon 3 serial recenzja mahershala ali hboPo rozczarowującym drugim sezonie „True Detective” przed twórcami stanęło karkołomne zadanie stworzenia kolejnego sezonu opowieści, który dorówna geniuszowi pierwszego – zarówno pod względem fabuły, jak i aktorstwa. W tej ostatniej kwestii nie szczędzono pieniędzy i postawiono na naprawdę ciężką artylerię. Mahershala Ali jest aktorem na fali. Dopiero co zgarnął prawie pod rząd dwa Oscary (za „Moonlight” i „Green Book”), co podkreśla jego niezwykły talent. Można się było spodziewać, że jego angaż okaże się strzałem w dziesiątkę. I faktycznie, bo Ali wspaniale pasuje do roli detektywa z traumami, nawiedzanego przed duchy przeszłości. I to dosłownie, bo trzeci sezon „True Detective” dzieje się w trzech liniach czasowych naraz – latach 80., 90. i czasach współczesnych, co dało niezwykłą okazję pokazania trzech oblicz głównego bohatera. I wszystko to z zachowaniem cechującego ten serial apokaliptycznego, dystopijnego klimatu.

Co ciekawe, to nie zbrodnia jest tu główną osią fabuły, a raczej samo śledztwo i dochodzenie do prawdy. Ideą przewodnią wszystkich sezonów „True Detective” jest policjant z krwi i kości, który nie ustaje w wysiłkach, póki nie rozwikła zagadki. Oczywiście popełnia przy tym masę błędów, ma też ogromną liczbę wad – ale któż ich nie ma? Idąc tym tropem Mahershala Ali stworzył postać detektywa Haysa, introwertycznego weterana z Wietnamu, który prze przed siebie jak taran, nie zważając na skutki uboczne swoich czynów. Jego partnerem jest cyniczny, zdroworozsądkowy detektyw West (w tej roli dość mało znany aktor Stephen Dorff, który mam nadzieję zaliczy po tym występie awans w rankingu popularności). Muszę przyznać, że ta dwójka to jeden z moich ulubionych klasycznych zespołów detektywistycznych klasy czarny/biały policjant. Chemię było widać już od pierwszej sceny!

Co do osi fabuły, to aby nie spoilerować powiem bardzo oględnie: na amerykańskiej prowincji w latach 80. znika dwójka dzieci. Prowadzone śledztwo coraz dobitniej pokazuje, że w tej sprawie nic nie jest takie jak się wydaje, a prawdziwa zbrodnia leży zupełnie gdzie indziej. I choć na rozwiązanie zagadki bohaterom tej opowieści przyszło czekać prawie całe życie, to dla widza jest to zaledwie osiem odcinków dobrego, solidnego kryminału z satysfakcjonującym zakończeniem. Dzięki temu trzeci sezon „True Detective” nie jest może aż taką rewelacją jak pierwszy, ale jeśli tylko twórcy nie zboczą ponownie z obranej drogi i utrzymają klimat, mogą kręcić kolejne. Trzymam kciuki!

Wniosek: Bardzo dobre i klimatyczne. Serial wrócił do formy!



SEZON 4


detektyw sezon 4 night country serial recenzja jodie fosterDługo czekaliśmy na powrót "True Detective" na ekrany, oj długo! Na szczęście - było warto. Powroty w takim stylu są zawsze mile widziane. Zawsze powtarzam że lepiej dostać rzadziej, ale lepiej, niż na odwrót. Nie widzę problemu w tym, by kilka lat czekac na kolejny sezon, zwłaszcza że mamy tu doczynienia z antologią, w której sezony są od siebie niezależne. A więc, drodzy twórcy - czekam na więcej, ale nie spieszcie się, dostarczcie swój produkt dopiero wtedy, jak będziecie naprawdę gotowi.

Po raz pierwszy w historii tego serialu sezon dostał własny podtytuł: "Night Country", co można przetłumaczyć jako "kraina nocy". I to by się zgadzało, jako że akcja sezonu dzieje się na Alasce podczas nocy polarnej. Śnieg, mróz, horror, groza - brzmi znajomo? Jeśli przychodzą Wam do głowy takie tytuły jak "The Thing", "Twin Peaks", "The Terror" czy "Fargo", to bardzo dobre skojarzenie. Cały sezon to właściwie skrzyżowanie wspomnianego "Twin Peaks" i "Mare of Easttown". Co wcale nie jest zarzutem - bo jak zżynać, to od najlepszych! Nie da się jednak zaprzeczyć, że takiej ilości metafizyki na ekranie nie powstydziłby się David Lynch, a kreacja Jodie Foster należy tu do jednej z najlepszych w karierze - a to coś znaczy dla aktorki takiego kalibru jak ona. Wyszedł z tego w zasadzie bardziej horror niż policyjny thriller, czego się w sumie nie spodziewałem, ale może to i lepiej. Po tylu obejrzanych produkcjach ciężko mnie zaskoczyć i miło mi, gdy komuś się to udaje.

Intryga, którą rozpoczyna groteskowe morderstwo/samobójstwo grupy polarnych naukowców, poprowadzi nas na znajome klimaty skorumpowanych policjantów, korporacyjnej chciwości, wyzysku środowiska naturalnego, ucisku autochtonicznej ludności etc., czyli wszystkiego czego spodziewamy się po "True Detective". W rolach głównych cyniczna Jodie Foster jako miejscowa komendantka policji, towarzysząca jej innuicka partnerka po przejściach i młody policjant z talentem do zawodu. Tradycyjnie nie zdradzę Wam jak się skończyła historia, ale gwarantuję, że wszystkie tajemnice zostały rozwikłane. Nie licząc tych metafizycznych, ale warto zostawić w życiu trochę miejsca nie niewyjaśnione, nieprawdaż?

Wniosek: Kultowe jak pierwszy sezon! Absolutna rewelacja!




"Mare of Easttown" ("Mare z Easttown")

"Mare of Easttown" ("Mare z Easttown")

O czym to jest: Straumatyzowana policjantka musi rozwiązać zagadkę morderstwa nastolatki w małym miasteczku.

mare z easttown serial hbo kate winslet

Recenzja miniserialu:

Można mieć różne opinie o produkcjach telewizyjnych, ale jedno jest pewne - jeśli chodzi o HBO i miniseriale, to absolutnie nie ma lepszego producenta takiego formatu. A jak jeszcze ogłaszany jest serial w którym główną rolę gra oscarowa Kate Winslet, jedna z lepszych współczesnych aktorek, to naprawdę nie ma co się zastanawiać. Pozycja obowiązkowa!

"Mare of Easttown" to po części pełnokrwisty kryminał, ale tak samo poważny, rozbudowany dramat obyczajowy. Rzecz dzieje się w małym robotnicznym miasteczku w Pensylwanii, gdzie ludzie nie żyją zamożnie, a problemy takie jak alkohol, narkotyki, prostytucja czy nastoletnie ciąże to niestety codzienność. W tymże mieście żyje i pracuje tytułowa Mare - niegdysiejsza szkolna gwiazda koszykówki, a obecnie pani detektyw. Dodajmy - detektyw z gigantycznym bagażem traum, od samobójczej śmierci syna zaczynając, po ciężki rozwód, choleryczną matkę i oczywiste wypalenie zawodowe. Do tego bagażu dochodzi jeszcze jeden: morderstwo młodej nastoletniej matki. Krąg podejrzanych jest szeroki, a co najgorsze: to nie jedyne takie wydarzenie w ostatnich latach. Czy pani detektyw rozwiąże zagadkę, nawet gdy będzie to ją kosztowało wszystko co jej jeszcze zostało?

Jeśli szukacie doskonałego kryminału na miarę "True Detective" - trafiliście dobrze (swoją drogą "Mare of Easttown" mogłaby z powodzeniem być kolejnym sezonem tego serialu). Jeśli lubicie głębokie dramaty obyczajowe klasy "August: Osage County" - również dobrze trafiliście. Miniserial nie ma słabych punktów, wszystko jest fabularnie dopięte na ostatni guzik. Żadnego wątku nie pominięto, każda postać dostała swoje pięć minut, a wszystkie sekrety wyszły na jaw. Ta produkcja to prawdziwy telewizyjny diament. Oby takich więcej!

Wniosek: Doskonały kryminał i dramat obyczajowy zarazem. Prawdziwa ekstraklasa!


"Najmro. Kocha, Kradnie, Szanuje"

"Najmro. Kocha, Kradnie, Szanuje"

O czym to jest: Oparta na faktach (mniej więcej) historia najsłynniejszego złodzieja samochodów w PRL.

najmro film ogrodnik gierszał więckiewicz

Recenzja filmu:

Co ja poradzę - nie jestem zwolennikiem polskiego kina, jak już wspominałem wielokrotnie przy innych okazjach. W rodzimych produkcjach mierżą mnie takie rzeczy jak kiepskie aktorstwo, beznadziejne udźwiękowienie, miałkość fabuły i dialogów, a także uboga scenografia. Na szczęście co jakiś czas pojawia się film, który odrzuca rodzime ograniczenia i może stawać w szranki ze światowymi hitami prosto z Hollywood. Po trailerze "Najmro" miałem nadzieję na właśnie taki przypadek. Finalnie niestety czekało mnie trochę rozczarowań.

Nie jest wprawdzie bardzo źle, ale mogło być lepiej. Liczyłem na rzutki komediodramat o policjantach i złodziejach rodem z PRL. Brawura, pościgi, groteska... a wszystko to w dynamicznym, lekkim wydaniu i to opartym na faktach. I widać że twórcy próbowali podążać tą drogą, ale niestety nie oparli się pokusie dorzucenia klasycznych polskich traum - w tym wypadku narodzin polskiej gangsterki z lat 90. (mafia pruszkowska, wołomińska i tego typu klimaty), traum transformacji z PRL na III RP oraz naszego narodowego sportu jakim jest walka z alkoholizmem. To wszystko prawdziwe i ważne kwestie, ale czy należało je poruszać właśnie teraz i w takim filmie, który miał być lekką rozrywką? Mam spore wątpliwości. I to właśnie ten dualizm powoduje, że "Najmro" wydaje się być kinem niestrawnym, w którym lekka warstwa jest ściągana w dół przez typowe polskie traumy.

Na szczęście to co dobre w filmie broni się całkiem nieźle: przede wszystkim aktorstwo. Dawid Ogrodnik w głównej roli jest bardzo przekonywujący i brawurowy na tyle, na ile pozwalał mu scenariusz (bo dialogi, niestety, do najlepszych nie należą). Ścigający go policjant - Robert Więckiewicz - to jak zwykle ekstraklasa i najlepsza postać filmu. Zresztą nie ma chyba produkcji w której Więckiewicz jest kiepski, prawda? Reszta aktorów (Zawierucha, Wągrocka, Gierszał) poprawna. Broni się też scenografia, a ja jako wychowany na polonezach chłopak patrzyłem na te pojazdy z pewną dozą sentymentu. 

Podsumowując: mógł być hit, a wyszło tak sobie. Źle nie jest, ale żal potencjału - bo ilu było na świecie takich bandytów jak Zdzisław Najmrodzki, który (i to jest fakt) uciekł policjantom aż 29 razy? Może w przyszłości, gdy ktoś znów sięgnie po niego w kinie, wyjdzie lepiej?

Wniosek: Nie było tragicznie, ale liczyłem na o wiele więcej.


"Loki"

"Loki"

O czym to jest: Asgardzki bóg psot pomaga policji czasowej w schwytaniu groźnego przestępcy.

loki serial disney+ tom hiddleston owen wilson

Recenzja serialu:

"Loki" to trzeci z fabularnych seriali Marvela uzupełniających kinowe uniwersum filmów i jak do tej pory okazał się najbardziej udany. Wszystko wskazuje na to, że jest też niezwykle ważny dla całej historii, a jego finał zapowiedział co się teraz będzie działo w uniwersum po zakończeniu sagi Thanosa i Kamieni Nieskończoności wraz z "Avengers: Endgame". Moje odczucia są dość pozytywne, ciekawi mnie co jeszcze planują twórcy z Disneya i bez wątpienia mogą liczyć na moje pieniądze, jeśli wciąż będą mi sprawiać frajdę. Powodzenia!

A sam serial "Loki" okazał się dokładnie taki jak pokazuje zwiastun. Bystry, oparty w dużej mierze na grze aktorskiej i zanurzony w wiarygodnej scenografii przełomu lat 70. i 80. Osobiście liczyłem jednak na nieco większy nacisk na tzw. buddy movie, w którym Tom Hiddleston i Owen Wilson rozwiązywaliby zagadkę odcinek po odcinku. Tymczasem serial przeskoczył dość płynnie z kryminału do space opery pełną gębą... Czy słusznie? Na pewno była w tym jakaś myśl przewodnia, a cliffhanger obiecujący drugi sezon opowieści nie pozostawia wątpliwości, że to jeszcze nie koniec. Dlatego doceniam i ufam twórcom że wiedzą dokąd nas prowadzą.

Tom Hiddleston gra Lokiego od tak wielu lat, że przychodzi mu to zupełnie naturalnie. Nie sądziłem że można (i trzeba) dopowiedzieć coś więcej do tej postaci po wydarzeniach z "Thor: Ragnarok", niemniej to co zobaczyłem wydaje mi się jak najbardziej spójne i udane. Owen Wilson jak wiadomo to klasa sama w sobie, podobnie jak zjawiskowa Gugu Mbatha-Raw. Nowością była dla mnie Sophnia Di Martino jako Sylvie - i choć nie przypadła mi do gustu ani jako postać ani jako aktorka, doceniam jej wysiłek włożony w ten serial. Także obsadzie nie mogę nic zarzucić, podobnie jak efektom czy dialogom, wliczając w to przyzwoite poczucie humoru (to głównie dzięki Owenowi Wilsonowi). Jest dobrze!

Co ważne: "Loki" to moim zdaniem jeden wielki gest Kozakiewicza w stosunku do wszystkich poukrywanych po piwnicach nerdów, którzy będą się kłócić nad wyższością i "kanonicznością" komiksu X nad komiksem Y. Cały wątek tzw. "sacred timeline" to jedna wielka satyra na ten temat i choćby za to trzeba docenić ten serial. 

Wniosek: Zabawne i wkręcające, choć czasem traciło tempo.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Fargo" [2014]

"Fargo" [2014]

O czym to jest: W zapadłej amerykańskiej mieścinie dochodzi do zbrodni. Wielu zbrodni.

Recenzja serialu:

W Hollywood panuje ostatnio kolejna moda. Zamiast wymyślać i wcielać w życie nowe pomysły na produkcje telewizyjne, twórcy biorą na warsztat kinowe hity sprzed paru lat i... przerabiają je na seriale. Oczywiście z innymi aktorami, zmienionymi (poszerzonymi) przebiegami fabuły, ale jednocześnie z zachowaniem oryginalnych postaci, klimatu i tego wszystkiego, co przesądziło o sukcesie takich filmów. Taki los spotkał "Od Zmierzchu do Świtu", "12 Małp", a także genialne "Fargo" braci Coen. Muszę przyznać, że na początku byłem bardzo przeciwny idei takiego odgrzewania kotletów sprzed lat. Zazwyczaj stawiam na oryginalność, a nie powtarzanie tych samych motywów, które już odniosły sukces (dlatego często staram się unikać rebootów). Ale coś spowodowało, że sięgnąłem po nowe "Fargo". I oszalałem z zachwytu.

Tu należy zaznaczyć, że "Fargo" jest serialem-antologią, w którym każdy sezon ma mieć inną formę, bohaterów i miejsce akcji, ale ten sam klimat i nastrój (podobnie jak w "True Detective"). Dlatego też będziemy opisywać każdy sezon osobno. Zaczynamy!

SEZON 1


fargo sezon 1 martin freemanPo pierwsze trzeba zaznaczyć, że serialowe "Fargo" jest nie tyle rebootem, ile de facto sequelem oryginalnego filmu (uważni widzowie dostrzegą połączenie na początku czwartego odcinka pierwszego sezonu). Gdy tylko zobaczyłem obsadę, mój nos wyczuł hit na odległość. W głównych rolach obsadzono Martina Freemana - którego każda kreacja (od Watsona po Bilba) to prawdziwy samograj - a także doskonalącego się z filmu na film Billy'ego Boba Thorntona. Dorzućcie do tego parę znanych serialowych mordek (w tym Colina Hanksa) i macie wybuchową mieszankę. Freeman w roli stłamszonego agenta ubezpieczeniowego w zapadłej amerykańskiej mieścinie, zrobił coś niesamowitego - w dziesięć odcinków przeprowadził nas pełną drogą, zaczynając od współczucia do jego postaci, a kończąc na prawdziwym obrzydzeniu. Z kolei Thornton w roli psychopatycznego mordercy wzniósł się na wyżyny geniuszu, a jego kreacja może śmiało stać w jednym szeregu z takimi geniuszami zbrodni jak Hannibal Lecter czy "morderca z butlą" z "No Country for Old Men". To był absolutny, psychodeliczno-makabryczny odjazd!

Nadto realia serialu po prostu zrzucały z krzesła - oto w zapomnianej mieścinie pod kanadyjską granicą, gdzie jedyne problemy to zaśnieżone drogi i wykroczenia drogowe, nagle zaczynają się sypać trupy. Jeden, drugi, dziesiąty... Na przestrzeni kilku tygodni splot niespodziewanych wydarzeń pociąga zbrodnię za zbrodnią, której może się przeciwstawić jedynie niezbyt rozgarnięta policjantka z miejscowego komisariatu. Nagle nikt nie może czuć się bezpieczny, a wrażenie zagrożenia potęguje fakt, że wszystkie postacie na ekranie zachowują się, jakby cierpiały na niedorozwój umysłowy (w sam raz dla mieścin cierpiących na chów wsobny). Niesamowicie absurdalna, porażająca czarnym humorem i zbiegami okoliczności historia, która - rzeczywiście - mogłaby się zdarzyć naprawdę. Uwielbiam!

Wniosek: Absolutny hit. Pozycja obowiązkowa.



SEZON 2

fargo sezon 2 patrick wilson
Z wielkimi nadziejami oczekiwałem na drugi sezon wspaniałego "Fargo". Nie wystraszyła mnie planowana zmiana obsady - wręcz przeciwnie! Nowa seria miała stanowić prequel pierwszej i opowiadać o wspominanej kilkukrotnie masakrze w Sioux Falls. Głównym bohaterem uczyniono młodego Lou Solversona, którego w pierwszym sezonie poznajemy jako starszego, emerytowanego policjanta. Tymczasem w roku 1979 wpadł on, podobnie jak później jego córka, na trop zbrodni, która zaczęła prowadzić do kolejnej, a ta do następnej, następnej i następnej...

To z całą pewnością cały czas oryginalne "Fargo": małe miasteczko, niezbyt bystrzy mieszkańcy, zimowa aura, poczucie osamotnienia i trywializacja przemocy, która pełza pod powierzchnią nawet najbardziej spokojnej okolicy. Ogląda się to fenomenalnie! Nie mogę się nachwalić zarówno przebiegu akcji (licznik zabitych sięgał zenitu), bystrych dialogów i cudownej gry aktorskiej, w której sam nie wiem, kto był lepszy. A więc wymienię moich ulubieńców: Patrick Wilson w kreacji uczciwego "gliny z powołania", jego mentor (i przy okazji teść) będący szeryfem (Ted Danson, którego znacie z końcowych sezonów "CSI"), Jesse Plemons w roli niezbyt rozgarniętego miejscowego rzeźnika, Kirsten Dunst jako jego feminizująca żona-fryzjerka czy wspaniały Bokeem Woodbine w roli literata, a przy okazji płatnego mordercy. A to tylko część niepowtarzalnej plejady postaci drugoplanowych! Trudno mi stwierdzić, który sezon "Fargo" jest lepszy, ale bez wątpienia obydwa stanowią obowiązkową pozycję. A dodanie smaczku SF w klimacie "Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia", tak popularnych w końcówce lat 70., czyni tę produkcję wspaniałym obrazem rzeczywistości roku 1979. Może i w krzywym zwierciadle, ale jednak. Ach, tak bardzo czekam na trzeci sezon!

Wniosek: Wciąż trzyma poziom. Kryminał surrealistyczny do granic możliwości!



SEZON 3


fargo sezon 3 ewan mcgregor
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Brzmi to jak truizm, ale czasem niestety tak jest. Każdy serial prędzej czy później czeka ten sam los: wtórność, brak ikry i pomysłu na pociągnięcie fabuły. Co innego, gdy twórcy od początku wiedzą dokąd prowadzą akcję (jak w przypadku "Gry o Tron"), ale gdy scenariusz powstaje z sezonu na sezon, mogą się zdarzyć poważne potknięcia.

Trzeci sezon "Fargo" rozczarował. I to nie pod względem formy - bo zarówno aktorzy, jak i realia ponownie osiągnęły stopień mistrzowski, ale pod względem scenariusza. Nie licząc jednego dobrego odcinka (ucieczki przez las), przygody bohaterów nie porwały mnie w najmniejszym stopniu i - szczerze mówiąc - nie bardzo mnie obchodziły. Czujne oko mojej małżonki (dyplomowanej etnolog), nakierowało mnie wprawdzie na oczywiste inspiracje fabuły, zaczynając od "Fausta", a na "Mistrzu i Małgorzacie" kończąc. Ale nawet to nie pomogło trzeciej odsłonie serialu, tym razem znacznie bardziej zahaczającej o metafizykę, siły nadprzyrodzone oraz wstawki SF (kreskówka o androidzie Minskim).

Po raz kolejny dostaliśmy prowincjonalnego, poczciwego policjanta (w osobie pani prawie-byłej-szeryf, granej przez nieznaną mi wcześniej Carrie Coon), który musi rozwikłać spiralę zbrodni. Tylko że wspomnianej zbrodni wcale nie było dużo. Zamiast staroświeckich morderstw w porażającej absurdem ilości, scenarzyści zafundowali widzom rozważania na temat biznesowych machlojek i pogoni za pieniędzmi. Wiecie, co mi to przypominało? Drugi sezon "True Detective". Te same błędy twórców i ten sam efekt, czyli nuda. I to mimo, że Ewan McGregor w podwójnej roli braci Stussy był świetny - dzięki umiejętnej charakteryzacji naprawdę byłem przekonany, że patrzę na dwóch różnych aktorów! Podobnie znakomita była Mary Elizabeth Winstead jako zaradna panna Swango, a także David Thewlis jako diaboliczny V.M. Varga. Ale nawet tak dobre postacie nie były w stanie pociągnąć zagmatwanego scenariusza, pełnego niewyjaśnionych sprzeczności i dziwactw (zaczynając od błędnego wieku i niezrozumiałych, hollywoodzkich przygód Ennisa Stussy'ego). 

Odnoszę wrażenie, że twórcy "Fargo" chcieli tym sezonem przekazać jakąś głębszą mądrość, ale jeśli nawet tak było, to nie udało mi się jej odczytać. Pod względem rozrywkowym było zaledwie przeciętnie, a mogło być kultowo. Szkoda potencjału. Zobaczymy, czy kolejne sezony (jeśli powstaną), podźwigną serial do dawnego poziomu.

Wniosek: Przeciętne. Oczekiwałem znacznie więcej.



SEZON 4

fargo sezon 4 hulu serial chris rock
No i takie powroty lubię najbardziej! Mówiąc szczerze wciąż nie mam pojęcia jak to możliwe, że po dwóch wybitnych sezonach pojawiło się nieporozumienie w postaci trzeciego. Widać jednak był to wypadek przy pracy, bo czwarta odsłona telewizyjnego "Fargo" wróciła na stare tory doskonale napisanego, wybitnie zagranego i nakręconego z pomysłem serialu. Twórcy ponownie zrobili skok w przeszłość (i głębiej na południe), bo aż do Kansas w latach 50. Osią opowieści uczynili afroamerykańską mafię, która próbuje zająć należne jej miejsce w podziemnym świecie kontrolowanym przez Włochów (a wcześniej Irlandczyków i Żydów). W roli głównej: nie kto inny jak sam Chris Rock, znakomicie przekonujący jako ojciec chrzestny lichwiarzy (mimo że jako aktor znany jest głównie z zawodu komika).

Czwarty sezon ma chyba najbardziej bogatą galerię postaci ze wszystkich odsłon "Fargo": włoskich przygłupich mafiozów (w tym niepodrabialnych braci Fadda na wzór kultowych bliźniaków zagranych przez Arnolda Schwarzennegera i Danny'ego DeVito), psychopatycznych stróżów prawa wyglądających jak zły detektyw Monk i mormoński Billy Bob Thornton, szalonych lesbijskich morderczyń, a także - fanfary - anioła śmierci w osobie kryptycznej i totalnie odjechanej pielęgniarki Mayflower, przed którą uciekałby nawet Hannibal Lecter. A to tylko niektórzy z nich... Co istotne: mimo tak wielkiego przekroju różnorodnych bohaterów, każdy z nich ma dokładnie tyle czasu na ekranie ile potrzeba, a gdy spotyka go zasłużony (lub nie) krwawy los, widz ma wrażenie że wiedział o danej osobie wszystko co chciał. 

Te dialogi, scenografia, zdjęcia i pomysły! I na dodatek z nutką mrożącej krew w żyłach metafizyki - dokładnie tyle ile potrzeba, by wzbogacić fabułę o wątek mistyczny. To lubię! Jak w przypadku pierwszych dwóch sezonów, również ten jest opowieścią o tym że zbrodnia nie popłaca, a każde nieprzemyślane posunięcie może mieć tragiczne konsekwencje, nakręcające spiralę śmierci i cierpienia. Może i mało odkrywcze, wiem... Ale za to jak napisane! Chcę więcej!

Wniosek: Bardzo dobre, "Fargo" wróciło do telewizyjnej ekstraklasy!




SEZON 5

Nie spodziewałem się piątego sezonu "Fargo". Choć czwarta odsłona bardzo mi się podobała, to światowej publice już niespecjalnie - dlatego myślałem, że to już koniec zimowych, krwawych przygód w małych miasteczkach w Minnesocie. A tu taka niespodzianka! I to jeszcze w takim stylu!

Póki twórca ma coś do powiedzenia, to jak dla mnie może kręcić i dziesięć kolejnych sezonów. W piątej odsłonie bardzo (z naciskiem na BARDZO) zdryfował klimatem w stronę Davida Lyncha i "Twin Peaks". W zasadzie czasem miałem wrażenie, że zaraz gdzieś zza rogu wyskoczy Bob czy Agent Cooper i gdyby tak się stało, nie byłbym zdziwiony. Ale wystarczył John Hamm jako diaboliczny alt-prawicowy szeryf, Jeniffer Jason Leigh jako potentantka biznesu chwilówek i pożyczek pozabankowych (twórca serialu ewidentnie ma coś do tej branży - patrz sezon 4), Sam Spruell jako demoniczny zjadacz grzechów (możecie wyguglać sobie - faktycznie było kiedyś coś takiego!), no i oczywiście w roli głównej Juno Temple, na pozór spokojna kura domowa, a w rzeczywistości kobieta, która byłaby w stanie wydrapać Stalinowi oczy. To chyba najlepszy dobór aktorów w tym serialu od czasu drugiego sezonu!

Fabuły nie będę spoilerował, bo nie mam tego w zwyczaju, ale jeśli oglądaliście poprzednie sezony to wiecie czego się spodziewać - krwawej spirali wydarzeń, która tym razem (dla odmiany) była jednak umyślna. Wątkiem przewodnim jest zaś kwestia przemocy domowej, zwłaszcza wobec kobiet, choć i nie tylko. Dodatkowym atutem jest nawet nie prztyczek, a cała pięść prosto w nos dla fanów Trumpa i prawicowych oszołomów. A to, co czyni produkcję kultową czyli dialogi, scenografia, metafizyka, zdjęcia... tym razem to prawdziwa perfekcja. Piąty sezon dostaje ode mnie maksymalną notę i nawet jeśli to byłby koniec serialowego "Fargo", to następuje on w glorii chwały. 

Wniosek: Fantastyczne, psychodeliczne kino kryminalne. 



"The Watch"

"The Watch"

O czym to jest: Uwspółcześniona ekranizacja powieści Terry'ego Pratchetta o przygodach straży miejskiej w fikcyjnym Ankh-Morpork, największym mieście Świata Dysku.

straż terry pratchett świat dysku serial BBC

Recenzja serialu:

Nie jestem przeciwnikiem zabawy konwencją i eksperymentowania formą, mało tego - gorąco wierzę w coś takiego jak licentia poetica oraz w to, że umiejętny artysta nie zgubi ducha historii niezależnie od tego, jakiego opakowania użyje. Niemniej w przypadku ekranizacji kultowych książek o Straży z cyklu "Świata Dysku" Terry'ego Pratchetta muszę sobie zadać pytanie: czy ta produkcja naprawdę jest dobra nie gubiąc ducha powieści mimo kontrowersyjnej formy, czy może to powieści są aż tak dobre, że nawet taki gwałt na formie nie był w stanie ich spieprzyć?

Jestem ogromnym fanem Terry'ego Pratchetta od lat, wszystkie tomy "Świata Dysku" mam na półce, a czytałem każdy z nich co najmniej kilkukrotnie. Nie mówię że jestem totalnym fachowcem w tej dziedzinie, ale co nieco tam wiem. Obejrzałem też wszystkie dotychczasowe ekranizacje, zaczynając od nudnego do bólu "Wiedźmikołaja", przez zachowawczy "Kolor Magii", aż do świetnego "Piekła Pocztowego". Na serial o kapitanie Vimesie i Straży Ankh-Morpork czekałem od lat, z uwagą śledząc każdy strzęp doniesień na ten temat. I szczerze: naprawdę nie spodziewałem się takiego opakowania! Książki osadzone są w realiach renesansowo-wiktoriańskiej Anglii (a Ankh-Morpork to taki Londyn rzecz jasna), oczywiście ze sporą domieszką czystej fantastyki i zapożyczeń z innych kultur oraz motywów. Tymczasem twórcy serialu postanowili odważnie wkroczyć w XXI wiek prezentując nam serial współczesny, co nieco przypominający dystopijne lata 90. (w których zamiast pistoletów dominują kusze) i na dodatek wizualnie zanurzony po uszy w stylistyce queer - tak mocno, że mógłby wręcz uchodzić za manifest całej subkultury LGBTQ+. Wszystko co scenarzyści wyczytali na stronach powieści zostało tu przemielone i podane w psychodelicznej formie, wliczając w to zaskakującą miejscami zmianę płci i wyglądu bohaterów. Gdy zestawimy "The Watch" ze wspomnianym "Piekłem Pocztowym" przypadkowy widz nigdy by nie zgadł, że pochodzą one z tego samego uniwersum. I tak jak wspomniałem we wstępie, nie mam nic przeciwko temu, że twórcy popuścili wodzom fantazji. Mam jednak wrażenie, że wspomniane zmiany były po prostu bezcelowe i stworzone do tego, by szokować dla samej idei szokowania. Tylko po co?

Doceniam sporo elementów, bo jako fan uniwersum podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle. Nie brakuje charakterystycznego humoru Pratchetta, nie zapomniano o wielu motywach i wątkach (poruszonych choćby pobieżnie), a fabuła dość mocno trzyma się kupy, co naprawdę nie było łatwe przy ostrym i chaotycznym montażu. Aktorów - nawet tych którymi zmieniono płeć - dobrano całkiem nieźle, ze wskazaniem na Marchewę, Cudo Tyłeczek (najlepsza postać serialu!) i samego Vimesa, który przekonał mnie do siebie w pełni (choć nie od razu). Największa szkoda, że scenarzyści zgubili większość kontekstu społeczno-politycznego książek, którego nie da się oddzielić od twórczości autora (wyjątkiem są jedynie gobliny z ich pełzającą marksistowską ideologią). A no i niestety nie podaruję, że Vetinariego nie zagrał Charles Dance, który w "Piekle Pocztowym" postawił tej postaci chyba najwyższą pieczęć jakości. 

"The Watch" już otrzymało najgorszą karę, jaka mogła spotkać taką produkcję - hejt fanów książek Pratchetta i całkowitą obojętność reszty światowej widowni. Ciężko znaleźć jakąkolwiek opinię na temat tej produkcji, bo po prostu mało kto ją oglądał i tak już raczej zostanie (można liczyć ewentualnie na opóźnioną kultowość, ale tylko w wypadku, gdy serial namierzy szeroka społeczność LGBTQ+). Dlatego też zakończenie serialu ostrym cliffhangerem urywającym wątki dosłownie w połowie sceny, bez realnej wizji nakręcenia drugiego sezonu, uważam za grzech śmiertelny, który powoduje, że oglądanie całości staje się bezcelowe i obniża moją finalną ocenę. Terry Pratchett by tego nie pochwalił. 

Wniosek: Wierne duchowi książek, ale bardzo kontrowersyjne w formie. Szkoda że bez zakończenia!


"21 Bridges" ("21 Mostów")

"21 Bridges" ("21 Mostów")

O czym to jest: Nieustępliwy policjant ma jedną noc by złapać morderców gliniarzy i rozwiązać zagadkę.

21 mostów film recenzja chadwick boseman

Recenzja filmu:

Czasem film nie próbuje wyjść poza ramy swojego gatunku. Nie chce być czymś awangardowym, nowatorskim czy odkrywczym dla widza. Czasem jest po prostu dokładnie tym, na co się zapowiada! Już po trailerze widziałem, że "21 Bridges" to kino policyjne w starym stylu, gdzie jeden sprawiedliwy do szpiku kości policjant rozwikła zagadkę kryminalną, niezależnie od tego kto i jak stanie mu na drodze. I to wszystko w ciągu jednej nocy!

Tym policjantem w "21 Bridges" jest nieodżałowany Chadwick Boseman, już mocno wychudzony w porównaniu do "Czarnej Pantery" - niestety było widać zżerającą aktora chorobę. Ale i tak zważywszy na jego ówczesny stan zdrowia oddaję mu hołd, bo widać że nie oszczędzał się przed kamerą! Zagrany przez niego protagonista, detektyw Davis, od początku wzbudza sympatię widza. W ciągu półtorej godziny krok za krokiem odkrywa kulisy masakry, w której zginęło ośmiu policjantów. W tym czasie napotka parę znanych w Hollywood twarzy, zaczynając od oscarowego J.K. Simmonsa, przez upadłą gwiazdę blockbusterów Taylora Kitscha, aż po znanego ze "Star Trek: Deep Space Nine" Alexandra Siddiga! "21 Bridges" romansuje z kryminalnym kinem noir rodem z czarno-białej epoki kina, ale to jedynie klimatyczne wstawki. To przede wszystkim solidny policyjny thriller, w którym nie brakuje efektownych strzelanin, pościgów i zwrotów akcji (choć łatwych do przewidzenia). Czyli jest to dokładnie taka produkcja, jakiej oczekiwał widz!

Nie spodziewajcie się, że "21 Bridges" przejdzie do historii kina (no chyba że ze względu na tragiczną śmierć Bosemana). To film w sam raz na raz, do obejrzenia w jeden wieczór i zapomnienia jak te wszystkie dziesiątki policyjnych produkcji, jakie widzieliście w swoim życiu. Ale mi to wystarcza!

Wniosek: Kino policyjne w starym, nieśpiesznym, dopracowanym stylu.


"Knives Out" ("Na Noże")

"Knives Out" ("Na Noże")

O czym to jest: Bogaty pisarz popełnia samobójstwo. Ale czy na pewno...?

na noże film recenzja rian johnson daniel craig chris evans

Recenzja filmu:

Czyżby kino kryminalne typu „whodunit” przeżywało delikatny renesans? Najpierw „Sherlock” (ten serialowy), potem nowa wersja „Morderstwa w Orient Expressie”, a teraz „Knives Out”. Wbrew temu co może się wydawać, nie jest to adaptacja żadnej powieści, a oryginalny koncept, wymyślony i stworzony przez jednego człowieka – Riana Johnsona. Owszem, jest w nim bardzo dużo inspiracji twórczością Agathy Christie, ale wyłącznie w zakresie zewnętrznej formy, bo to co znajdujemy w środku jest świeże, odkrywcze i doprawdy błyskotliwe! 

Osobiście uwielbiam Riana Johnsona, choć rozumiem czemu jego twórczość wzbudza tak wiele kontrowersji. Johnson uwielbia brać znane motywy i obrać je dookoła, zmieniając przy tym utarte schematy. Prowadzi przez to widza na manowce, bawi się z nim, chcąc go za wszelką cenę zaskoczyć i spowodować, że finał historii będzie zupełnie nieoczekiwany. I to lubię! Tym razem wziął na warsztat klasyczne kino kryminalne. Każdy inny reżyser poleciałby schematem: mamy ofiarę, listę podejrzanych i upartego detektywa, który rozwikłuje zagadkę krok za krokiem, po to by w finale schwytać mordercę. Tymczasem Rian Johnson już w pierwszym akcie pokazał dokładnie, jak doszło do tego, że Christopher Plummer padł trupem na ekranie. Zaskakujące posunięcie? I to bardzo! Muszę przyznać że sam byłem dość mocno zdezorientowany – co to za kryminał, gdzie na tacy dostajemy rozwiązanie zagadki? Tymczasem okazało się, że kluczowe dla fabuły nie było CO się stało, ale DLACZEGO. W moim prywatnym starciu z Johnsonem poniosłem więc porażkę, bo nie udało mi się przewidzieć żadnego zakończenia wątku – niektóre postacie zaliczyły bowiem kilkukrotny obrót charakteru i motywów! Jeśli to nie świadczy o geniuszu scenarzysty, to już nie wiem co musiałoby nim być. 

Pisząc o „Knives Out” muszę również pochwalić obsadę – klasyczne „ensemble cast”, tak jak we wspomnianym nowym „Morderstwie w Orient Expressie”. W roli głównej Daniel Craig jako detektyw Blanc, co ciekawe znów z południowym amerykańskim akcentem, który został mu chyba po „Logan Lucky”. Na temat jego kreacji mogę wypowiedzieć się w samych superlatywach – i nie tylko ja, bo widzowie zagłosowali nogami tak skutecznie, że w planach jest już sequel produkcji! Jako mimowolna asystentka Craiga na ekranie wystąpiła wschodząca latynoska gwiazda Ana de Armas, która niedawno zachwyciła mnie w „Blade Runner 2049”, a niedługo powróci u boku Craiga jako nowa dziewczyna Bonda w „No Time to Die”. Radzę obserwować poczynania pani de Armas, jeszcze o niej usłyszymy! A do tego: Chris Evans (jakże odległy charakterologicznie od łatki Kapitana Ameryki), mój ulubieniec Michael Shannon, kultowi Don Johnson i Frank Oz (!!!), a nawet dawno niewidziana Jamie Lee Curtis! Gwarantuję, taka obsada pociągnie każdy film. 

Czy bawiłem się dobrze? Zdecydowanie! Chętnie powitam więcej przygód detektywa Blanca, ale tylko pod warunkiem, że stworzy je Rian Johnson. Trzymam kciuki!

Wniosek: Rewelacja! Klasyczne kino kryminalne w nowym, świeżym wydaniu!


"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")

"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")

O czym to jest: Historia narodzin karteli narkotykowych w Meksyku.

narcos meksyk serial netflix diego luna kiki camarena

Recenzja serialu:

Naszło mnie ostatnio na oglądanie Diego Luny, więc prędko nadrobiłem jedną z większych zaległości w jego filmografii, czyli pierwszy sezon spin-offu kultowego "Narcos" - a konkretnie "Narcos: Mexico". Jak pewnie pamiętacie, oryginalne "Narcos" przedstawiało historię wzlotu i upadku Pablo Escobara oraz całego kolumbijskiego przemysłu narkotykowego. Jednak aktualnie to nie Kolumbia stanowi największy problem w zakresie narkotyków, a Meksyk, gdzie trwa regularna wojna domowa między kartelami, słabym rządem a siłami USA (zainteresowanych tą tematyką zapraszam do obejrzenia powalającego "Sicario"). Serial "Narcos: Mexico" opowiada, jak to się zaczęło.

Zarzewiem wszystkiego była - jak to często bywa - ambicja jednego człowieka. A właściwie dwóch. Pierwszym był Félix Gallardo, pomniejszy gangster uprawiający marihuanę, który postanowił swój szklarniowy biznes rozbudować do rozmiarów międzynarodowej korporacji. Drugim zaś był Kiki Camarena, równie ambitny agent DEA, który wziął na cel Gallardo i jego imperium. Podobnie jak w przypadku pierwszego "Narcos", tu również cała historia została dość wiernie oparta na faktach (co podkreślają dokumentalne wstawki i narrator mówiący z offu). "Narcos: Mexico" jest przez to przerażająco prawdziwe, naturalistyczne, krwawe i głęboko przejmujące. Niemniej fantastycznie rozkłada na czynniki genezę wielkich karteli, które by nie powstały bez aktywnego udziału Stanów Zjednoczonych (niezły paradoks, nie?). Najbardziej smutnym jest jednak fakt, że meksykańskie kartele, choć powstały na początku lat 80., są silne i aktywne po dziś dzień. I nic nie wskazuje na to, by prędko się to zmieniło.

W roli Gallardo wystąpił Diego Luna, który urodził się by grać zestresowanych facetów (tak samo zrobił w "Rogue One"). Swoją rolą nie przebił wprawdzie Wagnera Moury jako Pablo Escobara, ale i tak przeprowadził widza pełną drogą od początkowej sympatii, po odrzucającą antypatię odnośnie granej postaci. Niezły wyczyn! Do roli Camareny zatrudniono Michaela Peñę, co wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Nic nie poradzę, że choć lubię Peñę, nie jestem w stanie traktować jego postaci na poważnie. Może to wina "Ant-Mana", a może Peña po prostu urodził się do grania w komediach, a nie dramatach. I choć robił co mógł (i ogólnie zagrał bardzo dobrze), to jednak wolałbym kogo innego w tej roli. Ale to naprawdę bardzo drobny zarzut, bo w całościowym podsumowaniu "Narcos: Mexico" prezentuje się bardzo, bardzo dobrze. Czekam na drugi sezon! No i na historię słynnego narkobarona El Chapo...

Wniosek: Nie tak kultowe jak oryginalny serial, ale i tak bardzo dobre!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Narcos"! >>>


"The Rookie" ("Rekrut")

"The Rookie" ("Rekrut")

O czym to jest: Zwykły facet w ramach kryzysu wieku średniego zostaje policjantem.

rekrut serial nathan fillion

Recenzja serialu:

Nathana Filliona nie da się nie lubić. Chyba każdy, kto widział choć jedną produkcję z jego udziałem (np. "Firefly" czy "Castle"), dał się ponieść ekranowemu urokowi osobistemu tego sympatycznego Kanadyjczyka. Dlatego z dużym zainteresowaniem sięgnąłem po kolejny serial, zbudowany wyłącznie na charyzmie i osobowości Filliona - "The Rookie". I gdybym był młodszy, na pewno zassałbym go jak gąbka!

Problem w tym, że mam już trochę lat na karku i trzeba czegoś więcej niż sympatycznego protagonisty, by zatrzymać mnie przed ekranem. "The Rookie" to opowieść o byłym budowlańcu, który doświadczony rozwodem przeżywa kryzys wieku średniego. W jego ramach postanawia zostać policjantem i odziany w piękny granatowy mundur trafia do oddziałów prewencji w Los Angeles, gdzie próbuje dorównać dwudziestoletnim dzieciakom. Ten wątek jest dosyć ciekawy, bo porusza problem wykluczenia wiekowego. Mimo że czterdziestoletni ludzie mogą być przecież tak samo sprawni jak nastolatkowie, sam fakt że mają dwukrotnie więcej lat sprawia, że bywają wykluczani z pewnych zawodów czy grup społecznych. I gdyby to na tym wątku skupił się "The Rookie", byłby dość interesującą pozycją.

Niestety "The Rookie" to przede wszystkim serial o policjantach. I to najbardziej klasyczny i schematyczny z możliwych. Podobnych produkcji powstały już dziesiątki i na ich tle "The Rookie" specjalnie się nie wyróżnia. Mamy więc szczyptę akcji, szczyptę pościgów i strzelanin, a przede wszystkim emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Łzy, miłosne rozterki, rozstania i powroty i całą tą otoczkę rodem z opery mydlanej, której osobiście nie cierpię. Z tego też powodu dość wcześnie pożegnałem się z oglądaniem "Castle". Niestety przy całej sympatii do Nathana Filliona, z tego samego powodu odpuszczę sobie oglądanie "The Rookie". Trochę szkoda mi czasu.

Wniosek: Proste, schematyczne, w ogóle nie zaskakuje.


"The Alienist" ("Alienista")

"The Alienist" ("Alienista")

O czym to jest: Psycholog tropi seryjnego mordercę dzieci w Nowym Jorku u zarania XX wieku.

alienista miniserial recenzja daniel bruhl luke evans dakota fanning

Recenzja miniserialu:

Teoretycznie miniserial "The Alienist" miał wszystko, co potrzebne do sukcesu. Świetną obsadę, imponującą scenografię i ciekawe realia historyczne, a także nigdy nie starzejący się wątek psychopatycznego mordercy i dzielnego policjanta (w tym wypadku psychologa), który próbuje go złapać. I pewnie nie powiedziałbym złego słowa... gdyby nie to, że wszystko to widziałem już wcześniej.

I nie mam na myśli samego wątku łapania mordercy, bo przecież wciąż pojawiają się nowe produkcje na ten temat, które potrafią mnie wgnieść w fotel (jak pierwszy sezon "True Detective"). Cały problem "The Alienist" polega na tym, że się spóźnił. Gdyby powstał przed "The Knick", byłby prawdziwie rewolucyjny. A tak niestety w dużej mierze kopiuje formę wspomnianego serialu, i jak na kopię przystało, wypada o wiele gorzej. Nowy Jork na przełomie XIX i XX wieku jest na pewno interesujący, ale gdy ktoś kręci drugą z rzędu produkcję na ten temat, to w pewnym momencie widz czuje przesyt. Może gdybym nie znał "The Knick", bawiłbym się lepiej. Ale niestety znałem.

Kolejnym problemem są postacie. Tu zaznaczam - postacie, a nie aktorzy, bo zarówno Daniel Brühl, Luke Evans jak i wyrośnięta dawna dziecięca gwiazda Dakota Fanning są absolutnie rewelacyjni! Niestety grani przez nich bohaterowie, z winy scenariusza, są po prostu niesympatyczni. Doktor Kreizler (w tej roli Brühl) to kolejny aspołeczny geniusz z bagażem problemów osobistych, który jako jedyny jest w stanie złapać mordercę. Znacie ten schemat z wielu produkcji, ot choćby "Sherlocka". Różnica polega na tym, że taki Sherlock Holmes (i to zarówno w serialu z Benedictem Cumberbathem, jak i filmowym "Sherlocku Holmesie" z Robertem Downey Jr.). jest wprawdzie burakiem, ale za to zabawnym i wzbudzającym sympatię. W postaci Doktora Kreizlera nie ma nic sympatycznego. A ciężko się ogląda serial, gdy się nie lubi głównego bohatera, nieprawdaż? Prawdziwie miły wydaje się być wprawdzie Luke Evans, niestety jego rola to kolejne wcielenie ciamajdowatego, stereotypowego Doktora Watsona. A Dakota Fanning? Wątek pierwszej kobiety zatrudnionej w nowojorskiej policji jest teoretycznie interesujący, ale znów - wszystko to już widzieliśmy. Chcecie wątku XIX-wiecznej emancypacji kobiet w USA? Zapraszam do serialu "Doktor Quinn".

No to sobie ponarzekałem. Ale nie zniechęcajcie się za bardzo, bo przemawia przeze mnie zblazowanie człowieka, który w swoim życiu widział tysiące filmów i seriali. Niemniej nawet taka maruda jak ja musi przyznać, że "The Alienist" sam w sobie jest nawet niezły. Scenografia naprawdę robi wrażenie (imponuje zwłaszcza dbałość o detale historyczne), akcja jest dość wartka (chociaż czuć, że scenariusz oparto na książce) i w sumie efekt jest dość przyzwoity (choć niektóre wątki, jak chociażby miłosne perypetie młodego żydowskiego kryminalistyka, wydawały się być totalnie zbędne). Nie wiem wprawdzie, czy sięgnę kiedyś po planowane sequele, bo niekoniecznie mam ochotę znów patrzeć na obrażoną minę Doktora Kreizlera. Ale rozumiem, jeśli komuś "The Alienist" spodobał się o wiele bardziej.

Wniosek: Wizualnie imponujące, ale fabularnie dość wtórne.


"Miami Vice" ("Policjanci z Miami") [1984]

"Miami Vice" ("Policjanci z Miami") [1984]

O czym to jest: Przygody policjantów z wydziału obyczajowego w Miami.

policjanci z miami serial recenzja 1984 don johnson

Recenzja serialu:

Dziś pewnie wszyscy mają na głowie wizytę w lokalu wyborczym, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by po spełnionym obywatelskim obowiązku pozwolić sobie na odrobinę przyjemności przed ekranem! Niedzielne jesienne wieczory to najlepszy możliwy termin na sięgnięcie do klasyki. Takiej jak "Miami Vice"!

Mało jest seriali, które odcisnęły swój ślad w popkulturze w tak wielkim stopniu, że wyznaczyły trend ubioru! A na początku nic nie zapowiadało aż takiego sukcesu. "Miami Vice" miał być kolejnym serialem o policjantach i złodziejach, w którym dobrzy gliniarze łapali złych bandytów. Niby nic odkrywczego, ale jednak umieszczenie akcji w egzotycznym Miami oraz nadanie lżejszego tonu okazało się strzałem w dziesiątkę. Policjanci z Miami nie zajmowali się bowiem morderstwami i gwałtami (przynajmniej nie na początku), ale - jak przystało na gliniarzy z obyczajówki - łapali dilerów i przemytników narkotyków. Dzięki prawu pozwalającemu na rekwirowanie majątku przestępców do celów służbowych żyli również na poziomie - jeździli sportowymi samochodami, pływali szybkimi motorówkami i nosili garnitury Armaniego. Ten właśnie styl - bajecznie drogie marynarki zarzucone na t-shirty dopasowane do luźnych bawełnianych spodni, zainspirował projektantów ubrań i ostatecznie przeszedł do historii jako element mody lat 80. Cóż za impakt kulturowy!

"Miami Vice" to również początek wielkiej kariery Dona Johnsona, kontynuowanej później w serialu "Nash Bridges" (który stylistycznie wygląda niemal jak sequel "Miami Vice"). Johnson jako detektyw Crockett, mieszkający na żaglówce z oswojonym aligatorem Elvisem, to jedna z policyjnych ikon w dziejach telewizji. Mniej przypadł mi do gustu jego partner, a więc kochliwy detektyw Tubbs, niemniej przyznaję że obydwie postacie świetnie się uzupełniały. Muszę też wspomnieć o wspaniałym Edwardzie Jamesie Olmosie jako wiecznie ponurym (i ubranym na czarno) poruczniku Castillo - ten aktor na ekranie nigdy mi się nie znudzi!

Serial potrafi wciągnąć nawet doświadczonego współczesnego widza, choć ostrzegam - pełen jest dłużyzn, lirycznych wstawek i teledyskowego klimatu rodem z ówczesnej MTV (nic zresztą w tym dziwnego, bo wystąpiła w nim cała plejada gwiazd muzyki). Ponadto mniej więcej w okolicy drugiego sezonu, co stwierdzam ze smutkiem, producenci zarzucili lekki ton opowieści i zaserwowali znacznie poważniejsze, ponure przygody ze sporą ilością trupów w tle. Dobrą strzelanką oczywiście nigdy nie pogardzę, jednak obawiam się, że w ten sposób zgubiono część unikalnego klimatu "Miami Vice". Dlatego nie namawiam, by obejrzeć ten serial w całości. Ale zdecydowanie warto spróbować choć kilka pierwszych odcinków.

Wniosek: Klasyczne kino policyjne i wyznacznik pewnej epoki stylu.


"Predator 2"

"Predator 2"

O czym to jest: Policjant poluje na kosmitę w Los Angeles.

predator 2 los angeles danny glover bill paxton recenzja filmu

Recenzja filmu:

Rozczarowawszy się nieco najnowszym odcinkiem serii, czyli "The Predator", postanowiłem powrócić do klasyki, a więc do pierwszego sequela - zapominanego i pomijanego "Predatora 2". Wielka szkoda, że mało kto pamięta o tym filmie, bowiem robiła go ta sama ekipa co pierwszą część, a to mogło oznaczać tylko jedno - wyszło tak samo kultowo!

"Predator 2" to jeden z nielicznych przykładów, w których sequel dorównał oryginałowi. Nie dość że udało się zachować klimat i tempo nieprzewidywalnego, krwawego kina akcji, to jeszcze dodano tak dużo nowych elementów, że dało się na nich zbudować całe uniwersum! Bądź co bądź właśnie tu po raz pierwszy zasugerowano, że seria "Alien" dzieje się w tym samym świecie co "Predator", nie mówiąc już o tym, że same Predatory rozmnożyły się od jednego łowcy do całej antycznej cywilizacji! No i nie zapominajmy o wspaniałym arsenale naszego kosmicznego drapieżnika, bez którego trudno sobie obecnie wyobrazić jakiekolwiek polowanie z jego udziałem (włócznia, siatka, dysk...). A wszystko to dzięki "Predatorowi 2"!

Przyznaję, że pomysł na scenariusz był tak karkołomny, że miał prawo się nie udać. Jak pamiętamy, pierwszy film miał miejsce w środowoamerykańskiej dżungli. Tutaj akcję przeniesiono... do Los Angeles. I to nie byle jakiego, bo ogarniętego wojną gangów, w którym twardy policjant (w tej roli kultowy Danny Glover) stara się zaprowadzić porządek. I choć Glover to nie napakowany Schwarzenneger, to zaręczam że jest równie wielkim kozakiem i tak samo nie boi się żadnego kosmicznego bandziora (i co ciekawe, nie ma nic wspólnego z fajtłapowatym, poczciwym policjantem z "Zabójczej Broni"). Obeznanych z popkulturą widzów na pewno ucieszy też fakt, że wspomaga go w tym młody Bill Paxton, który zagrał również w "Aliens" - swoją drogą zawsze się zastanawiałem, czy te postacie były jakoś spokrewnione...

"Predator 2" umiejętnie łączy kosmiczną nawalankę z dobrym kryminałem. Otwierająca film bitwa z kolumbijskim gangiem to jedna z najlepszych policyjnych strzelanin w historii kina! Nie brakuje również ponadczasowych kultowych scen - tu warto wspomnieć chociażby Danny'ego Glovera wybierającego broń z bagażnika, naparzankę w metrze, czy jamajskiego bossa narkotykowego w pojedynku z Predatorem. Choćby dla tych scen mogę do tego filmu wracać raz za razem. Nigdy mi się nie znudzi.

Wniosek: Równie kultowe jak pierwsza część. Jest moc!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


"Fargo" [1996]

"Fargo" [1996]

O czym to jest: Chciwy sprzedawca samochodów uruchamia niekontrolowaną falę zbrodni.

fargo 1996 recenzja filmu coen

Recenzja filmu:

"Fargo" to idealny wybór na zimowy wieczór przed telewizorem. Ponieważ na ewentualny czwarty sezon serialu "Fargo" będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, postanowiłem przypomnieć sobie klasykę, od której się wszystko zaczęło. Mowa rzecz jasna o oscarowym hicie braci Coen, a więc kinowym "Fargo" z 1996 roku. 

Pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobił na mnie ten film, gdy oglądałem go jako nastolatek. Ot na pozór zwykła historia kryminalna dziejąca się w małym miasteczku na północy USA, która nieoczekiwanie zmienia się w groteskową, krwawą spiralę zbrodni. Śledztwo prowadzi pani szeryf w zaawansowanej ciąży (znajdźcie drugi film z takim policyjnym protagonistą!), na pozór prosta i niezbyt bystra kobieta, która jednak okazuje się być jednym z najtwardszych gliniarzy, jakich widziałem na ekranie. To właśnie jej prostota charakteru i zakorzenienie w prawdziwym życiu pozwoliło na rozwikłanie zagadki, przy jednoczesnym zachowaniu zimnej krwi. Nie dziwię się, że Frances McDormand (prywatnie żona jednego z braci Coen), zasłużyła tą rolą na Oscara. Osobiście nie mogę się doczekać przyszłorocznego filmu z jej udziałem, czyli "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" - czuję hit na odległość!

Ale McDormand to nie wszystko. Niezrównani Steve Buscemi i Peter Stormare stworzyli fantastyczny duet psychopatycznych bandziorów, którzy swoją nieudolnością powodują, że trup ściele się gęsto. Dzięki nim "Fargo" jest jednocześnie absurdalne i przerażające. W intro filmu widzimy dopisek, że jest to prawdziwa historia. To oczywiście nieprawda - cały scenariusz został z góry do dołu zmyślony. Ale przebieg akcji jest tak rzeczywisty, że w ułamku sekundy możemy uwierzyć, że coś takiego miało miejsce pewnej zimy na północy Minessoty. I że mieszkają tam dokładnie tacy ludzie, jakich widzimy na ekranie.

Bez sukcesu kinowego "Fargo" nie byłoby równie wspaniałego serialu z 2014 roku (który jest w połowie rebootem, a w połowie kontynuacją filmu). A światowa filmografia byłaby o wiele uboższa. "Fargo" trzeba znać!

Wniosek: Groteskowe, porażające, rewelacyjne. Kultowe!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger