O czym to jest: Antologia krótkich anime osadzonych w uniwersum Star Wars.
Recenzja serialu:
Jeśli ktoś interesuje się "Star Wars" i zna historię co i kiedy wpłynęło na George'a Lucasa by w latach 70. stworzył to uniwersum, ten wie że jednym z głównych (jeśli nie najważniejszym) źródłem inspiracji było dla niego japońskie kino o samurajach. A konkretnie kinematografia Akiry Kurosawy z "Ukrytą Fortecą" na czele. Zatem szukanie nawiązań do japońskiej kultury w jego produkcjach nie jest wcale trudne: Rycerze Jedi są jak samuraje, Darth Vader jak zły szogun, a i w scenografii czy kostiumach aż roi się od wizualnych zapożyczeń (ikoniczna sukienka Leii przecież wygląda jak kimono). Zatem Disney, tworząc obecnie antologię anime w 100% osadzoną i nawiązującą do Kraju Kwitnącej Wiśni sięgnął tak głęboko do oryginalnego źródła, jak to tylko możliwe.
Od razu zaznaczę: nie jest to produkcja kanoniczna, a to oznacza że zawarte w niej przygody nie wpisują się w oficjalną chronologię innych filmów i seriali. To jednak nie oznacza, że brakuje w nich ducha "Star Wars" - wręcz przeciwnie! Ten dość rozsądny zabieg pozwolił twórcom, mistrzom kina anime, na nieskrępowaną wolność twórczą. Dostarczone przez nich 9 odcinków różni się animacją, stylem, tempem czy powagą fabuły, ale wszystkie z nich to pierwszorzędne anime, któremu nie brakuje klimatu przygód z odległej galaktyki. Osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem anime, dlatego też nie stanowię oczywistego targetu tego serialu. Ale jako wieloletni fan-weteran "Star Wars" z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że trzy odcinki z dziewięciu zasługują na szczególną uwagę.
Najlepszym z nich jest bez wątpienia "The Elder" - to "Star Wars" w czystej postaci. Mistrz Jedi wraz z uczniem przybywają na odległą planetę, gdzie muszą zmierzyć się z antycznym czarownikiem (Sithem?) z dawnych czasów. To doskonała przygoda, która w pełni rozumie klimat space opery jaką są "Star Wars". Drugą i chyba najbardziej znaną pozycją jest "The Duel", zjawiskowe czarno-białe anime o Jedi-roninie, który mimowolnie broni wioski przed grupą maruderów prowadzonych przez kobietę-Sitha. A trzecią i chyba najciekawszą pozycją jest "The Ninth Jedi", które z powodzeniem mogłoby być zalążkiem czwartej trylogii kinowych Epizodów, dziejącą się setki lat po poprzednich filmach. Ach dużo bym dał żeby włodarze Disney'a wpadli na ten sam trop! I dla tych trzech odcinków warto zapoznać się z całym "Star Wars: Visions".
Niestety jeśli nie jesteście fanami "Star Wars", a i stylistyka anime nie jest Waszą ulubioną, to obawiam się że "Visions" może być dla was stratą czasu. Ja bawiłem się dobrze, ale głównie dlatego że to "Star Wars". W innym wypadku, niestety, darowałbym sobie seans - co już o czymś świadczy.
Wniosek: Niektóre odcinki rewelacyjne, ale całość jednak tylko dla fanów.
O czym to jest: Drużyna dzielnych szczeniaków musi ocalić miasto przed szalonym burmistrzem.
Recenzja filmu:
Jednym ze skutków ubocznych posiadania kilkuletniego dziecka jest to, że chcąc nie chcąc poznaje się wszystkie popularne franczyzy targetowanie do dzieci w tym wieku. Wśród nich, i to ponoć już od wielu lat, palmę pierwszeństwa niestrudzenie dzierży "Psi Patrol". Każdy rodzic kojarzy go głównie w postaci absurdalnego serialu animowanego, w którym młody chłopak (tak na oko 10-letni) żyje w superbazie z grupą szczeniaków robiąc jednocześnie za policję, straż pożarną i wszelkie służby miejskie naraz w małym miasteczku (zakładam że gdzieś na Florydzie, bo tylko tam mogłyby się odwalać takie numery). Można - i pewnie napisano - całe elaboraty na temat tego, jak głupi to jest pomysł na bajkę, ale nie da się ukryć, że działa! Dzieciaki siedzą jak przyklejone do ekranu, a biedni rodzice kończą wydając setki monet na zabawki, ubranka i gadżety należące do franczyzy. Biznes się kręci...
Na kanwie tego sukcesu wypuszczono na ekrany film kinowy - pierwszy i zapewne nie ostatni. Odświeżono jednocześnie animację, tak by sprostała wymogom współczesności. Ale mimo całego mojego zażenowania całą franczyzą, bez bicia przyznam się, że bawiłem się... znakomicie! Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest to naprawdę dobry film! Mało tego, porusza bardzo ważny temat zespołu stresu pourazowego (wprawdzie w wykonaniu psa, ale jednak), którego serio nie spodziewałbym się w tej produkcji. Kto by pomyślał... Jak miło jest się zaskoczyć!
Jest to oczywiście "Psi Patrol" w czystej postaci - jest przekomiczny i głupi jak but burmistrz Humdinger przed którym trzeba uratować bogu ducha winnych ludzi, są dzielne szczeniaki, są superaśne (i nowe!) pojazdy, jest nowy członek drużyny (przeurocza jamniczka Liberty), no i oczywiście niezbędny happy end. Nie zawiódł też polski dubbing (Janusz Wituch jako Humdinger powala!), a i tłumaczom dialogów nie zabrakło iskry bożej. A zatem: mamy świetną kolorową animację, tempo, humor, nowe postacie i nowe miejsce (wielkie miasto zamiast zapyziałej mieściny), a także przesłanie z morałem. Czegóż chcieć więcej?
Wniosek: Zadziwiająco dobre! Mimo absurdu całej koncepcji bawiłem się wybornie!
O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.
Recenzja serialu:
Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.
"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!
"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!
"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?
"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.
"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!
"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.
"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.
"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.
"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!
"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!
"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!
"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.
"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!
"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...
"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!
"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!
"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!
"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!
"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!
"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!
Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!
O czym to jest: Alternatywne wersje najsłynniejszych filmów uniwersum Marvela.
Recenzja serialu:
No muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem! Gdy usłyszałem że kręcą animowany serial z uniwersum Marvela, w którym przedstawią alternatywne wersje filmów z cyklu, byłem co najmniej sceptyczny. O jak bardzo się myliłem! Ten serial to najlepsze co spotkało to uniwersum od wielu lat. Jest po prostu doskonały!
Sam nie wiem od czego zacząć pochwały. Fabularnie każdy odcinek opowiada nieco inną wersję znanych nam filmów, zamieniając miejscami postacie lub kluczowe wydarzenia. I tak oto Kapitan Ameryka staje się kobietą, Czarna Pantera zmienia w Star-Lorda, Doktor Strange schodzi na złą drogę, Spider-Man walczy z zombie, a Ultron podbija cały świat i nie tylko... Co istotne, wszystkie te opowieści łączą się w jedną fabułę w ostatnich dwóch odcinkach. A zatem mamy tu uniwersum wewnątrz uniwersum, co przyniosło totalnie rewelacyjny efekt! A że wszystkie postacie mają głosy podłożone przez oryginalnych aktorów (wliczając w to Chadwicka Bosemana, który zdążył nagrać swoje kwestie przed śmiercią), to mamy wrażenie że naprawdę oglądamy kolejne aktorskie przygody znanych nam bohaterów.
Wizualnie to animacja w starym stylu: żadnego komputerowego CGI tylko stara dobra kreska, która w rękach sprawnych artystów pokaże wszystko czego potrzebuje widz. Każdy odcinek trwa zaledwie pół godziny ale gwarantuję że to wystarczy do opowiedzenia wciągającej, pełnej dynamiki historii. Ogląda się to z zapartym tchem i chce się więcej i więcej! Szkoda tylko, że serial nie liczy póki co więcej odcinków... A nam pozostaje tylko pomarzyć, że może kiedyś niektóre z przedstawionych tu postaci i wydarzeń (Kapitan Carter!) trafią faktycznie w wersji aktorskiej na kinowy ekran. Czego zarówno sobie jak i Wam serdecznie życzę!
Wniosek: Fabularnie rewelacyjne, zwłaszcza jeśli ktoś dobrze zna filmy z uniwersum!
O czym to jest: Grupa zmodyfikowanych klonów ucieka przed siepaczami Imperium.
Recenzja serialu:
Serialowe "Wojny Klonów" Dave'a Filoniego otworzyły nowy rozdział w historii animacji spod znaku "Gwiezdnych Wojen" i stały się produkcją, na której wychowało się całe pokolenie fanów. Serial robił się lepszy z sezonu na sezon i nic dziwnego, że po latach od zakończenia produkcji sfilmowano finalny siódmy sezon, który - przyznaję bez bicia - poziomem przebija połowę fabularnych filmów z tego uniwersum! Nie byłem więc zaskoczony, że twórcy postanowili pociągnąć przygodę dalej w postaci spin-offu "Wojen Klonów", jakim jest "The Bad Batch".
Fabuła produkcji startuje tam gdzie skończyły się "Wojny Klonów", czyli równolegle z "Zemstą Sithów". Tytułowy oddział zmodyfikowanych, "niegrzecznych" klonów, których poznaliśmy już w oryginalnym serialu, musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której nie służą już Republice, a despotycznemu Imperium. Jak można się domyśleć sztywna totalitarna struktura nie bardzo odpowiada osobnikom, którzy bunt mają we krwi. Reszty fabuły możecie się domyśleć: klony uciekają i starają się sobie znaleźć nowe miejsce w zmienionym wszechświecie, po drodze napotykając na kilka tajemnic związanych z pochodzeniem i przeznaczeniem ich wszystkich.
Teraz co do poziomu: fabularnie i wizualnie jest bardzo podobnie do "Wojen Klonów", ale bardziej nudno - głównie dlatego, że postanowiono sprowadzić historię "niżej", tak by odpowiadała perspektywie grupki wojaków na gigancie. Mamy więc sporo przestępczego podziemia, szemranych interesów, misji w stylu "ukradnij głowę droida" albo "włam się do strzeżonej bazy" etc. Mało w tym galaktycznego eposu godnego space opery, choć i w tym zakresie serial ma swoje momenty - tu warto wymienić choćby finał pierwszego sezonu rozgrywający się na Kamino. Wieloletni fani odnajdą w "The Bad Batch" znakomity pomost pomiędzy "Wojnami Klonów" a "Rebeliantami" - nic w tym zresztą dziwnego, skoro wszystkie te produkcje wyszły z głowy Dave'a Filoniego. A zatem: można oglądać, ale nie trzeba. Choć jeśli kochaliście "Wojny Klonów" to na pewno będziecie ciekawi, co było dalej!
Wniosek: Miejscami naprawdę dobre, choć ogólnie wydaje się lekko wtórne.
O czym to jest: Przygody niezbyt rozgarniętej załogi na dość pechowym statku kosmicznym.
Recenzja serialu:
Jedną z najważniejszych cech, za jakie mogę szanować twórców filmów i seriali, jest dystans do samego siebie i własnych dzieł. Uwierzcie mi, to wcale nie taka pospolita przypadłość! Na szczęście o ludziach prowadzących nową falę telewizyjnych przygód z uniwersum "Star Treka" można mówić w samych superlatywach. Nie dość że udało im się uwspółcześnić formułę przygód wymyśloną jeszcze w latach 60., to jeszcze zrobili to w poszanowaniu potrzeb widzów (czego dowodem jest nadchodzący serial "Star Trek: Strange New Worlds", który nie powstałby gdyby nie masowy ruch fanów) i na dodatek z ogromnym poczuciem humoru! Nic nie ilustruje tej ostatniej cechy lepiej niż druga w historii animacja z tego wszechświata, czyli "Star Trek: Lower Decks".
O serialu "Rick and Morty" słyszałem same dobre rzeczy i choć nie miałem jeszcze okazji go poznać to założyłem, że zatrudnienie jego twórców do stworzenia trekowej animacji to znakomity pomysł. I faktycznie! "Lower Decks" nie dość że wprowadza własny zestaw unikalnych postaci i przygód, to jeszcze służy za fantastyczny pastisz dotychczasowych produkcji z uniwersum. Jest o wiele lepszy niż "The Orville" który swoim fekalnym humorem ustawił poprzeczkę za nisko w stosunku do moich oczekiwań. Na sukces "Lower Decks" składa się kilka czynników: dynamiczna animacja idealna do kręcenia scen akcji i podkreślania mimiki postaci, krótka forma odcinków (zupełnie jak w "Star Trek: The Animated Series") jak i przede wszystkim rewelacyjny dobór aktorów do ról głosowych! Choć w tym wypadku można powiedzieć, że grają na pełen etat, bo wygląd ich postaci wzorowany jest na twarzach aktorów. Gdyby mieli więc przenieść się do jakiejś fabularnej produkcji starczyłoby ich zapakować w mundur Gwiezdnej Floty i sprawa załatwiona! Uwielbiam takie podejście!
Głównymi bohaterami historii jest dwójka młodych poborowych: niepokorna Mariner, która robi wszystko by świetnie się bawić i broń Boże awansować w strukturach floty, a także trzymający się procedur Boimler, dla którego wojskowy porządek i dryl są sensem życia. Te totalnie przeciwstawne charaktery, jak się już wkrótce okaże, będą się zderzać i nawzajem nakręcać, raz po raz ratując ich okręt z co bardziej absurdalnych zagrożeń (co ważne, powodowanych przez niekompetencję dowodzącej załogi na mostku). Głosu - i wyglądu - użyczyła tym postaciom dwójka aktorów, których poznałem dość niedawno, ale już zdążyłem pokochać: Mariner zagrała Tawny Newsome (rewelacyjna w "Space Force"), a Boimlera Jack Quaid, bez którego serial "The Boys" na pewno nie zaliczyłby takiego sukcesu.
Jeśli tylko "Star Trek" nie spuści z tonu, to mogę w ciemno oglądać każdą produkcję z tego świata. Jeszcze trochę i zacznę to przekładać ponad swoje ukochane "Star Wars", a to o czymś świadczy! Życzę "Lower Decks" jeszcze wielu sezonów i jestem pewien, że będę się rewelacyjnie bawić! Engage!
Wniosek: Świetne jako pastisz klasycznych seriali "Star Treka", ale też dobre jako serial sam w sobie!
O czym to jest: Młody pilot zostaje szpiegiem na odległej stacji pośrodku oceanu.
Recenzja serialu:
Już jutro w kinach pierwsze seanse Epizodu IX, czyli „The Rise of Skywalker”! To więc idealny moment by wspomnieć o trzecim kanonicznym serialu animowanym z uniwersum „Star Wars”. Dla przypomnienia: najpierw pojawiło się „The Clone Wars”, wielki hit, który dociągnął do sześciu sezonów (siódmy w drodze)! Następnie stworzono „Rebels”, nieco mniej popularne, ale również klimatyczne widowisko. Naturalnym następcą miało być „Resistance” dziejące się w realiach trylogii sequeli. Niestety tym razem widzowie zagłosowali nogami i mimo że serialowi nie można wiele zarzucić, nie zdobył on specjalnej popularności.
A szkoda! To naprawdę udana produkcja. Akcja startuje niedługo przez „Przebudzeniem Mocy”, później równolegle leci ze wspomnianym filmem, by finalnie zakończyć się już po wydarzeniach „Ostatniego Jedi”. Głównym bohaterem jest Kazuda Xiono, poczciwy acz niezbyt rozgarnięty pilot Ruchu Oporu, który podejmuje się szpiegowskiej misji na stacji Colossus, słynącej z organizowania wyścigów myśliwców. Jak można się domyśleć, Kazuda zaprzyjaźnia się ze wspomnianymi pilotami oraz grupą mechaników o złotych sercach. W tle zaś starcia z siłami Najwyższego Porządku, piratami, potworami oraz wszystkim, czego możecie się spodziewać po serialu dla młodzieży. Na szczęście „Resistance” nie traci przy tym tego co najważniejsze: klimatu przygód z odległej galaktyki!
Jeśli miałbym zidentyfikować dwie główne przyczyny frekwencyjnej porażki „Resistance”, to pierwszą byłaby rezygnacja z mistycyzmu. To co odróżnia „Star Wars” od innych franczyz typu space opera, to cały tygiel Mocy, przeznaczenia, Rycerzy Jedi, mieczy świetlnych i wszelkiej bajkowej otoczki. Zauważcie że nawet „Rogue One”, który był filmem wojennym, miał w sobie sporo takich elementów (ma je też zbierający laury serial „The Mandalorian”). Zabrakło tego jednak w „Solo”, który rozczarował finansowo. Zabrakło też w „Resistance”. To chyba nie przypadek. To trochę tak jakbyście zaprosili kogoś na tort z wiśniami i zapomnieli dodać wiśni. Da się zjeść? Pewnie że tak, ale to już nie to samo.
Drugim problemem jest główny bohater. Przy całej sympatii do postaci Kazudy, to trochę tak jakby głównym bohaterem uczynić Jar Jar Binksa. Kazuda ma podobny styl bycia i podobną niezdarność, z której ratują go tylko niezbyt wiarygodne zbiegi okoliczności. Mógłbym się w tym wprawdzie doszukiwać tzw. stylu walki pijanego mistrza, ale to nic innego jak zwykły humor slapstickowy, niczym w komediach z Flipem i Flapem. „Resistance” bardzo mocno inspiruje się produkcjami anime, gdzie taki humor jest na porządku dziennym, dlatego w sumie mnie to nie dziwi. Niestety to niezupełnie moje klimaty.
Ale nie skupiajmy się na negatywach, bo pozytywów jest o wiele więcej! Bardzo podoba mi się rozpisanie postaci – nikt nie jest zbędny na ekranie; każdy ma swoje miejsce i rolę w historii. Fabuła odcinków, choć czasem infantylna, ma ręce i nogi i potrafi zaciekawić widza od pierwszej do ostatniej minuty. Muszę przyznać że naprawdę wkręciłem się w historię, zwłaszcza że pod koniec pierwszego sezonu nastąpił niespodziewany zwrot akcji, którego absolutnie się nie spodziewałem! Drugi sezon z kolei dość mocno przypominał mi serial „Stargate Atlantis”, ale to nie szkodzi – inspirowanie się dobrymi produkcjami jest zawsze mile widziane!
Szkoda mi trochę, że serial kończy się dość przedwcześnie. Ciekawe tylko, czy to zmierzch animowanych seriali „Star Wars”, które wkrótce zastąpią rozliczne produkcje aktorskie. Pożyjemy, zobaczymy!
Wniosek: Dobre i w klimacie, choć skierowane do młodszej widowni.
O czym to jest: Asteriks i Obeliks muszą znaleźć następcę druida Panoramiksa.
Recenzja filmu:
Już dość dawno byłem w kinie na nowym „Asteriksie”, ale jakoś nie miałem okazji by go opisać. Czas to nadrobić! Wszelkie przygody dzielnego galijskiego wojownika to zawsze dla mnie punkt obowiązkowy w kinowym repertuarze. Zaznaczam – animowane, bo fabularne wołają o pomstę do nieba… Tym razem nadarzyła się wyjątkowa okazja, bowiem „Tajemnica Magicznego Wywaru” to pierwsza od czasów „Dwunastu Prac” oryginalna historia bez komiksowego pierwowzoru!
Tu zaznaczę, że kronikarski obowiązek nakazuje bym wspomniał, że pewne motywy zostały jednak zaczerpnięte z kart komiksów – ot choćby Puszcza Karnutyjska z „Asteriksa i Gotów”, postać Kolaboriksa z „Walki Wodzów”, albo druid Sulfuriks jako żywo przypominający antagonistę z „Wróżbity” (oraz filmowej „Wielkiej Bitwy”). Niemniej reszta historii wniosła nowy wątek – oto bowiem druid Panoramiks, zaniepokojony wizją nadchodzącej starości, postanawia znaleźć następcę. Rusza więc w objazd po Galii w swoistym talent show, który ma wyłonić młodego zdolnego druida, gotowego na poznanie sekretu magicznego wywaru. Jak można się domyśleć, nie będzie to proste!
Z zadowoleniem stwierdzam, że cała historia ma sens i autentycznie mnie zainteresowała. W niczym nie ustępuje jakości komiksom, zwłaszcza tym najnowszym!
Animacja kontynuuje styl 3D zapoczątkowany w „Osiedlu Bogów” i ponownie wydaje się być idealna dla tej historii. Moje serce podbiły zwłaszcza dziki! Nie brakuje też dobrych gagów, w tym niektórych naprawdę ostrych (druid Jezus pozamiatał!). No i ekipa druidów w Puszczy Karnutyjskiej niebezpiecznie przypominała mi radę wydziału na dowolnym europejskim uniwersytecie. Pewnie nie bez przyczyny…
„Tajemnica Magicznego Wywaru” to dobra, a może nawet bardzo dobra animacja. Do polecenia widzom w każdym wieku! Życzę sobie więcej takich „Asteriksów”!
O czym to jest: Armia robotów atakuje pacyfistyczną krainę.
Recenzja filmu:
Zastanawiałem się, jaki film opisać z okazji rozpoczęcia 2019 roku. I wtedy przypomniałem sobie o pewnej produkcji, którą ćwierć wieku temu rodzice kupili mi jako "bajkę" na VHS. Jak ja się cieszę, że nie mieli pojęcia, co kupują! Nazwanie "Gandahara" bajką (no bo przecież jest animowany, nie?) to jak nazwanie "Folwarku Zwierzęcego" familijnym filmem o zwierzątkach. Nie dajcie się zwieść pozorom!
"Gandahar" to fantastyczna opowieść science fiction, która wywodzi się z bardzo bogatej, francuskiej odmiany tego gatunku (prezentuje ją też np. "Metal Hurlant Chronicles"). Jeśli zastanawiacie się, jak odróżnić francuskie SF od dajmy na to amerykańskiego, podpowiem: będą gołe, wydatne biusty. I lateks. A także roboty i dużo - naprawdę dużo - seksualnych podtekstów. Na szczęście w odpowiedniej dawce takie obrazki dodają fajnej egzotyki, zamiast razić naturalizmem. A jak jeszcze połączy się je z nieskrępowaną wizją świata i okrasi fantastyczną ścieżką dźwiękową, to palce lizać!
Historia "Gandahara" to historia dalekiego świata (innej planety zapewne), w którym żył pacyfistyczny, posługujący się biotechnologią i rządzony przez kobiety naród Gandaharian. Pewnego dnia tę utopijną krainę atakuje tajemniczy wróg - armia robotów niszcząca wszystko na swojej drodze. Agent Sylvain zostaje wysłany, by odkryć tożsamość napastników. Jak możecie się domyślać to, co Sylvain spotka na swojej drodze, wstrząśnie nim do głębi. Jeśli chodzi o scenariusz i przebieg fabuły, to "Gandahar" dostaje ode mnie najwyższą ocenę. Zwroty akcji, postacie (zwłaszcza mutanty!), a przede wszystkim rozmach scenografii (choć animowanej) oraz ścieżka dźwiękowa to prawdziwe arcydzieło. Marzy mi się, by zobaczyć to w wersji fabularnej w kinie - współczesne efekty specjalne powinny już to udźwignąć. Tylko czy publika jest gotowa na tak intelektualne kino?
Bardzo chciałbym wystawić tej produkcji maksymalną ocenę, ale niestety nie mogę. Wszystko to z winy animacji (tu ciekawostka: robionej przez studio z Korei... Północnej!). Niestety nie przetrwała próby czasu i zawodzi, zwłaszcza w zakresie mimiki postaci. Niemniej wyobraźnia widza potrafi nadrobić te braki - a zaręczam, że warto się trochę wysilić. Głęboko rozczarował mnie również oryginalny francuski dubbing - aktorzy mówią tam niestety całkowicie bez pasji i polotu. Za to bardzo polecam wam polską wersję językową, gdzie głosy podłożyli m.in. Leszek Teleszyński i Adam Ferency. Prawdziwa petarda!
Jeśli lubicie dobre science fiction i jakimś cudem nie znacie "Gandahara", czas to nadrobić. Tylko nie przeraźcie się jakością animacji. Prawdziwe diamenty zawsze trzeba oszlifować!
Wniosek: Wybitne fabularnie, choć animacja nie przetrwała próby czasu.
O czym to jest: Cyborg tropi hakera dusz w mieście przyszłości.
Recenzja filmu:
Japońskie anime "Ghost in the Shell" to bez wątpienia produkcja legendarna, słusznie uważana za jedną z najwybitniejszych animacji w historii kina. Jest dojrzała, pełna filozofii i skomplikowanych dylematów, a co najważniejsze wizualnie powalająca. Rzadko spotykam tak wizualnie dopieszczone produkcje, gdzie każdy element został starannie dobrany i idealnie sportretowany. A pamiętajmy, że "Ghost in the Shell" powstało w 1995 roku, gdy komputerowa technologia była jeszcze w powijakach! Zatem większość tego, co zobaczycie na ekranie, zostało pieczołowicie narysowane klatka po klatce przez wybitnych artystów. Ech, dziś już tak się nie robi animacji...
Ten film to duchowe dziecko "Blade Runnera". Podobnie jak w tamtej, równie kultowej produkcji, mamy do czynienia z dystopijną wizją mega-miast przyszłości, gdzie prym wiodą wielkie korporacje, a ludzie żyją na wielopoziomowych przestrzeniach jak na farmie mrówek. Ale jednocześnie to anime jest matką większości dzieł stworzonych przez duet sióstr (kiedyś braci) Wachowskich. Zarówno "Matrix", jak i przede wszystkim "Atlas Chmur" z niezwykłym, zalanym przez ocean Nowym Seulem, nie wyglądałyby tak na ekranie, gdyby nie inspiracja obrazami z "Ghost in the Shell". Nie ma lepszego wyznacznika kultowości, niż właśnie takie osiągnięcie.
Drugą gigantyczną zaletą tego anime jest warstwa filozoficzna. Film porusza kwestię zatarcia granicy między maszyną, a człowiekiem, i to w świecie z ludźmi-cyborgami fizycznie połączonymi z Internetem. Co się stanie, gdy największym zagrożeniem będą hakerzy dusz, potrafiący przejąć kontrolę nad ciałem i umysłem ofiary? Czy tropiąca przestępców komputerowych niezłomna agentka-cyborg będzie w stanie ich powstrzymać? Zarówno pomysł, jak i filozoficzne dyskusje nad sensem życia, okraszone na dodatek doskonałą ścieżką dźwiękową, bardzo przypadły mi do gustu. Mam jednak obawę, że w tej oszałamiającej formie gdzieś zgubił się film jako taki. "Ghost in the Shell" miejscami staje się zwyczajnie nudny. Gdy ustają strzelaniny i pościgi, kamera hipnotycznie wędruje po mieście przyszłości, a bohaterowie w milczeniu patrzą w dal. Być może gdybym obejrzał ten film w młodszym wieku, nie mając takiego kinowego doświadczenia, zrobiłby na mnie większe wrażenie. Niestety obecnie nawet najlepsza psychodeliczna animacja to za mało, by mnie kupić z miejsca.
To zdecydowanie ambitny kawałek kina, który powinno się znać. Bardzo jestem ciekaw, czy fabularny remake "Ghost in the Shell" choć trochę dorówna do oryginału. To będzie bardzo trudne zadanie.
Wniosek: Wizualnie i fabularnie świetne, ale nieco nudne w formie.
O czym to jest: Nowe przygody oryginalnej załogi U.S.S. Enterprise.
Recenzja serialu:
W życiu bym się nie spodziewał, że animowany "Star Trek" dostarczy mi tyle frajdy! Powiem więcej: mimo tragicznej animacji, absurdalnej fabuły i kuriozalnych zwrotów akcji, uważam to za niezłą zabawę! Kluczem do sukcesu było skrócenie odcinków do 22 minut, dzięki czemu wycięto wszystkie zbędne dłużyzny, które czynią klasyczne produkcje tak trudnymi do zniesienia.
Ten serial to bezpośrednia kontynuacja oryginalnego "Star Treka", z tymi samymi aktorami podkładającymi głos. Pasuje to tak dobrze do wersji fabularnej, że miejscami zapominam, że oglądam animację. Zresztą pewne wątki (jak np. kultowe wśród fanów tribble) są w tym serialu kontynuowane. Jeśli kochacie przygody klasycznej załogi U.S.S. Enterprise, ta produkcja jest dla was! Uważajcie jednak na potwornie złą animację, która - chyba dla zaoszczędzenia budżetu - często się powtarza (istnieje np. tylko jedno ujęcie trzęsącego się mostka, wykorzystywane chyba w każdym odcinku).
Fabularnie to nadal naiwne przygody w kosmosie: kuriozalne zwierzęce rasy kosmitów, rozwiązywanie żenujących zagadek, zimna logika Spocka i seksualny magnetyzm Kirka. Dzieci wynudzą się na tym jak diabli, więc polecam ten serial raczej dorosłym i zaangażowanym fanom. Trzeba naprawdę kochać "Star Treka", by przez to przebrnąć!
Wniosek: Tragiczna animacja, ale ma ducha oryginalnego serialu.
O czym to jest: Finalne starcie Batmana z Jokerem (z Batgirl w tle).
Recenzja filmu:
Z reguły nie sięgam po animacje (i tak dla produkcji fabularnych ledwo starcza mi czasu), ale okazjonalnie robię wyjątki. A Batman zasłużył na szczególną wzmiankę, ponieważ to mój ulubiony superbohater. Komiks "Batman: The Killing Joke" uchodzi za jeden z najlepszych w historii wydawnictwa DC, zatem jego ekranizacja w zrozumiały sposób zwróciła uwagę światowej publiki. Niestety - jak to często bywa - to co wychodzi na kartach komiksu, niekoniecznie sprawdza się na ekranie (nawet w wersji animowanej).
Mimo całej mojej miłości do Batmana i nostalgii do "Batman: The Animated Series", na której opiera się ten film, nie mogę powiedzieć, że dobrze się bawiłem. Oczywiście cudownie było znów usłyszeć Kevina Conroya jako Batmana i Marka Hamilla jako Jokera. Ale nostalgia to za mało by stworzyć dobre, wartkie kino! "The Killing Joke" składa się z dwóch części, które - co najgorsze - nie mają ze sobą nic wspólnego. Pierwsza, skupiona na Batgirl i jej relacji z Batmanem, jest naprawdę udana. Z odpowiednim tempem, akcją i fajnym poprowadzeniem fabuły. Jednak później urywa się i przeobraża w historię z Jokerem w tle, gdzie Batgirl działa jedynie jako MacGuffin, a nie pełnoprawny członek opowieści. Równie dobrze można by te części podzielić na dwie produkcje i nikt nie zauważyłby różnicy! W moich oczach to śmiertelny grzech reżysera, który ewidentnie nie potrafił zapanować nad scenariuszem i spójnością filmu.
Co najgorsze, relacja Batmana z Jokerem daleka jest od rywalizacji z nutką nostalgii, jaka cechowała chociażby - dla porównania - Robin Hooda i Szeryfa Nottingham w "Robinie z Sherwood". W tym filmie Batman przejawia wręcz psychopatyczne przywiązanie (miłość?) do Jokera i nawet kiedy ten krzywdzi Batgirl, Bruce Wayne nadal robi wszystko, by zakopać topór wojenny. Serio? To ma być "Batman na skraju"? Jest to tak absurdalne jak zakochany Joker w "Suicide Squad" - po prostu ni w ząb nie pasuje mi do przyjętej w popkulturze psychiki tego bohatera.
Ponadto zdecydowanie jestem rozczarowany całą otoczką "dorosłości" tego filmu. Biusty w bieliźnie i kilka kropel krwi to dosłownie tyle co nic, zwłaszcza jak na animację. Chcecie kontrowersyjnej animacji? To obejrzyjcie "Gandahara" albo "Sausage Party"! Przy tych filmach "Batman: The Killing Joke" wygląda jak kolejny odcinek familijnego serialu rodem z lat 90. I to na dodatek nudny.
O czym to jest: Parówka Frank musi uratować siebie i przyjaciół przed pożarciem przez ludzi.
Recenzja filmu:
Nic nie poradzę, że sztubacki (żeby nie powiedzieć: prostacki) humor do mnie nie trafia. Najwyraźniej nie jestem odbiorcą filmów tego typu, dlatego też z zasady unikam amerykańskich komedii, w tym tych stworzonych przez Setha Rogena. Jednak zrobiłem wyjątek dla "Sausage Party", psychodelicznej animacji o mordowanych i pożeranych przez ludzi produktach spożywczych (takie "Toy Story" w wersji 18+).
Nie żałuję, że poszedłem na to do kina, bo czasem warto zrobić sobie odskocznię od napakowanych efektami specjalnymi blockbusterów. I muszę przyznać, że bawiłem się dobrze, bo "Sausage Party" nie jest złym filmem. Ma pomysł na fabułę, w miarę zgrabny scenariusz, błyskotliwe postacie, staranną animację i świetnie podłożone głosy. Miejscami film wręcz tryska mnóstwem inteligentnych aluzji, jak chociażby przy żartach z religii, kwestii etnicznych (żydowski bajgiel i muzułmański lawasz podbiły moje serce) czy nawet Stephena Hawkinga (swoją drogą to Amerykanie naprawdę mają fioła na jego punkcie). I gdyby humor zatrzymał się w tym miejscu, byłoby w porządku. Niestety twórcy postanowili pojechać po bandzie również w kwestiach seksualnych - i to niestety w sposób dopasowany raczej do poziomu nastolatków. I choć osobiście nie jestem pruderyjny, to wiem z doświadczenia, że można zaprezentować humor wysokich lotów, a mimo to naszpikowany seksualnymi aluzjami (najlepszy przykład: "Wilk z Wall Street").
Ten zarzut, w połączeniu z kompletnie pozbawioną pomysłu końcówką, spowodował że po seansie mam mieszane uczucia. Cieszę się że to obejrzałem, ale czy zechcę wrócić do tego filmu? Raczej wątpię. A może po prostu jestem już za stary?
Wniosek: Miejscami bystre i odkrywcze, ale mogło być zabawniejsze.
O czym to jest: Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...
Recenzja serialu:
To prawdziwa sztuka zrobić dobrą animację - zwłaszcza taką, która jest oparta na fabularnym uniwersum. Na szczęście gatunek space opery jest niczym więcej, jak bajką w kosmosie, dlatego też znajdzie się tu miejsce zarówno dla poważnych przygód (kinowe Epizody), jak i tych skierowanych do młodszego widza. Najnowsza animacja spod znaku "Star Wars" idealnie łączy wodę z ogniem, stanowiąc świetną rozrywkę zarówno dla starego fana (takiego jak ja), jak i młodego pokolenia.
W przeciwieństwie do "The Clone Wars", gdzie główną rolę grały postacie znane z filmów (Anakin, Obi-Wan), w "Rebels" mamy do czynienia z zupełnie nową ekipą. Tak jak czasy Wojen Klonów rozwijały okres pomiędzy "Atakiem Klonów" a "Zemstą Sithów", tak przygody Rebeliantów wypełniają wieloletnią pustkę między "Zemstą Sithów" a "Nową Nadzieją". Śledzimy w nich załogę frachtowca Ghost, którego kolorowa załoga staje się zarzewiem rebelii w całej galaktyce. Mamy na pokładzie dzielną panią kapitan, jednego z ostatnich Rycerzy Jedi (wraz z nowym Padawanem), zadziorną Mandaloriankę, wielkiego stwora od mokrej roboty i sprytnego droida: jednym słowem pełne powtórzenie motywów z klasycznych filmów, które już wielokrotnie odniosły sukces. Ponieważ twórcą "Rebels" został Dave Filoni, udało się do fabuły przemycić sporo wątków z "The Clone Wars", co uczyniło go niemalże sequelem wspomnianej produkcji. Dodatkowo fabularna bliskość "Nowej Nadziei" pozwoliła na epizodyczną obecność Lando, Leii i innych postaci z oryginalnych filmów.
No dobra, skoro ustaliliśmy co to jest, ustalmy jakie to jest. Rzecz jasna mamy tu do czynienia z serialem dla dzieciaków, zatem fabuła rządzi się swoimi prawami. Nasi bohaterowie wychodzą cało z nawet najgorszych opresji, potrafią przechytrzyć Imperium na każdym kroku, a strzelający do nich szturmowcy mają celność na poziomie baby z wesela. Ponadto sporo odcinków to klasyczne zapychacze bez większego znaczenia. I choć może to niektórych denerwować, potrafię wybaczyć te minusy, bo w zamian dostajemy inne elementy: cudowne postacie (zwłaszcza droidy - Chopper jest fenomenalny i zostawia R2-D2 daleko w tyle), klimatyczne wstawki związane z Mocą i Jedi (bardzo zgodne z oryginalnym klimatem "Star Wars"), a także ciągłe rozszerzanie wszechświata o nowe elementy. Oby "Star Wars Rebels" trwało jak najdłużej i przynosiło nam jak najwięcej radości - nie mam wątpliwości, że miłośnicy sagi będą się przy tej produkcji świetnie bawić.
Wniosek: Świetna rozrywka dla dzieciaków i dla starszych widzów. Ma klimat.