Polecamy

"Little Women" ("Małe Kobietki")

"Little Women" ("Małe Kobietki")

O czym to jest: Ponadczasowa opowieść o siostrzanych więziach, dorastaniu i dokonywaniu wyborów w zgodzie ze sobą.

małe kobietki film 2019 recenzja watson ronan dern chalamet

Recenzja filmu:

Bardzo lubię kino kostiumowe, nie oznacza to jednak, że kocham wszystkie produkcje tego typu bezkrytycznie. Jest cała masa filmów, które do mnie nie przemówiły jak "Zakochana Jane", "Zakochany Szekspir" czy "Nędznicy". Specjalne miejsce w moim sercu zajmują również ekranizacje książek i muszę się do czegoś przyznać (chociaż wiem, że wielu osobom się tym narażę): otóż czasem wolę ekranizację od literackiego pierwowzoru. W tym miejscu zaznaczę, iż "Małych Kobietek" (jeszcze) nie czytałam, ale ich treść jest na tyle znana, że w niczym to nie przeszkadza.

Mamy naprawdę sporo filmów kostiumowych w naszej domowej kolekcji. Wiele z nich trzymamy nie tyle dla fabuły, co dla przedstawionych realiów, kostiumów, scenografii czy aktorstwa. Może dlatego nie miałam ochoty oglądać "Małych Kobietek" na dużym ekranie? Podświadomie chyba założyłam, że to kolejny film, w którym warstwa estetyczna wprawdzie pociągnie przewidywalną fabułę na tyle bym nie zasnęła w kinie, ale niczym więcej nie zaskoczy. Pozytywne recenzje przekonały mnie jednak aby sprawdzić o co tyle hałasu.

I tu przyznaję - moje uprzedzenia okazały się niesłuszne. Oczywiście wizualnie film wypada super, ale dodatkowo znajdziemy w tej produkcji lekkość przekazu. Mimo zachowania wielu elementów z pierwotnego charakteru i przesłania, historia jest opowiedziana w sposób na tyle współczesny, że widz nie odczuwa anachronizmu. Za to z zaciekawieniem śledzi losy bohaterek.

Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana. Zaczyna się w trakcie Wojny Secesyjnej. Cztery siostry, pod nieobecność ojca, pomagają matce w jej działalności dobroczynnej, chociaż same nie opływają w luksusy. W wolnym czasie snują plany na przyszłość i realizują swoje pasje, a towarzyszem ich zabaw jest chłopak z sąsiedztwa, dziedzic sporego, rodzinnego majątku. Wydarzenia w filmie zaprezentowane są w sposób nielinearny, dlatego sceny z dzieciństwa przeplatają się z okresem dorosłości tworząc spójną opowieść o dojrzewaniu, ponoszeniu odpowiedzialności i realizacji marzeń. Mamy tu do czynienia z udaną i nienachalną prezentacją problemów, które towarzyszą również współczesnym kobietom, dla których obawy związane z próbą łączenia wielu ról społecznych i własnych ambicji nie są wcale obce. Odbiór społeczny dokonywanych wyborów to wciąż istotny czynnik w ich życiu codziennym. Bardzo cenne jest przesłanie zawarte w opowieści, podkreślające, iż porzucenie dawnych ideałów nie musi być porażką, a jest jedynie efektem przebudowy systemu wartości i nie ma w tym nic złego.

Bohaterki, które widzimy na ekranie są autentyczne i szczere, a przez to wiarygodne. I tu wielkie brawa dla twórców, gdyż materiał źródłowy niemal błaga by pójść na łatwiznę i wcisnąć postacie w znane i sprawdzone klisze. Dzięki sprawnemu nakreśleniu poszczególnych osobowości, łatwo nam spojrzeć na świat oczami bohaterów i zrozumieć ich rozterki, nawet jeśli nie zawsze zgadzamy się z przekonaniami jakie reprezentują. Jedyna rzecz, która wydaje się nieco niweczyć efekt to zakończenie. Po bardzo sprawnym uwspółcześnieniu wielu motywów i kwestii, udanej prezentacji bohaterek oraz ich przemiany, ostateczne rozwiązanie akcji wydaje się być z innej epoki i nie jest w moim odczuciu należytym zwieńczeniem tej produkcji. A szkoda. Czy jest to film rewolucyjny? Nie. Ale jest bardzo współczesny w wymowie i jestem przekonana, że nawet osadzony w naszych realiach obroniłby się jako niezłe kino obyczajowe.

Wniosek: Nowoczesne i całkiem przyjemne spojrzenie na klasykę literatury. 


"Agent Carter" ("Agentka Carter")

"Agent Carter" ("Agentka Carter")

O czym to jest: Agentka walczy ze złoczyńcami i seksistowskimi uprzedzeniami kolegów z pracy.

agentka carter serial recenzja marvel shield

Recenzja serialu:

"Agentka Carter" to produkcja specyficzna. Osadzenie w konkretnej konwencji, sprawia, iż widz ma dwa wyjścia: albo polubi ją od razu albo nie wytrzyma ani minuty przed ekranem. Osobiście kocham stylistykę retro, nawet jeśli mamy do czynienia ze stylizacją, a nie odwzorowaniem 1:1. Pewnie właśnie dlatego tak lubię klimat pierwszego "Kapitana Ameryki". W dobie tworzenia skomplikowanych antybohaterów dręczonych demonami przeszłości, miło czasem sięgnąć po coś prostszego. "Agentka Carter", dość banalna przygodówka z bohaterami, których łatwo polubić, to kandydat idealny. 

Młoda Peggy Carter, chociaż zdolna i bardzo zaangażowana w swoją pracę dla Naukowych Rezerw Strategicznych (N.R.S.) musi walczyć nie tylko ze złoczyńcami, ale i seksistowskim traktowaniem ze strony kolegów. I wbrew niektórym krytykom nie jest to jakiś wydumany, feministyczny manifest. Kobiety w czasach w jakich jest osadzona historia naprawdę miały pod górkę i musiały na każdym kroku udowadniać, że nadają się do tzw. "męskiej roboty". Poza problemami na polu zawodowym nasza bohaterka przeżywa również rozterki sercowe związane ze stratą ukochanego Steve'a Rogersa czyli Kapitana Ameryki. Na drugim planie kuśtyka Daniel Sousa, kolega Carter z biura, a także miliarder Howard Stark wraz ze swym lokajem, przeuroczym Edwinem Jarvisem. 

Przepis na ten serial jest prosty: tajemnica do rozwiązania, mniej lub bardziej nieoczekiwane zwroty akcji, przygoda i sympatyczni bohaterowie. W centrum tego wszystkiego stoi błyskotliwa Agentka Carter, która nie boi się ubrudzić rąk gdy trzeba walczyć w słusznej sprawie i zawsze robi to w nienagannym stylu i z klasą. Serial skończył się na dwóch sezonach i moim zdaniem to dobrze, gdyż na dłuższą metę konwencja zaczyna być męcząca i irytująca. Stanowi za to znakomitą odskocznię dla widza zmęczonego historiami o bohaterach "na poważnie", których wśród produkcji Marvela nie brakuje.

Wniosek: Przyjemny serial przygodowy osadzony w konwencji retro.



<<< Sprawdź kolejność oglądania seriali Marvela! >>>


Książki i ich ekranizacje na czasy pandemii (z okazji Światowego Dnia Książki)

Książki i ich ekranizacje na czasy pandemii (z okazji Światowego Dnia Książki)

Moja mama kiedyś orzekła, że gdybym mogła to przeczytałabym nawet papier toaletowy. I wiecie co? Miała rację, bo czytać uwielbiam WSZYSTKO! Lubię dowiadywać się nowych rzeczy, poznawać świat i opinie innych ludzi. Niektórzy kochają romanse, inni rurki z kremem, a ja po prostu lubię wiedzieć. Dlatego na czytaniu moja mała obsesja się nie kończy. Jednak z okazji Światowego Dnia Książki ograniczę się tylko do literatury oraz filmów rzecz jasna. Film to taka książka tylko, że z ruchomymi obrazkami. A jak ktoś je dużo chipsów w trakcie seansu to i napisy się znajdą.

pandemia epidemia apokalipsa zombie czytać oglądać

Książka jest lepsza niż film

Znacie to?
"Książka jest lepsza niż film" to w zasadzie "kopiuj-wklej" wszystkich recenzji, gdy widzowi film nie przypadł do gustu. Nie ważne, że książki w ogóle nie pamięta lub tak naprawdę przeczytał tylko 2 rozdziały, a potem nie miał czasu dokończyć, albo otarł się jedynie przypadkiem o okładkę w drodze po batona przy kasie w Empiku. Film jest do kitu, więc na bank książka była lepsza, to najbezpieczniejsze a priori wszech czasów. Jak wiadomo czytelnictwo w ogóle uznaje się za rozrywkę dla intelektualistów podczas gdy film, no cóż...film może oglądnąć każdy, nawet Wy drodzy czytelnicy, więc nie wymaga specjalnego wysiłku. Ile znacie wyzwań z kategorii "Obejrzę 52 filmy w nadchodzącym roku?" (nie wykluczam, że takie jednorożce gdzieś istnieją, na przykład my mamy wydarzenie na facebooku: "Obejrzę wszystkie zaległe filmy przed premierą "Avatara 2" ), ale zasadniczo przyjęło się, że czytanie książek stanowi powód do dumy, a oglądanie filmów już niekoniecznie.

O gustach się nie dyskutuje (a przynajmniej nie powinno, chociaż internet i tak wie swoje), dlatego nie będę tu rozstrzygać co jest bardziej godnym zajęciem. Zamiast tego przywołam kilka anegdotycznych przypadków na to jak ruchome obrazki z ekranu korespondują z historiami wydrukowanymi na papierze.

Nie tak dawno i wcale nie tak daleko

Na początek przypomnijmy prostą prawdę: nie da się przenieść książki do filmu w stosunku 1:1. Oczywiście można na ten temat polemizować, ale nie ważne ile tygodni i stron z komentarzami będzie trwać taka dyskusja, nieistotne jak wiele połamie się ołówków i ile wyleje łez. Nie da się i już. Kropka. A skoro już mamy to ustalone, dla porządku rzeczy trzeba zapytać: czy da się w takim razie przenieść film na kartki książki? I czy zgodnie z przyjętą zasadą książka będzie lepsza od filmu? Osobiście uważam, że jest to jak najbardziej możliwe.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... 
A w zasadzie to nie aż tak dawno, bo 2005  i nie tak daleko, bo w USA powstał film pt."Zemsta Sithów" czyli III epizod "Gwiezdnych wojen", zwieńczenie tzw. trylogii prequeli autorstwa Georga Lucasa. I teraz czas na coming out: to jedna z najmniej lubianych przeze mnie części sagi Star Wars. Widzę ten film jako pasmo rozczarowań i totalnie zmarnowany potencjał na naprawdę dobry film. Kluczowe dla całej sagi przejście Anakina Skywalkera na ciemną stronę mocy wydaje mi się miałkie i totalnie niewiarygodne. Nie odczuwam konfliktu tragicznego bohatera, wcale mu nie współczuję ani nie kibicuję, wzbudza we mnie jedynie lekką irytację. Fatalnie. Na szczęście Matthew Stover napisał adaptację książkową filmu w oparciu o oryginalny scenariusz i chociaż nie jest to literatura klasyczna i raczej nie znajdzie się na liście bestsellerów wszech czasów, to wnosi do historii Anakina Skywalkera utraconego ducha. Dopiero po przeczytaniu książki jestem w stanie uwierzyć w przemianę bohatera i dopowiedzieć sobie to czego zabrakło na ekranie. Nie przesadzę pisząc, iż ta publikacja uratowała dla mnie prequele (chociaż wcale nie uważam jej za wybitnie dobrą książkę).

Matthew Stover Zemsta Sithów nowelizacja Sith recenzja

Najpierw przeczytaj książkę zanim sięgniesz po film 

Tylko czy to jest konieczne?
Film to film, książka to książka. Dwie osobne historie, dwie osobne opowieści. Film jest wariacją na temat książki, jej specyficzną interpretacją stworzoną przez reżysera. Jak już ustaliliśmy wcześniej,  nie da się wiernie przenieść wydarzeń z książki na ekran. Co więcej, nie powinno się tego robić! Rozwiązania literackie po prostu często nie sprawdzają się jako obrazy. Jest cała masa filmów, która świetnie prezentuje się na ekranie i wcale nie potrzeba podbudowy książkowej żeby zrozumieć historię i ją pokochać. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż produkcja, która nie jest atrakcyjna dla widza bez znajomości bazowego materiału literackiego, to po prostu kiepski film. Co grosza, znajomość książki na motywach, której powstał scenariusz, może obrzydzić produkcję filmową (i to taką naprawdę niezłą!). W moim przypadku było tak przy "Władcy Pierścieni".

Jestem jednym z tych szczęśliwców, którzy najpierw przeczytali dzieło J.R.R. Tolkiena, a dopiero później zobaczyli film. A może należałoby powiedzieć pechowców? Otóż książki podobały mi się BARDZO. Po lekturze miałam jasno określoną wizję tego co autor próbował zaprezentować, dlatego gdy obrazy z mojej głowy zderzyły się z filmowymi chciałam krzyczeć: nie, nie, nie! Oczywiście obejrzałam wszystkie części trylogii, ale czułam w trakcie seansu zawód, lekkie zażenowanie i złość. Totalnie umknęło mi jak rewelacyjnie zrobione są te filmy. Po prostu Peter Jackson rozminął się z moimi wyobrażeniami o Śródziemiu przez co obraziłam się na te produkcje na dobrych kilka lat. W między czasie zdążyłam wrócić do książkowego pierwowzoru, nasycić się nim i nacieszyć, ale równocześnie zaczęłam nieświadomie porównywać wizje ekranową i książkową. Dość szybko przyszła uczciwa, ale i gorzka refleksja: moja wyobraźnia poległa z kretesem przy wizualizacji Rivendell. Wersja Petera Jacksona była nie tylko lepsza, ale totalnie mnie zachwyciła. I to przeklęte Imladris sprawiło, iż w końcu dojrzałam do tego by oglądnąć filmy jeszcze raz, tym razem z otwartą głową. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze kilkanaście razy. Po latach przyznaję ze smutkiem, że nie pamiętam prawie nic z mojej wizji książki. Została tylko ta filmowa (z kilkoma drobnymi wyjątkami, a mianowicie scenami, których Jackson nie nakręcił). Czy książki uważam za lepsze? Nie. Traktuję je jako coś odrębnego od filmu, ale nie rozpatruję w kategorii lepsze/gorsze. I oczywiście aktualnie BARDZO lubię ekranowego "Władcę Pierścieni".

Twoja recenzja filmu nie jest obiektywna, skoro nie czytałeś książki 

Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie.
Jeśli ocenia się film to ocenia się film, a nie młodzieńcze lata życia reżysera czy historię opuszczonej fabryki, w której kręcono sceny finałowe. Produkcja filmowa musi obronić się sama. Zaryzykuję nawet  stwierdzenie, że aby ocenić film, warto powstrzymać się od poznania wcześniej książki. I tu trzeba rozgraniczyć: czy zależy nam na ocenie produkcji czy wolimy po prostu poznać historię. W tym drugim przypadku oczywiście film nakręcony na podstawie literatury będzie jej interpretacją, uzupełnieniem i prezentacją wydarzeń z innego punktu widzenia. I jest to bardzo cenna perspektywa dla odbiorcy. Sęk w tym, że recenzent filmu wcale takiej perspektywy nie potrzebuje.

I tu dochodzimy do największej tragedii jaka może spotkać zaangażowanego widza o zacięciu czytelniczym. A co jeśli film podobał mi się, a potem sięgnęłam po książkę i również przypadła mi do gustu, ale już nigdy nie będę w stanie spojrzeć na nią okiem niezmąconym wizją reżysera? Twarze bohaterów nigdy nie będą twarzami z mojej wyobraźni, pomieszczenia już zawsze będą umeblowane przez scenografa, a rozmowa w deszczu odbędzie się w pełnym słońcu, bo w trakcie kręcenia tej sceny prognoza pogody zawsze okazywała się nieprawdziwa?

ekranizacja adaptacja książka film Medicus Atlas Chmur World War Z zombie epidemia muzyka

Jednym z takich przypadków jest "Atlas Chmur". Film NAPRAWDĘ mi się podobał i oczywiście znalazł się w naszej kolekcji DVD. Dopiero po seansie sięgnęłam po literacki pierwowzór, który stoi teraz na naszej półce. Jest to jeden z tych przypadków, gdzie żałuję, że nie miałam szansy spojrzeć na  historię najpierw przez pryzmat książki. Na szczęście film nie popsuł mi frajdy czytania. Albo jest tak dobrze nakręcony albo z wiekiem nabrałam wprawy w zachowywaniu dystansu.

Czasem bywa też tak, że film i książka są na tyle spójne, że nie odczuwa się dysonansu przy odbiorze każdego z nich. W moim przypadku było tak z "Medicusem". Nie wszystko co widzimy na ekranie  jest identyczne jak w książce, ale ogólny klimat sprawia, że totalnie zaciera się granica między nimi. Dzięki temu nie odczuwam żalu ani rozczarowania. A może po prostu nie zachwyciła mnie ta historia wystarczająco mocno? Moim zdaniem książkę przeczytać warto, ale wcale nie trzeba. Recenzję filmu napisał z kolei Karol, który książki nie czytał, więc jego spojrzenie może być nawet bardziej obiektywne od mojego.

Czasem bywa też tak, iż przeniesienie wydarzeń na ekran wypada naprawdę fatalnie. Nie jestem fanem zombie ani tym bardziej znawcą gatunku, dlatego głos oddaję tu Wedge'owi. Tak się składa, że "World War Z" to jedna z jego ulubionych książek. Pewnie dlatego recenzja filmu jest bardzo dosadna, sprawdźcie zresztą sami.

Film lepszy od książki

Niemożliwe?
To ja odpowiem: "Hobbit"
Hejt za raz, dwa, trzy...
Książka, a w zasadzie książeczka, opowiadająca o wyprawie Bilbo Bagginsa i krasnoludów na smoka nigdy mi się nie podobała. PRZENIGDY!
O ile rzeczywiście ostatnia część trylogii "Hobbit" Petera Jacksona, czyli "Bitwa Pięciu Armii" , wydaje się nie do końca udana (Thorin kręcący piruety na zamarzniętej margarynie otwiera mój ranking filmowych traum, o których nie da się niestety zapomnieć, a to dopiero wierzchołek góry lodowej niedociągnięć tej części). Ogólnie rzecz ujmując: historia z krótkiej opowieści zawartej w jednej małe książeczce nabrała na ekranie fajnego rozmachu. Dbałość o detale i szczegóły, kilka momentów do wzruszeń (i kilka nieudanych powodujących zażenowanie) oraz możliwość ponownego wybrania się do Śródziemia to elementy, dla których warto od czasu do czasu odświeżyć sobie te filmy. Paradoksalnie jedyna scena z całej książki, na którą naprawdę czekałam wcale się w filmie nie pojawiła. Krasnoludy wybiegające z Ereboru z Thorinem na czele, zakute w zbroje skąpane w czerwonym blasku zachodzącego słońca. To mogła być przepiękna scena, ale projektanci kostiumów zapomnieli sprawdzić czy aktorzy dadzą radę podnieść w zbrojach ręce do góry i tym samym z całej epickiej sceny opisanej w książce pozostało tylko wybieganie. Zamiast tego dostaliśmy rydwan, kozice i czerwie oraz kilka innych, niepokojących rzeczy...Niemniej trylogia "Hobbit" (chociaż z powodzeniem mogła być dylogią!) jest lepsza od literackiego pierwowzoru! Udowodnijcie, że nie! Ale błagam, najpierw spróbujcie wrócić do książki. Możecie po lekturze dojść do bardzo ciekawych wniosków.

EKRANIZACJE i ekranizacje

Skoro już wyszły czerwie na wierzch, wypadałoby wspomnieć o najbardziej oczekiwanym przeze mnie filmie tego roku czyli "Diunie" Villeneuve'a. Przepiękne zdjęcia z planu niedawno obiegły internet i zdążyły wszystkich zachwycić (mnie na pewno). Publikowaliśmy jest na facebooku o TUTAJ. Kocham "Diunę", uważam, że jest sto historia lepsza niż "Gwiezdne wojny" (co jest słuszne, bo oryginały są zazwyczaj lepsze niż kopie, ale o tym inny razem). Mam nadzieję, że nadchodząca produkcja nie zawiedzie moich oczekiwań tak jak zrobiła to nieudolna próba przeniesienia na ekran "Mrocznej Wieży" Stephena Kinga. I tu zaznaczę, iż nie przepadam za autorem, ale ta konkretna seria akurat przypadła mi do gustu (zwłaszcza początkowe tomy). Jest to zresztą idealna lektura na czas pandemii, długa, opowiadająca o świecie po zmianach i momentami czytelnik nie wie o co właściwie chodzi czyli dokładnie jak w naszej rzeczywistości. Film jako film ocenił Wedge TUTAJ (moim skromnym zdaniem trochę go poniosło z oceną, ale to zapewne za sprawą nieskrywanej miłości do Idrisa Elby). Niestety, jako ekranizacja książki ta produkcja to prawdziwe nieporozumienie (a nie trochę urojone jak w przypadku "Władcy Pierścieni"). "Mroczną Wieżę" trzeba nakręcić od nowa, bo ja bardzo chcę ją zobaczyć na dużym ekranie!

Stephen King Mroczna Wieża recenzja ekranizacja Idris Elba książka film

Czytać czy oglądać? Oto jest pytanie. 

A może po prostu robić i to i to?
Książki i filmy rządzą się swoimi, odmiennymi prawami. Każdy z nośników ma swoje zalety i wady, prezentuje inny wachlarz możliwości i zabiegów, jakie można użyć przy opowiadaniu historii czy przedstawieniu bohaterów. Do każdego odbiorcy trafia przecież coś innego. Z doświadczenia wiem, że ekranowa wersja historii może okazać się dobra albo zła, a także lepsza lub gorsza w stosunku do literackiego pierwowzoru, jednak nie sposób tego ocenić dopóki samemu się nie sprawdzi. Zatem co jest lepsze, filmy czy książki?
Najlepsza, proszę państwa, jest ciekawie zaprezentowana dobra historia. 


Izabela "Taraissu" Rutkowska-Dobosz

HBO Max - czy nadchodzi nowy lider rynku VOD?

HBO Max - czy nadchodzi nowy lider rynku VOD?

Telewizji kablowej HBO nie trzeba chyba przedstawiać. Pod względem jakości w poziomie dostarczanych programów i oryginalnych treści jest to chyba światowy numer 1 (choć oryginalne produkcje Netflixa niewiele jej ustępują). HBO wygrywa jednak tym, że wciąż jest telewizją w klasycznym rozumieniu tego słowa, a jej usługa streamingowa - HBO GO - cieszy się sporą popularnością również w Polsce (spora w tym zasługa światowego hitu - "Gry o Tron"). Wszystko wskazuje jednak na to, że w 2020 roku HBO przejdzie do prawdziwej ofensywy, która zagrozi dominacji Netflixa i wznoszącego się Disney+.


Co to jest HBO Max?


Zacznijmy od tego, że HBO jest własnością koncernu WarnerMedia, który w swoim pakiecie ma m.in wytwórnię WarnerBros, oraz telewizje Cinemax, TNT czy Cartoon Network. Posiada też prawa do całej franczyzy DC Comics (stąd stworzenie "DC Extended Universe"). Właściciele WarnerMedia słusznie stwierdzili, że w sytuacji wzrostu popularności platform VOD nie mogą pozostać w tyle, dlatego zaplanowali odpalenie serwisu HBO Max, który ma prezentować treści ze wszystkich źródeł w portfolio koncernu. Prawdopodobnie oznacza to, że dotychczasowa usługa HBO GO straci rację bytu i będzie wchłonięta przez HBO Max - aczkolwiek na finalne ustalenia trzeba będzie poczekać. 

HBO Max - kiedy w Polsce?


Niestety nie znamy daty premiery usługi nad Wisłą. Serwis ma zadebiutować w USA w maju 2020 roku. Można się spodziewać, że wzorem Disney+ będzie sukcesywnie rozszerzany na kolejne rynki. Jest jednak bardziej niż pewne, że Polska nie załapie się w pierwszym szeregu uprzywilejowanych - ten "zaszczyt" dotyczy zazwyczaj bardziej rozwiniętych krajów anglosaskich i zachodnioeuropejskich. Wyjściem z tej sytuacji będzie zapewne usługa VPN, która pozwoli legalnie obywatelom Polski wykupić dostęp do platformy. 


HBO Max - co nowego w ofercie?


Oprócz całego "DC Extended Universe" oraz innych filmów i seriali opartych na komiksowym pierwowzorze, czeka nas parę prawdziwych kąsków. Moje oczy skierowane są na planowany serial "Dune: The Sisterhood" powiązany z najbardziej oczekiwanym przez nas filmem 2020, czyli "Dune". Ciekawą propozycją jest też zapowiedź "Raised by Wolves", serialu spod znaku Ridleya Scotta, w którym androidy będą wychowywać ludzkie dzieci na obcej planecie. Interesujący też może być postapokaliptyczny serial "DMZ" w klimacie "Ucieczki z Nowego Jorku", połączonej z prawdziwymi doświadczeniami uczestników Huraganu Katrina i bitwy o Faludżę w Iraku w 2003 roku. To oczywiście tylko garść nadchodzących nowych produkcji. Jako widzowie musimy pamiętać, że HBO Max zaprezentuje wszystko z bogatej biblioteki HBO, filmów WarnerBros czy innych swoich telewizji (choć oczywiście zapewne nie wszystko naraz i nie wszędzie). Pozostaje tylko czekać!
Amazon Prime Video - czyli uboczne skutki bycia bilionerem

Amazon Prime Video - czyli uboczne skutki bycia bilionerem

Tym bilionerem jest, rzecz jasna, Jeff Bezos. Założyciel sieci sklepów wysyłkowych Amazon jest oficjalnie najbogatszym człowiekiem świata i prawdopodobnie osobą, w której rękach zgromadzono największy indywidualny majątek w historii ludzkości. Nikt z nas nawet nie wyobraża sobie, jak to jest mieć tyle pieniędzy. Nic więc dziwnego, że osoba z takim majątkiem może sobie pozwolić w zasadzie na wszystko. Własny program kosmiczny? Proszę bardzo! Firma poszukująca szczątków rakiet na dnie oceanu? Żaden problem! Serwis streamingowy VOD - jak najbardziej!


Tak też powstało Prime Video, znane też po prostu jako Amazon Prime Video. Założenia tej platformy można się było spodziewać, jako że Amazon od ponad 20 lat jest właścicielem IMDb, największej internetowej bazy wiedzy na temat filmów i seriali (i - mówię z mojego doświadczenia - najbardziej kompetentnej w tej branży). Prime Video stawiało pierwsze kroki od 2006 roku, by z hukiem pojawić się na rynku światowym równo dekadę później. Nieograniczony majątek Bezosa powoduje, że serwisowi nie brakuje kapitału na kręcenie własnych, oryginalnych produkcji. Jednak w przeciwieństwie do choćby Netflixa, Amazon nie próbuje podważyć dominacji Hollywood i filmów kinowych. Zamiast tego skupia się na własnej niszy, w której tworzy treści niejako "od fanów dla fanów". Najlepszym przykładem jest serial "The Expanse", wg mnie najwybitniejsze science fiction drugiej dekady XXI wieku. Po tym jak produkcję skasowano po trzech sezonach, Jeff Bezos bez oporu sięgnął do portfela i zakupił prawa do ekranizacji dalszych odcinków. Scenografia, aktorzy, efekty specjalne - wszystko pozostało niezmienne, a fani nawet nie poczuli różnicy, jednocześnie wyrażając wielką wdzięczność do właściciela Amazona. Bezos powiedział wtedy, że po prostu sam jest fanem i chce nadal oglądać ten serial. A ponieważ go stać, to mógł spełnić to marzenie.



Innym przykładem jest uniwersum "Władcy Pierścieni". Ekranizacje najpierw trylogii Tolkiena, a następnie "Hobbita", zapisały się na zawsze w historii kina. Jednak fani wiedzą, że w odwodzie pozostał jeszcze jeden, potężny materiał źródłowy - "Silmarilion", stanowiący coś w rodzaju podręcznika historii Śródziemia. Tolkien nigdy nie skończył go pisać, ale to co zredagował jego syn nadaje się do ekranizacji jak ulał! Dlatego gdy parę lat temu gruchnęła wieść, że Amazon zakupił prawa do nakręcenia "czegoś" w uniwersum "Władcy Pierścieni", świat ogarnęła ekstaza. Pierwsze plotki mówiły o remake'u filmów Petera Jacksona, jednak szybko okazały się absurdalne - to tak jakby ktoś chciał robić remake oryginalnej trylogii "Gwiezdnych Wojen" (choć tak po prawdzie zrobił go sam George Lucas, ale to opowieść na kiedy indziej). Po dziś dzień nie znamy większej ilości szczegółów, wiadomo jednak że produkcja już trwa, a to co zobaczymy będzie się działo setki lat przed zmaganiami hobbitów ze złowrogim Pierścieniem. Dodatkowo zapowiedzi wskazują, że będzie to najdroższy serial w historii telewizji, przekraczający budżetem zdecydowaną większość hollywoodzkich blockbusterów!

Jak widać, Amazon specjalizuje się w serialach i to takich, które mogą pobudzić globalną wyobraźnię. Oprócz powyższych należy wspomnieć o chociażby takich hitach jak "Good Omens" (ekranizacja znakomitej książki Terry'ego Pratchetta i Neila Gaimana), "The Boys" (dystopijny serial o superbohaterach), a także "Carnival Row" - wiktoriański kryminał ze stworzeniami fantasy w tle. A będzie tego więcej! Nawet jeśli Jeff Bezos pewnego dnia zniknie ze świata, jego dziedzictwo pozostanie. I tym razem, my wszyscy - to znaczy widzowie - skorzystamy z tego, że miliarder wydaje pieniądze na wymarzone zabawki, którymi jest skłonny się podzielić.
Top 7 filmów na Wielkanoc

Top 7 filmów na Wielkanoc

Tegoroczna Wielkanoc jest inna niż wszystkie w naszej pamięci. Taka pandemia jak obecnie zdarza się raz na 100 lat i nikt z żyjących nie pamięta już raczej Wielkanocy roku 1920 w realiach grypy hiszpanki (a przynajmniej nie pamięta wyraźnie). Skoro zatem siedzimy uwięzieni w domach, nie mogąc iść na spacer czy na rodzinny obiad, pozostaje nam zwrócić się w stronę telewizora! A tam czekają bardzo interesujące pozycje, w dość oryginalny sposób prezentujące historię Jezusa i zmartwychwstania. 

Przedstawiam Wam 7 pozycji, które moim zdaniem są najlepszym wyborem do spędzenia wielkanocnego czasu przed ekranem. 

ostatnie kuszenie chrystusa scorsese defoe

1. "The Last Temptation of Christ" ("Ostatnie Kuszenie Chrystusa")


To mój absolutny top topów, drugi w kolejności najlepszy film jaki widziałem w życiu. Dzieło Martina Scorsesego z roku 1988, do dziś objęte jest zakazem wyświetlania w kilku krajach. Od momentu premiery budziło wielkie kontrowersje, spowodowało też jeden zamach terrorystyczny! To niezwykła opowieść o ludzkiej stronie osobowości Jezusa. Zagrał go Willem Defoe, co już daje Wam pewien obraz - jego Jezus jest brzydki, pełen wad i wątpliwości. Wcale nieśpieszno mu do śmierci na krzyżu, i gdy anioł daje mu szansę na ocalenie życia, by mógł przeżyć je jak zwykły śmiertelnik, wzbudza w nim poważną pokusę... Nie zdradzę Wam więcej, ale gwarantuję, że film wywiera na widzu piorunujące wrażenie. Zwłaszcza w połączeniu z wybitną ścieżką dźwiękową Petera Gabriela!

jesus christ superstar film 1973 musical

2. "Jesus Christ Superstar"


To również nowatorskie podejście do historii Ewangelii, które rozpoczęło swoje życie jako musical na Broadwayu w 1971 roku. Niedługo później, bo w roku 1973 nakręcono film - również musical w rewelacyjnym, hipisowskim klimacie disco lat 70. Warstwa muzyczna wpada w ucho (główny motyw nie wychodzi z głowy widza), równie intrygująca jest choreografia i kostiumy, które są miksem historycznego podejścia do tematu oraz mody lat 70. To dalej ta sama opowieść o Jezusie jaką znacie, tyle że w formie, jakiej nie widziano nigdy wcześniej ani później.

pasja film mel gibson monica belucci

3. "The Passion of the Christ" ("Pasja")


Nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć filmu Mela Gibsona. Jeśli szukacie najbardziej "czystego" filmu o Jezusie, który bez żadnych udziwnień ekranizuje Ewangelię strona po stronie, to dobrze trafiliście. Gibson - głęboko wierzący katolik - podszedł do Biblii jak do źródła historycznego, kręcąc swoją opowieść zgodnie z realiami epoki. Kostiumy, scenografia etc. - wszystko to stoi na najwyższym poziomie. Na specjalne uznanie zasługuje warstwa językowa, jest to bowiem chyba jedyny film o Jezusie, w którym Mesjasz mówi po aramejsku, tak jak ówczesna ludność Judei! I choć w niektórych momentach wrodzony sadyzm Gibsona pokierował go za daleko (zwłaszcza w naturalistycznej scenie biczowania), to warto sięgnąć do tego filmu. 

zmartwychwstały film 2016 ralph fiennes

4. "Risen" ("Zmartwychwstały")


Pozostajemy w nurcie "historycznym" opowieści o Jezusie, w który wpisuje się też film "Risen" z 2016 roku z Ralphem Fiennesem w roli głównej. To historia rzymskiego centuriona, który rozpoczyna śledztwo po tym, jak ciało Jezusa znika z grobu. To bardzo interesujące zobaczyć tą opowieść z rzymskiego punktu widzenia. Nasz bohater rozwiązuje zagadkę krok za krokiem, by na końcu przekonać się, że musi przewartościować wszystko w co wierzył i co czynił dotychczas w swoim życiu. Intrygujące.

mistrz i małgorzata serial 2005 michaił bułhakow

5. "The Master and Margarita" ("Mistrz i Małgorzata")


Jeśli nie czytaliście nigdy wybitnej (!) powieści Michaiła Bułhakowa, natychmiast to nadróbcie! Nie sposób właściwie opisać w zaledwie paru słowach czystego geniuszu literackiej opowieści, w której historia ukrzyżowania Jezusa (tu zwanego Jeszuą Ha-Nocri), miesza się z metafizycznymi wydarzeniami w Moskwie lat 30. XX wieku. Wiele było ekranizacji tej książki, a moim zdaniem najlepszą z nich jest rosyjski, 10-odcinkowy miniserial z 2005 roku. Powiem tyle: nie można nie znać tej opowieści! Jeśli więc nie czytaliście powieści, albo czytaliście ją dawno, zróbcie sobie prezent i sięgnijcie do tego miniserialu. Nie pożałujecie!


6. "I'm Not Jesus Mommy"


Zbliżamy się już do końca zestawienia, więc czas na coś nieco z innej beczki. Akcja filmu dzieje się w czasach współczesnych, gdzie pewna kobieta ma problem z zajściem w ciążę. W końcu udaje jej się urodzić syna dzięki pomocy techniki klonowania. Jednak wraz z przyjściem dziecka na świat, zaczynają dziać się dziwne, apokaliptyczne rzeczy. Okazuje się, że DNA użyte do sklonowania chłopca zostało wzięte... z Całunu Turyńskiego. Jeśli orientujecie się nieco w historii Biblii, a zwłaszcza w Apokalipsie wg. Św. Jana, to wiecie co rzekomo wydarzy się, gdy Jezus powtórnie pojawi się na Ziemi. Niespodzianka!

behold the man książka michael moorcock nebula

7. "Behold the Man" 


I na koniec słowo o filmie, który... nigdy nie powstał. A powinien! W 1969 roku brytyjski pisarz SF Michael Moorcock napisał powieść zatytułowaną "Behold the Man". Dostał za nią nagrodę Nebula, drugą najważniejszą literacką nagrodę dla powieści science fiction (jeśli nagroda Hugo jest Oscarem, to Nebula jest Złotym Globem). W tej historii podróżnik w czasie ląduje w Judei na początku naszej ery, by być świadkiem historii życia i zmartwychwstania Jezusa. Niestety okazuje się, że nic nie wygląda tak jak powinno. Jezus owszem, istnieje, ale jest upośledzony umysłowo i absolutnie nie nadaje się do przeznaczonej mu roli. Podróżnik orientuje się szybko, by historia potoczyła się tak jak powinna, on sam musi wejść w buty Jezusa... Brzmi ciekawie? No pewnie! Strasznie żałuję, że jak do tej pory nikt nie zekranizował tej powieści. Podejrzewam, że ze strachu przed kontrowersjami - chrześcijańscy fanatycy nie wybaczyliby takiego "bluźnierstwa". Miejmy jednak nadzieję, że kiedyś znajdzie się ktoś odważny. Tymczasem odsyłam Was do książki, która została wydana w Polsce pod tytułem "I ujrzeli człowieka" w roku 1992. Możecie ją kupić (oczywiście używaną) na Allegro.

żywot briana monty python


P.S. No dobra, trochę oszukałem z tą ostatnią pozycją prezentując Wam książkę a nie film, więc już się poprawiam - przypominam bowiem o takich dziele jak "Life of Brian" ("Żywot Briana")! To obrazoburczy i piekielnie śmieszny film autorstwa grupy Monty Pythona, gdzie obśmiano chyba każdy aspekt związany z fanatyzmem, religijnym zaślepieniem, nacjonalizmem i zwykłą ludzką głupotą. Uwielbiam!!! Always look on the bright side of life...


Karol "Wedge" Dobosz
Domowa videoteka - wskazówki dla kolekcjonerów

Domowa videoteka - wskazówki dla kolekcjonerów

Follow my blog with Bloglovin

Gdy zastanawiam się, skąd wzięła się we mnie miłość do filmów, to prawdopodobnym źródłem będzie domowy odtwarzacz wideo. W latach 90., w których się wychowywałem, to urządzenie było obowiązkowym wyposażeniem każdego gospodarstwa domowego. Ale sam odtwarzacz to mało - moi rodzice (a ja po nich) zbudowali sobie z jego pomocą nagraną z telewizji potężną kolekcję wartościowych filmów, które oglądałem w kółko aż do zerwania taśmy! Były tam klasyki science fiction, westerny, filmy przygodowe i kino akcji... Wszystko to czego młoda dusza potrzebuje do szczęścia. Nic więc dziwnego, że wyrosłem na kolekcjonera i do dziś nie mogę się pozbyć nawyku posiadania ulubionych produkcji na oryginalnych nośnikach. Dzięki temu moja kolekcja DVD i Blu-ray rośnie i rośnie, i aktualnie wygląda tak:



Po co kolekcjonować płyty w dobie Netflixa i serwisów VOD?


Jest to pytanie, które ludzie mi zadają odkąd zacząłem kupować oryginalne filmy jeszcze na kasetach wideo. I zawsze odpowiadam to samo: po pierwsze jest to chęć posiadania czegoś na własność, swego rodzaju zmysł kolekcjonerski, który każe mieć coś namacalnego i ekskluzywnego. Coś, co można postawić na półce, a następnie z zadowoleniem usiąść na kanapie i podziwiać. Mój tryb życia zapewnia mi coraz mniej i mniej czasu na oglądanie filmów i seriali. W ramach emocjonalnej rekompensaty siadam sobie wtedy w salonie i podziwiam swoją kolekcję - to namiastka tego, jakbym te filmy właśnie oglądał (większość znam już zresztą na pamięć, więc tak naprawdę nie muszę tego robić). Ale jest też drugi, ważniejszy aspekt. Nic, co zapewniają nam serwisy VOD, nie jest trwałe. Wystarczy że skończy się komuś licencja, zmieni się polityka firmy, albo po prostu coś się odwidzi dyrektorowi programowemu i nagle pstryk - Wasz ukochany film czy serial znika z serwisu (jak choćby było z produkcjami Disney'a na Netflixie). A płyty z półki nikt Wam nigdy nie zabierze! 

Jakie wersje płyt są na rynku i ile kosztują?


Aktualnie numerem jeden jeśli chodzi o jakość domowych produkcji jest standard Ultra HD, a więc Blu-ray 4K. Zapewnia najlepszą jakość obrazu i dźwięku - oczywiście pod warunkiem że macie w domu telewizor w standardzie 4K (najlepiej z kinem domowym). Niestety za jakością idzie cena - film na płycie w formacie 4K kosztuje średnio 100 zł lub drożej. Na drugim miejscu jest standardowy Blu-ray, gdzie średnia cena płyty wynosi około 50 zł. Na ostatnim miejscu jest przestrzały już nieco DVD, gdzie średnia cena sięga 20 zł. Oczywiście wszystkie te formaty mają też różne wydania - dajmy na to kolekcjonerska edycja filmu będzie o wiele droższa od jej odpowiednika w książeczkowym opakowaniu.


Na co patrzeć przy zakupie?


To, które wydania i które formaty wybierzecie, zależy wyłącznie od Was. Na rynku - zwłaszcza zagranicznym - można wśród nich wybierać, choć warto dokładnie się rozejrzeć by złapać w swojej ręce najbardziej wizualnie atrakcyjne wydanie. Osobiście najbardziej preferuję steelbooki, tudzież metalboxy. Żaden plastik czy karton nie jest w stanie oddać faktury i jakości nadruku na metalowym, sztywnym opakowaniu. Zwłaszcza jeśli wydawca płyty dorzuci do niego embosowaną czcionkę! Mile widziane są też kartonowe digipacki w formie otwieranych książek z wielkimi ilustracjami, zwłaszcza przy wydaniach seriali. Osobną kategorię stanowią limitowane, kolekcjonerskie edycje - np. kolekcja filmów "Terminator" w metalowej głowie robota T-800 czy serii "Harry Potter" w miniaturce Hogwartu. A zatem przy wyborze płyty powinna decydować przede wszystkim jakość wydania, rzecz jasna w korelacji z ceną.

Gdzie kupować?


Tu mam kilka propozycji. Moje doświadczenie wskazuje, że najlepszym miejscem do polowania na fajne wydania filmów jest Zavvi.com - angielski sklep z kolekcjonerskimi gadżetami dla miłośników popkultury. Wiele wydań filmów na europejskim rynku zyskało ekskluzywne edycje tylko za pośrednictwem tego sklepu. Co ważne brytyjskie wydanie bez problemu otworzycie w polskim odtwarzaczu, czego nie można powiedzieć o amerykańskiej płycie (chyba że jest w standardzie region free). W poszukiwaniu dobrych cen warto też zajrzeć do sklepu Base.com - często mają prawdziwie rewelacyjne przeceny!

Na bardziej cierpliwych czeka oczywiście Allegro - tu jednak trzeba się mieć na baczności, by nie przepłacić ponad cenę rynkową. 

Polecam też za darmo zarejestrować się w systemie cashbackowym Refunder - dzięki czemu Wasz zakup przez internet zapewni Wam dodatkowe kilka procent zwrotu liczonego od wartości produktu. Refunder ma też bardzo sprytną wtyczkę do przeglądarki, dzięki czemu na pewno nie przegapicie możliwości cashbacku.

Udanych łowów!

Wedge
Kwarantanna nie będzie trwała wiecznie. Jaki będzie świat "po"?

Kwarantanna nie będzie trwała wiecznie. Jaki będzie świat "po"?

Świat zmienia się na naszych oczach.

Jeszcze niedawno wstawali co rano niewyspani i szli (mniej lub bardziej chętnie) do pracy. Do sklepu po chleb żytni i ser żółty, na kawę z sojowym mlekiem do sieciówki, do parku po drugiej stronie ulicy. Planowali wakacje za granicą, zakup nowych butów, wizytę u fryzjera i rozpoczęcie regularnego biegania. Nagle z dnia na dzień zaczęli tracić możliwość robienia drobnych, rutynowych czynności. Przestali spotykać się ze znajomymi, chodzić z dziećmi na plac zabaw. Nie musieli już jechać do pracy na drugi koniec miasta żeby generować nowe foldery na firmowym komputerze, nie mogli swobodnie wyjść na rodzinny spacer z psem jak co sobotę. Zamknęli się w domach. Sfrustrowani, zmęczeni, głodni informacji, zależni od sąsiadów i obcych ludzi. Niektórzy otworzyli serca, inni zasunęli szczelnie rolety w oknach. Świat stał się bardziej milczący, zamarł w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków. Co przyniesie jutro? 
Brzmi jak wstęp do jakiegoś filmu?
No właśnie...

anihilacja film netflix natalie portman alex garland

To nie był film


Wyobraźnia podsuwa nam różne scenariusze. Większość wyeksploatowało kino. Może za kilka tygodni wrócimy po prostu do życia, nieco poturbowani, odrobinę zmartwieni, ale z nadzieją zaczniemy przywracać wszystko do dawnego stanu. A może nie? Zanim to nastąpi, trochę jeszcze posiedzimy w domu. To idealna okazja żeby przypomnieć sobie jakie losy ludzkości wróżyli twórcy filmowi. Oto totalnie subiektywny i abstrakcyjny wybór możliwych scenariuszy. Dla każdego coś nieoczekiwanego!

Wątek ekologiczny


Jeszcze kilka tygodni temu głośno było o globalnym ociepleniu i dewastacji środowiska naturalnego. W wyniku wybuchu epidemii koronawirusa na chwilę zapomniano o temacie. Natura nie zapomniała. Pojawiają się doniesienia o pozytywnym wpływie izolacji ludzkiej na środowisko naturalne. Przyroda się odradza, powietrze jest mniej zanieczyszczone. Ekolodzy się cieszą. Ciekawe jak bardzo cieszyliby się gdyby natura naprawdę wzięła sprawy w swoje ręce? Co by było gdyby inny gatunek zdominował świat? Wyobraźcie sobie, że idziecie w poniedziałek do Biedronki, a tam nie ma bananów*. I już nigdy nie będzie! Za to po sąsiedzku wprowadzają się do pobliskiego lasu małpy. Skrzykujecie sąsiadów, ubieracie jednorazowe rękawiczki oraz maseczki uszyte przez żonę Marka spod trójki i szturmem wpadacie do zagajnika (na polowanie można, więc mandatu nie będzie) i z zachowaniem 2 metrów odstępu atakujecie obozowisko małp. Niektórzy ślizgają się teatralnie na skórkach od bananów, sprytniejsi zarzucają sznury na pranie teściowej na gałęzie, aby niczym Tarzan na lianach szybować wśród wierzchołków drzew. Kilku strategicznie zawraca do domu. Reszta znika w leśnym gąszczu bez śladu. Małpy powoli przejmują kolejne terytoria i władzę nad światem. To już nie jest miejsce dla ludzi to planeta małp. A wszystko ponoć zaczęło się w pewnym laboratorium... 
Pełne case study znajdziecie tutaj: "Geneza", "Ewolucja", "Wojna".

planeta małp planet apes war serkies dawn rise geneza ewolucja dvd trilogy

Albo inaczej. Banany nigdzie nie znikają. Może dziwnie wyglądają w kolorze niebieskim, mruczące jak kot sąsiadki, ale wciąż smakują tak samo. Po wielu tygodniach wszyscy wychodzimy (a raczej wybiegamy) na świat. Wprawdzie zapamiętaliśmy go trochę inaczej, ale nikt nie wpada w panikę. W końcu długo nas nie było na zewnątrz, a pamięć bywa zawodna, więc wszyscy zgodnie ignorują wiewiórki o ludzkich dłoniach, drzewa w kształcie ludzi i psa sąsiadów, który oszczekuje wszystkich trzynastozgłoskowcem z "Pana Tadeusza". Czy jest się czego bać? Stało się to czego wszyscy podskórnie się spodziewali. Świat uległ zmianie. Czy zmierza do "Anihilacji"?

anihilacja natalie portam alex garland netlix film

Wątek społeczno-kulturalny


A może wcale nie wychodzimy. Jeszcze długo. Nigdzie. Kwarantanna przeciąga się i zaostrza. Ludzie zostają nagle uwięzieni w przypadkowych miejscach. Wyobraź sobie, że jedziesz spokojnie po banany do Lidla (słyszałeś już od siostry sąsiadki kuzyna z ministerstwa, że w Biedronce nie ma) i nagle widzisz oślepiające światło, słyszysz huk, a potem jest już tylko ciemność. Gdy otwierasz oczy odkrywasz, że znajdujesz się w jakimś bunkrze z obcymi ludźmi. Nowi współlokatorzy wydają się całkiem przyjaźni, wydzielają wprawdzie brzoskwinie z puszki i zabraniają podejść do drzwi, ale początkowo nawet ci to nie przeszkadza. W końcu mają planszówki. Ile wytrzymasz nie wiedząc co się dzieje na zewnątrz? I kwestia zasadnicza: pod jakim adresem listonosz ma zostawić awizo na wypadek wyborów? Czy będzie to "10 Cloverfield Lane"?

cloverfield lane 10 john goodman Mary Elizabeth Winstead jj abrams film

No dobra. W końcu podchodzisz do tych drzwi, bo brzoskwinie się skończyły i naprawdę doskwiera ci brak zasuwy w łazience. I odkrywasz, że katastrofa klimatyczna stała się faktem. Połowa świata znalazła się pod lodem, pogrzebało Wieżę Eiffla i Statuę Wolności. Polski nie ma na mapie. Tylko z satelity widać jak czyste powietrze się przez to zrobiło. Zapominasz o bananach, ale przypominasz sobie, że masz książki do oddania do biblioteki (przez całą kwarantannę były przecież zamknięte). I naprawdę chętnie byś się do niej udał, ale nagle Meksyk zamknął granice z USA. Wyruszasz jutro czy "Pojutrze"?

pojutrze ronald emmerich dennis quaid jake gyllenhaal ian holm efekt cieplarniany zlodowacenie

Wątek towarzysko-biznesowy


To jednak Twój szczęśliwy dzień! Udaje ci się wskoczyć do pociągu, który mknie przez świat skuty lodem. W środku jest nawet przyjemnie, chociaż powoli zaczynasz się zastanawiać kiedy skończy się płyn do dezynfekcji, o który musiałeś stoczyć walkę na stacji benzynowej z kierowcą czerwonego opla. Wprawdzie niektórzy współpasażerowie wyglądają jakby im "peron odjechał", ale przecież nie będziecie jechać tym transportem nie wiadomo jak długo. Ile godzin/dni/lat może trwać taka podróż "Snowpiercerem" z Kapitanem Ameryką na pokładzie?

Arka przyszłości tilda swinton chris evans ewen bremner john hurt ed harris

Może do czasu aż skończy się paliwo? Wszędzie i wszystkim? A co jeśli zaleje nas ostatecznie fala upałów, która wysuszy planetę na wiór? Rządy upadną, kapitalizm runie, państwa przestaną istnieć, a banany na zawsze znikną z powierzchni Ziemi. Nie będzie Lidla, nie będzie Biedronki, tylko wszechobecne warsztaty samochodowe pana Zenka. Przynajmniej moda będzie bardziej stylowa niż piżama w króliki i sprany szlafrok w kolorze zimnej latte bez guzika. A to wszystko z kolekcji haute couture domu mody "Mad Max".

na drodze gniewu fury road tom hardy charlize theron

I co? Zrobiło się gorąco? Którą wizję wybierasz? Żadną z powyższych? Nie szkodzi, mamy jeszcze sporo inspiracji na wizje świata po apokalipsie TUTAJ. Rozgość się, w końcu nigdzie się póki co nie wybieramy....

...na szczęście!


*Nie znoszę bananów



Izabela "Taraissu" Rutkowska-Dobosz
"Birds of Prey (and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)" ("Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)")

"Birds of Prey (and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)" ("Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)")

O czym to jest: Niestabilna emocjonalnie bandytka próbuje przetrwać w mieście przestępców razem z równie niestabilną grupą partnerek. Z poszukiwaniem diamentu w tle.

ptaki nocy harley quinn film recenzja dc margot robbie

Recenzja filmu:

Zazwyczaj staram się optymistycznie i pozytywnie patrzeć na produkcję, którą akurat oglądam. To taka moja sztuczka na miłe spędzanie czasu - mimo że dostrzegam wady danego filmu czy serialu, staram się skupić na pozytywach, dzięki czemu nie mam potem wrażenia, że straciłem kawałek życia na czymś bezsensownym. Niestety są takie przypadki, w których znalezienie pozytywów jest bardzo, bardzo trudne... I tak jest właśnie z "Birds of Prey".

Mówiąc szczerze - nie mam pojęcia co się stało. Wydawać by się mogło, że jestem idealnym odbiorcą takiego filmu. Głęboko siedzę w popkulturze, orientuję się w realiach franczyz komiksowych, jestem na bieżąco z produkcjami "DC Extended Universe"... Nadto lubię kino akcji, no i jestem facetem, czyli powinienem być podatny na wdzięki Margot Robbie w roli Harley Quinn. Niestety mimo najszczerszych chęci mam wrażenie, że nic w "Birds of Prey" nie zadziałało tak jak powinno. Harley Quinn jako postać była świetna w "Suicide Squad" jako humorystyczne odciążenie bandy ponurych i mrukliwych kolesi, z Willem Smithem jako Deadshotem na czele. Jednak postawiona na froncie jako główna bohaterka opowieści okazała się być nadzwyczaj irytująca. Ciężko mi nawet jednoznacznie określić, o czym opowiada fabuła. Scenarzyści też chyba tego nie wiedzieli, bo wpletli do środka wątki niby-gangstersko-złodziejskie, które co chwila musieli objaśniać dziwnymi retrospekcjami, wychodząc z założenia że widz jest kompletnym idiotą, którego trzeba prowadzić za rękę. A może to ja źle zrozumiałem i był to film o przemianie, jaką przechodzi Harley Quinn i jej tytułowej "emancypacji"? A gdzie tam - siłą napędową naszej bohaterki było zerwanie z Jokerem i wszczynanie rozrób bez jego udziału. Czyli jako widzowie otrzymaliśmy przesłanie: "Hej dziewczyny, jeśli rzuci was facet to mimo to jesteście coś warte!". Serio, w 2020 roku trzeba wysyłać takie wiadomości i kręcić o tym filmy, i to jeszcze w takiej formie? Moim zdaniem uwłaszcza to wszystkim kobietom, zwłaszcza gdy cała prezencja Margot Robbie jako Harley Quinn rozsiewa wokół siebie aurę seksualnie drapieżnej lolitki.

Humor i zachowanie Harley Quinn, z jej głosem na czele, przywoływało mi na myśl stare kreskówki. Walenie wielkimi młotkami po głowach, akrobacje na wrotkach, zderzanie się z przeszkodami i wychodzenie z tego bez szwanku... Brakowało mi tylko osmalonej buźki po eksplozji granatu prosto w twarz, a także rakiet i innych wynalazków firmy Acme z animacji o Kojocie i Strusiu Pędziwiatrze. Powiedzmy to sobie wprost: to, co się sprawdza jako kreskówka dla kilkulatów, nie będzie dobrze wyglądać w aktorskiej produkcji skierowanej do dorosłego widza. To jest konwencja, którą mogę okazjonalnie kupić w serialu komediowym w ramach zabawy formą, ale nie w dwugodzinnym hollywoodzkim blockbusterze. Oczywiście wiem, że Margot Robbie włożyła w ten film całe serce. Doceniam starania charakteryzatorów i scenografów, doceniam to że sama kręciła sceny kaskaderskie... ale niestety. Czasem pomysł jest dobry, ale scenariusz i reżyseria nie potrafią go przedstawić w wiarygodny, atrakcyjny sposób.

Co gorsza, spośród postaci towarzyszących moje zainteresowanie wzbudziła jedynie Jurnee Smollett-Bell jako Black Canary. Wyglądała jak powinna, zachowywała się jak powinna - to o niej chętnie obejrzałbym solowy film! Niestety cała reszta była zdecydowanie poniżej poziomu. Nawet Ewan McGregor jako Black Mask, czyli główny antagonista, był raczej karykaturalny i na tyle nudny, że zaraz znikał z pamięci widza. A jego czołowy bandzior Victor Zsasz? Powiem tyle: jeśli chcecie zobaczyć prawdziwego, rewelacyjnego Victora Zsasza, to zapraszam do serialu "Gotham", gdzie zagrał go Anthony Carrigan. Uwierzcie mi - nie ma nawet porównania. Na sam koniec wspomnę o największym rozczarowaniu, czyli Mary Elizabeth Winstead jako Huntress. Ta lubiana przeze mnie aktorka wyglądała tragicznie (w co oni ją ubrali?), ruszała się tragicznie, a nadto jej dialogi wołały o pomstę do nieba. To zdecydowanie nie jej typ kina.

Naprawdę chciałbym, by "Birds of Prey" było fajnym, rozrywkowym kinem, zwłaszcza że po "Aquamanie" i "Shazam" uwierzyłem, że uniwersum DC ma najgorsze czasy za sobą. A tu znowu taka wtopa... Cóż, pozostaje się teraz otrząsnąć i czekać na "Wonder Woman 1984" z nadzieją, że tam gdzie nie dowiozła Margot Robbie, nadrobi Gal Gadot.

Wniosek: Nudne i nieporywające. Niestety strata czasu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


Netflix - czy serwisy streamingowe to trzynasta muza?

Netflix - czy serwisy streamingowe to trzynasta muza?

W mitologii greckiej muzy były boginiami sztuki i nauki. Od kiedy na świecie ponad 100 lat temu pojawiło się kino, zwykło je się określać mianem "dziesiątej muzy". Powstałą później telewizję nazywa się "jedenastą", a internet i gry - "dwunastą". Jednak w ostatnich latach jesteśmy świadkami czegoś nowego, co zmieni rynek rozrywki i popkultury jeszcze bardziej, niż do tej pory. Tym czymś są serwisy streamingowe typu "video on demand" (VOD), wśród których rola chorążego przypadła Netflixowi


Netflix powstał w USA w 1997 roku, wpierw jako wypożyczalnia filmów DVD rozsyłająca płyty odbiorcom za pośrednictwem poczty. W 2007 do swojej oferty dodał wypożyczanie filmów za pośrednictwem mediów strumieniowych, a wszystko to dzięki powszechnemu dostępowi do internetu. Dalej już poszło - w ciągu kolejnej dekady Netflix stał się prawdziwym gigantem, z ponad 100 milionami abonentów, obecnością na całym świecie (wyłączając Chiny, Syrię i Koreę Północną) i miliardami dolarów obrotu. Ale rynek nie znosi próżni - tam gdzie niegdyś królował tylko Netflix, dziś za rogiem czyhają jego konkurenci: Disney+, HBO Max czy Amazon Prime

Można by stwierdzić, że Netflix to nic innego jak serwis online do oglądania filmów - i owszem, jest nim, ale również czymś znacznie większym. Netflix wprowadził rewolucję w sposobie postrzegania telewizji, zacierając granicę między "małym" a "srebrnym" ekranem. Nie oznacza to, że Hollywood może pakować manatki, a wszystkie kina można przerobić na knajpy i galerie sztuki - a przynajmniej jeszcze nie teraz. Ale Netflix zmienił świat w sposób, którego nie da się już odwrócić. 


Po pierwsze: uszanował czas widza. Stara "dwunasta muza", czyli telewizja (coraz bardziej ignorowana przez młodsze pokolenia), działała niczym radio - oferowała stałą obecność w każdym domu, nawet przez 24 godziny na dobę. Tydzień oczekiwania na kolejne odcinki nie był więc niczym strasznym, bo w międzyczasie wystarczyło zmienić kanał i skupić uwagę na czymś innym. Najbardziej popularne seriale miały moc pustoszenia ulic - gdy nadchodził czas emisji, wszyscy zasiadali przez ekranami, bo jak się przegapiło odcinek to już koniec, nie było możliwości powtórki! Netflix poszedł inną drogą, udostępniając cały sezon serialu naraz. Dzięki temu od razu widz miał możliwość urządzenia maratonu - np. całego weekend z Netflixem i ukochaną produkcją. W ten sposób Netflix stał się zjawiskiem kulturowym, a idea "wieczoru z Netflixem" zaczęła mieć drugie znaczenie. Mistrzowskie posunięcie! 

Po drugie: mnogość wyboru. Na samym początku Netflix był agregatem ofert wytwórni i telewizji z całego świata. Gdy jednak konkurenci zauważyli jak wielkie pieniądze się za tym kryją, postanowili stworzyć własne serwisy VOD, wycofując je z biblioteki giganta. Wtedy jednak Netflix przeszedł do kontrnatarcia i zaczął kręcić własne produkcje, nie szczędząc przy tym pieniędzy. Światowa popkultura otrzymała dzięki temu dziesiątki filmów i seriali, które odbiły się szerokim echem. Wymienię choćby parę najbardziej znanych tytułów: "The Witcher", "Narcos", "Stranger Things", "House of Cards"... 


No i po trzecie: szturm na pozycje kin. Netflix ściągnął do współpracy najlepszych reżyserów i aktorów, umożliwiając im środki i platformę dystrybucji do takich projektów, jakie tylko mogą sobie zamarzyć. I wtedy zdarzyło się coś, czego nikt nie przewidział: wielkie kinowe hity, które normalnie trafiłyby na kinowy ekran walcząc o atencję widza, zaczęły lądować w domu widza w dzień premiery! Taki na przykład "The Irishman", "Marriage Story" czy "The Highwaymen" (wymieniając tylko tytuły z 2019 roku) jakością i poziomem absolutnie w niczym nie ustępują oscarowym produkcjom! Doszło nawet do ostrej wojny pomiędzy producentami na tle tego, czy filmy Netflixa mają prawo startować po Oscary - póki co tak, pod warunkiem że przynajmniej częściowo pojawiły się w kinach. 

Jednym słowem Netflix spowodował, że kino za pośrednictwem internetu zmieniło się w telewizję, nie tracąc przy tym nic ze swojej magii i poziomu. I to nie zwykłą telewizję, a telewizję instant, dostosowaną do współczesnych potrzeb, rozwoju społecznego i technologii. Dlatego też uważam wszystkie serwisy streamingowe za "trzynastą muzę" - a w zasadzie dziecko wszystkich muz XX wieku. Dziś to Netflix, a wkrótce też jego najwięksi konkurenci, będą nadawać ton odnośnie tego co i jak oglądamy w domu (podjęto już nawet pierwsze eksperymenty produkcji, w których to widz w czasie rzeczywistym decyduje, jak potoczy się akcja - patrz "Bandersnatch"). Wygra ten, kto dostarczy produkt najlepszej jakości, a zatem finalnie skorzystamy na tym my wszyscy!
Co w kinach w Polsce w 2020 roku?

Co w kinach w Polsce w 2020 roku?

Dla kinematografii nadszedł ciężki czas - ze względu na pandemię koronawirusa na całym świecie doszło do niespotykanego wcześniej zawieszenia prac kin. Wstrzymano również prace na planach wielu filmów i seriali. Dlatego też miejcie na uwadze, że poniższe daty premier w Polsce mogą ulec zmianie - dotyczy to zwłaszcza najbliższych produkcji. Niemniej, zakładając optymistyczny scenariusz zwycięstwa nad pandemią, filmowy rok 2020 podobnie jak ubiegłe lata będzie nas rozpieszczał! Przygotowaliśmy dla Was listę naszym zdaniem najlepszych rozrywkowych pozycji na 2020 rok, które pojawią się w polskich kinach. Przed Wami dziesiątka najgorętszych pozycji 2020! 


1. „Mulan” – data premiery 27.03.2020 


Disney kontynuuje swój triumfalny marsz, kręcąc na nowo swoje największe animowane hity – tyle że w wersji fabularnej. W tym roku na tapetę trafia „Mulan”, historia o antycznej chińskiej wojowniczce, która rusza na front w męskim przebraniu. Na pewno będzie spektakularnie i widowiskowo – pytanie czy nie nudno? Na plus liczy się pełna azjatycka obsada widowiska (mistrza Mulan zagra sam Donnie Yen!), choć film będzie oczywiście anglojęzyczny. Czekamy! 

2. „The New Mutants” („Nowi Mutanci”) – data premiery 3.04.2020 


Mutanci z uniwersum „X-Menów” wracają z epilogiem w postaci wielokrotnie przekładanego i przerabianego horroru „The New Mutants”. Nie spodziewajcie się jednak zobaczyć znanych z serii głównych postaci (no chyba że gdzieś w małym cameo). Tym razem grupa nastolatków z supermocami zostaje zamknięta w szpitalu, skąd będą musieli się wydostać – lub zginąć. W rolach głównych wschodzące gwiazdy młodego pokolenia: Maisie Williams („Gra o Tron”), Anya Taylor-Joy („Glass”) oraz Charlie Heaton („Stranger Things”). Wszystko wskazuje na to, że to ostatnia okazja by zobaczyć taką wersję mutantów na ekranie (przynajmniej dopóki nie powrócą kiedyś w „Marvel Cinematic Universe”). Ale nigdy nie mówimy nigdy, wszak w Hollywood wszystko jest możliwe! 

3. „Black Widow” („Czarna Wdowa”) – data premiery 1.05.2020 


Nareszcie! Po latach oczekiwań postać Czarnej Wdowy (Scarlett Johansson) doczekała się solowego filmu w ramach „Marvel Cinematic Universe”! Producenci długo nie chcieli uwierzyć, że kobieta-superbohater może zapewnić im wystarczającą liczbę widzów. Dopiero „Captain Marvel” pokazała, jak bardzo byli w błędzie! A ten film należał się Scarlett Johansson jak mało komu – ponad 10 lat obecności w uniwersum przy nieustającej popularności wśród widzów powinno jednak coś znaczyć. Osobiście liczę na domknięcie sporej liczby wątków – kto wie, może nawet słynnej misji w Budapeszcie? 

4. „Wonder Woman 1984” – data premiery 5.06.2020 


Długo czekaliśmy na sequel przygód Gal Gadot w roli Wonder Woman! Pierwsza „Wonder Woman” szturmem podbiła serca i portfele widzów, prezentując nowe oblicze znanej od dekad komiksowej superbohaterki. I to jeszcze w nieogranych realiach I wojny światowej! Sequel przeniesie nas do lat 80., gdzie Wonder Woman będzie musiała się zmierzyć z Pedro Pascalem. O fabule nie wiemy w zasadzie nic więcej, ale to nie szkodzi – trailer tej produkcji to jeden z najlepszych jakie widziałem w ostatnim czasie (ta muzyka!). Czekamy i to bardzo! 

5. „Ghostbusters: Afterlife” („Pogromcy Duchów: Dziedzictwo”) – data premiery 10.07.2020 


Pierwsze podejście do wskrzeszenia franczyzy „Pogromców Duchów” – czyli „Ghostbusters” z 2016 roku z żeńską ekipą w roli głównej spotkało się, delikatnie mówiąc, z umiarkowanym przyjęciem widzów. Moja opinia jest taka, że wyszedł z tego całkiem niezły film nie licząc momentów, w których był tragiczny. Jednak producenci nie złożyli broni, i po błyskawicznej eksmisji tej produkcji na śmietnik kinematografii postanowili spróbować raz jeszcze i stworzyć pełnoprawną trzecią część oryginalnego cyklu. Wszyscy starzy aktorzy na pewno nie powrócą (choćby dlatego, że jeden z nich nie żyje, a drugi od dawna nie występuje publicznie), ale pozostali zapewne zaliczą małe cameo. Zastąpi ich za to młoda ekipa pod przywództwem gwiazdy „Stranger Things”, Finna Wolfharda. Pytanie tylko z jakim efektem? 

6. „Tenet” – data premiery 17.07.2020 


O tym filmie nie wiemy prawie nic, ale to co wiadomo i tak nastraja nas pozytywnie. Po pierwsze: reżyseruje Christopher Nolan, aktualnie chyba najbardziej wzięty i kasowy reżyser Hollywood. Po drugie: trailer wskazuje na zabawę upływem czasu i epickie sekwencje na miarę „Incepcji”. Po trzecie, w obsadzie m.in. Robert Pattison, Michael Caine i Elizabeth Debicki. Czekam niecierpliwie na kolejną oryginalną wizję świata wg Nolana – na pewno nie da się obok niej przejść obojętnie. 

7. „Top Gun: Maverick” – data premiery 17.07.2020 


Tego sequela nikt się nie spodziewał. Nie wiem nawet, czy ktokolwiek go potrzebuje. Ale jednego jestem pewien – Tom Cruise nie kręci złych filmów! Zatem jeśli po paru dekadach postanowił powrócić do roli narwanego pilota myśliwca US Navy, musi być ku temu jakiś powód. Obsada wygląda imponująco (wraca Val Kilmer!), podobnie jak zdjęcia i sekwencje lotów myśliwców. Wierzę w Toma Cruise’a i w to, że i tym razem mnie nie zawiedzie! 

8. „No Time to Die” („Nie Czas Umierać”) – data premiery 12.11.2020 


James Bond powraca. Po raz piąty (ponoć ostatni) z twarzą Daniela Craiga. Oryginalna premiera była planowana na kwiecień, jednak ze względu na epidemię koronawirusa przesunięto ją na listopad. Zapowiadany film ma być epilogiem dotychczasowych przygód Bonda i wielką kulminacją dokonań Agenta 007 rozpoczętych w „Casino Royale”. Będą pościgi, będą gadżety, będą piękne kobiety (Ana de Armas!), a także szokujące odkrycia i zwroty akcji. Pozostaje tylko pożałować, że czarnego charakteru nie zagra jednak Tomasz Kot (choć Rami Malek to też zacny wybór). A my jako widzowie powoli możemy zastanawiać się nad nową twarzą Jamesa Bonda. Może ktoś o innej karnacji? Albo kobieta?

9. „Godzilla vs. Kong” – data premiery 20.11.2020 


To z mojej strony ostatni kredyt zaufania, jaki daję franczyzie „MonsterVerse”. Wśród trzech dotychczasowych produkcji jedna była świetna, jedna tragiczna i jedna przeciętna. Tym razem najsłynniejsza przerośnięta jaszczurka świata zmierzy się z najsłynniejszym gigantycznym gorylem. Brzmi absurdalnie, ale z drugiej strony – na tym polega gatunek filmów o kaiju, więc nie ma co się obrażać. W jednej z ról wiodących kolejna w tym zestawieniu gwiazda „Stranger Things”, Millie Bobby Brown. A ja mam tylko jedno pytanie: czy w końcu w tym uniwersum ktoś porządnie podepcze Tokio? 

10. „Dune” („Diuna”) – data premiery 18.12.2020 


I na sam koniec mój absolutny numer jeden nie tylko roku 2020, ale i całej dekady. Czekam na ten film bardziej niż na jakiekolwiek „Gwiezdne Wojny” czy inną ukochaną franczyzę. Cykl książek „Diuna” to opus magnum Franka Herberta, dzieło science fiction na miarę „Władcy Pierścieni” Tolkiena, niewyobrażalnie wręcz głębokie, bogate w wątki i dokładnie przemyślane w kulturowo-religijnych aspektach. Dotychczas otrzymaliśmy dwie próby ekranizacji – słynną „Diunę” Davida Lyncha (artystycznie wartościową, ale z dość luźnym związkiem z książką), oraz telewizyjną „Diunę” i kontynuujący ją miniserial „Dzieci Diuny” Johna Harrisona. Tym razem jednak współczesna kinematografia wytacza najcięższe działa! Za reżyserię nowej wersji odpowiada Dennis Villeneuve, którego dokonania mówią same za siebie („Sicario”, „Arrival”, „Blade Runner 2049”). A obsada… o mamo! Timothée Chalamet, Rebecca Ferguson, Oscar Isaac, Josh Brolin, Stellan Skarsgård, Dave Bautista, Zendaya, Jason Momoa, Javier Bardem... Wymieniać i wymieniać! Zapłacę każde pieniądze za ten film i prywatnie marzę, by był to początek wielkiego uniwersum. Pierwsze przecieki mówią, że powstało coś, co będzie dla współczesnej popkultury nowymi „Gwiezdnymi Wojnami”. Oby!!!
Copyright © Jest Kultowo! , Blogger