Polecamy

Paramount+ jako nowy serwis streamingowy

Paramount+ jako nowy serwis streamingowy

Na wiosnę tego roku, a konkretnie 4.03.2021, startuje nowy serwis streamingowy o nazwie Paramount+. Platforma ma zastąpić CBS All Access i docelowo planuje rozszerzyć swój zasięg na cały świat.

paramount+ paramount VOD streaming cbs

Warto wspomnieć, iż to dzięki CBS powstają nowe serialowe produkcje Star Trekowe jak "Discovery", "Picard" czy zapowiadane "Strange New Worlds". Na szczęście o ich los nie musimy się obawiać w najbliższym czasie, ponieważ są ważną częścią kampanii marketingowej Paramount+ 

Nowy serwis zaoferuje nam: 
* materiały stacji CBS, MTV, Bet, Comedy Central, Nickelodeon i kilku innych, 
* produkcje wytwórni filmowej Paramount Pictures, 
* oraz treści stacji Showtime, za które najprawdopodobniej trzeba będzie dodatkowo zapłacić 

Dlaczego Paramount+, a nie CBS ALL Access?

Zmiana nazwy serwisu łączy się z planowaną ekspansją na rynek światowy. Badania wykazały, że nazwę Paramount kojarzą ludzie na całym świecie, natomiast CBS jest rozpoznawalne tylko w Stanach Zjednoczonych.
Zainteresowanych odsyłamy bezpośrednio na stronę Paramount+ oraz na oficjalne konto serwisu na Instagramie 
paramount+ cbs alla access jest kultowo instagram star trek


"Catch-22" ("Paragraf 22") [2019]

"Catch-22" ("Paragraf 22") [2019]

O czym to jest: Przygody amerykańskich lotników na włoskim froncie w czasie II wojny światowej.

paragraf 22 serial 2019 hulu george clooney

 Recenzja miniserialu: 

Mój pradziadek był kowalem. Jako rzemieślnik z krwi i kości miał pewne powiedzenie: "Po mistrzu się nie poprawia". Szkoda że George Clooney i inni twórcy serialowego "Paragrafu 22" nie mieli takiego pradziadka, który przekazałby im podobną mądrość. Czasem gmeranie przy doskonałości przynosi skutek odwrotny od zamierzonego! A powieść Josepha Hellera "Paragraf 22" nie bez powodu uznawana jest za jedną z najwybitniejszych antywojennych pozycji w historii literatury. Jako ktoś, kto właśnie skończył lekturę i zaraz potem sięgnął po miniserial mogę tylko potwierdzić tę opinię. Niestety w porównaniu zarówno do książki, jak i kinowej ekranizacji z 1970 roku (również zatytułowanej "Paragraf 22"), miniserial wypada bardzo, bardzo słabo.

Tu jednak zaznaczę - słabo nie z powodu jakości wykonania, ale braku klimatu i przesłania. Kluczem do sukcesu powieści był idealny miks groteski i czarnego (bardzo czarnego!) humoru, który pod spodem ukrywał głęboki naturalizm i horror wojny, w której jedynym prawem był tytułowy Paragraf 22 - który może znaczyć tak naprawdę wszystko. To zasada bez zasad mówiąca o tym, że wojna i wojsko robią z ludźmi co chcą i nic nie można na to poradzić. Ale mimo tego ponurego przekazu "Paragraf 22" rozśmiesza do łez podczas lektury. Co zaś zrobili twórcy serialu? Niemalże skasowali cały humor i groteskę, zostawiając jedynie naturalizm. Czy zrobili to dobrze - oczywiście tak, jakości wykonania nie można nic zarzucić (wspomnę chociażby poruszające sceny ze Snowdenem czy McWattem). Ale widzieliśmy już II wojnę światową w takim wydaniu, z "Kompanią Braci" i "Pacyfikiem" na czele. Usunięcie humoru z "Paragrafu 22" pozbawiło tę historię wyjątkowości, ustawiając ją w długim szeregu innych, poprawnych produkcji wojennych. A w tym wypadku poprawność to za mało!

Jestem głęboko rozczarowany, bo książka prosiła się, by ją przenieść na ekran scena po scenie. Gdzie jest kluczowa dla fabuły vendetta dziwki Nately'ego, gdzie jest przesłuchanie kapelana, odwiedziny rodziny u umierającego żołnierza, spisek Orra, śledztwo w sprawie Irvinga Washingtona, "śmierć" doktora Daneeki, Głodny Joe i jego aparat, wszechwładny ex-szeregowiec Wintergreen etc.? No i przede wszystkim gdzie finałowy twist i oferta pułkownika Cathcarta dla Yossariana? Czego jak czego, ale zmiany finału powieści (i dorzucania nowych wątków) to nie jestem w stanie wybaczyć. Po co to zmieniali, po co?!

Oczywiście chwalę zarówno aktorstwo (Christopher Abbott, choć nie był książkowym Yossarianem, spisał się bardzo dobrze), jak i scenografię, sceny powietrzne czy zdjęcia. Ale tak jak mówię: to za mało. Pewnie gdybym nie czytał powieści byłbym bardziej usatysfakcjonowany, ale w tym wypadku nie mam innego wyjścia jak obniżyć ocenę o jeden punkt za zbytnią frywolność fabuły w stosunku do oryginału. Przeczytajcie powieść, a potem obejrzyjcie film z 1970 roku - to Wam polecam.

Wniosek: Dobrze zrobione, ale kompletnie pozbawione ducha i głębi oryginalnej powieści.


"Catch-22" ("Paragraf 22") [1970]

"Catch-22" ("Paragraf 22") [1970]

O czym to jest: Ekranizacja wybitnej antywojennej powieści Josepha Hellera o amerykańskich lotnikach w II wojnie światowej.

paragraf 22 film 1970 alan arkin jon voight

Recenzja filmu:

Macie czasem tak, że zupełnie przypadkowo wchodzicie do księgarni, jakaś książka przyciąga Wasz wzrok, otwieracie, czytacie kilka losowych zdań ze środka i dosłownie nie możecie się oderwać? Ja tak miałem z "Paragrafem 22" Josepha Hellera. Oczywiście natychmiast kupiłem książkę i wróciłem z nią do domu. Wiedziałem o niej wcześniej tyle że jest o II wojnie światowej i jest słynna. Ale nie spodziewałem się tak totalnej rewelacji! Gdy tylko skończyłem czytać, sięgnąłem po obydwie ekranizacje jakie do tej pory powstały - pierwszą w kolejce był film z 1970 roku. I to jaki film!

Współcześnie "Catch-22" niestety jest nieco zapomniany, głównie z powodu wypuszczonego w tym samym roku równie rewelacyjnego filmu "M.A.S.H.", na dodatek utrzymanego w podobnym klimacie (ugruntowanym dodatkowo przez kultowy serial). A szkoda, bo "Catch-22" to zarówno bardzo wierna ekranizacja, jak i kino-manifest zrodzone z buntu amerykańskiej opinii publicznej przeciwko trwającej wówczas wojnie w Wietnamie. W głównej roli znerwicowanego i szalonego (a jednocześnie najbardziej zdrowego na umyśle) bombardiera Yossariana wystąpił legendarny Alan Arkin, który od pierwszej chwili nie wzbudził żadnych moich wątpliwości - ciałem i duszą był Yossarianem! A jeśli czytaliście powieść to wiecie jak karkołomne było to zadanie aktorskie, jako że wielowarstwowość psychiki Yossariana nadawałaby się na koszmar studentów psychiatrii na całym świecie. Ale to nie koniec wielkich nazwisk w obsadzie: jako demoniczny Milo, który z poczciwego porucznika przeobraża się w bezwzględnego króla czarnego rynku wystąpił młodziutki Jon Voight (kult!), dobrodusznego Nately'ego zagrał Art Garfunkel (jego aktorski debiut), potrzelonego Dobbsa Martin Sheen, a ociężałego ciałem i umysłem generała Dreedle'a nie kto inny, jak Orson Welles! Po prostu wow!

Mój jedyny zarzut do filmu dotyczy skrótowości wątków z powieści, ale ciężko było zmieścić tak bogatą literaturę w dwóch godzinach na ekranie. Na szczęście zostawiono to co najważniejsze, z wątkiem Snowdena i vendettą dziwki Nately'ego na czele. Ponadto film kończy się w ten sam sposób co powieść, co ma wielkie znaczenie dla przesłania całej historii (czego nie można powiedzieć o głęboko rozczarowującym miniserialu "Catch-22" z 2019 roku - z nim rozprawiam się w innej recenzji). Pamiętajcie też, że to film z 1970 co oznacza, że na planie produkcji wykorzystano oryginalne i wciąż sprawne bombowce B-25 (z jednego z nich podczas zdjęć w powietrzu wypadł drugi reżyser, co jak się domyślacie skończyło się dla niego fatalnie). A scenografia wygląda tak jak - zakładam - wyglądały ówczesne realia zrujnowanych Włoch. Nie ma się do czego przyczepić!

Filmowy "Catch-22" posiada groteskę i psychodelę oryginalnej powieści, a jednocześnie niesamowitą głębię przesłania i psychologii postaci. Jest bez żadnych wątpliwości kinem antywojennym, ale też bardzo inteligentnym i wymagającym. Trafia w samo sedno! Kultowe dzieło jak stąd do wieczności.

Wniosek: Rewelacyjna ekranizacja, szkoda tylko że z konieczności skrócona w stosunku do powieści.


"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Pierwszy sezon zawiera 18 odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut (z czego jeden fabularny z elementami animacji) - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Beyond the Aquila Rift"
Zestawienie zaczynamy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami (?), obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją, która w ostatnim czasie zrobiła taki technologiczny skok, że prawdopodobnie w ciągu dekady będzie nie do odróżnienia od fabularnych produkcji. Fabuła odcinka kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji, która ma szansę zawojować świat. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Sucker of Souls"
Było o wilkołakach, teraz czas na wampiry! To dość prosta historia w formie klasycznej kreskówki o pewnym naukowcu, który chce odkryć wampiryczną tajemnicę upiornych katakumb. Gdy zaś znajdzie to czego szukał, to pozostanie mu odpowiedzieć na pytanie - czy grupka pyskatych najemników wystarczy, bo ocalić mu życie? Tak naprawdę w tej historii nie ma zbyt głębokiej fabuły, ale to nie szkodzi - ogląda się ją dobrze i w końcu o to chodzi!

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Odcinek bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków science fiction!

Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"The Favourite" ("Faworyta")

"The Favourite" ("Faworyta")

O czym jest: Historia niezwykłych relacji towarzyskich na dworze angielskiej królowej Anny.

faworyta film recenzja olivia colman emma stone rachel weisz

Recenzja filmu:

Przypomniałem sobie o tym filmie na kanwie trwających protestów spod znaku Strajku Kobiet. Panie jako słaba płeć, która robi to, co każą jej mężczyźni? Nie w tej historii! A jest to, dodajmy, historia prawdziwa rodem z XVIII wieku, gdy Anglią rządziła królowa Anna, a o jej względy walczyły dwie damy dworu - i to nie biorąc jeńców!

Jeśli oglądaliście jakikolwiek film Yorgosa Lanthimosa (ja poznałem go za pośrednictwem wybitnego "The Lobster"), to wiecie że jego produkcje mają co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście warstw. Seans jest prawdziwą ucztą dla oka, ucha oraz umysłu. Czytałem kiedyś spis wszystkich nawiązań i symboliki zawartej w "The Favourite" - lista wręcz nie miała końca! Nic tu nie jest bez przypadku, żadna scena, ujęcie, postać czy element scenografii. Na pozór to historia o kobietach uwikłanych w skomplikowany emocjonalno-erotyczny trójkąt zawierający taką samą dozę miłości i pożądania, jak i nienawiści oraz zazdrości. To relacja toksyczna do potęgi entej, zwłaszcza że jedna z tych kobiet jest królową Anglii! Nasze bohaterki zrobią wszystko by nie stracić ciężko wywalczonej pozycji, która zapewnia im bezpieczeństwo w rzeczywistości pełnej mężczyzn-idiotów. I płynie z tego ważna nauka: świat to wredne miejsce i jeśli chce się w nim przetrwać, trzeba walczyć o swoje na każdym kroku, gryźć, drapać, szarpać za włosy, byleby na końcu zwyciężyć! Protestującym na polskich ulicach paniom życzę dziś tyle wytrwałości, ile miała w sobie główna bohaterka Abigail - śmiertelnie niebezpieczna, jeśli postawiona w sytuacji bez wyjścia. I jaka skuteczna!

Jakakolwiek próba spłycenia czy prostego podsumowania przekazu "The Favourite" byłaby obrazą dla tego dzieła, więc powiem tyle: jeśli szukacie filmu z klasy tych wybitnych, w których poziom aktorstwa wybija skalę, a odczytywanie nawiązań stanowi zadanie intelektualne godne Sherlocka Holmesa, to jest to film dla was. Nie będzie łatwo i lekko, będzie za to brzydko, naturalistycznie, hedonistycznie i okrutnie. Ale jakże prawdziwie! 

Wniosek: Wybitne kino, które zostaje w głowie.


"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

O czym to jest: Weteran z armii Konfederacji poszukuje morderców swojej rodziny. W międzyczasie zatrudnia się na budowie pierwszej transkontynentalnej kolei w USA.

witaj w piekle serial recenzja western anson mount common

Recenzja serialu:

Skoro i tak wszyscy znowu utknęliśmy w domach na drugim lockdownie, równie dobrze możemy sięgnąć do jakiegoś fajnego serialu, prawda? W tym zakresie polecam produkcję, o której istnieniu pewnie bym nie słyszał gdyby nie Anson Mount, który zachwycił mnie swoją rolą w "Star Trek: Discovery" (i nie tylko mnie, bo był tak dobry, że dostał osobny serial - "Star Trek: Strange New Worlds"). Ale zanim Mount przywdział mundur Gwiezdnej Floty, nosił kowbojski kapelusz, znoszone zabłocone ubranie i nieodłączny rewolwer u pasa. I co ważniejsze - budował amerykańską kolej!

Nie ma chyba większego symbolu postępu cywilizacyjnego drugiej połowy XIX wieku niż kolej żelazna. Ten wynalazek ludzkości - obok telegrafu - postawił pierwszy krok na drodze ku globalizacji. Dla Stanów Zjednoczonych, kraju rozciągniętego przez cały kontynent pomiędzy dwoma oceanami, kolej stanowiła prawdziwe być albo nie być. Ale jak przystało na dziki XIX-wieczny kapitalizm, tam gdzie na szali leżała fortuna, pojawiali się rywale, którzy nie szczędzili sił i środków by przejść do historii jako ci, którzy zbudowali kolej jako pierwsi. Głównymi przeciwnikami były korporacje Union Pacific (budująca ze wschodu na zachód) oraz Central Pacific (budująca z zachodu na wschód). A pośrodku, uwikłani w ten morderczy wyścig, tkwili robotnicy, włóczędzy, europejscy imigranci, skrzywdzeni weterani Wojny Secesyjnej, wyzwoleni Afroamerykanie czy pół-niewolniczy Chińczycy. Wielu z nich krążyło wokół tzw. Hell on Wheels, niezwykłego mobilnego miasta namiotów, które przenosiło się w całości (razem z warsztatami, burdelami, a nawet kościołem) w ślad za powstającą koleją. Niezła historia, prawda?

Protagonista serialu, Cullen Bohannon, nie jest postacią historyczną, choć na pewno posiada elementy biografii dziesiątek prawdziwych osób. Cullen to były kolejarz i oficer armii Konfederacji, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę. Podążający drogą zemsty Cullen trafia do Hell on Wheels - i postanawia zostać. Ramię w ramię z grupą podobnych życiowych wykolejeńców będzie się mierzył z chciwymi kapitalistami, psychopatycznymi sadystami, bandytami, Indianami, religijnymi fanatykami, a także prawdziwą chińską mafią. Jak przystało na pełnokrwisty western, w "Hell on Wheels" jest wszystko czego pragnie dusza: pełnokrwiste postacie, świetne aktorstwo, ostre dialogi, wiarygodna scenografia, rewelacyjne sceny akcji i strzelaniny, a także (a może przede wszystkim) tak nieoczekiwane zwroty akcji, że żaden z 57 odcinków nie wydaje się być zbędny. Całość stanowi tak spójny komplet, że oglądanie serialu stanowi prawdziwy przywilej!

Anson Mount to klasa sama w sobie, jeden z najsympatyczniejszych aktorów jakich miałem okazję oglądać (prywatnie ponoć rewelacyjny facet), i stawiam sobie za punkt honoru od tego momentu uważnie śledzić jego filmografię. Drugą siłą napędową serialu jest Thomas Durant, diaboliczny biznesmen, wspaniale zagrany przez innego weterana uniwersum "Star Treka", Colma Meaney'ego. Miło zaskoczył mnie też Common, którego znałem dotychczas tylko jako rapera, a tu się okazuje że świetny z niego aktor! Niemniej moim prawdziwym faworytem jest znany mi od wielu lat ukochany Christopher Heyerdahl, kanadyjski aktor i mistrz czarnych charakterów, obdarzony niepowtarzalnym, głęboko chrypiącym głosem (kocham go od czasów "Stargate: Atlantis" i "Sanctuary"!). Gdy tylko widzę nazwisko Heyerdahla w obsadzie to nie mam wątpliwości: taka pozycja to absolutny mus do obejrzenia!

Im jestem starszy tym mam mniej czasu na oglądanie seriali (wy pewnie też), ale gwarantuję: "Hell on Wheels" będzie warte poświęconego nań czasu. Rzadko trafiają się tak spójnie skonstruowane wieloodcinkowe produkcje, w których nie brak tak dramatów obyczajowych, jak i czystej akcji. Rewelacja!

Wniosek: Znakomita produkcja - i jako western, i jako dramat obyczajowy.


"37 Days" ("37 Dni")

"37 Days" ("37 Dni")

O czym to jest: Kronika politycznych wydarzeń, które w błyskawicznym tempie poprowadziły świat do horroru I wojny światowej.

37 dni miniserial BBC I wojna światowa ian mcdiarmid

Recenzja miniserialu:

Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że świat jest na krawędzi czegoś naprawdę strasznego. Czegoś, czego żadne państwo tak naprawdę nie chce, ale podświadomie do niego dąży - ostatecznego rozliczenia w ramach kolejnej wojny światowej. Koktajl nacjonalizmów, ksenofobii, uśpionych konfliktów i wojen handlowych, dodatkowo podlanych sosem nadchodzącego kryzysu klimatycznego, gospodarczego oraz epidemiologicznego powoduje, że najdrobniejsze zdarzenie może podpalić całą planetę. Tak jak w czerwcu 1914 roku, gdy bośniacki radykał zastrzelił austrowęgierskiego następcę tronu. Wydarzenie, które na początku wszystkie mocarstwa właściwie zignorowały (wliczając w to Austro-Węgry) zaledwie trzydzieści siedem dni później doprowadziło do I wojny światowej.

Gdy piszę te słowa Azerbejdżan i Armenia rozpoczęły kolejną wojnę o Górski Karabach. I znów świat właściwie wzruszył ramionami. Trudno powiedzieć jak to się dalej potoczy, ale nie mogę wykluczyć, że Kaukaz będzie współczesnym bałkańskim kotłem, od którego wszystko się zacznie na poważnie. Miniserial "37 Dni" daje niesamowity wgląd w to, jak na pozór cywilizowani ludzie, zadowoleni ze statusu materialnego i technicznych zdobyczy ówczesnej Europy, postanowili sięgnąć po więcej. Winni są wszyscy - głównie rzecz jasna Niemcy i Austro-Węgry, ale swoje dołożyły carska Rosja, Francja i sama Wielka Brytania. Ponieważ miniserial nakręciło BBC, jest on opowiedziany rzecz jasna z brytyjskiego punktu widzenia - konkretnie Edwarda Graya, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa (wybitnie zagranego przez Iana McDiarmida). Jego postać rewelacyjnie oddała ówczesny nastrój chwili w Londynie: najpierw lekceważenie, potem zdziwienie, w końcu nerwowe wysiłki na rzecz ocalenia pokoju (jedynym facetem, który od początku trzeźwo ogarniał co się dzieje, był młody Churchill). Absurd sytuacji, w której znalazł się Stary Kontynent symbolizuje scena, w której na spotkanie z ministrem czekają ambasadorowie Austro-Węgier, Rosji i Niemiec - i wszyscy są kuzynami.

Ale to nie smutni panowie we frakach, którzy radośnie pogrzebali europejską dominację na świecie (i przy okazji monarchiczne rządy arystokracji), byli głównymi ofiarami swoich poczynań. Twórcy "37 Dni" podkreślili fakt, że to młodzi mężczyźni - tu symbolizowani przez Bogu ducha winnych niskich szczeblem urzędników - musieli przywdziać mundury i stracić zdrowie oraz życie tylko dlatego, że jakiś król lubił przesuwać ołowiane żołnierzyki po mapie. Niech ta lekcja zostanie zapamiętana przez wszystkich miłośników nacjonalizmów: to wy zapłacicie najwyższą cenę za taką ideologię, a nie wybrani przez was politycy. To, czego powinno nas nauczyć "37 Days" to spostrzeżenie, że nigdy nie da się przewidzieć konsekwencji nawet najdrobniejszych czynów. I jeśli nie będziemy uważać, to kryzys klimatyczny nie zdąży nas wybić: skutecznie zrobimy to sami.

Wniosek: Nieco teatralne, ale świetne i zgodne z faktami wprowadzenie do I wojny światowej.


"Angel Has Fallen" ("Świat w Ogniu")

"Angel Has Fallen" ("Świat w Ogniu")

O czym to jest: Niezłomny agent Secret Service zostaje wrobiony i obwiniony o zamach na Prezydenta USA.

świat w ogniu film recenzja olimp w ogniu gerard butler morgan freeman

Recenzja filmu:

Jedna z ponadczasowych mądrości głosi: lepsze jest wrogiem dobrego. Po co psuć coś, co działało? Po co robić udziwnienia, zmiany koncepcji i silić się na oryginalność? Rozumiem coś takiego w przypadku wielomilionowych blockbusterów, ale nie wiem po co zmieniać udane kino akcji! To tak jakby nakręcić kolejną część "Johna Wicka", w której bohater staje przed sądem i musi obronić się przed więzieniem podczas pełnowymiarowego procesu. Serio, po to niby oglądamy "Johna Wicka"...?

Podobny problem jest z trzecią (i ponoć wcale nie ostatnią) częścią cyklu "Olympus Has Fallen". W pierwszych dwóch udanych produkcjach niezłomny agent Secret Service (Gerard Butler) chronił życie Prezydenta USA (Aaron Eckhart). I wszystko było na swoim miejscu: wraży terroryści, headshoty, pojedynki na noże, zestrzeliwanie śmigłowców i ogólnie wszystko to, co kochają widzowie strzelanek (wliczając w to niżej podpisanego). Niestety ktoś stwierdził że trzecia część zasługuje na "odświeżenie". I choć nasz agent ponownie musi uratować Prezydenta USA (tym razem jest nim niegdysiejszy wiceprezydent w tej serii, czyli Morgan Freeman), to tym razem sam zostaje oskarżony o próbę zamachu! I teraz spróbujcie to sobie wyobrazić: nikt w całym Secret Service nie ma problemu z tym, żeby w minutę uwierzyć w to, że dwukrotny heros który ocalił Prezydenta wziął w łapę i postanowił wyrzucić do kosza wszystko to, na co pracował całe życie. I to w sytuacji, gdy miał zostać szefem całego Secret Service! Dziurawość fabuły jest w tym wypadku tak wielka, że aż brakuje mi słów. Efektem tego jest dość głupawy film, w którym nasz agent musi ukrywać się przed połową policji w USA, ale generalnie nie ma problemu z tym, żeby dotrzeć do pokoju, w którym hospitalizowany jest ranny Prezydent. Kłania się tak zwane "lazy writing"...

Jedyny plus tej produkcji to Nick Nolte w roli szalonego ojca naszego agenta - co ciekawe wygląda jak żul, którym Nolte (niestety) de facto się stał. Ale wciąż miło go zobaczyć na ekranie po tylu latach znajomości w kinie akcji! Dodatkowo na obronę twórców powiem, że po durnym i nudnym pierwszym akcie filmu kolejne dwa są już nawet znośne (to pewnie dlatego, że w końcu trup zaczyna się ścielić gęsto). To jednak za mało, by "Angel Has Fallen" mogło dorównać poziomem swoim poprzednikom. Jeśli faktycznie powstanie czwarta część to mam nadzieję, że scenarzyści się ogarną, bo inaczej z całą pewnością odpuszczę sobie dalej ten cykl.

Wniosek: Słabe! Niegodne poziomu dwóch poprzednich części.


<<< Sprawdź kolejność serii "Olympus Has Fallen"! >>>


"Da 5 Bloods" ("Pięciu Braci")

"Da 5 Bloods" ("Pięciu Braci")

O czym to jest: Grupa czarnoskórych weteranów po latach wraca do Wietnamu by odnaleźć ciało kolegi... i skrzynię pełną złota.

pięciu braci film netflix recenzja chadwick boseman spike lee

Recenzja filmu:

Są reżyserzy, którzy za pomocą filmów starają się zaprezentować swoje poglądy polityczne i społeczne w sposób tak jawny, jak to tylko możliwe. To oczywiście ich prawo. Jako widz nie mam z tym problemu do momentu gdy nie cierpi na tym efekt końcowy jakim jest jakość produkcji. Niestety Spike Lee, afroamerykański "reżyser zaangażowany", w swoim najnowszym dziele przekroczył cienką granicę między artyzmem, a kiczem.

"Da 5 Bloods" jest na pewno dość unikalnym filmem w konstrukcji. Po części to film wojenny, a raczej postwojenny, opowiadający o grupie weteranów, która po latach powraca do Wietnamu w poszukiwaniu ciała kolegi (wspomnianego kolegę w retrospekcjach zagrał Chadwick Boseman w swojej przedostatniej roli przed tragiczną śmiercią). I ten wątek jest akurat bardzo fajny. Ciekawym zabiegiem było użycie tych samych aktorów (czyli starszych panów) również do zagrania swoich postaci w retrospekcjach, zamiast zatrudniania młodszych odpowiedników. Drugą artystyczną zaletą było kręcenie retrospekcji na filtrze imitującym kolorowe, oryginalne dokumenty z czasów wojny wietnamskiej. Podobało mi się też spore zaakcentowanie kwestii PTSD, głównie w przypadku postaci Paula (świetny Delroy Lindo), który na skutek wietnamskiej traumy w zasadzie postradał zmysły. I gdyby "Da 5 Bloods" ograniczyło się do tego wątku, byłbym bardzo zadowolony.

Jednakże Spike Lee postanowił dorzucić do kotła jeszcze dwa składniki. Pierwszym był manifest polityczny, a mianowicie hołd na rzecz Afroamerykanów, którzy jednocześnie walczyli w Wietnamie jako piechota najniższego szczebla, a także toczyli cywilną walkę w USA w ramach ruchów obywatelskich, których symbolem był Martin Luther King. Twórcy postanowili połączyć ten wątek z aktualnymi protestami spod szyldu Black Lives Matter, tworząc film skierowany jawnie i agresywnie przeciwko białej supremacji i administracji Prezydenta Trumpa (który kilkukrotnie wprost jest na ekranie określony jako p*** rasista, a jedyny czarnoskóry bohater który go w filmie popiera, jest wariatem). Jednakże, choć rozumiem zamysł reżysera - zwrócenie uwagi na cenę krwi, jaką Afroamerykanie zapłacili za amerykański sen - to łączenie w jednym filmie wszystkiego od Wojny o Niepodległość po Black Lives Matter z Wietnamem jako zwornikiem pośrodku wydaje mi się być nieco naciągane i potraktowane po macoszemu. Podobny problem miałem z produkcją "Free State of Jones", gdzie również próba zbyt szerokiego kontekstu historycznego popsuła cały efekt.

Niemniej powyższe kwestie byłbym w stanie przełknąć gdyby nie trzeci element, czyli wątek sensacyjny - poszukiwanie skrzyni złota. Trzeci akt filmu, pełen wybuchających min, konfliktu o pieniądze pomiędzy bohaterami, strzelanin z miejscowymi bandziorami etc. był godny raczej kina klasy B, i to takiego niezbyt udanego. Naprawdę nie wiem czy miał to też być manifest społeczny (alegoria tego jak żądza pieniądza, czytaj: kapitalizm, korumpuje czarnoskóre braterstwo), czy może po prostu chęć podkręcenia akcji? Niestety skutkiem tego jest 150-minutowe widowisko, które bardziej przypomina zakręcony galimatias niż przemyślaną wizję artysty. Z jednej strony otrzymaliśmy głębokie dramatyczne przeżycia, z drugiej tanią sensację, a pośrodku tego dziwaczne wzniosłe monologi, w tym niektóre łamiące czwartą ścianę i wygłaszane wprost do kamery. O co chodzi?

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że zapewne nie byłem odbiorcą tego filmu. Ale nie sądzę, by wpłynął on znacząco również na tożsamość czarnej społeczności Ameryki. Czasem uderzenie młotkiem to tylko uderzenie młotkiem, a niekoniecznie tego potrzebuje teraz świat. Zatem jeśli chodzi o filmy o Wietnamie lub filmy o rasizmie w USA, wybiorę na przyszłość inne kino.

Wniosek: To bardziej manifest polityczny niż film, ponadto bardzo mocno chaotyczny.


"21 Bridges" ("21 Mostów")

"21 Bridges" ("21 Mostów")

O czym to jest: Nieustępliwy policjant ma jedną noc by złapać morderców gliniarzy i rozwiązać zagadkę.

21 mostów film recenzja chadwick boseman

Recenzja filmu:

Czasem film nie próbuje wyjść poza ramy swojego gatunku. Nie chce być czymś awangardowym, nowatorskim czy odkrywczym dla widza. Czasem jest po prostu dokładnie tym, na co się zapowiada! Już po trailerze widziałem, że "21 Bridges" to kino policyjne w starym stylu, gdzie jeden sprawiedliwy do szpiku kości policjant rozwikła zagadkę kryminalną, niezależnie od tego kto i jak stanie mu na drodze. I to wszystko w ciągu jednej nocy!

Tym policjantem w "21 Bridges" jest nieodżałowany Chadwick Boseman, już mocno wychudzony w porównaniu do "Czarnej Pantery" - niestety było widać zżerającą aktora chorobę. Ale i tak zważywszy na jego ówczesny stan zdrowia oddaję mu hołd, bo widać że nie oszczędzał się przed kamerą! Zagrany przez niego protagonista, detektyw Davis, od początku wzbudza sympatię widza. W ciągu półtorej godziny krok za krokiem odkrywa kulisy masakry, w której zginęło ośmiu policjantów. W tym czasie napotka parę znanych w Hollywood twarzy, zaczynając od oscarowego J.K. Simmonsa, przez upadłą gwiazdę blockbusterów Taylora Kitscha, aż po znanego ze "Star Trek: Deep Space Nine" Alexandra Siddiga! "21 Bridges" romansuje z kryminalnym kinem noir rodem z czarno-białej epoki kina, ale to jedynie klimatyczne wstawki. To przede wszystkim solidny policyjny thriller, w którym nie brakuje efektownych strzelanin, pościgów i zwrotów akcji (choć łatwych do przewidzenia). Czyli jest to dokładnie taka produkcja, jakiej oczekiwał widz!

Nie spodziewajcie się, że "21 Bridges" przejdzie do historii kina (no chyba że ze względu na tragiczną śmierć Bosemana). To film w sam raz na raz, do obejrzenia w jeden wieczór i zapomnienia jak te wszystkie dziesiątki policyjnych produkcji, jakie widzieliście w swoim życiu. Ale mi to wystarcza!

Wniosek: Kino policyjne w starym, nieśpiesznym, dopracowanym stylu.


"The Boys"

"The Boys"

O czym to jest: Grupa śmiałków postanawia rzucić wyzwanie superbohaterom, którzy pod pozorem ratowania świata wprowadzają własne, faszystowskie porządki.

the boys serial amazon komiks karl urban jack quaid homelander butcher

Recenzja serialu:

Kino superbohaterskie "na poważnie" to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowych! W tym zakresie niedoścignionym wzorem są dla mnie "Watchmeni" Zacka Snydera, a także trylogia "Niezniszczalnego" Shyamalana. Ale gdy tylko obejrzałem trailer "The Boys" wiedziałem, że trafiłem na kolejny samorodek. Podobnie jak wspomniani "Watchmeni" jest on oparty na pierwowzorze komiksowym utrzymanym w klimacie naturalistycznej groteski, której nie powstydziłby się Quentin Tarantino. Jest moc!

Nie chcielibyście żyć w świecie, w którym superbohaterowie chodzą po ulicach. Bo pamiętajcie, że hipotetyczni superbohaterowie to nadal ludzie ze wszystkimi wadami, na jakich ludzi stać. Problem w tym, że ich moce czynią ich w zasadzie nietykalnymi. Jaka policja aresztuje człowieka, który jednym ciosem zmiażdży radiowóz? Który jest kuloodporny, lata, czyta w myślach, jest niewidzialny, superszybki, włada piorunami... (niepotrzebne skreślić). A nawet jeśli uda się go pojmać, jakie więzienie utrzyma go w ryzach? Tym co oddziela cywilizację od anarchii jest prawo i zasady społeczne - a co jeśli pojawi się ktoś, kto wcale nie musi ich respektować? Taki właśnie świat prezentują "The Boys", świat superbohaterów (superzłoczyńców?) ukrytych za fasadą bezlitosnych rządów korporacji i starego dobrego kapitalizmu. Wyzwanie im rzuci grupa straceńców, którzy niczym nordyccy berserkerzy w pogardzie dla własnego życia wytoczą wojnę bogom, bez względu na konsekwencje.

Serial nie oszczędza krwawych szczegółów. Morderstwa, gwałty, zbrodnie przeciwko ludzkości, handel ludźmi, bronią i narkotykami - nic nie brzydzi superbohaterów dowodzonych przez niepokonanego Homelandera, który wygląda i zachowuje się jak Superman wychowany w nazistowskich Niemczech. Wspomagają go odpowiedniki innych słynnych postaci z kart komiksów - Wonder Woman, Flasha, Aquamana... Podobieństwo charakterów jest jak najbardziej zamierzone i wcale nieprzypadkowe (co daje pole do fantastycznego pastiszu całego gatunku, z ciągłymi żartami z Aquamana na czele). To po prostu uniwersum DC Comics odbite w krzywym zwierciadle. I jeszcze jak pokazane! Efektom specjalnym niczego nie brakuje i mogą się równać z najdroższymi hollywoodzkimi blockbusterami. Scenariusz serialu zaskakuje zwrotami akcji, bystrymi (i naprawdę inteligentnymi!) dialogami, a także bezkompromisową rozprawą z kwestiami religijnego fanatyzmu, celebryctwa, korporacyjnej chciwości i zwykłego sadyzmu. Rzadko trafia się na produkcje, które mówią tak dużo i tak mocno jednocześnie!

Chylę czoła przed całą obsadą - przede wszystkim kultowym i jak zwykle niezawodnym Karlem Urbanem (uwielbiam go od lat!), nowym odkryciem showbiznesu Jackiem Quaidem (synem Dennisa Quaida i Meg Ryan!) a także nieznanym mi wcześniej Antonym Starrem, który choć miejscami wygląda jak dubler Chrisa Pine'a to w swej roli Homelandera jest absolutnie nie do podrobienia. Rewelacja! Nie wiem kiedy w końcu nadejdzie kres mody na kino superbohaterskie, ale jestem pewien że serial "The Boys" będzie wspominany jeszcze na długo po jego zakończeniu. Brawa i oklaski!

Wniosek: Rewelacyjne, odświeżające i ostre jak brzytwa widowisko, po którym na superbohaterów nikt nie spojrzy już tak samo!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger