Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karate i Kung Fu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karate i Kung Fu. Pokaż wszystkie posty
"Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings" ("Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni")

"Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings" ("Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni")

O czym to jest: Młody chłopak mierzy się ze starożytnym dziedzictwem swojego nieśmiertelnego ojca.

shang chi film marvel disney

Recenzja filmu:

Czy filmowe uniwersum Marvela zaczyna zjadać własny ogon? Zdecydowanie nie! Kolejne produkcje udowadniają, że pomimo dziesiątek filmów i seriali na karku wciąż jest w nim pole na nowe pomysły, formy i konwencje. Dalekowschodnie kino kopane ze sporą dozą fantasy a'la "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok"? Czemu nie, zapraszamy! I o dziwo pasuje to naprawdę znakomicie!

W filmie "Shang-Chi" poznajemy nowego przyszłego superbohatera, tytułowego syna nieśmiertelnego watażki i chińskiej czarodziejki. Młody chłopak odrzuca dziedzictwo ojca i pracuje w San Francisco jako parkingowy. Ale jak przystało na kino tego typu, przeszłość rzecz jasna go dogania, w związku z czym nasz bohater musi wykorzystać uśpiony talent by ocalić siebie i cały świat. Brzmi jak fabuła oklepana w formie? Owszem, ale co z tego! "Shang-Chi" ogląda się znakomicie - o ile rzecz jasna lubicie kino tego typu. Z powodzeniem produkcja mogłaby stanowić samodzielną całość, ale dołączenie go do uniwersum jedynie podbija nutkę dobrego smaku. Brawo!

Simu Liu jako Shang-Chi to wyjątkowo sympatyczny protagonista, którego ogląda się z prawdziwą przyjemnością (świetnie też sprawdza się w scenach akcji). Oczywiście wszyscy są zgodni, że film skradła Awkwafina w roli Katy, wygadanej przyjaciółki naszego herosa. Świetnym dodatkiem był również Ben Kingsley, który powrócił do roli Mandaryna z "Iron Man 3", jednocześnie odczarowując mi tamten film. Ogromnym plusem było też przedstawienie całego bestiariusza z chińskiej mitologii, która wbrew wyobrażeniom ludzi Zachodu nie ogranicza się wyłącznie do charakterystycznych smoków (hunduny skradły moje serce!). Trochę widzę w tym case "Black Panther", gdzie twórcy wrzucili do jednego popcornowego pudła całą afrykańską mitologię - tutaj zrobiono to samo z chińską. Co dalej: rdzenni Indianie z obydwu Ameryk? Hindusi? Aborygeni? Maorysi i ludy Pacyfiku? Możliwości są nieskończone!

Nie będę na siłę szukał wad tej produkcji: bawiłem się świetnie, uśmiechałem od początku do końca i po zakończeniu seansu prosiłem o więcej. Niech Marvel utrzyma ten poziom, a kręcić mogą przez następne 15 lat! 

Wniosek: Naprawdę fajna rozrywka - i jako bajka, i jako kino kopane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows" ("Wojownicze Żółwie Ninja: Wyjście z Cienia")

"Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows" ("Wojownicze Żółwie Ninja: Wyjście z Cienia")

O czym to jest: Zmutowane żółwie ratują świat przed kosmitą z innego wymiaru.

wojownicze żółwie ninja wyjście z cienia recenzja filmu fox bay

Recenzja filmu:

Wojownicze Żółwie Ninja to jeden z symboli mojego dzieciństwa. Pierwszą książką, jaką samodzielnie przeczytałem w życiu, była krótka historyjka "Wojownicze Żółwie Ninja i Zatoka Przemytników" - miałem wtedy bodajże 6 lat czy coś koło tego. Ponadto namiętnie - jak chyba wszyscy moi rówieśnicy - oglądałem kreskówkę z lat 80., opartą na oryginalnych komiksach. No i oczywiście miałem swojego ulubionego Żołwia (był nim Leonardo, rzecz jasna!). Dlatego też z pełną ufnością podszedłem do fabularnego rebootu w postaci "Żółwi" z 2014 roku. Niestety obawiam się, że pozytywne odczucia po tamtym filmie wynikają wyłącznie z mojego sentymentu. W przypadku sequela muszę być znacznie bardziej krytyczny.

Ale chcę być uczciwy - oceniam "Out of the Shadows" z perspektywy 33-letniego, dorosłego faceta. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że absolutnie nie jestem grupą docelową tego filmu. Gdy mój syn nieco podrośnie (mniej więcej do przedziału 10-12 lat), puszczę mu ten film i mogę się założyć, że będzie się świetnie bawił. To kino dla dwunastolatków - pełne efektów specjalnych, prostych żartów, schematycznych postaci i głupawych uproszczeń fabularnych. Tu nie ma miejsca na bardziej skomplikowane problemy - białe jest białe, a czarne jest czarne, bez żadnej szarości pośrodku. Cóż, co by nie mówić tytułowe Żółwie są nastolatkami, a zatem wszystko się zgadza! Megan Fox jako April O'Neil emanuje wystarczającą dozą seksapilu, by zainteresować chłopców wkraczających w okres dojrzewania (podobną rolę pełni Stephen Amell w roli Casey'a Jonesa - rzecz jasna jego rola skierowana jest do dziewczynek). Dodajmy jeszcze, że w filmie nikt (nawet źli kolesie) nie ginie, a misję ratowania świata przed złowieszczym mózgiem z innego wymiaru można wykonać w jedno popołudnie. Prawdziwe kino familijne, można by rzecz. Brakuje tylko psa.

Nie chce mi się nawet wyliczać wszystkich fabularnych bzdur, jakie naliczyłem w trakcie seansu. Niemniej przyznaję, że twórcy starali się za wszelką cenę zachować klimat oryginalnych Żółwi, co mniej więcej im się udało. Muszę ich pochwalić zwłaszcza za Rocksteady'ego i Bebopa - czyli zmutowanego nosorożca i guźca - te postacie wyszły im idealnie! Każda scena z ich udziałem to prawdziwy samograj; są tak wspaniale tępi i pocieszni, że aż chce się ich oglądać. Co ciekawe mam znajomego, który zachowuje się dokładnie tak jak oni - strach pomyśleć co by było, gdyby znalazł takiego drugiego do pary...

"Out of the Shadows" posiada wszystkie wady sequela, ale to bez wątpienia dalej "Wojownicze Żółwie Ninja". Tylko czy są to Żółwie, których potrzebujemy? Czasem odnoszę wrażenie, że pewne rzeczy powinni pozostać na kartach komiksów lub rysunkach animatorów.

Wniosek: Marne, ale dostarcza grzesznej przyjemności z oglądania.


<<< Sprawdź kolejność serii "Wojownicze Żółwie Ninja"! >>>


"Ip Man 3"

"Ip Man 3"

O czym to jest: Ip Man walczy z chińską mafią.

ip man 3 film recenzja donnie yen mike tyson

Recenzja filmu:

Pewne serie filmowe powinno się kończyć na odpowiednim etapie, a nie ciągnąć na siłę. Rozumiem oczywiście, czemu po bardzo dobrym "Ip Manie" oraz jeszcze lepszym "Ip Manie 2", zdecydowano się na domknięcie trylogii. Podobnie jak w przypadku drugiej części, teraz też zdecydowano się na fikcyjną fabułę, tym razem idąc w kliszę pt. "Ostatni sprawiedliwy vs. mafia". Niestety w efekcie wyszło nieco nudnawo.

Rzecz jasna w "Ip Manie 3" nie brakuje dobrej choreografii, ciekawych wydarzeń czy intrygujących zwrotów akcji. Donnie Yen w głównej roli nadal jest wielce sympatyczny i przyjemnie się go ogląda. Ale zabrakło mi w tej historii jakiegoś pazura, który postawiłby ją wyżej od - dajmy na to - filmów z Chuckiem Norrisem albo Jasonem Stathamem. Nie pomogło dorzucenie do obsady Mike'a Tysona w roli szefa chińskiej mafii (swoją drogą to nieco absurdalny koncept w realiach Hong Kongu w latach 50.). A co najgorsze wmontowano w cały wątek małego syna Ip Mana, który w kulminacyjnej scenie rozróby w dokach ryczał przez dobre piętnaście minut. Mam awersję do drących się dzieci na ekranie, a niestety chińskie kino wydaje się lubować w takich obrazkach (tak jak to miało miejsce np. w "Dragon Blade"). Okropność! Żałuję też, że porzucono oryginalny pomysł wątku szkolenia Bruce'a Lee przez Ip Mana - to mogłoby być coś ciekawego. Ale kto wie, może doczekamy się tego w planowanym "Ip Manie 4"?

Być może seria złapała zadyszkę, a może to ja znużyłem się Ip Manem, trudno stwierdzić. A może po prostu tego typu kino ma swój Olimp, który został osiągnięty w "Ip Manie 2". W takiej sytuacji wszystko co teraz nastąpi, z definicji będzie nieco niżej. Poczekamy, zobaczymy.

Wniosek: Takie sobie. Ip Man chyba traci rozpęd.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Ip Man"! >>>


"Ip Man 2"

"Ip Man 2"

O czym to jest: Chiński mistrz chce otworzyć własną szkołę walki w Hong Kongu.

legend of the grandmaster film recenzja donnie yen sammo hung

Recenzja filmu:

"Ip Man 2", znany też z podtytułem "Legend of the Grandmaster", to kontynuacja świetnej, biograficznej opowieści o Ip Manie, wybitnym mistrzu stylu wushu. O ile pierwszy "Ip Man" był w miarę wierny faktom z życia mistrza, to sequel pozwolił sobie na znacznie większą dowolność w fabule. Z rzeczywistością zgadza się w zasadzie tylko to, że w latach 50. Ip Man zamieszkał w Hong Kongu, gdzie założył szkołę sztuk walki. Na szczęście zmyślony scenariusz nie przeszkadza w tym, że to nadal rewelacyjne kino!

Donnie Yen jest tam samo fajny jak poprzednio - to zresztą na tyle sympatyczny aktor, że nie wyobrażam sobie, by oglądanie go sprawiało komukolwiek dyskomfort. Co istotne, prócz niego na ekranie pojawia się Sammo Hung, którego moje pokolenie pamięta z popularnego serialu policyjnego "Martial Law", który onegdaj leciał na Polsacie. Ale jest tu coś więcej, niż tylko fajni aktorzy. O sukcesie pierwszej części zadecydowało umiejscowienie akcji w czasach japońskiej okupacji Chin około II wojny światowej (oraz choreografia, oczywiście). W drugiej wystarczyła sama choreografia, która wzniosła się na wyżyny doskonałości. Widziałem w swoim życiu wiele filmów kung fu, ale to co się wyrabia w "Ip Manie 2" przechodzi ludzkie pojęcie! Zaczynając od pojedynków z mistrzami, kiedy to Ip Man musi udowodnić prawo do prowadzenia szkoły, przez nawalankę z miejscowymi bandziorami, aż do finałowego pojedynku w ringu, którego nie powstydziłby się sam "Rocky". Rewelacja! Tempo nie siada ani na chwilę, a widzowie nie mają żadnych wątpliwości, że skromny mistrz Ip Man w ostatniej scenie skopie tyłek wszystkim złym ludziom!

Ten film podobał mi się nawet bardziej niż oryginał, choć nie ma w nim nic poza samą akcją. Zatem jeśli szukacie dobrej, szczerej nawalanki kung fu, to zapraszam przez ekrany. Jest moc!

Wniosek: Świetne kino walki.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Ip Man"! >>>


"Crouching Tiger, Hidden Dragon" ("Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok")

"Crouching Tiger, Hidden Dragon" ("Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok")

O czym to jest: Chiński mistrz walki chce pomścić śmierć mistrza.

przyczajony tygrys ukryty smok film recenzja kung fu wuxia michelle yeoh ang lee

Recenzja filmu:

Bardzo nie lubię sytuacji, gdy w ogóle nie pamiętam filmu, który niedawno oglądałem. Zawsze się wtedy zastanawiam, czy po prostu za mało się skupiłem, czy może po prostu trafiłem na kiepską produkcję... Ale chyba postawię na to drugie, bo przecież są filmy, które potrafią mi się wyryć w pamięci od pierwszej sekundy. Niestety "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok" do nich nie należy.

Nie dogaduję się za bardzo z kinem chińskim. Jest to dla mnie na tyle daleka kultura, że nie przemawia do mnie sposób narracji stosowany w tamtejszych filmach. Nawet produkcje zachodnie ze sporym pierwiastkiem chińskim sprawiają mi pewien problem! Ale może tym razem wina leży głównie po stronie reżysera. Jak do tej pory wszystkie filmy Anga Lee na jakie trafiłem, okazały się być potwornie nudne (dlatego też wciąż nie obejrzałem "Życia Pi" i "Brokeback Mountain" - boję się rozczarowania). Niemniej w przypadku tej produkcji nie mogę odmówić Chińczykom rozmachu i umiejętności tworzenia wielkich widowisk. Trzeba zaznaczyć, że "Przyczajony Tygrys" na nowo wprowadził do Hollywood filmy klasy wuxia, czyli chińskie kino batalistyczne ze spektakularną, wręcz nadnaturalną choreografią. I choćby tego osiągnięcia nie sposób mu odmówić.

Gorzej z fabułą. Z tego co pamiętam, a oglądałem to zaledwie miesiąc temu, mamy w tym filmie doświadczonego mistrza, który przed przejściem na emeryturę chce dopaść morderczynię swojego nauczyciela. Po drodze spotyka miłość z dawnych lat (również walczącą wszelaką bronią białą), pojawia się też mega potężny miecz o niezwykłych właściwościach, młoda i ambitna wojowniczka, oraz jej ukochany - zawadiacki rozbójnik. W tym dziwnym konglomeracie postaci i zależności, naliczyłem co najmniej dwie historie miłosne, sporo nawalanki i kompletny brak logiki. Za dużo jak na dwie godziny filmu, o wiele za dużo! Oczywiście fajnie było popatrzeć na skakanie po czubkach drzew i fruwanie w powietrzu, ale pod tym względem dużo bardziej zapadł mi w pamięć "Dom Latających Sztyletów", choć rzecz jasna był tak samo ckliwy.

Nie wątpię jednak, że "Przyczajony Tygrys" może się podobać i nie dziwię się, że ma wielkich fanów. Ja jednak tego nie kupuję (to znaczy kupiłem na płycie, ale nie zamierzam więcej oglądać). Wciąż mam nadzieję, że gdzieś czeka na mnie dobry chiński film, który zmieni moje podejście do kina z tamtego rejonu świata.

Wniosek: Wizualnie imponujące, ale zakręcone i niestety nudne.


"Ip Man"

"Ip Man"

O czym to jest: Prawdziwa historia chińskiego mistrza kung fu, Ip Mana.

ip man film recenzja donnie yen

Recenzja filmu:

Trafiłem na ten film po raz pierwszy lata temu w telewizji, zupełnie przypadkiem. Obejrzawszy zaledwie kwadrans gdzieś ze środka od razu byłem pewien, że to dobre kino. Nie jestem jakimś wielkim fanem produkcji kung fu, ale "Ip Man" ma w sobie coś magicznego. Tym bardziej, że to prawdziwa historia!

Ip Man (albo też Yip Man, zależy od pisowni) był chińskim mistrzem wushu, urodzonym pod koniec XIX wieku. Stworzył styl walki znany jako Wing Chun, który możecie obecnie obserwować w większości amerykańskich czy chińskich filmów o tematyce kung fu. Burzliwie życie Ip Mana postawiło go najpierw naprzeciw cesarskiej Japonii, a następnie komunistycznych Chin, by w końcu zaprowadzić do Hong Kongu. Ip Man był mistrzem i nauczycielem legendarnego Bruce'a Lee, powszechnie uważanego za najlepszego aktora kung fu w historii kina. Nic więc dziwnego, że w końcu sam wielki mistrz doczekał się filmu, a w zasadzie całej trylogii o swoim życiu (a to ponoć jeszcze nie koniec).

"Ip Man" okazał się trampoliną do międzynarodowej kariery Donniego Yena, bardzo sympatycznego aktora z Hong Kongu, i zaprowadził go nawet do obsady "Rogue One", gdzie również zagrał wielkiego wojownika. Pierwsza część "Ip Mana" opowiada o czasach zmierzchu Republiki Chińskiej, a także inwazji Japonii w 1937 roku i jej konsekwencjach dla ludności Chin. Akcja dzieje się w w mieście Foshan, a widzowie mają okazję obserwować, jak to niegdyś kwitnące centrum kultury i szkół walki zmieniło się w ponure, podbite przez Japończyków siedlisko nędzy i rozpaczy. W tym piekle wojny tylko Ip Man zachował stoicki spokój i ani razu nie zdradził swoich ideałów. Donnie Yen wykonał kawał dobrej roboty, wiarygodnie ilustrując tytułowego bohatera jako ostatniego przedstawiciela kasty wielkich mistrzów kung fu. Aż oczu nie można oderwać!

"Ip Man" spodoba się zarówno fanom filmów kung fu, jak i produkcji wojennych oraz kostiumowych. Mimo że finał filmu miał miejsce w przededniu II wojny światowej, z powodzeniem można go doliczyć do nurtu produkcji o tej tematyce. Warto wiedzieć, co takiego Japończycy robili z Chińczykami w tych strasznych czasach i jak to się dzieje, że ludzka siła ducha zawsze pozwala przetrwać nawet najgorsze piekło. Polecam.

Wniosek: Niezłe zarówno jak na film kung fu, jak i film historyczny.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Ip Man"! >>>


"House of Flying Daggers" ("Dom Latających Sztyletów")

"House of Flying Daggers" ("Dom Latających Sztyletów")

O czym to jest: Miłosny trójkąt w starożytnych Chinach.

dom latających sztyletów film recenzja wuxia

Recenzja filmu:

"Dom Latających Sztyletów" to jeden z najpopularniejszych filmów ze współczesnej odmiany kina klasy wuxia. Piękne kobiety i mężczyźni walczący techniką wushu, skakanie po drzewach, bieganie po wodzie, latanie w powietrzu, a do tego taniec, śpiew, piękne kostiumy... Brzmi znajomo? Mogę się założyć, że widzieliście przynajmniej jeden taki film!

Obawiam się jednak, że jeśli chcecie obejrzeć dobre kino tego rodzaju, to lepiej sięgnijcie po inny obraz. No chyba że lubicie romanse, to wtedy śmiało. "Dom Latających Sztyletów" to zwykłe romansidło, tyle że ubrane w starochińskie piórka. Mamy tu skomplikowaną relację miłosną między niewidomą wojowniczką, a dwójką oficerów, którzy starają się ją pojmać. W tle sporo scen akcji, ale równie sporo płaczu, wyznawania sobie uczuć i turlania się po łące w miłosnych uniesieniach. Muszę przyznać, że na dłuższą metę było to nieco męczące - zwłaszcza w ostatniej scenie, która swoją niemiłosierną długością przypominała finał z "Dobry, Zły i Brzydki"

Zastanawiałem się przez cały film, skąd w Chinach swojskie buki i sosny - wszystko się wyjaśniło na napisach końcowych, bowiem jak się okazało film był kręcony w ukraińskich Karpatach. Zatem jeśli liczycie na piękne chińskie widoki przyrodnicze, to niestety tu ich nie znajdziecie (nie licząc bambusowego lasu). Trzeba też wspomnieć o sporej dozie błędów logicznych i dziur w fabule, ale zrzucam to na karb kiepskiego montażu. Oczywiście czasem do rozrywki wystarczy po prostu trochę nieziemskiej nawalanki, więc pod tym względem "Dom Latających Sztyletów" może być satysfakcjonujący. Ale ja osobiście potrzebuję czegoś więcej, zatem raczej do tego filmu więcej nie wrócę.

Wniosek: Nudne romansidło, ale ciekawe wizualnie.


"The Wolverine" ("Wolverine")

"The Wolverine" ("Wolverine")

O czym to jest: Japońskie przygody najsłynniejszego mutanta.

wolverine film recenzja hugh jackman x-men japonia

Recenzja filmu:

"The Wolverine" to drugie, po średnio udanym "X-Men Origins: Wolverine", podejście do solowej historii o Rosomaku. Zamiast robić kolejną opowieść o kulisach narodzin najsłynniejszego z mutantów, twórcy zaserwowali przygodę krajoznawczą, w której Wolverine udaje się do Japonii, walcząc z samurajami, ninja i yakuzą. I zapewniam was, że wyszło to o wiele lepiej niż brzmi!

Film jest tak mało związany z sagą "X-Menów", jak tylko możliwe. Nie licząc motywu Jean Grey nawiązującego do "The Last Stand", nie pojawią się tu dotychczasowe postacie (sceny po napisach nie liczę), a i cała mutancka zawierucha z ratowaniem świata w tle wydaje się być bardzo odległa. Pierwsza scena z wybuchem bomby w Nagasaki robi piorunujące wrażenie - a ja osobiście żałuję, że z powodu zbliżającej się x-menowej emerytury Hugh Jackmana nie dostaniemy przynajmniej jednego filmu o jego przygodach w historycznych czasach. Ależ to mogły być opowieści! Trzeba też zauważyć, że "The Wolverine" wręcz powala choreografią i dynamiką walk. Scena rozwałki w superszybkim pociągu jest rewelacyjna, a Wolverine rozprawiający się krwawo z japońskimi mafiozami to uczta dla oka. Bardzo podobała mi się postać towarzyszącej Rosomakowi zabójczo-niebezpiecznej Yuki, a także złej mutantki Viper (sporo w niej było z Poison Ivy). 

To fajna historia nieco rozwijająca postać Wolverine'a, i choć z powodzeniem można by ją ominąć podczas oglądania całego cyklu, to byłoby szkoda. Trudno ostatnio o dobre, realistyczne filmy o superbohaterach, zwłaszcza w zalewie kolejnych odcinków "Marvel Cinematic Universe". A kino rozrywkowe straci bardzo wiele, gdy Hugh "Wolverine" Jackman odejdzie na zasłużoną emeryturę!

Wniosek: Świetnie nakręcone. Dobry film!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


"The Assassin" ("Zabójczyni")

"The Assassin" ("Zabójczyni")

O czym to jest: Historia chińskiej skrytobójczyni z okresu VII wieku.

zabójczyni film recenzja

Recenzja filmu:

Nie trzeba zawsze rozumieć filmu, by stwierdzić, że jest dobry. Mimo całego mojego kinowego doświadczenia, mogę szczerze przyznać, że nie do końca zrozumiałem fabułę "The Assassin". Ale to nie szkodzi, bo forma tego filmu jest chyba nawet ważniejsza od treści. Krytycy określili tę produkcję jako chińskie "Valhalla Rising" - i choć nie jest aż tak psychodeliczna, jak wspomniany film o Wikingach, to faktycznie jest coś podobnego w sposobie narracji. Stworzenie dobrego obrazu tej klasy jest dowodem prawdziwego kunsztu reżysera, łatwo bowiem popaść przy tym w grafomaństwo (jak np. w "Drzewie Życia"). Na szczęście "The Assassin" to z całą pewnością kino przez duże K.

Jeśli liczycie na typowy chiński film kung-fu, to nie jest produkcja, której szukacie. Owszem jest tu trochę akcji, fruwania po dachach i sztuczek wushu, ale stanowią one jedynie subtelny dodatek do całości. Za pomocą oszałamiających kostiumów, scenografii i krajobrazów, twórcom udało się stworzyć niezwykle realistyczny obraz starożytnych Chin, gdzie ceremoniał był wszystkim, a dworskie intrygi dorównywały tym znanym z dramatów Szekspira. Główna bohaterka Yinniang powraca ze szkolenia, które uczyniło z niej maszynę do zabijania. Czy spełni wolę swojej mistrzyni i zabije miłość swojego życia? Czy może znajdzie własną ścieżkę, nie tracąc przy tym tożsamości? To tylko niektóre z pytań, jakie stawia "The Assassin". Odpowiedzi nie są podane wprost, a jedynie zasugerowane - a uważny widz sam musi sobie na nie odpowiedzieć.

To film liryczny, pełen długich ujęć, scen pozbawionych dialogów, wzbogaconych jedynie naturalnymi dźwiękami (śpiew ptaków, szum wiatru, szmer wody). To zabawa obrazem, jego kolorystyką, formatem i ostrością barw. Ale przede wszystkim to produkcja wymagająca ciszy i skupienia, która angażuje wszystkie zmysły. Polecam, ale jedynie do samotnej kontemplacji. Jak dobry tom poezji.

Wniosek: Hipnotyzujące, bardzo poetyckie kino. Dla wytrawnego widza.


"Sucker Punch"

"Sucker Punch"

O czym to jest: Pięć dziewczyn próbuje uciec z wariatkowa/burdelu.

sucker punch film recenzja plakat

Recenzja filmu:

"Sucker Punch" to film-marzenie każdego nerda. Jest tu wszystko, co mogło się zrodzić w tysiącach umysłów trzydziestoletnich, grubych kolesi w przetłuszczonych długich włosach, siedzących w garażach domów swoich rodziców. Pięć seksowych lasek, które starają się uciec z wariatkowa, a jednocześnie burdelu w klimacie burleski. Na drodze stoją im robo-samuraje z karabinami maszynowymi, napędzane parą niemieckie zombie z okresu I wojny światowej, smoki, orkowie, roboty i psychopatyczni strażnicy. Mnóstwo akcji, tempa, strzelaniny, efektów specjalnych i podwiązek! Brzmi jak niedorzeczny fanfic, prawda? A jednak powstał taki film!

Przyznaję się szczerze, że bardzo długo miałem wątpliwości i obawy związane z tą produkcją. Czy coś o tak pokręconej i zmiksowanej fabule ma szansę się do czegoś nadawać? Prawdopodobnie gdyby nie nazwisko reżysera, cenionego przeze mnie Zacka Snydera (którego śledzę z uwagą od znakomitego debiutu w postaci "Dawn of the Dead"), nigdy bym się nie odważył tego obejrzeć. No ale ponieważ był to ostatni film Snydera, jakiego nie znałem, zaryzykowałem. I okazało się to znakomitą rozrywką! Mnóstwo osób zarzuca "Sucker Punch", że jedzie po bandzie w kwestii przedstawiania kobiet na ekranie jako obiektów seksualnych. Ja uważam inaczej: dlaczego tylko zmaskulinizowane heroiny w rodzaju Sigourney Weaver ("Aliens") czy Charlize Theron ("Mad Max: Fury Road") mają prawo biegać z wielkimi spluwami? Co jest złego w tym, że robi to ładna dziewczyna? Trzeba sobie uświadomić, że wszystko w "Sucker Punch" jest wyłącznie kwestią konwencji i pewnego wizualnego przebrania (bardzo podobnego do "Moulin Rouge" - a przecież nikt nie oskarża tego znakomitego musicalu o seksizm). Jeśli nie kupicie takiej formy, to pewnie wyłączycie ten film po kwadransie. Ale jeśli dacie się ponieść zabawie, znajdziecie tu mnóstwo rozrywki! W końcu gdzie indziej bombowce z II wojny światowej walczą ze smokami, a ogromne roboty ze steampunkowymi sterowcami? 

Bohaterki filmu są bardzo dobrze obsadzone w roli współczesnych "Aniołków Charliego", rozwalających setki przeciwników jednym uderzeniem. Aktorki przeszły morderczy trening fizyczny i efekty tego widać na ekranie. Te dziewczyny potrafią walczyć, strzelać, bić się na pięści i są naprawdę niebezpieczne. A że mają jednocześnie wysokie szpilki, pończochy i gorsety? Tym lepiej dla widza! Tylko błagam, nie traktujcie "Sucker Punch" na poważnie! Zanurzcie się w fotelu, dajcie ponieść obrazowi i znakomitej ścieżce dźwiękowej, i cieszcie się frajdą kina! Zack Snyder naprawdę potrafi kręcić filmy. #IBelieveInZackSnyder!

Wniosek: Zadziwiająco dobra popkulturowa mieszanka! Jest frajda z oglądania!


"Teenage Mutant Ninja Turtles" ("Wojownicze Żółwie Ninja")

"Teenage Mutant Ninja Turtles" ("Wojownicze Żółwie Ninja")

O czym to jest: Cztery zmutowane żółwie walczą ze złem.

wojownicze żółwie ninja film recenzja plakat megan fox

Recenzja filmu:

Bardzo, ale to bardzo bałem się tego filmu. Byłem tak święcie przekonany, że okaże się kompletną żenadą, iż z rozmysłem odmówiłem wyprawy do kina. I choć nie żałuję tej decyzji, to z ulgą stwierdzam, że mogło być gorzej. A może po prostu moje oczekiwania były tak niskie? W każdym razie nowe "Żółwie Ninja" ogląda się nawet znośnie. A to chyba już sukces, skoro producentem tego filmu był Michael "Eksplozja" Bay...

Fabularnie niestety jest to ewidentny plagiat "The Amazing Spider-Man". Naprawdę, wszystko się zgadza: trucizna rozpylana ze szczytu wieżowca w Nowym Jorku, mordobicie w kanałach, mutowanie zwierząt, ojciec głównego bohatera (tutaj bohaterki) jako naukowiec ginący podczas próby powstrzymania złych knowań... Brzmi znajomo? I słusznie, tylko zamieńcie Petera Parkera na April O'Neil, a supermoce dajcie czterem żółwiom zamiast Człowiekowi-Pająkowi. Co istotne, głównym bohaterem nowych "Żółwi Ninja" nie są wcale Żółwie, a właśnie Megan Fox w roli April O'Neil, na szczęście mniej wulgarnej niż w "Transformersach", ale i tak epatującej głównie obcisłymi dżinsami i "seksowną niewinnością". Widać wyraźnie, do jakich widzów miał trafić ten film...

Na szczęście udało się ocalić klimat Żółwi: mamy więc Splintera ćwiczącego ich w sztuce ninjitsu w nowojorskich kanałach, jest Shredder, jest pizza, jest fascynacją popkulturą, jest nawet kultowy bus! Same Żółwie również nie wyłamały się ze znanego nam szablonu: mamy Przywódcę (Leonardo), Rozrabiakę (Raphael), Mózgówca (Donatello) i Luzaka (Michelangelo). Zgadzają się charaktery, zgadza się również broń i styl walki. Nie rozumiem jednak, czemu głównym Żółwiem nie jest tu Leonardo, a Raphael. Podejrzewam najprostszą odpowiedź: Raphael był ulubionym Żółwiem scenarzysty! Jestem w stanie to zrozumieć (w dzieciństwie moim był Leonardo, ale na przykład moja małżonka uwielbiała Michelangelo). Zatem jeśli się zastanawiacie, czy ten film to dalej klimatyczne "Wojownicze Żółwie Ninja", to z zadowoleniem potwierdzam, że tak.

Drażnią mnie natomiast słabe efekty CGI (Żółwie mają naprawdę paskudną animację), przewidywalność i prostota fabuły, żarty najniższych lotów (niestety nie obyło się bez puszczania bąków w twarz widza), chwyty za serce w amerykańskim stylu (Raphael wyznający braterską miłość) czy wspomniana Megan Fox. Ale za to Żółwie mają niezłe teksty, zwłaszcza gdy żartują z popkultury (tylko miejscami są zbyt gangsta). Chyba wybiorę się na sequel, choćby po to, by zobaczyć Rocksteady'ego i Bebopa w fabularnej (znaczy się: CGI) wersji. Ale zabiorę dużo popcornu.

Wniosek: Słabe, ale nie ma tragedii.


<<< Sprawdź kolejność serii "Wojownicze Żółwie Ninja"! >>>


"Dragon Blade" ("Wojna Imperiów")

"Dragon Blade" ("Wojna Imperiów")

O czym to jest: Dobrzy Rzymianie razem z Chińczykami walczą ze złymi Rzymianami.

wojna imperiów film recenzja plakat jackie chan adrien brody

Recenzja filmu:

Jestem świadomy, że kino chińskie rządzi się innymi prawami niż europejskie czy amerykańskie. Wynika to ze znacznych różnic kulturowych. W chińskich filmach wymagana jest nadmierna ekspresja aktorów, pokazywanie wszystkich emocji aż do poziomu przerysowania, długie pompatyczne dialogi i obowiązkowe morały na każdym kroku. I o ile dzieje się to w filmie stricte chińskim, tworzonym przez chińskich aktorów, to nie mam z tym problemu. Gorzej, gdy do takiego schematu zaprzęga się aktorów zachodnich...

Film "Dragon Blade" nie jest całkowitą szmirą, choć naprawdę niewiele mu do tego brakuje. Ratują go niezłe sceny walk z choreografią najwyższych lotów, a także pojedyncze kreacje aktorskie. I to niestety tyle pozytywów. Cała reszta, będąca luźną wariacją na temat spotkania rzymskiego legionu i chińskich oddziałów gdzieś na Jedwabnym Szlaku, woła o pomstę do nieba. "Dragon Blade" jest nakręcony topornie, bez pomysłu, z przerażająco poszatkowaną, przetykaną dziwnymi flashbackami i nietrzymającą się logiki fabułą. Na dodatek twórcy polali go sytą, tłustą propagandą z przesłaniem światowej unii gospodarczo-handlowej (oczywiście zarządzanej przez Chiny), która zjednoczy wszystkie narody i przyniesie kres wojnom. Urocze, ale niestrawne.

Umówmy się, że idea Rzymianie vs. Cesarstwo Chińskie daje radę, bo Rzymianie zawsze są pro. Ale kiedy mają zbroje z pianki, a tuniki z taniej lycry, wygląda to po prostu żałośnie. Ponadto gdy obsadzimy w głównej roli Jackie Chana, to wiecie co otrzymamy? Komedię sensacyjną. Nawet w realiach antyku to wciąż będzie komedia sensacyjna, Jackie Chan po prostu nie potrafi grać na serio! Ale to nie szkodzi, bo wychodzi mu to świetnie, a widząc jego wigor nikt nie powiedziałby, że już jest po 60-tce. Partnerujący mu John Cusack w roli Dobrego Rzymianina jest taki, jak zawsze: bezbarwny. Miękki jak galareta, ale akurat tu (o dziwo) pasował do swojej postaci. Wydaje mi się zresztą, że gdyby to on był głównym bohaterem tej opowieści, wyszłoby coś lepszego. Na szczęście mamy jasny punkt w osobie Adriena Brody'ego w roli Złego Rzymianina, tak przerysowanego, że aż pięknego. Świetny wyszedł z niego czarny charakter (i jeszcze z tymi loczkami!). Niestety wszystko pogrąża kilkuletni chłopczyk grający młodego rzymskiego cesarza, który przez pół filmu zanosi się płaczem wniebogłosy (nie żartuję - naprawdę wyje, a twarz zalewa mu się łzami i smarkami, odbierając jakąkolwiek przyjemność z oglądania tego na ekranie). Zgroza! A oprócz tego śpiewa, zresztą Jackie Chan też śpiewa, nawet Adrien Brody śpiewa w finalnej scenie krztusząc się krwią. Rany boskie, "Dragon Blade" to na pewno nie jest parodia...?

Konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni finalną, współczesną wstawkę z "archeologami" chińskimi, którzy odnajdując ruiny starożytnego miasta postanawiają... nie mówić o nich nikomu. O co chodzi, ludzie? Czy ktoś obejrzał ten film po zmontowaniu? Na szczęście mamy tu klasyczne chińskie kung-fu fighting, bo bez tego to...

Wniosek: Można obejrzeć sceny walk, a resztę bez żalu przewinąć. Nic się nie straci.


"Kung Fury"

"Kung Fury"

O czym to jest: Policjant musi cofnąć się w czasie, by powstrzymać Hitlera przed zniszczeniem świata.

kung fury plakat film recenzja

Recenzja filmu:

Chcieliście i oto jest! Przedstawiam amatorską produkcję z 2015 roku, która jest esencją kina akcji lat 80.! Jest tu absolutnie wszystko, co oglądaliście na kasetach video lub na Polsacie u zarania III RP. Wszystkie wątki, wszystkie pomysły, stylistyka, muzyka, gra aktorska - to SĄ lata 80.! Zupełnie, jakby to widzowie przenieśli się w czasie zamiast aktorów w filmie. I to jest piękne!

Trudno wymyślić bardziej absurdalną fabułę. Zacznijmy: Miami, lata 80., serce dzikiej przestępczości rodem z "Ucieczki z Nowego Jorku". Tytułowy policjant (mistrz kung fu), wpierw walczy z mordującym ludzi automatem Arcade, po czym odkrywa, że musi cofnąć się w czasie, by pokonać złego mistrza kung fu, Hitlera (czyli Kung Führera). Przy pomocy genialnego hakera uzbrojonego w komputer klasy Atari, cofa się jednak za daleko w czasie i ląduje w epoce Wikingów i lasero-raptorów. Ale nic to! Przy pomocy Thora wraca ze swoją drużyną do nazistowskich Niemiec, gdzie ręka w rękę z Tyranozaurem oraz Triceragliną (i bandą Wikingów z karabinami maszynowymi) pokonuje zło. Wow.

Brzmi jak parodia? I słusznie, bo to jest parodia! Film to półgodzinna krótkometrażówka, nakręcona dzięki wsparciu fanów w Internecie i udostępniona za darmo do oglądania na YouTube. "Kung Fury" nawet nie próbuje być produkcją na poważnie. Wszystko, łącznie z drętwymi tekstami, śnieżeniem obrazu ze zjechanej kasety video i 8-bitową ścieżką muzyczną, jest hołdem dla czasów dzieciństwa ludzi urodzonych w latach 70., 80. i 90. Mógłbym oczywiście zacząć wyliczać wszystkie nawiązania, ale napisałbym wtedy książkę, a nie recenzję. Nie będę wam psuł frajdy: lepiej obejrzyjcie to sami.

Tak na trzeźwo patrząc, film jest oczywiście okropnie zły. I na tym polega jego urok: twórcom udało się nakręcić ten rodzaj złego filmu, który staje się kultowy i jedyny w swoim rodzaju. Dziękuję za tą sentymentalną podróż w czasie i teraz czekam na wydanie "Kung Fury" na video, koniecznie z polskim lektorem mówiącym głosem Tomasza Knapika! Tank you!

Wniosek: Cudowny hołd dla lat 80. Tak przerysowany, że aż piękny.


"The Man with the Iron Fists" ("Człowiek o Żelaznych Pięściach")

"The Man with the Iron Fists" ("Człowiek o Żelaznych Pięściach")

O czym to jest: Afroamerykanin-gangsta na Dalekim Wschodzie.

człowiek o żelaznych pięściach film recenzja RZA crowe

Recenzja filmu:

NIE OGLĄDAĆ TEGO! 

W takich chwilach żałuję, że nie przewidziałem na blogu zerowej oceny. Nie polecam tego filmu! "Człowiek o Żelaznych Pięściach" to film tragiczny, nieudolna podróbka, którą można podsumować zdaniem: "Afroamerykanin na Dalekim Wschodzie rozwala złych Chińczyków". Ani w tym dobrej chińskiej nawalanki, ani afroamerykańskiego stylu gangsta, ani w końcu kultowych scen i postaci. Włożenie do jednego filmu otłuszczonego Russela Crowe'a i Lucy Liu to za mało. Słabo, źle, okropnie, tragicznie!!! Film, gdy istniał jako scenariusz, miał pewnie kilka znamion kultowości, ale w momencie gdy zobaczyłem spasionego Crowe'a posuwającego trzy Chinki w stylu czystego porno, to zwątpiłem. A jeszcze kto to widział, żeby sceny gore robić jako CGI? Gdzie stare dobre fałszywe kończyny i sztuczna krew? Było źle i wyglądało źle. Serio.

Rzadko się zdarza, by film był tak zły, że nie jestem w stanie dotrwać do końca. Niestety to był jeden z tych przypadków - jedynie przewinąłem sobie produkcję na sam koniec, aby się upewnić, że nie ma tam żadnej kultowości, która uratowałaby tą rozpacz. W zasadzie można powiedzieć, że obejrzałem w ten sposób pół filmu, ale w żaden sposób ta poznana połowa nie zachęcała do drugiej połowy. Nie lubię tak robić, bo moim zdaniem film powinno się oglądać w całości, ale czasem po prostu człowiek nie jest w stanie znieść tego, co widzi na ekranie. Dlatego też nie mam nic więcej do powiedzenia o tym "czymś". Niech "Człowiek o Żelaznych Pięściach" spłonie w ogniu piekielnym i zostanie zapomniany na wieki!

P.S. Nie mogę się nadziwić, że Quentinowi Tarantino nie było wstyd promować tej produkcji...

Wniosek: Unikać! Obrzydlistwo!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger