Polecamy

"Black Mirror" ("Czarne Lustro")

"Black Mirror" ("Czarne Lustro")

O czym to jest: Antologia dystopijnych historii science fiction ukazujących potencjalne, współczesne zagrożenia związane z rozwojem technologii.

czarne lustro serial recenzja netflix

Recenzja serialu:

"Black Mirror" to specyficzna antologia. Tak w zasadzie to bardziej franczyza niż jednolita produkcja. Każdy odcinek to de facto samodzielny film, z innymi aktorami, reżyserami, odmiennym klimatem i przesłaniem. Niektóre epizody wprawdzie przeplatają się drobnymi motywami, ale to bardziej smaczki niż istotne powiązania. Na początku "Black Mirror" powstało jako serial brytyjski, który po dwóch sezonach przejął Netflix, windując go do rangi światowego fenomenu. I choć pod amerykańskim przewodnictwem odcinki straciły nieco na mocy, to nie można im odmówić ciągłego poruszania ważnych kwestii i jak najwyższej jakości wykonania! Gdybym miał opisać całe "Black Mirror" musiałbym omówić każdy odcinek osobno, ale prawdę mówiąc nie wszystkie są tego warte. Dlatego postanowiłem wybrać te - moim zdaniem - najważniejsze lub najlepiej zrobione, których zdecydowanie nie powinno się przegapić! Zaczynamy.

black mirror recenzja netflix
"The National Anthem"
To pierwszy odcinek serialu, a zarazem jeden z najczęściej omawianych, który dodatkowo zapewni widzom naprawdę mocne odczucia. Wielka Brytania, czasy współczesne. Księżniczka, ulubienica ludu (taka aktualna Księżna Diana) zostaje porwana. Porywacz wystosowuje ultimatum - premier kraju ma przed kamerami uprawiać seks ze świnią, albo porwana arystokratka zginie. Z początku absurdalne żądanie zaczyna być poważnie brane pod uwagę, gdy zbliża się ultimatum postawione przez porywacza. Epizod zadaje bardzo interesujące pytania: jak bardzo politycy powinni ulegać żądaniom wyborców? Czy osoba na stanowisku publicznym ma prawo do własnego, prywatnego życia? A może wszystkie "altruistyczne" czyny polityków służą tylko i wyłącznie utrzymaniu się na stołku i dalszym spijaniu śmietanki? Naturalizm odcinka wbija w fotel i wątpię, by pozostawił kogoś obojętnym. Jako dyplomowany politolog mogę po seansie potwierdzić to, do czego byłem już przekonany wcześniej: polityka to bagno i żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie wchodzi do niego dobrowolnie!

black mirror recenzja netflix"The Entire History of You"
To z kolei odcinek, który z całego serialu zrobił na mnie największe, wręcz wstrząsające wrażenie. Sam nie wiem czemu, ale prawdopodobnie dlatego że dotknął najbardziej istotnej dla mnie części człowieczeństwa: prawa do autonomii myśli i prywatności. W tym wypadku niemal wszyscy ludzie na świecie mają wszczepioną w oczy kamerę, którą nagrywają wszystko co widzą. Mogą się potem cofnąć do dowolnego wspomnienia, a także dzielić się nim z innymi. Co jednak gdy te wspomnienia skrywają mroczne tajemnice, a ktoś za wszelką cenę postanowi je odkryć? To przerażająca wizja świata, w której nie da się niczego ukryć, a przecież jak wiemy nawet współcześnie, nie da się żyć z innymi ludźmi w pełnej szczerości - poczytajcie sobie o tym, co robi z człowiekiem schorzenie znane jako koprolalia. Poza tym nie bez powodu istnieje powiedzenie: "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal". Czasem po prostu lepiej nie wiedzieć. Czasu i tak nie da się cofnąć, więc po co się torturować do końca życia?

black mirror recenzja netflix
"Be Right Back"
Epizod porusza kolejny ważny aspekt ludzkiego życia - traumę po stracie ukochanej osoby. Najgorzej jest, gdy tragedia przychodzi nagle, niespodziewanie. Załóżmy, że ktoś wychodzi sobie na spacer i ginie w wypadku. Życie jego bliskich zostaje w tym momencie zawieszone. Co jeśli nie będą w stanie pójść dalej i zapomnieć o tym, kogo zabrał im los? A jeśli technologia pozwoli niejako przywrócić kogoś takiego do życia? Czy to pomoże? A może wręcz przeciwnie? Czy to moralne, by dokonać takiego zmartwychwstania mimo że nieboszczyk nie ma nic do powiedzenia w tej kwestii? I teraz uwaga: aktualnie naprawdę trwają już prace nad tym, by stworzyć cyfrowego awatara, który zreplikuje naszą "świadomość" w oparciu o takie rzeczy jak posty w mediach społecznościowych, wiadomości e-mail etc. To nieco przerażające, prawda? Nie wiem jak wy, ale ja wolałbym chyba by moja śmierć pozostała śmiercią. Kolejna zaleta odcinka: świetna rola Domhnalla Gleesona, bardzo ciekawa w korelacji z jego występem w "Ex Machinie"

black mirror recenzja netflix
"White Bear"
A ten odcinek polecam pod rozwagę wszystkim zwolennikom kary śmierci lub/i tortur dla ciężkich przestępców. Zadaje bardzo ważne pytanie - czy stosowanie okrucieństwa "systemowego" w pełnym świetle jupiterów i w imię "sprawiedliwości" nie zrównuje nas z przestępcami, którzy stosują taką samą przemoc względem swoich ofiar? Wydaje mi się, że zasada "oko za oko" była aktualna tysiące lat temu i od tego momentu rozwój ludzkości poszedł nieco dalej. A może jednak nie? Może wciąż jesteśmy zwierzętami potrzebującymi wyłącznie chleba i igrzysk... Odkąd dawno temu jako wczesny nastolatek obejrzałem w kinie "Zieloną Milę" jestem zagorzałym przeciwnikiem kary śmierci i stoję na stanowisku, że miarą poziomu cywilizacji jest to jak traktujemy innych, słabszych od siebie. I tak, dotyczy to też schwytanych przestępców, zbrodniarzy i bandytów. Czy to znaczy że mamy być wobec nich łagodni i wyrozumiali? Oczywiście że nie! Ale jeśli będziemy odpowiadać ciosem na cios, na pewno nie będziemy od nich lepsi.

black mirror recenzja netflix
"White Christmas"
Ta pozycja nie jest pełnoprawnym odcinkiem jednego z sezonów, a epizodem specjalnym stworzonym zgodnie z tradycją brytyjskiej telewizji emitującej od dekad świąteczne odcinki seriali (jako takie ekstra wydarzenia telewizyjne). Ale nie dajcie się zwieść, bo choć akcja dzieje się w czasie Bożego Narodzenia, to nie ma w sobie nic ze świątecznego, radosnego klimatu... W tej wizji przyszłości ludzie mają możliwość blokowania osób, które uznają za niepożądane. Co to dokładnie znaczy? Nie są w stanie ich zobaczyć ani usłyszeć - widzą jedynie rozmazaną plamę i słyszą cichy szum. Działa to w dwie strony, bo zablokowana osoba nie może też ujrzeć blokującego, ani jego bliskich. Brzmi nienajgorzej, prawda? A co jeśli takiej blokady użyje matka uniemożliwiająca kontakt ojca z dzieckiem? Do czego posunie się desperat, by poznać swoją córkę? Jakie to przyniesie konsekwencje? Finałowy zwrot akcji (i to niejeden!) dosłownie wbija w fotel i zostawia bardzo ponure przemyślenia. Trochę przypomina mi to "Zbrodnię i Karę" Dostojewskiego. Jako kolejny plus doliczę rolę Johna Hamma, którego wybory aktorskie należy śledzić uważnie - i to nie tylko ze względu na "Mad Men".

black mirror recenzja netflix
"Nosedive"
To z kolei chyba mój ulubiony odcinek. To też pierwszy który został wyemitowany, gdy serial przejął Netflix. Główną bohaterką opowieści jest młoda niepozorna dziewczyna (w tej roli jak zawsze rewelacyjna Bryce Dallas Howard), która podobnie jak wszyscy ludzie na świecie żyje wg systemu popularności. Każda integracja z drugim człowiekiem jest oceniania przez jej uczestników systemem gwiazdek. Gwiazdki zaś przekładają się na punkty. Im jesteś popularniejszy/milszy/ładniejszy, tym na więcej gwiazdek i punktów od innych ludzi możesz liczyć. A te przekładają się na konkretne rzeczy: dostęp do dóbr materialnych, miejsc zatrudnienia oraz ogólnie rozumianej społecznej przyszłości. Brzmi przerażająco... Co gorsza - i tu mówię serio - w rzeczywistości Chiny naprawdę pracują nad wdrożeniem podobnego systemu oceny obywatela (tyle że przez państwo, a nie innych ludzi). Oby więc "Nosedive" nie okazał się ponurym zwiastunem na pozór utopijnej, a w rzeczywistości skrajnie dystopijnej przyszłości!

black mirror recenzja netflix
"Shut Up and Dance"
Ten epizod ciężko mi ocenić obiektywnie - wzbudza u mnie bardzo wielki niepokój. Dotyczy kwestii śledzenia w Internecie i związanych z tym konsekwencji. W tej historii grupa ludzi jest szantażowana przez tajemniczą osobę (organizację?), która ma dowody na ich niemoralne, tudzież nielegalne działania. Wykorzystuje ten szantaż, by zmusić ofiary do konkretnych czynności. Na pozór nieszkodliwych: przyprowadź samochód tu, zanieś torbę tam... Potem jednak sprawy eskalują. Jak daleko posunie się człowiek, by ratować swoją reputację? Czy będzie to warte swojej ceny? I w końcu: czy samozwańczy internetowi stróże sprawiedliwości nie są jeszcze większym zagrożeniem niż domniemani "przestępcy"? Jedno jest pewne - i to jest wskazówka dotycząca każdego aspektu życia - jeśli ktoś jest zdolny do szantażu, jest też zdolny do wszystkiego innego. Co ciekawe: w jednej z ról w odcinku wystąpił Jerome Flynn, czyli niepowtarzalny Bronn z "Gry o Tron"!

black mirror recenzja netflix
"San Junipero"
A tu prawdziwe zaskoczenie! Aż do momentu premiery tego epizodu wszystkie historie z "Black Mirror" okazywały się być ponure, niepokojące i wieszczące ponury efekt korzystania z wielu technologii. I nagle taka niespodzianka! W końcu wizja tego, jak we wzruszający i niezwykle humanitarny sposób można poprawić jakość życia. Konkretnie chodzi o kwestię nieśmiertelności, czyli przeniesienia świadomości po śmierci do wirtualnego świata, jakim jest miasto San Junipero. To dobre pytanie o kwestię tego co czyni nas ludźmi: czy jest to nasza fizyczność? A może uczucia i emocje? Może właśnie po wyzbyciu się granic ciała możemy w pełni zrozumieć to, kim jesteśmy? To piękna, wspaniała i wzruszająca historia, świetnie zagrana przez dwie ostatnio popularne aktorki: Mackenzie Davis i Gugu Mbathę-Raw. Co ciekawe, cały odcinek nakręcony jest w odcieniach różu, fioletu i koloru niebieskiego, czyli barw flagi biseksualistów. Nie bez powodu!

black mirror recenzja netflix
"U.S.S. Callister"
Rzecz jasna nie mogłem pominąć tego odcinka! To na pozór po prostu pastisz "Star Treka", bardzo jawny i bliski oryginalnemu serialowi (mam na myśli oczywiście pierwszego "Star Treka" z lat 60.). Ale jest w nim o wiele więcej. Genialny programista Robert Daly jest współtwórcą niezwykle popularnej sieciowej gry online. Jednak jego talent nie przekłada się na życie społeczne: Robert jest odludkiem, od którego inni trzymają się z daleka. W domowym zaciszu tworzy więc oparty na grze świat science fiction, wzorowany na jego ulubionym serialu z lat 60. Ale niestety gra służy Robertowi nie do rozrywki, a do wywierania zemsty: kopiuje bowiem świadomość innych osób do pamięci gry, by w ten sposób - odgrywając rolę tyranicznego kapitana statku kosmicznego - w końcu poczuć się kimś ważnym. "U.S.S. Callister" to historia o walce z tyranią, a także o dwóch twarzach jakie może mieć ta sama osoba: jedną w prawdziwym świecie, a drugą w wirtualnym (wszyscy znamy to aż za dobrze, prawda?). Na koniec z mojej strony słówko o obsadzie: Jesse Plemons ma niebywały talent do grania na pozór zwykłych nieszkodliwych facetów, którzy noszą w sobie najczarniejszy mrok (robił to wcześniej z powodzeniem w "Breaking Bad" i "Fargo"). Świetna rola! 

black mirror recenzja netflix
"Bandersnatch"
O tym samodzielnym filmie pod szyldem "Black Mirror" muszę wspomnieć, ale nie względu na jego treść, ale formę. To bowiem jeden z pierwszych filmów interaktywnych, w których to widz decyduje o przebiegu akcji. Fabuła opowiada o młodym twórcy gier komputerowych w latach 80., który próbuje napisać grę doskonałą, w której - jak w życiu - odmienne decyzje na to samo zdarzenie powodują powstanie różnych wersji przyszłości. W tym wypadku to widz "Bandersnatch" decyduje o losach bohatera. Co jakiś czas fabuła filmu pauzuje w kluczowych momentach (typu: bohater przyjmie propozycję pracy czy nie?), a widz kliknięciem pilota od telewizora decyduje co będzie dalej. Jeśli nie podejmie żadnej decyzji, zostanie pokazane domyślne rozwiązanie. Obejrzałem kilka wersji z różnymi przebiegami fabuły i powiem tyle: żadna nie była na tyle porywająca, by "Bandersnatch" zapisał się na dłużej w mojej głowie. Opcja wyboru była oczywiście ciekawa, ale mówiąc szczerze za bardzo przypominała mi - nomen omen - grę komputerową. A jakbym chciał grać, włączyłbym konsolę. Filmy i seriale ogląda się jednak po coś innego: po to by być biernym, a nie aktywnym. Dlatego sądzę jednak, że film zawsze pozostanie filmem, a gra grą. Może to i lepiej!

black mirror recenzja netflix
"Rachel, Jack and Ashley Too"
I dotarliśmy do - póki co - finalnego odcinka "Black Mirror", który wieńczy niestety najsłabszy piąty sezon. Wspominam o nim ze względu na ciekawą rolę Miley Cyrus, która rozprawia się w nim niejako z własnym życiem (czytaj: nastoletnich gwiazd muzyki, wciągniętych w wir celebryctwa znacznie wcześniej, niż były na to gotowe). Mówiąc szczerze znacznie więcej jest tu odniesień do Britney Spears niż do samej Miley, zwłaszcza w kontekście ostatnich doniesień medialnych (poczytajcie sobie o ruchu #FreeBritney). Ale na szczęście ta historia nie jest kolejną ponurą wizją świata z którego nie ma wyjścia i ucieczki. To wbrew pozorom całkiem niezła komedia, pokazująca że siła ludzkiego ducha potrafi zmierzyć się z największymi przeszkodami. Nawet nie wiem czy jest tu mowa o globalnym zagrożeniu technologicznym - o dziwo tym razem chyba nie. No chyba że uznamy za zagrożenie wyzysk ludzi przez showbiznes, to wtedy tak... Z drugiej strony większość ludzi marzy o tym by być sławna, prawda? A to jednak ma swoją cenę.

Na chwilę obecną to koniec serialu "Black Mirror". Wg jego twórcy świat jest aktualnie wystarczająco ponury, że nie ma potrzeby tworzyć kolejnych dystopijnych wizji rzeczywistości, więc kolejnych odcinków nie ma w planach. Ale kto wie, świat się zmienia, technologia też... Być może za kilka lat "Black Mirror" powróci, by udzielać nam nowych lekcji i ostrzeżeń? Pożyjemy, zobaczymy.

Wniosek: Niektóre odcinki są wstrząsające i bardzo dają do myślenia. A niektóre to po prostu dobra rozrywka!


"Extraction" ("Tyler Rake: Ocalenie")

"Extraction" ("Tyler Rake: Ocalenie")

O czym to jest: Samotny najemnik zostaje wysłany do Dhaki, by uratować syna hinduskiego bossa narkotykowego.

tyler rake ocalenie film netflix recenzja chris hemsworth joe russo

Recenzja filmu:

Istnieje specjalny krąg piekła dla ludzi, którzy w Polsce tłumaczą tytuły filmów. Podejrzewam, że bystrzak który zmienił "Extraction" na "Tyler Rake: Ocalenie" to ten sam geniusz co uczynił "American Made" radosnym "Barry Seal: Król Przemytu". Serio, skąd ci tłumacze się biorą? Może zamiast im płacić wystarczyłoby włączyć translator Google? Efekt na pewno byłby lepszy...

Na szczęście nie należy sądzić książki po okładce, a filmu po tytule. "Extraction", co stwierdzam z nieskrywanym zadowoleniem, to rewelacyjny akcyjniak! Zresztą mogłem się tego spodziewać, bo wyszedł spod ręki człowieka, który był koordynatorem kaskaderów i choreografem walk w połowie filmów "Marvel Cinematic Universe". To zresztą nie jedyny marvelowy smaczek, bo film stanowi ekranizację komiksu "Ciudad" napisanego przez braci Russo, twórców m.in. "Infinity War" i "Endgame" (jeden z braci przepisał zresztą wspomniany komiks na scenariusz tego filmu). Widzę tu spore analogie to innego hitu Netflixa z okresu pandemii czyli "The Old Guard". Obydwie produkcje (prócz tego że są opartym na komiksie i stworzonym przez jego autora kinem akcji), mają jeszcze coś innego wspólnego - prędko takiego widowiska, kręconego w zatłoczonych, egzotycznych lokacjach, niestety nie ujrzymy! Dzięki "Extraction" pierwszy raz miałem okazję obejrzeć film dziejący się w Dhace, która mimo że jest kilkunastomilionową metropolią (lub największym slumsem świata) dla przeciętnego Europejczyka jest kompletnie nieznana. Słyszeliście kiedykolwiek o wycieczkach turystycznych do Bangladeszu? No właśnie. 

Fabuła widowiska jest prosta jak drut, ale to akurat dobrze. W strzelankowym kinie zbytnia głębia psuje frajdę z oglądania. Nie ma tu wprawdzie takiej zabawy konwencją jak w "Johnie Wicku", ale solidnej rozróby - zaręczam - naprawdę nie brakuje. Chris Hemsworth gra przepełnionego traumą najemnika z samobójczymi tendencjami, który podejmuje się misji uratowania syna narkotykowego bossa. Dokona tego za pomocą precyzyjnych headshotów, sztuki walki wręcz oraz wytrzymałości na ból godnej Maxa Payne'a (tego z gier, Marka Wahlberga w to nie wciągajmy). Choć grany przez Hemswortha Tyler Rake nie jest ani sympatyczny, ani też specjalnie porywający, to nic nie szkodzi. Aktor fizycznie dał z siebie wszystko i miło było zobaczyć go w naturalnym wydaniu, bez karykaturalnej muskulatury jak w "Thorze". A rusza się tak sprawnie, że z całą pewnością przeszedł niejeden wojskowy trening i łatwo jest widzom uwierzyć, że jego postać jest w stanie w pojedynkę dokonać decymacji całej bengalskiej policji.

"Extraction" ma tempo, rewelacyjne sceny akcji (pościg samochodowy na jednym ujęciu jest po prostu wow!), niezbędną dawkę przemocy oraz zrozumiałą fabułę. A propos - sceny z dziećmi ze slumsów zamienionymi w żołnierzy są naprawdę mocne! Niestety takie są realia wielkich metropolii w tamtym rejonie świata. A jeśli mało Wam było bengalskiego mordobicia to nie martwcie się, bo Tyler Rake podobno powróci w sequelu. A może prequelu? Czas pokaże!

Wniosek: Najlepsze co widziało kino akcji od czasów "Johna Wicka"! Jest tempo!


"The Old Guard"

"The Old Guard"

O czym to jest: Grupa nieśmiertelnych najemników walczy ze złymi ludźmi.

the old guard film netflix recenzja charlize theron greg rucka

Recenzja filmu:

Nadrobiłem kolejny hit czasów pandemii - superprodukcję Netflixa "The Old Guard", będącą ekranizacją komiksu o tym samym tytule. Dodajmy: ekranizacją niezwykle wierną, bo twórca komiksu Greg Rucka był jednocześnie scenarzystą filmu. Fabuła na odległość pachniała mi "Nieśmiertelnym", a z bliska to nawet nie udawała że jest czymś innym niż nieco gorszą kopią wspomnianego hitu z Christopherem Lambertem. Jedyna różnica jest taka, że w "Nieśmiertelnym" tytułowy bohater walczył z innymi mu podobnymi, tu zaś wieczni wojownicy ścierają się z ludźmi, których aktualnie w danym wieku uważają za "tych złych".

Grupie naszych bohaterów przewodzi Charlize Theron, która bez wątpienia jest aktualną królową kina akcji (co z powodzeniem udowodniła już w "Atomic Blonde"). Cóż za forma! Oglądanie jej w rozróbach na ekranie to prawdziwy przywilej, bo Theron rusza się jak prawdziwa maszyna do zabijania - i to zarówno z bronią palną, jak i białą w rękach. Ona jest największą gwiazdą "The Old Guard" i to dla niej ogląda się ten film. Drugi plus to fajne wstawki historyczne z czasów zamierzchłych - szkoda jedynie, że było ich tak mało. Choć tu mam lekkie zastrzeżenie, bo zgodnie z fabułą Theron była oryginalnie scytyjską wojowniczką. Jeśli by tak było, to z tego co wiem z archeologii i antropologii mogę być raczej pewien, że Scytyjka nie wyglądałaby jak wysoka, szczupła modelka o burskim pochodzeniu (Scytowie zaliczali się do ludów irańskich). Zresztą przebłyski Charlize Theron w futrzastej czapce wyglądały dość karykaturalnie...

Niestety mam też inne zastrzeżenia - nie licząc udanych scen walki, fabuła widowiska była dość nudna i przewidywalna. Od razu wiadomo było kto jest zły, kto dobry, kto jest zdrajcą, a kto się nawróci. Do tego smętna muzyka w tle niebezpiecznie znosiła "The Old Guard" na mielizny kina dla późnych nastolatków. Jeśli to ja miałbym decydować, uczyniłbym "The Old Guard" kinem w połowie dziejącym się w przeszłości w różnych okresach historycznych, a w połowie we współczesności - coś jak "Assassin's Creed", tylko lepiej zrobione. Ale mamy co mamy i w sumie nie ma co narzekać, bo widok Charlize Theron z toporem naprawdę to wynagradza. Zresztą finał filmu kieruje widzów na ewidentny sequel, więc pozostaje nam czekać: nieśmiertelni powrócą!

P.S. Specjalne propsy ode mnie za bardzo mocny, świetnie poprowadzony i wiarygodny wątek LGBT. Brawo! Właśnie tak powinno to się robić w Hollywood!

Wniosek: Jako kino akcji w porządku, jako film mogłoby być lepsze.


"Greyhound" ("Misja Greyhound")

"Greyhound" ("Misja Greyhound")

O czym to jest: Amerykański niszczyciel ochrania konwój na Atlantyku w czasie II wojny światowej.

misja greyhound tom hanks film uboot apple tv recenzja

Recenzja filmu:

Takich filmów już się nie robi! Śmiem twierdzić, że ostatni raz naprawdę dobry film klasy "Greyhound" opowiadający o pojedynku niszczyciela z okrętem podwodnym widzieliśmy w 1957 roku (mam na myśli słynny "Podwodny Wróg" z Robertem Mitchumem i Curtem Jurgensem). Oczywiście w międzyczasie pojawiło się trochę dobrych produkcji z U-bootami w tle - tu wymienię oczywiście kultowe "Das Boot" i "U-571" - ale dawno już Hollywood nie zaprezentowało nam solidnego, marynistycznego kina wojennego, gdzie białe jest białe, a czarne jest czarne, bez żadnych odcieni szarości.

Tom Hanks ponownie powrócił na front II wojny światowej tym razem w roli podstarzałego kapitana niszczyciela, który otrzymał swoje pierwsze dowództwo tylko dlatego, że marynarce nie udało się znaleźć nikogo lepszego. Ale nie martwcie się, bo to dalej Tom Hanks, czyli można być pewnym, że tanio skóry nie sprzeda! "Greyhound" został nakręcony jako film kinowy, jednak z powodu pandemii koronawirusa finalnie wylądował na serwisie Apple TV, który ostatnio ma coraz bogatszą i ciekawszą ofertę, uważnie przykuwając tym moją uwagę. Muszę przyznać, że od dawna tak dobrze nie bawiłem się przed ekranem! Tempo filmu było tak imponujące, że gdy nadeszły napisy końcowe miałem wrażenie że minęło parę godzin, a to wszystko zmieściło się w zaledwie 90 minutach! Uwielbiam produkcje które nie rozwlekają fabuły do granic tolerancji, tylko treściwie i sprawie pokazują wszystko co trzeba. W tym wypadku doskonale widzieliśmy co się dzieje na ekranie, gdzie są poszczególne okręty i czemu Tom Hanks robi to co robi. Mój uśmiech wzbudziło też diaboliczne przedstawienie U-bootów jako piekielnych stworzeń z dna oceanu - a dźwięk jakie wydawały przy wynurzeniu do złudzenia przypominał kaiju z "Pacific Rim". Nie było żadnych wątpliwości, że są to "źli goście", których należy potraktować bombami głębinowymi! Tak jak to już parę razy stwierdzałem, zabijanie nazistów zawsze jest na plus!

Dam "Greyhound" ocenę bardzo dobrą, a nie celującą, ze względu na parę niedociągnięć - przede wszystkim to, że z jakiegoś powodu główny u-boot wziął sobie na cel zatopienie niszczyciela z Tomem Hanksem. W rzeczywistości w czasie bitwy o Atlantyk U-booty polowały na tłuste transportowce, a w przypadku namierzenia przez okręty osłony, chowały się w głębinach lub uciekały. Podjęcie walki 1:1 z niszczycielem miałoby miejsce wyłącznie w skrajnej sytuacji - zwłaszcza że standardowy U-boot typu VII miał na pokładzie zaledwie czternaście torped i nie marnowałby ich na jeden smutny niszczyciel. Wątpię też, by Niemcy stosowali metodę wojny psychologicznej i zasypywali Amerykanów złowieszczymi komunikatami radiowymi o tym, jak to na nich polują. Ale mimo tych wad nie ma co się obrażać, bo "Greyhound" to nadal znakomite kino, które z pewnością dołączy do mojej kolekcji wojennych klasyków.

Wniosek: Znakomite kino wojenne i marynistyczne. Przykuwa do ekranu!


"Avenue 5"

"Avenue 5"

O czym to jest: Luksusowy wycieczkowiec w kosmosie staje przed serią poważnych problemów. Rozwiązać je może tylko... no właśnie, kto?

avenue 5 serial hbo recenzja hugh laurie josh gad

Recenzja serialu:

Rok 2020, pośród rzecz jasna wielu przykrych wydarzeń, przyniósł nam jak do tej pory też parę miłych niespodzianek. Jedną z nich jest kolejny dowód na prawdziwość powiedzenia, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Tym trzecim jest oczywiście widz, a dwoma rywalami są giganci serwisów VOD - Netflix oraz HBO. To nie przypadek, że niemalże w tym samym momencie obydwie platformy wypuściły bardzo podobne seriale komediowe dziejące się w kosmosie i ukazujące współczesność w krzywym zwierciadle. W przypadku HBO jest to "Avenue 5", a w Netflixie "Space Force" (ciekawostka: obydwa seriale współdzielą nawet jedną drugoplanową aktorkę). I choć w kategorii komedii wygrał zdecydowanie Netflix, to jednak i produkcja HBO ma kilka ogromnych zalet, których nie sposób pominąć.

W "Space Force" twórcy sparodiowali głównie amerykańskie wojsko oraz urzędującą administrację Prezydenta Trumpa. Z kolei w "Avenue 5" wojska nie ma w ogóle, a polityki tylko troszkę (z rewelacyjną wizją Białego Domu zarządzanego przez grupę zblazowanych millenialsów z sojową latte w dłoni i sztuczną inteligencją w tle). Na ruszt wzięto głównie amerykańskie społeczeństwo - i mówię Wam, zrobiono to nie biorąc jeńców! Nie zostawiono suchej nitki na "przeciętnym Amerykaninie", którego nikt nie reprezentuje lepiej niż postać Karen (imię nieprzypadkowe - w amerykańskim slangu "Karen" znaczy tyle co "Grażynka"), czyli wyszczekanej matrony w średnim wieku ustawiającej po kątach wszystkich do poziomu kapitana statku włącznie, mimo że sama nie ma ku temu kompetencji. Pojechano ostro po zblazowanych milionerach (chwała Joshowi Gadowi, który godnie wszedł w buty Jacka Blacka jako naczelny śmieszek Hollywood), nawiedzonych "życiowych coachach" (Matt!), podstarzałych facetach żyjących cieniem dawnej chwały (nieprzypadkowa rola Ethana Phillipsa, znanego w sumie tylko ze "Star Trek: Voyager"), a także całym biznesie rozrywkowym, rzecz jasna z wielkimi wycieczkowcami na czele. Jeśli śledzicie wydarzenia na świecie to wiecie, że Amerykanie wprost kochają wielkie wycieczkowce, które są w zasadzie pływającymi galeriami handlowymi - ładują się na nie całymi rodzinami na miesiąc czy dwa i pływają w kółko po Karaibach, w ogóle nie schodząc na ląd (bo i po co?). Ale to nie wszystko, bo do tego koktajlu trzeba też dodać w kółko ignorowanych naukowców, święte przekonanie że "to lepsze co ładniejsze", szczyptę religijnego fanatyzmu (nawiązanie do Jana Pawła II było tak histerycznie śmieszne i obrazoburcze, że dziwię się że w Polsce póki co przeszło bez echa), a także niezłomną wiarę Amerykanów w teorie spiskowe - tu powiem jedynie: SCENA ZE ŚLUZĄ. Jeśli nie macie czasu oglądać tego serialu to zaufajcie mi, sceny ze śluzą w ósmym odcinku nie można przegapić (zwłaszcza w świetle aktualnie szalejącej pandemii). Zwala z nóg!

Z powodu powyższych elementów "Avenue 5" czasami jest zbyt poważne jak na serial komediowy, co powoduje pewien dysonans u widza. Ale to komedia absurdów (która nie stroni również od niskiego, fekalnego humoru), więc chyba wszystkie chwyty są dozwolone. Nie byłem w stanie złapać wprawdzie wszystkich żartów czy gagów, a i dialogi wydawały mi się momentami zbyt chaotyczne by dało się z nich wyczytać jakiś sens. Za to aktorzy nadrabiali to z nawiązką! Zanim Hugh Laurie został światowej sławy "Dr House'm", razem ze Stephenem Fry'em i Rowanem Atkinsonem rządził brytyjską sceną komediową w latach 80. i 90. Cieszę się, że Laurie mógł znów udowodnić, że jego naturalny humor nie poszedł w zapomnienie! Nie sposób mi wymienić wszystkich świetnie skonstruowanych postaci (bo jest ich wiele), więc powiem tyle: naprawdę mam ochotę zobaczyć ich dalsze przygody w drugim sezonie "Avenue 5", co powinno mówić samo za siebie.

"Avenue 5" pewnie mogłoby być lepszym serialem (czasami widać było oszczędności budżetowe, głównie w kwestii scenografii - choć mógł to być też zamierzony gag twórców), z nieco mniej chaotycznym humorem i bardziej równym poziomem. Ale za tak celne sparodiowanie amerykańskiej mentalności należą się prawdziwe brawa! Co ciekawe - obawiam się, że Polacy postawieni w analogicznej sytuacji nie zachowywaliby się wiele lepiej...

Wniosek: Miejscami przeciętne, ale ma genialne i prawdziwie błyskotliwe wrzuty!


"Star Trek: Picard"

"Star Trek: Picard"

O czym to jest: Emerytowany admirał Picard wyrusza w swoją ostatnią misję.

star trek picard serial amazon patrick stewart

Recenzja serialu:

Ostatnie czego bym się spodziewał po klasycznej serii "Star Trek" to obwieszczenie, że Patrick Stewart po 18 latach od premiery filmu "Nemesis" powróci do roli Jean-Luc Picarda! Na szczęście życie jest pełne niespodzianek i niedawny renesans serialowego "Star Treka" rozpoczęty przez "Discovery" przyniósł również kolejne kosmiczne przygody Federacji Zjednoczonych Planet, kontynuujące akcję "do przodu", a nie "do tyłu" w linii czasowej, śmiało idąc tam, gdzie nikt nie poszedł wcześniej!

Moja ogólna ocena jest jak najbardziej pozytywna. Twórcy serialu wykonali kawał solidnej roboty, tworząc 10-odcinkową opowieść puszczającą oko zarówno do wieloletnich fanów jak i nowych widzów znających wyłącznie trekowe filmy i seriale, które powstały w ostatnich latach. Głównym zrębem fabuły jest kwestia sztucznej inteligencji (androidów), którą po raz pierwszy poruszono w "The Next Generation" za pomocą postaci komandora Daty. Tutaj jego wątek - teoretycznie zakończony w "Nemesis" - ma swój ciąg dalszy i jestem pod wrażeniem jak bardzo konsekwentnie go poprowadzono. Głównymi złoczyńcami po raz kolejny zostali Romulanie, choć nie wszyscy, czego dowodem jest postać romulańskiego ninja Elnora, wiernie towarzyszącego Picardowi w jego kosmicznych zmaganiach. Cieszę się również, że nie zapomniano o Borgach, najlepszym wrogu jakiego wydało to uniwersum - i to jeszcze w jakim stylu! Powrót takich postaci jak Seven of Nine z "Voyagera" czy Hugh ze wspomnianego "The Next Generation" musiał wzbudzić entuzjazm każdego fana wychowanego na oryginalnych produkcjach. Ale to oczywiście nie są dokładnie te same, szablonowe postacie, które mogły z powodzeniem istnieć w latach 80 czy 90. "Picard" jest bowiem trekowym serialem na miarę drugiej dekady XXI wieku. Każda z postaci ma swoje demony i dylematy moralne, a także sporo za uszami (z morderstwem i alkoholizmem włącznie). Nawet sam posągowy Picard, tu postawiony przed obliczem nieuchronności starości i śmierci, mierzy się z grzechem własnej arogancji, który kosztował życie miliardów istot. Jako widz właśnie tego oczekuję od "Star Treka" - stawiania poważnych pytań i filozoficznych rozważań adekwatnych do współczesności. Czapki z głów panie i panowie twórcy!

Na koniec specjalne ukłony kieruję rzecz jasna do samego Patricka Stewarta, który udowadnia że jest jednym z najlepszych klasycznych aktorów "starej gwardii", łączącym w sobie wszystkie zalety teatru i telewizji. Gładko wrócić w buty tej samej postaci po niemal dwóch dekadach - to potrafią tylko prawdziwi fachowcy. I choć oczywiście "Picard" ma swoje wady, dłużyzny, pewne skróty fabularne czy jazdę po schematach, to jedno jest pewne - wespół z "Discovery" przywrócił życie temu wspaniałemu uniwersum, które (mam nadzieję) potrwa kolejne kilka dekad. Live long and prosper!

Wniosek: Świetna produkcja, łącząca w sobie zalety "Star Treka" ze wszystkich epok.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"Space Force" ("Siły Kosmiczne")

"Space Force" ("Siły Kosmiczne")

O czym to jest: Amerykanie tworzą nowy rodzaj sił zbrojnych - Siły Kosmiczne. Na ich czele zostaje postawiony uparty generał.

siły kosmiczne serial netflix recenzja steve carell john malkovich lisa kudrow

Recenzja serialu:

W ciągu ostatnich lat aktywnego oglądania filmów i seriali oraz recenzowania ich na Jest Kultowo zauważyłem pewną prawidłowość. Jeśli recenzenci wszem i wobec wieszczą, że dana produkcja jest kiepska, to w 90% przypadków będzie mi się podobać! Działa to też odwrotnie, choć rzadziej. I muszę przyznać że często nie wiem, dlaczego ktoś krytykuje daną produkcję. "Space Force" nazwano serialem nudnym, wtórnym, przewidywalnym i nieśmiesznym... Guzik prawda! Odnoszę wrażenie, że amerykańscy recenzenci nie są przygotowani na radzenie sobie z inteligentną satyrą, która jest dla nich zwyczajnie za trudna!

"Space Force" jest serialem zadziwiająco głębokim - i to pomimo krótkiej, komediowej formy. Umiejętnie balansuje pomiędzy humorem niemalże slapstickowym, a poważnym dramatem obyczajowym, nie przekraczając jednak granic obydwu gatunków. Bywa cholernie śmieszny, ale też i wzruszający. Porusza ważne kwestie społeczne, ale i jedzie równo po stereotypach. A na dodatek robi świetny użytek z motywów popkultury, wplatając je w gagi i dialogi postaci. Ach właśnie, postacie - to chyba największa siła "Space Force"! Coraz bardziej doceniam Steve'a Carella, którego w wiodącej roli oglądam po raz pierwszy (tak, wiem że w końcu muszę obejrzeć amerykańskie "The Office"...). Jego postać generała Nairda jest niesamowita! Z jednej strony to tępy bufon i arogant, a z drugiej człowiek o niezwykłej empatii i bystrości umysłu, potrafiący słuchać innych kiedy wymaga tego sytuacja. Uzupełnia go John Malkovich jako cyniczny naukowiec, cierpliwie studzący co bardziej szalone pomysły generała. Ale to nie koniec fantastycznych postaci! Jest też obrzydliwie uśmiechnięty marketingowiec (mój faworyt), wspaniale głupi asystent generała, znerwicowana pani pilot, zblazowana nastoletnia córka generała i jej tępy jak kołek adorator z głębokiej Alabamy... Do wyboru, do koloru! To postacie i dynamika między nimi powodują, że "Space Force" ogląda się naprawdę przyjemnie.

Co ciekawe, serial jest niejako oparty na faktach - amerykańskie Siły Kosmiczne powołano jako osobny rodzaj sił zbrojnych zaledwie w 2019 roku dekretem Prezydenta Trumpa który z jakiegoś powodu uznał, że USA muszą zawładnąć kosmosem. I od razu jak tylko to ogłosił, filmowcy ruszyli na plan słusznie uznając, że takie chaotyczne powoływanie wojsk kosmicznych które nie latają w kosmos, stanowi znakomite pole dla komedii. I mieli rację! Nadto nakręcili serial dla inteligentnego widza, a takie szanuję najbardziej. Z miłą chęcią powitam wkrótce drugi sezon mając nadzieję, że nie będzie ostatnim. W końcu w kosmosie jest tyle planet do skolonizowania!

Wniosek: Bardzo pogodny, bystry i zabawny serial. Fajnie się ogląda!


"Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga" ("Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga")

"Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga" ("Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga")

O czym to jest: Islandzki duet nieudaczników startuje w Konkursie Eurowizji.

eurowizja historia zespołu fire saga film netflix ferrell mcadams brosnan

Recenzja filmu:

Nie dane mi było z powodu pandemii obejrzeć tegorocznego Konkursu Eurowizji (niestety został odwołany - choć zastępczy show był całkiem fajny), co - tu oczywiście żartuję - uważam za jedną z większych tragedii spowodowanych przez koronawirusa! Jeśli jesteście zdziwieni to wyjaśnię, że jestem ogromnym fanem Eurowizji od lat. Co roku dzień Konkursu oznacza u mnie w domu jedno: wielką imprezę i dużo alkoholu, bo tak wybornego zbiorowiska żenady, paździerzu i absurdu nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie! A wszystko to podlane politycznym sosem (głosowanie!), co dla mnie jako politologa z wykształcenia jest fantastyczną frajdą. I cieszę się, że nie tylko ja to dostrzegłem, bowiem w końcu otrzymaliśmy to, na co nie wiedzieliśmy że czekamy, a czego absolutnie potrzebowaliśmy: oficjalny film o Eurowizji!

Mówię oficjalny, bowiem władze Konkursu dały filmowi swoje błogosławieństwo, udostępniając miejsca, materiały i całe know-how niezbędne do oddania prawdziwego ducha filmu. Co większych sztywniaków może dziwić, dlaczego Eurowizja zgodziła się by nakręcić absurdalną komedię o niej samej. To proste - żeby prowadzić taki show przez kilkadziesiąt lat utrzymując go świeżym i przy życiu trzeba mieć dystans do samego siebie! Jeśli nie wierzycie, to koniecznie obejrzyjcie "Love Love Peace Peace", fragment Konkursu z 2016 roku, w którym Eurowizja w najlepszy możliwy sposób pojechała sama po sobie. Uwielbiam pasjami!

Will Ferrell, główna gwiazda "The Story of Fire Saga", dzięki swojej szwedzkiej żonie stał się fanem Eurowizji prawie dwie dekady temu i od tej pory chciał nakręcić film o tym wydarzeniu. I w końcu dopiął swego! Warto było tyle czekać, bo z tym filmem jest jak z samą Eurowizją - dopóki nie obejrzysz, wydaje ci się że to jakaś tragedia, ale po obejrzeniu jesteś autentycznie zachwycony (o ile umiesz się bawić konwencją). Szkoda tylko że Ferrell postanowił również zagrać w tej produkcji - dwie dekady temu może miało to sens, ale teraz jako aktor po pięćdziesiątce był do tej roli po prostu za stary. Na szczęście zatrudnienie Rachel McAdams jako drugiej głównej bohaterki było strzałem w dziesiątkę! Nie znałem wcześniej jej komediowego talentu i jestem autentycznie zauroczony. Jednak wszyscy zgodnie przyznają, że prawdziwą gwiazdą "The Story of Fire Saga" jest niepowtarzalny Dan Stevens jako rosyjski wokalista Lemtov (i tak, Stevens naprawdę śpiewa takim głosem - wątpiących zapraszam do filmu "Piękna i Bestia"). Jego makiaweliczny Lemtov razem z grecką wokalistką stanowią świetny duet zblazowanych diabłów, wodzących na pokuszenie anielską parę islandzkich marzycieli. Chwyt stary jak świat, ale za to jakże uroczy! Dodam jeszcze że w rolach wspierających pojawili się Pierce Brosnan (który jak wino im starszy, tym lepszy) oraz Graham Norton - prywatnie ogromny fan Eurowizji - grający samego siebie! 

Jeśli wiecie co to jest Eurowizja i co tam się dzieje, ten film jest jak spełnienie marzeń. Celne i trafne gagi, smaczki i nawiązania - jest tego tyle, że aż nie wiem co wybrać! Koło dla chomików, kostiumy z szarfami, Lordi, heheszki z Islandii, Rosji, Wielkiej Brytanii czy San Marino, wątki LGBT... Ale prawdziwą wisienką na torcie jest "Song-Along" w scenie imprezy, gdzie pojawią się autentyczni zwycięzcy i uczestnicy Eurowizji z poprzednich lat! Ta scena z automatu stała się kultowa, a ja oficjalnie żądam, by "Song-Along" na stałe weszło do corocznego repertuaru Eurowizji! 

Jeśli zaś nie wiecie co to Eurowizja, to ten film jest doskonałą okazją by spróbować wyjaśnić fenomen tego wydarzenia. Bo Konkurs Eurowizji to nie jest po prostu kolejny festiwal muzyczny. Cytując bardzo trafną wypowiedź: "It's not a contest, it's a celebration". Tylko błagam, pamiętajcie o najważniejszym: pod żadnym pozorem nie traktujcie tego na serio! 

Wniosek: Urocza komedia muzyczno-romantyczna, w której scenariusz pisał się sam!


"Grant"

"Grant"

O czym to jest: Historia Ulyssesa Granta, człowieka który wygrał Wojnę Secesyjną i późniejszego Prezydenta USA.

grant dokument miniserial history

Recenzja miniserialu:

Ten miniserial nie mógł wyjść w bardziej dogodnym czasie. Czerwiec 2020 roku to moment w historii, w którym w USA trwają największe zamieszki na tle rasowym od pół wieku. Dlatego tak odpowiednie wydaje się być przywołanie do apelu Ulyssesa Granta, dziś mocno zapomnianego przez historię człowieka, który - można powiedzieć że prawie w pojedynkę - wygrał Wojnę Secesyjną (czyli amerykańską wojnę domową w latach 1861-1865), a następnie był Prezydentem USA przez dwie kadencje. Dość powiedzieć, że w drugiej połowie XIX wieku był prawdopodobnie najsłynniejszym człowiekiem na świecie!

"Grant" to trzyodcinkowy miniserial w formie fabularyzowanego dokumentu, nakręconego w oparciu o autobiografię samego Granta (ukończył ją kilka dni przed śmiercią). Wypowiedzi historyków przeplatane są tu z fabularnymi wstawkami prezentującymi życiorys Granta zaczynając od ubogiego dzieciństwa, przez dwie wojny (z Meksykiem oraz Secesyjną), na bramach Białego Domu kończąc. Mimo że to produkcja telewizyjna, to sceny batalistyczne, aktorstwo czy dialogi w niczym nie ustępują kinowym hitom. Świetnie przedstawiony jest kontrast między Grantem a dowódcą wojsk Konfederacji generałem Lee jako starcie pierwszego dowódcy "nowych wojen" (w rodzaju wojen światowych) z ostatnim dowódcą "starych wojen" (w rodzaju wojen napoleońskich). Mam tu na myśli również starcie klas społecznych i światopoglądów, Grant bowiem był zagorzałym przeciwnikiem niewolnictwa (zresztą sam ofiarował wolność niewolnikowi, przyznanemu mu w ramach posagu żony).

Większość część fabuły miniserialu zajmuje jednak Wojna Secesyjna i nic w tym dziwnego. To wyjątkowo krwawe starcie (ponad 600 tys. zabitych) wybuchło z wielu przyczyn, z czego najważniejszą kwestią była oczywiście sprawa niewolnictwa i emancypacji czarnej ludności. W wielkim skrócie: południowe stany stwierdziły, że północne stany pod przewodnictwem Prezydenta Lincolna zechcą odebrać im ich własność - czytaj niewolników. I choć nikt nie miał takich planów, południowcy ogłosili secesję, zawiązali Konfederację i przypuścili atak na wojska federalne. Odpowiedź mogła być tylko jedna: krwawa wojna, w której - jak na ironię - Północ musiała przyznać wolność czarnej ludności. W ten oto sposób Południe samo strzeliło sobie w głowę i to na własne życzenie. A zaszczytu pochowania skonfederowanego trupa dostąpił Ulysses Grant, jedyny generał Unii który nie bał się walczyć zawsze i wszędzie, nigdy nie odpuszczał i rozumiał, że jedynym sposobem ocalenia Stanów Zjednoczonych jest totalna, bezwarunkowa kapitulacja rebeliantów. I miał rację!

Szkoda tylko, że z różnych przyczyn - o nich szerzej dowiecie się z miniserialu - Grant nie dał rady dokończyć procesu Rekonstrukcji, czyli społecznej i gospodarczej odbudowy Południa, które ogniem i mieczem miało przeorać tamtejszą ludność i siłą zaciągnąć ją do nowożytnego świata. Gdyby Grantowi pozwolono działać zgodnie z jego wizją, jestem przekonany że w kolejnych pokoleniach nie byłoby masakry w Tulsie, zamieszek w Detroit, Martin Luther King pozostałby zwykłym pastorem, a Rodney King czy George Floyd dożyliby sędziwego wieku. Po obejrzeniu "Granta" zrozumiałem że to, co zaczęło się w 1861 roku w pewien sposób trwa (niestety) do dzisiaj. I chyba po ponad 150 latach najwyższa pora doprowadzić to do końca, nieprawdaż?

Polecam Wam "Granta" jako doskonałą biografię na czasy współczesne. I następnym razem gdy weźmiecie łyk whisky czy zapalicie dobre cygaro, wspomnijcie tego skromnego żołnierza, który miał odwagę iść naprzód dokładnie wtedy, gdy świat chciał zrobić spektakularny krok w tył. Dziękuję, Panie Generale!

Wniosek: Rewelacyjna analiza dlaczego Wojna Secesyjna wybuchła, jak wyglądała i czemu w pewien sposób trwa do dzisiaj.


"Little Women" ("Małe Kobietki")

"Little Women" ("Małe Kobietki")

O czym to jest: Ponadczasowa opowieść o siostrzanych więziach, dorastaniu i dokonywaniu wyborów w zgodzie ze sobą.

małe kobietki film 2019 recenzja watson ronan dern chalamet

Recenzja filmu:

Bardzo lubię kino kostiumowe, nie oznacza to jednak, że kocham wszystkie produkcje tego typu bezkrytycznie. Jest cała masa filmów, które do mnie nie przemówiły jak "Zakochana Jane", "Zakochany Szekspir" czy "Nędznicy". Specjalne miejsce w moim sercu zajmują również ekranizacje książek i muszę się do czegoś przyznać (chociaż wiem, że wielu osobom się tym narażę): otóż czasem wolę ekranizację od literackiego pierwowzoru. W tym miejscu zaznaczę, iż "Małych Kobietek" (jeszcze) nie czytałam, ale ich treść jest na tyle znana, że w niczym to nie przeszkadza.

Mamy naprawdę sporo filmów kostiumowych w naszej domowej kolekcji. Wiele z nich trzymamy nie tyle dla fabuły, co dla przedstawionych realiów, kostiumów, scenografii czy aktorstwa. Może dlatego nie miałam ochoty oglądać "Małych Kobietek" na dużym ekranie? Podświadomie chyba założyłam, że to kolejny film, w którym warstwa estetyczna wprawdzie pociągnie przewidywalną fabułę na tyle bym nie zasnęła w kinie, ale niczym więcej nie zaskoczy. Pozytywne recenzje przekonały mnie jednak aby sprawdzić o co tyle hałasu.

I tu przyznaję - moje uprzedzenia okazały się niesłuszne. Oczywiście wizualnie film wypada super, ale dodatkowo znajdziemy w tej produkcji lekkość przekazu. Mimo zachowania wielu elementów z pierwotnego charakteru i przesłania, historia jest opowiedziana w sposób na tyle współczesny, że widz nie odczuwa anachronizmu. Za to z zaciekawieniem śledzi losy bohaterek.

Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana. Zaczyna się w trakcie Wojny Secesyjnej. Cztery siostry, pod nieobecność ojca, pomagają matce w jej działalności dobroczynnej, chociaż same nie opływają w luksusy. W wolnym czasie snują plany na przyszłość i realizują swoje pasje, a towarzyszem ich zabaw jest chłopak z sąsiedztwa, dziedzic sporego, rodzinnego majątku. Wydarzenia w filmie zaprezentowane są w sposób nielinearny, dlatego sceny z dzieciństwa przeplatają się z okresem dorosłości tworząc spójną opowieść o dojrzewaniu, ponoszeniu odpowiedzialności i realizacji marzeń. Mamy tu do czynienia z udaną i nienachalną prezentacją problemów, które towarzyszą również współczesnym kobietom, dla których obawy związane z próbą łączenia wielu ról społecznych i własnych ambicji nie są wcale obce. Odbiór społeczny dokonywanych wyborów to wciąż istotny czynnik w ich życiu codziennym. Bardzo cenne jest przesłanie zawarte w opowieści, podkreślające, iż porzucenie dawnych ideałów nie musi być porażką, a jest jedynie efektem przebudowy systemu wartości i nie ma w tym nic złego.

Bohaterki, które widzimy na ekranie są autentyczne i szczere, a przez to wiarygodne. I tu wielkie brawa dla twórców, gdyż materiał źródłowy niemal błaga by pójść na łatwiznę i wcisnąć postacie w znane i sprawdzone klisze. Dzięki sprawnemu nakreśleniu poszczególnych osobowości, łatwo nam spojrzeć na świat oczami bohaterów i zrozumieć ich rozterki, nawet jeśli nie zawsze zgadzamy się z przekonaniami jakie reprezentują. Jedyna rzecz, która wydaje się nieco niweczyć efekt to zakończenie. Po bardzo sprawnym uwspółcześnieniu wielu motywów i kwestii, udanej prezentacji bohaterek oraz ich przemiany, ostateczne rozwiązanie akcji wydaje się być z innej epoki i nie jest w moim odczuciu należytym zwieńczeniem tej produkcji. A szkoda. Czy jest to film rewolucyjny? Nie. Ale jest bardzo współczesny w wymowie i jestem przekonana, że nawet osadzony w naszych realiach obroniłby się jako niezłe kino obyczajowe.

Wniosek: Nowoczesne i całkiem przyjemne spojrzenie na klasykę literatury. 


"Agent Carter" ("Agentka Carter")

"Agent Carter" ("Agentka Carter")

O czym to jest: Agentka walczy ze złoczyńcami i seksistowskimi uprzedzeniami kolegów z pracy.

agentka carter serial recenzja marvel shield

Recenzja serialu:

"Agentka Carter" to produkcja specyficzna. Osadzenie w konkretnej konwencji, sprawia, iż widz ma dwa wyjścia: albo polubi ją od razu albo nie wytrzyma ani minuty przed ekranem. Osobiście kocham stylistykę retro, nawet jeśli mamy do czynienia ze stylizacją, a nie odwzorowaniem 1:1. Pewnie właśnie dlatego tak lubię klimat pierwszego "Kapitana Ameryki". W dobie tworzenia skomplikowanych antybohaterów dręczonych demonami przeszłości, miło czasem sięgnąć po coś prostszego. "Agentka Carter", dość banalna przygodówka z bohaterami, których łatwo polubić, to kandydat idealny. 

Młoda Peggy Carter, chociaż zdolna i bardzo zaangażowana w swoją pracę dla Naukowych Rezerw Strategicznych (N.R.S.) musi walczyć nie tylko ze złoczyńcami, ale i seksistowskim traktowaniem ze strony kolegów. I wbrew niektórym krytykom nie jest to jakiś wydumany, feministyczny manifest. Kobiety w czasach w jakich jest osadzona historia naprawdę miały pod górkę i musiały na każdym kroku udowadniać, że nadają się do tzw. "męskiej roboty". Poza problemami na polu zawodowym nasza bohaterka przeżywa również rozterki sercowe związane ze stratą ukochanego Steve'a Rogersa czyli Kapitana Ameryki. Na drugim planie kuśtyka Daniel Sousa, kolega Carter z biura, a także miliarder Howard Stark wraz ze swym lokajem, przeuroczym Edwinem Jarvisem. 

Przepis na ten serial jest prosty: tajemnica do rozwiązania, mniej lub bardziej nieoczekiwane zwroty akcji, przygoda i sympatyczni bohaterowie. W centrum tego wszystkiego stoi błyskotliwa Agentka Carter, która nie boi się ubrudzić rąk gdy trzeba walczyć w słusznej sprawie i zawsze robi to w nienagannym stylu i z klasą. Serial skończył się na dwóch sezonach i moim zdaniem to dobrze, gdyż na dłuższą metę konwencja zaczyna być męcząca i irytująca. Stanowi za to znakomitą odskocznię dla widza zmęczonego historiami o bohaterach "na poważnie", których wśród produkcji Marvela nie brakuje.

Wniosek: Przyjemny serial przygodowy osadzony w konwencji retro.



<<< Sprawdź kolejność oglądania seriali Marvela! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger