Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Western. Pokaż wszystkie posty
"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

O czym to jest: Weteran z armii Konfederacji poszukuje morderców swojej rodziny. W międzyczasie zatrudnia się na budowie pierwszej transkontynentalnej kolei w USA.

witaj w piekle serial recenzja western anson mount common

Recenzja serialu:

Skoro i tak wszyscy znowu utknęliśmy w domach na drugim lockdownie, równie dobrze możemy sięgnąć do jakiegoś fajnego serialu, prawda? W tym zakresie polecam produkcję, o której istnieniu pewnie bym nie słyszał gdyby nie Anson Mount, który zachwycił mnie swoją rolą w "Star Trek: Discovery" (i nie tylko mnie, bo był tak dobry, że dostał osobny serial - "Star Trek: Strange New Worlds"). Ale zanim Mount przywdział mundur Gwiezdnej Floty, nosił kowbojski kapelusz, znoszone zabłocone ubranie i nieodłączny rewolwer u pasa. I co ważniejsze - budował amerykańską kolej!

Nie ma chyba większego symbolu postępu cywilizacyjnego drugiej połowy XIX wieku niż kolej żelazna. Ten wynalazek ludzkości - obok telegrafu - postawił pierwszy krok na drodze ku globalizacji. Dla Stanów Zjednoczonych, kraju rozciągniętego przez cały kontynent pomiędzy dwoma oceanami, kolej stanowiła prawdziwe być albo nie być. Ale jak przystało na dziki XIX-wieczny kapitalizm, tam gdzie na szali leżała fortuna, pojawiali się rywale, którzy nie szczędzili sił i środków by przejść do historii jako ci, którzy zbudowali kolej jako pierwsi. Głównymi przeciwnikami były korporacje Union Pacific (budująca ze wschodu na zachód) oraz Central Pacific (budująca z zachodu na wschód). A pośrodku, uwikłani w ten morderczy wyścig, tkwili robotnicy, włóczędzy, europejscy imigranci, skrzywdzeni weterani Wojny Secesyjnej, wyzwoleni Afroamerykanie czy pół-niewolniczy Chińczycy. Wielu z nich krążyło wokół tzw. Hell on Wheels, niezwykłego mobilnego miasta namiotów, które przenosiło się w całości (razem z warsztatami, burdelami, a nawet kościołem) w ślad za powstającą koleją. Niezła historia, prawda?

Protagonista serialu, Cullen Bohannon, nie jest postacią historyczną, choć na pewno posiada elementy biografii dziesiątek prawdziwych osób. Cullen to były kolejarz i oficer armii Konfederacji, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę. Podążający drogą zemsty Cullen trafia do Hell on Wheels - i postanawia zostać. Ramię w ramię z grupą podobnych życiowych wykolejeńców będzie się mierzył z chciwymi kapitalistami, psychopatycznymi sadystami, bandytami, Indianami, religijnymi fanatykami, a także prawdziwą chińską mafią. Jak przystało na pełnokrwisty western, w "Hell on Wheels" jest wszystko czego pragnie dusza: pełnokrwiste postacie, świetne aktorstwo, ostre dialogi, wiarygodna scenografia, rewelacyjne sceny akcji i strzelaniny, a także (a może przede wszystkim) tak nieoczekiwane zwroty akcji, że żaden z 57 odcinków nie wydaje się być zbędny. Całość stanowi tak spójny komplet, że oglądanie serialu stanowi prawdziwy przywilej!

Anson Mount to klasa sama w sobie, jeden z najsympatyczniejszych aktorów jakich miałem okazję oglądać (prywatnie ponoć rewelacyjny facet), i stawiam sobie za punkt honoru od tego momentu uważnie śledzić jego filmografię. Drugą siłą napędową serialu jest Thomas Durant, diaboliczny biznesmen, wspaniale zagrany przez innego weterana uniwersum "Star Treka", Colma Meaney'ego. Miło zaskoczył mnie też Common, którego znałem dotychczas tylko jako rapera, a tu się okazuje że świetny z niego aktor! Niemniej moim prawdziwym faworytem jest znany mi od wielu lat ukochany Christopher Heyerdahl, kanadyjski aktor i mistrz czarnych charakterów, obdarzony niepowtarzalnym, głęboko chrypiącym głosem (kocham go od czasów "Stargate: Atlantis" i "Sanctuary"!). Gdy tylko widzę nazwisko Heyerdahla w obsadzie to nie mam wątpliwości: taka pozycja to absolutny mus do obejrzenia!

Im jestem starszy tym mam mniej czasu na oglądanie seriali (wy pewnie też), ale gwarantuję: "Hell on Wheels" będzie warte poświęconego nań czasu. Rzadko trafiają się tak spójnie skonstruowane wieloodcinkowe produkcje, w których nie brak tak dramatów obyczajowych, jak i czystej akcji. Rewelacja!

Wniosek: Znakomita produkcja - i jako western, i jako dramat obyczajowy.


"The Mandalorian"

"The Mandalorian"

O czym to jest: Łowca nagród spotyka dziecko z niezwykłymi talentami.

mandalorianin serial disney+ star wars pedro pascal

Recenzja serialu:

Wiele „mądrych głów” wieszczyło zmierzch dominacji serii „Star Wars” po klapie finansowej filmu „Solo”. Jak mogli tak pomyśleć – nie wiem. Jedna porażka finansowa (bo na szczęście nie jakościowa), to jeszcze nie powód by wieszczyć zgubę całej franczyzie! Mimo to wytwórnia Disney’a postanowiła wówczas zmodyfikować strategię i zamiast kolejnych filmów w kinach zacząć produkować seriale aktorskie. W ten sposób planowany od lat pomysł filmu o Bobie Fettcie ewoluował w serial „The Mandalorian”

Ale to nie Boba Fett jest jego głównym bohaterem – nie dajcie się zwieść! Bohaterem opowieści jest bezimienny łowca nagród będący Mandalorianinem, czyli przedstawicielem legendarnej kultury opancerzonych, zamaskowanych wojowników, dla których wojna i honor stanowią podstawę egzystencji. Wspomniany łowca podczas swojej misji trafia na dziecko, przedstawiciela kosmicznej rasy doskonale znanej wszystkim widzom świata „Star Wars”. Tak rozpoczyna się jego odyseja, podczas której nasz bohater zmierzy się ze starymi i nowymi demonami, a także własną wizją tego jak funkcjonuje galaktyka. I to wszystko w konwencji powolnego, klimatycznego westernu (żeby nie powiedzieć – spaghetti westernu). 

Co ciekawe „The Mandalorian”, a zwłaszcza jedna z jego postaci, zdobył szaloną popularność na całym świecie mimo że w większości oficjalnie nie jest emitowany! Kanał streamingowy Disney+, na którym można obejrzeć serial, jest aktualnie dostępny wyłącznie w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii i Holandii. Jednak Internet nie zna granic, a zwłaszcza nie znają ich memy. W ten sposób cały świat wie już o tej produkcji, choć nie miał okazji jej zobaczyć. Jeśli to nie świadczy o nośności motywów „Star Wars”, to nie wiem już co mogłoby nią być. Co ciekawe sukces serialu zaskoczył nawet jego twórców, nieco przyćmiewając premierę „The Rise of Skywalker”. Ale Disney dobrze wie co robi, dlatego „The Mandalorian” dostał już drugi sezon, a w planach są przynajmniej dwa kolejne seriale na Disney+. Trzeba kuć mandaloriańską stal póki gorąca! 

Tyle otoczki, a teraz parę słów o fabule. „The Mandalorian” zastosował inne podejście do uniwersum „Star Wars” niż chociażby „Ostatni Jedi”. Zamiast zaskakiwać widza nieoczekiwanymi zwrotami akcji postawiono na pełną schematyczność i powtarzalność motywów. W skrócie wygląda to tak, że jeśli widz oczekuje że coś się wydarzy w serialu, to właśnie się wydarza. Nie ma tu żadnych zaskoczeń ani niespodzianek. Zazwyczaj by mi to przeszkadzało, ale wrodzoną cechą „Star Wars” jest powtarzanie raz za razem tego samego schematu bajki w kosmosie, tyle że w innej oprawie. Jeśli komuś to nie pasuje to nie ogląda tego wcale, a wszyscy pozostali widzowie bawią się znakomicie! Ja również mogę się bardzo ciepło wyrazić o jakości „The Mandalorian”. Miłym akcentem była ogromna ilość smaczków i nawiązań, zwłaszcza do animowanych seriali „The Clone Wars” i „Rebels”. I choć scenografia miejscami była dosyć pusta i prosta (budżet telewizyjny to jednak nie hollywoodzka superprodukcja), to czuć było w tym wszystkim wielką miłość twórców do całego uniwersum. A to wystarczy! 

Kolejną ogromną zaletą jest gra aktorska. To może być przełomowa rola Pedro Pascala, który w ostatnich latach coraz wyżej wspinał się w rankingu popularności, a teraz prawdopodobnie będzie gwiazdą pierwszego formatu. Podobnie należy docenić Ginę Carano w roli eks-komandoski, która łączy w sobie siłę potężnego bicepsu i unikalnego seksapilu. Cieszy mnie też obecność kultowego Carla Weathersa, a także legendarnego Wernera Herzoga! Takiej obsady pozazdrościłaby niejedna produkcja. Z taką ekipą, fantastyczną i niebagatelną ścieżką dźwiękową oraz samym Jonem Favreau na stołku showrunnera nie mogło się nie udać. 

„The Mandalorian” to znakomita rozrywka dla widza w każdym wieku – od dzieci po starych wyjadaczy. Znam przypadki, gdzie przed ekranem zasiada cała rodzina w pełnym przekroju wiekowym, z wypiekami na twarzy śledząc przygody tajemniczego Mandalorianina. I właśnie o to chodzi w „Gwiezdnych Wojnach”!

Wniosek: Bardzo fajny kosmiczny western!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


"El Camino"

"El Camino"

O czym to jest: Domknięcie wątków kultowego serialu "Breaking Bad".

breaking bad film netflix pinkman heisenberg

Recenzja filmu:

Pamiętacie jeszcze kultowy serial „Breaking Bad”? Jego sława już nieco przygasła, ale to wciąż wspaniały, wybitnie zagrany i głęboko przejmujący kawałek telewizji. Opowieść o nauczycielu chemii, który przekształca się w demonicznego mafiosa i wytwórcę metamfetaminy, nie straciła nic na swojej aktualności. I choć to Walter White (w tej roli niezapomniany Bryan Cranston) był w serialu głównym bohaterem, to równie ważną rolę pełnił jego pomocnik Jesse Pinkman (grany przez Aarona Paula). I to właśnie o nim opowiada film „El Camino”

Produkcja stanowi bezpośredni sequel serialu i jednocześnie jego epilog, domykając nieliczne luźne wątki. Kluczowe pytanie w takiej sytuacji brzmi: czy ten film był w ogóle potrzebny? Moim zdaniem – choć wielu się ze mną nie zgodzi – niekoniecznie. I to pomimo faktu, że jestem ogromnym fanem serialu! „Breaking Bad” to dla mnie dzieło kompletne, poprowadzone z wyczuciem i sensem od A do Z. Wszystkie postacie dotarły do celu, wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione. Finalny los Pinkmana, choć teoretycznie niepewny, dawał swobodną interpretację i pole dla wyobraźni widza. „El Camino” rusza dokładnie z miejsca, w którym zakończyło się ostatnie ujęcie „Breaking Bad”. Ale nie jest przy tym w żaden sposób odkrywcze czy zaskakujące. Finał przynosi Pinkmanowi dokładnie to, czego mogliśmy się spodziewać. Czy naprawdę trzeba było na to poświęcać aż dwie godziny czasu ekranowego? 

Oczywiście miło było zobaczyć niemal wszystkich istotnych aktorów, którzy pojawili się w serialu (to zasługa licznych flashbacków). Nie mogę też nic odmówić sprawności technicznej twórców. Zdjęcia plenerów Nowego Meksyku są naprawdę imponujące, podobnie jak przejmująca gra aktorska – tu palmę pierwszeństwa oddaję oczywiście Aaronowi Paulowi (ale i mojemu ulubieńcowi, Jessy'emu Plemonsowi w roli Todda). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że całe „El Camino” powstało, by wspomóc podupadającą karierę aktorską Paula i przy okazji zapewnić twórcom i obsadzie towarzyskie spotkanie po latach. Nie jestem przekonany, czy wejście ponownie do tej samej rzeki było dobrym rozwiązaniem. „El Camino” było tylko – i aż – kolejnym odcinkiem „Breaking Bad”. Ja jednak od samodzielnego filmu wymagam nieco więcej. 

Film polecam przede wszystkim fanom serialu. Zwłaszcza tym, którzy dopiero go poznają i będą mieli okazję obejrzeć „El Camino” w ciągu. To zdecydowanie najlepsze rozwiązanie!

Wniosek: W zasadzie niepotrzebny epilog świetnego serialu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Breaking Bad"! >>>


"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")

"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")

O czym to jest: Ostatni Rewolwerowiec walczy z Człowiekiem w Czerni, by ocalić wszechświat.

mroczna wieża film stephen king elba mcconaughey

Recenzja filmu:

Zanim wypowiem się na temat tego filmu, muszę zaznaczyć, że jestem ogromnym fanem literackiego cyklu "Mroczna Wieża" autorstwa Stephena Kinga. Przeczytałem wszystkie osiem tomów z wypiekami na twarzy, poznałem też wielotomową serię prequelowych komiksów. Na nakręcenie adaptacji czekałem od lat i miałem co do niej ogromne oczekiwania. Dlatego moja recenzja jest podwójna - z jednej strony wypowiem się na temat filmu jako takiego, a z drugiej ocenię go jako adaptację kultowego i ogromnego materiału źródłowego.

Na wstępie powiedzmy sobie wprost, że książkowa "Mroczna Wieża" to zlepek tylu motywów i wątków, że próba ekranizacji to fabularny koszmar scenarzysty. Western, horror, kryminał, science-fiction, fantasy, film gangsterski - wszystkie gatunki wrzucone do jednego kotła i solidnie zamieszane. Wszyscy się spodziewali, że filmowa "Mroczna Wieża" będzie dosłowną ekranizacją pierwszego tomu, czyli "Rolanda". A tymczasem reżyser i producenci wycięli wszystkim niezły numer. Film jest bowiem zlepkiem wątków z kilku książek - z czego najwięcej wzięto chyba z siódmego tomu, nomen omen "Mrocznej Wieży" (mam tu na myśli więzienie Algul Siento, Łamaczy Promienia i Taheenów). W tym kontekście nikogo nie powinien dziwić tytuł filmu. A co do zmian fabularnych, to nie ma co się oburzać - wierni fani zrozumieją wszystko widząc, że filmowy Roland nosi przy sobie Róg Elda. Ktokolwiek dotrwał do ostatniej strony książek ten zrozumie, jak sprytnie twórcy rozwiązali problem wszelkich nieścisłości. Absolutna rewelacja! Bardzo mnie ciekawi, czy na ten pomysł wpadł sam Stephen King, czy któryś ze scenarzystów.

Oczywiście nie brakuje tu wątków z innych części cyklu - jest chociażby kultowe credo Rewolwerowców, Portale, Tęcza Maerlyna czy Dixie Pig. Co również istotne, "Mroczna Wieża" w tam samo dużym stopniu jak do książek, nawiązuje do innych ekranizacji dzieł Kinga, ze szczególnym wskazaniem na "Lśnienie", "Mr Mercedes" oraz "To". Nic w tym dziwnego, bo według samego autora cykl "Mroczna Wieża" to jego opus magnum, do którego nawiązują wszystkie książki i opowiadania, jakie stworzył w swoim życiu (wychodzi z tego takie quasi-uniwersum). Mimo to wiele opinii zarzuca filmowej "Mrocznej Wieży" zbytnie spłycenie i odgórne potraktowanie kingowej mitologii. Ale czy rzeczywiście? Owszem, film pozostawia uczucie niedosytu, ale nie z powodu płycizn fabuły, a raczej tego, że ewidentnie jest to tylko jedna z wielu przygód Rolanda Deschaine'a w drodze do tytułowego Centrum Wszechświata. Dlatego mam nadzieję, że powstaną kolejne części (w formie filmu lub serialu), które pociągną wątki dalej. Myślę, że wtedy wszyscy docenią ten film jako dobry wstęp do epickiej historii.

Drugą mocną kontrowersją był wybór aktorów. Nie da się ukryć, że Idris Elba mało przypomina książkowy pierwowzór Rolanda, wzorowany na Clincie Eastwoodzie. Ale czy naprawdę typ milczącego herosa-macho, aktualnego w latach 80. (gdy powstała pierwsza książka), przyciągnąłby serca widowni w 2017 roku? Mam pewne wątpliwości. Roland Idrisa Elby to zmęczony walką i ciągłymi porażkami zgorzkniały człowiek, który de facto już się poddał. Nie obchodzi go Mroczna Wieża i ocalenie wszechświata. Jedyne czego chce, to zemsta na Człowieku w Czerni, odpowiedzialnego za wszelkie nieszczęścia w jego życiu. To dość nowatorskie podejście do postaci Rewolwerowca, jakiego znamy z książek, i nawet mi się podobało. Swoją drogą Matthew McConaughey jest odpowiednio diaboliczny i złowieszczy, jak przystało na postać Czarnoksiężnika - jego kreacja zasługuje na wielkie uznanie. Podobnie niezły jest Tom Taylor w roli Jake'a Chambersa, młodego chłopca którego losy i talenty zmienią życie Rolanda, i być może całego wszechświata. 

Na samym końcu wspomnę o znakomitych efektach specjalnych i scenach akcji, a zwłaszcza westernowej rzeźni w wykonaniu Rolanda. Jest na co popatrzeć! Myślę, że osoby które nigdy nie czytały książek Kinga, ocenią "Mroczną Wieżę" jako niezły i widowiskowy film akcji - a przecież o to chodziło. A że jest krótki? Pewien reżyser powiedział kiedyś, że gdy podczas montażu usuwa scenę, a film bez niej dalej ma sens, oznacza to że była niepotrzebna. W "Mrocznej Wieży" nie ma niepotrzebnych scen i dłużyzn, ale to dobrze wpływa na tempo opowieści. Film jest wartki, ciekawy, wzbudzający ciarki i zachęcający do dalszych przygód. Oby je kiedyś nakręcono!

Wniosek: Niezłe jako film i całkiem w porządku jak na adaptację.


"Metal Hurlant Chronicles"

"Metal Hurlant Chronicles"

O czym to jest: Antologia krótkich, ponurych historii SF.

heavy metal serial recenzja

Recenzja serialu:

Czy są na sali jacyś hardcore'owi fani science fiction? Jeśli tak, to mam coś dla was. Ale ostrzegam, ciężko to przetrawić komuś, kto źle się odnajduje w kiepskich efektach specjalnych, marnym aktorstwie, dużej ilości lateksu i piersiastych blondynkach z wielkimi spluwami. Chociaż z drugiej strony, czy nie właśnie po to oglądamy produkcje science fiction...?

Zaletą "Metal Hurlant Chronicles", i to ogromną, jest pomysł. I w zasadzie tyle. Zacznijmy może od źródła: w latach 70. i 80. we Francji wydawano antologię komiksów SF pt. "Métal Hurlant" (znaną również w USA pod nazwą "Heavy Metal"). Do dziś ta seria cieszy się sporą estymą wśród starszego pokolenia miłośników fantastyki. Na tej podstawie w 2012 roku wspólnymi siłami francusko-belgijskimi nakręcono anglojęzyczny serial, składający się łącznie z dwunastu 20-minutowych odcinków. Każdy z nich to osobna opowieść (choć niektóre są ze sobą fabularnie związane), dziejąca się w różnych miejscach, epokach i realiach. Łączy je dystopijna rzeczywistość i zwiastun nadchodzącej apokalipsy, symbolizowany przez żywą, krzyczącą asteroidę, zwaną Métal Hurlant. Akcja rozciąga się od para-średniowiecznej fantastyki, przez western, realia I wojny światowej, czasy współczesne, aż do dalekiej przyszłości i innych planet. Nie brakuje kosmitów, bitew kosmicznych, wymachiwania mieczami, robotów, mutantów czy dużych eksplozji. Wszystko to okraszono stylistyką z pogranicza S&M, tak charakterystyczną dla francuskich produkcji SF (i obecną również w wysokobudżetowych produkcjach jak "Alien: Resurrection", a to z winy francuskiego reżysera). 

Raz jeszcze uprzedzam, że niski budżet spowodował, że efekty specjalne są tu naprawdę tragiczne. Ale dla fabuły i zwrotów akcji warto poświęcić te parę godzin życia przez ekranem (najlepiej w towarzystwie dobrych znajomych i kilku butelek z mocniejszą zawartością). Na osłodę dodam, że spotkacie tu wiele znajomych twarzy, w tym kilka naprawdę kultowych: Rutgera Hauera, Michaela Biehna, Joe Flanigana czy Johna Rhys-Daviesa. A na dodatek dużo pań całkowicie pozbawionych talentu aktorskiego, ale za to z wielkim biustem. Brzmi nieco jak recenzja filmu porno, prawda? No cóż, czasem trudno odróżnić, co jest czym.

Wniosek: Intrygujące fabularnie, tragiczne wizualnie. Dla wytrwałych.


"Free State of Jones" ("Rebeliant")

"Free State of Jones" ("Rebeliant")

O czym to jest: Dezerter z armii Konfederacji wznieca powstanie przeciwko bogaczom.

rebeliant film recenzja matthew mcconaughey

Recenzja filmu:

Nie lubię, gdy dystrybutorzy decydują za mnie, jaki film mam obejrzeć w kinie. Nawet gdy okazuje się, że dana produkcja nie jest najwyższych lotów, to chciałbym się sam o tym przekonać! Zwłaszcza że chłamu i tak nie brakuje… „Free State of Jones” to jedna z premier 2016 roku, która nie dotarła na nasze ekrany. Trochę to dziwne, skoro w głównej roli pojawił się tu - kasowy przecież - Matthew McConaughey. Ale cóż, w końcu niezbadane są płycizny umysłów polskich dystrybutorów... 

Posłuchajcie historii o Newtonie Knightcie, bo warto ją znać. Newton walczył jako żołnierz w Wojnie Secesyjnej po stronie Konfederacji. W pewnym momencie, mając dość podłych warunków, niesprawiedliwości wyłączającej synów bogaczy ze służby na froncie, a także rekwirowania prywatnego dobytku na użytek wojska, postanowił zdezerterować. Razem z sąsiadami postawił się tyranii wielkich właścicieli ziemskich, wzniecając autentyczne powstanie, zakończone de facto secesją hrabstwa Jones. Przez kilka lat Knight walczył z latyfundystami, chronił biednych i wyzwalał niewolników, których uważał za takich samych obywateli, jak białych sąsiadów. Doszło nawet do tego, że Knight rozwiódł się ze swoją żoną, po czym ożenił z Afroamerykanką imieniem Rachel, a następnie jego dzieci z pierwszego małżeństwa pożeniły się z dziećmi Rachel. Niesamowita historia, prawda? I zdecydowanie warta dobrego, pełnego akcji i sprawnie nakręconego filmu. Dlatego też bardzo mi przykro, że „Free State of Jones” nie spełnia tych kryteriów. 

Zacznijmy od tego, że to nudny i zdecydowanie za długi film, pozbawiony tempa i dramaturgii (co wydaje się być szokiem przy tak dobrym materiale źródłowym). Większość ujęć przedstawia Knighta w różnych pozach: w domu, na bagnach, w sklepie, z karabinem i bez. Aktorsko jest wprawdzie nieźle (McConaughey to solidna firma), ale to za mało, by porwać widza w rytm przygody. Gdybym to ja kręcił ten film, skupiłbym się wyłącznie na wątku Wojny Secesyjnej, dezercji oraz rebelii Knighta, zakończonej kapitulacją Konfederacji i wkroczeniem wojsk Unii do hrabstwa Jones. Niestety reżyser postanowił przeciągnąć fabułę na kolejne lata po wojnie, co całkowicie zabiło tempo. Wyszła z tego ewolucja kina akcji w średnio udany dramat. Jeśli twórcy chcieli pokazać ciężki los niewolników i zrobić z „Free State of Jones” drugie „12 Years a Slave”, to nie bardzo im to wyszło. Cóż za zmarnowanie potencjału na dobre, historyczne kino akcji! 

Ale to nie to jest najgorsze w tym filmie. Z niezrozumiałych powodów XIX-wieczną fabułę przeplatano z losami potomka Knighta, sądzonego w latach 60. za swoją przynależność rasową. Wyglądało to mniej więcej tak: akcja, akcja, akcja - skok na salę sądową do lat 60. - znowu akcja. Absurd! Jeszcze gdyby cały film był nakręcony w formie flashbacka i rozpoczął się na sali sądowej, to bym to przełknął. Ale ten motyw pojawia się nieoczekiwanie dopiero w połowie filmu, przez co wprowadza jedynie zamieszanie i chaos w scenariuszu! Niestety nie ze wszystkiego da się zrobić ambitną produkcję wartą worka nagród. Czasem by osiągnąć sukces wystarczy po prostu nie kombinować i trzymać się klarownej, wydeptanej ścieżki. Kto drogi prostuje, ten w polu nocuje! 

Technicznie „Free State of Jones” jest poprawne pod względem realiów czasów Wojny Secesyjnej, aczkolwiek nie porywa. Najlepsze produkcje tworzą iluzję rzeczywistości i nie dają się odróżnić od filmów dokumentalnych. Tym razem, niestety, tak nie było. Zabrakło magii, dobrego scenariusza i sprawnego reżysera. Szkoda.

Wniosek: Ta historia zasługiwała na o WIELE lepszy film!


"Bone Tomahawk"

"Bone Tomahawk"

O czym to jest: Szeryf i jego ekipa próbują uratować ludzi przed Indianami-kanibalami.

bone tomahawk film recenzja russell wilson fox

Recenzja filmu:

Kurt Russell urodził się, żeby grać w westernach. Po obejrzeniu trzech jego filmów z tej epoki (w tym takich hitów jak „Tombstone” oraz „The Hateful Eight”) nie mam co do tego żadnych wątpliwości. A co ważne, Russell ma też nosa do wybierania dobrych produkcji, gdzie najważniejszy jest wybitny scenariusz. W przypadku „Bone Tomahawk” już od pierwszych scen wiadomo, że trafił nam się film niezwykły, odważny i awangardowy mimo osadzenia w realiach XIX wieku. 

Ostatnio raz za razem zachwycam się najnowszymi westernami (wyjątek stanowią wpadki takie jak reboot „Siedmiu Wspaniałych”). I jest ku temu powód, bowiem aby przebić się w tym starym gatunku kina, współcześni twórcy muszą sięgać po awangardę i przemyślaną, głęboką fabułę, by wybić się na tle dziesiątek lat konkurencji. Ponadto konwencja westernu pozwala na nieskrępowane użycie przemocy, czasem aż do granicy groteski (przypomnijcie sobie chociażby to, co wyrabiał Tarantino w „Django”), a także sięganie do pierwotnego, wręcz zwierzęcego naturalizmu (tu warto wspomnieć o doskonałym „The Homesman”). Dokładnie to oferuje nam „Bone Tomahawk”, dodając do tego wybitnych aktorów oraz hipnotyczną warstwę wizualną, wzmocnioną naturalnymi dialogami. Jak na debiut reżyserski jest lepiej niż dobrze, jest wręcz kultowo! Jeśli widzieliście kiedyś "The Missing", to również wiecie, jakiego klimatu możecie się tu spodziewać.

Bardzo czekałem na ten film w polskich kinach. I owszem, pojawił się we Wrocławiu w małym kinie studyjnym - seans był w środku tygodnia o 13:00. Uważam to za potworne zmarnowanie potencjału, bo „Bone Tomahawk” miał wszystko co potrzebne, by stać się hitem. Nie był gorszy od „Slow West”, a to dzieło miało znacznie lepszą dystrybucję (jestem pewien, że to tylko i wyłącznie z powodu tymczasowej magii nazwiska Fassbender). Przecież to, co Kurt Russell robi w tym filmie, zakrawa na doskonałość! Co istotne, mimo że jego postać szeryfa fizycznie wygląda tak jak w „The Hateful Eight”, to zagrał go zupełnie inaczej, co tylko podkreśla niezwykły talent tego kultowego aktora. Ale równie wybitny jest Patrick Wilson w roli zrozpaczonego męża, próbującego uratować żonę porwaną przez Indian-kanibali. Przez cały film niemal fizycznie odczuwałem jego ból złamanej nogi, która jednak nie powstrzymała go, by wyruszyć na ratunek małżonce. To się nazywa poświęcenie! Miłośnicy serialu „Lost” będą też mile zaskoczeni widząc Matthew Foxa w realiach westernu. I to jeszcze w takim stylu! 

Jeśli tylko będziecie mieli okazję, obejrzyjcie ten film. Ale ostrzegam! Jest wyjątkowo naturalistyczny. Mimo że byłem świadkiem przelewania oceanu krwi na ekranie, to scena oprawiania ofiary żywcem przez kanibali poruszyła nawet moje kamienne serce. Bo musicie pamiętać, że „Bone Tomahawk” oprócz tego, że jest doskonałym westernem, jest też pełnokrwistym horrorem. Z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.

Wniosek: Mega dobry film. Uwaga, bardzo naturalistyczny!


"Westworld" [2016]

"Westworld" [2016]

O czym to jest: Co się dzieje w futurystycznym parku rozrywki, gdzie roboty udają Dziki Zachód.

westworld serial HBO recenzja nolan abrams

Recenzja serialu:

Na początku byłem na "nie" jeśli chodzi o ten serial. Chyba po prostu osiągnąłem punkt nasycenia ambitnymi produkcjami telewizyjnymi, z głęboką (często wielopoziomową) fabułą, gdzie tajemnice i wskazówki trzeba zbierać jak okruszki chleba, po to by w finale złożyć z nich bochenek. Ale oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zmierzyć się z "Westworld", co niniejszym uczyniłem. A czy było warto?

Oryginalny film "Westworld" z 1973 roku zawierał rewelacyjny pomysł... i w zasadzie tyle. Sposób prowadzenia akcji i scenariusz pozostawiał sporo do życzenia. W serialowym reboocie zadbano zatem, by niczego nie brakowało. I przyznaję, że nawet największy malkontent nie będzie potrafił wskazać słabych technicznych punktów. Jest znakomity pomysł (taki jak w 1973 roku, a mimo to wciąż oryginalny), wielopoziomowy scenariusz, świetne dialogi, doskonali aktorzy (w tym kultowy jak za dawnych lat Anthony Hopkins i sam Ed Harris!), realizm, strzelaniny, pokłosie trupów, sex, kostiumy jak za bajki i niezwykle udany mariaż science fiction z westernem (zupełnie jak w "Firefly"). Czy to oznacza, że odkryliśmy serial doskonały? Niezupełnie. W tym zestawie zalet, postawionych jedna obok drugiej, zawiera się bowiem jedna, jedyna wada "Westworld" - przesyt!

Otóż to, wszystkiego jest po prostu za dużo! Nie mówię tego zbyt często, ale serial zawiera po prostu zbyt dużo warstw, co skutkuje znużeniem i zniecierpliwieniem przedłużającą się drogą do finału. Gdyby tak pierwszy sezon skrócić z 10 do 6 odcinków, byłoby idealnie. Niestety "Westworld", podobnie jak wcześniej "Lost" albo "Interstellar" (stworzone, co istotne, przez tych samych ludzi), chce pokazać za dużo, zapominając że czasem mniej znaczy więcej. Wbrew pozorom widz nie potrzebuje aż tylu wskazówek, zagwozdek i pokręconych zwrotów akcji, by zachwycić się serialem tego typu. Mi osobiście wystarczyłaby zwykła opowieść o robotach buntujących się przeciwko ludziom. Ale chyba po prostu mam jakiś fetysz na tym punkcie.

Zdaję sobie sprawę, że zapewne jestem w mniejszości, narzekając na "Westworld". Dlatego też już przestaję i raz jeszcze chciałbym pochwalić ten serial za perfekcyjną realizację, która raz jeszcze postawiła HBO na piedestale telewizji. Jestem też zadowolony, że finał pierwszego sezonu przyniósł oczekiwaną odpowiedź na większość pytań, wyjaśniając równocześnie pozorne niejasności pierwszych odcinków. Żałuję tylko, że musiałem spędzić przed ekranem aż 10 godzin, by je otrzymać. Ale dla kogoś, kto zakochał się w futurystycznym świecie Dzikiego Zachodu, zapewne zawsze będzie mało, więc zostawmy to tak jak jest. Z zainteresowaniem obejrzę drugi sezon i zobaczę, dokąd poprowadzą nas twórcy. Ufam, że znają drogę.

Wniosek: Świetnie zrobione, ale zdecydowanie zbyt przegadane.


"Westworld" ("Świat Dzikiego Zachodu") [1973]

"Westworld" ("Świat Dzikiego Zachodu") [1973]

O czym to jest: Roboty buntują się w parku rozrywki udającym epoki historyczne.

świat dzikiego zachodu film 1973 recenzja brolin brynner

Recenzja filmu:

Przyznaję, że raczej nie sięgnąłbym do tej produkcji, gdyby nie tegoroczny serialowy hit, a więc "Westworld" wyprodukowany przez HBO - rzecz jasna remake tegoż filmu. O ile co do serialu mam swoje zastrzeżenia, to do tego filmu mam ich niestety więcej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że biorąc pod uwagę rok produkcji (1973), futurystyczna wizja parku rozrywki, gdzie roboty odtwarzają dla gości realia Dzikiego Zachodu, musiała wyglądać oszałamiająco. Ponadto jeśli zdamy sobie sprawę, że "Westworld" nakręcono w tym czasie co oryginalnego, gumowego "Star Treka", zobaczymy mega różnicę w jakości wykonania. Dość powiedzieć, że po raz pierwszy w historii kina zastosowano tu komputerowe efekty specjalne!

Autorem pomysłu na "Westworld" jest Michael Crichton - ten sam facet, co wymyślił "Park Jurajski" oraz "Ostry Dyżur", więc nie ma wątpliwości, że znał się na pisaniu scenariuszy. Niestety gorzej z reżyserią, bo "Westworld", mimo że zachwyca pomysłem, nie posiada niestety nic więcej! To tak naprawdę prosta historia o buncie robotów, w której nie ma absolutnie nic więcej. W większości filmów twórcy próbują przekazać jakąkolwiek głębszą treść, jakieś przesłanie czy chociażby refleksję nad ludzkim charakterem albo rzeczywistością. A tutaj? Mamy wprawdzie dwóch turystów, ściganych przez pół filmu przez Yula Brynnera (który - co ciekawe - powtarza swoją rolę Człowieka w Czerni z "Siedmiu Wspaniałych"), co dodaje akcji nieco "ludzkiego" punktu widzenia. Ale prócz tego nie ma absolutnie nic! Żadnej wskazówki, dlaczego roboty się buntują lub co powoduje ich bunt. A film science-fiction, który nie daje odpowiedzi na takie pytania, wydaje mi się po prostu niedopracowany.

Rozumiem, czemu "Westworld" jest dla wielu produkcją kultową - przed tym filmem nikt nie nakręcił czegoś w tym stylu. Tak na marginesie, to tytuł może być trochę mylący, bo prócz realiów Dzikiego Zachodu, goście mieli też do wyboru średniowieczną Europę oraz antyczny Rzym. W serialu ograniczono (póki co) realia wyłącznie do amerykańskiego pogranicza, z zyskiem dla fabuły. Kto wie, może gdyby tak samo Crichton postąpił z tym filmem, wyszłoby lepiej. A tak jest nudno i niekompletnie.

Wniosek: Dobry pomysł na film, ale praktycznie bez treści!


"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [2016]

"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [2016]

O czym to jest: Siedmiu zabijaków broni miasteczka przed chciwym biznesmenem.

siedmiu wspaniałych 2016 film recenzja washington pratt hawke

Recenzja filmu:

Bywają remake’i, które są dobre. Bywają też takie, które są złe lub po prostu niepotrzebne. Ale rzadko zdarza się film, który jest zły i niepotrzebny jednocześnie! Niestety nowa wersja „Siedmiu Wspaniałych”, czyli remake kultowego westernu z 1960 roku, może stanowić podręcznikowy przykład tego, jak nie robić filmów. 

To westernowy odpowiednik filmu pornograficznego, z tą różnicą, że sceny seksu zastąpiono absurdalnymi strzelaninami. Oprócz tego wszystko się zgadza: brak fabuły, nędzna gra aktorska, drewniane dialogi i poczucie zmarnowanego czasu. Po pierwszych dziesięciu minutach filmu spojrzałem na zegarek. Po pół godzinie miałem ochotę wyjść z kina (niektórzy zresztą wychodzili). Już po zwiastunie, z którego poprawność polityczna lała się szerokimi strumieniami, wiedziałem że może być kiepsko. Ale w najczarniejszych snach nie przewidywałem, że reżyser „Dnia Próby”, scenarzysta „Detektywa” oraz gwiazdorska obsada (Denzel Washington, Chris Pratt, Ethan Hawke) zgotują nam taki pasztet. Tego po prostu się nie da oglądać! Oczywiście doceniam techniczną biegłość, efektowne strzelaniny rodem z gry komputerowej (czytaj: niekończącą się amunicją i gargantuiczną ilością przeciwników z bossem na końcu), eksplozje dynamitu, a także wirtuozerię walk nożami, łukiem czy tomahawkami. Ale takie sceny, bez podparcia jakąś sensowną fabułą i emocjami, są po prostu tępą sieczką, które bardziej pasowałaby do parodii, a nie pełnokrwistego westernu. Chcecie efektownej, współczesnej i zarazem porywającej strzelaniny w westernie? Zajrzyjcie chociażby do „Slow West” – tam wiedzieli, jak to się robi!

Zarówno w oryginalnych „Siedmiu Samurajach”, jak i "Siedmiu Wspaniałych" z 1960 roku, był ten sam przekaz. Samuraje/rewolwerowcy stanowili uosobienie honorowej i przemijającej epoki, a walka była dla nich jedynym sposobem na życie. To powód, dla którego podjęli się obrony wioski terroryzowanej przez bandytów, mimo że nie miało im to przynieść majątku, a jedynie wysokie ryzyko śmierci. Tacy po prostu byli – a na koniec, jak stwierdził przywódca wojowników w jednym i drugim filmie, i tak przegrali w porównaniu z farmerami. „My zawsze przegrywamy”, rzekli obydwaj. Tymczasem w tym filmie sensem historii jest zemsta Denzela Washingtona na przywódcy bandytów (z jakiegoś powodu będącego po prostu chciwym biznesmenem), bez żadnych górnolotnych przesłanek. Nie ma też żadnego wiarygodnego powodu, by którykolwiek z pozostałych rewolwerowców się do niego przyłączył. Ikoniczne zbieranie drużyny zamienione jest w karykaturę, również przypominającą grę komputerową: idź do miejsca X, dodaj towarzysza do drużyny za pomocą kliknięcia, idź dalej. Przepraszam bardzo, ale do udanego filmu potrzeba czegoś więcej!

Jeszcze słówko o samej drużynie. Ja wiem, że większe miejsce dla wszelakich mniejszości na ekranie jest jak najbardziej potrzebne. Ale czy naprawdę trzeba to robić w filmach z epok historycznych, gdzie wygląda to absurdalnie? Oto skład naszej drużyny: Afroamerykanin (swoją drogą kwestię, z przeproszeniem, „czarnego z bronią” doskonale poruszał film „Django Unchained”), Latynos, Indianin, Azjata i trzech białych, z których jeden jest szaleńcem, drugi pijakiem z kryzysem osobowości, a trzeci niepoważnym wesołkiem. Doliczmy też zabójczą kobietę, która jest de facto „ósmym wspaniałym”, no i zawoalowany bromance między dwójką rewolwerowców, a mamy obstawione wszystkie fronty mniejszości etnicznych, płciowych i seksualnych. Tylko czy ma to sens w westernie? Pamiętam, że lata temu Mel Brooks nakręcił „Płonące Siodła”, parodię westernów z czarnym szeryfem w roli głównej. A teraz mamy „Nienawistną Ósemkę”, nowych „Siedmiu Wspaniałych”… Jak to się stało że coś, co kiedyś było żartem wyśmiewającym rasistowską przeszłość Dzikiego Zachodu, zaczęło być traktowane na serio? Jeszcze widzowie uwierzą, że Afroamerykanie w XIX wieku w USA byli pełnoprawnymi obywatelami. Niestety rzeczywistość nie była tak różowa…

Denzel Washington był tu do bólu niejaki. Chris Pratt grał na tą samą nutę co w „Strażnikach Galaktyki” i nawet nie spróbował wykrzesać czegokolwiek więcej. Tylko Ethan Hawke próbował stworzyć jakąś głębię i nawet mu się to udało (może dlatego, że był jedyną postacią o tym samym archetypie, co jeden z członków drużyny z 1960 roku). Podejrzewam, że gdyby ten film był zwykłym westernem, nie oceniłbym go tak surowo. Ale jeśli stanął w ringu z kultowymi gigantami, nie zamierzam mieć dla niego żadnej litości!

Z oryginalnej historii prócz tytułu nie zostało w tym filmie nic. Moim zdaniem nie jest godny tego, by nosić tytuł „Siedmiu Wspaniałych”. To po prostu inna, a na dodatek słaba, historia. Niewarta ceny kinowego biletu.

Wniosek: Bardzo słaby film. Niegodny kultowego oryginału!


"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [1960]

"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [1960]

O czym to jest: Siedmiu rewolwerowców broni meksykańskiej wioski przed bandytami.

siedmiu wspaniałych 1960 film recenzja brynner mcqueen

Recenzja filmu:

Krytycy tego filmu (naprawdę są tacy - choć na szczęście jest ich niewielu) zarzucają mu głównie, że jest plagiatem. I oczywiście prawdą jest, że "Siedmiu Wspaniałych" z 1960 roku garściami czerpie z fabuły japońskiego hitu "Siedmiu Samurajów" nakręconego w 1954 roku. Mało tego, twórcy oficjalnie przyznali się do tego w napisach początkowych! Ale trzeba pamiętać, że sam Akira Kurosawa, reżyser oryginału, obejrzawszy western stwierdził, że jest to zupełnie inny (choć podobny) film. I muszę przyznać, obejrzawszy te dzieła jedno po drugim, że miał rację.

Nie mówię tu tylko o przeszczepieniu historii o siedmiu herosach do zachodnich realiów. "Siedmiu Samurajów" to bardzo dojrzała opowieść o rycerskich wartościach, o honorze, odwadze i okrucieństwie czasów średniowiecznej Japonii. Tymczasem "Siedmiu Wspaniałych" to zwykły western, pełen ogranych klisz i utartych schematów. Ale dzięki znakomitej reżyserii i cudownym kreacjom aktorskim, to też jeden z najwybitniejszych filmów w swojej klasie, który przeszedł do historii kina. Mimo że oglądałem go już dziesiątki razy, wciąż na nowo wciąga mnie w porywającą historię o grupie rewolwerowców, którzy kulom się nie kłaniali.

Yul Brynner jest chyba moim ulubionym bohaterem westernów, zaraz po szeryfie w wykonaniu Gary'ego Coopera z "W Samo Południe". Ubrany na czarno, łysy i śmiertelnie niebezpieczny, stworzył kreację jednego z większych twardzieli Dzikiego Zachodu. Jego kultowość dopełnia równie utalentowany partner grany przez Steve'a McQueena - znakomity strzelec i domorosły filozof z zawadiackim uśmiechem nie schodzącym z twarzy. Jeśli tego wam mało, to pomyślcie że grają tu też Charles Bronson, Robert Vaughn i James Coburn, kultowi aktorzy z okresu lat 60. i 70. No i nie zapominajmy o cudownym Eli Wallachu w roli bandyty Calvery, którego znacie jako tytułowego Brzydkiego z epokowego westernu Sergio Leone "Dobry, Zły i Brzydki". Ostrzegam, od tej ilości kultu telewizor może dokonać samozapłonu! 

To znakomity western, świetna rozrywka i doskonały sposób na spędzenie wolnych dwóch godzin. Polecam wracać do niego od czasu do czasu - gwarantuję, że wciąż dostarcza tyle samo frajdy.

Wniosek: Kultowe tak jak oryginał, ale w inny sposób.


"Hell or High Water" ("Aż Do Piekła")

"Hell or High Water" ("Aż Do Piekła")

O czym to jest: Dwóch braci rabuje banki w Teksasie, by ratować rodzinną farmę.

aż do piekła film recenzja pine foster bridges

Recenzja filmu:

Cieszę się, że coraz częściej trafiam na produkcje, które na pierwszym miejscu stawiają klimat opowieści. Tak było z "Sicario" czy z "No Country for Old Men", tak też jest z neo-westernem "Hell or High Water". Gdyby istniał miernik klimatu filmu, przy tej produkcji poszybowałby do samej góry. Zaręczam: trudno będzie wam znaleźć bardziej teksańską historię w historii kina!

To opowieść o dwóch braciach, klasycznych antybohaterach, którzy (przymuszeni przez nastawiony na wyzysk amerykański sektor bankowy) nie mają wyjścia i schodzą na złą ścieżkę. Ich łupem padają banki, a ich cel to zebranie odpowiedniej sumy gotówki, by spłacić kredyt zaciągnięty pod zastaw ziemi na leczenie umierającej matki. Całkiem szlachetnie pobudki, prawda? Niemniej bracia nie cofną się przed niczym, co w konsekwencji musi doprowadzić do rozlewu krwi. Ich tropem podąża będący krok przed emeryturą Strażnik Teksasu o prezencji starego, zgryźliwego szeryfa z dawnych westernów. Kto wygra w tym wyścigu? Albo czy w ogóle może tu być jakiś zwycięzca?

Jest w tym filmie tyle Teksasu, ile tylko dało się upchnąć w dwóch godzinach na ekranie. Plenery (mimo, że zdjęcia powstały w Nowym Meksyku), mentalność ludzi, zwyczaje, a także typowy dla amerykańskiej prowincji brak perspektyw - to obraz prawdziwego pogranicza, które mimo XXI wieku wcale nie zanikło na południu USA. Ten unikalny nastrój to pierwszy powód, by obejrzeć "Hell or High Water". Drugim jest solidna robota filmowa, odpowiednio dozująca elementy kryminału, filmu sensacyjnego, thrillera i kina akcji. Jest tu też zadziwiająco dużo humoru, którego widz raczej się nie spodziewa w takim kinie. Nie można też zapominać o doskonałych aktorach, dobranych do głównych ról. Jeff Bridges jako stary policjant jest po prostu świetny, grając w nieco wyświechtany, znany widzom sposób, charakterystyczny dla dawnych gwiazd westernu, takich jak John Wayne albo Gary Cooper. W rolach braci wystąpili Ben Foster (w końcu doczekał się świetnej roli), a także - co dla mnie ważniejsze - Chris Pine, na którego ostatnio trafiam bardzo często. I powiem wam, że Pine totalnie zawojował ekran, tworząc postać zupełnie inną od swoich dotychczasowych ról, a przy tym wielce wiarygodną. I to jest właśnie wyznacznik dobrego aktorstwa.

Trudno mi sobie wyobrazić, by "Hell or High Water" mogło się komuś nie spodobać. To po prostu uniwersalnie dobry film!

Wniosek: Świetny film z niesamowitym klimatem.


"The Revenant" ("Zjawa")

"The Revenant" ("Zjawa")

O czym to jest: Pozostawiony na śmierć traper wyrusza się zemścić.

zjawa film recenzja plakat leonardo dicaprio tom hardy

Recenzja filmu:

Gdyby Terrence Malick nakręcił remake "Jeremiah Johnsona", wyszedłby mu "The Revenant". Tak w jednym zdaniu można streścić ten film. Ale wyjaśnijmy dokładnie, co mam na myśli. Musicie wiedzieć, że "Jeremiah Johnson", wspaniały western z Robertem Redfordem z 1972 roku, to mój ulubiony film i w moim odczuciu najlepszy, jaki widziałem w życiu. Oparty jest na faktach i opowiada o traperze, który na początku XIX wieku mieszkał w dzikich ostępach Ameryki Północnej - tam polował, miał rodzinę, walczył z Indianami... Brzmi znajomo? Owszem, bo dokładnie o tym samym opowiada "The Revenant" autorstwa meksykańskiego reżysera Alejandro G. Iñárritu, choć jest oparty na innych zdarzeniach i innej legendarnej postaci z historii Dzikiego Zachodu.

Rzecz wydarzyła się w 1823 roku. Hugh Glass, doświadczony traper, został ciężko ranny w starciu z niedźwiedziem. Jego towarzysze, zakładając że prędko umrze na skutek odniesionych ran, wrzucili go żywcem do grobu i zostawili na pewną śmierć. Tymczasem Glass, nie dość że wyczołgał się z grobu, to jeszcze ruszył za kompanami w pogoń... Oto prawdziwa historia, którą film opowiada dosyć wiernie, choć z koniecznymi dla fabuły ubarwieniami i dodatkami. Trzeba zaznaczyć, że "The Revenant" to wizualny cud kinematografii - ale trudno się dziwić, bowiem zdjęcia do niego robił prawdopodobnie najlepszy obecnie operator świata, Emmanuel Lubezki (ten sam co filmował "Birdmana" i "Grawitację"). A ponieważ Lubezki to także ulubiony operator reżysera-poety Terrence'a Malicka, zapewne rozumiecie, dlaczego od razu ten film skojarzył mi się z jego dziełami. Nastrojowe kadry, piękne okoliczności przyrody kręcone przy naturalnym świetle, atmosfera pogranicza jawy i snu, a przy tym ogromna doza naturalizmu i tak bliskich ujęć, że oddech aktorów wręcz osadzał się na obiektywie kamery. "The Revenant" to uczta dla zmysłów, z niesamowitym podkładem dźwiękowym, który żal przegapić w kinie.

Jednocześnie to film niezwykle kameralny, wręcz zbyt kameralny jak na kino, dlatego czułem się trochę niekomfortowo, oglądając go na dużej sali pełnej widzów. Myślę, że lepiej bym się bawił, smakując go w domowym zaciszu, samotnie, na wygodnej kanapie i przy zgaszonym świetle. Technicznie jest oczywiście bez zarzutu i nie licząc kilku zgrzytów fabuły, nie jestem w stanie mu nic zarzucić. Ale czy było to arcydzieło? Sam nie wiem. Na pewno był za długi i chyba za bardzo nastawiony na przygodę i akcję. Brakowało mi momentów, w których Leonadro DiCaprio mógł pokazać coś więcej prócz potwornego, fizycznego poświęcenia (rzeczy, które robił na planie, np. kąpiele w lodowatych strumieniach, jedzenie surowego mięsa czy tarzanie się nago po śniegu prawdopodobnie przejdą do historii kina jako przykład wyrzeczeń dla roli). Ale dla mnie wybitny film musi mieć w sobie to "coś" co spowoduje, że poruszy najgłębszą strunę mojej duszy (tak jak to zrobił zeszłoroczny film duetu Iñárritu/Lubezki, czyli wspomniany "Birdman"). Niestety nie poczułem tego oglądając "The Revenant".

I teraz odpowiedzmy sobie na najważniejsze pytanie: czy DiCaprio zasłużył tą rolą na Oscara? Moim zdaniem, jeśli go dostanie, to niekoniecznie za ten film, a bardziej za całokształt dotychczasowej twórczości (wielka szkoda, że Leonardo nie otrzymał tej nagrody za "Wilka z Wall Street"). Uważam, że lepiej od DiCaprio w "The Revenant" zagrał Tom Hardy. Jego postać była niezwykle wyrazista, pełna głębi i ogromnie przejmująca. Dodajmy też, że Hardy był do siebie tak niepodobny, że gdyby nie to samo nazwisko, nigdy bym nie uwierzył, że to ten sam aktor, który zagrał w "Mad Maxie" czy "The Dark Knight Rises". Drugą gwiazdą był Domhnall Gleeson, którego przypadkowo widziałem tu w trzeciej roli z rzędu (po "Przebudzeniu Mocy" i "Ex Machinie"). I wiecie co? Również był tu absolutnie nie do poznania! Coś czuję, że z tego młodego aktora wyrośnie w przyszłości wielka gwiazda! Oczywiście nie twierdzę, że DiCaprio zagrał źle, bo zrobił to fenomenalnie. Jego poświęcenie dla tej roli, wysiłek jaki włożył w swoją postać i talent aktorski zasługują na wyróżnienie. Ale czy za dziesięć lat widzowie będą go pamiętać właśnie z tej roli? Obawiam się, że jednak z innych.

Nie wiem, czy lubicie westerny, ale powinniście poznać "The Revenant" choćby z powodów wizualnych. To jedna z głośniejszych premier tego roku, choć wszyscy spodziewaliśmy się nieco więcej. Na szczęście film dobry w 95% wciąż jest świetną rozrywką!

Wniosek: Wspaniały wizualnie, dobry film... Ale nie arcydzieło.


"The Hateful Eight" ("Nienawistna Ósemka")

"The Hateful Eight" ("Nienawistna Ósemka")

O czym to jest: Ośmioro nieznajomych zostaje uwięzionych w chatce pośrodku śnieżycy.

nienawistka ósemka film recenzja plakat quentin tarantino kurt russell

Recenzja filmu:

Zanim zacznę opisywać jedną z bardziej wyczekiwanych premier tego roku, wyjaśnijmy sobie jedno: wszystkie filmy Quentina Tarantino są dobre. Kropka. Wiadomo, niektóre są lepsze, inne trochę gorsze, ale wszystkie są dobre (wliczając również te, w których był tylko scenarzystą). Niemniej trzeba zaznaczyć, że od czasu do czasu zdarza mu się film wybitny, który przechodzi do historii kina. Taki dziełem był "Django", który - jak się okazało - za pomocą groteski i czarnego humoru we wstrząsający sposób rozprawił się z kwestią niewolnictwa w czasach Dzikiego Zachodu. Sam Tarantino zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, kręcąc zaraz po "Django" kolejny western, i to częściowo z tymi samymi aktorami. I niestety w tym nieuchronnym zestawieniu "The Hateful Eight" wypadło znacznie gorzej.

Osobiście doszedłem do następującego wniosku: Quentinowi nie wychodzi kręcenie filmów na poważnie. To, co czyni jego dzieła wybitnymi, to groteska oraz wspaniała szermierka słowna za pomocą znakomitych dialogów. Gdy jednak odedrze się takie dzieło z tarantinowskiego czarnego humoru, zaczyna się robić lekko niestrawnie. Co ciekawe, "The Hateful Eight" z dotychczasowych filmów reżysera przypomina najbardziej jego faktyczny debiut, a więc "Wściekłe Psy". Czyli jednym zdaniem: mamy grupę niebezpiecznych kolesi w zamkniętej przestrzeni, którzy sobie nie ufają i ukrywają przed sobą śmiertelnie groźne sekrety. Kto przeżyje, kto zginie, a kto wygra? Tego musicie się sami dowiedzieć. Może dlatego nie znalazłem w "The Hateful Eight" niczego specjalnie odkrywczego - wszystko to Tarantino pokazał nam już w 1992 roku.

Technicznie rzecz jasna jest bez zarzutu. Jest krwawo, a nawet bardzo krwawo (co też przywodzi na myśl wspomniane "Wściekłe Psy"). Reżyser nie szczędzi nam przemocy na ekranie, a nikt z bohaterów nie może się czuć bezpiecznie. Niestety dialogi są zaledwie poprawne, a montaż dosyć surowy - tak jakby Tarantino zamieścił w filmie wszystkie nakręcone sceny, bez żadnych cięć i edycji. Pod względem aktorskim wybiły się trzy kreacje. Po pierwsze Samuel L. Jackson w roli Łowcy Nagród, de facto główny bohater filmu, który nie miał u Quentina tyle czasu na ekranie od kultowego "Pulp Fiction". Drugą gwiazdą jest rewelacyjna Jennifer Jason Leigh w roli Więźniarki, nominowana (słusznie!) za tą rolę do Oscara. W pamięć zapadł mi też nieznany mi wcześniej Demián Bichir w roli Meksykańca, od którego wręcz nie mogłem oderwać wzroku. Co do pozostałych, to trzeba zaznaczyć, że oglądanie filmów Tarantino to jak wyprawa do ulubionego teatru, gdzie w kolejnych rolach grają ci sami aktorzy. W "The Hateful Eight" większość obsady była albo taka sama jak w innych rolach (Michael Madsen identyczny jak w "Kill Billu", Walton Goggins niemal identyczny jak w "Django"), albo też nieco gorsza (Kurt Russell był lepszy w "Grindhouse", a Tim Roth w "Czterech Pokojach"). Odnosiłem zresztą wrażenie, że rola Tima Rotha była idealnie napisana pod Christophera Waltza - aż dziw, że tu się nie pojawił. 

Oczywiście nie zapominajmy o najważniejszym: ogląda się to w porządku, o ile ktoś oczywiście lubi styl Quentina Tarantino. Jeśli reżyser dotrzyma słowa, czekają nas jeszcze tylko dwa filmy w jego wykonaniu, choć osobiście mam nadzieję, że nie będą to już westerny. Czas na nową epokę w twórczości reżysera. Może prohibicja?

Wniosek: Mogło być wybitne, a jest tylko dobre.


"Slow West"

"Slow West"

O czym to jest: Nastolatek szuka na Dzikim Zachodzie utraconej miłości.

slow west film recenzja plakat michael fassbender

Recenzja filmu:

Western nie umarł. O nie, wręcz przeciwnie. Czasy drugiej połowy XIX-wieku na amerykańskim Dzikim Zachodzie wciąż kryją w sobie mnóstwo fantastycznych historii, czego dowodem niech będą chociażby tegoroczny, rewelacyjny "The Homesman" czy tarantinowskie "Django" i "The Hateful Eight". Nowozelandzki western "Slow West" dołącza do tego zaszczytnego grona.

Michael Fassbender ma swoje pięć minut w Hollywood. Lada dzień na ekrany wejdzie "Makbet" z jego udziałem, a tu czeka na nas taka niespodzianka. W "Slow West" Fassbender gra cynicznego łowcę nagród o złotym sercu, który przygarnia (choć nie bezinteresownie) nastolatka ze Szkocji, szukającego utraconej miłości. Wspólnie przemierzają groźne, surrealistyczne ostępy Dzikiego Zachodu, przeżywając po drodze sporo przygód. "Slow West" to lekko psychodeliczna, lekko groteskowa, ale przede wszystkim dojrzała historia o idealistach i tym, jak bolesne bywa dla nich zderzenie z rzeczywistością. Młody szkocki szlachcic (w tej roli znakomity Kodi Smit-McPhee, którego karierę śledzę uważnie od czasów "Drogi"), widzi świat Dzikiego Zachodu przez różowe okulary i nic, nawet okrutne widoki mordów, gwałtów, bezprawia i grabieży, nie są w stanie pozbawić go sensu życia. Z kolei Fassbender, starając się utrzymać go przy życiu, próbuje odnaleźć własną duszę. Tyle jeśli chodzi o przekaz, aczkolwiek myślę, że wielu widzów odczyta to nieco inaczej (może nie aż tak dosłownie).

Film to przykład solidnej rzemieślniczej roboty. "Slow West" rzeczywiście jest "slow", akcja rozkręca się powoli, kapiąc z ekranu scena po scenie. Nie ma tu zbyt wielu dialogów, zresztą nie ma na nie miejsca, bo cały obraz trwa niecałe półtorej godziny. Ale to wystarczy, byśmy zrozumieli przekaz świata, który miał być Nowym, a okazał się być przechowalnią tego, co w Starym najgorsze. Nie myślcie jednak, że brakuje tu akcji - co to, to nie. Trup ściele się gęsto, a finałowa konfrontacja przynosi zupełnie nieoczekiwane rezultaty. Mimo to "Slow West" nie jest tak depresyjne jak wspomniany "The Homesman", głównie dzięki grotesce i sporej dawce czarnego humoru. Stara się nam przekazać coś ważnego o otaczającym nas świecie, a ja takie filmy zawsze cenię.

Nie jest to może arcydzieło, ale to naprawdę solidny obraz. Może mógłby mieć więcej głębi, ale wtedy zatraciłby swój "powolny" klimat. Poza tym to warto zobaczyć, jak tolkienowskie krajobrazy Nowej Zelandii udają Dziki Zachód.

Wniosek: Niezły western. Na kwasie.


"Sicario"

"Sicario"

O czym to jest: Agentka FBI dostaje przydział do oddziału zwalczającego meksykański kartel narkotykowy.

sicario film recenzja plakat emily blut benicio del toro

Recenzja filmu:

Kilkakrotnie - chociażby przy okazji "Breaking Bad" albo "No Country for Old Men", wspominałem o neo-westernie jako nowym gatunku filmowym. Akcja współczesnych westernów nie dzieje się jednak na preriach Dzikiego Zachodu w XIX wieku, ale w XXI wieku na amerykańsko-meksykańskim pograniczu. I zawsze zawiera następujące elementy: narkotyki, kartele i wielką dawkę brutalnej, krwawej przemocy. Taki właśnie jest film "Sicario".

Sicario w Meksyku oznacza płatnego zabójcę. Fabuła filmu rozpoczyna się jak kryminał, by w międzyczasie zmienić się w gęsty, mroczny thriller połączony z filmem sensacyjnym. Gwarantuję, że ogląda się go siedząc jak na szpilkach. Śledzimy przygody honorowej agentki FBI, która musi się nauczyć, że w wojnie z narkotykami nie ma zasad, reguł ani granic, których nie można przekroczyć (o ile oczywiście chce się przeżyć). Jak możecie się domyśleć, wymowa filmu jest mocno depresyjna, ale takie kino jest współcześnie potrzebne. Jest tu też sporo akcji, choć nie ma wprawdzie zbyt wielu strzelanin, ale za to klimatu starczyłoby na kilka filmów podobnej klasy. Podkreśla to znakomita gra aktorska Emily Blunt (uwielbiam ją od czasów "Edge of Tomorrow"), a także Josha Brolina, który po "Everest" zaliczył drugi hit w tym roku. Ale chyba jednak największą gwiazdą jest tu Benicio del Toro, tak mroczny i groźny, że natychmiast wierzymy w wiarygodność jego postaci. Wspaniała wirtuozeria gry aktorskiej! Dodajmy do tego niepokojące zdjęcia, oszczędne dialogi, niesamowitą i pełną napięcia muzykę, oraz piękne i groźne zarazem realia pustyni Chihuahuan, a dostajemy po prostu świetny film.

I mimo że w "Sicario" teoretycznie wszystko kończy się (no, powiedzmy) tak jak powinno, to jako widzowie wcale nie jesteśmy zadowoleni z finału historii. Podskórnie czujemy moralny dyskomfort, że może jednak nie zawsze liczy się tylko cel, ale i również środki, jakimi jest osiągany. I to te środki decydują, jakimi jesteśmy ludźmi i w jakim świecie żyjemy. A film, który skłania do takich refleksji, jest zawsze godny polecenia.

Wniosek: Znakomite kino, o którym warto pamiętać.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Sicario"! >>>


"Breaking Bad"

"Breaking Bad"

O czym to jest: Nauczyciel chemii zaczyna produkować metamfetaminę.

breaking bad serial recenzja plakat aaron paul bryan cranston

Recenzja serialu:

Z rzadka, mniej więcej raz na kilka lat, trafia się serial, który dosłownie niszczy system. Roznosi telewizję na kawałki, wzbijając się na wyżyny kultowości. Jako widzowie otrzymujemy idealną mieszankę wspaniałej gry aktorskiej, zawrotnej fabuły i tego rodzaju uzależnienia, który każe nam śledzić każdy kadr na ekranie. Taki właśnie jest "Breaking Bad".

Poznajcie Walta, nauczyciela chemii z liceum, który dowiaduje się, że umiera na raka. Słaba perspektywa, zwłaszcza że ma drugie dziecko w drodze, a w domu raczej się nie przelewa. Jak zostawić coś rodzinie po śmierci? Może tak zacząć produkować narkotyki przy pomocy swojego byłego ucznia... Tak zaczyna się "Breaking Bad", który przez pięć sezonów daje nam przywilej śledzenia losów Walta "Heisenberga" White'a i mnóstwa innych postaci. Nie zliczę nagród (w tym tych najważniejszych), jakie posypały się dla twórców tego serialu, wznosząc przy okazji karierę odtwórcy głównej roli, Bryana Cranstona, na szczyt popularności. To typowy przykład wędrówki antybohatera - mimo że Walt coraz bardziej pogrąża się w przestępczym półświatku, wciąż mu kibicujemy i trzymamy za niego kciuki. "Breaking Bad" jak mało który serial ukazuje tak wiarygodnie świat narkotyków, nielegalnego handlu i dzikiej przemocy ukrytej pod maską "cywilizowanych" Stanów Zjednoczonych. 

Miejscami jest tak absurdalny, że zabawniejszy od każdej czarnej komedii. Pełen dramatu, ale też wysmakowanego kryminału, scen akcji i niemożliwych do rozwiązania dylematów moralnych. "Breaking Bad" jest fantastycznie rozpisany na odcinki, z pomysłem na fabułę prowadzącą nas od pierwszego do ostatniego epizodu. Z zadowoleniem mogę powiedzieć, że jest to serial kompletny: bez skrótów, bez porzuconych wątków i bez uproszczeń. Cudowna, 62-odcinkowa historia. Bez żadnych wątpliwości kultowa.

Wniosek: Doskonały, perfekcyjny serial. Jeden z kamieni milowych telewizji.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Breaking Bad"! >>>


"The Homesman" ("Eskorta")

"The Homesman" ("Eskorta")

O czym to jest: Samotna kobieta i podstarzały rzezimieszek muszą przewieźć trzy szalone kobiety przez pół Dzikiego Zachodu.

eskorta film recenzja plakat tommy lee jones

Recenzja filmu:

Rzadko oglądam coś tak niejednoznacznego jak ta produkcja. Jeśli ktoś by mnie spytał czy jest to dobry film, powiedziałbym że nie... ale dodałbym zaraz, że jest to jeden z najlepszych westernów i dramatów jakie widziałem w życiu. Paradoks? Zależy, jak się na to spojrzy. Filmy zazwyczaj są robione wg podobnego schematu i doświadczony kinoman, taki jak ja, potrafi mniej więcej przewidzieć rozwój akcji. Tymczasem fabuła, konstrukcja i przebieg wątków w "The Homesman" jest tak pokręcony, nieoczywisty i wręcz szokujący, że pozostawia widza ze szczęką na podłodze. I o to chodzi!

Nebraska, połowa XIX wieku. To nie jest Dziki Zachód małych miasteczek, szeryfów i saloonów. To prawdziwy świat nędzy, głodu, ciężkiej walki z przyrodą i ludzkim charakterem. Świat, w którym konwenanse i "cywilizacja" są jedynie fasadą, a w rzeczywistości każdy dba o siebie i o nikogo więcej. W takiej rzeczywistości próbuje żyć główna bohaterka, stara zamożna panna, fantastycznie zagrana przez Hilary Swank, trzymająca się zasad moralnych i społecznych. Gdy nikt nie chce się podjąć misji odwiezienia trzech szalonych kobiet z miasteczka, nasza heroina najmuje podrzędnego typa spod ciemnej gwiazdy i wyrusza z nim w podróż. Myślicie, że wiecie jak to się skończy? Zapewniam was, że nie. Zwroty akcji przynoszą coś zupełnie innego niż w klasycznym dramacie, przerażająco realistycznie ukazując obdarty z mitów Dziki Zachód. Klimat, lokacje, kostiumy sprawiają, że odnosimy wrażenie oglądania filmu dokumentalnego. Niesamowicie dobra robota ekipy filmowej, czapki z głów!

Prawdziwą gwiazdą jest jednak Tommy Lee Jones, który jest niczym wino - im starszy, tym lepszy. Stary łotr w jego wykonaniu jest zarówno postacią tragiczną, jak i sympatyczną oraz odpychającą zarazem. Jesteśmy w stanie w 100% uwierzyć, że takich mężczyzn jak on krążyły po Dzikim Zachodzie całe tysiące. Wspaniała kreacja, godna Oscara, którego pewnie nie dostanie, bo już ma jednego na koncie. I mimo że "The Homesman" to film na wskroś feministyczny, poruszający pomijany w kinie wątek kobiet na Dzikim Zachodzie, jego męska rola nie gryzie się z klimatem produkcji, a raczej doskonale ją uzupełnia.

Tyle miłych słów na temat "The Homesman", ale uprzedzam, że nie ogląda się tego dobrze. Film jest ciężki, nie wchodzi w widza jak masło, a raczej jak poszczerbiona deska pełna drzazg. Ale to bardzo dobry film, mimo że niedobry. Gatunek westernu jeszcze nie umarł.

Wniosek: Jedno z lepszych przedstawień epoki w historii westernów.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger