Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultowe produkcje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultowe produkcje. Pokaż wszystkie posty
"True Detective" ("Detektyw")

"True Detective" ("Detektyw")

O czym to jest: Zgorzkniali detektywi rozwiązują makabryczną zagadkę kryminalną.

Recenzja serialu:

"True Detective", podobnie jak "Fargo", to serial-antologia. Co to oznacza? Każdy sezon ma mieć osobnych bohaterów, fabułę i lokalizację, jednak z zachowaniem takiego samego klimatu. W przypadku wspomnianego "Fargo" udało się to rewelacyjnie! "True Detective" jest pod tym względem niestety bardziej nierówny. Żeby wyjaśnić dokładniej o co chodzi, opiszę każdy sezon osobno.

SEZON 1


detektyw sezon 1 recenzja serialu HBO mcconaughey harrelson
WOW. Tymi trzema literkami mogę skomentować poznanie serialu "True Detective". HBO po raz kolejny udowodniło, że dawno temu zdeklasowało BBC w wyścigu o najlepsze produkcje telewizyjne. Cieszę się, że uwielbiany przeze mnie gatunek filmów w apokaliptycznym klimacie z psychopatycznym mordercą w tle ma się dobrze. Ten serial nie jest tak dobry jak na przykład "Siedem", ale naprawdę jest niezły. Przenosi nas do malarycznej Luizjany, pełnej bagien, spoconych drzew i najgorszego rodzaju rednecków, tzw. white trash, efektu wielopokoleniowego chowu wsobnego. Południe Missisipi zawsze było kanwą świetnych produkcji, więc i tym razem lokalizacja gwarantowała sukces. Choć niby już to wszystko widzieliśmy.

Sprawdźmy, czy serial spełnia wszystkie wymogi gatunku: mamy apokaliptyczny klimat, psychopatycznego i filozofującego czuba mordercę (i pedofila na dodatek), zniszczonego życiem detektywa (a nawet dwóch) i zagadkę, którą może rozwiązać tylko wydalony ze służby policjant. Wszystko się zgadza. Ale mimo powtarzalności schematu, konstrukcja fabuły jest bardzo udana i trzyma w napięciu. Większość zasługi należy przypisać grającemu główną rolę Matthew McConaughey'owi, który (znowu!) udowodnił, że jest jednym z liderów wśród najlepszych aktorów współczesnego kina. Co za kreacja! Była tak dobra, że partnerujący mu Harrelson, mimo że równie świetny, wręcz ginął w jego obecności. McConaughey był tak zniszczony życiem, struty, depresyjny i przejmujący, że aż się robiło przykro. Jego postać sprawiała wrażenie, że śmierć (najlepiej gwałtowną) powita z ulgą. A to, co spotkało go na końcu, paradoksalnie było chyba najlepszym, co mógł dostać.

Oczywiście były tu pewnego rodzaju niedopatrzenia - powiedziałbym, że fabułę udało się zamknąć w 85%, zamiast w 100%. Zabrakło mi trochę rozwikłania wątku pedofilskiej szajki, kultu Żółtego Króla i pogłębienia znaczenia Carcosy. Trudno stwierdzić dlaczego. Niemniej zdecydowanie polecam te osiem odcinków pierwszego sezonu "True Detective" - to naprawdę pierwszorzędny kryminał z pełnokrwistymi postaciami.

Wniosek: Pierwszy sezon jest po prostu kultowy. Perfekcja rodem z HBO.



SEZON 2


detektyw sezon 2 recenzja serialu farrell mcadams
Po wspaniałym, niepowtarzalnym pierwszym sezonie, dotarliśmy do drugiej części "True Detective". Poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko, zarówno pod względem fabuły, jak i gry aktorskiej. Wiem, że próba stworzenia drugiego sezonu w takim samym apokaliptycznym klimacie, z seryjnymi mordercami czającymi się na bagnach Luizjany, była skazana na porażkę. Dlatego też scenarzyści zmienili lokalizację na wielką aglomerację Los Angeles, rozszerzyli listę głównych bohaterów do czwórki (z czego trójki detektywów) i zamienili seryjne morderstwa w konglomerat układów korupcyjno-biznesowych. Efekt? Niestety niewypał.

Drugi sezon "True Detective" jest po prostu nudny! Przegadany, przeintelektualizowany, źle napisany i pozbawiony tempa. Z czwórki głównych bohaterów interesujący był wyłącznie Colin Farrell grający skorumpowanego, pogrążonego w nałogach detektywa. Partnerująca mu Rachel McAdams - choć poprawna - nie wnosiła swoją kreacją niczego, czego nie widzieliśmy w innych serialach o "detektywach z problemami". Z kolei trzeci policjant grany przez Taylora Kitscha okazał się być absolutnie zbędny w przebiegu fabuły. Nie mam zielonego pojęcia, po co w ogóle pojawił się na ekranie. Vince Vaughn grający emerytowanego gangstera, który próbuje się odnaleźć w pełnym układów legalnym biznesie, również okazał się być niewypałem, głównie z powodu koszmarnie długich, psychologiczno-filozoficznych monologów, wygłaszanych z brakiem jakiejkolwiek charyzmy. Oglądając drugi sezon "True Detective" czekałem w końcu, aż coś zacznie się dziać - ale niestety, z wyjątkiem znakomitej strzelaniny na koniec czwartego odcinka, praktycznie nic się nie wydarzyło. Nawet finał był bez wyrazu i bez katharsis, jakie otrzymaliśmy chociażby w pierwszym sezonie.

Drugi sezon nie wniósł niczego do świadomości widza, poza tym że policja jest skorumpowana, detektywi piją, ćpają i się łajdaczą, politycy biorą w łapę, a cały świat to bagno. Cóż, nic odkrywczego! Takie produkcje takie jak "Sicario" udowadniają, że można to pokazać lepiej. I nie trzeba na to aż ośmiu odcinków.

Wniosek: Przegadane i nudne. Zmarnowany potencjał na dobry kryminał.



SEZON 3


detektyw sezon 3 serial recenzja mahershala ali hboPo rozczarowującym drugim sezonie „True Detective” przed twórcami stanęło karkołomne zadanie stworzenia kolejnego sezonu opowieści, który dorówna geniuszowi pierwszego – zarówno pod względem fabuły, jak i aktorstwa. W tej ostatniej kwestii nie szczędzono pieniędzy i postawiono na naprawdę ciężką artylerię. Mahershala Ali jest aktorem na fali. Dopiero co zgarnął prawie pod rząd dwa Oscary (za „Moonlight” i „Green Book”), co podkreśla jego niezwykły talent. Można się było spodziewać, że jego angaż okaże się strzałem w dziesiątkę. I faktycznie, bo Ali wspaniale pasuje do roli detektywa z traumami, nawiedzanego przed duchy przeszłości. I to dosłownie, bo trzeci sezon „True Detective” dzieje się w trzech liniach czasowych naraz – latach 80., 90. i czasach współczesnych, co dało niezwykłą okazję pokazania trzech oblicz głównego bohatera. I wszystko to z zachowaniem cechującego ten serial apokaliptycznego, dystopijnego klimatu.

Co ciekawe, to nie zbrodnia jest tu główną osią fabuły, a raczej samo śledztwo i dochodzenie do prawdy. Ideą przewodnią wszystkich sezonów „True Detective” jest policjant z krwi i kości, który nie ustaje w wysiłkach, póki nie rozwikła zagadki. Oczywiście popełnia przy tym masę błędów, ma też ogromną liczbę wad – ale któż ich nie ma? Idąc tym tropem Mahershala Ali stworzył postać detektywa Haysa, introwertycznego weterana z Wietnamu, który prze przed siebie jak taran, nie zważając na skutki uboczne swoich czynów. Jego partnerem jest cyniczny, zdroworozsądkowy detektyw West (w tej roli dość mało znany aktor Stephen Dorff, który mam nadzieję zaliczy po tym występie awans w rankingu popularności). Muszę przyznać, że ta dwójka to jeden z moich ulubionych klasycznych zespołów detektywistycznych klasy czarny/biały policjant. Chemię było widać już od pierwszej sceny!

Co do osi fabuły, to aby nie spoilerować powiem bardzo oględnie: na amerykańskiej prowincji w latach 80. znika dwójka dzieci. Prowadzone śledztwo coraz dobitniej pokazuje, że w tej sprawie nic nie jest takie jak się wydaje, a prawdziwa zbrodnia leży zupełnie gdzie indziej. I choć na rozwiązanie zagadki bohaterom tej opowieści przyszło czekać prawie całe życie, to dla widza jest to zaledwie osiem odcinków dobrego, solidnego kryminału z satysfakcjonującym zakończeniem. Dzięki temu trzeci sezon „True Detective” nie jest może aż taką rewelacją jak pierwszy, ale jeśli tylko twórcy nie zboczą ponownie z obranej drogi i utrzymają klimat, mogą kręcić kolejne. Trzymam kciuki!

Wniosek: Bardzo dobre i klimatyczne. Serial wrócił do formy!



SEZON 4


detektyw sezon 4 night country serial recenzja jodie fosterDługo czekaliśmy na powrót "True Detective" na ekrany, oj długo! Na szczęście - było warto. Powroty w takim stylu są zawsze mile widziane. Zawsze powtarzam że lepiej dostać rzadziej, ale lepiej, niż na odwrót. Nie widzę problemu w tym, by kilka lat czekac na kolejny sezon, zwłaszcza że mamy tu doczynienia z antologią, w której sezony są od siebie niezależne. A więc, drodzy twórcy - czekam na więcej, ale nie spieszcie się, dostarczcie swój produkt dopiero wtedy, jak będziecie naprawdę gotowi.

Po raz pierwszy w historii tego serialu sezon dostał własny podtytuł: "Night Country", co można przetłumaczyć jako "kraina nocy". I to by się zgadzało, jako że akcja sezonu dzieje się na Alasce podczas nocy polarnej. Śnieg, mróz, horror, groza - brzmi znajomo? Jeśli przychodzą Wam do głowy takie tytuły jak "The Thing", "Twin Peaks", "The Terror" czy "Fargo", to bardzo dobre skojarzenie. Cały sezon to właściwie skrzyżowanie wspomnianego "Twin Peaks" i "Mare of Easttown". Co wcale nie jest zarzutem - bo jak zżynać, to od najlepszych! Nie da się jednak zaprzeczyć, że takiej ilości metafizyki na ekranie nie powstydziłby się David Lynch, a kreacja Jodie Foster należy tu do jednej z najlepszych w karierze - a to coś znaczy dla aktorki takiego kalibru jak ona. Wyszedł z tego w zasadzie bardziej horror niż policyjny thriller, czego się w sumie nie spodziewałem, ale może to i lepiej. Po tylu obejrzanych produkcjach ciężko mnie zaskoczyć i miło mi, gdy komuś się to udaje.

Intryga, którą rozpoczyna groteskowe morderstwo/samobójstwo grupy polarnych naukowców, poprowadzi nas na znajome klimaty skorumpowanych policjantów, korporacyjnej chciwości, wyzysku środowiska naturalnego, ucisku autochtonicznej ludności etc., czyli wszystkiego czego spodziewamy się po "True Detective". W rolach głównych cyniczna Jodie Foster jako miejscowa komendantka policji, towarzysząca jej innuicka partnerka po przejściach i młody policjant z talentem do zawodu. Tradycyjnie nie zdradzę Wam jak się skończyła historia, ale gwarantuję, że wszystkie tajemnice zostały rozwikłane. Nie licząc tych metafizycznych, ale warto zostawić w życiu trochę miejsca nie niewyjaśnione, nieprawdaż?

Wniosek: Kultowe jak pierwszy sezon! Absolutna rewelacja!




"Dune" ("Diuna") [2021]

"Dune" ("Diuna") [2021]

O czym to jest: Arystokratyczne rody walczą o kontrolę nad najważniejszą planetą w galaktyce.

diuna film 2021 villeneuve chamalet momoa brolin zendaya

Recenzja filmu:

Można łatwo odnieść wrażenie, że jako wielki fan książkowej "Diuny" Franka Herberta będę stronniczy i cokolwiek zobaczę na ekranie będę się zachwycać. Błąd! Nie ma większych krytyków niż fani literackiego oryginału. Zwłaszcza jeśli przed premierą towarzyszył mi potężny hype, który powodował że po seansie obiecywałem sobie BARDZO wiele. Łatwo wtedy o rozczarowanie, nieprawdaż? Dlatego gdy mówię, że "Diuna" w reżyserii Denisa Villeneuve'a przekroczyła moja najśmielsze oczekiwania, to naprawdę coś znaczy!

Nowa "Diuna" to tak naprawdę dwa filmy z podtytułami "Part One" oraz "Part Two". Bez sensu traktować je jako osobne produkcje, choć słowa te piszę dopiero po premierze pierwszej części. Ale że znam powieść i widzę, jak wiernie fabuła filmu trzyma się oryginału, to wiem co wydarzy się dalej. I nie mogę się doczekać! Bo nie chodzi tu o to CO się wydarzy, tylko JAK zostanie to pokazane na ekranie. Bo dla mnie "Diuna" to coś więcej niż film. To przeżycie, które chłonie się wszystkimi zmysłami ujęcie za ujęciem. Prawdziwe dzieło sztuki, w którym każdy kadr, element scenografii (monumentalnej, a zarazem cudownie ascetycznej) czy dialog wypowiedziany przez aktorów został doskonale zaplanowany. I co ważne: zaplanowany jako element całości, składający się na misterny organizm jaki stanowi to dzieło filmowe. I to wszystko przy dźwiękach naprawdę nie z tego świata! Ścieżka dzwiękowa Hansa Zimmera, tak kosmicznie inna od wszystkiego co do tej pory słyszałem w kinie, to prawdopodobnie jego największe dzieło w karierze - a sami wiecie, jak bogata to kariera. Ale nie tylko o muzykę chodzi (dudy Atrydów!), ale też o wszystkie dźwięki tła które brzmią w pełni wyłącznie na sali kinowej. I to przy takich zdjęciach i wizualiach, że to po prostu niewiarygodne!

Bez sensu byłoby wymieniać wszystkich wybitnych aktorów, jacy zagrali w "Diunie" - starczy spojrzeć na plakat by być pod ogromnym wrażeniem. Nie ma tu źle zagranej postaci, a jedyna poważna fabularna zmiana względem oryginału (czyli uczynienie Lieta Kynesa kobietą) pasuje perfekcyjnie do tempa historii i jej narracji. No i w końcu dopiero ta ekranizacja oddała właściwy hołd postaci Duncana! Jak to mówią: do trzech razy sztuka. Jeśli byliście zachwyceni pierwszą częścią "Diuny" to druga z kolejnymi kultowymi postaciami (Imperator, Irulan, Feyd-Rautha) oraz fremeńskim dżihadem rzuci wszystkich na kolana. Niech jesień 2023 nadejdzie już teraz!

Wniosek: Kino doskonałe. Jedna z najlepszych produkcji SF w historii kinematografii.


"Fargo" [2014]

"Fargo" [2014]

O czym to jest: W zapadłej amerykańskiej mieścinie dochodzi do zbrodni. Wielu zbrodni.

Recenzja serialu:

W Hollywood panuje ostatnio kolejna moda. Zamiast wymyślać i wcielać w życie nowe pomysły na produkcje telewizyjne, twórcy biorą na warsztat kinowe hity sprzed paru lat i... przerabiają je na seriale. Oczywiście z innymi aktorami, zmienionymi (poszerzonymi) przebiegami fabuły, ale jednocześnie z zachowaniem oryginalnych postaci, klimatu i tego wszystkiego, co przesądziło o sukcesie takich filmów. Taki los spotkał "Od Zmierzchu do Świtu", "12 Małp", a także genialne "Fargo" braci Coen. Muszę przyznać, że na początku byłem bardzo przeciwny idei takiego odgrzewania kotletów sprzed lat. Zazwyczaj stawiam na oryginalność, a nie powtarzanie tych samych motywów, które już odniosły sukces (dlatego często staram się unikać rebootów). Ale coś spowodowało, że sięgnąłem po nowe "Fargo". I oszalałem z zachwytu.

Tu należy zaznaczyć, że "Fargo" jest serialem-antologią, w którym każdy sezon ma mieć inną formę, bohaterów i miejsce akcji, ale ten sam klimat i nastrój (podobnie jak w "True Detective"). Dlatego też będziemy opisywać każdy sezon osobno. Zaczynamy!

SEZON 1


fargo sezon 1 martin freemanPo pierwsze trzeba zaznaczyć, że serialowe "Fargo" jest nie tyle rebootem, ile de facto sequelem oryginalnego filmu (uważni widzowie dostrzegą połączenie na początku czwartego odcinka pierwszego sezonu). Gdy tylko zobaczyłem obsadę, mój nos wyczuł hit na odległość. W głównych rolach obsadzono Martina Freemana - którego każda kreacja (od Watsona po Bilba) to prawdziwy samograj - a także doskonalącego się z filmu na film Billy'ego Boba Thorntona. Dorzućcie do tego parę znanych serialowych mordek (w tym Colina Hanksa) i macie wybuchową mieszankę. Freeman w roli stłamszonego agenta ubezpieczeniowego w zapadłej amerykańskiej mieścinie, zrobił coś niesamowitego - w dziesięć odcinków przeprowadził nas pełną drogą, zaczynając od współczucia do jego postaci, a kończąc na prawdziwym obrzydzeniu. Z kolei Thornton w roli psychopatycznego mordercy wzniósł się na wyżyny geniuszu, a jego kreacja może śmiało stać w jednym szeregu z takimi geniuszami zbrodni jak Hannibal Lecter czy "morderca z butlą" z "No Country for Old Men". To był absolutny, psychodeliczno-makabryczny odjazd!

Nadto realia serialu po prostu zrzucały z krzesła - oto w zapomnianej mieścinie pod kanadyjską granicą, gdzie jedyne problemy to zaśnieżone drogi i wykroczenia drogowe, nagle zaczynają się sypać trupy. Jeden, drugi, dziesiąty... Na przestrzeni kilku tygodni splot niespodziewanych wydarzeń pociąga zbrodnię za zbrodnią, której może się przeciwstawić jedynie niezbyt rozgarnięta policjantka z miejscowego komisariatu. Nagle nikt nie może czuć się bezpieczny, a wrażenie zagrożenia potęguje fakt, że wszystkie postacie na ekranie zachowują się, jakby cierpiały na niedorozwój umysłowy (w sam raz dla mieścin cierpiących na chów wsobny). Niesamowicie absurdalna, porażająca czarnym humorem i zbiegami okoliczności historia, która - rzeczywiście - mogłaby się zdarzyć naprawdę. Uwielbiam!

Wniosek: Absolutny hit. Pozycja obowiązkowa.



SEZON 2

fargo sezon 2 patrick wilson
Z wielkimi nadziejami oczekiwałem na drugi sezon wspaniałego "Fargo". Nie wystraszyła mnie planowana zmiana obsady - wręcz przeciwnie! Nowa seria miała stanowić prequel pierwszej i opowiadać o wspominanej kilkukrotnie masakrze w Sioux Falls. Głównym bohaterem uczyniono młodego Lou Solversona, którego w pierwszym sezonie poznajemy jako starszego, emerytowanego policjanta. Tymczasem w roku 1979 wpadł on, podobnie jak później jego córka, na trop zbrodni, która zaczęła prowadzić do kolejnej, a ta do następnej, następnej i następnej...

To z całą pewnością cały czas oryginalne "Fargo": małe miasteczko, niezbyt bystrzy mieszkańcy, zimowa aura, poczucie osamotnienia i trywializacja przemocy, która pełza pod powierzchnią nawet najbardziej spokojnej okolicy. Ogląda się to fenomenalnie! Nie mogę się nachwalić zarówno przebiegu akcji (licznik zabitych sięgał zenitu), bystrych dialogów i cudownej gry aktorskiej, w której sam nie wiem, kto był lepszy. A więc wymienię moich ulubieńców: Patrick Wilson w kreacji uczciwego "gliny z powołania", jego mentor (i przy okazji teść) będący szeryfem (Ted Danson, którego znacie z końcowych sezonów "CSI"), Jesse Plemons w roli niezbyt rozgarniętego miejscowego rzeźnika, Kirsten Dunst jako jego feminizująca żona-fryzjerka czy wspaniały Bokeem Woodbine w roli literata, a przy okazji płatnego mordercy. A to tylko część niepowtarzalnej plejady postaci drugoplanowych! Trudno mi stwierdzić, który sezon "Fargo" jest lepszy, ale bez wątpienia obydwa stanowią obowiązkową pozycję. A dodanie smaczku SF w klimacie "Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia", tak popularnych w końcówce lat 70., czyni tę produkcję wspaniałym obrazem rzeczywistości roku 1979. Może i w krzywym zwierciadle, ale jednak. Ach, tak bardzo czekam na trzeci sezon!

Wniosek: Wciąż trzyma poziom. Kryminał surrealistyczny do granic możliwości!



SEZON 3


fargo sezon 3 ewan mcgregor
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Brzmi to jak truizm, ale czasem niestety tak jest. Każdy serial prędzej czy później czeka ten sam los: wtórność, brak ikry i pomysłu na pociągnięcie fabuły. Co innego, gdy twórcy od początku wiedzą dokąd prowadzą akcję (jak w przypadku "Gry o Tron"), ale gdy scenariusz powstaje z sezonu na sezon, mogą się zdarzyć poważne potknięcia.

Trzeci sezon "Fargo" rozczarował. I to nie pod względem formy - bo zarówno aktorzy, jak i realia ponownie osiągnęły stopień mistrzowski, ale pod względem scenariusza. Nie licząc jednego dobrego odcinka (ucieczki przez las), przygody bohaterów nie porwały mnie w najmniejszym stopniu i - szczerze mówiąc - nie bardzo mnie obchodziły. Czujne oko mojej małżonki (dyplomowanej etnolog), nakierowało mnie wprawdzie na oczywiste inspiracje fabuły, zaczynając od "Fausta", a na "Mistrzu i Małgorzacie" kończąc. Ale nawet to nie pomogło trzeciej odsłonie serialu, tym razem znacznie bardziej zahaczającej o metafizykę, siły nadprzyrodzone oraz wstawki SF (kreskówka o androidzie Minskim).

Po raz kolejny dostaliśmy prowincjonalnego, poczciwego policjanta (w osobie pani prawie-byłej-szeryf, granej przez nieznaną mi wcześniej Carrie Coon), który musi rozwikłać spiralę zbrodni. Tylko że wspomnianej zbrodni wcale nie było dużo. Zamiast staroświeckich morderstw w porażającej absurdem ilości, scenarzyści zafundowali widzom rozważania na temat biznesowych machlojek i pogoni za pieniędzmi. Wiecie, co mi to przypominało? Drugi sezon "True Detective". Te same błędy twórców i ten sam efekt, czyli nuda. I to mimo, że Ewan McGregor w podwójnej roli braci Stussy był świetny - dzięki umiejętnej charakteryzacji naprawdę byłem przekonany, że patrzę na dwóch różnych aktorów! Podobnie znakomita była Mary Elizabeth Winstead jako zaradna panna Swango, a także David Thewlis jako diaboliczny V.M. Varga. Ale nawet tak dobre postacie nie były w stanie pociągnąć zagmatwanego scenariusza, pełnego niewyjaśnionych sprzeczności i dziwactw (zaczynając od błędnego wieku i niezrozumiałych, hollywoodzkich przygód Ennisa Stussy'ego). 

Odnoszę wrażenie, że twórcy "Fargo" chcieli tym sezonem przekazać jakąś głębszą mądrość, ale jeśli nawet tak było, to nie udało mi się jej odczytać. Pod względem rozrywkowym było zaledwie przeciętnie, a mogło być kultowo. Szkoda potencjału. Zobaczymy, czy kolejne sezony (jeśli powstaną), podźwigną serial do dawnego poziomu.

Wniosek: Przeciętne. Oczekiwałem znacznie więcej.



SEZON 4

fargo sezon 4 hulu serial chris rock
No i takie powroty lubię najbardziej! Mówiąc szczerze wciąż nie mam pojęcia jak to możliwe, że po dwóch wybitnych sezonach pojawiło się nieporozumienie w postaci trzeciego. Widać jednak był to wypadek przy pracy, bo czwarta odsłona telewizyjnego "Fargo" wróciła na stare tory doskonale napisanego, wybitnie zagranego i nakręconego z pomysłem serialu. Twórcy ponownie zrobili skok w przeszłość (i głębiej na południe), bo aż do Kansas w latach 50. Osią opowieści uczynili afroamerykańską mafię, która próbuje zająć należne jej miejsce w podziemnym świecie kontrolowanym przez Włochów (a wcześniej Irlandczyków i Żydów). W roli głównej: nie kto inny jak sam Chris Rock, znakomicie przekonujący jako ojciec chrzestny lichwiarzy (mimo że jako aktor znany jest głównie z zawodu komika).

Czwarty sezon ma chyba najbardziej bogatą galerię postaci ze wszystkich odsłon "Fargo": włoskich przygłupich mafiozów (w tym niepodrabialnych braci Fadda na wzór kultowych bliźniaków zagranych przez Arnolda Schwarzennegera i Danny'ego DeVito), psychopatycznych stróżów prawa wyglądających jak zły detektyw Monk i mormoński Billy Bob Thornton, szalonych lesbijskich morderczyń, a także - fanfary - anioła śmierci w osobie kryptycznej i totalnie odjechanej pielęgniarki Mayflower, przed którą uciekałby nawet Hannibal Lecter. A to tylko niektórzy z nich... Co istotne: mimo tak wielkiego przekroju różnorodnych bohaterów, każdy z nich ma dokładnie tyle czasu na ekranie ile potrzeba, a gdy spotyka go zasłużony (lub nie) krwawy los, widz ma wrażenie że wiedział o danej osobie wszystko co chciał. 

Te dialogi, scenografia, zdjęcia i pomysły! I na dodatek z nutką mrożącej krew w żyłach metafizyki - dokładnie tyle ile potrzeba, by wzbogacić fabułę o wątek mistyczny. To lubię! Jak w przypadku pierwszych dwóch sezonów, również ten jest opowieścią o tym że zbrodnia nie popłaca, a każde nieprzemyślane posunięcie może mieć tragiczne konsekwencje, nakręcające spiralę śmierci i cierpienia. Może i mało odkrywcze, wiem... Ale za to jak napisane! Chcę więcej!

Wniosek: Bardzo dobre, "Fargo" wróciło do telewizyjnej ekstraklasy!




SEZON 5

Nie spodziewałem się piątego sezonu "Fargo". Choć czwarta odsłona bardzo mi się podobała, to światowej publice już niespecjalnie - dlatego myślałem, że to już koniec zimowych, krwawych przygód w małych miasteczkach w Minnesocie. A tu taka niespodzianka! I to jeszcze w takim stylu!

Póki twórca ma coś do powiedzenia, to jak dla mnie może kręcić i dziesięć kolejnych sezonów. W piątej odsłonie bardzo (z naciskiem na BARDZO) zdryfował klimatem w stronę Davida Lyncha i "Twin Peaks". W zasadzie czasem miałem wrażenie, że zaraz gdzieś zza rogu wyskoczy Bob czy Agent Cooper i gdyby tak się stało, nie byłbym zdziwiony. Ale wystarczył John Hamm jako diaboliczny alt-prawicowy szeryf, Jeniffer Jason Leigh jako potentantka biznesu chwilówek i pożyczek pozabankowych (twórca serialu ewidentnie ma coś do tej branży - patrz sezon 4), Sam Spruell jako demoniczny zjadacz grzechów (możecie wyguglać sobie - faktycznie było kiedyś coś takiego!), no i oczywiście w roli głównej Juno Temple, na pozór spokojna kura domowa, a w rzeczywistości kobieta, która byłaby w stanie wydrapać Stalinowi oczy. To chyba najlepszy dobór aktorów w tym serialu od czasu drugiego sezonu!

Fabuły nie będę spoilerował, bo nie mam tego w zwyczaju, ale jeśli oglądaliście poprzednie sezony to wiecie czego się spodziewać - krwawej spirali wydarzeń, która tym razem (dla odmiany) była jednak umyślna. Wątkiem przewodnim jest zaś kwestia przemocy domowej, zwłaszcza wobec kobiet, choć i nie tylko. Dodatkowym atutem jest nawet nie prztyczek, a cała pięść prosto w nos dla fanów Trumpa i prawicowych oszołomów. A to, co czyni produkcję kultową czyli dialogi, scenografia, metafizyka, zdjęcia... tym razem to prawdziwa perfekcja. Piąty sezon dostaje ode mnie maksymalną notę i nawet jeśli to byłby koniec serialowego "Fargo", to następuje on w glorii chwały. 

Wniosek: Fantastyczne, psychodeliczne kino kryminalne. 



"Catch-22" ("Paragraf 22") [1970]

"Catch-22" ("Paragraf 22") [1970]

O czym to jest: Ekranizacja wybitnej antywojennej powieści Josepha Hellera o amerykańskich lotnikach w II wojnie światowej.

paragraf 22 film 1970 alan arkin jon voight

Recenzja filmu:

Macie czasem tak, że zupełnie przypadkowo wchodzicie do księgarni, jakaś książka przyciąga Wasz wzrok, otwieracie, czytacie kilka losowych zdań ze środka i dosłownie nie możecie się oderwać? Ja tak miałem z "Paragrafem 22" Josepha Hellera. Oczywiście natychmiast kupiłem książkę i wróciłem z nią do domu. Wiedziałem o niej wcześniej tyle że jest o II wojnie światowej i jest słynna. Ale nie spodziewałem się tak totalnej rewelacji! Gdy tylko skończyłem czytać, sięgnąłem po obydwie ekranizacje jakie do tej pory powstały - pierwszą w kolejce był film z 1970 roku. I to jaki film!

Współcześnie "Catch-22" niestety jest nieco zapomniany, głównie z powodu wypuszczonego w tym samym roku równie rewelacyjnego filmu "M.A.S.H.", na dodatek utrzymanego w podobnym klimacie (ugruntowanym dodatkowo przez kultowy serial). A szkoda, bo "Catch-22" to zarówno bardzo wierna ekranizacja, jak i kino-manifest zrodzone z buntu amerykańskiej opinii publicznej przeciwko trwającej wówczas wojnie w Wietnamie. W głównej roli znerwicowanego i szalonego (a jednocześnie najbardziej zdrowego na umyśle) bombardiera Yossariana wystąpił legendarny Alan Arkin, który od pierwszej chwili nie wzbudził żadnych moich wątpliwości - ciałem i duszą był Yossarianem! A jeśli czytaliście powieść to wiecie jak karkołomne było to zadanie aktorskie, jako że wielowarstwowość psychiki Yossariana nadawałaby się na koszmar studentów psychiatrii na całym świecie. Ale to nie koniec wielkich nazwisk w obsadzie: jako demoniczny Milo, który z poczciwego porucznika przeobraża się w bezwzględnego króla czarnego rynku wystąpił młodziutki Jon Voight (kult!), dobrodusznego Nately'ego zagrał Art Garfunkel (jego aktorski debiut), potrzelonego Dobbsa Martin Sheen, a ociężałego ciałem i umysłem generała Dreedle'a nie kto inny, jak Orson Welles! Po prostu wow!

Mój jedyny zarzut do filmu dotyczy skrótowości wątków z powieści, ale ciężko było zmieścić tak bogatą literaturę w dwóch godzinach na ekranie. Na szczęście zostawiono to co najważniejsze, z wątkiem Snowdena i vendettą dziwki Nately'ego na czele. Ponadto film kończy się w ten sam sposób co powieść, co ma wielkie znaczenie dla przesłania całej historii (czego nie można powiedzieć o głęboko rozczarowującym miniserialu "Catch-22" z 2019 roku - z nim rozprawiam się w innej recenzji). Pamiętajcie też, że to film z 1970 co oznacza, że na planie produkcji wykorzystano oryginalne i wciąż sprawne bombowce B-25 (z jednego z nich podczas zdjęć w powietrzu wypadł drugi reżyser, co jak się domyślacie skończyło się dla niego fatalnie). A scenografia wygląda tak jak - zakładam - wyglądały ówczesne realia zrujnowanych Włoch. Nie ma się do czego przyczepić!

Filmowy "Catch-22" posiada groteskę i psychodelę oryginalnej powieści, a jednocześnie niesamowitą głębię przesłania i psychologii postaci. Jest bez żadnych wątpliwości kinem antywojennym, ale też bardzo inteligentnym i wymagającym. Trafia w samo sedno! Kultowe dzieło jak stąd do wieczności.

Wniosek: Rewelacyjna ekranizacja, szkoda tylko że z konieczności skrócona w stosunku do powieści.


"1917"

"1917"

O czym to jest: Dwóch posłańców musi przejść przez front z pilną wiadomością.

1917 film recenzja sam mendes oscar

Recenzja filmu:

Co jakiś czas trafia się film, który zmienia oblicze kina. Czasem jest to zasługa formy, czasem treści, a czasem po prostu odpowiedniego momentu na opowiedzenie danej historii. W przypadku „1917” jest to suma wszystkich tych elementów. Od lat narzekałem, że choć w tematyce II wojny światowej kino powiedziało już bardzo wiele, to I wojna światowa (o wiele krwawsza pod względem militarnym) wciąż jest traktowana po macoszemu. Wszystko jednak wskazuje na to, że „1917” szeroko otworzy drzwi w Hollywood przed tą tematyką. Nareszcie! 

„1917” jest dla kina wojennego tym, czym dawno temu okazał się „Szeregowiec Ryan”. Nawet i tematyka jest podobna – w obydwu przypadkach jednym z kluczowych wątków fabuły jest braterska więź, która okazuje się silniejsza niż dbanie o własne bezpieczeństwo. Drugie podobieństwo to stopień naturalizmu – do dziś scena lądowania w Normandii w „Szeregowcu Ryanie” jest wzorem jak realistycznie pokazać okrucieństwo wojny. Tym tropem poszli twórcy „1917”, pokazując nam apokaliptyczny krajobraz zachodniego frontu I wojny światowej. Kilometry transzei (głębokich i technologicznie zaawansowanych jak miejskie ulice), błoto, szczury, wszechobecne trupy, pułapki i śmierć na każdym kroku… Człowiek szczerze się dziwi, jak ktokolwiek mógł przeżyć tą wojnę i wrócić cały do domu. Te obrazki mieszają się z idyllicznym krajobrazem oddalonym ledwie setki metrów dalej za linią frontu – zielone łąki, kwitnące drzewa… Wojenny świat „1917” jak mało który film doskonale oddaje absurd i bezsens konfliktów zbrojnych, w których nigdy nie ma wygranych – są sami przegrani. 

Reżyser Sam Mendes zachwycił świat fantastyczną otwierającą sekwencją w „Spectre”, nakręconą na jednym ujęciu. Tym razem poszedł krok dalej i nakręcił tak cały film, bez żadnych widocznych śladów montażu! Osobiście uwielbiam tą technikę – stosuje są Quentin Tarantino, a także Alejandro Iñárritu (przypomnijcie sobie „Birdmana”). Niemniej to właśnie „1917” należy się obecnie palma pierwszeństwa w tej kategorii. Ten film będzie pokazywany we wszystkich szkołach operatorów filmowych na całym świecie. To absolutny majstersztyk przejmujących zdjęć i powalającej, ciągnącej się na setki metrów scenografii, ubogaconej świetną grą aktorską. Zapamiętajcie sobie nazwisko aktora grającego głównego bohatera - George MacKay. To młody aktor (aktualnie 27 lat) na fali wznoszącej, ja do tej pory miałem okazję obserwować go w „Captain Fantastic”, a na liście mam jeszcze jego rolę Hamleta w „Ophelii” oraz Neda Kelly’ego w „True History of the Kelly Gang”. Czuję w kościach, że o tym aktorze będzie jeszcze głośno! 

Mógłbym godzinami rozpisywać się po kolei nad każdym fenomenalnym aspektem tej produkcji – a jest ich tyle, że nie wiedziałbym od czego zacząć, nawet omawiając scena po scenie! Genialny i kultowy film obroni się sam i nie ma powodu, bym musiał wskazywać jego zalety – widać je już po samym zwiastunie. Zainteresowanym widzom powiem jedynie, że przy skali i naturalizmie „1917” taka „Dunkierka” wygląda jak kino familijne. Dlatego osobom o słabszych nerwach, które nie przepadają za mocnymi widokami, radzę zachować daleko idącą ostrożność podczas seansu. 

Dziękuję Samowi Mendesowi, że przywrócił światu pamięć o I wojnie światowej. Jakby nie patrzeć film „Wings” z 1927 roku, traktujący również o tej tematyce, zdobył pierwszego Oscara w historii za najlepszy film! Jeśli ten zaszczyt przypadnie i „1917”, będzie to prawdziwy, wyczekiwany od dawna powrót do domu. Historia kołem się toczy!

Wniosek: Wstrząsające, oszałamiające kino. Nie można przegapić.


"Community"

"Community"

O czym to jest: Grupa życiowych rozbitków studiuje w college'u dla odrzutków.

community serial donald glover chevy chase john oliver

Recenzja serialu:

Jest dla mnie wielką zagadką, jakim cudem przez tyle lat nie słyszałem o tym serialu! A to przecież czyste złoto! Nie dziwię się, że ma status kultowej produkcji w USA. Jeśli chodzi o współczesne amerykańskie seriale komediowe, to w Polsce prym popularności wiedzie wciąż „The Big Bang Theory” (na spółkę z „Przyjaciółmi”). Tymczasem „Community”, w mojej ocenie, jest od nich zdecydowanie lepsze! 

Jeśli chodziliście kiedykolwiek na studia, od razu złapiecie klimat produkcji. Akcja serialu dzieje się w college’u, ale nie takim zwykłym, bo tzw. „community college”. To coś w rodzaju „technicznego college’u”, który trwa zazwyczaj dwa lata i można by go w Polsce przyrównać do szkoły policealnej. Zaletą takich szkół w USA jest to, że są tańsze od klasycznego college’u, choć oczywiście ich poziom też jest odpowiednio niższy. Historia „Community” opowiada o takiej szkole dla wszelkiej maści odrzutków, życiowych rozbitków i dziwaków, którzy nawiązują ze sobą relacje quasi-rodzinne i wspólnie stawiają czoła przeciwnościom losu. Wszystko w komediowej konwencji rzecz jasna. Zestawienie głównych bohaterów produkcji zawiera: aroganckiego ex-adwokata wywalonego z pracy za sfałszowanie dyplomu, niespełnioną anarchistkę, kujonkę z problemem narkotykowym, ex-sportowca o mentalności kilkulatka, afroamerykańską „mamuśkę” po rozwodzie, podstarzałego milionera szowinistę oraz autystycznego nerda. Oryginalna gromadka, nieprawdaż? Doliczcie do tego transseksualnego dziekana i demonicznego wykładowcę z problemami psychicznymi, a macie przepis na szaloną jazdę bez trzymanki! 

„Community” jest zabawne, i to oryginalnie zabawne, już od pierwszych scen. Dialogi, gra aktorska (dość wspomnieć, że jedną z ról gra kultowy Chevy Chase, a inną wschodząca gwiazda kina i estrady Donald Glover!), pomysły na odcinki – wszystko zagrało perfekcyjnie. Największą zaletą serialu jest błyskotliwy kolaż motywów popkultury, który zapewnia świeżość i oryginalność formy. Są więc epizody w konwencji kina akcji, horroru, science fiction, westernu, kryminału etc. Moimi ulubieńcami są odcinki „bitew paintballowych”, które – uwierzcie mi – są prawdziwymi krótkometrażowymi dziełami sztuki! A taki na przykład dwuodcinkowiec o bitwie miasta poduszek z miastem koców w konwencji dokumentu o wojnie secesyjnej zasłużył co najmniej na nagrodę Emmy! 

Uwielbiam „Community” za bohaterów, humor i to, że nie traktują widza jak idioty, tylko jak inteligentnego, obeznanego z popkulturą odbiorcę. To pozycja bez dwóch zdań kultowa. Będę do niej wracał! 

#SixSeasonsAndAMovie

Wniosek: Rewelacyjna zabawa formą i konwencją! Rozbawi każdego!


"Joker"

"Joker"

O czym to jest: Sfrustrowany komik-klaun popada w szaleństwo.

joker film recenzja joaquin phoenix robert de niro

Recenzja filmu:

Na początek ciekawostka – Amerykanie tak się przerazili, że seans „Jokera” może wśród widzów wywołać mordercze instynkty, że postawili przed kinami uzbrojonych żołnierzy! I rozumiem czemu mogli tak pomyśleć. USA to kraj z jednymi z największych na świecie nierówności społecznych, gdzie garstka pojedynczych miliarderów ma więcej majątku niż cała reszta społeczeństwa. Kraj, w którym bajecznie bogaci krezusi jak Musk czy Bezos budują sobie statki kosmiczne, a reszta musi stać w kolejkach do darmowych garkuchni. Właśnie o takim świecie opowiada „Joker”, prezentując kino superbohaterskie, które wcale nie opowiada o superbohaterach. 

Oczywiście to tylko jedna z wielu warstw. „Joker”, jak przystało na kinowe dzieło sztuki, ma ich wiele. To opowieść o człowieku, którego system społeczny wyrzucił na śmietnik. I jednocześnie przestroga – ludzie, którzy nie mają absolutnie nic do stracenia, są całkowicie nieprzewidywalni i śmiertelnie niebezpieczni. Słusznie porównuje się go z „Taxi Driver”. W tamtej kultowej produkcji główny bohater również odkrył, że przemoc nie jest czymś godnym potępienia – wręcz przeciwnie, jest wybawieniem! Tytułowy bohater „Jokera”, jak przystało na czystej krwi antybohatera, używa przemocy tylko przeciwko złym ludziom – złym zarówno przez swoje czyny, jak i ignorancję. Problem w tym, że choć teoretycznie możemy mu kibicować, zdajemy sobie sprawę że pod definicję „złego” może podpaść każdy z nas. Krzywo spojrzałeś na ulicy? Kulka w łeb. Zaśmiałeś się w niewłaściwym momencie? Kulka w łeb. Czy na pewno w takim świecie chcemy żyć? 

Przesłanie „Jokera” nie mogło być bardziej aktualne. Rok 2019 to czas, gdy trwają brutalne rewolty społeczne w niegdyś stabilnych regionach, takich jak Wenezuela, Chile czy Liban. Wszędzie chodzi o to samo – przerażające rozwarstwienie między bogaczami a biedotą rzuconą na kapitalistyczny żer wielkiego miasta. Gotham w tej wizji, mimo że jest osadzone w realiach lat 80., to współczesny Hong Kong, Santiago czy Bejrut. Nie mają racji ultraliberałowie twierdzący, że w takim świecie powinieneś sobie poradzić, albo zginąć. Może i każdy jest kowalem własnego losu, ale ofiarowanie każdemu wędki bez wcześniejszego przeszkolenia i doradztwa jak jej używać, do niczego nie doprowadzi. Co najwyżej do krwawej bitwy na wędki i haczyki z przynętami. 

Jak pamiętamy, Heath Ledger dostał Oscara za rolę Jokera w „The Dark Knight”. Byłoby więc wielkim nieporozumieniem, gdyby nie dostał go Joaquin Phoenix za to, co zrobił w tym filmie. To oczywiście nie pierwsza wielka rola Phoenixa („Gladiator”! „Walk the Line”!), ale za to najbardziej „oscarowa”. Transformacja fizyczna i psychiczna aktora wstrząsnęła mną do głębi. Oglądając wszystkich poprzednich Jokerów nie mogłem wyzbyć się wrażenia komiksowości postaci. Z kolei patrząc na Phoenixa w pełnym makijażu i kolorowym garniturze, czułem autentyczne uczucie przerażenia i głębokiego niepokoju. To jest człowiek, którego należy się bać. Człowiek, który zabije cię kartką papieru i nawet tego nie zauważy. A co najgorsze, jest w tym wszystkim tak realny i przekonujący, że mogę sobie wyobrazić, że kiedyś kogoś takiego spotkam na żywo. Obym zdążył uciec… 

Nie mogę się nachwalić „Jokera”. Jestem zachwycony, że włodarze Warner Bros przestali się ścigać z Disneyem w wyścigu superbohaterskich uniwersów, który dawno już przegrali. Stąd powolne wygaszanie „DC Extended Universe” i postawienie na pojedyncze historie w mrocznym, poważnym tonie, któremu bliżej do kina awangardowego. Mówi się, że nadchodzący „The Batman” z Robertem Pattisonem będzie kolejnym krokiem w tym kierunku. I choć pewnie nigdy więcej nie zobaczymy już Thomasa Wayne’a w odczarowanej wersji aroganckiego bufona i chama, cieszę się że pokazano go takiego w „Jokerze”. W sumie dlaczego mielibyśmy się spodziewać, że w rzeczywistości zachowywałby się inaczej?

Wniosek: Wybitne psychologiczne studium postaci. Przejdzie do historii kina.


"Chernobyl" ("Czarnobyl")

"Chernobyl" ("Czarnobyl")

O czym to jest: Prawdziwa historia katastrofy w Czarnobylu.

czarnobyl miniserial HBO recenzja jared harris

Recenzja miniserialu:

Gdy tylko usłyszałem, że HBO zabiera się za ekranizację katastrofy czarnobylskiej, nie musiałem nawet oglądać trailera. Wiedziałem że jest to coś, co chcę i muszę zobaczyć. Po pierwsze dlatego, że produkcje telewizyjne od HBO prezentują prawdopodobnie najwyższy na świecie poziom jakości. A po drugie – tematyka! Czarnobylem i wszystkim co z nim związane interesuję się od lat. Nie pamiętam tego (gdy katastrofa się zdarzyła miałem pół roku), ale ponoć moi rodzice jako pracownicy naukowi mieli dostęp do jodu i dystrybuowali go po całej wsi, w której mieszkamy. Pamiętam też, że ojciec jeszcze przez kolejne lata sprawdzał te rzeczy, które były w ogrodzie w maju 1986 roku, za pomocą licznika Geigera… 

Pewnie dlatego, że mam sporo wiedzy o wszystkich wadach i zaletach energetyki jądrowej, jestem jej ogromnym zwolennikiem. Nie licząc energii geotermalnej, wiatrowej i słonecznej to aktualnie najczystsze i najbardziej efektywne źródło prądu, bez którego nie byłoby cywilizacji. Tylko czy bezpieczne? Przykład katastrofy w Fukushimie pokazuje, że niestety wszystkiego nie da się przewidzieć. Ale już taka historia jak w Czarnobylu zapewne by się nie wydarzyła, gdyby nie miała miejsca w nakręcanym spiralą kłamstw i niekompetencji Związku Radzieckim u kresu swej potęgi. 

Sami twórcy „Czarnobyla” mówili, że serial opowiada nie o energetyce jądrowej jako takiej, a o cenie kłamstw. Cenie którą niestety zapłaciły prawdopodobnie tysiące osób (liczby poszkodowanych nigdy nie uda się ustalić), a jej efekty widać do dzisiaj. Pod tym względem produkcja HBO robi piorunujące wrażenie! Dawno nie oglądałem tak szczerej, przerażająco prawdziwej historii, w której nie trzeba było nawet specjalnie naciągać faktów. Postacie, wydarzenia, okoliczności – wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Główny bohater „Czarnobyla”, profesor Legasow istniał naprawdę i faktycznie odegrał niebagatelną rolę w ratowaniu świata. Tu dodam, że Jared Harris wcielający się w jego rolę zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie, że jeśli nie dostanie za to Nagrody Emmy oficjalnie ogłoszę bojkot (zachwyconym jego kreacją polecam również serial „The Terror” w podobnym klimacie). Równie wybitny był Stellan Skarsgård jako minister Szczerbina, tępy partyjny aparatczyk który musiał dorosnąć do roli prawdziwego męża stanu. O wspaniałych postaciach drugoplanowych (Paul Ritter jako Diatłow!!!) mógłbym napisać osobny artykuł, więc to może kiedy indziej. Uwierzcie mi gdy mówię, że nie da się zagrać lepiej w miniserialu, niż zrobiła to ekipa „Czarnobyla”

Muszę też wspomnieć o scenografii, która przekroczyła pewną granicę. To nawet nie jest tak, że mieliśmy do czynienia z idealnym odwzorowaniem sowieckich realiów roku 1986. To już na nikim nie robi wrażenia. „Czarnobyl” zatarł granicę między scenografią a rzeczywistością. Spora w tym zasługa kręcenia scen w prawdziwych postsowieckich blokowiskach, ale to oczywiście nie wszystko. Gadżety, fryzury, makijaż… Stawiam tezę, że również nie da się tego zrobić lepiej niż w „Czarnobylu”

Ten miniserial pokazuje jasno co się dzieje z ludźmi, gdy opęta ich ideologia i zmusi do posłuszeństwa machiną strachu i donosicielstwa. Z powodzeniem czynią to niestety współczesne rządy populistów w Polsce i na całym świecie. Szczęście w nieszczęściu że nie mamy elektrowni jądrowej – wyobrażacie sobie „dobrą zmianę” z misiewiczami jako nowymi Diatłowami? Bo ja niestety tak… Może obejrzenie „Czarnobyla” otworzy choć kilka umysłów i da im do zrozumienia, że z pewnymi rzeczami po prostu nie wolno igrać. Inaczej czeka nas marny los.

Wniosek: Poruszające, wstrząsające i prawdziwe.


"Batman Returns" ("Powrót Batmana")

"Batman Returns" ("Powrót Batmana")

O czym to jest: Batman walczy z Pingwinem (z Catwoman w tle).

powrót batmana tim burton film recenzja michael keaton michelle pfeiffer danny devito

Recenzja filmu:

Po oszałamiającym sukcesie "Batmana" widownia żądała sequela - i nic dziwnego. Takie awangardowe widowiska kręci się raz na dekadę! Z miłym zaskoczeniem stwierdzam, że "Batman Returns" osiągnął to, co potrafi niewiele kontynuacji, czyli zachował wszystko co dobre z oryginału, dodając zarazem nowe atrakcyjne elementy. Więcej, mocniej, szybciej - to motto tego filmu. Druga część serii Tima Burtona jest tak samo dobra, a wielu aspektach nawet lepsza od pierwszej.

Michael Keaton nadal jest tym samym uroczym, sympatycznym playboyem którego polubiliśmy w 1989 roku (moje osobiste spostrzeżenie jest takie, że to chyba jedyny Batman w historii kina, który nie jest aroganckim bubkiem). Ale ponownie, to nie on wysuwa się w tym filmie na pierwszy plan. O jakości superbohatera świadczy zawsze siła jego wrogów. W tym wypadku głównym czarnym charakterem jest Danny DeVito jako Pingwin, zmutowany człowiek rodem z koszmarów, którego brzydocie dorównuje wyłącznie jego okrucieństwo. Pingwin jest po prostu doskonały do filmu w takiej konwencji! Od wyglądu, przez mimikę, po gesty i kostium - to co Danny DeVito odstawił na planie zdjęciowym powinno być pokazywane w szkołach aktorskich jako przykład doskonałego wcielenia się w graną postać. Zagrać tak groteskowego bohatera i zrobić to w pełni na poważnie - do tego trzeba prawdziwego talentu!

Ale Pingwin to nie wszystko, bo dla mnie sercem tego filmu jest Michelle Pfeiffer jako Catwoman. Wiele aktorek próbowało przedstawić tą postać na ekranie, ale żadna nie może się równać temu, co zrobiła Pfeiffer. Jest wspaniale szalona, groźna i seksowna, czyli dokładnie taka, jaka powinna być. Wszystkie inne wcielenia Catwoman w innych filmach teraz i w przyszłości mogą wyłącznie próbować jej dorównać. A jej kostium, pozszywany ze skrawków materiału! Po prostu cudo! 

Oczywiście tak jak pierwszy "Batman", również "Batman Returns" jest na wskroś komiksowy, do tego stopnia że niektóre kadry wyglądają jak żywa adaptacja papierowych rysunków. I ponownie, jeśli tylko przymkniecie oko na konwencję (sławna scena z pingwinami z rakietami na plecach), będziecie się fantastycznie bawić. Szkoda, że Timowi Burtonowi nie było dane nakręcić trzeciej części, a Michaelowi Keatonowi raz jeszcze włożyć gumowego wdzianka nietoperza. Ale jeśli macie niedosyt, to KONIECZNIE obejrzyjcie sobie po tym filmie "Birdmana". Podziękujecie mi później.

Wniosek: Wizualnie spektakularne i na wskroś komiksowe!


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Tima Burtona! >>>


"Batman"

"Batman"

O czym to jest: Batman walczy z Jokerem.

batman 1989 tim burton film recenzja michael keaton jack nicholson

Recenzja filmu:

Zanim przejdę do opisywania najnowszych osiągnięć kina superbohaterskiego, a więc "Captain Marvel", najwyższa pora nadrobić klasykę. I to przez duże K, bo "Batmana" w reżyserii Tima Burtona uważa się za kamień milowy w zakresie kina superbohaterskiego. Do tej pory herosi w pelerynach byli traktowani na ekranie dość pobłażliwie, podobnie zresztą jak wszystko co związane z komiksami (dość wspomnieć uroczo kampowy "Batman Zbawia Świat" z Adamem Westem). Tymczasem Burton zaserwował widzom coś zupełnie innego.

Po pierwsze - rozmach. "Batman" z 1989 roku zaimponował skalą scenografii w jednolitym, gotyckim stylu. Do dziś myśląc o Gotham mamy przed oczami wąskie, brudne uliczki, strzeliste wieżowce z gargulcami i monumentalną, gotycko-industrialną architekturę z widocznym wpływem modernizmu, rzecz jasna skąpaną w barwach czerni i szarości. W tym świecie krążył Michael Keaton jako Bruce Wayne, za dnia sympatyczny playboy, a nocami Mroczny Rycerz w gumowym wdzianku, okładający pięściami co paskudniejszych typów. I choć tej wersji Batmana zdecydowanie brakowało emocjonalnej głębi, prezentowanej choćby przez niedoścignionego nolanowskiego bohatera z "Batman Begins", to umówmy się, że wcale tego nie potrzebowaliśmy. Batman jest chyba najbardziej znanym z superbohaterów, nikt więc nie potrzebuje prezentowania (po raz kolejny) dokładnej historii jego powstania. Jest bogaty, przebiera się za nietoperza i nocami tłucze przestępców - więcej wiedzy nam nie potrzeba.

Keaton stanął zatem na wysokości zadania, wzbudzając autentyczną sympatię widza. Ale to nie on jest głównym bohaterem tej opowieści, a Jack Nicholson w brawurowej, awangardowej i wspaniale gangsterskiej roli Jokera. Czy jest to najlepsze wcielenie tej postaci - tego nie wiem, bo do dziś mam słabość do Heatha Ledgera z "The Dark Knight". Ale bez wątpienia umieszczę Jokera na podium najlepszych ról Nicholsona, tuż obok kreacji z "Lśnienia" i "Lotu nad Kukułczym Gniazdem". Każda scena z jego udziałem to samograj, zwłaszcza w połączeniu z wulkanem emocji, szaleństwa i okrucieństwa. Oczywiście wygląda to wszystko dość groteskowo, zwłaszcza podczas finałowej rozróby na wieży katedry w Gotham, ale zdecydowanie pasuje i mieści się w konwencji całego filmu. Takiego filmu jak "Batman" nie można traktować na poważnie (ta uwaga dotyczy zresztą chyba wszystkich dzieł Tima Burtona). I gdy tylko zdamy sobie z tego sprawę, damy się ponieść radosnej przygodzie z nietoperzem w tle. Bez wątpienia jest kultowo!

Wniosek: Gdyby nie ten film, kino superbohaterskie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej.


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Tima Burtona! >>>


"12 Angry Men" ("Dwunastu Gniewnych Ludzi")

"12 Angry Men" ("Dwunastu Gniewnych Ludzi")

O czym to jest: Ława przysięgłych decyduje o winie oskarżonego.

dwunastu gniewnych ludzi film recenzja henry fonda

Recenzja filmu:

Przyjąłem za punkt honoru, że nadrobię największe klasyki kina, których - z różnych przyczyn - wciąż nie widziałem. Od dawna wysoko na mojej liście było "Dwunastu Gniewnych Ludzi", czyli kameralny (żeby nie powiedzieć: teatralny) dramat obyczajowy o ławie przysięgłych w USA. Na pewno znacie wiele filmów opisujących amerykański system sprawiedliwości, więc nie będę się tu zagłębiał w technikalia. Powiem tylko, że zawsze mi coś nie grało z koncepcją grupy "zwykłych" ludzi decydujących o losach innego człowieka. Trochę za bardzo pachnie mi to linczem...

Nie będę ukrywał, że jestem wielkim przeciwnikiem kary śmierci (spowodował to film "Zielona Mila", który obejrzałem jako nastolatek - szerzej na ten temat opowiem kiedy indziej). Uważam też, że każdy zwolennik tego rozwiązania powinien obowiązkowo obejrzeć "Dwunastu Gniewnych Ludzi". Pod sąd trafia młody chłopak ze środowiska "patologicznego" oskarżony o morderstwo ojca. Wszystkie dowody świadczą przeciwko niemu - poszlaki, zeznania świadków... Sprawa wydaje się być przesądzona. Ale jeden z dwunastu przysięgłych ma wątpliwości. Jest człowiekiem inteligentnym więc wie, że w cywilizowanym społeczeństwie wszystkie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego. Cytując: "Nie mówię, że on tego nie zrobił, ale trzeba dopuścić możliwość, że mógł nie zrobić". Wyobraźcie sobie taką sytuację: gorąco, upał, środek lata, wszyscy są zmęczeni i chcą iść do domu, a jeden facet nie odpuszcza. Wie, że na szali jest życie drugiego człowieka i skoro to on ma o nim zdecydować, chce to zrobić tak, by mieć czyste sumienie. Pomyślcie, czy wy również mielibyście taką odwagę cywilną, by stanąć samotnie naprzeciwko grupy i stanowczo powiedzieć "nie"?

"Dwunastu Gniewnych Ludzi", prócz fascynującej warstwy prawno-sądownicznej, to przede wszystkim wybitne kino psychologiczne. Film kręcony jest na zasadzie 1:1, czyli każda minuta na ekranie odpowiada tej samej minucie fabuły, bez skrótów, przeskoków i zmiany ujęcia (co dodaje całości wrażenia teatralności). Trwa to zaledwie przez półtorej godziny, ale to aż nadto by w tym czasie poznać całą dwunastkę przysięgłych. Dowiadujemy się kim są, poznajemy ich intelekt i siłę charakteru (lub jej brak), a także zaczynamy rozumieć, czemu robią to co robią. To fascynujące patrzeć, jak jeden sprawiedliwy krok za krokiem otwiera im oczy, czyniąc ich przez to - tu nie mam najmniejszych wątpliwości - lepszymi ludźmi. Mało jest filmów tak dobrze odwzorowujących wady i zalety ludzkiego charakteru (na myśl przychodzi mi chyba tylko "August: Osage County"). Nic więc dziwnego, że "Dwunastu Gniewnych Ludzi" uznaje się za jeden z najwybitniejszych filmów w historii. Zdecydowanie zasłużenie.

Wniosek: Doskonałe studium psychologiczne. Wybitne kino.


"Kler"

"Kler"

O czym to jest: Grzeszny żywot trójki księży.

kler film recenzja smarzowski jakubik gajos braciak więckiewicz

Recenzja filmu:

Wojtek Smarzowski nie kręci filmów na próżno. Nie robi też ich dla pieniędzy (co jest o tyle przewrotne, że "Kler" pobił absolutny rekord frekwencji w historii kin w Polsce). Każde jego dzieło (a powstało ich do tej pory siedem) jest niczym film Quentina Tarantino - doskonale wyważony, wstrząsający i poruszający najczulsze struny w duszy widza. O ile jednak Tarantino stawia na rozrywkę i groteskę, to Smarzowski każe Polakom spojrzeć w najmroczniejsze zakamarki naszej narodowej duszy. I jak można się spodziewać, nie każdemu spodoba się, co tam znajdzie.

Śmiem twierdzić, że "Kler" to najlepszy film Smarzowskiego, porównywalny poziomem z "Drogówką", ale jednak lepszy, bo nie epatujący naturalizmem, wulgaryzmem i szokującymi obrazami. Większości brutalnych scen nie widzimy, bo nie ma takiej potrzeby - wyobraźnia podpowiada nam wszystkie szokujące szczegóły. A tych niestety nie brakuje, bowiem Smarzowski w "Klerze" zabrał się za temat grzechów polskiego (i światowego) Kościoła. Ktokolwiek uważnie śledzi rzeczywistość, ten wie, że jest z czego wybierać: chciwość, korupcja, pedofilia, zakłamanie, podwójna moralność, klientelizm, arogancja, grabież i okrucieństwo. I choć te paskudne cechy nie oddają pełnego obrazu Kościoła i księży - bo jest wśród nich wielu porządnych ludzi - to ich nagromadzenie jest chyba większe niż w jakiejkolwiek innej grupie społecznej (no, może z wyjątkiem polityków i śmietanki biznesu). Co jednak najgorsze, Kościół pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą i może robić, co mu się żywnie podoba. Za naszym - obywateli - cichym przyzwoleniem. Może więc czas na jakieś poważne zmiany?

Wyprzedzająca cenzura środowisk prawicowych okrzyknęła "Kler" filmem antykościelnym na długo przed premierą. I jak na prawicowców przystało, także tym razem pomylili się całkowicie. Smarzowskiemu udało się stworzyć dzieło kompletne, w którym - podobnie jak w "Wołyniu" - zebrał do kotła wszystko co złe i dobre, po czym zaprezentował w równych, wyważonych proporcjach. Co więcej, nie ograniczył się wyłącznie do czarno-białego obrazu "dobrych" i "złych" księży. Bohaterami filmu jest trzech duchownych. Pierwszy (Arkadiusz Jakubik) jest proboszczem z powołania, który angażuje się w życie patologicznej dzielnicy, walcząc jednocześnie z głębokimi traumami przeszłości. Drugi (Jacek Braciak) jest szemranym karierowiczem marzącym o Watykanie, który za pomocą korupcji i towarzyskich układów czyni tyle samo dobrego, co złego. No i trzeci (Robert Więckiewicz), który - wspomagając się wódką - klepie biedę na zabitej dechami wsi, jednocześnie mierząc się z siłą miłości do kobiety i wizją posiadania rodziny. Każdy z nich na swój sposób jest dobrym kapłanem, ale też i skrajnym grzesznikiem. Każdy ma też powody tego, co robi i przyczyny, dla których stał się takim człowiekiem. W zasadzie jedyną stricte negatywną postacią jest tu chciwy arcybiskup (znakomity Janusz Gajos), w którym nie pozostało już nic z człowieczeństwa. Bardzo w tym przypomina polski episkopat, zatem nic dziwnego, że taka postać się tu pojawiła. Tu warto zaznaczyć, że gdyby "Kler" kręcili Amerykanie, każdy z wymienionych aktorów miałby murowaną nominację do Oscara - są aż tak dobrzy!

Na szczęście Smarzowski nie ograniczył się tylko do przedstawienia postaci. W tle fabuły toczy się bowiem potężna pedofilska intryga, godna wysokiej klasy thrillerów. A na sam koniec widz pozostaje z pytaniem, kto tak naprawdę był w tej opowieści czarnym charakterem. Może nikt? A może wszyscy? Jedno jest pewne - po seansie film nikogo nie pozostawi obojętnym. A to jest nieodłączna cecha prawdziwie wybitnych dzieł kinematografii.

"Kler" to dogłębne studium ludzkiej psychiki ukazujące jasno, że każdy nosi w sobie tyle samo dobra, co zła. A to, czy zakłada do pracy koloratkę, nie ma żadnego znaczenia. 

Wniosek: Wstrząsający, wybitny i niezwykle potrzebny film.


"Predator 2"

"Predator 2"

O czym to jest: Policjant poluje na kosmitę w Los Angeles.

predator 2 los angeles danny glover bill paxton recenzja filmu

Recenzja filmu:

Rozczarowawszy się nieco najnowszym odcinkiem serii, czyli "The Predator", postanowiłem powrócić do klasyki, a więc do pierwszego sequela - zapominanego i pomijanego "Predatora 2". Wielka szkoda, że mało kto pamięta o tym filmie, bowiem robiła go ta sama ekipa co pierwszą część, a to mogło oznaczać tylko jedno - wyszło tak samo kultowo!

"Predator 2" to jeden z nielicznych przykładów, w których sequel dorównał oryginałowi. Nie dość że udało się zachować klimat i tempo nieprzewidywalnego, krwawego kina akcji, to jeszcze dodano tak dużo nowych elementów, że dało się na nich zbudować całe uniwersum! Bądź co bądź właśnie tu po raz pierwszy zasugerowano, że seria "Alien" dzieje się w tym samym świecie co "Predator", nie mówiąc już o tym, że same Predatory rozmnożyły się od jednego łowcy do całej antycznej cywilizacji! No i nie zapominajmy o wspaniałym arsenale naszego kosmicznego drapieżnika, bez którego trudno sobie obecnie wyobrazić jakiekolwiek polowanie z jego udziałem (włócznia, siatka, dysk...). A wszystko to dzięki "Predatorowi 2"!

Przyznaję, że pomysł na scenariusz był tak karkołomny, że miał prawo się nie udać. Jak pamiętamy, pierwszy film miał miejsce w środowoamerykańskiej dżungli. Tutaj akcję przeniesiono... do Los Angeles. I to nie byle jakiego, bo ogarniętego wojną gangów, w którym twardy policjant (w tej roli kultowy Danny Glover) stara się zaprowadzić porządek. I choć Glover to nie napakowany Schwarzenneger, to zaręczam że jest równie wielkim kozakiem i tak samo nie boi się żadnego kosmicznego bandziora (i co ciekawe, nie ma nic wspólnego z fajtłapowatym, poczciwym policjantem z "Zabójczej Broni"). Obeznanych z popkulturą widzów na pewno ucieszy też fakt, że wspomaga go w tym młody Bill Paxton, który zagrał również w "Aliens" - swoją drogą zawsze się zastanawiałem, czy te postacie były jakoś spokrewnione...

"Predator 2" umiejętnie łączy kosmiczną nawalankę z dobrym kryminałem. Otwierająca film bitwa z kolumbijskim gangiem to jedna z najlepszych policyjnych strzelanin w historii kina! Nie brakuje również ponadczasowych kultowych scen - tu warto wspomnieć chociażby Danny'ego Glovera wybierającego broń z bagażnika, naparzankę w metrze, czy jamajskiego bossa narkotykowego w pojedynku z Predatorem. Choćby dla tych scen mogę do tego filmu wracać raz za razem. Nigdy mi się nie znudzi.

Wniosek: Równie kultowe jak pierwsza część. Jest moc!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger