Polecamy

"Dune" ("Diuna") [1984]

"Dune" ("Diuna") [1984]

O czym to jest: Pierwsza ekranizacja "Diuny", jednej z największych powieści science fiction w dziejach.

diuna david lynch sting

Recenzja filmu:

Współcześnie trwa wielka kłótnia, która ekranizacja "Diuny" Franka Herberta jest lepsza - czy ta autorstwa Davida Lyncha (choć on sam odmawia podpisania się pod tym dziełem), czy może współczesna Denisa Villeneuve'a. Dla mnie nie ma żadnych wątpliwości: to co nakręcił Villeneuve jest ekranizacją doskonałą o natychmiastowym, kultowym statusie. Z kolei film Lyncha również zasługuje na sporą dozę uwagi, ale nie z powodu jego dokonań, ale korzeni osadzonych w niezrealizowanej "Diunie" Alejandro Jodorowskiego.

Zainteresowanych odsyłam przede wszystkim do filmu dokumentalnego "Jodorowsky's Dune". Dowiemy się w nim, że ekranizację powieści próbowano stworzyć już od 1971 roku. Po wielu latach i opracowaniu szczegółowych wizualizacji okazało się, że film jednak nie powstanie. Prawa do projektu przejął producent Dino De Laurentiis, który postanowił doprowadzić do tego, aby film w końcu został nakręcony - za wszelką cenę. Oryginalnie miał się nim zająć Ridley Scott, a finalnie na stołu reżysera usiadł David Lynch. Po wielu trudach nakręcono prawie czterogodzinny film... ale wtedy wtrącili się producenci. Wiele scen usunięto, przemontowano lub nakręcono od nowa, by stworzyć standardową dwugodzinną wersję (jeśli czytaliście "Diunę" to wiecie, że zmieszczenie tej historii do dwóch godzin jest po prostu niemożliwe). Wtedy Lynch wypisał się z projektu, odmawiając nawet użyczenia swojego nazwiska do reklamowania filmu. No a widzowie mogli w końcu zapoznać się z jakąś "Diuną" na wielkim ekranie.

Wielu było oczarowanych. I nic dziwnego - efekty specjalne, scenografia, kostiumy, charakteryzacja czy odważne decyzje castingowe (Kyle MacLachlan, Patrick Stewart, Jurgen Prochnow, Dean Stockwell, Max von Sydow i oczywiście Sting!) były czymś niespotykanym do tej pory w kinie science fiction. Obejrzawszy "Diunę" Lyncha kilka razy potwierdzam, że film jest bardzo dobry do połowy - mniej więcej do momentu ucieczki Paula i Jessici na pustynię (co ciekawe: dokładnie w tym momencie kończy się pierwsza część "Diuny" Villeneuve'a). Ale potem to co się dzieje z filmem zaczyna wołać o pomstę do nieba (zgaduję że w tym momencie swoje łapy wsadzili producenci). "Diuna" robi się maksymalnie skrótowa, wręcz idiotyczna, z najgorszym wątkiem sonicznej broni Fremenów, którego na próżno szukać w literackim oryginale. Finalnie widz kończy seans sfrustrowany, że zmarnowano taki potencjał! Zwłaszcza że planowano kolejne części... A wystarczyło dać Lynchowi zrealizować swoją wizję. Przewidywalnym skutkiem machinacji producentów była rzecz jasna klęska budżetowa w kinach. Dopiero późniejsze telewizyjne wersje "Diuny", gdzie przywrócono część usuniętego materiału, na nowo wzbudziły zainteresowanie widzów, czyniąc z filmu dzieło kultowe (choć nie dla mnie). 

Na pewno warto obejrzeć "Diunę" dla wartswy wizualnej i obsady. Ale jeśli chodzi o fabułę... Zachęcam byście najpierw sięgnęli do książki, a potem "Diuny" Villeneuve'a. Król może być tylko jeden!

Wniosek: Bardzo dobre do połowy - później zaczyna się robić totalnie idiotyczne i niestrawne.


"Jodorowsky's Dune"

"Jodorowsky's Dune"

O czym to jest: Historia o tym, jak nie doszło do realizacji epickiej i napędzanej LSD ekranizacji "Diuny" reżysera Alejandro Jodorowskiego.

diuna jodorowskiego film dokument

Recenzja filmu:

Jak ja się jeszcze muszę dużo nauczyć o historii kina! Fanem "Diuny" pióra Franka Herberta jestem od czasów nastoletnich i uważam ją za jedną z najlepszych - jeśli nie najlepszą - sagę science fiction w historii literatury. Rzecz jasna z uwagą śledziłem i widziałem też wszystkie adaptacje, zaczynając od "Diuny" Davida Lyncha, przez "Diunę" Johna Harrisona aż do "Diuny" Denisa Villeneuve'a. Ale nie wiedziałem, że przed nimi wszystkimi był jeszcze jeden projekt - planowany na 14-godzinną (!) ekranizację epicki, pełen szaleństwa i halucynogennych wizji obraz, który miał stworzyć Alejandro Jodorowsky. O rany, ależ to była szalona historia!

Dokument "Jodorowsky's Dune" w kompletny, obrazowy sposób krok po kroku opowiada o tym jak to wszystko wyglądało. Od zainspirowania reżysera do stworzenia tego dzieła, przez preprodukcję (wliczając w to rekrutację takich aktorów jak Salvador Dali, Orson Welles, Mick Jagger czy David Carradine), kreację niesamowitych storyboardów, które wciągnęły w świat filmu takie sławy jak H. R. Giger czy Moebius, aż do muzyki jaką miał napisać m.in. Pink Floyd. Mój Boże, cóż to byłby za film! Nie mam żadnych wątpliwości, że przeszedłby na zawsze do historii kinematografii, bo do dzisiaj nikt nie nakręcił czegoś takiego i o podobnej skali. I może o to chodzi - może pewnych wizji po prostu nie da się zrealizować - ale z rozpętanego przez nie artystycznego chaosu mogą wykiełkować wspaniałe rzeczy.

O tym że Alejandro Jodorowsky jest szalony, przekonałem się gdzieś w połowie tego dokumentu. Sposób w jaki podchodził do tego projektu, wliczając w to rygorystyczne, przypominające tortury wieloletnie szkolenie własnego syna Brontisa (który miał zagrać Paula Atrydę), nie są czynami do jakich zdolny jest pierwszy lepszy reżyser. Zresztą Jodorowsky jest tak naprawdę artystą-performerem, w rodzaju tych wariatów którzy potrafią w galerii sztuki godzinami stać nago w basenie z moczem i recytować alfabet od tyłu. Nie mam również wątpiliwości, że jego "Diuna" byłaby totalnie niestrawna dla przeciętnego widza, zwłaszcza iż Jodorowsky chciał, aby seans przypominał zażycie przez widza końskiej dawki LSD. I choć rozumiem producentów z Hollywood, którzy gromadnie odmówili podjęcia projektu, to żal trochę, że jako widzowie nigdy nie mogliśmy zobaczyć tego co wymyślili artyści na oszałamiających storyboardach. Zresztą stworzona przez nich wizualizacja - licząca setki stron kolorowa wizja zebrana w monstrualny tom, zwana Biblią Jodorowskiego - dziś na aukcjach osiąga niebotyczne ceny. Ale nie wszystko stracone - scenariusz i wizualizacja są przecież gotowe, więc może kiedyś ktoś pokusi się o ekranizację wersji animowanej? Mocno trzymam za to kciuki!

Gdyby nie wizja artystyczna niezrealizowanej "Diuny", nie otrzymalibyśmy wielu kultowych filmów, które garściami czerpały z Biblii Jodorowskiego, czasem przenosząc na ekran sceny 1:1. Mam na myśli takie gigantyczne hity jak "Obcy", "Piąty Element", "Flash Gordon", "Blade Runner""Terminator" i oczywiście "Star Wars". Dodatkowo zaintersowanych odsyłamy do kultowej noweli graficznej "The Incal" autorstwa Moebiusa i Jodorowskiego, gdzie można zapoznać się z wieloma niezrealizowanymi konceptami. A więc: non omnis moriar! 

P.S. Na sam koniec warto wspomnieć, że po oparciu się na barkach pracy Jodorowskiego i jego gangu szaleńców kilka lat później nakręcono "Diunę" autorstwa Davida Lyncha (który jednak dziś odmawia podpisania się pod tym filmem). Ale to już temat na osobny wpis!

Wniosek: Bardzo dobry dokument pokazujący, że od geniuszu do szaleństwa jest tylko jeden krok.


"The Morning Show"

"The Morning Show"

O czym to jest: Popularny prezenter telewizji śniadaniowej zostaje oskarżony o wieloletnie molestowanie seksualne.

the morning show serial apple Jennifer Aniston Reese Witherspoon Steve Carell

Recenzja serialu:

Jeśli istnieje serial, który powinien być obowiązkową pozycją dla wszystkich nowych pracowników w dużych korporacjach (zwłaszcza dla kobiet) - to jest nim "The Morning Show". Nie spotkałem się póki co z inną pozycją, która tak wiarygodnie i przede wszystkim niejednowymiarowo opisuje ten problem. Myśląc: molestowanie seksualne w wykonaniu przełożonego, odruchowo myślimy o obleśnym dyrektorze czy prezesie, który obłapia zapłakane pracownice w schowku na szczotki lub zaciszu własnego gabinetu. Tymczasem prawda i rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana - bo i ludzie są skomplikowani! Nic nie jest czarno-białe i każdy aspekt zdarzenia trzeba analizować razem i osobno. Może finalnie dojść do tego, że teoretycznie ktoś nie zrobił ani jednego jawnie złego wykroczenia, ale całościowo jego zachowanie będzie zasługiwało na najwyższe potępienie. O tym opowiada "The Morning Show".

Oto Mitch Kessler (w tej roli jak zawsze rewelacyjny Steve Carell), ulubieniec Ameryki od dwudziestu lat i najpopularniejszy prezenter telewizji śniadaniowej, zostanie oskarżony o molestowanie seksualne na fali ruchu #metoo. Świat staje na głowie. Jak się wkrótce okaże, medialna bomba dosięgnie każdego z kim Kessler pracował, wliczając w to całą obsadę tytułowego telewizyjnego show, ze wskazaniem na jego wieloletnią partnerkę, ambitną i histeryzującą Alex Levy (fantastyczna Jennifer Aniston). Producenci próbują ratować sytuację, zatrudniając w miejsce Kesslera niepokorną i obdarzoną niewyparzonym językiem Bradley Jackson (w tej roli niepodważalna gwiazda amerykańskich seriali Reese Witherspoon). Dynamika między tym trio, biurowe tajemnice, wieloletnie szkielety w szafach, układy, spiski, korupcja i fantastycznie złośliwy, przypominający uśmiechniętego diabła producent Cory Ellison (zasłużenie nagrodzony statuetką Emmy, absolutnie przebojowy Billy Crudup) - to przepis na prawdziwy hit telewizji! W końcu jak to mówią "show must go on" i im dynamiczniej, tym lepiej dla oglądalności, prawda?

Ale nie o samą akcję chodzi w tym serialu, ale przede wszystkim o przesłanie. Historia upadku Mitcha Kesslera to lustrzane odbicie prawdziwych historii jakie dzieją się w korporacjach na całym świecie, również w Polsce (pamiętacie Kamila Durczoka i zakończenie jego TVN'owej kariery?). To opowieść o tym że złe są nie tylko czyny, ale również klimat sprzyjający nadużyciom, w którym pokrzywdzeni będą siedzieć cicho w imię kariery i źle pojętej lojalności. Co istotne, sam Kessler z odcinka na odcinek coraz bardziej rozumie co zrobił, choć jest to niezwykle kosztowna lekcja. A ludzie z którymi pracował? Jedyną sprawiedliwą w tym towarzystwie wydaje się być przyjęta z zewnątrz Bradley, choć i ona ma swoje własne demony i ambicje. Pozostawia to w nas pytanie: czy w świetlne wielkich pieniędzy i karier na globalną skalę da się ocalić moralność? 

Pierwszy sezon "The Morning Show" to pozycja absolutnie obowiązkowa. Drugi, zahaczający już o rzeczywistość COVID'u i początki pandemii, jest nieco gorszy choć dobrze kończy pewne wątki (aczkolwiek mógłby i powinien być krótszy). Sam nie wiem czy trzeba i należy kręcić dalsze odcinki, bo wszystko co ważne zostało już powiedziane. Miejmy nadzieję, że niektórzy widzowie wyciągną z tej historii odpowiednie wnioski. 

Wniosek: Bardzo wiarygodne przedstawienie tego jak może wyglądać molestowanie w miejscu pracy - i jak z nim walczyć.


"The Cold Blue"

"The Cold Blue"

O czym to jest: Film dokumentalny składający się w pełni z kolorowych zdjęć z prawdziwych misji amerykańskich bombowców w czasie II wojny światowej.

cold blue film dokumentalny II wojna hbo

Recenzja filmu:

Wspominałem już chyba wielokrotnie, że bardzo lubię filmy dokumentalne i naprawdę żałuję, że nie mam czasu oglądać ich więcej. Dlatego jeśli już mam znaleźć czas, sięgam po prawdziwe perełki które albo są wyjątkowe w formie, albo w treści. "The Cold Blue" zalicza się do tej pierwszej kategorii. Ale najpierw trochę historii.

Najsłynniejszym amerykańskim bombowcem B-17 w czasie II wojny światowej była niewątpliwie "Memphis Belle". Po zaliczeniu 25 udanych misji (co było prawdziwym wyczynem, gdyż straty wśród bombowców i załóg były ogromne) odesłano ją do domu, by podnosiła morale Amerykanów i na specjalnych pokazach zachęcała do kupna bonów wojennych. Z tej okazji reżyser William Wyler nakręcił w 1944 roku film propagandowy "Memphis Belle: A Story of a Flying Fortress", zmontowany z ponad 90 godzin materiału nagranego w powietrzu podczas prawdziwych misji. Film, jak wiadomo, zestrzał się, podobnie jak materiał źródłowy. Następnie w 2016 roku filmowiec Erik Nelson dowiedział się o istnieniu ogromnej ilości niewykorzystanego materiału, leżącego w czeluści amerykańskich archiwów. Po zdobyciu odpowiedniego finansowania podjął się karkołomnego zadania oczyszczenia, pokolorowania i zmontowania z tego nowego filmu dokumentalnego, mającego pokazać "na żywo" zmagania amerykańskich lotników w przestworzach. Tak powstał film "The Cold Blue".

Jest to naprawdę ciekawe kino, które podobnie jak polski film "Powstanie Warszawskie" stara się jak najbardziej wiarygodnie - wliczając w to dorobienie podkładu dźwiękowego pod oryginalnie nieme kadry - pokazać realia II wojny światowej. I wyszło to naprawdę nieźle. Widzimy jak żyli, jak walczyli i jak ginęli lotnicy, co dodatkowo uzupełniają komentarze nielicznych pozostałych przy życiu weteranów. Niestety naturalne ograniczenie materiału źródłowego, składającego się przecież ze skończonej liczby scen i ujęć, powoduje że film jest raczej poszatkowaną kroniką wycinek z życia pilotów niż spójną fabułą z konkretnym przekazem. Czyli jednym słowem wszystko postawiono na formę, a niewiele na treść. To powoduje że ten dokument nie jest może najwybitniejszym dziełem gatunku, ale trudno wobec niego przejść obojętnie. I choćby dlatego, jeśli interesuje Was jego tematyka, warto do niego sięgnąć.

P.S. A jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o najsłynniejszym amerykańskim bombowcu to zapraszam do obejrzenia filmu "Memphis Belle" z 1990 roku. Naprawdę udany!

Wniosek: Warto obejrzeć, choćby po to by zobaczyć jak to wyglądało naprawdę.


"What If...?" ("A Gdyby...?")

"What If...?" ("A Gdyby...?")

O czym to jest: Alternatywne wersje najsłynniejszych filmów uniwersum Marvela.

a gdyby marvel animacja disney+

Recenzja serialu:

No muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem! Gdy usłyszałem że kręcą animowany serial z uniwersum Marvela, w którym przedstawią alternatywne wersje filmów z cyklu, byłem co najmniej sceptyczny. O jak bardzo się myliłem! Ten serial to najlepsze co spotkało to uniwersum od wielu lat. Jest po prostu doskonały!

Sam nie wiem od czego zacząć pochwały. Fabularnie każdy odcinek opowiada nieco inną wersję znanych nam filmów, zamieniając miejscami postacie lub kluczowe wydarzenia. I tak oto Kapitan Ameryka staje się kobietą, Czarna Pantera zmienia w Star-Lorda, Doktor Strange schodzi na złą drogę, Spider-Man walczy z zombie, a Ultron podbija cały świat i nie tylko... Co istotne, wszystkie te opowieści łączą się w jedną fabułę w ostatnich dwóch odcinkach. A zatem mamy tu uniwersum wewnątrz uniwersum, co przyniosło totalnie rewelacyjny efekt! A że wszystkie postacie mają głosy podłożone przez oryginalnych aktorów (wliczając w to Chadwicka Bosemana, który zdążył nagrać swoje kwestie przed śmiercią), to mamy wrażenie że naprawdę oglądamy kolejne aktorskie przygody znanych nam bohaterów. 

Wizualnie to animacja w starym stylu: żadnego komputerowego CGI tylko stara dobra kreska, która w rękach sprawnych artystów pokaże wszystko czego potrzebuje widz. Każdy odcinek trwa zaledwie pół godziny ale gwarantuję że to wystarczy do opowiedzenia wciągającej, pełnej dynamiki historii. Ogląda się to z zapartym tchem i chce się więcej i więcej! Szkoda tylko, że serial nie liczy póki co więcej odcinków... A nam pozostaje tylko pomarzyć, że może kiedyś niektóre z przedstawionych tu postaci i wydarzeń (Kapitan Carter!) trafią faktycznie w wersji aktorskiej na kinowy ekran. Czego zarówno sobie jak i Wam serdecznie życzę!

Wniosek: Fabularnie rewelacyjne, zwłaszcza jeśli ktoś dobrze zna filmy z uniwersum!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"The Suicide Squad" ("Legion Samobójców")

"The Suicide Squad" ("Legion Samobójców")

O czym to jest: Grupa skazańców z supermocami rusza na krwawą misję ratowania świata. 

legion samobójców hbo max james gunn idris elba

Recenzja filmu:

W pierwszym od dawna wpisie na Jest Kultowo przechodzimy do jednej z wielu zaległości, jakie narobiły mi się w ostatnim czasie - drugim z kolei filmie zatytułowanym "Legion Samobójców" w historii filmowego uniwersum DC. Jest to zarówno sequel, jak i miękki reboot pierwszego "Legionu" z Willem Smithem, po którym w historii widzów zapisały się jedynie znakomity trailer oraz zjawiskowa Margot Robbie jako Harey Quinn. Cała reszta, niestety, była zaledwie przeciętna (wliczając w to Jareda Leto jako Jokera). Dlatego włodarze Warner Bros zrobili dość sprytny manewr - wzięli to co najlepsze z pierwszej części (czyli pomysł na historię oraz Margot Robbie) i zrobili kolejny, podobny film, prawie nie wspominając o poprzednim. I jeszcze dali ten niemal ten sam tytuł, a za sterami posadzili człowieka, który uczynił z marvelowych "Strażników Galaktyki" fenomen na skalę światową. Bardzo sprytne!

Pozostaje więc pytanie: czy James Gunn nakręcił hit na skalę wspomnianych "Strażników"? Nie. Ale poszło mu nawet znośnie, choć nie bez potknięć. Na plus na pewno trzeba zaliczyć humor - bystre i zabawne dialogi, choć niestety większość gagów zdradziły wcześniej trailery. Drugi plus to postacie, wśród których na pierwszy plan wysuwa się absolutnie rewelacyjny John Cena jako Peacemaker (nic dziwnego, że doczekał się własnego serialu!), choć i Idris Elba jako Bloodsport (następca Willa Smitha jako Deadshota, i to niemal kropka w kropkę), wspomniana Harley Quinn, a także Ratcatcher 2, Polka-Dot Man i oczywiście King Shark mają swoje pięć minut, wnosząc świetny koloryt do historii. Sceny akcji są znakomite, nie brakuje też krwawych szczegółów (czasem nawet zbyt krwawych) i generalnie widać, że w scenariuszu panowała zasada "wszystko dozwolone". 

A teraz zastrzeżenia, a właściwie tylko jedno. Mam nieodparte wrażenie, że film jako taki nie miał żadnego celu. Nie opowiadał żadnej większej historii, nie skupiał się na rozwoju postaci X czy Y, nie był też bezpośrednią kontynuacją poprzednich części uniwersum, a raczej samodzielną przygodą. Czyli to taki trochę skok na kasę. Z drugiej strony, czy nie właśnie tym są i powinny być popcornowe blockbustery? Kilka dekad temu wszyscy oglądali westerny odbijane od siebie niczym z jednej kliszy; teraz są to filmy o superbohaterach. I nie ma co się obrażać: to jest showbiznes. A skoro to biznes, to musi zarabiać! Więc usiądźmy wygodnie i gdy najdzie nas ochota na bezmózgową, kolorową i krwawą nawalankę ze szczyptą złośliwego humoru pamiętajmy o "The Sucide Squad". Zdecydowanie wolałbym wrócić do tego filmu niż jego nieudanego poprzednika.

Wniosek: Nakręcone z wizualnym przepychem, ale... bezcelowe?


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "DCEU"! >>>


"Star Wars: The Bad Batch" ("Gwiezdne Wojny: Parszywa Zgraja")

"Star Wars: The Bad Batch" ("Gwiezdne Wojny: Parszywa Zgraja")

O czym to jest: Grupa zmodyfikowanych klonów ucieka przed siepaczami Imperium.

gwiezdne wojny parszywa zgraja serial wojny klonów disney+

Recenzja serialu:

Serialowe "Wojny Klonów" Dave'a Filoniego otworzyły nowy rozdział w historii animacji spod znaku "Gwiezdnych Wojen" i stały się produkcją, na której wychowało się całe pokolenie fanów. Serial robił się lepszy z sezonu na sezon i nic dziwnego, że po latach od zakończenia produkcji sfilmowano finalny siódmy sezon, który - przyznaję bez bicia - poziomem przebija połowę fabularnych filmów z tego uniwersum! Nie byłem więc zaskoczony, że twórcy postanowili pociągnąć przygodę dalej w postaci spin-offu "Wojen Klonów", jakim jest "The Bad Batch".

Fabuła produkcji startuje tam gdzie skończyły się "Wojny Klonów", czyli równolegle z "Zemstą Sithów". Tytułowy oddział zmodyfikowanych, "niegrzecznych" klonów, których poznaliśmy już w oryginalnym serialu, musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której nie służą już Republice, a despotycznemu Imperium. Jak można się domyśleć sztywna totalitarna struktura nie bardzo odpowiada osobnikom, którzy bunt mają we krwi. Reszty fabuły możecie się domyśleć: klony uciekają i starają się sobie znaleźć nowe miejsce w zmienionym wszechświecie, po drodze napotykając na kilka tajemnic związanych z pochodzeniem i przeznaczeniem ich wszystkich. 

Teraz co do poziomu: fabularnie i wizualnie jest bardzo podobnie do "Wojen Klonów", ale bardziej nudno - głównie dlatego, że postanowiono sprowadzić historię "niżej", tak by odpowiadała perspektywie grupki wojaków na gigancie. Mamy więc sporo przestępczego podziemia, szemranych interesów, misji w stylu "ukradnij głowę droida" albo "włam się do strzeżonej bazy" etc. Mało w tym galaktycznego eposu godnego space opery, choć i w tym zakresie serial ma swoje momenty - tu warto wymienić choćby finał pierwszego sezonu rozgrywający się na Kamino. Wieloletni fani odnajdą w "The Bad Batch" znakomity pomost pomiędzy "Wojnami Klonów" a "Rebeliantami" - nic w tym zresztą dziwnego, skoro wszystkie te produkcje wyszły z głowy Dave'a Filoniego. A zatem: można oglądać, ale nie trzeba. Choć jeśli kochaliście "Wojny Klonów" to na pewno będziecie ciekawi, co było dalej!

Wniosek: Miejscami naprawdę dobre, choć ogólnie wydaje się lekko wtórne.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


"Men in Black II" ("Faceci w Czerni II")

"Men in Black II" ("Faceci w Czerni II")

O czym to jest: Tajni agenci ponownie ratują Ziemię przed kosmitami.

faceci w czerni 2 film will smith tommy lee jones

Recenzja filmu:

Problem z sequelami często polega na tym, że chcą pokazać to samo, tylko inaczej. Niemniej czasem daną fabułę można z sukcesem sprzedać tylko w jeden sposób, a każde gmeranie przy formie kończy się nie wypałem. To jest właśnie problem "Facetów w Czerni II".

Nie jest to zły film, ale daleko mu do świeżości oryginału. Aby kino klasy "buddy movie" odniosło sukces, należy zastosować sprawdzony przepis: jeden zgryźliwy, doświadczony policjant sparowany z pełnym werwy, szalonym młodym. Znacie to: Danny Glover i Mel Gibson, Nick Nolte i Eddie Murphy... A także Tommy Lee Jones i Will Smith w pierwszej części "Facetów w Czerni". Tymczasem w drugiej odsłonie cyklu zamieniono kolejność! Teraz to Smith stał się tym "doświadczonym", a Jones (na skutek dobrowolnej amnezji) tym młodym któremu wszystko trzeba pokazać i wyjaśnić. Ta wolta usunęła Smitha z pozycji dyżurnego komedianta, zmieniając go w smutnego, przygniecionego ciężarem życia policjanta. I żeby nie było: Smith potrafi grać role dramatyczne z wielkim powodzeniem, ale akurat nie po to zatrudniono go do tego cyklu! Dlatego tak ciężko oglądało mi się tą produkcję: od początku do końca miałem wrażenie, że aktorzy nie są na swoich miejscach.

Oczywiście film miał swoje - i to prawdziwie błyszczące - momenty, zaczynając od Agenta M (rżałem na tej scenie chyba bardziej niż powinienem...), przez kultowe robale, aż do Statuy Wolności i motywu z szafką. Ale te kilka jaskółek wiosny nie czyni, i choć tragedii nie było, liczyłem na więcej. Mimo wszystko jest jednak skończona ilość sposobów, w jaki można uratować planetę. 

Wniosek: Film miał momenty, ale ogólnie jest nudny.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Men in Black"! >>>


"Men in Black" ("Faceci w Czerni")

"Men in Black" ("Faceci w Czerni")

O czym to jest: Tajni agenci chronią Ziemię przed złymi kosmitami.

faceci w czerni film will smith tommy lee jones

Recenzja filmu:

Pewne produkcje przechodzą do klasyki popkultury i mimo upływu lat (i postępu chociażby w efektach specjalnych) wcale się nie starzeją. Należy do nich z całą pewnością "Men in Black" - bezkompromisowe, w pełni rozrywkowe kino science fiction prezentujące świat, w którym tajni agenci w czarnych garniturach i nie mniej czarnych okularach polują na kosmitów, chcących zaburzyć życie niczego nieświadomych ziemskich obywateli.

Fabuła opowieści jest dość przewrotna - ludzie już od lat 60. mieli kontakt z kosmitami, którzy całkiem nieźle zadomowili się na Ziemi. Część się nawet zasymilowała i osiedliła (oczywiście pod przykrywką). Reszta przebywa w ukrytym kosmoporcie, gdzie ma swoją główną siedzibę organizacja Facetów w Czerni, czyli taka ziemska "kosmiczna policja", pilnująca by galaktyczni przybysze byli grzeczni. Doświadczony agent K (w tej roli wybitny jak zawsze Tommy Lee Jones) bierze pod swoje skrzydła nieopierzonego, awangardowego młodego agenta J (tryskający swoim naturalnym humorem Will Smith). Ten sprawdzony w dziesiątkach policyjnych filmów na pozór niedopasowany duet ochroni Ziemię (oraz obcą galaktykę) przed paskudnym kosmicznym robalem.

Dacie wiarę, że ta produkcja powstała w 1997 roku?! Ale mówiąc szczerze, podczas oglądania w ogóle się tego nie czuje (no, może poza lekko seksistowskimi żartami, które dziś by już nie przeszły). Upływ lat widać głównie po aktorach - ćwierć wieku temu bruzdy na twarzy Tommy'ego Lee Jonesa dopiero się zarysowywały, a obecnie wyglądają jak koryto Kolorado. Humor, tempo, zwroty akcji - wszystko spełnia nadal wyśrubowane normy współczesności. Oczywiście nie jest to kino wybitne czy zmieniające pogląd na świat, bo postawiono tu tylko i wyłącznie na rozrywkę (ale za to pierwszorzędną!). Mimo to do "Facetów w Czerni" warto wracać raz na kilka lat, z kubłem popcornu pod ręką. Mało jest tak dobrych, uniwersalnych komedii science fiction w historii kina. Jestem przekonany, że za kolejne dwadzieścia pięć lat ten film będzie nas bawił tak samo!

Wniosek: Wciąż zabawne i rozrywkowe kino.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Men in Black"! >>>


"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Pierwszy sezon zawiera 18 odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut (z czego jeden fabularny z elementami animacji) - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Beyond the Aquila Rift"
Zestawienie zaczynamy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami (?), obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (który - rzecz oczywista - nosi prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją, która w ostatnim czasie zrobiła taki technologiczny skok, że prawdopodobnie w ciągu dekady będzie nie do odróżnienia od fabularnych produkcji. Fabuła odcinka kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji, która ma szansę zawojować świat. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Sucker of Souls"
Było o wilkołakach, teraz czas na wampiry! To dość prosta historia w formie klasycznej kreskówki o pewnym naukowcu, który chce odkryć wampiryczną tajemnicę upiornych katakumb. Gdy zaś znajdzie to czego szukał, to pozostanie mu odpowiedzieć na pytanie - czy grupka pyskatych najemników wystarczy, bo ocalić mu życie? Tak naprawdę w tej historii nie ma zbyt głębokiej fabuły, ale to nie szkodzi - ogląda się ją dobrze i w końcu o to chodzi!

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Odcinek bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków science fiction!

Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"Loki"

"Loki"

O czym to jest: Asgardzki bóg psot pomaga policji czasowej w schwytaniu groźnego przestępcy.

loki serial disney+ tom hiddleston owen wilson

Recenzja serialu:

"Loki" to trzeci z fabularnych seriali Marvela uzupełniających kinowe uniwersum filmów i jak do tej pory okazał się najbardziej udany. Wszystko wskazuje na to, że jest też niezwykle ważny dla całej historii, a jego finał zapowiedział co się teraz będzie działo w uniwersum po zakończeniu sagi Thanosa i Kamieni Nieskończoności wraz z "Avengers: Endgame". Moje odczucia są dość pozytywne, ciekawi mnie co jeszcze planują twórcy z Disneya i bez wątpienia mogą liczyć na moje pieniądze, jeśli wciąż będą mi sprawiać frajdę. Powodzenia!

A sam serial "Loki" okazał się dokładnie taki jak pokazuje zwiastun. Bystry, oparty w dużej mierze na grze aktorskiej i zanurzony w wiarygodnej scenografii przełomu lat 70. i 80. Osobiście liczyłem jednak na nieco większy nacisk na tzw. buddy movie, w którym Tom Hiddleston i Owen Wilson rozwiązywaliby zagadkę odcinek po odcinku. Tymczasem serial przeskoczył dość płynnie z kryminału do space opery pełną gębą... Czy słusznie? Na pewno była w tym jakaś myśl przewodnia, a cliffhanger obiecujący drugi sezon opowieści nie pozostawia wątpliwości, że to jeszcze nie koniec. Dlatego doceniam i ufam twórcom że wiedzą dokąd nas prowadzą.

Tom Hiddleston gra Lokiego od tak wielu lat, że przychodzi mu to zupełnie naturalnie. Nie sądziłem że można (i trzeba) dopowiedzieć coś więcej do tej postaci po wydarzeniach z "Thor: Ragnarok", niemniej to co zobaczyłem wydaje mi się jak najbardziej spójne i udane. Owen Wilson jak wiadomo to klasa sama w sobie, podobnie jak zjawiskowa Gugu Mbatha-Raw. Nowością była dla mnie Sophnia Di Martino jako Sylvie - i choć nie przypadła mi do gustu ani jako postać ani jako aktorka, doceniam jej wysiłek włożony w ten serial. Także obsadzie nie mogę nic zarzucić, podobnie jak efektom czy dialogom, wliczając w to przyzwoite poczucie humoru (to głównie dzięki Owenowi Wilsonowi). Jest dobrze!

Co ważne: "Loki" to moim zdaniem jeden wielki gest Kozakiewicza w stosunku do wszystkich poukrywanych po piwnicach nerdów, którzy będą się kłócić nad wyższością i "kanonicznością" komiksu X nad komiksem Y. Cały wątek tzw. "sacred timeline" to jedna wielka satyra na ten temat i choćby za to trzeba docenić ten serial. 

Wniosek: Zabawne i wkręcające, choć czasem traciło tempo.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger