Polecamy

"The Favourite" ("Faworyta")

"The Favourite" ("Faworyta")

O czym jest: Historia niezwykłych relacji towarzyskich na dworze angielskiej królowej Anny.

faworyta film recenzja olivia colman emma stone rachel weisz

Recenzja filmu:

Przypomniałem sobie o tym filmie na kanwie trwających protestów spod znaku Strajku Kobiet. Panie jako słaba płeć, która robi to, co każą jej mężczyźni? Nie w tej historii! A jest to, dodajmy, historia prawdziwa rodem z XVIII wieku, gdy Anglią rządziła królowa Anna, a o jej względy walczyły dwie damy dworu - i to nie biorąc jeńców!

Jeśli oglądaliście jakikolwiek film Yorgosa Lanthimosa (ja poznałem go za pośrednictwem wybitnego "The Lobster"), to wiecie że jego produkcje mają co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście warstw. Seans jest prawdziwą ucztą dla oka, ucha oraz umysłu. Czytałem kiedyś spis wszystkich nawiązań i symboliki zawartej w "The Favourite" - lista wręcz nie miała końca! Nic tu nie jest bez przypadku, żadna scena, ujęcie, postać czy element scenografii. Na pozór to historia o kobietach uwikłanych w skomplikowany emocjonalno-erotyczny trójkąt zawierający taką samą dozę miłości i pożądania, jak i nienawiści oraz zazdrości. To relacja toksyczna do potęgi entej, zwłaszcza że jedna z tych kobiet jest królową Anglii! Nasze bohaterki zrobią wszystko by nie stracić ciężko wywalczonej pozycji, która zapewnia im bezpieczeństwo w rzeczywistości pełnej mężczyzn-idiotów. I płynie z tego ważna nauka: świat to wredne miejsce i jeśli chce się w nim przetrwać, trzeba walczyć o swoje na każdym kroku, gryźć, drapać, szarpać za włosy, byleby na końcu zwyciężyć! Protestującym na polskich ulicach paniom życzę dziś tyle wytrwałości, ile miała w sobie główna bohaterka Abigail - śmiertelnie niebezpieczna, jeśli postawiona w sytuacji bez wyjścia. I jaka skuteczna!

Jakakolwiek próba spłycenia czy prostego podsumowania przekazu "The Favourite" byłaby obrazą dla tego dzieła, więc powiem tyle: jeśli szukacie filmu z klasy tych wybitnych, w których poziom aktorstwa wybija skalę, a odczytywanie nawiązań stanowi zadanie intelektualne godne Sherlocka Holmesa, to jest to film dla was. Nie będzie łatwo i lekko, będzie za to brzydko, naturalistycznie, hedonistycznie i okrutnie. Ale jakże prawdziwie! 

Wniosek: Wybitne kino, które zostaje w głowie.


"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

O czym to jest: Weteran z armii Konfederacji poszukuje morderców swojej rodziny. W międzyczasie zatrudnia się na budowie pierwszej transkontynentalnej kolei w USA.

witaj w piekle serial recenzja western anson mount common

Recenzja serialu:

Skoro i tak wszyscy znowu utknęliśmy w domach na drugim lockdownie, równie dobrze możemy sięgnąć do jakiegoś fajnego serialu, prawda? W tym zakresie polecam produkcję, o której istnieniu pewnie bym nie słyszał gdyby nie Anson Mount, który zachwycił mnie swoją rolą w "Star Trek: Discovery" (i nie tylko mnie, bo był tak dobry, że dostał osobny serial - "Star Trek: Strange New Worlds"). Ale zanim Mount przywdział mundur Gwiezdnej Floty, nosił kowbojski kapelusz, znoszone zabłocone ubranie i nieodłączny rewolwer u pasa. I co ważniejsze - budował amerykańską kolej!

Nie ma chyba większego symbolu postępu cywilizacyjnego drugiej połowy XIX wieku niż kolej żelazna. Ten wynalazek ludzkości - obok telegrafu - postawił pierwszy krok na drodze ku globalizacji. Dla Stanów Zjednoczonych, kraju rozciągniętego przez cały kontynent pomiędzy dwoma oceanami, kolej stanowiła prawdziwe być albo nie być. Ale jak przystało na dziki XIX-wieczny kapitalizm, tam gdzie na szali leżała fortuna, pojawiali się rywale, którzy nie szczędzili sił i środków by przejść do historii jako ci, którzy zbudowali kolej jako pierwsi. Głównymi przeciwnikami były korporacje Union Pacific (budująca ze wschodu na zachód) oraz Central Pacific (budująca z zachodu na wschód). A pośrodku, uwikłani w ten morderczy wyścig, tkwili robotnicy, włóczędzy, europejscy imigranci, skrzywdzeni weterani Wojny Secesyjnej, wyzwoleni Afroamerykanie czy pół-niewolniczy Chińczycy. Wielu z nich krążyło wokół tzw. Hell on Wheels, niezwykłego mobilnego miasta namiotów, które przenosiło się w całości (razem z warsztatami, burdelami, a nawet kościołem) w ślad za powstającą koleją. Niezła historia, prawda?

Protagonista serialu, Cullen Bohannon, nie jest postacią historyczną, choć na pewno posiada elementy biografii dziesiątek prawdziwych osób. Cullen to były kolejarz i oficer armii Konfederacji, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę. Podążający drogą zemsty Cullen trafia do Hell on Wheels - i postanawia zostać. Ramię w ramię z grupą podobnych życiowych wykolejeńców będzie się mierzył z chciwymi kapitalistami, psychopatycznymi sadystami, bandytami, Indianami, religijnymi fanatykami, a także prawdziwą chińską mafią. Jak przystało na pełnokrwisty western, w "Hell on Wheels" jest wszystko czego pragnie dusza: pełnokrwiste postacie, świetne aktorstwo, ostre dialogi, wiarygodna scenografia, rewelacyjne sceny akcji i strzelaniny, a także (a może przede wszystkim) tak nieoczekiwane zwroty akcji, że żaden z 57 odcinków nie wydaje się być zbędny. Całość stanowi tak spójny komplet, że oglądanie serialu stanowi prawdziwy przywilej!

Anson Mount to klasa sama w sobie, jeden z najsympatyczniejszych aktorów jakich miałem okazję oglądać (prywatnie ponoć rewelacyjny facet), i stawiam sobie za punkt honoru od tego momentu uważnie śledzić jego filmografię. Drugą siłą napędową serialu jest Thomas Durant, diaboliczny biznesmen, wspaniale zagrany przez innego weterana uniwersum "Star Treka", Colma Meaney'ego. Miło zaskoczył mnie też Common, którego znałem dotychczas tylko jako rapera, a tu się okazuje że świetny z niego aktor! Niemniej moim prawdziwym faworytem jest znany mi od wielu lat ukochany Christopher Heyerdahl, kanadyjski aktor i mistrz czarnych charakterów, obdarzony niepowtarzalnym, głęboko chrypiącym głosem (kocham go od czasów "Stargate: Atlantis" i "Sanctuary"!). Gdy tylko widzę nazwisko Heyerdahla w obsadzie to nie mam wątpliwości: taka pozycja to absolutny mus do obejrzenia!

Im jestem starszy tym mam mniej czasu na oglądanie seriali (wy pewnie też), ale gwarantuję: "Hell on Wheels" będzie warte poświęconego nań czasu. Rzadko trafiają się tak spójnie skonstruowane wieloodcinkowe produkcje, w których nie brak tak dramatów obyczajowych, jak i czystej akcji. Rewelacja!

Wniosek: Znakomita produkcja - i jako western, i jako dramat obyczajowy.


"37 Days" ("37 Dni")

"37 Days" ("37 Dni")

O czym to jest: Kronika politycznych wydarzeń, które w błyskawicznym tempie poprowadziły świat do horroru I wojny światowej.

37 dni miniserial BBC I wojna światowa ian mcdiarmid

Recenzja miniserialu:

Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że świat jest na krawędzi czegoś naprawdę strasznego. Czegoś, czego żadne państwo tak naprawdę nie chce, ale podświadomie do niego dąży - ostatecznego rozliczenia w ramach kolejnej wojny światowej. Koktajl nacjonalizmów, ksenofobii, uśpionych konfliktów i wojen handlowych, dodatkowo podlanych sosem nadchodzącego kryzysu klimatycznego, gospodarczego oraz epidemiologicznego powoduje, że najdrobniejsze zdarzenie może podpalić całą planetę. Tak jak w czerwcu 1914 roku, gdy bośniacki radykał zastrzelił austrowęgierskiego następcę tronu. Wydarzenie, które na początku wszystkie mocarstwa właściwie zignorowały (wliczając w to Austro-Węgry) zaledwie trzydzieści siedem dni później doprowadziło do I wojny światowej.

Gdy piszę te słowa Azerbejdżan i Armenia rozpoczęły kolejną wojnę o Górski Karabach. I znów świat właściwie wzruszył ramionami. Trudno powiedzieć jak to się dalej potoczy, ale nie mogę wykluczyć, że Kaukaz będzie współczesnym bałkańskim kotłem, od którego wszystko się zacznie na poważnie. Miniserial "37 Dni" daje niesamowity wgląd w to, jak na pozór cywilizowani ludzie, zadowoleni ze statusu materialnego i technicznych zdobyczy ówczesnej Europy, postanowili sięgnąć po więcej. Winni są wszyscy - głównie rzecz jasna Niemcy i Austro-Węgry, ale swoje dołożyły carska Rosja, Francja i sama Wielka Brytania. Ponieważ miniserial nakręciło BBC, jest on opowiedziany rzecz jasna z brytyjskiego punktu widzenia - konkretnie Edwarda Graya, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa (wybitnie zagranego przez Iana McDiarmida). Jego postać rewelacyjnie oddała ówczesny nastrój chwili w Londynie: najpierw lekceważenie, potem zdziwienie, w końcu nerwowe wysiłki na rzecz ocalenia pokoju (jedynym facetem, który od początku trzeźwo ogarniał co się dzieje, był młody Churchill). Absurd sytuacji, w której znalazł się Stary Kontynent symbolizuje scena, w której na spotkanie z ministrem czekają ambasadorowie Austro-Węgier, Rosji i Niemiec - i wszyscy są kuzynami.

Ale to nie smutni panowie we frakach, którzy radośnie pogrzebali europejską dominację na świecie (i przy okazji monarchiczne rządy arystokracji), byli głównymi ofiarami swoich poczynań. Twórcy "37 Dni" podkreślili fakt, że to młodzi mężczyźni - tu symbolizowani przez Bogu ducha winnych niskich szczeblem urzędników - musieli przywdziać mundury i stracić zdrowie oraz życie tylko dlatego, że jakiś król lubił przesuwać ołowiane żołnierzyki po mapie. Niech ta lekcja zostanie zapamiętana przez wszystkich miłośników nacjonalizmów: to wy zapłacicie najwyższą cenę za taką ideologię, a nie wybrani przez was politycy. To, czego powinno nas nauczyć "37 Days" to spostrzeżenie, że nigdy nie da się przewidzieć konsekwencji nawet najdrobniejszych czynów. I jeśli nie będziemy uważać, to kryzys klimatyczny nie zdąży nas wybić: skutecznie zrobimy to sami.

Wniosek: Nieco teatralne, ale świetne i zgodne z faktami wprowadzenie do I wojny światowej.


"Angel Has Fallen" ("Świat w Ogniu")

"Angel Has Fallen" ("Świat w Ogniu")

O czym to jest: Niezłomny agent Secret Service zostaje wrobiony i obwiniony o zamach na Prezydenta USA.

świat w ogniu film recenzja olimp w ogniu gerard butler morgan freeman

Recenzja filmu:

Jedna z ponadczasowych mądrości głosi: lepsze jest wrogiem dobrego. Po co psuć coś, co działało? Po co robić udziwnienia, zmiany koncepcji i silić się na oryginalność? Rozumiem coś takiego w przypadku wielomilionowych blockbusterów, ale nie wiem po co zmieniać udane kino akcji! To tak jakby nakręcić kolejną część "Johna Wicka", w której bohater staje przed sądem i musi obronić się przed więzieniem podczas pełnowymiarowego procesu. Serio, po to niby oglądamy "Johna Wicka"...?

Podobny problem jest z trzecią (i ponoć wcale nie ostatnią) częścią cyklu "Olympus Has Fallen". W pierwszych dwóch udanych produkcjach niezłomny agent Secret Service (Gerard Butler) chronił życie Prezydenta USA (Aaron Eckhart). I wszystko było na swoim miejscu: wraży terroryści, headshoty, pojedynki na noże, zestrzeliwanie śmigłowców i ogólnie wszystko to, co kochają widzowie strzelanek (wliczając w to niżej podpisanego). Niestety ktoś stwierdził że trzecia część zasługuje na "odświeżenie". I choć nasz agent ponownie musi uratować Prezydenta USA (tym razem jest nim niegdysiejszy wiceprezydent w tej serii, czyli Morgan Freeman), to tym razem sam zostaje oskarżony o próbę zamachu! I teraz spróbujcie to sobie wyobrazić: nikt w całym Secret Service nie ma problemu z tym, żeby w minutę uwierzyć w to, że dwukrotny heros który ocalił Prezydenta wziął w łapę i postanowił wyrzucić do kosza wszystko to, na co pracował całe życie. I to w sytuacji, gdy miał zostać szefem całego Secret Service! Dziurawość fabuły jest w tym wypadku tak wielka, że aż brakuje mi słów. Efektem tego jest dość głupawy film, w którym nasz agent musi ukrywać się przed połową policji w USA, ale generalnie nie ma problemu z tym, żeby dotrzeć do pokoju, w którym hospitalizowany jest ranny Prezydent. Kłania się tak zwane "lazy writing"...

Jedyny plus tej produkcji to Nick Nolte w roli szalonego ojca naszego agenta - co ciekawe wygląda jak żul, którym Nolte (niestety) de facto się stał. Ale wciąż miło go zobaczyć na ekranie po tylu latach znajomości w kinie akcji! Dodatkowo na obronę twórców powiem, że po durnym i nudnym pierwszym akcie filmu kolejne dwa są już nawet znośne (to pewnie dlatego, że w końcu trup zaczyna się ścielić gęsto). To jednak za mało, by "Angel Has Fallen" mogło dorównać poziomem swoim poprzednikom. Jeśli faktycznie powstanie czwarta część to mam nadzieję, że scenarzyści się ogarną, bo inaczej z całą pewnością odpuszczę sobie dalej ten cykl.

Wniosek: Słabe! Niegodne poziomu dwóch poprzednich części.


<<< Sprawdź kolejność serii "Olympus Has Fallen"! >>>


"Da 5 Bloods" ("Pięciu Braci")

"Da 5 Bloods" ("Pięciu Braci")

O czym to jest: Grupa czarnoskórych weteranów po latach wraca do Wietnamu by odnaleźć ciało kolegi... i skrzynię pełną złota.

pięciu braci film netflix recenzja chadwick boseman spike lee

Recenzja filmu:

Są reżyserzy, którzy za pomocą filmów starają się zaprezentować swoje poglądy polityczne i społeczne w sposób tak jawny, jak to tylko możliwe. To oczywiście ich prawo. Jako widz nie mam z tym problemu do momentu gdy nie cierpi na tym efekt końcowy jakim jest jakość produkcji. Niestety Spike Lee, afroamerykański "reżyser zaangażowany", w swoim najnowszym dziele przekroczył cienką granicę między artyzmem, a kiczem.

"Da 5 Bloods" jest na pewno dość unikalnym filmem w konstrukcji. Po części to film wojenny, a raczej postwojenny, opowiadający o grupie weteranów, która po latach powraca do Wietnamu w poszukiwaniu ciała kolegi (wspomnianego kolegę w retrospekcjach zagrał Chadwick Boseman w swojej przedostatniej roli przed tragiczną śmiercią). I ten wątek jest akurat bardzo fajny. Ciekawym zabiegiem było użycie tych samych aktorów (czyli starszych panów) również do zagrania swoich postaci w retrospekcjach, zamiast zatrudniania młodszych odpowiedników. Drugą artystyczną zaletą było kręcenie retrospekcji na filtrze imitującym kolorowe, oryginalne dokumenty z czasów wojny wietnamskiej. Podobało mi się też spore zaakcentowanie kwestii PTSD, głównie w przypadku postaci Paula (świetny Delroy Lindo), który na skutek wietnamskiej traumy w zasadzie postradał zmysły. I gdyby "Da 5 Bloods" ograniczyło się do tego wątku, byłbym bardzo zadowolony.

Jednakże Spike Lee postanowił dorzucić do kotła jeszcze dwa składniki. Pierwszym był manifest polityczny, a mianowicie hołd na rzecz Afroamerykanów, którzy jednocześnie walczyli w Wietnamie jako piechota najniższego szczebla, a także toczyli cywilną walkę w USA w ramach ruchów obywatelskich, których symbolem był Martin Luther King. Twórcy postanowili połączyć ten wątek z aktualnymi protestami spod szyldu Black Lives Matter, tworząc film skierowany jawnie i agresywnie przeciwko białej supremacji i administracji Prezydenta Trumpa (który kilkukrotnie wprost jest na ekranie określony jako p*** rasista, a jedyny czarnoskóry bohater który go w filmie popiera, jest wariatem). Jednakże, choć rozumiem zamysł reżysera - zwrócenie uwagi na cenę krwi, jaką Afroamerykanie zapłacili za amerykański sen - to łączenie w jednym filmie wszystkiego od Wojny o Niepodległość po Black Lives Matter z Wietnamem jako zwornikiem pośrodku wydaje mi się być nieco naciągane i potraktowane po macoszemu. Podobny problem miałem z produkcją "Free State of Jones", gdzie również próba zbyt szerokiego kontekstu historycznego popsuła cały efekt.

Niemniej powyższe kwestie byłbym w stanie przełknąć gdyby nie trzeci element, czyli wątek sensacyjny - poszukiwanie skrzyni złota. Trzeci akt filmu, pełen wybuchających min, konfliktu o pieniądze pomiędzy bohaterami, strzelanin z miejscowymi bandziorami etc. był godny raczej kina klasy B, i to takiego niezbyt udanego. Naprawdę nie wiem czy miał to też być manifest społeczny (alegoria tego jak żądza pieniądza, czytaj: kapitalizm, korumpuje czarnoskóre braterstwo), czy może po prostu chęć podkręcenia akcji? Niestety skutkiem tego jest 150-minutowe widowisko, które bardziej przypomina zakręcony galimatias niż przemyślaną wizję artysty. Z jednej strony otrzymaliśmy głębokie dramatyczne przeżycia, z drugiej tanią sensację, a pośrodku tego dziwaczne wzniosłe monologi, w tym niektóre łamiące czwartą ścianę i wygłaszane wprost do kamery. O co chodzi?

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że zapewne nie byłem odbiorcą tego filmu. Ale nie sądzę, by wpłynął on znacząco również na tożsamość czarnej społeczności Ameryki. Czasem uderzenie młotkiem to tylko uderzenie młotkiem, a niekoniecznie tego potrzebuje teraz świat. Zatem jeśli chodzi o filmy o Wietnamie lub filmy o rasizmie w USA, wybiorę na przyszłość inne kino.

Wniosek: To bardziej manifest polityczny niż film, ponadto bardzo mocno chaotyczny.


"21 Bridges" ("21 Mostów")

"21 Bridges" ("21 Mostów")

O czym to jest: Nieustępliwy policjant ma jedną noc by złapać morderców gliniarzy i rozwiązać zagadkę.

21 mostów film recenzja chadwick boseman

Recenzja filmu:

Czasem film nie próbuje wyjść poza ramy swojego gatunku. Nie chce być czymś awangardowym, nowatorskim czy odkrywczym dla widza. Czasem jest po prostu dokładnie tym, na co się zapowiada! Już po trailerze widziałem, że "21 Bridges" to kino policyjne w starym stylu, gdzie jeden sprawiedliwy do szpiku kości policjant rozwikła zagadkę kryminalną, niezależnie od tego kto i jak stanie mu na drodze. I to wszystko w ciągu jednej nocy!

Tym policjantem w "21 Bridges" jest nieodżałowany Chadwick Boseman, już mocno wychudzony w porównaniu do "Czarnej Pantery" - niestety było widać zżerającą aktora chorobę. Ale i tak zważywszy na jego ówczesny stan zdrowia oddaję mu hołd, bo widać że nie oszczędzał się przed kamerą! Zagrany przez niego protagonista, detektyw Davis, od początku wzbudza sympatię widza. W ciągu półtorej godziny krok za krokiem odkrywa kulisy masakry, w której zginęło ośmiu policjantów. W tym czasie napotka parę znanych w Hollywood twarzy, zaczynając od oscarowego J.K. Simmonsa, przez upadłą gwiazdę blockbusterów Taylora Kitscha, aż po znanego ze "Star Trek: Deep Space Nine" Alexandra Siddiga! "21 Bridges" romansuje z kryminalnym kinem noir rodem z czarno-białej epoki kina, ale to jedynie klimatyczne wstawki. To przede wszystkim solidny policyjny thriller, w którym nie brakuje efektownych strzelanin, pościgów i zwrotów akcji (choć łatwych do przewidzenia). Czyli jest to dokładnie taka produkcja, jakiej oczekiwał widz!

Nie spodziewajcie się, że "21 Bridges" przejdzie do historii kina (no chyba że ze względu na tragiczną śmierć Bosemana). To film w sam raz na raz, do obejrzenia w jeden wieczór i zapomnienia jak te wszystkie dziesiątki policyjnych produkcji, jakie widzieliście w swoim życiu. Ale mi to wystarcza!

Wniosek: Kino policyjne w starym, nieśpiesznym, dopracowanym stylu.


"The Boys"

"The Boys"

O czym to jest: Grupa śmiałków postanawia rzucić wyzwanie superbohaterom, którzy pod pozorem ratowania świata wprowadzają własne, faszystowskie porządki.

the boys serial amazon komiks karl urban jack quaid homelander butcher

Recenzja serialu:

Kino superbohaterskie "na poważnie" to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowych! W tym zakresie niedoścignionym wzorem są dla mnie "Watchmeni" Zacka Snydera, a także trylogia "Niezniszczalnego" Shyamalana. Ale gdy tylko obejrzałem trailer "The Boys" wiedziałem, że trafiłem na kolejny samorodek. Podobnie jak wspomniani "Watchmeni" jest on oparty na pierwowzorze komiksowym utrzymanym w klimacie naturalistycznej groteski, której nie powstydziłby się Quentin Tarantino. Jest moc!

Nie chcielibyście żyć w świecie, w którym superbohaterowie chodzą po ulicach. Bo pamiętajcie, że hipotetyczni superbohaterowie to nadal ludzie ze wszystkimi wadami, na jakich ludzi stać. Problem w tym, że ich moce czynią ich w zasadzie nietykalnymi. Jaka policja aresztuje człowieka, który jednym ciosem zmiażdży radiowóz? Który jest kuloodporny, lata, czyta w myślach, jest niewidzialny, superszybki, włada piorunami... (niepotrzebne skreślić). A nawet jeśli uda się go pojmać, jakie więzienie utrzyma go w ryzach? Tym co oddziela cywilizację od anarchii jest prawo i zasady społeczne - a co jeśli pojawi się ktoś, kto wcale nie musi ich respektować? Taki właśnie świat prezentują "The Boys", świat superbohaterów (superzłoczyńców?) ukrytych za fasadą bezlitosnych rządów korporacji i starego dobrego kapitalizmu. Wyzwanie im rzuci grupa straceńców, którzy niczym nordyccy berserkerzy w pogardzie dla własnego życia wytoczą wojnę bogom, bez względu na konsekwencje.

Serial nie oszczędza krwawych szczegółów. Morderstwa, gwałty, zbrodnie przeciwko ludzkości, handel ludźmi, bronią i narkotykami - nic nie brzydzi superbohaterów dowodzonych przez niepokonanego Homelandera, który wygląda i zachowuje się jak Superman wychowany w nazistowskich Niemczech. Wspomagają go odpowiedniki innych słynnych postaci z kart komiksów - Wonder Woman, Flasha, Aquamana... Podobieństwo charakterów jest jak najbardziej zamierzone i wcale nieprzypadkowe (co daje pole do fantastycznego pastiszu całego gatunku, z ciągłymi żartami z Aquamana na czele). To po prostu uniwersum DC Comics odbite w krzywym zwierciadle. I jeszcze jak pokazane! Efektom specjalnym niczego nie brakuje i mogą się równać z najdroższymi hollywoodzkimi blockbusterami. Scenariusz serialu zaskakuje zwrotami akcji, bystrymi (i naprawdę inteligentnymi!) dialogami, a także bezkompromisową rozprawą z kwestiami religijnego fanatyzmu, celebryctwa, korporacyjnej chciwości i zwykłego sadyzmu. Rzadko trafia się na produkcje, które mówią tak dużo i tak mocno jednocześnie!

Chylę czoła przed całą obsadą - przede wszystkim kultowym i jak zwykle niezawodnym Karlem Urbanem (uwielbiam go od lat!), nowym odkryciem showbiznesu Jackiem Quaidem (synem Dennisa Quaida i Meg Ryan!) a także nieznanym mi wcześniej Antonym Starrem, który choć miejscami wygląda jak dubler Chrisa Pine'a to w swej roli Homelandera jest absolutnie nie do podrobienia. Rewelacja! Nie wiem kiedy w końcu nadejdzie kres mody na kino superbohaterskie, ale jestem pewien że serial "The Boys" będzie wspominany jeszcze na długo po jego zakończeniu. Brawa i oklaski!

Wniosek: Rewelacyjne, odświeżające i ostre jak brzytwa widowisko, po którym na superbohaterów nikt nie spojrzy już tak samo!


"42" ("42: Prawdziwa Historia Amerykańskiej Legendy")

"42" ("42: Prawdziwa Historia Amerykańskiej Legendy")

O czym to jest: Rok 1947. Do amerykańskiej ligi baseballa zostaje przyjęty pierwszy czarnoskóry zawodnik.

prawdziwa historia amerykańskiej legendy film recenzja chadwick boseman harrison ford

Recenzja filmu:

Prawdopodobnie nigdy nie sięgnąłbym do tego filmu gdyby nie tragiczna i zdecydowanie przedwczesna śmierć Chadwicka Bosemana, któremu - choć nie zachwycił mnie w "Czarnej Panterze" - nie można było odmówić talentu aktorskiego i wielkiej pogody ducha. Dlatego za cel postawiłem sobie sprawdzenie "42", przełomowego filmu dla kariery Bosemana, po którym dostrzegł go świat Hollywood, co w konsekwencji zaowocowało angażem do "Marvel Cinematic Universe". Jednak daleko tej produkcji do wypełnionego efektami specjalnymi blockbustera. To gładkie, optymistyczne, podnoszące na duchu kino biograficzne o wielkim człowieku, który mimowolnie zmienił świat.

Jednym z filmów na których się wychowałem jest "Major League", świetna komedia o pechowej drużynie baseballa pełnej co większych oryginałów i przegrywów. Dlatego też tematyka baseballu nie jest mi obca, choć będę szczery - kompletnie nie łapię zasad tej gry z wyjątkiem tego, że trzeba łapać/wybijać piłki i biegać w kółko boiska po białych poduszkach. Ale za to jednego jestem pewien: baseball wygląda naprawdę efektownie na ekranie! Znacznie bardziej niż futbol amerykański, który zawsze kojarzył mi się z neolitycznym polem bitwy. W baseballu liczy się przede wszystkim spryt, refleks i odporność psychiczna. Żadnej z tych cech nie brakowało Jackiemu Robinsonowi, który jako pierwszy czarnoskóry zawodnik został przyjęty do głównej ligi baseballa. Wyobraźcie sobie jak zareagowali na to niektórzy fani i inni zawodnicy, zwłaszcza ci pochodzący z głębokiego południa. A jeśli nie potraficie sobie wyobrazić, obejrzyjcie film!

Należy wiedzieć jak nieco ponad 70 lat temu wyglądał świat i co gorsze - jak nadal wygląda w niektórych miejscach, również w USA. Strukturalny rasizm jest czymś wyjątkowo obrzydliwym. Mało kto potrafiłby znaleźć w sobie tyle siły ducha co Robinson i robić swoje mimo otaczającego go morza nienawiści. Chadwick Boseman świetnie pokazał hart ducha Jackiego, nie dziwię się więc że ta rola była dla niego przełomem. Ogląda się go z dużą przyjemnością i sympatią, co jest niezwykle ważne w filmie biograficznym. Ale w przypadku "42" nie można też zapomnieć o roli Harrisona Forda, który jest tu prawdziwą gwiazdą. Zagrał Brancha Ricky'ego, niepokornego właściciela drużyny Dodgersów z Brooklynu - to jego upór (i przy okazji chęć zarobku) doprowadziły do przełamania bariery rasowej w całym baseballu. Aktorstwo Harrisona Forda kojarzyło mi się z postacią Alfreda Hitchcocka, ale to może być zupełnie przypadkowe skojarzenie. W każdym razie natychmiast byłem w stanie uwierzyć, że jest on postacią z danej epoki czasowej. A to niezwykle istotne dla takiego filmu!

Polecam "42" nie tylko fanom baseballa, ale wszystkim widzom w każdym wieku. Warto byśmy wszyscy wiedzieli kim był Jackie Robinson. I również dziś, w obliczu strukturalnej nagonki na społeczność LGBT pamiętali, że nawet po najciemniejszej nocy w końcu nastanie świt.

Wniosek: Dobra biografia wybitnego sportowca, który mimowolnie zmienił świat.


"Star Trek: Lower Decks"

"Star Trek: Lower Decks"

O czym to jest: Przygody niezbyt rozgarniętej załogi na dość pechowym statku kosmicznym.

star trek animacja CBS lower decks jack quaid

Recenzja serialu:

Jedną z najważniejszych cech, za jakie mogę szanować twórców filmów i seriali, jest dystans do samego siebie i własnych dzieł. Uwierzcie mi, to wcale nie taka pospolita przypadłość! Na szczęście o ludziach prowadzących nową falę telewizyjnych przygód z uniwersum "Star Treka" można mówić w samych superlatywach. Nie dość że udało im się uwspółcześnić formułę przygód wymyśloną jeszcze w latach 60., to jeszcze zrobili to w poszanowaniu potrzeb widzów (czego dowodem jest nadchodzący serial "Star Trek: Strange New Worlds", który nie powstałby gdyby nie masowy ruch fanów) i na dodatek z ogromnym poczuciem humoru! Nic nie ilustruje tej ostatniej cechy lepiej niż druga w historii animacja z tego wszechświata, czyli "Star Trek: Lower Decks".

O serialu "Rick and Morty" słyszałem same dobre rzeczy i choć nie miałem jeszcze okazji go poznać to założyłem, że zatrudnienie jego twórców do stworzenia trekowej animacji to znakomity pomysł. I faktycznie! "Lower Decks" nie dość że wprowadza własny zestaw unikalnych postaci i przygód, to jeszcze służy za fantastyczny pastisz dotychczasowych produkcji z uniwersum. Jest o wiele lepszy niż "The Orville" który swoim fekalnym humorem ustawił poprzeczkę za nisko w stosunku do moich oczekiwań. Na sukces "Lower Decks" składa się kilka czynników: dynamiczna animacja idealna do kręcenia scen akcji i podkreślania mimiki postaci, krótka forma odcinków (zupełnie jak w "Star Trek: The Animated Series") jak i przede wszystkim rewelacyjny dobór aktorów do ról głosowych! Choć w tym wypadku można powiedzieć, że grają na pełen etat, bo wygląd ich postaci wzorowany jest na twarzach aktorów. Gdyby mieli więc przenieść się do jakiejś fabularnej produkcji starczyłoby ich zapakować w mundur Gwiezdnej Floty i sprawa załatwiona! Uwielbiam takie podejście!

Głównymi bohaterami historii jest dwójka młodych poborowych: niepokorna Mariner, która robi wszystko by świetnie się bawić i broń Boże awansować w strukturach floty, a także trzymający się procedur Boimler, dla którego wojskowy porządek i dryl są sensem życia. Te totalnie przeciwstawne charaktery, jak się już wkrótce okaże, będą się zderzać i nawzajem nakręcać, raz po raz ratując ich okręt z co bardziej absurdalnych zagrożeń (co ważne, powodowanych przez niekompetencję dowodzącej załogi na mostku). Głosu - i wyglądu - użyczyła tym postaciom dwójka aktorów, których poznałem dość niedawno, ale już zdążyłem pokochać: Mariner zagrała Tawny Newsome (rewelacyjna w "Space Force"), a Boimlera Jack Quaid, bez którego serial "The Boys" na pewno nie zaliczyłby takiego sukcesu. 

Jeśli tylko "Star Trek" nie spuści z tonu, to mogę w ciemno oglądać każdą produkcję z tego świata. Jeszcze trochę i zacznę to przekładać ponad swoje ukochane "Star Wars", a to o czymś świadczy! Życzę "Lower Decks" jeszcze wielu sezonów i jestem pewien, że będę się rewelacyjnie bawić! Engage!

Wniosek: Świetne jako pastisz klasycznych seriali "Star Treka", ale też dobre jako serial sam w sobie!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii Star Trek! >>>


"Tenet"

"Tenet"

O czym to jest: Tajny agent musi uratować teraźniejszość przez zagrożeniem ze strony ludzi przyszłości.

tenet film recenzja christopher nolan robert pattinson

Recenzja filmu:

Lubię kino, które zmusza widza do wysiłku intelektualnego. To miłe móc wyjść z sali i przez kolejne godziny analizować to co się zobaczyło, doszukując się kolejnych połączeń, odnośników i nawiązań. Ale by tak się stało musi być spełniona jedna, podstawowa zasada: widz musi mieć powód, by przeprowadzić taką analizę. I to jest największy problem najnowszej superprodukcji "Tenet" - jest bezcelowa.

Christopher Nolan przyzwyczaił nas do kina niebanalnego i spektakularnego, przesuwającego granicę osiągnięć kinematografii o jeden krok do przodu. Taka na przykład "Dunkierka" opowiadała w wizjonerski sposób o ważnym wydarzeniu w historii świata. "Interstellar" roztoczył oparte o nauce śmiałe wizje kosmosu, które niedługo później zostały nawet udowodnione. A "Incepcja" zaciekawiła widza bardzo interesującym konceptem "hakowania snów".  Z kolei "Tenet"... Obawiam się, że to film nakręcony dla samej idei pokazania odwróconego przepływu czasu na ekranie. A że nie ma w tym zrozumiałego sensu - oj tam! Tu zaznaczę, że nie mam wątpliwości, że gdyby zacząć analizować "Tenet" ujęcie po ujęciu to okazałoby się, że wszystko jest logiczne. Problem w tym że taka analiza wymagałaby wielu godzin pracy i rozpiski na kilku tablicach naściennych. Oczywiście można się pokusić o taki wysiłek, ale... musi być w tym jakiś cel!

Jedna z postaci mówi w filmie: "Nie próbuj tego zrozumieć - poczuj to". Tylko co dokładnie? Czemu miało służyć takie skomplikowanie fabuły, umieszczanie zwrotów akcji w zwrotach akcji, a także czasowe paradoksy paradoksów? Jeśli Christopher Nolan chciał się popisać jakim bystrym jest scenarzystą to gratuluję, udało mu się - nominacja do Oscara jest bardziej niż pewna. Ale tworzenie sztuki dla sztuki przestaje być sztuką, jeśli nie niesie za sobą odpowiedniego klimatu. Popatrzmy w ten sposób: filmy Davida Lyncha (takie np. "Twin Peaks") też są zakręcone jak jasny gwint, ale podskórnie czuć, że ma się do czynienia z czymś wyjątkowym. "Tenet" z kolei to zwykła szpiegowska strzelanka, tyle że zamotana i powiązana jak węzeł gordyjski. Unikalna w konstrukcji, owszem. Przełomowa dla kina? Nie sądzę.

Ale (jak to mówią wszystko przed "ale" się nie liczy) to wciąż bardzo widowiskowa strzelanka! Nakręcona z wielkim pietyzmem, ze świetnymi zdjęciami, muzyką i scenami akcji - no może za wyjątkiem finalnej bitwy lądowej, która za bardzo przypominała wielki mecz paintballa. Z kolei otwierająca film sekwencja quasi-ataku na teatr w Dubrowce była nieco zbyt realistyczna, bym się poczuł komfortowo (choć przyznaję, że nakręcona jest tip top!). Nie do końca przekonywał mnie też John David Washington w roli głównej - czasami wydawał się być pozbawionym emocji szpiegiem o mentalności robota, a czasami empatycznym herosem z misją ratowania świata. Na szczęście jego przeciwwagą był Robert Pattinson, o którym prawdą jest to co mówią - już na dobre pozbył się łatki idola nastolatek i z wielkim hukiem wszedł do pierwszej ligi Hollywood! Dodatkowo moje ukłony w stronę zjawiskowej Elizabeth Debicki i legendarnego Kennetha Branagha, którego marka mówi sama za siebie. 

Koniec końców wystawiam dla "Tenet" ocenę dostateczną - w górę za jakość wykonania, w dół za zbytnie zakręcenie widza i brak celu powstania tej historii. Niemniej czekam na kolejne dzieła Christophera Nolana, bo jednego możemy być pewni: nie powiedział jeszcze ostatniego słowa!

Wniosek: Widowiskowe, ale zbyt skomplikowane by widz mógł się cieszyć tym filmem.


"Muppets Now"

"Muppets Now"

O czym to jest: Muppety powracają w formie ni to telewizyjnego programu śniadaniowego, ni to kanału YouTube.

muppety 2020 disney+ recenzja kermit piggy

Recenzja serialu:

Obawiałem się, że po przedwcześnie zakończonym w 2016 roku rewelacyjnym "The Muppets" najsłynniejsze pacynki świata długo nie pojawią się na ekranie. Tym bardziej mile się zaskoczyłem, gdy znienacka pojawiła się zapowiedź "Muppets Now" - czwartego w kolei serialu z Żabą Kermitem, Świnią Piggy i całą resztą ferajny, na której wychowały się pokolenia widzów. Niestety tym razem efekt jest daleki od oczekiwanego...

Mówi się, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Z tego też powodu format oryginalnego "The Muppet Show", który był czymś odkrywczym w latach 70., aktualnie nie ma racji bytu. Doskonałą próbą unowocześnienia Muppetów był wspomniany serial "The Muppets" utrzymany w klimacie kręconego z ręki dokumentu na zapleczu talk show, który uderzył w "dorosłą" nutę, pozwalając sobie na ostre, śmiałe gagi i znakomity pastisz rzeczywistości. Jednak było to za dużo dla pruderyjnych Amerykanów, którzy zażyczyli sobie by pluszowe pacynki powróciły do dziecięcej strefy telewizji. Efektem tego jest "Muppets Now", który stoi w rozkroku próbując pogodzić wodę z ogniem - czyli zarówno tych czekających na sentymentalny powrót do przyszłości, jak i współczesne, oswojone z Internetem pokolenie dzieciaków XXI wieku. Niestety wszystkich srok za ogon się nie złapie, skutkiem czego obydwie grupy są niezadowolone z tego, co zobaczyły - kulawej hybrydy programu śniadaniowego i kanału mediów społecznościowych.

Głównym problemem "Muppets Now" jest nuda. Ile razy można oglądać Szwedzkiego Kucharza wprowadzającego slapstickowy chaos do muppetowej kuchni? Ile razy Świnia Piggy ma bić po gębach tych, którzy odważą się jej sprzeciwić? Po seansie kilku odcinków mam wrażenie, że w kółko oglądam to samo. Ponad przeciętność wyłania się jedynie Krewetka Pepe, mój absolutny ulubieniec, którego pokręcone poczucie humoru przebija się nawet przez grubą, zachowawczą woalkę serialu. Na plus odnotowuję też umiejętne wpasowanie się w klimat pandemii i social distancingu - Muppety swój show tworzą online, łącząc się za pomocą mniej lub bardziej udanych wideokonferencji. I tak, zgadzam się że gdyby Piggy żyła współcześnie, byłaby modową influencerką.

"Muppets Now" nie polecę ani swojemu synowi (zamiast tego za parę lat pokażę mu oryginalne "The Muppet Show"), ani sobie samemu - ja w tym celu sięgnę po "The Muppets". Czasem trzeba pozwolić sentymentom odejść w zapomnienie i jeśli chce się trwać dalej, iść naprzód i szukać nowej formy. Dlatego też mam nadzieję, że kiedyś powstanie kolejny serial i przywróci Muppety do glorii chwały.

Wniosek: Niestety nudne. Nie licząc paru samograjów jest to strata czasu.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger