Polecamy

"Black Widow" ("Czarna Wdowa")

"Black Widow" ("Czarna Wdowa")

O czym to jest: Dawna radziecka zabójczyni, a obecnie wyklęta superbohaterka, porządkuje sprawy ze swojej przeszłości.

czarna wdowa film recenzja johansson

Recenzja filmu:

Jak powszechnie wiadomo, produkcje z "Marvel Cinematic Universe" nigdy specjalnie nie przejmowały się takimi rzeczami jak logika i respektowanie zasad fizyki. I nic w tym złego, bo jak wiadomo to kino komiksowe, czyli przerysowane dosłownie i w przenośni. Ale jest cienka granica której nie należy przekraczać (o ile nie kręci się space opery, bo wtedy jak wiadomo wszystkie chwyty dozwolone), bo wtedy film robi się absurdalny. Niestety pierwsza po lockdownie kinowa produkcja Marvela okazała się być ciut "za bardzo", i to chyba w większości aspektów. Na szczęście nie oznacza to, że jest to zły film!

Jak na standardy popcornowe jest dość udany. Ma świetną główną bohaterkę, bo Scarlett Johansson jako Czarna Wdowa była jednym z niewykorzystanych klejnotów marvelowskich kinowych superbohaterów - a film o niej powinien był powstać już dekadę temu. Na szczęście Scarlett wciąż wygląda i gra świetnie, a sceny walki z jej udziałem jak zawsze przyciągają wzrok. Ogromnie mi się podoba to, że w przeciwieństwie do np. Wonder Woman albo Charlize Theron z "Atomic Blonde" ma taktyczny strój, taktyczne buty i nie wygląda jak przerysowana bogini wojny, choć rozwiana fryzura w scenach mordobicia psuje nieco wrażenie realizmu. Świetnym uzupełnieniem okazała się Florence Pugh jako młodsza siostra naszej bohaterki - tak samo mordercza, ale jednak charakterologicznie zupełnie inna. Dodatkowo w obsadzie Rachel Weisz (zawsze będę ją uwielbiał) i David Harbour, który dał nam przedwczesną odpowiedź co się działo w ZSRR z szeryfem ze "Stranger Things" po końcu trzeciego sezonu - czyli jak widać, na ekranie jest na kogo patrzeć!

Mimo przegięć w scenach akcji i często zbyt naciągniętego humoru bawiłem się naprawdę dobrze - jakby nie patrzeć po produkcji Marvela nie oczekiwałem nie wiadomo jakiej głębi. Szkoda tylko że postać Harboura, czyli Red Guardian, nie została moim zdaniem wykorzystana w pełni, aczkolwiek liczę że twórcy jeszcze kiedyś do niego wrócą. Na pewno dzięki "Black Widow" Scarlett Johanssen może z czystym sumieniem odwiesić swój kostium na półkę i zająć się innymi projektami. Historia jej postaci w końcu jest kompletna. Teraz pora na Hawkeye'a!

Wniosek: Zabawne do oglądania i fajnie zrobione, choć głupawe do kwadratu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


Konkurs Piosenki Żenady, czyli kochamy Eurowizję!

Konkurs Piosenki Żenady, czyli kochamy Eurowizję!

Nie jest żadną tajemnicą, że oboje jesteśmy fanami Eurowizji. Chociaż nie od początku tak było. W momencie gdy się poznaliśmy, Wedge okazał się wielkim fanem i znawcą konkursu - z kolei ja reprezentowałam totalnie odmienny pogląd i nawet kilka razy w dość niepochlebnych słowach określiłam jakość tej imprezy. Ale jak wiadomo wszystko zależy od podejścia i odpowiedniej perspektywy. Dlatego ostatecznie wypracowaliśmy wspólne stanowisko. 


Jednemu zaprzeczyć nie można: Eurowizja to wspaniałe widowisko. Wydarzenie na które należy patrzeć nie tylko przez pryzmat muzyki, ale znacznie szerzej i zawsze z odpowiednią (sporą!) dozą dystansu. To co charakteryzuje tę imprezę to pozytywna energia fanów, duch tolerancji i akceptacji. Eurowizja jest wielkim przedsięwzięciem telewizyjnym, wydarzeniem artystycznym, które rządzi się swoimi prawami, ale równocześnie nie jest wolne od politycznych i społecznych elementów. Ten eklektyczny konglomerat cech sprawia, że każdy kolejny konkurs to interesująca widowisko. W pewnym momencie Eurowizja urosła nawet w naszym domu do rangi corocznego wydarzenia towarzyskiego, w trakcie którego kilkanaście zaproszonych osób komentowało, głosowało i świetnie się bawiło w klimatach eurowizyjnych. Wymyśliliśmy nawet własnego drinka o nazwie "EuroVision", który stał się nieodłącznym elementem imprezy. Aktualnie pandemia (i małe dziecko) wyklucza robienie imprezy na dużą skalę, ale liczymy, że znów wrócimy do naszej małej tradycji przy kolejnych edycjach. 

Na szczęście na pocieszenie zawsze zostaje seans filmu "Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga" (recenzja na blogu), który doczekał się w tym roku nominacji do Oscara w kategorii "Najlepsza piosenka" (ostatecznie nagrodę zdobył utwór "Fight for You" z filmu "Judasz i Czarny Mesjasz"). Jakakolwiek jest Wasza opinia o filmie nie da się ukryć, iż piosenka "Husavik" to bardzo udana aranżacja muzyczna, która spodobała się nie tylko fanom Eurowizji i doczekała nominacji do kilku prestiżowych nagród, a w marcu 2021 osiągnęła liczbę 9 milionów wyświetleń na YouTubie! 

Jeśli oglądaliście film to zapewne pamiętacie, iż "Husavik" to piosenka opowiadająca o mieście rodzinnym głównych bohaterów Larsa Erickssonga (Will Ferrell) i Sigrit Ericksdottir (Rachel McAdams), którą skomponowała i niespodziewanie zaśpiewała w finale konkursu Sigrit. I tak też zapisał się ten utwór w pamięci widzów. W rzeczywistości jednak za produkcję piosenki "Husavik" odpowiadają Savan Kotecha, Fat Max Gsus oraz Rickard Göransson, a piosenki wcale NIE zaśpiewała Rachel McAdams, lecz szwedzka piosenkarka My Marianne (jej oryginalne imię to Molly Sandén) przy niewielkiej pomocy Willa Farella. Artystka jest już zresztą znana miłośnikom Eurowizji gdyż reprezentowała Szwecję na Eurowizji Junior 2006, zajmując trzecie miejsce. Trzykrotnie starała się też o wyjazd na Eurowizję, biorąc udział w Melodifestivalen w 2009, 2012 i 2016 roku. Chociaż do konkursu ostatecznie się nie dostała to doczekała się nominacji do Oscara za piosenkę do filmu o Eurowizji! Jak widać los bywa bardzo przewrotny i dowcipny. 

Tegoroczny finał Eurowizji (to będzie 65 odsłona konkursu) odbędzie się już 22 maja w Rotterdamie w Holandii. Polecamy oglądać darmowy stream na YouTube lub dla wytrwałych transmisję na TVP1. Czekamy z niecierpliwością! 

A dla porównania mamy dla Was piosenkę "Husavik" w wersji znanej z filmu : 


 oraz wykonanie oryginalne: 

"The Falcon and the Winter Soldier"

"The Falcon and the Winter Soldier"

O czym to jest: Superbohaterowie kłócą się o dziedzictwo Kapitana Ameryki, podczas gdy zdesperowani terroryści próbują uratować świat.

falcon i zimowy żołnierz serial recenzja disney+ marvel mackie

Recenzja serialu:

Ech... No co ja poradzę. "Kapitan Ameryka" bez Kapitana Ameryki po prostu nie wychodzi! A może raczej - bez Chrisa Evansa, bo samych Kapitanów w tym serialu mamy aż kilku. Zachęcony udanym dodatkiem do uniwersum jakim okazała się produkcja "WandaVision" sięgnąłem po kolejny z nowych seriali, który w zwiastunach obiecywał nam coś w rodzaju "buddy movie" rodem z lat 90. (nasuwało mi się skojarzenie z "Zabójczą Bronią"). A tymczasem zamiast czegoś świeżego otrzymałem "Kapitana Amerykę 3,5", tyle że nudnego, przegadanego, pozbawionego polotu i z najbardziej niesympatycznym duetem protagonistów jaki miałem okazję oglądać w ostatnich latach. No naprawdę mogło wyjść lepiej!

Autentycznie nie rozumiem skąd się biorą zachwyty nad tym serialem. Nie przeczę, ma kilka momentów - fajną choreografię walk wręcz (jeśli wytniemy takie bzdury jak przeskakiwanie pomiędzy helikopterami w wingsuitach), europejski klimat (spora część akcji dzieje się w Rydze), a także kultowy już taniec Barona Zemo na dyskotece. Bardzo pasował mi też Kapitan Ropucha vel John Walker, czyli chodzący żywy przykład PTSD z supermocami. Ale cała reszta... Po pierwsze naprawdę nie kumam o co chodziło w fabule - wyciągnąłem z tego tyle, że "terroryści" pod wodzą Enfys Nest z "Solo" tak naprawdę chcieli uratować świat przed głupotą chciwych polityków. A może tak naprawdę chodziło o coś innego? Nie jestem pewien bo autentycznie połowa wątków nie miała sensu, a ciekawe zaczęło się robić dopiero w połowie sezonu gdy postacie skończyły gadać, a zaczęły naparzać po mordach. Dodajmy do tego zerową chemię między protagonistami (serio, to NAPRAWDĘ najgorszy duet ekranowy tego uniwersum, a może i tej dekady kina i telewizji) oraz czerstwą jak tygodniowe pieczywo końcówkę, w której Falcon w świetle kamer urządza politykom mentorską połajankę, po której grzecznie kulą uszy jak uczniaki i robią co pan superbohater każe. Aha.

Sześć odcinków "The Falcon and the Winter Soldier" to sześć odcinków pogoni ze metalowym frisbee i kłótni, kto ma prawo nim rzucać. Rozumiałbym jakby to naprawdę był jedyny taki egzemplarz na świecie, ale przypominam że w tym uniwersum mamy cały kraj zbudowany z tworzącego go vibranium - możecie więc ich zbudować tysiące, serio, starczy dla każdego chętnego! Dodatkowo osobiście liczyłem, że w końcu ktoś jasno i klarownie przedstawi mi historię Winter Soldiera jak to przeszedł drogę od niemieckiego jeńca do radzieckiej superbroni. I dlaczego do jasnej cholery ma metalową rękę? Nie wyjaśniono tego w filmach, liczyłem więc na serial, ale jak widać bezskutecznie. Zacytuję więc Deadpoola: "That's just a lazy writing".

Na sam koniec warto wspomnieć o zaprezentowanej na ekranie sporej dozie wątków współczesnego amerykańskiego rasizmu i nierównych szans, które stanowią zarzewie protestów Black Lives Matters. Ale wiecie co? Jakkolwiek słuszne by to nie było, wydawało się jednak na siłę i średnio zgrabne. Choć bez tego serial byłby jeszcze gorszy... A najzabawniejsze jest to, że gdy pewnego dnia nakręcą "Kapitana Amerykę 4" (co już zapowiedziano), za wstęp do produkcji wystarczyłaby ostatnia scena z Chrisem Evansem w "Avengers: Endgame", bez męki z całym tym serialem. Fabularnie wyszłoby dokładnie na to samo.

Wniosek: Nudne jak flaki z olejem. Można sobie odpuścić.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"WandaVision"

"WandaVision"

O czym to jest: Superbohaterka po utracie ukochanego kreuje fikcyjną rzeczywistość na wzór idealnego amerykańskiego miasteczka. Ale w tej iluzji nie wszystko jest takie jak się wydaje. 

wanda vision olsen bethany disney+ marvel cinematic universe

Recenzja serialu:

Bierzemy się za kolejną odsłonę "Marvel Cinematic Universe", tym razem w formie pierwszego oficjalnego serialu z uniwersum! Choć tak po prawdzie jest to druga odsłona serialowych przygód postaci Marvela - pierwszą było skasowane już uniwersum telewizyjne Marvela, rozpoczęte przez "Agent Carter", w którym to seriale nawiązywały do filmów (ale już nie odwrót). Tym jednak razem wszystko jest oficjalne - nowe seriale mają być w pełni wymienne z produkcjami kinowymi. A zaszczyt chorążego tej nowej fali przypadł tytułowi "WandaVision", rozprawiającego się z tytułową dwójką pobocznych superbohaterów uniwersum i ich małżeńskiej relacji.

Ogólna moja reakcja jest jak najbardziej pozytywna! To co lubię w uniwersum "Marvela" to zabawa konwencją i eksperymentowanie z formą. Tutaj twórcy wzięli na warsztat kilka dekad familijno-komediowych seriali w USA (zaczynając od czarnobiałych sitcomów z lat 60.) i przedstawili je w krzywym zwierciadle. Dzięki temu pierwsza połowa odcinków to prawdziwa podróż w czasie, nawiązująca wizualnie i stylistycznie do takich klasyków jak "I Love Lucy", przez "Full House" aż do "Malcolm in the Middle" i "Modern Family". To oczywiście tylko niektóre tytuły, ale nie martwcie się - serial jest równie mocno osadzony w swoim własnym uniwersum, wychodząc wprost od wydarzeń "Avengers: Infinity War" oraz "Avengers: Endgame" (zaliczając po drodze istotne wątki "Captain Marvel"). I o ile instynkt mnie nie myli, to dopiero początek przygód Wandy vel Scarlet Witch i jej nowych supermocy! Osobiście uwielbiam zabawę konwencją, autoironię twórców i nawiązywanie do klasyków kina i telewizji. Zatem koncepcyjnie "WandaVision" trafiło we mnie na widza idealnego, który bawił się wyśmienicie!

W założeniu serial stanowi następną po "Doctor Strange" próbę wprowadzenia czystej magii do uniwersum, tutaj w formie (a jakże) Czarownic z Salem i ich dziedzictwa. Chylę czoła przed bardzo sprytnym ukryciem głównego antagonisty i ciągłym kierowaniem widzów na manowce - wliczając w to niemalże bezczelne pomachanie przed nosem możliwym crossoverem z kinowym uniwersum "X-Menów". Nie da się ukryć, że w tak rozbudowanym wszechświecie jaki stworzył Marvel zmieści się wszystko - od space opery po czary mary. Więc czemu by nie! Nie brakuje akcji, ciekawych efektów specjalnych, dobrego lub nawet bardzo dobrego aktorstwa i przemyślanej fabuły. Takich seriali mogą kręcić więcej!

Gdyby tylko udało się skrócić ilość odcinków i wyciąć dłużyzny, mielibyśmy produkcję bardzo dobrą. A tak jest wyłącznie dobra, ale za to solidnie. Jeśli znacie poprzedzające serial filmy będziecie się bawić podwójnie, zwłaszcza gdy na ekran zawita cała masa trzecioplanowych postaci z uniwersum. Ale z całą pewnością ani one, ani ich twórcy, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa!

Wniosek: Udane, choć nieco za długie i przegadane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Godzilla vs. Kong"

"Godzilla vs. Kong"

O czym to jest: Wielka jaszczurka walczy z wielkim gorylem.

godzilla kontra kong film HBO Max

Recenzja filmu:

Zazwyczaj oceniając filmy staram się być szczery sam ze sobą - tak jest też tym razem. Przyznaję, nigdy nie byłem specjalnym fanem filmów o potworach tudzież robotach nawalających się po ryjach z innymi potworami (pewnie dlatego, że z anime miałem niewiele do czynienia). Owszem, obejrzeć mogę, ale żeby się specjalnie tym pasjonować - to niespecjalnie. Niemniej z zainteresowaniem podszedłem do "Godzilla vs. Kong", bo choć fanem "Godzilli" nigdy nie byłem, to "Kong: Skull Island" bardzo mi się spodobał. Niestety w tym wypadku film jest raczej trzecią częścią słabej "Godzilli", niż sequelem "Konga". Cóż za rozczarowanie!

Jeśli oglądaliście uważnie "King of Monsters", to szybko odnajdziecie się w realiach filmu. Nie żeby miał on większy sens, bo nie ma - fabuła wręcz kipi nielogicznościami, zbędnymi postaciami i traktowaniem widza jak idioty. Tak naprawdę (i serio nie żartuję) gdyby wyciąć z filmu wszystkie ludzkie postacie efekt byłby identyczny! A już z całą pewnością można było sobie podarować wątek nastolatków wkradających się do tajnej bazy złej korporacji i ratujących świat (w iluż słabych filmach już to widziałem!). Również cała reszta wątków nie miała większego sensu. Jedyne co mogę zaliczyć na poczet sukcesów to wizja Pustej Ziemi (choć nadal nie do końca rozumiem, jak miałaby działać), kolejnych starożytnych ruin oraz Konga skaczącego po lotniskowcach. I to... tyle.

Chciałbym coś więcej napisać o tej produkcji, ale literalnie nie mam co! Wielka jaszczurka strzelająca laserami z pyska walczy z wielkim gorylem z toporem, a następnie z wielkim robotem w kształcie jaszczurki. Ma to sens? Niespecjalnie. Wygląda fajnie? Czasami, choć za kilka lat efekty specjalne będą wzbudzać niestety jedynie zażenowanie. Czy chcemy sequel? Mówiąc szczerze moglibyśmy go sobie podarować, bo jeśli po raz kolejny w tym uniwersum dostaniemy dokładnie to samo, to chyba lepiej zgasić światło i poświęcić na coś innego te dwie godziny życia. Na przykład na obejrzenie "Sanctuary", tam Pusta Ziemia wyglądała naprawdę super!

P.S. Tak się złożyło, że w tym filmie Kong zniszczył Hong Kong. Dopiero teraz złapałem żart!

Wniosek: Potwornie (nomen omen) nudne. Plus jedynie za wizję Pustej Ziemi.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii MonsterVerse! >>>


"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

O czym to jest: W postapokaliptycznej przyszłości niedobitki ateistów i fanatyków religijnych próbują skolonizować obcą planetę.

wychowane przez wilki serial recenzja HBO

Recenzja serialu:

Skutkiem ubocznym oglądania tylu produkcji ile ja jest to, że coraz ciężej mnie zaskoczyć. Mam nadzieję, że nigdy nie zmienię się w cynicznego krytyka filmowego jak jedna z postaci "Lady in the Water" - tego bym nie chciał! Ale faktem jest, że uczucie "to już gdzieś widziałem" towarzyszy mi coraz częściej. Na szczęście wciąż czasem potrafię się zaskoczyć - tak jak w przypadku "Raised by Wolves", czyli serialu który autentycznie spowodował u mnie opad szczęki i wielodniową traumę. Wow!

Wspominałem już o swoistej dwubiegunowości Ridleya Scotta, niewątpliwie wybitnego reżysera, który potrafi tworzyć zarówno na wskroś kultowe obrazy, jak i straszne szmiry (bez etapu pośredniego - albo jedno, albo drugie). I nigdy nie wiem, na które oblicze Ridleya trafię tym razem! Na szczęście "Raised by Wolves", wyprodukowany przez niego serial (w którym wyreżyserował też dwa pierwsze odcinki) dał nam to, co miał najlepszego w zanadrzu. Efektem jest głębokie, przejmujące, intelektualne kino SF godne najlepszych literackich klasyków jak Lem, Dick czy Clarke. Świat "Raised by Wolves" to postapokaliptyczna wizja przyszłości, w której światowa wojna ateistów z fanatykami religijnymi spustoszyła Ziemię i ludzką cywilizację. Ocaleńcy wyruszyli na odległą planetę Kepler-22b (taka planeta istnieje naprawdę i jest wymieniana jako jedna z potencjalnych kandydatek do kolonizacji przez ludzi, o ile spełnia odpowiednie warunki). Ateiści postawili swoje karty na parę androidów, która już po wylądowaniu wyhodowała i zajęła się wychowaniem grupki małych dzieci. Z kolei fanatycy posłali wielką arkę wypełnioną wybrańcami (czyli przedstawicielami swojej społecznej elity). Nieuchronne spotkanie obydwu frakcji doprowadzi do tragicznych konsekwencji i przeniesienia do nowego świata wszystkich problemów starego. Ale to nie koniec, bowiem Kepler-22b i to co się dzieje na jej powierzchni absolutnie nie jest tym, na co wygląda. I nie miejcie nadziei, że pierwszy sezon da Wam jakieś konkretne odpowiedzi, mało tego - namnoży kolejne pytania i zagadki! Nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Musicie przyznać, że w świetle tego co się dzieje (również w Polsce) całkiem realna staje się wizja globalnego konfliktu tych którzy wierzą w naukę - nazwijmy ich ateistami - ze zwolennikami starego świata chętnymi do tego, by podporządkować całe życie zbiorowi linijek antycznego tekstu, który nie wiadomo kiedy i przez kogo został stworzony. Widać w tym wyraźną analogię do świata wokół nas - płaskoziemcy, antyszczepionkowcy, fanatycy religijni i inni szaleńcy chcą nas aktualnie zatrzymać w mroku przeszłości, krwawo tępiąc tych, którzy mają inne zdanie. Czy przyszłe starcie tych dwóch światów jest nieuniknione? Mam nadzieję że nie, ale zapewne nie dożyję momentu, by się samemu przekonać (może to i lepiej). Czasem lepiej nie wiedzieć, jaki będzie finał historii!

Twórcy "Raised by Wolves" postawili na tak dużą dozę naukowości, jaką tylko mogli. Wszystko co widzimy na ekranie zgadza się z zasadami fizyki, przynajmniej w naszym rozumieniu (wliczając w to naukowe teorie, jak coś mogłoby działać, o ile udałoby się to zbudować). Wizja androidów eksplorujących ludzką naturę nie jest oczywiście niczym nowym, choć akurat w tym serialu androidy są równie szalone jak ich ludzcy twórcy. Duża w tym zasługa głównych aktorów grających Matkę i Ojca - są totalnie wiarygodni i wybitni w tym, jak prezentują swoje postacie. Zwłaszcza Amanda Collin jako krwiożercza, szalona obrończyni swoich i cudzych dzieci - prawdziwa tytułowa wilczyca! Niezły jest też Traviss Fimmel, gwiazdor "Wikingów", zatrudniony w roli przywódcy fanatyków (wprawdzie niczym się nie różni od swej roli Ragnara Lothbroka, ale w tym przypadku to akurat dobrze). 

"Raised by Wolves" to szarpiące duszę, pełne niepokoju kino SF na pograniczu horroru. Kosmos to paskudne miejsce, a obce planety tym bardziej. Dlatego dbajmy o tą, którą dostaliśmy w darze, bo lepszej nigdy nie znajdziemy! Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony i rozwijanie intrygi, licząc na godne zamknięcie namnożonych wątków. Oj będzie się działo!

Wniosek: Głęboko intelektualne SF godne klasyków gatunku. Zostaje w głowie!


"Superman Returns" ("Superman: Powrót")

"Superman Returns" ("Superman: Powrót")

O czym to jest: Superman powraca na Ziemię po kilku latach i musi stawić czoła nowym wyzwaniom i starym zagrożeniom. 

superman powrót routh spacey

Recenzja filmu:

Po snyderowskiej wersji "Justice League" miałem niedosyt komiksowych ekranizacji uniwersum komiksów DC, postanowiłem więc w końcu nadrobić jedynego "Supermana", którego jeszcze nie widziałem - pierwszą w XXI wieku próbę (nieskuteczną) przywrócenia Człowieka ze Stali na srebrny ekran. "Superman Returns" z 2006 roku był tzw. miękkim rebootem, czyli produkcją z jednej strony stanowiącej kontynuację serii "Superman" z Christopherem Reevem, a z drugiej próbą ustanowienia czegoś nowego i rozpoczęcia nowego cyklu filmów. To, jak wiemy, nie nastąpiło - a ja chyba wiem dlaczego.

"Superman Returns" ma tylko jeden, ale za to śmiertelny grzech, który przekreśla wszystkie jego zalety - jest NUDNY! Ciągnie się niemiłosiernie i bez końca, nie mając ani tempa, ani talentu do skupienia uwagi widza. Pojedyncze wyjęte z kontekstu sceny są naprawdę dobre i zapisują się w pamięci (jak chociażby ratowanie spadającego samolotu czy finałowa rozróba na trującej wyspie Lexa Luthora), ale to za mało! W kinie superbohaterskim musi się coś dziać, a jeśli się nie dzieje, to muszą to nadrabiać aktorzy. Jednak w tej produkcji błyszczy jedynie Kevin Spacey jako Lex Luthor (choć nie przebił Gene'a Hackmana), a cała reszta - wliczając to Brandona Routha jako Supermana - jest zaledwie poprawna. Negatywne uczucia mam jedynie do Kate Bosworth jako Lois Lane, która była tak bezbarwna, że ilekroć próbuję ją sobie przypomnieć w tej roli, podstawia mi się buźka Amy Adams (pytanie czy to dobrze, czy źle?). 

"Superman Returns" powstało w nieodpowiednim momencie i w nieodpowiedniej formie, by dać nowe życie przygodom kryptońskiego obrońcy Ziemi. Można się kłócić czy sukces w tej roli odniósł Henry Cavill kilka lat później, ale jedno jest pewne: jego dało się o wiele wyraźniej zapamiętać. Podziękujmy więc "Superman Returns" za kilka fajnych scen i to tyle - może wrócę kiedyś do tych klipów, ale wyłącznie na YouTube.

Wniosek: Ogólnie nudne, ale miewa rewelacyjne momenty.


"The Letter Room"

"The Letter Room"

O czym to jest: Funkcjonariusz Służby Więziennej zostaje przydzielony do cenzury korespondencji więźniów. I zaczyna się angażować.

letter room film oscar isaac

Recenzja filmu:

Po raz kolejny apeluję, by uważnie śledzić wybory aktorskie Oscara Isaaca! W mojej opinii to jeden z lepszych aktorów swojego pokolenia, a ja od wielu lat nie trafiłem na złą produkcję z jego udziałem. Isaac ma talent do wybierania produkcji głębokich, dobrze napisanych i dających się zapamiętać (choć nie stroni też od wysokiej klasy kina popkulturowego, ze "Star Wars" na czele). Jedną z jego specjalności są krótkometrażowe produkcje z nurtu kina niezależnego - tu wymienię "Ticky Tacky", "Lightningface" oraz tegoroczne "The Letter Room".

W tej krótkiej historii poznajemy strażnika więziennego Richarda, pracującego w więzieniu o zaostrzonym rygorze (na oddziale dla skazanych na śmierć). Po latach starań Richard otrzymuje upragniony awans - choć niekoniecznie taki jak sobie wymarzył - i ląduje na stanowisku cenzora listów osadzonych. Na początek nudna praca zaczyna przybierać niespodziewany obrót, gdy Richard zagłębia się w miłosno-erotycznej korespondencji skazańca z ukochaną. Dokąd doprowadzi emocjonalne przywiązanie strażnika do intymnej relacji dwójki ludzi rozdzielonych już na zawsze?

Finału wam nie zdradzę, ale powiem że spowodował u mnie niezłe przemyślenia. Najważniejsze z nich jest takie, że strażnicy tak samo tkwią za kratami jak ich podopieczni - nawet jeśli to kraty stricte emocjonalne. Nie znam żadnego strażnika więziennego ale podejrzewam, że to naprawdę paskudna praca, którą ciężko zostawić za murami i odciąć od życia na zewnątrz. Polecam wszystkim "The Letter Room", nie tylko ze względu na Oscara Isaaca, ale głównie dlatego że to kino przez duże K - najlepsze, jakie może być.

Wniosek: Ciekawe, artystyczne kino.


"The New Mutants" ("Nowi Mutanci")

"The New Mutants" ("Nowi Mutanci")

O czym to jest: Grupa nastolatków zostaje zamknięta w szpitalu, gdzie muszą się mierzyć z własnymi supermocami.

nowi mutanci film recenzja x-men ana taylor joy

Recenzja filmu:

Mówi się, że dobry film obroni się sam, niezależnie od tego ile czasu upłynęło od jego nakręcenia. Być może... ale nie w tym przypadku. Cechą cykli popkulturowych jest to, że aby miały sens muszą wychodzić w pewnym kontekście. Niestety w tym wypadku "The New Mutants" - z opóźnioną o kilka lat premierą - zdecydowanie przegapiło swój moment. Gwoździami do trumny okazała się oczywiście pandemia Covid-19 (która wymusiła ograniczoną premierę w kinach) oraz wcześniejsze skasowanie foxowego uniwersum "X-Menów" na rzecz kwitnącego "Marvel Cinematic Universe". Dlatego też "The New Mutants", choć samo w sobie jest filmem poprawnym, jest jednocześnie całkowicie niepotrzebnym i bezcelowym dziełem.

To tylko - i aż - horror o nastolatkach. Grupa dzieciaków, niepotrafiących kontrolować swoich supermocy i stwarzających zagrożenie dla otoczenia, zostaje zamknięta w ośrodku, w którym dzieją się dziwne rzeczy. Trochę przypominało mi to klimat "Sucker Punch" (tyle że bez wpływów mangi i anime), ale na poważnie. Role wydawały się jasno rozpisane: to niewinne dzieciaki były dobre (jak to w uniwersum "X-Menów"), a lekarze (w tym wypadku lekarka) źli. Ale wiecie co? Patrząc na to co ta młodzież wyrabiała, to faktycznie nie licząc Aryi Stark zmienionej w wilkołaka, cała reszta faktycznie była walnięta i diabelnie niebezpieczna! Wniosek: faktycznie może lepiej było ich tam trzymać... Niestety ta konkluzja rozsypała mi nieco cały obraz sytuacyjny, bo jak tu kibicować w ucieczce tym, którzy powinni siedzieć zamknięci i faktycznie chodzić na poważną terapię?

Niemniej przyznaję, horror wyszedł z tego całkiem przyzwoity. Podobały mi się bardzo supermoce, postacie, gra aktorska, efekty specjalne, scenografia... Nawet było miejsce na naturalny i niewymuszony wątek LGBT (przypominam: komentarze na temat aktualne sytuacji społeczno-politycznej na świecie to specjalność filmów o "X-Menach"). Niestety kontynuacji wątków i historii postaci już się nie doczekamy, choć film wyraźnie kręcony był jako wstęp do dalszych przygód. A zatem: do obejrzenia i natychmiastowego zapomnienia, co patrząc na reakcję światowej publiki nastąpiło jeszcze przed premierą.

Wniosek: Poprawnie nakręcony horror o superbohaterach, choć stworzony chyba bez większego celu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


"We Need to Talk About Kevin" ("Musimy Porozmawiać o Kevinie")

"We Need to Talk About Kevin" ("Musimy Porozmawiać o Kevinie")

O czym to jest: Wstrząsająca historia o macierzyństwie i naturze ludzkiej. 

musimy porozmawiać o kevinie film recenzja tilda swinton ezra miller

Recenzja filmu: 

Są takie filmy, które warto oglądnąć w konkretnym momencie życia, aby w pełni zrozumieć ich przesłanie. Zdecydowanie takim przypadkiem jest nominowany do Złotej Palmy Cannes "Musimy Porozmawiać o Kevinie", którego głównym wątkiem jest więź matki i syna. Większość kobiet wie (lub ostatecznie się dowie), że macierzyństwo to nie bajkowa sielanka. Czasem jest to wyczerpująca walka toczona w samotności, która wydaje się nie mieć końca, pełna rozczarowań oraz łez, ale równocześnie pełna radości i satysfakcji. Jak się jednak dowiadujemy z filmu, nie zawsze ma oba oblicza. Historię tytułowego Kevina poznajemy z punktu widzenia jego matki, którą gra jak zawsze rewelacyjna Tilda Swinton. Film jest ekranizacją książki, będącej zbiorem listów kierowanych do ojca Kevina (w filmie John C. Reilly). Do tytułowej rozmowy nigdy nie dochodzi, co najprawdopodobniej ma decydujący wpływ na finał historii. 

Sama jestem matką małego chłopca i trudno mi się nie utożsamiać z przeżyciami bohaterki. Oglądając film co rusz zadawałam sobie pytanie: co bym zrobiła w takiej sytuacji? Nigdy nie byłam specjalnie sentymentalnym odbiorcą, nie wychodzę z kina w trakcie seansu, bo coś jest "za ciężkie", praktycznie nigdy nie ronię łez nad losami bohaterów. Kilka lat temu obejrzałabym ten film z chłodną fascynacją traktując jako bardzo interesujące studium przypadku. Aktualnie trafia do mnie mocniej, dlatego myślę, że bardziej wrażliwym widzom oraz wahających się w kwestii posiadania dzieci w ogóle, może nieźle namieszać w głowach. 

Z pewnego punktu widzenia można nawet odebrać tę historię jako antyreklamę rodzicielstwa. Jednak w szerszej perspektywie to studium natury ludzkiej pozostawiające po seansie widza z nierozstrzygnięta kwestią: na ile ostatecznie kształtuje nas wychowanie, a na ile po prostu rodzimy się tacy jacy jesteśmy (tacy jacy mamy się stać), a otoczenie czy warunki wpływają na nas w stopniu niewielkim. A może to kwestia dawki - to co dla jednego będzie lekarstwem, dla drugiego może okazać się trucizną. Każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Wniosek: Film zdecydowanie warty zobaczenia.


"Practical Magic" ("Totalna Magia")

"Practical Magic" ("Totalna Magia")

O czym to jest: Opowieść o siostrzanych relacjach dwóch czarownic i magii miłości. 

totalna magia film recenzja sandra bullock nicole kidman

Recenzja filmu:

Są takie filmy, które nie mają w sobie nic odkrywczego, nie poruszają fundamentalnych kwestii filozoficznych, nie komentują spraw politycznych czy społecznych. Stanowią za to przyjemną odskocznię od szarej rzeczywistości i poprawiają samopoczucie wnosząc nieco magii do naszego szarego życia. Taka właśnie jest "Totalna Magia". Trochę komedia romantyczna, trochę opowieść obyczajowa z elementami fantastyki. Niby banalna, ale bardzo przyjemna w odbiorze.

Po raz pierwszy obejrzałam "Totalną Magię" mając lat kilkanaście, będąc w fazie fascynacji tematyką czarownic i okultyzmu. I chociaż za komediami romantycznymi nie przepadam, to ten tytuł urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Film jest ekranizacją książki autorstwa Alice Hoffman pod tym samym tytułem (której wciąż nie przeczytałam, chociaż czeka na półce) i opowiada o dwóch siostrach, Sally i Gillian, pochodzących ze starego rodu czarownic. Gdy dziewczynki zostają sierotami trafiają pod opiekę ekscentrycznych ciotek. Próbują wprawdzie wieść normalne życie, ale nie jest to łatwe gdyż cała okolica obawia się kobiet z rodu Owensów, które nie dość, że mają (ponoć) magiczne moce to dodatkowo są obłożone klątwą, przez którą wybrankowie ich serca kończą żywot w przykrych okolicznościach. Na ekranie śledzimy relacje już dorosłych sióstr (w rolach głównych Sandra Bullock i Nicole Kidman) oraz ich perypetii miłosnych. Akcja zdecydowanie się ożywia gdy pada pierwszy trup, ale to dopiero początek opowieści. 

Jeśli miałabym określić ten film jednym słowem użyłabym wyrazu: "magiczny". Przypomina nam, że każda kobieta jest trochę wiedźmą, a magiczne artefakty to często rzeczy codziennego użytku i dopiero nasza intencja sprawia, że stają się czymś niezwykłym, a prawdziwa miłość (nie tylko romantyczna, ale i siostrzana) może czynić rzeczy niezwykłe. Dla mnie każdy ponowny seans to rzeczywiście totalna magia, bo sprawia iż świat wokół wydaje się nieco bardziej urokliwy!

"Pamiętaj, że czosnek, sól i rozmaryn od zarania dziejów odpędzają zło. 

Hoduj róże i lawendę, na szczęście.

Zakochuj się, kiedy tylko możesz..."

Wniosek: Magiczne kino o pozytywnych wibracjach, pełne uroku i humoru. 


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger