Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gotyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gotyk. Pokaż wszystkie posty
"Batman Returns" ("Powrót Batmana")

"Batman Returns" ("Powrót Batmana")

O czym to jest: Batman walczy z Pingwinem (z Catwoman w tle).

powrót batmana tim burton film recenzja michael keaton michelle pfeiffer danny devito

Recenzja filmu:

Po oszałamiającym sukcesie "Batmana" widownia żądała sequela - i nic dziwnego. Takie awangardowe widowiska kręci się raz na dekadę! Z miłym zaskoczeniem stwierdzam, że "Batman Returns" osiągnął to, co potrafi niewiele kontynuacji, czyli zachował wszystko co dobre z oryginału, dodając zarazem nowe atrakcyjne elementy. Więcej, mocniej, szybciej - to motto tego filmu. Druga część serii Tima Burtona jest tak samo dobra, a wielu aspektach nawet lepsza od pierwszej.

Michael Keaton nadal jest tym samym uroczym, sympatycznym playboyem którego polubiliśmy w 1989 roku (moje osobiste spostrzeżenie jest takie, że to chyba jedyny Batman w historii kina, który nie jest aroganckim bubkiem). Ale ponownie, to nie on wysuwa się w tym filmie na pierwszy plan. O jakości superbohatera świadczy zawsze siła jego wrogów. W tym wypadku głównym czarnym charakterem jest Danny DeVito jako Pingwin, zmutowany człowiek rodem z koszmarów, którego brzydocie dorównuje wyłącznie jego okrucieństwo. Pingwin jest po prostu doskonały do filmu w takiej konwencji! Od wyglądu, przez mimikę, po gesty i kostium - to co Danny DeVito odstawił na planie zdjęciowym powinno być pokazywane w szkołach aktorskich jako przykład doskonałego wcielenia się w graną postać. Zagrać tak groteskowego bohatera i zrobić to w pełni na poważnie - do tego trzeba prawdziwego talentu!

Ale Pingwin to nie wszystko, bo dla mnie sercem tego filmu jest Michelle Pfeiffer jako Catwoman. Wiele aktorek próbowało przedstawić tą postać na ekranie, ale żadna nie może się równać temu, co zrobiła Pfeiffer. Jest wspaniale szalona, groźna i seksowna, czyli dokładnie taka, jaka powinna być. Wszystkie inne wcielenia Catwoman w innych filmach teraz i w przyszłości mogą wyłącznie próbować jej dorównać. A jej kostium, pozszywany ze skrawków materiału! Po prostu cudo! 

Oczywiście tak jak pierwszy "Batman", również "Batman Returns" jest na wskroś komiksowy, do tego stopnia że niektóre kadry wyglądają jak żywa adaptacja papierowych rysunków. I ponownie, jeśli tylko przymkniecie oko na konwencję (sławna scena z pingwinami z rakietami na plecach), będziecie się fantastycznie bawić. Szkoda, że Timowi Burtonowi nie było dane nakręcić trzeciej części, a Michaelowi Keatonowi raz jeszcze włożyć gumowego wdzianka nietoperza. Ale jeśli macie niedosyt, to KONIECZNIE obejrzyjcie sobie po tym filmie "Birdmana". Podziękujecie mi później.

Wniosek: Wizualnie spektakularne i na wskroś komiksowe!


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Tima Burtona! >>>


"Batman"

"Batman"

O czym to jest: Batman walczy z Jokerem.

batman 1989 tim burton film recenzja michael keaton jack nicholson

Recenzja filmu:

Zanim przejdę do opisywania najnowszych osiągnięć kina superbohaterskiego, a więc "Captain Marvel", najwyższa pora nadrobić klasykę. I to przez duże K, bo "Batmana" w reżyserii Tima Burtona uważa się za kamień milowy w zakresie kina superbohaterskiego. Do tej pory herosi w pelerynach byli traktowani na ekranie dość pobłażliwie, podobnie zresztą jak wszystko co związane z komiksami (dość wspomnieć uroczo kampowy "Batman Zbawia Świat" z Adamem Westem). Tymczasem Burton zaserwował widzom coś zupełnie innego.

Po pierwsze - rozmach. "Batman" z 1989 roku zaimponował skalą scenografii w jednolitym, gotyckim stylu. Do dziś myśląc o Gotham mamy przed oczami wąskie, brudne uliczki, strzeliste wieżowce z gargulcami i monumentalną, gotycko-industrialną architekturę z widocznym wpływem modernizmu, rzecz jasna skąpaną w barwach czerni i szarości. W tym świecie krążył Michael Keaton jako Bruce Wayne, za dnia sympatyczny playboy, a nocami Mroczny Rycerz w gumowym wdzianku, okładający pięściami co paskudniejszych typów. I choć tej wersji Batmana zdecydowanie brakowało emocjonalnej głębi, prezentowanej choćby przez niedoścignionego nolanowskiego bohatera z "Batman Begins", to umówmy się, że wcale tego nie potrzebowaliśmy. Batman jest chyba najbardziej znanym z superbohaterów, nikt więc nie potrzebuje prezentowania (po raz kolejny) dokładnej historii jego powstania. Jest bogaty, przebiera się za nietoperza i nocami tłucze przestępców - więcej wiedzy nam nie potrzeba.

Keaton stanął zatem na wysokości zadania, wzbudzając autentyczną sympatię widza. Ale to nie on jest głównym bohaterem tej opowieści, a Jack Nicholson w brawurowej, awangardowej i wspaniale gangsterskiej roli Jokera. Czy jest to najlepsze wcielenie tej postaci - tego nie wiem, bo do dziś mam słabość do Heatha Ledgera z "The Dark Knight". Ale bez wątpienia umieszczę Jokera na podium najlepszych ról Nicholsona, tuż obok kreacji z "Lśnienia" i "Lotu nad Kukułczym Gniazdem". Każda scena z jego udziałem to samograj, zwłaszcza w połączeniu z wulkanem emocji, szaleństwa i okrucieństwa. Oczywiście wygląda to wszystko dość groteskowo, zwłaszcza podczas finałowej rozróby na wieży katedry w Gotham, ale zdecydowanie pasuje i mieści się w konwencji całego filmu. Takiego filmu jak "Batman" nie można traktować na poważnie (ta uwaga dotyczy zresztą chyba wszystkich dzieł Tima Burtona). I gdy tylko zdamy sobie z tego sprawę, damy się ponieść radosnej przygodzie z nietoperzem w tle. Bez wątpienia jest kultowo!

Wniosek: Gdyby nie ten film, kino superbohaterskie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej.


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Tima Burtona! >>>


"Gotham"

"Gotham"

O czym to jest: Przygody detektywa Jima Gordona i młodego Batmana w mieście Gotham.

gotham serial gordon batman pingwin mckenzie

Recenzja serialu:

A pomyśleć, że tak się broniłem przed tym serialem! Trwający od paru lat zalew telewizyjnych produkcji o tematyce superbohaterskiej - "Arrow", "Daredevil", "Flash" etc. - jak do tej pory nie znalazł we mnie godnego odbiorcy. Aż do chwili, gdy po wielu namowach sięgnąłem po "Gotham". Na pewno znaczenie miał fakt, że uniwersum DC (a konkretnie świat Batmana) zawsze był moim ulubionym i najlepiej znanym. Obawiałem się jednak, że "Gotham" będzie czymś w rodzaju "Smallville", czyli opery mydlanej dla nastolatków. Nic bardziej mylnego!

"Gotham" to pełnokrwisty, gotycki kryminał o policjantach i złodziejach z nutką wątków superbohaterskich w tle. Głównym bohaterem nie jest wcale Batman/Bruce Wayne, a narwany detektyw Jim Gordon, jedyny sprawiedliwy w mieście grzechu. Na jego drodze staje cały szereg późniejszych wrogów Batmana - część z nich zaczyna jako złoczyńcy, inni zaś na skutek zbiegu okoliczności wstępują na drogę zła. Przez kilka sezonów naliczyłem co najmniej tuzin nazwanych z imienia komiksowych łotrów. Wśród nich prym wiedzie Pingwin, ulubieniec wielu widzów serialu (i mój również). Nie jest to karykaturalny oblech w stylu Danny'ego DeVito z "Powrotu Batmana", a raczej bezwzględny gangster, który kocha wyłącznie samego siebie i nie liczy się z nikim i niczym. Wszystko to w gotyckiej stylistyce, rzecz jasna! Kto wie, czy to nie ta stylistyka przesądziła o mojej miłości do "Gotham". Za klimat noir dałbym się wręcz posiekać!

Najbardziej fascynuje mnie to, w jaki sposób trylogia "The Dark Knight" Christophera Nolana przeorała wyobraźnię współczesnego widza na temat świata Batmana. Dwa przykłady: pojawiający się na ekranie Joker to krzyżówka Jacka Nicholsona z Heathem Ledgerem (z przewagą tego drugiego). A Lucius Fox to wypisz-wymaluj młody Morgan Freeman! Wielu widzów na pewno marzy, by serial ewoluował w stronę takiego widowiska, jakie zafundował nam Nolan. To zresztą całkiem możliwe, bo "Gotham" nie szczędzi krwawych scen, poważnych dylematów moralnych i walki bohaterów z ich największymi słabościami. Kto wie, dokąd zawędruje fabuła, jeśli nie będzie ubywać widzów? Trzymam kciuki!

Oczywiście "Gotham" ma również swoje wady. Nie brakuje tu ogranych klisz, wygodnych zbiegów okoliczności, nielogicznego postępowania postaci, a także regularnego przywracania z zaświatów już zmarłych protagonistów (widzom pozostaje oczekiwanie, czy dany bohater zginął tym razem na dobre, czy może znowu wróci). Niezmiennie irytuje mnie też młoda Catwoman, a także Barbara Keen. Jednak przymykam na to oko, bo twórcom po 3 sezonach udało się zachować świeżość fabuły i nie utracić tempa. Man nadzieję, że tak pozostanie.

Wniosek: Znakomity, wizualnie piękny serial przygodowy. Uzależnia!


"Metal Hurlant Chronicles"

"Metal Hurlant Chronicles"

O czym to jest: Antologia krótkich, ponurych historii SF.

heavy metal serial recenzja

Recenzja serialu:

Czy są na sali jacyś hardcore'owi fani science fiction? Jeśli tak, to mam coś dla was. Ale ostrzegam, ciężko to przetrawić komuś, kto źle się odnajduje w kiepskich efektach specjalnych, marnym aktorstwie, dużej ilości lateksu i piersiastych blondynkach z wielkimi spluwami. Chociaż z drugiej strony, czy nie właśnie po to oglądamy produkcje science fiction...?

Zaletą "Metal Hurlant Chronicles", i to ogromną, jest pomysł. I w zasadzie tyle. Zacznijmy może od źródła: w latach 70. i 80. we Francji wydawano antologię komiksów SF pt. "Métal Hurlant" (znaną również w USA pod nazwą "Heavy Metal"). Do dziś ta seria cieszy się sporą estymą wśród starszego pokolenia miłośników fantastyki. Na tej podstawie w 2012 roku wspólnymi siłami francusko-belgijskimi nakręcono anglojęzyczny serial, składający się łącznie z dwunastu 20-minutowych odcinków. Każdy z nich to osobna opowieść (choć niektóre są ze sobą fabularnie związane), dziejąca się w różnych miejscach, epokach i realiach. Łączy je dystopijna rzeczywistość i zwiastun nadchodzącej apokalipsy, symbolizowany przez żywą, krzyczącą asteroidę, zwaną Métal Hurlant. Akcja rozciąga się od para-średniowiecznej fantastyki, przez western, realia I wojny światowej, czasy współczesne, aż do dalekiej przyszłości i innych planet. Nie brakuje kosmitów, bitew kosmicznych, wymachiwania mieczami, robotów, mutantów czy dużych eksplozji. Wszystko to okraszono stylistyką z pogranicza S&M, tak charakterystyczną dla francuskich produkcji SF (i obecną również w wysokobudżetowych produkcjach jak "Alien: Resurrection", a to z winy francuskiego reżysera). 

Raz jeszcze uprzedzam, że niski budżet spowodował, że efekty specjalne są tu naprawdę tragiczne. Ale dla fabuły i zwrotów akcji warto poświęcić te parę godzin życia przez ekranem (najlepiej w towarzystwie dobrych znajomych i kilku butelek z mocniejszą zawartością). Na osłodę dodam, że spotkacie tu wiele znajomych twarzy, w tym kilka naprawdę kultowych: Rutgera Hauera, Michaela Biehna, Joe Flanigana czy Johna Rhys-Daviesa. A na dodatek dużo pań całkowicie pozbawionych talentu aktorskiego, ale za to z wielkim biustem. Brzmi nieco jak recenzja filmu porno, prawda? No cóż, czasem trudno odróżnić, co jest czym.

Wniosek: Intrygujące fabularnie, tragiczne wizualnie. Dla wytrwałych.


"Underworld: Blood Wars" ("Underworld: Wojny Krwi")

"Underworld: Blood Wars" ("Underworld: Wojny Krwi")

O czym to jest: Wampiry vs. inne wampiry vs. wilkołaki.

underworld wojny krwi film recenzja beckinsale

Recenzja filmu:

Halo, halo, a co to się stało? Ktoś przeszedł lobotomię? Czy producenci zapomnieli, co nakręcili wcześniej? To chyba jedyne wyjaśnienie. No bo jak to jest możliwe, że po rewelacyjnym "Underworld: Awakening" otrzymaliśmy zwykłą, nudną szmirę? "Blood Wars" nie jest ani ciekawe, ani dobrze zrobione, a co najgorsze powtarza chyba wszystkie błędy "Rise of the Lycans".

Niestety latka lecą i nawet na nieskazitelnym dotychczas obliczu Kate Beckinsale pojawiły się pierwsze oznaki starości. Zazwyczaj wiek aktorów jest dla mnie sprawą drugorzędną, ale akurat w przypadku "Underworld" kwestie wizualne są wszystkim! Niestety Beckinsale straciła wigor i nawet nie walczy tak, jak kiedyś. Wprawdzie "Blood Wars" ma kilka jasnych aktorskich punktów, takich jak Charles Dance (który nawet ma scenę akcji!), to jednak cały film przypominał mi pół-amatorską produkcję z dublerami bardziej znanych gwiazd. Pod względem technicznym było wprawdzie całkiem krwawo (to na plus), ale co z tego, skoro choreografia leżała i kwiczała na ziemi. Kulminacją tej porażki była finalna bitwa między wampirami a wilołakami, z żenującą strzelaniną na zamku, wyglądającą jak bania u Cygana, a nie efektowne mordobicie. Nadto dodajmy, że chyba żadna część nie miała tak słabych efektów specjalnych. A i stylistyki gotyku jest coraz mniej i mniej...

A fabuła? Wiele już widziałem, ale pacyfistyczne "białe" wampiry, przypominające bandę nawiedzonych hipisów i mieszkające w mroźnym zamku w okolicach bieguna, przelały czarę absurdu. Zdaję sobie sprawę, że twórcy starają się rozwijać uniwersum i dodawać coraz to nowe elementy, ale bez przesady! A jak jeszcze doliczymy do tego wątek młodego wampira Davida (tu ponownie drewniany Theo James), który z jakichś przyczyn awansował do roli dziedzica wampirzej cywilizacji, to otrzymamy dzieło przypominające bardziej fanfilm, niż hit za miliony dolarów.

Jestem bardzo, ale to bardzo rozczarowany. Ponoć w planach jest część szósta, ale czy ja wiem? Może czas spuścić nad tym zasłonę milczenia...

Wniosek: Bardzo słabe. Totalna strata czasu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld: Awakening" ("Underworld: Przebudzenie")

"Underworld: Awakening" ("Underworld: Przebudzenie")

O czym to jest: Ludzie polują na wampiry.

underworld przebudzenie film recenzja beckinsale

Recenzja filmu:

Co za miła niespodzianka! Po "Rise of the Lycans" byłem gotowy postawić krzyżyk na tej serii. Na szczęście producenci zarzucili pomysł robienia dalszych prequeli, i wysmażyli nam pełnokrwisty sequel. I to jeszcze jaki! Do obsady wróciła Kate Beckinsale, zabójcza i zjawiskowa jak dawniej, która zabrała nas w świat przyszłości, gdzie w dystopijnym świecie ludzie zabrali się za czystkę wampirów i wilkołaków.

Scott Speedman odmówił udziału w tym filmie (całe szczęście!), więc jego rola została zredukowana do absolutnego minimum. Zamiast niego poznaliśmy nowych bohaterów - młodego wampira granego przez Theo Jamesa (gwiazdę serii "Divergent", niestety aktorsko niewiele lepszego od Speedmana), starego wampira granego przez Charlesa Dance'a (kult!!!), a także ludzkiego policjanta granego przez Michaela Ealy'ego (znacie go z nieodżałowanego "Almost Human"). Nowa obsada dodała do "Awakening" koniecznej świeżej krwi (ha, ha), a dystopijne realia przyszłości - choć z zachowaniem gotyckich elementów - odnowiły ją wizualnie. 

Ale to jeszcze nic. To co najważniejsze w "Awakening", to akcja! W końcu bez oporów pojechano bo bandzie w kwestii braku cenzury. Tak krwawego "Underworlda" jeszcze nie było, a ja jestem osobiście zachwycony! Krew lała się wiadrami, trzaskały pękające kości, wyrywano organy, a headshotów wręcz nie sposób zliczyć. Dodajmy do tego bystry scenariusz, zawierający fajny twist fabularny pod koniec filmu. Czy potrzeba czegoś więcej? "Awakening" jest moim zdaniem jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą częścią serii "Underworld". Na tym poziomie twórcy mogą ten cykl ciągnąć w nieskończoność. Tylko czy przypadkiem ktoś nie wpadnie na pomysł, by poprawiać to, co jest dobre...? 

Wniosek: Dobre! W tej serii wciąż tkwi życie!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld: Rise of the Lycans" ("Underworld: Bunt Lykanów")

"Underworld: Rise of the Lycans" ("Underworld: Bunt Lykanów")

O czym to jest: Wilkołaki buntują się przeciwko wampirom.

underworld bunt lykanów film recenzja nighy

Recenzja filmu:

A szło już tak dobrze... To oczywiste, że po bardzo udanym "Underworld: Evolution" twórcy postanowili pociągnąć serię dalej. I nawet rozumiem, czemu zamiast kolejnego sequela stworzyli prequela, będącego tak naprawdę rozwinięciem efektownej sceny początkowej z poprzedniego filmu (wraz z inkorporacją flashbacków z oryginalnego "Underworlda"). Nie rozumiem jednak, czemu - mimo udziału znanej nam ekipy, w tym Billa Nighy'ego - wyszła aż taka kaszanka!

Jedyne co mi przychodzi do głowy, to Kate Beckinsale. A raczej jej brak. "Underworld" bez udziału czarnowłosej, seksownej wampirzycy, okazał się być po prostu niestrawny. Zamiast niej na pokład wciągnięto podobną do niej Rhonę Mitrę, której jakiś chirurg plastyczny zrobił wielką krzywdę. Serio, nie żartuję - ta kobieta jest tak pocięta przez skalpel, że nie da się jej oglądać! Nie udało jej się wypełnić butów po Beckisale ani pod względem urody, ani też talentu aktorskiego (co jest tym bardziej przykre, że akurat w tym aspekcie wcale nie trzeba było wysoko sięgać...). Bill Nighy robił wprawdzie co mógł, podobnie jak Michael Sheen w roli Luciana, sympatycznego wilkołaka z pierwszej części. Ale nawet ta dwójka nie mogła pomóc tam, gdzie zawiódł scenariusz.

A zawiódł na całej linii. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w "Rise of the Lycans" zredukowano akcję do zaledwie kilku nawalanek na miecze i balisty, porzucając przy tym zjawiskową choreografię, która urozmaicała nam poprzednie części. Jaki jest sens oglądać film z serii "Underworld" bez tych wizualnych smaczków? Ponadto gotycka stylizacja ma sens, gdy się ją osadzi w czasach współczesnych. Gdy wpakujecie ją do quasi-średniowiecznego filmu, wyjdzie wam... gotyk. Ten prawdziwy. A umówmy się, "Rise of the Lycans" to nie "Imię Róży", wszystkie niedociągnięcia i cięcia budżetowe widać od razu i to na kilometr. Niestety powoduje to, że prequel "Underworlda" to słaby film klasy B, niebezpiecznie blisko krążący wokół strefy C.

Tak naprawdę przedstawienie źródeł waśni na linii wampiry/wilkołaki nie było ani konieczne, ani zajmujące. Wszystko, co istotne, widzieliśmy wcześniej we flashbackach, więc te półtorej godziny jesieni średniowiecza można sobie odpuścić. Jest tyle ciekawszych rzeczy do oglądania!

Wniosek: Nuda. Strata czasu!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld: Evolution"

"Underworld: Evolution"

O czym to jest: Dobra wampirzyca kontra zły super-wampir.

underworld ewolucja film recenzje beckinsale

Recenzja filmu:

Po pierwszej części „Underworld”, wizualnie spektakularnej, acz fabularnie kulawej, spodziewałem się - jak to z sequelami bywa - dalszego spadku poziomu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy „Underworld: Evolution” okazało się zaskakująco ciekawe, dynamicznie nakręcone, napakowane akcją i w dalszym ciągu klimatyczne! Wygląda na to, że twórcy zachowali to co dobre z oryginału, jednocześnie podciągając się w brakach. I właśnie tak powinno się kręcić rozrywkowe filmy!

„Evolution” jest nawet czymś więcej, niż tylko sequelem. Należy ten film traktować jako drugą, integralną część oryginalnej produkcji. Akcja startuje dokładnie w tym momencie, w którym zakończył się „Underworld”. Występują ci sami aktorzy, te same lokacje, a także te same wątki. Poznajemy zatem trzeciego ze „starszych” wampirów, Marcusa, który był pierwszym spośród nich. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu zagrał go Tony Curran, którego uwielbiam za rolę w „Defiance”. Ale i dla poprzedniej ekipy znalazło się miejsce, głównie za sprawą flashbacków z czasów średniowiecznych starć na linii wampiry/wilkołaki. I choćby za te flashbacki chylę czoła! Wprawdzie wampiry wyglądały jak elfy z „Władcy Pierścieni”, a wilkołaki jak orkowie, ale porządna sieczka mieczami jeszcze nikomu nie zaszkodziła. 

Dzięki „Evolution” wiemy już w zasadzie wszystko: o co chodziło z rodziną Seleny, o co chodziło z krwią Alexandra Corvinusa, skąd się wzięły wampiry i skąd się wzięli Lykanie. Na dobrą sprawę cały cykl mógłby się na tym filmie zakończyć, jednak na (nie)szczęście, powstały kolejne odcinki sagi. „Underworld: Evolution” wygląda znakomicie, akcja nie zwalnia ani na chwilę, krew leje się strumieniami, a futurystyczna amunicja w karabinach i pistoletach nigdy się nie kończy. I ta choreografia, kostiumy i gotyckie klimaty! No i nie można zapominać o zjawiskowej Kate Beckinsale, bez której świat „Underworlda” byłby smutny i nieciekawy. Jedyny mój zarzut polega na tym, że „Evolution” w zasadzie nie da się oglądać bez znajomości pierwszej części. Ale - o ile potraktujemy te dwie produkcje jako jeden film - co popsuto na początku, naprawiono w finale. I tak trzymać!

Wniosek: Lepsze niż poprzedni film. Ma fajne tempo!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld"

"Underworld"

O czym to jest: Wampiry walczą z wilkołakami.

underworld film recenzja beckinsale

Recenzja filmu:

Zupełnie nieoczekiwanie do kin zawitała w tym roku piąta część serii „Underworld”, a więc „Underworld: Blood Wars”. A co za tym idzie nie ma wyjścia - trzeba nadrobić całość! Zacznijmy od pierwszego (w kolejności produkcji) filmu, a więc „Underworld”, który za niezwykłą gotycką formę zyskał kultowy status. I w zasadzie tylko za formę, bo z treścią jest znacznie gorzej… 

„Underworld” powstał na fali popularności „Matrixa” i nowej metody łączenia efektów specjalnych z akrobatycznymi scenami akcji (inny przedstawiciel tego gatunku to np. w „Equilibrium”). Jednak zamiast dystopijnego świata przyszłości otrzymaliśmy gotycką (choć współczesną) opowieść o wampirach walczących z wilkołakami. Co to znaczy gotycką? W skrócie: ciemno, mroczno, dużo lateksu, dużo gorsetów i wysokich wiązanych butów. Wrzućcie sobie w Google zdjęcia z festiwalu Castle Party w Bolkowie - gotycka stylistyka wciąż trzyma się mocno. A tematyka wampirów pasuje do niej idealnie! Trzeba przyznać twórcom „Underworld”, że warstwa wizualna udała im się nadzwyczaj dobrze. Mało tego, „Underworld” zawiera przynajmniej jedną kultową scenę, która na stałe weszła do kanonu popkultury (epicki cios mieczem). Co ciekawe, niemal identyczna scena znajduje się w nakręconym rok wcześniej wspomnianym „Equilibrium”. Przypadek? 

Warstwa wizualna to sama śmietanka, ale prawdziwą wisienką na torcie jest Kate Beckinsale jako główna bohaterka Selena. W lateksowym gorsecie, czarnych włosach i ze świdrująco niebieskimi oczami wygląda tak rewelacyjnie, że nic dziwnego, iż rok później wystąpiła w bardzo podobnym filmie „Van Helsing” (również o wampirach). Mało tego, przykład „Underworld: Rise of the Lycans” udowodnił, że ta seria trzyma się wyłącznie dzięki zjawiskowej Beckinsale, a gdy jej nie ma na ekranie, poziom drastycznie spada (ale o tym w innej recenzji). Miłym dodatkiem do obsady jest też świetny Bill Nighy w roli starszego wampira Viktora - choć tak po prawdzie to nie spodziewałem się niczego innego, bo jeszcze nie widziałem nigdy kiepskiej roli w jego wykonaniu. Niestety dla kontrastu drugim głównym bohaterem jest wampiro-wilkołak (wampirołak?) Michael, grany przez Scotta Speedmana, który zasłużył sobie na miejsce w pierwszej dziesiątce najgorszych aktorów, jakich widziałem na ekranie. Okropność! Aktorsko wychodzi zatem na zero, choć wizualnie z laurami dla Beckinsale. 

No dobra, tyle o obrazkach… A fabuła? Nudy na pudy, niestety. Gdyby nie rozliczne strzelanki i pościgi, filmu nie dałoby się oglądać. Scenariusz jest płytki, pełen ogranych klisz i drewnianych, jednowymiarowych postaci. Mówiąc szczerze nudzę się za każdym razem, gdy go oglądam, i z niecierpliwością wyczekuję scen z Victorem, albo też rozwałki w wykonaniu Seleny. Na szczęście w przypadku „Underworld: Evolution” jest już o wiele lepiej. Ale o tym w następnym wpisie!

Wniosek: Nudne, ale pełne kultowych scen.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Miss Peregrine's Home for Peculiar Children" ("Osobliwy Dom Pani Peregrine")

"Miss Peregrine's Home for Peculiar Children" ("Osobliwy Dom Pani Peregrine")

O czym to jest: Młody chłopak trafia do domu pełnego dzieci o niezwykłych mocach.

osobliwy dom pani peregrine film recenzja eva green tim burton

Recenzja filmu:

Oglądaliście "Sanctuary" albo "Big Fish"? Podobało wam się? Jeśli odpowiedź brzmi tak, w ciemno możecie sięgnąć do "Osobliwego Domu Pani Peregrine", bo to film dokładnie z tej samej kategorii. Tytułowi peculiar people są identyczni z abnormals z "Sanctuary", aż do tego stopnia, że obydwie produkcje mogłyby stanowić jedno uniwersum. Na początku sądziłem, że bliżej będzie tej opowieści do "X-Menów", bo w końcu tam też występuje szkoła pełna młodzieży o niezwykłych talentach. Ale dzieciaki Profesora X to superbohaterowie, a tymczasem te pod opieką Pani Peregrine to zwykła młodzież, w niczym (prócz talentów) nie różniąca się od rówieśników. 

Spodziewałem się raczej klasycznego przebiegu akcji: młody bohater trafia do domu, poznaje jego mieszkańców i pomaga im uchronić się przed śmiertelnym zagrożeniem. Dlatego też zaskoczyła mnie tematyka podróży w czasie, pętli czasowych i paradoksów! I choć jestem dosyć obeznany w tym temacie, musiałem nieźle wysilać mózgownicę, by wszystko złapać. Z jednej strony świadczy to o głęboko przemyślanym scenariuszu, ale z drugiej może razić mniej zorientowanych widzów. Przyznaję, że fabuła okazała się miejscami naciągana i to bardzo (ze wskazaniem na sceny z wrakiem statku), a czasem zupełnie jedzie po bandzie (wesołe miasteczko). Ale o ile łykamy konwencję takiego gatunku filmowego, nie powinniśmy się aż tak bardzo denerwować.

Asa Butterfield po raz kolejny pokazuje zadatki na ciekawego aktora, jakim ma szansę stać się za parę lat (powoli zaczyna przemijać jego urok wielkich, błękitnych oczu). Eva Green jak zwykle wypadła zjawiskowo, choć palenie przez nią fajki odbierało sporo seksapilu. Prawdziwą gwiazdą jest za to Samuel L. Jackson w roli czarnego charakteru. Widać, że ten doświadczony aktor bawił się przednie i miał prawdziwą frajdę ze swojej kreacji. Uwielbiam takie sytuacje, ponieważ dzięki temu zawsze bawię się tak samo dobrze. Choćby dla roli Jacksona polecam ten film!

Jeśli zastanawiacie się, czy to dobra produkcja dla małych dzieci, to odradzam. Wydawało mi się, że Tim Burton w swoich światach pokazał nam już wszystko, ale nawet ja miałem lekkie dreszcze, oglądając co bardziej mroczne sceny. Zwłaszcza że potwory były wypisz-wymaluj Slender Menami, czyli polującymi na dzieci przerażającymi stworami ze współczesnej miejskiej legendy. Starczy że o nich pomyślę, a już włos jeży mi się na głowie!

Bawiłem się dobrze, choć do arcydzieł tego filmu nie zaliczę. Ale na pewno zachowam go miło w pamięci, a to już coś.

Wniosek: Całkiem fajna baja. W sam raz na wieczorne kino.


"Crimson Peak" ("Crimson Peak - Wzgórze Krwi")

"Crimson Peak" ("Crimson Peak - Wzgórze Krwi")

O czym to jest: Młoda mężatka wprowadza się do nawiedzonego domu.

crimson peak wzgórze krwi film recenzja guillermo del toro tom hiddleston

Recenzja filmu:

Nie lubię horrorów. Nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że za bardzo wchodzą mi do głowy. Meksykańskiego reżysera Guillermo del Toro nazywa się "królem horrorów" od czasów, gdy zdetronizował na tym stanowisku M. Night Shyamalana. Przyznaję, że jego "Labirynt Fauna" był dziełem znakomitym - zarówno wizualnie, jak i fabularnie. Niestety obawiam się, że "Crimson Peak", poza wspaniałą oprawą artystyczną, może zaproponować niewiele więcej.

Jest jeden powód, dla którego istnieje cała armia psychofanów tego filmu, gotowych bronić go za cenę życia - nazywa się Tom Hiddleston. Ten angielski aktor, którego znacie najbardziej z roli Lokiego w "Marvel Cinematic Universe", uchodzi za uosobienie piękna dla wielu nastolatek na całym świecie. Niestety, jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, pan Hiddleston "nie umieć w aktorstwo". Jako Loki jest oczywiście na swój sposób uroczy, ale takie produkcje jak "The Hollow Crown" czy "Crimson Peak" pokazują, że nie radzi sobie z poważniejszymi rolami. A to dla aktora prawdziwy grzech śmiertelny! Ale bądźmy sprawiedliwi, że nie tylko on gra w tym filmie dość marnie. Również Mia Wasikowska, czyli główna bohaterka, nie pokazuje nic wybitnego. Nie porwała mnie w burtonowskiej "Alicji w Krainie Czarów" i nie oszołomiła również tutaj. Trzecia główna postać, kryptyczna szwagierka głównej bohaterki grana przez Jessicę Chastain, jest jedynym jasnym punktem obsady. Jest tak dobra, że choć znam panią Chastain z wielu innych ról, nie poznałem jej aż do napisów końcowych. Brawo! 

Wizualnie "Crimson Peak" to rzecz jasna mistrzostwo scenografii i kostiumów - co do tego nie ma wątpliwości. Realia końcówki XIX wieku w gotyckim i pełnym przepychu wydaniu, połączone z mroczną atmosferą gnostycznej grozy, robią piorunujące wrażenie. Ten film wręcz ocieka kolorami, fantazyjnymi kształtami i upiorną architekturą, godną najlepszych klasyków gatunku. Niestety tym, co ciągnie go w dół (prócz gry aktorskiej), jest fabuła. Żaden zwrot akcji nie był dla mnie zaskakujący, mało tego: wszystko dało się przewidzieć po pierwszych trzydziestu minutach filmu. Miało być głęboko, odkrywczo i z przesłaniem (jak w "Labiryncie Fauna"), a wyszło po prostu... typowo. W ten sposób piękna gotycka historia zmieniła się w zwykły slasher, który nie oferuje nic ponad klasyczne wyskakiwanie z szafy, wizje duchów w lustrze, tryskającą krew czy cienie przemykające w pustym korytarzu. Widzowie, którzy lubią się bać, pewnie będą zadowoleni... Ale ja oczekuję czegoś więcej niż zwykłego straszenia. Jak do tej pory filmy Shyamalana (choćby najnowsza "Wizyta"), dają mi o wiele więcej satysfakcji. Panie del Toro, stać pana na więcej!

Wniosek: Przepiękne wizualnie, ale nie porywa fabułą.


"Sucker Punch"

"Sucker Punch"

O czym to jest: Pięć dziewczyn próbuje uciec z wariatkowa/burdelu.

sucker punch film recenzja plakat

Recenzja filmu:

"Sucker Punch" to film-marzenie każdego nerda. Jest tu wszystko, co mogło się zrodzić w tysiącach umysłów trzydziestoletnich, grubych kolesi w przetłuszczonych długich włosach, siedzących w garażach domów swoich rodziców. Pięć seksowych lasek, które starają się uciec z wariatkowa, a jednocześnie burdelu w klimacie burleski. Na drodze stoją im robo-samuraje z karabinami maszynowymi, napędzane parą niemieckie zombie z okresu I wojny światowej, smoki, orkowie, roboty i psychopatyczni strażnicy. Mnóstwo akcji, tempa, strzelaniny, efektów specjalnych i podwiązek! Brzmi jak niedorzeczny fanfic, prawda? A jednak powstał taki film!

Przyznaję się szczerze, że bardzo długo miałem wątpliwości i obawy związane z tą produkcją. Czy coś o tak pokręconej i zmiksowanej fabule ma szansę się do czegoś nadawać? Prawdopodobnie gdyby nie nazwisko reżysera, cenionego przeze mnie Zacka Snydera (którego śledzę z uwagą od znakomitego debiutu w postaci "Dawn of the Dead"), nigdy bym się nie odważył tego obejrzeć. No ale ponieważ był to ostatni film Snydera, jakiego nie znałem, zaryzykowałem. I okazało się to znakomitą rozrywką! Mnóstwo osób zarzuca "Sucker Punch", że jedzie po bandzie w kwestii przedstawiania kobiet na ekranie jako obiektów seksualnych. Ja uważam inaczej: dlaczego tylko zmaskulinizowane heroiny w rodzaju Sigourney Weaver ("Aliens") czy Charlize Theron ("Mad Max: Fury Road") mają prawo biegać z wielkimi spluwami? Co jest złego w tym, że robi to ładna dziewczyna? Trzeba sobie uświadomić, że wszystko w "Sucker Punch" jest wyłącznie kwestią konwencji i pewnego wizualnego przebrania (bardzo podobnego do "Moulin Rouge" - a przecież nikt nie oskarża tego znakomitego musicalu o seksizm). Jeśli nie kupicie takiej formy, to pewnie wyłączycie ten film po kwadransie. Ale jeśli dacie się ponieść zabawie, znajdziecie tu mnóstwo rozrywki! W końcu gdzie indziej bombowce z II wojny światowej walczą ze smokami, a ogromne roboty ze steampunkowymi sterowcami? 

Bohaterki filmu są bardzo dobrze obsadzone w roli współczesnych "Aniołków Charliego", rozwalających setki przeciwników jednym uderzeniem. Aktorki przeszły morderczy trening fizyczny i efekty tego widać na ekranie. Te dziewczyny potrafią walczyć, strzelać, bić się na pięści i są naprawdę niebezpieczne. A że mają jednocześnie wysokie szpilki, pończochy i gorsety? Tym lepiej dla widza! Tylko błagam, nie traktujcie "Sucker Punch" na poważnie! Zanurzcie się w fotelu, dajcie ponieść obrazowi i znakomitej ścieżce dźwiękowej, i cieszcie się frajdą kina! Zack Snyder naprawdę potrafi kręcić filmy. #IBelieveInZackSnyder!

Wniosek: Zadziwiająco dobra popkulturowa mieszanka! Jest frajda z oglądania!


"Sanctuary" ("Sanktuarium")

"Sanctuary" ("Sanktuarium")

O czym to jest: Nieśmiertelna badaczka prowadzi schronienie dla dziwnych stworzeń.

sanktuarium recenzja serialu tapping

Recenzja serialu:

"Sanctuary" stanowi dziwny przykład tego, jak teoretycznie niestrawny serial okazuje się być całkiem przyjemną produkcją science fiction. Oto przepis: bierzemy połowę obsady "Stargate SG-1" i wielu innych seriali SF, dodajemy do tego CGI (większość serialu jest kręcona na greenscrenie), garść mutantów, szczyptę superstworzeń (wampiry, wilkołaki), odrobinę tajnych agencji i kultowych XIX-wiecznych postaci (Kuba Rozpruwacz, Nicola Tesla, Sherlock Holmes, Dr Jekyll/Mr. Hyde), a następnie mieszamy to wszystko i mamy tematykę na cztery sezony serialu. Oto Helen Magnus, czyli dr Carter ze "Stargate SG-1" (tym razem z ciemnymi włosami), zmutowana nieśmiertelna, prowadzi tytułowe Sanktuarium, czyli miejsce schronienia, opieki i badań nad abnormalnymi, a więc wszelkiego rodzaju mutantami, jakie tylko scenarzysta może sobie wyobrazić. Nigdy specjalnie nie przepadałem za tematyką mutantów, a tym bardziej tajnych agencji, ale w tym serialu było coś, co kazało mi go oglądać. Nie wiem czy to znajome mordki obsady, czy też gładki sposób prowadzenia akcji, ale naprawdę nie żałuję. Jak na serial przystało, były odcinki lepsze i gorsze, kilka zupełnie pokręconych (np. odcinek musicalowy, gdzie cała obsada śpiewała, albo bollywoodzki, gdzie tańczyła), ale też parę naprawdę mocnych i świetnych motywów. Moje serce podbił zwampirowany Nicola Tesla, którego pojawienie się na ekranie zwiastowało, że nadciąga świetny odcinek. Co za pomysły! A jak jeszcze dołożyli do tego całą podziemną cywilizację mieszkającą pod skorupą planety (patrz teoria tzw. Hollow Earth), to już nastąpiła prawdziwa jazda bez trzymanki.

Oddaję hołd Amandzie Tapping, która zrobiła wyjątkowo trudną rzecz - pozbyła się twarzy dr Carter, na którą pracowała przecież przez ponad 10 lat. Jako Helen Magnus ma wprawdzie tą samą manierę aktorską, ale mimo to jest naprawdę dobra, wiarygodna i powiem szczerze, że wolę ją w tej roli. Nicola Tesla to samograj, podobnie jak fantastyczny Christopher Heyerdahl w podwójnej roli Wielkiej Stopy i Johna Druitta. Znany z trzecioplanowych rólek science fiction Ryan Robbins w końcu doczekał się porządnej drugoplanowej roli wilkołaka, a mało znana do tej pory Hinduska Agam Darshi całkiem nieźle zagrała łowczynię mutantów. Niestety mamy też minus w osobie głównego bohatera Willa Zimmermana, wyposażonego przez naturę w wielkie wodniste oczy i arogancką aparycję. Nie był to najprzyjemniejszy bohater do oglądania, na szczęście reszta obsady go równoważyła. Druga irytująca mnie postać, czyli córka Helen Magnus, na szczęście zniknęła z obsady po pierwszym sezonie, czym ucieszyła moje serce - nie dość, że zyskaliśmy odświeżenie fabuły, to jeszcze usunęliśmy najbardziej irytującą postać (ach, żeby tak twórcy "Stargate Universe" wpadli na ten sam pomysł z postacią Chloe!).

Niestety irytował mnie nadmiar CGI - ja wiem, że serial został tak pomyślany, by całe otoczenie zrobić mu cyfrowo, ale mimo wszystko wolałbym, żeby Sanktuarium było prawdziwym planem zdjęciowym z drewna i farby, a nie tylko pikselami. Efekty czasem wołały o pomstę do nieba, ale na szczęście nie zawsze. Co ważne, "Sanctuary" posiada też ogromną przewagę nad wieloma podobnymi produkcjami - ma prawdziwe, satysfakcjonujące zakończenie! A to, jak wiemy w erze dzisiejszej telewizji, nie zawsze następuje.

Wniosek: Dobre. Tylko trzeba łyknąć konwencję.


"Solomon Kane" ("Solomon Kane: Pogromca Zła")

"Solomon Kane" ("Solomon Kane: Pogromca Zła")

O czym to jest: XVII-wieczny mściciel poluje na demony.

solomon kane pogromca zła recenzja filmu

Recenzja filmu:

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wyglądałaby ekranizacja gry "Diablo II", włączcie sobie "Solomona Kane'a". Jest to kolejny film o przygodach samotnego herosa rozwalającego demony - czyli ta sama półka co "Van Helsing", "Constantine", "Priest" czy "Ja, Frankenstein". Zresztą Solomon najbardziej przypomina mi tego pierwszego, a w niektórych ujęciach to wypisz-wymaluj Hugh Jackman (to pewnie wina kapelusza). I tak oto przenosimy się do czasów elżbietańskich, z biegającymi po ekranie purytanami, angielskimi biedakami oraz arystokratami uzbrojonymi w rapiery i pistolety skałkowe. Dodajmy do tego pokrytego magicznymi symbolami pogromcę demonów i teoretycznie mamy przepis na dobre nerdowskie kino. No ale jak to z przepisami bywa, bez dobrego kucharza ani rusz.

Najsmutniejsze jest to, że film naprawdę miał zadatki na kino kultowe. Niektóre elementy były perfekcyjne, zaczynając od stylizacji głównego bohatera, przez czasy w których odbywa się akcja, po niektóre elementy fabuły (np. zerwanie się z krzyża albo katakumby z zombiakami). Paradoksalnie największą wadą filmu jest... mało przemocy. Tego typu produkcja wręcz błaga o nieustające siekanie rapierami, zarzynanie demonów, błyskotliwą choreografię i dużo krwi. O ile jesteśmy w stanie wytrzymać (skądinąd całkiem sprawnie nakręcone i ciekawe) pierwsze pół godziny wprowadzenia, to potem oczekujemy dobrej nawalanki, z powodu której wydaliśmy pieniądze na bilet. Niestety otrzymujemy parę niezbyt błyskotliwych ruchów, kilka smutnych min głównego bohatera, mało odkrywczy finał i końcowego bossa na planszy wyjętej z "Diablo". Słabo!!! Kolejny przykład zmarnowanego potencjału.

Aktorsko było nieźle, choć James Purefoy (znany także jako mniej udany klon kultowego Christophera Lamberta) do wybitnych aktorów nie należy. Ale za to na otarcie łez dostaliśmy parę miłych dla oka mordeczek, w tym Maxa von Sydowa, Pete'a Postlethwaite'a (tęsknię za nim!) czy Mackenziego Crooka. Niestety, nawet tak miłe dla oka camea nie były w stanie uratować tego mało odkrywczego obrazu. Szkoda, bo liczyłem na znacznie więcej, przynajmniej na tyle co w "Van Helsingu". Cóż, trudno.

Wniosek: Słabe, choć miewa przebłyski.


"I, Frankenstein" ("Ja, Frankenstein")

"I, Frankenstein" ("Ja, Frankenstein")

O czym to jest: Potwór Frankensteina walczy z demonami.

ja frankenstein film recenzja

Recenzja filmu:

Druga tegoroczna premiera kinowa, mimo słabego trailera, na szczęście okazała się całkiem przyjemną rozrywką. "Ja, Frankenstein" to ekranizacja komiksu o przygodach tytułowego Pana Zszywacza walczącego z armią piekieł. Film, mimo sporej konkurencji w swojej klasie, wypadł całkiem nieźle. Efekt końcowy plasuje go gdzieś pomiędzy produkcjami klasy "Underworld" i "Constantine", czyli w szeroko rozumianej gotyckiej stylistyce. 

Zdecydowanie jest to film klasy noir, no a ponieważ dzieje się w Europie Środkowej w mieście klasy Praga/Budapeszt, jest miły dla oka widzów z tego rejonu świata (co ciekawe, uważni wrocławianie dostrzegą w jednej ze scen charakterystyczny tramwaj marki Škoda). Porównanie do "Underworlda" podkreśla jeszcze bardziej Bill Nighy w roli Księcia Piekieł. Dla kontrastu naprzeciw niemu stoi Eowina w roli Królowej Gargulców, gdyż - jak się okazuje - oto Anioły pod postacią gargulców chronią świat ludzi, walcząc z 666 (hehe) Legionami piekieł. Gargulanioły zyskują spore wsparcie w roli Aarona Eckharta, który - jak można się spodziewać - jest taki sam w roli Frankensteina jak w każdym swoim filmie. Na szczęście albo sam aktor, albo jego agent dobiera role na tyle inteligentnie, że jego maniera i kwadratowa gęba winduje ogólną ocenę filmu w górę, a nie dół. 

Tyle o obsadzie (bo anonimowej blondzi przy boku Frankensteina nie liczę), a co z akcją? Na szczęście "Ja, Frankenstein" zawiera wystarczająco dużo epickich ujęć, by stanowił interesujący kawałek nawalanki. Fajna broń (każda broń z wyrytym krzyżem jest fajna!), dobra choreografia, świetny koncept ascendencji/descendencji i całkiem niezłe CGI. Film był krótki, w miarę pozbawiony dłużyzn i w zasadzie konsekwentny. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to jedynie do okazjonalnej niezgrabności scenariusza i gry aktorskiej (ach te miny pana Eckharta...), a także tego, że czasami to co widziałem na ekranie przypominało bardziej cutscenkę z gry niż film. No ale nie można mieć wszystkiego. 

Drugi "Constantine" to nie jest, nie jest to też kultowość na poziomie "Van Helsinga", ale jeśli podobał się wam "Underworld", tu też się nie rozczarujecie. Jest to z pewnością lepsze o lata świetlne od "Legionu" (wciąż próbuję pozbyć się traumy po obejrzeniu tamtej szmiry). Daję zielone światło i jakbym kiedyś napotkał ten film w znośnej cenie, to pewnie go nabędę do domowej kolekcji.

Wniosek: Szału nie ma, ale może być.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger