Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmici. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmici. Pokaż wszystkie posty
"Star Wars: Visions" ("Gwiezdne Wojny: Wizje")

"Star Wars: Visions" ("Gwiezdne Wojny: Wizje")

O czym to jest: Antologia krótkich anime osadzonych w uniwersum Star Wars.

gwiezdne wojny wizje serial disney+ anime

Recenzja serialu:

Jeśli ktoś interesuje się "Star Wars" i zna historię co i kiedy wpłynęło na George'a Lucasa by w latach 70. stworzył to uniwersum, ten wie że jednym z głównych (jeśli nie najważniejszym) źródłem inspiracji było dla niego japońskie kino o samurajach. A konkretnie kinematografia Akiry Kurosawy z "Ukrytą Fortecą" na czele. Zatem szukanie nawiązań do japońskiej kultury w jego produkcjach nie jest wcale trudne: Rycerze Jedi są jak samuraje, Darth Vader jak zły szogun, a i w scenografii czy kostiumach aż roi się od wizualnych zapożyczeń (ikoniczna sukienka Leii przecież wygląda jak kimono). Zatem Disney, tworząc obecnie antologię anime w 100% osadzoną i nawiązującą do Kraju Kwitnącej Wiśni sięgnął tak głęboko do oryginalnego źródła, jak to tylko możliwe.

Od razu zaznaczę: nie jest to produkcja kanoniczna, a to oznacza że zawarte w niej przygody nie wpisują się w oficjalną chronologię innych filmów i seriali. To jednak nie oznacza, że brakuje w nich ducha "Star Wars" - wręcz przeciwnie! Ten dość rozsądny zabieg pozwolił twórcom, mistrzom kina anime, na nieskrępowaną wolność twórczą. Dostarczone przez nich 9 odcinków różni się animacją, stylem, tempem czy powagą fabuły, ale wszystkie z nich to pierwszorzędne anime, któremu nie brakuje klimatu przygód z odległej galaktyki. Osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem anime, dlatego też nie stanowię oczywistego targetu tego serialu. Ale jako wieloletni fan-weteran "Star Wars" z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że trzy odcinki z dziewięciu zasługują na szczególną uwagę.

Najlepszym z nich jest bez wątpienia "The Elder" - to "Star Wars" w czystej postaci. Mistrz Jedi wraz z uczniem przybywają na odległą planetę, gdzie muszą zmierzyć się z antycznym czarownikiem (Sithem?) z dawnych czasów. To doskonała przygoda, która w pełni rozumie klimat space opery jaką są "Star Wars". Drugą i chyba najbardziej znaną pozycją jest "The Duel", zjawiskowe czarno-białe anime o Jedi-roninie, który mimowolnie broni wioski przed grupą maruderów prowadzonych przez kobietę-Sitha. A trzecią i chyba najciekawszą pozycją jest "The Ninth Jedi", które z powodzeniem mogłoby być zalążkiem czwartej trylogii kinowych Epizodów, dziejącą się setki lat po poprzednich filmach. Ach dużo bym dał żeby włodarze Disney'a wpadli na ten sam trop! I dla tych trzech odcinków warto zapoznać się z całym "Star Wars: Visions".

Niestety jeśli nie jesteście fanami "Star Wars", a i stylistyka anime nie jest Waszą ulubioną, to obawiam się że "Visions" może być dla was stratą czasu. Ja bawiłem się dobrze, ale głównie dlatego że to "Star Wars". W innym wypadku, niestety, darowałbym sobie seans - co już o czymś świadczy.

Wniosek: Niektóre odcinki rewelacyjne, ale całość jednak tylko dla fanów.


"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!

"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!

"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.

"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!

"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!


Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"What If...?" ("A Gdyby...?")

"What If...?" ("A Gdyby...?")

O czym to jest: Alternatywne wersje najsłynniejszych filmów uniwersum Marvela.

a gdyby marvel animacja disney+

Recenzja serialu:

No muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem! Gdy usłyszałem że kręcą animowany serial z uniwersum Marvela, w którym przedstawią alternatywne wersje filmów z cyklu, byłem co najmniej sceptyczny. O jak bardzo się myliłem! Ten serial to najlepsze co spotkało to uniwersum od wielu lat. Jest po prostu doskonały!

Sam nie wiem od czego zacząć pochwały. Fabularnie każdy odcinek opowiada nieco inną wersję znanych nam filmów, zamieniając miejscami postacie lub kluczowe wydarzenia. I tak oto Kapitan Ameryka staje się kobietą, Czarna Pantera zmienia w Star-Lorda, Doktor Strange schodzi na złą drogę, Spider-Man walczy z zombie, a Ultron podbija cały świat i nie tylko... Co istotne, wszystkie te opowieści łączą się w jedną fabułę w ostatnich dwóch odcinkach. A zatem mamy tu uniwersum wewnątrz uniwersum, co przyniosło totalnie rewelacyjny efekt! A że wszystkie postacie mają głosy podłożone przez oryginalnych aktorów (wliczając w to Chadwicka Bosemana, który zdążył nagrać swoje kwestie przed śmiercią), to mamy wrażenie że naprawdę oglądamy kolejne aktorskie przygody znanych nam bohaterów. 

Wizualnie to animacja w starym stylu: żadnego komputerowego CGI tylko stara dobra kreska, która w rękach sprawnych artystów pokaże wszystko czego potrzebuje widz. Każdy odcinek trwa zaledwie pół godziny ale gwarantuję że to wystarczy do opowiedzenia wciągającej, pełnej dynamiki historii. Ogląda się to z zapartym tchem i chce się więcej i więcej! Szkoda tylko, że serial nie liczy póki co więcej odcinków... A nam pozostaje tylko pomarzyć, że może kiedyś niektóre z przedstawionych tu postaci i wydarzeń (Kapitan Carter!) trafią faktycznie w wersji aktorskiej na kinowy ekran. Czego zarówno sobie jak i Wam serdecznie życzę!

Wniosek: Fabularnie rewelacyjne, zwłaszcza jeśli ktoś dobrze zna filmy z uniwersum!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Star Wars: The Bad Batch" ("Gwiezdne Wojny: Parszywa Zgraja")

"Star Wars: The Bad Batch" ("Gwiezdne Wojny: Parszywa Zgraja")

O czym to jest: Grupa zmodyfikowanych klonów ucieka przed siepaczami Imperium.

gwiezdne wojny parszywa zgraja serial wojny klonów disney+

Recenzja serialu:

Serialowe "Wojny Klonów" Dave'a Filoniego otworzyły nowy rozdział w historii animacji spod znaku "Gwiezdnych Wojen" i stały się produkcją, na której wychowało się całe pokolenie fanów. Serial robił się lepszy z sezonu na sezon i nic dziwnego, że po latach od zakończenia produkcji sfilmowano finalny siódmy sezon, który - przyznaję bez bicia - poziomem przebija połowę fabularnych filmów z tego uniwersum! Nie byłem więc zaskoczony, że twórcy postanowili pociągnąć przygodę dalej w postaci spin-offu "Wojen Klonów", jakim jest "The Bad Batch".

Fabuła produkcji startuje tam gdzie skończyły się "Wojny Klonów", czyli równolegle z "Zemstą Sithów". Tytułowy oddział zmodyfikowanych, "niegrzecznych" klonów, których poznaliśmy już w oryginalnym serialu, musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której nie służą już Republice, a despotycznemu Imperium. Jak można się domyśleć sztywna totalitarna struktura nie bardzo odpowiada osobnikom, którzy bunt mają we krwi. Reszty fabuły możecie się domyśleć: klony uciekają i starają się sobie znaleźć nowe miejsce w zmienionym wszechświecie, po drodze napotykając na kilka tajemnic związanych z pochodzeniem i przeznaczeniem ich wszystkich. 

Teraz co do poziomu: fabularnie i wizualnie jest bardzo podobnie do "Wojen Klonów", ale bardziej nudno - głównie dlatego, że postanowiono sprowadzić historię "niżej", tak by odpowiadała perspektywie grupki wojaków na gigancie. Mamy więc sporo przestępczego podziemia, szemranych interesów, misji w stylu "ukradnij głowę droida" albo "włam się do strzeżonej bazy" etc. Mało w tym galaktycznego eposu godnego space opery, choć i w tym zakresie serial ma swoje momenty - tu warto wymienić choćby finał pierwszego sezonu rozgrywający się na Kamino. Wieloletni fani odnajdą w "The Bad Batch" znakomity pomost pomiędzy "Wojnami Klonów" a "Rebeliantami" - nic w tym zresztą dziwnego, skoro wszystkie te produkcje wyszły z głowy Dave'a Filoniego. A zatem: można oglądać, ale nie trzeba. Choć jeśli kochaliście "Wojny Klonów" to na pewno będziecie ciekawi, co było dalej!

Wniosek: Miejscami naprawdę dobre, choć ogólnie wydaje się lekko wtórne.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


"Men in Black II" ("Faceci w Czerni II")

"Men in Black II" ("Faceci w Czerni II")

O czym to jest: Tajni agenci ponownie ratują Ziemię przed kosmitami.

faceci w czerni 2 film will smith tommy lee jones

Recenzja filmu:

Problem z sequelami często polega na tym, że chcą pokazać to samo, tylko inaczej. Niemniej czasem daną fabułę można z sukcesem sprzedać tylko w jeden sposób, a każde gmeranie przy formie kończy się nie wypałem. To jest właśnie problem "Facetów w Czerni II".

Nie jest to zły film, ale daleko mu do świeżości oryginału. Aby kino klasy "buddy movie" odniosło sukces, należy zastosować sprawdzony przepis: jeden zgryźliwy, doświadczony policjant sparowany z pełnym werwy, szalonym młodym. Znacie to: Danny Glover i Mel Gibson, Nick Nolte i Eddie Murphy... A także Tommy Lee Jones i Will Smith w pierwszej części "Facetów w Czerni". Tymczasem w drugiej odsłonie cyklu zamieniono kolejność! Teraz to Smith stał się tym "doświadczonym", a Jones (na skutek dobrowolnej amnezji) tym młodym któremu wszystko trzeba pokazać i wyjaśnić. Ta wolta usunęła Smitha z pozycji dyżurnego komedianta, zmieniając go w smutnego, przygniecionego ciężarem życia policjanta. I żeby nie było: Smith potrafi grać role dramatyczne z wielkim powodzeniem, ale akurat nie po to zatrudniono go do tego cyklu! Dlatego tak ciężko oglądało mi się tą produkcję: od początku do końca miałem wrażenie, że aktorzy nie są na swoich miejscach.

Oczywiście film miał swoje - i to prawdziwie błyszczące - momenty, zaczynając od Agenta M (rżałem na tej scenie chyba bardziej niż powinienem...), przez kultowe robale, aż do Statuy Wolności i motywu z szafką. Ale te kilka jaskółek wiosny nie czyni, i choć tragedii nie było, liczyłem na więcej. Mimo wszystko jest jednak skończona ilość sposobów, w jaki można uratować planetę. 

Wniosek: Film miał momenty, ale ogólnie jest nudny.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Men in Black"! >>>


"Men in Black" ("Faceci w Czerni")

"Men in Black" ("Faceci w Czerni")

O czym to jest: Tajni agenci chronią Ziemię przed złymi kosmitami.

faceci w czerni film will smith tommy lee jones

Recenzja filmu:

Pewne produkcje przechodzą do klasyki popkultury i mimo upływu lat (i postępu chociażby w efektach specjalnych) wcale się nie starzeją. Należy do nich z całą pewnością "Men in Black" - bezkompromisowe, w pełni rozrywkowe kino science fiction prezentujące świat, w którym tajni agenci w czarnych garniturach i nie mniej czarnych okularach polują na kosmitów, chcących zaburzyć życie niczego nieświadomych ziemskich obywateli.

Fabuła opowieści jest dość przewrotna - ludzie już od lat 60. mieli kontakt z kosmitami, którzy całkiem nieźle zadomowili się na Ziemi. Część się nawet zasymilowała i osiedliła (oczywiście pod przykrywką). Reszta przebywa w ukrytym kosmoporcie, gdzie ma swoją główną siedzibę organizacja Facetów w Czerni, czyli taka ziemska "kosmiczna policja", pilnująca by galaktyczni przybysze byli grzeczni. Doświadczony agent K (w tej roli wybitny jak zawsze Tommy Lee Jones) bierze pod swoje skrzydła nieopierzonego, awangardowego młodego agenta J (tryskający swoim naturalnym humorem Will Smith). Ten sprawdzony w dziesiątkach policyjnych filmów na pozór niedopasowany duet ochroni Ziemię (oraz obcą galaktykę) przed paskudnym kosmicznym robalem.

Dacie wiarę, że ta produkcja powstała w 1997 roku?! Ale mówiąc szczerze, podczas oglądania w ogóle się tego nie czuje (no, może poza lekko seksistowskimi żartami, które dziś by już nie przeszły). Upływ lat widać głównie po aktorach - ćwierć wieku temu bruzdy na twarzy Tommy'ego Lee Jonesa dopiero się zarysowywały, a obecnie wyglądają jak koryto Kolorado. Humor, tempo, zwroty akcji - wszystko spełnia nadal wyśrubowane normy współczesności. Oczywiście nie jest to kino wybitne czy zmieniające pogląd na świat, bo postawiono tu tylko i wyłącznie na rozrywkę (ale za to pierwszorzędną!). Mimo to do "Facetów w Czerni" warto wracać raz na kilka lat, z kubłem popcornu pod ręką. Mało jest tak dobrych, uniwersalnych komedii science fiction w historii kina. Jestem przekonany, że za kolejne dwadzieścia pięć lat ten film będzie nas bawił tak samo!

Wniosek: Wciąż zabawne i rozrywkowe kino.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Men in Black"! >>>


"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")

"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")

O czym to jest: Batman i przyjaciele ratują świat przed kosmitami.

Recenzja filmu:

W czerwcu 2017 zastanawiałem się na blogu "Co dalej z uniwersum DC?" Teraz już chyba wiem. A może raczej - wiem, że wciąż nic nie wiem. Co gorsza, nie wiedzą też tego producenci. Po rewelacyjnej "Wonder Woman", która stanowiła promień światła wśród nowych ekranizacji komiksów DC, nadciągnęła "Liga Sprawiedliwości", czyli coś w rodzaju marvelowskich "Avengersów". Tylko z jakim efektem? Odpowiedź nie jest taka prosta! Tak się bowiem składa, że "Liga Sprawiedliwości" istnieje aktualnie w dwóch wersjach - dwugodzinnej kinowej (autorstwa Jossa Whedona) oraz czterogodzinnej (!) reżyserskiej, autorstwa Zacka Snydera. I te dwie wersje filmu, mimo że w dużej mierze składają się z tych samych lub podobnych scen, są tak kompletnie różne, że wymagają dwóch osobnych recenzji. A zatem - do dzieła!

liga sprawiedliwości film recenzja joss whedon

Wersja kinowa - Joss Whedon

Na początku krótkie przypomnienie, które wyjaśni wiele kwestii: oryginalnie reżyserem "Ligi" był Zack Snyder - człowiek który popełnił "Batman v Superman", czyli film pełen płytkiego patosu, kiepskich efektów specjalnych i żenujących zwrotów akcji ("Marthaaaaaa!"). Pod koniec zdjęć Snyder wycofał się z produkcji na skutek rodzinnej tragedii. Stery filmu przejął Joss Whedon, ulubieniec fanów SF i twórca wspomnianych "Avengersów" oraz "Czasu Ultrona". Whedon wywrócił wszystko do góry nogami i nakręcił pół filmu od nowa, wycinając przy okazji część zatrudnionych aktorów oraz twórców (m.in. kompozytora ścieżki dźwiękowej). W konsekwencji otrzymaliśmy hybrydę, która w połowie przypomina typowo snyderowskie "mroczne" kino chwały, a z drugiej typowo whedonowską kumplowską przygodówkę. Skutkiem tego jest daleko idąca niekonsekwencja, bo "Liga" próbując zadowolić miłośników obydwu koncepcji rozczarowuje tak jednych, jak i drugich.

Myślę, że gdyby Joss Whedon kręcił film od początku, przygody Batmana i jego towarzyszy broni wyglądałyby zupełnie inaczej - bardziej lekko, przygodowo i atrakcyjniej dla odbiorcy. Ponadto wciąż uważam, że kręcenie zbiorczego filmu przed solowymi przygodami bohaterów (a więc na odwrót, niż zrobił to Marvel) nie przyniosło dobrego efektu. Skutkiem tego jest przymusowa i skrócona historia takich postaci jak Flash, Cyborg i Aquaman, która zajmuje niemalże pół filmu, pogłębiając wrażenie chaosu w scenariuszu. Ale nie to jest najgorsze. "Liga" w wielu miejscach jest po prostu nudna! Oglądanie rozdartych emocjami bohaterów sprawdza się tylko do pewnego momentu. A ponieważ widzowie mają za sobą już kilka filmów z tego uniwersum, wszyscy mają serdecznie dość gadania i liczą na trochę akcji! Tej oczywiście w "Lidze" nie brakuje, szkoda tylko że ponownie jest ubogacona kiepskimi efektami specjalnymi, które z całą pewnością za parę lat będą wyglądać jak dzisiaj smok w "Wiedźminie", a więc żenująco. 

A skoro już przy żenujących elementach mowa. Jeśli rozdawano by Złotą Malinę za dialogi, to "Liga Sprawiedliwości" byłaby murowanym zwycięzcą. Batffleck mamrotał uniesione teksty o nadciągającej ciemności, Superman zastanawiał się jak pachnie, Flash rzucał suche teksty o tym jak to jest głodny, Aquaman wygłaszał quasi-gangsterskie odzywki, Cyborg stał na drugim tle z naburmuszoną miną, a Wonder Woman... cóż, ona niewiele mówiła, ale to nie szkodzi, bo w przypadku Gal Gadot wystarczy, by po prostu była na ekranie. Serio, "Liga" powinna być podręcznikowym przykładem w szkole scenarzystów jak NIE pisać dialogów. Tak daleko im do bystrości "Ant-Mana", głębi "Logana" czy obrazoburczego humoru "Deadpoola"! Jest to smutne tym bardziej, że wiemy po Whedonie, iż potrafi z siebie wykrzesać prawdziwą iskrę bożą w tym zakresie (patrz "Firefly"). Tym razem po prostu nie podołał.

No to sobie pokrytykowałem! Teraz czas na trochę pochwał, bo na szczęście "Liga" nie jest tak tragiczna, jak mogłoby się zdawać. Wprawdzie Batffleck w gumowym wdzianku jest tak samo marny jak poprzednio, a Superman tak samo sztywny (hehe), to reszta drużyny nadrabia to z nawiązką. Wonder Woman jak zwykle wygląda jak bogini ekranu, Aquaman jest uroczo morsko-barbarzyński (i wywija trójzębem aż miło!), Flash od pierwszej sceny wzbudza sympatię, a Cyborg pokazuje wielki potencjał drzemiący w tej postaci. Znakomita była też sekwencja antycznego starcia z kosmitami, w której wszystkie plemiona ludzi, nadludzi i bogów zjednoczyły się przeciwko najeźdźcom w epickiej walce o przetrwanie (wyglądało to jak bitwa ludzi i elfów z Sauronem w "Drużynie Pierścienia"). Potęga! Uniwersum DC samo w sobie dalej ma ogromny potencjał na mnóstwo fajnych historii, trzeba je tylko umiejętnie wykorzystać. I jest mi strasznie przykro, że dostarczane obecnie filmy nie spełniają oczekiwanych norm jakości - zwłaszcza, że nie wyobrażam sobie, by np. Wonder Woman mógł zagrać ktoś inny, niż Gal Gadot. Dlatego gdy nieuchronnie pewnego dnia ogłoszą reboot całej serii, będę się jednocześnie cieszył, jak i rozpaczał.

"Liga Sprawiedliwości" jest lepsza niż myślałem, ale gorsza niż powinna być. Twórcy uniwersum zrobili najpierw dwa kroki do przodu, a teraz jeden krok w tył. Mimo wszystko cała seria porusza się w dobrą stronę. Pytanie tylko, czy tak wolną wędrówkę wytrzymają portfele producentów i cierpliwość widzów?

Wniosek: Znośne, ale po takim filmie oczekuje się więcej.



Wersja reżyserska - Zack Snyder

liga sprawiedliwości HBO Max zack snyder cut
Dawno temu ukułem sobie prywatny hasztag #IBelieveInZackSnyder - obejrzawszy bowiem wszystkie ówczesne filmy tego twórcy wychodziłem z założenia, że to co wypuści na ekran nie ma prawa być złe. Niestety Snyder zawiódł mnie okrutnie przez "Batman v Superman" (choć sporo naprawiła poszerzona wersja reżyserska), w której podczas oglądania kilkukrotnie przepalił mi się żenadometr. Niestety "Liga Sprawiedliwości", ta która wyszła w kinie i którą podobno próbował "naprawić" Joss Whedon, nie okazała się specjalną rewelacją. Dlatego też sceptycznie się odniosłem do czterogodzinnej wersji "Ligi", którą w 2021 opublikował Zack Snyder w swoim autorskim montażu. Och jakże się myliłem! I uwielbiam się mylić w taki sposób!

To było naprawdę, ale to naprawdę dobre kino (jak na standardy superbohaterskiego naparzania się pikselami po ryjach, oczywiście). Zack Snyder miał rację mówiąc, że to producenci i ówczesna sytuacja (tragiczna śmierć córki) nie pozwoliły mu dokończyć filmu w takiej formie jaką planował i przedstawić kompletnej wizji, zapoczątkowanej jeszcze w "Man of Steel". Teraz, nieograniczony czasem ekranowym i presją kinowego terminu premiery, mógł wypuścić dzieło dopracowane, przemyślane i atrakcyjne dla widza. Brawo! Takie podejście rozumiem, szanuję i gorąco zachęcam, by było stosowane jak najczęściej (kto wie, może faktycznie zmierzch kin i świt ery serwisów streamingowych zapewni twórcom taką swobodę: film wyjdzie dopiero wtedy, kiedy będzie skończony, ani dnia wcześniej).

Żeby nie być gołosłownym: Joss Whedon wypuścił film poprawny, ale bezpłciowy, zmieniony w dość przaśną popcornową rozrywkę dla mentalnych nastolatków. Zaprezentowane tam postacie były ledwo cieniem tego, co dla nich planował Zack Snyder. Jedyne czego mi szkoda w porównaniu obydwu wersji to kilku niezłych żartów autorstwa Whedona, ale jestem w stanie ponieść tą ofiarę w zamian za usunięcie najbardziej żenującego tekstu o Supermanie, który zastanawiał się jak pachnie (dziękuję panie Snyder!). Fabuła wersji Snydera ma naprawdę ręce i nogi, i choć nie odpowiada na wszystkie pytania typu pełnej genezy "Knightmare'u" (czyli sekwencji snu Batmana - tu odpowiedź miał przynieść aktualnie skasowany sequel "Ligi"), to przynajmniej cała reszta jest logicznie poprowadzona od A do Z - tu ze wskazaniem na wątek Steppenwolfa i Mother Boxów. A ponadto Flash i Cyborg, czyli dwójka superbohaterów która nie doczekała się jeszcze solowego filmu, miała tu okazję w pełni rozwinąć swoje skrzydła. Cyborg okazał się wręcz kluczowy dla scenariusza, a ponieważ Whedon pokazał w kinie może 20% jego wątku (i to nie najlepsze 20%), to teraz rozumiem dlaczego aktor grający Cyborga jest z nim na stopie wojennej. Z kolei Flash zamiast zlęknionego dzieciaka jak u Whedona, u Snydera okazał się być koniem pociągowym akcji, a nie jedynie źródłem komicznych wstawek (jego sekwencja przekraczania prędkości światła wręcz zamiata widza po ziemi!). Ponadto samo wskrzeszenie Supermana ma nareszcie konkretny powód, inny niż to że "nikt inny nie potrafi zjednoczyć superbohaterów", co musicie przyznać zawsze brzmiało dziwnie. No i na samym końcu wspomnijmy Wonder Woman, która zamiast whedonowskiej niepewnej siebie panny powraca do roli antycznej maszyny do siekania potworów, którą niewątpliwie jest. O to chodziło!

Oczywiście film Zacka Snydera nie jest pozbawiony wad. Pewne sekwencje są za długie, przyśpieszenie kamery w niektórych scenach akcji irytuje, CGI leje się wiadrami z ekranu, a i nie wszystkie pytania widzów (póki co) zostały zaspokojone. Ale mimo to widz kończy seans z poczuciem satysfakcji i chęcią dalszej przygody w tym uniwersum. A to chyba pierwszy raz od bardzo długiego czasu, kiedy film DC przyniósł mi takie uczucie. Dziękuję za te udane cztery godziny i przyłączam się do akcji - #ReleaseJusticeLeague2! 

Wniosek: Prawdziwe odkupienie dla uniwersum DC! Świetna rozrywka!


"Star Trek: Lower Decks"

"Star Trek: Lower Decks"

O czym to jest: Przygody niezbyt rozgarniętej załogi na dość pechowym statku kosmicznym.

star trek animacja CBS lower decks jack quaid

Recenzja serialu:

Jedną z najważniejszych cech, za jakie mogę szanować twórców filmów i seriali, jest dystans do samego siebie i własnych dzieł. Uwierzcie mi, to wcale nie taka pospolita przypadłość! Na szczęście o ludziach prowadzących nową falę telewizyjnych przygód z uniwersum "Star Treka" można mówić w samych superlatywach. Nie dość że udało im się uwspółcześnić formułę przygód wymyśloną jeszcze w latach 60., to jeszcze zrobili to w poszanowaniu potrzeb widzów (czego dowodem jest nadchodzący serial "Star Trek: Strange New Worlds", który nie powstałby gdyby nie masowy ruch fanów) i na dodatek z ogromnym poczuciem humoru! Nic nie ilustruje tej ostatniej cechy lepiej niż druga w historii animacja z tego wszechświata, czyli "Star Trek: Lower Decks".

O serialu "Rick and Morty" słyszałem same dobre rzeczy i choć nie miałem jeszcze okazji go poznać to założyłem, że zatrudnienie jego twórców do stworzenia trekowej animacji to znakomity pomysł. I faktycznie! "Lower Decks" nie dość że wprowadza własny zestaw unikalnych postaci i przygód, to jeszcze służy za fantastyczny pastisz dotychczasowych produkcji z uniwersum. Jest o wiele lepszy niż "The Orville" który swoim fekalnym humorem ustawił poprzeczkę za nisko w stosunku do moich oczekiwań. Na sukces "Lower Decks" składa się kilka czynników: dynamiczna animacja idealna do kręcenia scen akcji i podkreślania mimiki postaci, krótka forma odcinków (zupełnie jak w "Star Trek: The Animated Series") jak i przede wszystkim rewelacyjny dobór aktorów do ról głosowych! Choć w tym wypadku można powiedzieć, że grają na pełen etat, bo wygląd ich postaci wzorowany jest na twarzach aktorów. Gdyby mieli więc przenieść się do jakiejś fabularnej produkcji starczyłoby ich zapakować w mundur Gwiezdnej Floty i sprawa załatwiona! Uwielbiam takie podejście!

Głównymi bohaterami historii jest dwójka młodych poborowych: niepokorna Mariner, która robi wszystko by świetnie się bawić i broń Boże awansować w strukturach floty, a także trzymający się procedur Boimler, dla którego wojskowy porządek i dryl są sensem życia. Te totalnie przeciwstawne charaktery, jak się już wkrótce okaże, będą się zderzać i nawzajem nakręcać, raz po raz ratując ich okręt z co bardziej absurdalnych zagrożeń (co ważne, powodowanych przez niekompetencję dowodzącej załogi na mostku). Głosu - i wyglądu - użyczyła tym postaciom dwójka aktorów, których poznałem dość niedawno, ale już zdążyłem pokochać: Mariner zagrała Tawny Newsome (rewelacyjna w "Space Force"), a Boimlera Jack Quaid, bez którego serial "The Boys" na pewno nie zaliczyłby takiego sukcesu. 

Jeśli tylko "Star Trek" nie spuści z tonu, to mogę w ciemno oglądać każdą produkcję z tego świata. Jeszcze trochę i zacznę to przekładać ponad swoje ukochane "Star Wars", a to o czymś świadczy! Życzę "Lower Decks" jeszcze wielu sezonów i jestem pewien, że będę się rewelacyjnie bawić! Engage!

Wniosek: Świetne jako pastisz klasycznych seriali "Star Treka", ale też dobre jako serial sam w sobie!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii Star Trek! >>>


"Star Trek: Picard"

"Star Trek: Picard"

O czym to jest: Emerytowany admirał Picard wyrusza w swoją ostatnią misję.

star trek picard serial amazon patrick stewart

Recenzja serialu:

Ostatnie czego bym się spodziewał po klasycznej serii "Star Trek" to obwieszczenie, że Patrick Stewart po 18 latach od premiery filmu "Nemesis" powróci do roli Jean-Luc Picarda! Na szczęście życie jest pełne niespodzianek i niedawny renesans serialowego "Star Treka" rozpoczęty przez "Discovery" przyniósł również kolejne kosmiczne przygody Federacji Zjednoczonych Planet, kontynuujące akcję "do przodu", a nie "do tyłu" w linii czasowej, śmiało idąc tam, gdzie nikt nie poszedł wcześniej!

Moja ogólna ocena jest jak najbardziej pozytywna. Twórcy serialu wykonali kawał solidnej roboty, tworząc 10-odcinkową opowieść puszczającą oko zarówno do wieloletnich fanów jak i nowych widzów znających wyłącznie trekowe filmy i seriale, które powstały w ostatnich latach. Głównym zrębem fabuły jest kwestia sztucznej inteligencji (androidów), którą po raz pierwszy poruszono w "The Next Generation" za pomocą postaci komandora Daty. Tutaj jego wątek - teoretycznie zakończony w "Nemesis" - ma swój ciąg dalszy i jestem pod wrażeniem jak bardzo konsekwentnie go poprowadzono. Głównymi złoczyńcami po raz kolejny zostali Romulanie, choć nie wszyscy, czego dowodem jest postać romulańskiego ninja Elnora, wiernie towarzyszącego Picardowi w jego kosmicznych zmaganiach. Cieszę się również, że nie zapomniano o Borgach, najlepszym wrogu jakiego wydało to uniwersum - i to jeszcze w jakim stylu! Powrót takich postaci jak Seven of Nine z "Voyagera" czy Hugh ze wspomnianego "The Next Generation" musiał wzbudzić entuzjazm każdego fana wychowanego na oryginalnych produkcjach. Ale to oczywiście nie są dokładnie te same, szablonowe postacie, które mogły z powodzeniem istnieć w latach 80 czy 90. "Picard" jest bowiem trekowym serialem na miarę drugiej dekady XXI wieku. Każda z postaci ma swoje demony i dylematy moralne, a także sporo za uszami (z morderstwem i alkoholizmem włącznie). Nawet sam posągowy Picard, tu postawiony przed obliczem nieuchronności starości i śmierci, mierzy się z grzechem własnej arogancji, który kosztował życie miliardów istot. Jako widz właśnie tego oczekuję od "Star Treka" - stawiania poważnych pytań i filozoficznych rozważań adekwatnych do współczesności. Czapki z głów panie i panowie twórcy!

Na koniec specjalne ukłony kieruję rzecz jasna do samego Patricka Stewarta, który udowadnia że jest jednym z najlepszych klasycznych aktorów "starej gwardii", łączącym w sobie wszystkie zalety teatru i telewizji. Gładko wrócić w buty tej samej postaci po niemal dwóch dekadach - to potrafią tylko prawdziwi fachowcy. I choć oczywiście "Picard" ma swoje wady, dłużyzny, pewne skróty fabularne czy jazdę po schematach, to jedno jest pewne - wespół z "Discovery" przywrócił życie temu wspaniałemu uniwersum, które (mam nadzieję) potrwa kolejne kilka dekad. Live long and prosper!

Wniosek: Świetna produkcja, łącząca w sobie zalety "Star Treka" ze wszystkich epok.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"The Mandalorian"

"The Mandalorian"

O czym to jest: Łowca nagród spotyka dziecko z niezwykłymi talentami.

mandalorianin serial disney+ star wars pedro pascal

Recenzja serialu:

Wiele „mądrych głów” wieszczyło zmierzch dominacji serii „Star Wars” po klapie finansowej filmu „Solo”. Jak mogli tak pomyśleć – nie wiem. Jedna porażka finansowa (bo na szczęście nie jakościowa), to jeszcze nie powód by wieszczyć zgubę całej franczyzie! Mimo to wytwórnia Disney’a postanowiła wówczas zmodyfikować strategię i zamiast kolejnych filmów w kinach zacząć produkować seriale aktorskie. W ten sposób planowany od lat pomysł filmu o Bobie Fettcie ewoluował w serial „The Mandalorian”

Ale to nie Boba Fett jest jego głównym bohaterem – nie dajcie się zwieść! Bohaterem opowieści jest bezimienny łowca nagród będący Mandalorianinem, czyli przedstawicielem legendarnej kultury opancerzonych, zamaskowanych wojowników, dla których wojna i honor stanowią podstawę egzystencji. Wspomniany łowca podczas swojej misji trafia na dziecko, przedstawiciela kosmicznej rasy doskonale znanej wszystkim widzom świata „Star Wars”. Tak rozpoczyna się jego odyseja, podczas której nasz bohater zmierzy się ze starymi i nowymi demonami, a także własną wizją tego jak funkcjonuje galaktyka. I to wszystko w konwencji powolnego, klimatycznego westernu (żeby nie powiedzieć – spaghetti westernu). 

Co ciekawe „The Mandalorian”, a zwłaszcza jedna z jego postaci, zdobył szaloną popularność na całym świecie mimo że w większości oficjalnie nie jest emitowany! Kanał streamingowy Disney+, na którym można obejrzeć serial, jest aktualnie dostępny wyłącznie w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii i Holandii. Jednak Internet nie zna granic, a zwłaszcza nie znają ich memy. W ten sposób cały świat wie już o tej produkcji, choć nie miał okazji jej zobaczyć. Jeśli to nie świadczy o nośności motywów „Star Wars”, to nie wiem już co mogłoby nią być. Co ciekawe sukces serialu zaskoczył nawet jego twórców, nieco przyćmiewając premierę „The Rise of Skywalker”. Ale Disney dobrze wie co robi, dlatego „The Mandalorian” dostał już drugi sezon, a w planach są przynajmniej dwa kolejne seriale na Disney+. Trzeba kuć mandaloriańską stal póki gorąca! 

Tyle otoczki, a teraz parę słów o fabule. „The Mandalorian” zastosował inne podejście do uniwersum „Star Wars” niż chociażby „Ostatni Jedi”. Zamiast zaskakiwać widza nieoczekiwanymi zwrotami akcji postawiono na pełną schematyczność i powtarzalność motywów. W skrócie wygląda to tak, że jeśli widz oczekuje że coś się wydarzy w serialu, to właśnie się wydarza. Nie ma tu żadnych zaskoczeń ani niespodzianek. Zazwyczaj by mi to przeszkadzało, ale wrodzoną cechą „Star Wars” jest powtarzanie raz za razem tego samego schematu bajki w kosmosie, tyle że w innej oprawie. Jeśli komuś to nie pasuje to nie ogląda tego wcale, a wszyscy pozostali widzowie bawią się znakomicie! Ja również mogę się bardzo ciepło wyrazić o jakości „The Mandalorian”. Miłym akcentem była ogromna ilość smaczków i nawiązań, zwłaszcza do animowanych seriali „The Clone Wars” i „Rebels”. I choć scenografia miejscami była dosyć pusta i prosta (budżet telewizyjny to jednak nie hollywoodzka superprodukcja), to czuć było w tym wszystkim wielką miłość twórców do całego uniwersum. A to wystarczy! 

Kolejną ogromną zaletą jest gra aktorska. To może być przełomowa rola Pedro Pascala, który w ostatnich latach coraz wyżej wspinał się w rankingu popularności, a teraz prawdopodobnie będzie gwiazdą pierwszego formatu. Podobnie należy docenić Ginę Carano w roli eks-komandoski, która łączy w sobie siłę potężnego bicepsu i unikalnego seksapilu. Cieszy mnie też obecność kultowego Carla Weathersa, a także legendarnego Wernera Herzoga! Takiej obsady pozazdrościłaby niejedna produkcja. Z taką ekipą, fantastyczną i niebagatelną ścieżką dźwiękową oraz samym Jonem Favreau na stołku showrunnera nie mogło się nie udać. 

„The Mandalorian” to znakomita rozrywka dla widza w każdym wieku – od dzieci po starych wyjadaczy. Znam przypadki, gdzie przed ekranem zasiada cała rodzina w pełnym przekroju wiekowym, z wypiekami na twarzy śledząc przygody tajemniczego Mandalorianina. I właśnie o to chodzi w „Gwiezdnych Wojnach”!

Wniosek: Bardzo fajny kosmiczny western!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


"Star Wars Episode IX: The Rise of Skywalker" ("Gwiezdne Wojny: Skywalker - Odrodzenie")

"Star Wars Episode IX: The Rise of Skywalker" ("Gwiezdne Wojny: Skywalker - Odrodzenie")

O czym to jest: Ostatnia walka Ruchu Oporu z galaktyczną tyranią.

gwiezdne wojny skywalker odrodzenie epizod 9 abrams

Recenzja filmu:

Saga się kończy. Legenda trwa wiecznie. Ten cytat z trailera doskonale oddaje klimat dziewiątego epizodu serii "Star Wars". Ta produkcja stanowi zwieńczenie prawdopodobnie najsłynniejszego cyklu space opera w historii kina. Czterdzieści dwa lata po tym, jak George Lucas nakręcił pierwsze ujęcie "Nowej Nadziei", J.J. Abrams zakończył przygody rodu Skywalkerów. Oczywiście nie można wykluczyć, że w przyszłości czekają nas kolejne produkcje (nowe filmy i seriale są bardziej niż pewne), ale prawdopodobnie nie będzie wśród nich Epizodów X-XII. No, chyba że za kolejne dwadzieścia lat!

J.J. Abrams nie miał łatwego zadania. Po nakręceniu "Przebudzenia Mocy" jego rola wydawała się zakończona. Niestety zwolnienie Colina Trevorrowa ze stołka reżysera "The Rise of Skywalker" spowodowała, że ktoś musiał podjąć się misji ratunkowej. Abrams musiał więc nie tylko dorównać swojemu poprzedniemu filmowi, ale i dostarczyć widzom satysfakcjonujące zamknięcie wątków i poczucie katharsis. Było wiadomym że nie dogodzi wszystkim, ale ja osobiście nie mam żadnych wątpliwości - udało się! Z kina wyszedłem szczęśliwy, spełniony i pełen wdzięczności dla reżysera i wszystkich twórców, że sprezentowali mi taki piękny prezent na nadchodzące Święta. Oczywiście mam kilka zastrzeżeń, ale jedno jest pewne - ten film to "Star Wars" w czystej postaci.

O ile Rian Johnson w "Ostatnim Jedi" podarował widzom lepszy film (i to o wiele lepszy - ostatnia scena to wciąż najlepsze co widziałem w tej serii), to Abrams zafundował lepszą przygodę. Dodatkowo zamiast rzucać widzom wyzwanie i prowadzić ich na manowce jak Johnson, postanowił iść z nurtem i dać publiczności dokładnie to, czego się spodziewała. Dla takiego fana jak ja, który przeczytał wszystkie książki i komiksy z ostatnich czterech dekad, fabuła nie była przez to zaskoczeniem - niemal wszystkie wątki, od magii Sithów, przez powrót dawno nie widzianych antagonistów, aż po tożsamość głównej bohaterki, pojawiła się wcześniej w uniwersum w tej czy innej formie. Ale nie przeszkadzało mi to, by świetnie się bawić przed ekranem! J.J. Abrams jest specjalistą od spektakularnych widowisk - do dziś wzorem kina akcji w kosmosie jest dla mnie jego "Star Trek". Jego talent sprawił że to, co mogło być wtórne i czerstwe, okazało się być świeże i zajmujące. Brawo!

Oczywiście nie wszystko mi się podobało. Osobiście wolałbym, by pewne wątki zapoczątkowane w "Ostatnim Jedi" nie zostały zarzucone - mam tu na myśli przede wszystkim kwestię rodziców Rey, relację Rose-Finn, a także rozwój postaci Poe Damerona. Ale szanuję to, że nie zawsze dostaje się to, co się chce. Na szczęście to co dostałem w zamian wynagrodziło te braki z nawiązką! Chociażby dialogi Poe-Finn to prawdziwy majstersztyk; dzięki nim "The Rise of Skywalker" to zdecydowanie najzabawniejszy film serii! Do tego udana garść nowych postaci, ze wskazaniem na przemytniczkę Zorii Bliss i wyluzowanego hakera robotów Babu Frika. Nie można też zapomnieć o tym co najważniejsze - akcji! Pojedynki na miecze świetlne zwalają z nóg, a nowe sztuczki z użyciem Mocy to coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Dodatkowo jestem zachwycony, że spełniły się moje przewidywania co do Kylo Rena w wykonaniu Adama Drivera - to najlepiej napisana, poprowadzona i zagrana postać w tej trylogii. Droga jaką przemierzył ten bohater jest w pełni wiarygodna i zakończona dokładnie tak jak powinna. Brawo! Cieszy mnie również wielki hołd dla zmarłej Carrie Fisher, której rola Księżniczki Leii została tu zagrana post mortem (zmontowano ją w całości z wyciętych ujęć z poprzednich dwóch filmów). To zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż zabicie jej postaci w napisach początkowych, nieprawdaż?

"The Rise of Skywalker" jest filmem, który dostarcza rozrywki godnej prawdziwego kosmicznego widowiska. Dynamiki jest tu miejscami aż za dużo - zwłaszcza w pierwszej połowie filmu, która miejscami wygląda jak gra komputerowa (zdobądź X, potem udaj się z nim do Y, by poznać drogę do Z). Wątków, lokacji i postaci jest tyle, że z powodzeniem dałoby się z tego zmontować dwa filmy. Ale paradoksalnie cieszy mnie, że główna Saga Skywalkerów dobiegła końca. Uniwersum "Star Wars" ma potencjał na dziesiątki kolejnych, oryginalnych produkcji (czego dowodem jest chociażby serial "The Mandalorian"). Teraz nic już nie ogranicza twórców w dostarczaniu nam jak najlepszych przygód. Niech Moc będzie z nimi i z nami również!

Wniosek: Piękne zakończenie najsłynniejszej sagi space opera w historii kina.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger