Popularne posty

lutego 19, 2020

"Knives Out" ("Na Noże")

"Knives Out" ("Na Noże")
O czym to jest: Bogaty pisarz popełnia samobójstwo. Ale czy na pewno...?

na noże film recenzja rian johnson daniel craig chris evans

Recenzja filmu:

Czyżby kino kryminalne typu „whodunit” przeżywało delikatny renesans? Najpierw „Sherlock” (ten serialowy), potem nowa wersja „Morderstwa w Orient Expressie”, a teraz „Knives Out”. Wbrew temu co może się wydawać, nie jest to adaptacja żadnej powieści, a oryginalny koncept, wymyślony i stworzony przez jednego człowieka – Riana Johnsona. Owszem, jest w nim bardzo dużo inspiracji twórczością Agathy Christie, ale wyłącznie w zakresie zewnętrznej formy, bo to co znajdujemy w środku jest świeże, odkrywcze i doprawdy błyskotliwe! 

Osobiście uwielbiam Riana Johnsona, choć rozumiem czemu jego twórczość wzbudza tak wiele kontrowersji. Johnson uwielbia brać znane motywy i obrać je dookoła, zmieniając przy tym utarte schematy. Prowadzi przez to widza na manowce, bawi się z nim, chcąc go za wszelką cenę zaskoczyć i spowodować, że finał historii będzie zupełnie nieoczekiwany. I to lubię! Tym razem wziął na warsztat klasyczne kino kryminalne. Każdy inny reżyser poleciałby schematem: mamy ofiarę, listę podejrzanych i upartego detektywa, który rozwikłuje zagadkę krok za krokiem, po to by w finale schwytać mordercę. Tymczasem Rian Johnson już w pierwszym akcie pokazał dokładnie, jak doszło do tego, że Christopher Plummer padł trupem na ekranie. Zaskakujące posunięcie? I to bardzo! Muszę przyznać że sam byłem dość mocno zdezorientowany – co to za kryminał, gdzie na tacy dostajemy rozwiązanie zagadki? Tymczasem okazało się, że kluczowe dla fabuły nie było CO się stało, ale DLACZEGO. W moim prywatnym starciu z Johnsonem poniosłem więc porażkę, bo nie udało mi się przewidzieć żadnego zakończenia wątku – niektóre postacie zaliczyły bowiem kilkukrotny obrót charakteru i motywów! Jeśli to nie świadczy o geniuszu scenarzysty, to już nie wiem co musiałoby nim być. 

Pisząc o „Knives Out” muszę również pochwalić obsadę – klasyczne „ensemble cast”, tak jak we wspomnianym nowym „Morderstwie w Orient Expressie”. W roli głównej Daniel Craig jako detektyw Blanc, co ciekawe znów z południowym amerykańskim akcentem, który został mu chyba po „Logan Lucky”. Na temat jego kreacji mogę wypowiedzieć się w samych superlatywach – i nie tylko ja, bo widzowie zagłosowali nogami tak skutecznie, że w planach jest już sequel produkcji! Jako mimowolna asystentka Craiga na ekranie wystąpiła wschodząca latynoska gwiazda Ana de Armas, która niedawno zachwyciła mnie w „Blade Runner 2049”, a niedługo powróci u boku Craiga jako nowa dziewczyna Bonda w „No Time to Die”. Radzę obserwować poczynania pani de Armas, jeszcze o niej usłyszymy! A do tego: Chris Evans (jakże odległy charakterologicznie od łatki Kapitana Ameryki), mój ulubieniec Michael Shannon, kultowi Don Johnson i Frank Oz (!!!), a nawet dawno niewidziana Jamie Lee Curtis! Gwarantuję, taka obsada pociągnie każdy film. 

Czy bawiłem się dobrze? Zdecydowanie! Chętnie powitam więcej przygód detektywa Blanca, ale tylko pod warunkiem, że stworzy je Rian Johnson. Trzymam kciuki!

Wniosek: Rewelacja! Klasyczne kino kryminalne w nowym, świeżym wydaniu!


stycznia 27, 2020

"1917"

"1917"
O czym to jest: Dwóch posłańców musi przejść przez front z pilną wiadomością.

1917 film recenzja sam mendes oscar

Recenzja filmu:

Co jakiś czas trafia się film, który zmienia oblicze kina. Czasem jest to zasługa formy, czasem treści, a czasem po prostu odpowiedniego momentu na opowiedzenie danej historii. W przypadku „1917” jest to suma wszystkich tych elementów. Od lat narzekałem, że choć w tematyce II wojny światowej kino powiedziało już bardzo wiele, to I wojna światowa (o wiele krwawsza pod względem militarnym) wciąż jest traktowana po macoszemu. Wszystko jednak wskazuje na to, że „1917” szeroko otworzy drzwi w Hollywood przed tą tematyką. Nareszcie! 

„1917” jest dla kina wojennego tym, czym dawno temu okazał się „Szeregowiec Ryan”. Nawet i tematyka jest podobna – w obydwu przypadkach jednym z kluczowych wątków fabuły jest braterska więź, która okazuje się silniejsza niż dbanie o własne bezpieczeństwo. Drugie podobieństwo to stopień naturalizmu – do dziś scena lądowania w Normandii w „Szeregowcu Ryanie” jest wzorem jak realistycznie pokazać okrucieństwo wojny. Tym tropem poszli twórcy „1917”, pokazując nam apokaliptyczny krajobraz zachodniego frontu I wojny światowej. Kilometry transzei (głębokich i technologicznie zaawansowanych jak miejskie ulice), błoto, szczury, wszechobecne trupy, pułapki i śmierć na każdym kroku… Człowiek szczerze się dziwi, jak ktokolwiek mógł przeżyć tą wojnę i wrócić cały do domu. Te obrazki mieszają się z idyllicznym krajobrazem oddalonym ledwie setki metrów dalej za linią frontu – zielone łąki, kwitnące drzewa… Wojenny świat „1917” jak mało który film doskonale oddaje absurd i bezsens konfliktów zbrojnych, w których nigdy nie ma wygranych – są sami przegrani. 

Reżyser Sam Mendes zachwycił świat fantastyczną otwierającą sekwencją w „Spectre”, nakręconą na jednym ujęciu. Tym razem poszedł krok dalej i nakręcił tak cały film, bez żadnych widocznych śladów montażu! Osobiście uwielbiam tą technikę – stosuje są Quentin Tarantino, a także Alejandro Iñárritu (przypomnijcie sobie „Birdmana”). Niemniej to właśnie „1917” należy się obecnie palma pierwszeństwa w tej kategorii. Ten film będzie pokazywany we wszystkich szkołach operatorów filmowych na całym świecie. To absolutny majstersztyk przejmujących zdjęć i powalającej, ciągnącej się na setki metrów scenografii, ubogaconej świetną grą aktorską. Zapamiętajcie sobie nazwisko aktora grającego głównego bohatera - George MacKay. To młody aktor (aktualnie 27 lat) na fali wznoszącej, ja do tej pory miałem okazję obserwować go w „Captain Fantastic”, a na liście mam jeszcze jego rolę Hamleta w „Ophelii” oraz Neda Kelly’ego w „True History of the Kelly Gang”. Czuję w kościach, że o tym aktorze będzie jeszcze głośno! 

Mógłbym godzinami rozpisywać się po kolei nad każdym fenomenalnym aspektem tej produkcji – a jest ich tyle, że nie wiedziałbym od czego zacząć, nawet omawiając scena po scenie! Genialny i kultowy film obroni się sam i nie ma powodu, bym musiał wskazywać jego zalety – widać je już po samym zwiastunie. Zainteresowanym widzom powiem jedynie, że przy skali i naturalizmie „1917” taka „Dunkierka” wygląda jak kino familijne. Dlatego osobom o słabszych nerwach, które nie przepadają za mocnymi widokami, radzę zachować daleko idącą ostrożność podczas seansu. 

Dziękuję Samowi Mendesowi, że przywrócił światu pamięć o I wojnie światowej. Jakby nie patrzeć film „Wings” z 1927 roku, traktujący również o tej tematyce, zdobył pierwszego Oscara w historii za najlepszy film! Jeśli ten zaszczyt przypadnie i „1917”, będzie to prawdziwy, wyczekiwany od dawna powrót do domu. Historia kołem się toczy!

Wniosek: Wstrząsające, oszałamiające kino. Nie można przegapić.


stycznia 21, 2020

"Fantastic Beasts - The Crimes of Grindewald" ("Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda")

"Fantastic Beasts - The Crimes of Grindewald" ("Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda")
O czym to jest: Dobrzy czarodzieje ścigają złego czarnoksiężnika.

fantastyczne zwierzęta zbrodnie grindewalda film recenzja jude law johnny depp

Recenzja filmu:

Jakoś tak się stało, że ominąłem do tej pory recenzję najnowszej części serii przygód brytyjskich czarodziejów, czyli sequela „Fantastycznych Zwierząt”. Obawiam się jednak, że jej brak w zestawieniu nie robi większej różnicy – to bowiem typowa produkcja typu przerywnik, nie mająca sensu zarówno bez poprzedniej, jak i nadchodzącej kolejnej części. Nie przepadam za takimi filmami i traktuję je trochę jak typowy skok na kasę – ale cóż, skoro jest popyt, to jest i podaż. 

„Zbrodnie Grindewalda” nie są na szczęście złym filmem. Akcja startuje niedługo po finale „Fantastycznych Zwierząt” i bezpośrednio do niego nawiązuje. Niestety przez ponad dwie godziny mamy do czynienia z rozstawianiem pionków po planszy – tylko i aż. Jestem nieco rozczarowany, że zamiast ciągnąć w miarę unikalny (i amerykański) klimat „Fantastycznych Zwierząt” akcja filmu wróciła do Europy (a konkretnie do Paryża), i zmieniła się w jeden wielki prequel przygód Harry’ego Pottera. Jedyne zaskoczenie jakie czeka widza, to obwieszczenie kto na końcu stanie po stronie „dobra”, a kto „zła”. Ale nie myślcie, że to oznacza jakąś epicką finalną konfrontację, bo na nią poczekacie jeszcze zapewne przez szereg lat (plotki głoszą, że producenci planują aż trzy kolejne filmy). 

Oczywiście miło było zobaczyć znowu Hogwart, zapoznać się z genezą starych postaci (ot chociażby Dumbledore’a) i poczuć ten „potterowy” klimat prosto z książek J.K. Rowling. Paryż z okresu międzywojennego robił świetne wrażenie, starali się też aktorzy – Johnny Depp był bardzo wiarygodny jako tytułowy czarny charakter, podobnie Jude Law w roli młodego czarodzieja Dumbledore’a. Jednak naprawdę wolałbym dostać coś oryginalnego niż znanego, ale odgrzewanego. Nie daruję też marginalizacji postaci Newta Scamandera, który był fantastycznym protagonistą, a tutaj został zredukowany do jednej z wielu równorzędnych postaci. I nie pomógł nawet powrót Kowalskiego, niestety mniej zabawnego niż poprzednio. 

„Zbrodnie Grindewalda” to film poprawny, ale jednocześnie taki, o którym świat szybko zapomni. Przypomina mi mocno „Księcia Półkrwi” – też już dziś nie pamiętam, o co chodziło w tamtej produkcji prócz tego, że budowała grunt pod finał. Zatem pozostaje nam tylko czekać i sprawdzić, co też twórcy przyniosą nam następnym razem.

Wniosek: Poprawne kino, ale nic ponadto. Ot kolejny odcinek większej całości.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Harry Potter"! >>>


stycznia 19, 2020

"Wiedźmin"

"Wiedźmin"
O czym to jest: Przygody smutnego łowcy potworów.

wiedźmin polski serial 2002 michał żebrowski zbigniew zamachowski

Recenzja serialu:

Po tym jak zakończyłem seans pierwszego sezonu "The Witcher" poczułem spory niedosyt przygód wiedźmina Geralta. To był więc najlepszy czas, by przypomnieć sobie po latach pierwszą próbę podejścia do tematu, a więc polski serial "Wiedźmin" z 2002 roku. Tu zaznaczę, że mam na myśli 13-odcinkowy serial, a nie film pod tym samym tytułem, który wyszedł w 2001 roku. Jakość wspomnianego filmu jest po dziś dzień symbolem żenady i kompromitacji polskiej kinematografii, więc spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Tu mała dygresja - zauważyliście, że w naszym Kraju Kwitnącej Cebuli wszystko robi się na opak? Nakręcenie jednocześnie filmu kinowego i serialu do telewizji nie jest przecież czymś nowym, robi się tak na całym świecie. Tyle że w normalnych krajach wypuszcza się do kin np. pilota serialu (względnie finał), a resztę odcinków zostawia do telewizji. Niestety twórcy "Wiedźmina" postanowili wziąć trzynaście godzin materiału i pociąć go do dwugodzinnej produkcji. No i w ten sposób wyszło co wyszło...

Dlatego też zapomnijmy o filmie raz na zawsze. Przykro mi tylko, że jego klęska pociągnęła na dno cały serial - do tego stopnia że nigdy nie ukazał się na DVD. Wielka szkoda, bo polski "Wiedźmin", choć jest produkcją totalnie inną od "The Witcher", ma swoje ogromne zalety. Zacznijmy od głównego bohatera - w polskiej wersji wcielił się w niego Michał Żebrowski. Jego Geralt w ciągu trzynastu odcinków przeszedł pełną ewolucję, od naiwnego idealisty o mentalności ufnego dziecka, przez cynicznego mruka, aż do zdeterminowanego wymiatacza, który nie boi się stanąć bez broni naprzeciwko grupy rycerzy (cytuję: "Nie potrzeba mi miecza, wezmę sobie od nich"). Chudy, ponury i wiecznie strapiony Geralt okazał się być postacią, której widz raczej nie polubi, ale mimo to będzie jej kibicował. Taki typowy antybohater, i to jeszcze zanim ten typ postaci stał się modny w światowej telewizji. Starania Żebrowskiego uzupełniają świetne kreacje drugoplanowe - rzecz jasna Zbigniewa Zamachowskiego jako Jaskra (w przeciwieństwie do "The Witcher" jego postać nie była tu komediowym śmieszkiem, a raczej matejkowskim Stańczykiem). Świetna jest Grażyna Wolszczak jako histeryzująca czarodziejka Yennefer, Anna Dymna jako stoicka kapłana Nenneke, nieodżałowany Maciej Kozłowski jako złoczyńca Falvick, no i mój ulubieniec - Andrzej Chyra jako Borch Trzy Kawki! Swoją drogą znanych nazwisk przewinęła się tu cała masa: Olbrychski, Gruszka, Buzek, Peszek, Milowicz, Łukaszewicz, Dygant... Jak to w typowym polskim serialu, cała masa znajomych twarzy!

Drugą zaletą "Wiedźmina" jest rewelacyjny klimat. To wolno snująca się opowieść, kreślona z odcinka na odcinek i co ciekawe dość konsekwentna i logiczna w konstrukcji fabuły. Wieloletnie przeskoki między epizodami pozwoliły na sprytne rozwinięcie postaci, dzięki czemu nawet nieznający oryginalnych książek widz nie powinien się pogubić. Do tego warto doliczyć fantastyczną ścieżkę dźwiękową Grzegorza Ciechowskiego, w tym urokliwe ballady śpiewane przez Zamachowskiego jako Jaskra. Nie można też zapomnieć o zdjęciach polskich plenerów, świetnie przywołujących na myśl około-średniowieczny klimat (ten stukot końskich kopyt po prawdziwym bruku średniowiecznego zamku - tego nie da się w pełni oddać w żadnym studio). Osobiście cenię też bardzo choreografię, nawiązującą wprawdzie (i to bardzo) do stylu walki samurajów, ale w końcu wiedźmini walczyli katanami więc - czemu nie! 

Czemu więc serial nie zyskał należnego uznania wśród widzów? Nie licząc wspomnianego wcześniej wpływu filmu kinowego, trzeba zaznaczyć że w "Wiedźminie" jest bardzo duży pierwiastek teatralności. Ktoś nieobeznany z tym jak mówią i zachowują się aktorzy na scenie teatru może nie złapać klimatu - wtedy to co zobaczy będzie wydawać się sztuczne, przerysowane i amatorskie. "Wiedźmin" przypomina bardziej teatr telewizji niż hollywoodzki serial, a przez to wymaga odpowiedniego oswojenia się z formą. Dodatkowo sporo efektów specjalnych (z legendarnym smokiem na czele) wygląda dość żenująco, i to nawet jak na ówczesne standardy. Szkoda że twórcy nie trzymali się zasady "mniej znaczy więcej" - wszystkie niedoróbki technologii bez problemu dałoby się ograć klimatem, odpowiednim oświetleniem i montażem kamery. Ale cóż, głównym producentem był tu nie kto inny, jak sam Lew Rywin - a od niego, jak wiemy, nie powinniśmy się spodziewać zbyt dużej przenikliwości umysłu.

Tym samym polski "Wiedźmin" pozostaje produkcją na ogół zapomnianą, choć jej echa rezonują po dziś dzień (Michał Żebrowski wciąż nie może się wyzbyć łatki Geralta w niektórych środowiskach). Warto by każdy widz przekonał się sam, na ile podejdzie mu ta produkcja. O ile dacie radę ją gdziekolwiek zobaczyć, rzecz jasna!

Wniosek: Jeśli się tylko kupi konwencję to jest to całkiem niezły serial!


stycznia 02, 2020

"The Mandalorian"

"The Mandalorian"
O czym to jest: Łowca nagród spotyka dziecko z niezwykłymi talentami.

mandalorianin serial disney+ star wars pedro pascal

Recenzja serialu:

Wiele „mądrych głów” wieszczyło zmierzch dominacji serii „Star Wars” po klapie finansowej filmu „Solo”. Jak mogli tak pomyśleć – nie wiem. Jedna porażka finansowa (bo na szczęście nie jakościowa), to jeszcze nie powód by wieszczyć zgubę całej franczyzie! Mimo to wytwórnia Disney’a postanowiła wówczas zmodyfikować strategię i zamiast kolejnych filmów w kinach zacząć produkować seriale aktorskie. W ten sposób planowany od lat pomysł filmu o Bobie Fettcie ewoluował w serial „The Mandalorian”

Ale to nie Boba Fett jest jego głównym bohaterem – nie dajcie się zwieść! Bohaterem opowieści jest bezimienny łowca nagród będący Mandalorianinem, czyli przedstawicielem legendarnej kultury opancerzonych, zamaskowanych wojowników, dla których wojna i honor stanowią podstawę egzystencji. Wspomniany łowca podczas swojej misji trafia na dziecko, przedstawiciela kosmicznej rasy doskonale znanej wszystkim widzom świata „Star Wars”. Tak rozpoczyna się jego odyseja, podczas której nasz bohater zmierzy się ze starymi i nowymi demonami, a także własną wizją tego jak funkcjonuje galaktyka. I to wszystko w konwencji powolnego, klimatycznego westernu (żeby nie powiedzieć – spaghetti westernu). 

Co ciekawe „The Mandalorian”, a zwłaszcza jedna z jego postaci, zdobył szaloną popularność na całym świecie mimo że w większości oficjalnie nie jest emitowany! Kanał streamingowy Disney+, na którym można obejrzeć serial, jest aktualnie dostępny wyłącznie w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii i Holandii. Jednak Internet nie zna granic, a zwłaszcza nie znają ich memy. W ten sposób cały świat wie już o tej produkcji, choć nie miał okazji jej zobaczyć. Jeśli to nie świadczy o nośności motywów „Star Wars”, to nie wiem już co mogłoby nią być. Co ciekawe sukces serialu zaskoczył nawet jego twórców, nieco przyćmiewając premierę „The Rise of Skywalker”. Ale Disney dobrze wie co robi, dlatego „The Mandalorian” dostał już drugi sezon, a w planach są przynajmniej dwa kolejne seriale na Disney+. Trzeba kuć mandaloriańską stal póki gorąca! 

Tyle otoczki, a teraz parę słów o fabule. „The Mandalorian” zastosował inne podejście do uniwersum „Star Wars” niż chociażby „Ostatni Jedi”. Zamiast zaskakiwać widza nieoczekiwanymi zwrotami akcji postawiono na pełną schematyczność i powtarzalność motywów. W skrócie wygląda to tak, że jeśli widz oczekuje że coś się wydarzy w serialu, to właśnie się wydarza. Nie ma tu żadnych zaskoczeń ani niespodzianek. Zazwyczaj by mi to przeszkadzało, ale wrodzoną cechą „Star Wars” jest powtarzanie raz za razem tego samego schematu bajki w kosmosie, tyle że w innej oprawie. Jeśli komuś to nie pasuje to nie ogląda tego wcale, a wszyscy pozostali widzowie bawią się znakomicie! Ja również mogę się bardzo ciepło wyrazić o jakości „The Mandalorian”. Miłym akcentem była ogromna ilość smaczków i nawiązań, zwłaszcza do animowanych seriali „The Clone Wars” i „Rebels”. I choć scenografia miejscami była dosyć pusta i prosta (budżet telewizyjny to jednak nie hollywoodzka superprodukcja), to czuć było w tym wszystkim wielką miłość twórców do całego uniwersum. A to wystarczy! 

Kolejną ogromną zaletą jest gra aktorska. To może być przełomowa rola Pedro Pascala, który w ostatnich latach coraz wyżej wspinał się w rankingu popularności, a teraz prawdopodobnie będzie gwiazdą pierwszego formatu. Podobnie należy docenić Ginę Carano w roli eks-komandoski, która łączy w sobie siłę potężnego bicepsu i unikalnego seksapilu. Cieszy mnie też obecność kultowego Carla Weathersa, a także legendarnego Wernera Herzoga! Takiej obsady pozazdrościłaby niejedna produkcja. Z taką ekipą, fantastyczną i niebagatelną ścieżką dźwiękową oraz samym Jonem Favreau na stołku showrunnera nie mogło się nie udać. 

„The Mandalorian” to znakomita rozrywka dla widza w każdym wieku – od dzieci po starych wyjadaczy. Znam przypadki, gdzie przed ekranem zasiada cała rodzina w pełnym przekroju wiekowym, z wypiekami na twarzy śledząc przygody tajemniczego Mandalorianina. I właśnie o to chodzi w „Gwiezdnych Wojnach”!

Wniosek: Bardzo fajny kosmiczny western!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


grudnia 31, 2019

"The Witcher" ("Wiedźmin")

"The Witcher" ("Wiedźmin")
O czym to jest: Przygody łowcy potworów o złotym sercu.

wiedźmin serial 2019 netflix sapkowski cavill

Recenzja serialu:

Rok 2019 żegnamy recenzją serialu "The Witcher" - czyli najnowszej ekranizacji przygód słynnego Wiedźmina, bohatera książek fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Nie jest to pierwsza próba opowiedzenia tej historii za pomocą telewizji. Pierwszą, jak pamiętają polscy widzowie, był "Wiedźmin" z Michałem Żebrowskim w tytułowej roli. Niestety mimo szczerych prób nie udało się wówczas osiągnąć sukcesu. Ten nastąpił dopiero teraz!

"The Witcher" można określić słowem "udany". Nie jest to oczywiście produkcja wybitna, daleki też jestem od nazywania jej następcą "Gry o Tron". Ale to bardzo dobry serial, klimatyczny, nieprzegadany, fajnie zagrany i skonstruowany. Głównym bohaterem jest wiedźmin Geralt, zmutowany łowca potworów podążający w stronę nieuchronnego przeznaczenia. Drugą osią fabuły są przygody dwóch związanych z nim kobiet - wiecznie rozczarowanej czarodziejki Yennefer, a także nastoletniej księżniczki Ciri. Co istotne wspomniane wątki fabularne nie rozgrywają się równolegle, tylko w różnych liniach czasowych. Na szczęście konstrukcja scenariusza jest na tyle czytelna, by uważny widz bez problemu połapał się co było "wtedy", a co "teraz". Zatem jeśli boicie się galimatiasu i bólu głowy jakiego dostarcza choćby "Westworld" to nie martwcie się - wszystko da się bez problemu zrozumieć. Co ważne taki widz jak ja, który nie czytał książek ani nie grał w oparte na nich gry komputerowe, bez problemu odnalazł się w bogatym świecie fantasy para-słowiańskiego Wiedźmina.

"The Witcher" ma wiele ogromnych zalet. Najważniejszą jest chyba gra aktorska. Do samego końca nie wierzyłem, że obsadzenie Henry'ego Cavilla w głównej roli jest dobrym pomysłem. Jak miło jest się pomylić! Jego Wiedźmin jest w pełni wiarygodny, wiecznie wściekły i ponury, a przy tym uroczo mrukliwy. A do tego wywija mieczem aż miło popatrzeć! Drugim fantastycznym wyborem był Joey Batey jako Jaskier, gadatliwy bard nad wyraz przypominający Osła ze "Shreka". I choć Zbigniew Zamachowski w polskim "Wiedźminie" śpiewał lepiej od niego, to ballada "Toss a Coin to Your Witcher" w wykonaniu Batey'a zawojowała świat! Fantastycznie dobrana jest również Yennefer, Ciri, a także rozliczni magowie i postacie poboczne. Ich kreacje w połączeniu z wiarygodną scenografią (finałową bitwę kręcono w polskim zamku Ogrodzieniec) zapewniają serialowi unikalny klimat, który zachęca do uważnego śledzenia wydarzeń na ekranie.

Oczywiście "The Witcher" ma trochę wad. W wielu momentach na wierzch wychodził brak budżetu. Sceny które aż prosiły się o epicki rozmach były więc okrojone, a i same czary nie wyglądały tak spektakularnie jak chociażby w "Warcrafcie". Za to taka na przykład choreografia stała na najwyższym poziomie, a zatem pozostaje mi trzymać kciuki, by włodarze Netflixa hojnie potrzęśli sakiewką dla budżetu drugiego sezonu. Nie mam wątpliwości, że w światowej popkulturze jest jeszcze wiele miejsca dla kolejnych przygód Geralta i spółki. Czego nam wszystkim życzę z okazji Nowego Roku!

Wniosek: Świetnie zrobione, wciągające i godne książkowego pierwowzoru.


grudnia 21, 2019

"Star Wars Episode IX: The Rise of Skywalker" ("Gwiezdne Wojny: Skywalker - Odrodzenie")

"Star Wars Episode IX: The Rise of Skywalker" ("Gwiezdne Wojny: Skywalker - Odrodzenie")
O czym to jest: Ostatnia walka Ruchu Oporu z galaktyczną tyranią.

gwiezdne wojny skywalker odrodzenie epizod 9 abrams

Recenzja filmu:

Saga się kończy. Legenda trwa wiecznie. Ten cytat z trailera doskonale oddaje klimat dziewiątego epizodu serii "Star Wars". Ta produkcja stanowi zwieńczenie prawdopodobnie najsłynniejszego cyklu space opera w historii kina. Czterdzieści dwa lata po tym, jak George Lucas nakręcił pierwsze ujęcie "Nowej Nadziei", J.J. Abrams zakończył przygody rodu Skywalkerów. Oczywiście nie można wykluczyć, że w przyszłości czekają nas kolejne produkcje (nowe filmy i seriale są bardziej niż pewne), ale prawdopodobnie nie będzie wśród nich Epizodów X-XII. No, chyba że za kolejne dwadzieścia lat!

J.J. Abrams nie miał łatwego zadania. Po nakręceniu "Przebudzenia Mocy" jego rola wydawała się zakończona. Niestety zwolnienie Colina Trevorrowa ze stołka reżysera "The Rise of Skywalker" spowodowała, że ktoś musiał podjąć się misji ratunkowej. Abrams musiał więc nie tylko dorównać swojemu poprzedniemu filmowi, ale i dostarczyć widzom satysfakcjonujące zamknięcie wątków i poczucie katharsis. Było wiadomym że nie dogodzi wszystkim, ale ja osobiście nie mam żadnych wątpliwości - udało się! Z kina wyszedłem szczęśliwy, spełniony i pełen wdzięczności dla reżysera i wszystkich twórców, że sprezentowali mi taki piękny prezent na nadchodzące Święta. Oczywiście mam kilka zastrzeżeń, ale jedno jest pewne - ten film to "Star Wars" w czystej postaci.

O ile Rian Johnson w "Ostatnim Jedi" podarował widzom lepszy film (i to o wiele lepszy - ostatnia scena to wciąż najlepsze co widziałem w tej serii), to Abrams zafundował lepszą przygodę. Dodatkowo zamiast rzucać widzom wyzwanie i prowadzić ich na manowce jak Johnson, postanowił iść z nurtem i dać publiczności dokładnie to, czego się spodziewała. Dla takiego fana jak ja, który przeczytał wszystkie książki i komiksy z ostatnich czterech dekad, fabuła nie była przez to zaskoczeniem - niemal wszystkie wątki, od magii Sithów, przez powrót dawno nie widzianych antagonistów, aż po tożsamość głównej bohaterki, pojawiła się wcześniej w uniwersum w tej czy innej formie. Ale nie przeszkadzało mi to, by świetnie się bawić przed ekranem! J.J. Abrams jest specjalistą od spektakularnych widowisk - do dziś wzorem kina akcji w kosmosie jest dla mnie jego "Star Trek". Jego talent sprawił że to, co mogło być wtórne i czerstwe, okazało się być świeże i zajmujące. Brawo!

Oczywiście nie wszystko mi się podobało. Osobiście wolałbym, by pewne wątki zapoczątkowane w "Ostatnim Jedi" nie zostały zarzucone - mam tu na myśli przede wszystkim kwestię rodziców Rey, relację Rose-Finn, a także rozwój postaci Poe Damerona. Ale szanuję to, że nie zawsze dostaje się to, co się chce. Na szczęście to co dostałem w zamian wynagrodziło te braki z nawiązką! Chociażby dialogi Poe-Finn to prawdziwy majstersztyk; dzięki nim "The Rise of Skywalker" to zdecydowanie najzabawniejszy film serii! Do tego udana garść nowych postaci, ze wskazaniem na przemytniczkę Zorii Bliss i wyluzowanego hakera robotów Babu Frika. Nie można też zapomnieć o tym co najważniejsze - akcji! Pojedynki na miecze świetlne zwalają z nóg, a nowe sztuczki z użyciem Mocy to coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Dodatkowo jestem zachwycony, że spełniły się moje przewidywania co do Kylo Rena w wykonaniu Adama Drivera - to najlepiej napisana, poprowadzona i zagrana postać w tej trylogii. Droga jaką przemierzył ten bohater jest w pełni wiarygodna i zakończona dokładnie tak jak powinna. Brawo! Cieszy mnie również wielki hołd dla zmarłej Carrie Fisher, której rola Księżniczki Leii została tu zagrana post mortem (zmontowano ją w całości z wyciętych ujęć z poprzednich dwóch filmów). To zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż zabicie jej postaci w napisach początkowych, nieprawdaż?

"The Rise of Skywalker" jest filmem, który dostarcza rozrywki godnej prawdziwego kosmicznego widowiska. Dynamiki jest tu miejscami aż za dużo - zwłaszcza w pierwszej połowie filmu, która miejscami wygląda jak gra komputerowa (zdobądź X, potem udaj się z nim do Y, by poznać drogę do Z). Wątków, lokacji i postaci jest tyle, że z powodzeniem dałoby się z tego zmontować dwa filmy. Ale paradoksalnie cieszy mnie, że główna Saga Skywalkerów dobiegła końca. Uniwersum "Star Wars" ma potencjał na dziesiątki kolejnych, oryginalnych produkcji (czego dowodem jest chociażby serial "The Mandalorian"). Teraz nic już nie ogranicza twórców w dostarczaniu nam jak najlepszych przygód. Niech Moc będzie z nimi i z nami również!

Wniosek: Piękne zakończenie najsłynniejszej sagi space opera w historii kina.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


grudnia 17, 2019

"Star Wars Resistance" ("Gwiezdne Wojny: Ruch Oporu")

"Star Wars Resistance" ("Gwiezdne Wojny: Ruch Oporu")
O czym to jest: Młody pilot zostaje szpiegiem na odległej stacji pośrodku oceanu.

gwiezdne wojny ruch oporu serial animowany kazuda

Recenzja serialu:

Już jutro w kinach pierwsze seanse Epizodu IX, czyli „The Rise of Skywalker”! To więc idealny moment by wspomnieć o trzecim kanonicznym serialu animowanym z uniwersum „Star Wars”. Dla przypomnienia: najpierw pojawiło się „The Clone Wars”, wielki hit, który dociągnął do sześciu sezonów (siódmy w drodze)! Następnie stworzono „Rebels”, nieco mniej popularne, ale również klimatyczne widowisko. Naturalnym następcą miało być „Resistance” dziejące się w realiach trylogii sequeli. Niestety tym razem widzowie zagłosowali nogami i mimo że serialowi nie można wiele zarzucić, nie zdobył on specjalnej popularności. 

A szkoda! To naprawdę udana produkcja. Akcja startuje niedługo przez „Przebudzeniem Mocy”, później równolegle leci ze wspomnianym filmem, by finalnie zakończyć się już po wydarzeniach „Ostatniego Jedi”. Głównym bohaterem jest Kazuda Xiono, poczciwy acz niezbyt rozgarnięty pilot Ruchu Oporu, który podejmuje się szpiegowskiej misji na stacji Colossus, słynącej z organizowania wyścigów myśliwców. Jak można się domyśleć, Kazuda zaprzyjaźnia się ze wspomnianymi pilotami oraz grupą mechaników o złotych sercach. W tle zaś starcia z siłami Najwyższego Porządku, piratami, potworami oraz wszystkim, czego możecie się spodziewać po serialu dla młodzieży. Na szczęście „Resistance” nie traci przy tym tego co najważniejsze: klimatu przygód z odległej galaktyki! 

Jeśli miałbym zidentyfikować dwie główne przyczyny frekwencyjnej porażki „Resistance”, to pierwszą byłaby rezygnacja z mistycyzmu. To co odróżnia „Star Wars” od innych franczyz typu space opera, to cały tygiel Mocy, przeznaczenia, Rycerzy Jedi, mieczy świetlnych i wszelkiej bajkowej otoczki. Zauważcie że nawet „Rogue One”, który był filmem wojennym, miał w sobie sporo takich elementów (ma je też zbierający laury serial „The Mandalorian”). Zabrakło tego jednak w „Solo”, który rozczarował finansowo. Zabrakło też w „Resistance”. To chyba nie przypadek. To trochę tak jakbyście zaprosili kogoś na tort z wiśniami i zapomnieli dodać wiśni. Da się zjeść? Pewnie że tak, ale to już nie to samo. 

Drugim problemem jest główny bohater. Przy całej sympatii do postaci Kazudy, to trochę tak jakby głównym bohaterem uczynić Jar Jar Binksa. Kazuda ma podobny styl bycia i podobną niezdarność, z której ratują go tylko niezbyt wiarygodne zbiegi okoliczności. Mógłbym się w tym wprawdzie doszukiwać tzw. stylu walki pijanego mistrza, ale to nic innego jak zwykły humor slapstickowy, niczym w komediach z Flipem i Flapem. „Resistance” bardzo mocno inspiruje się produkcjami anime, gdzie taki humor jest na porządku dziennym, dlatego w sumie mnie to nie dziwi. Niestety to niezupełnie moje klimaty. 

Ale nie skupiajmy się na negatywach, bo pozytywów jest o wiele więcej! Bardzo podoba mi się rozpisanie postaci – nikt nie jest zbędny na ekranie; każdy ma swoje miejsce i rolę w historii. Fabuła odcinków, choć czasem infantylna, ma ręce i nogi i potrafi zaciekawić widza od pierwszej do ostatniej minuty. Muszę przyznać że naprawdę wkręciłem się w historię, zwłaszcza że pod koniec pierwszego sezonu nastąpił niespodziewany zwrot akcji, którego absolutnie się nie spodziewałem! Drugi sezon z kolei dość mocno przypominał mi serial „Stargate Atlantis”, ale to nie szkodzi – inspirowanie się dobrymi produkcjami jest zawsze mile widziane! 

Szkoda mi trochę, że serial kończy się dość przedwcześnie. Ciekawe tylko, czy to zmierzch animowanych seriali „Star Wars”, które wkrótce zastąpią rozliczne produkcje aktorskie. Pożyjemy, zobaczymy!

Wniosek: Dobre i w klimacie, choć skierowane do młodszej widowni.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


grudnia 13, 2019

"Marriage Story" ("Historia Małżeńska")

"Marriage Story" ("Historia Małżeńska")
O czym to jest: Burzliwy kryzys związku dwójki ludzi.

historia małżeńska film recenzja netflix adam driver scarlett johansson

Recenzja filmu:

Filmy można bardzo ogólnie podzielić na trzy rodzaje. Pierwszy to czysta, popcornowa rozrywka, w której zresztą Jest Kultowo się specjalizuje. Drugi to sztuka przez wielkie SZ, czyli filmy-instalacje artystyczne, jak chociażby pokrętne dzieła Davida Lyncha. No i jest trzecia kategoria, obrazy opowiadające albo o ważnych wydarzeniach w dziejach świata, albo o prawdziwych ludzkich sprawach i emocjach. Obrazy prawdziwe, będące zwierciadłem rzeczywistości. Takie jest „Marriage Story”

Według najnowszych danych 33% małżeństw w Polsce kończy się rozwodem. W USA współczynnik ten sięga nawet 50%. Wielu specjalistów próbowało wskazywać przyczyny tego zjawiska, a ja – choć nie jestem fachowcem – również mam swoją teorię. Jako mąż, człowiek żonaty od prawie 7 lat, a w związku od 13 lat (co do dnia), z doświadczenia mogę powiedzieć, że prawdziwy kryzys zaczyna się, gdy ludzie przestają ze sobą rozmawiać oraz słuchać się nawzajem. Dopóki obydwu stronom zależy, nawet największy problem da się wspólnie rozwiązać. Niestety wystarczy że jedna ze stron będzie uporczywie stawiać na „ja” zamiast na „my”, i finał może być tylko jeden. Pod tym względem „Marriage Story” nie jest może zbyt odkrywcze, ale za to niezwykle wiarygodne. Taką drogę jak w filmie przeszło w rzeczywistości tysiące, jeśli nie miliony par. 

Fabuła jest prosta, co nie znaczy że prostacka. Bohaterami małżeńskiej opowieści jest dwójka artystów – On (Adam Driver), uznany nowojorski reżyser teatralny z wielkimi osiągnięciami, oraz Ona (Scarlett Johansson), utalentowana aktorka w jego zespole. W tle dziecko, niespełnione ambicje, złamane obietnice i to, o czym wspomniałem na początku: brak chęci zrozumienia drugiej strony. Żadna z dwóch stron nie chce kryzysu, ale w takich warunkach wydaje się on nieuchronny. Często w przypadku konfliktów mówi się, że „obydwie strony są winne”. To jednak nieprawda. Po obejrzeniu „Marriage Story” nie mam wątpliwości kto był winien zaistniałej sytuacji i kto pierwszy przestał słuchać. Wprawdzie w tym przypadku problem prawdopodobnie był wbudowany w samą podstawę związku, ale i tak szkoda, że musiało do tego wszystkiego dojść. 

Ten film będzie zapamiętany w historii kina przede wszystkim za najwyższej klasy aktorstwo. O Adamie Driverze mam dobre zdanie od lat (z uwagą oglądam każdy film, w którym zagra) i bez wątpliwości stwierdzę, że to jego najlepsza rola w historii. Jego emocjonalny monolog w kierunku żony, w którym w końcu wychodzi na wierzch cała ropa, jaka od lat zbierała się pod stoicką powierzchnią, powoduje oniemienie widza. Cóż za klasa i potęga! Scarlett Johansson nie jest gorsza i przykuwa uwagę ekspresyjnymi szarżami emocji, pomiędzy którymi trzyma fason opanowanej damy. A w tle prawdziwe giganty kina – Laura Dern, Alan Alda (!!!) i Ray Liotta! Mówię Wam, że będą z tego Oscary i Złote Globy, a przynajmniej nominacje! 

Polecam ten film wszystkim aktualnym, byłym i przyszłym małżonkom. Niech służy za poradnik czego nie robić, a co robić, by na końcu nastąpił happy end. Czego i sobie, i Wam z całego serca życzę.

Wniosek: Wybitnie zagrane, poruszające kino.


grudnia 06, 2019

"Ford v Ferrari" ("Le Mans '66")

"Ford v Ferrari" ("Le Mans '66")
O czym to jest: Historia słynnej rywalizacji Forda z Ferrari w prestiżowym wyścigu Le Mans.

le mans 66 film recenzja matt damon christian bale

Recenzja filmu:

Nigdy nie byłem wielkim fanem sportów motorowych. Wprawdzie wiem co to Formuła 1 czy NASCAR, ale przed tym filmem nigdy nie słyszałem o wyścigu Le Mans! To jedna z rzeczy, za które uwielbiam kino – prócz niesienia rozrywki czasem naprawdę potrafi wyedukować widza i zachęcić go do zgłębienia danego tematu. Marzy mi się, by pewnego dnia wszystkie filmy kręcono na podstawie prawdziwych wydarzeń, źródeł inspiracji na pewno by nie zabrakło! 

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć „Ford v Ferrari”, to w skrócie wyjaśnię – film jest historią wielkiej (i osobistej) rywalizacji dwóch wielkich gigantów motoryzacji w osobach Henry’ego Forda III oraz Enzo Ferrariego. W połowie lat 60. koncern Forda postanowił wejść z przytupem na rynek samochodów wyścigowych, na którym niepodzielnie rządziło Ferrari. Kulminacją starcia był wyścig Le Mans we Francji, który odbywa się do dziś i trwa nieprzerwane 24 godziny! Oczywiście nie zdradzę wam kto wygrał w nim w roku 1966, ale zapewniam że jest to opowieść, którą trzeba poznać. 

Do tej pory wzorem filmów o wyścigach samochodowych było dla mnie „Rush” o rywalizacji Jamesa Hunta i Nikiego Laudy w ramach Formuły 1. Z zadowoleniem stwierdzam, że „Ford v Ferrari” przebija go na całości (no, może z wyjątkiem muzyki). Duża w tym zasługa reżysera – James Mangold kręci filmy rzadko, ale jak już to robi, to robi to wybitnie („Logan”, „Walk the Line”!). Ponadto nie trafiłem chyba nigdy na kiepski film z Christianem Bale’m w obsadzie. Można o nim mówić różne rzeczy – ponoć kawał z niego cholery – ale aktorem jest doprawdy wybitnym. Fizyczna i psychiczna transformacja w jego wykonaniu za każdym razem mnie poraża! Tym razem wcielił się w legendarnego kierowcę Forda, Kena Milesa: człowieka tak nieobliczalnego jak jego styl jazdy. Fantastycznym uzupełnieniem Bale’a w obsadzie był Matt Damon w roli Carrolla Shelby’ego, legendarnego konstruktora samochodów i twórcy m.in. kultowej marki aut Cobra. Nie wiem jak Wy, ale ja z tymi dwoma panami mogę obejrzeć każdy film w ciemno! 

Kolejne plusy „Ford v Ferrari” to fantastyczna scenografia i sceny wyścigów. Może nie ma w nich wielkich eksplozji i efektywnych kraks (choć i takie się trafiły), ale jest to co w takiej historii najważniejsze – niesamowita dramaturgia! Sposób prowadzenia kamery, dynamiczny montaż, ryk silników V8 wspomagany bluzgami Christiana Bale’a… To jest ta unikalna mieszanka prawdziwego hitu, który przykuwa widza od pierwszej do ostatniej minuty. W życiu nie myślałem że będę się tak dobrze bawił na filmie o wyścigach! Polecam tą produkcję każdemu widzowi, który chciałby poznać kawałek historii sportu, motoryzacji i biografii wielkich ludzi, którzy swoim uporem potrafili zmienić świat.

Wniosek: Najlepszy film o wyścigach samochodowych jaki widziałem! Rewelacja!


listopada 29, 2019

"The Current War" ("Wojna o Prąd")

"The Current War" ("Wojna o Prąd")
O czym to jest: Prawdziwa historia rywalizacji Thomasa Edisona i George'a Westinghouse'a o metodę elektryfikacji świata.

wojna o prąd film recenzja edison tesla cumberbatch holland

Recenzja filmu:

Bardzo, ale to bardzo czekałem na ten film. Od czasów „Prestiżu” mocno interesuję się postacią Nikoli Tesli i uważnie śledzę wszystkie produkcje, w których występuje jego postać (jeśli podzielacie te zainteresowania, to z tego miejsca gorąco polecam serial „Sanctuary”!). I choć Tesla pełni w „The Current War” zaledwie rolę drugoplanową, to i tak byłem bardzo ciekaw tej opowieści – historii wielkiej rywalizacji między Thomasem Edisonem a George’m Westinghouse’m. W wielkim skrócie chodziło o to, jaki rodzaj elektryczności będzie dostarczany w Stanach Zjednoczonych: prąd stały (jak chciał Edison) czy prąd zmienny (jak chciał Westinghouse wspierany przez Teslę). Brzmi jak świetny pomysł na film, prawda? 

I na pomyśle w zasadzie się skończyło. Jeszcze przed premierą film okazał się ostatnią ofiarą hollywoodzkiego producenta Harveya Weinsteina, oskarżonego o przestępstwa seksualne. Skutkiem afery było bankructwo jego firmy The Weinstein Company, która miała wypuścić „The Current War” na ekrany w grudniu 2017. W konsekwencji film trafił na półkę i dopiero po dwóch latach został wyciągnięty, przemontowany i zaprezentowany publiczności już przez nowego dystrybutora. Niestety ze smutkiem stwierdzam, że efekt jest daleki od oczekiwanego (aż strach pomyśleć, jak zła musiała być oryginalna wersja!). Czasem gwiazdorska obsada to nie wszystko! Tak naprawdę to tylko Michael Shannon w roli Westinghouse’a wybił się tu ponad przeciętność. Nicholas Hoult jako Tesla nie pokazał nic specjalnego (gdzież mu do kosmicznej tajemniczości Davida Bowiego z „Prestiżu”!), a i Benedict Cumberbatch powtórzył to, co widzieliśmy w jego wykonaniu w „Sherlocku” oraz „The Imitation Game”. Po pewnym czasie rola aspołecznego geniusza zaczyna się robić wtórna. Mam nadzieję, że Cumberbatch wyciągnął wnioski i zmieni swój repertuar, z korzyścią dla siebie jak i widzów. 

Ale to nie obsada jest największym problemem „The Current War”, tylko tempo. Coś jest mocno nie tak z narracją filmu. Wydarzenia, które powinny nas ekscytować i intrygować, są zwyczajnie nudne. Gdyby nie w miarę znośny finał, uznałbym cały seans za stratę czasu. Zastanawiałem się nad tym długo i myślę, że scenariusz pokrywał zbyt długi okres. Historyczna „wojna o prąd” trwała w latach 1884-1892. To za dużo, by rozsądnie pokazać wszystkie wydarzenia w ciągu dwóch godzin na ekranie. Osobiście wolałbym, by twórcy wzięli jeden konkretny okres czasu, ewentualnie dwa czy trzy, i opisali je bardzie dogłębnie. Coś w rodzaju opisywania jajka od środka, a nie od zewnątrz. Na myśl przychodzi mi w tym momencie „Steve Jobs” – tam scenarzyści wzorowo sprostali karkołomnemu zadaniu przedstawienia postaci twórcy potęgi Apple. To samo warto było zrobić z Edisonem lub Westinghouse’m – może nawet bardziej tym drugim, bo aktualnie mało kto o nim pamięta, choć jego zasługi dla współczesnej cywilizacji są naprawdę ogromne. 

W normalnych okolicznościach dałbym tej produkcji ocenę mierną, ale podwyższam o jednego chomika ze względu na scenografię i świetne realia końca XIX wieku, niebanalne zdjęcia oraz tematykę. Ale i tak uważam, że ta historia zasługiwała na więcej!

Wniosek: Pięknie zrobiony, nudny film.


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger