Polecamy

"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")

"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")

O czym to jest: Batman i przyjaciele ratują świat przed kosmitami.

Recenzja filmu:

W czerwcu 2017 zastanawiałem się na blogu "Co dalej z uniwersum DC?" Teraz już chyba wiem. A może raczej - wiem, że wciąż nic nie wiem. Co gorsza, nie wiedzą też tego producenci. Po rewelacyjnej "Wonder Woman", która stanowiła promień światła wśród nowych ekranizacji komiksów DC, nadciągnęła "Liga Sprawiedliwości", czyli coś w rodzaju marvelowskich "Avengersów". Tylko z jakim efektem? Odpowiedź nie jest taka prosta! Tak się bowiem składa, że "Liga Sprawiedliwości" istnieje aktualnie w dwóch wersjach - dwugodzinnej kinowej (autorstwa Jossa Whedona) oraz czterogodzinnej (!) reżyserskiej, autorstwa Zacka Snydera. I te dwie wersje filmu, mimo że w dużej mierze składają się z tych samych lub podobnych scen, są tak kompletnie różne, że wymagają dwóch osobnych recenzji. A zatem - do dzieła!

liga sprawiedliwości film recenzja joss whedon

Wersja kinowa - Joss Whedon

Na początku krótkie przypomnienie, które wyjaśni wiele kwestii: oryginalnie reżyserem "Ligi" był Zack Snyder - człowiek który popełnił "Batman v Superman", czyli film pełen płytkiego patosu, kiepskich efektów specjalnych i żenujących zwrotów akcji ("Marthaaaaaa!"). Pod koniec zdjęć Snyder wycofał się z produkcji na skutek rodzinnej tragedii. Stery filmu przejął Joss Whedon, ulubieniec fanów SF i twórca wspomnianych "Avengersów" oraz "Czasu Ultrona". Whedon wywrócił wszystko do góry nogami i nakręcił pół filmu od nowa, wycinając przy okazji część zatrudnionych aktorów oraz twórców (m.in. kompozytora ścieżki dźwiękowej). W konsekwencji otrzymaliśmy hybrydę, która w połowie przypomina typowo snyderowskie "mroczne" kino chwały, a z drugiej typowo whedonowską kumplowską przygodówkę. Skutkiem tego jest daleko idąca niekonsekwencja, bo "Liga" próbując zadowolić miłośników obydwu koncepcji rozczarowuje tak jednych, jak i drugich.

Myślę, że gdyby Joss Whedon kręcił film od początku, przygody Batmana i jego towarzyszy broni wyglądałyby zupełnie inaczej - bardziej lekko, przygodowo i atrakcyjniej dla odbiorcy. Ponadto wciąż uważam, że kręcenie zbiorczego filmu przed solowymi przygodami bohaterów (a więc na odwrót, niż zrobił to Marvel) nie przyniosło dobrego efektu. Skutkiem tego jest przymusowa i skrócona historia takich postaci jak Flash, Cyborg i Aquaman, która zajmuje niemalże pół filmu, pogłębiając wrażenie chaosu w scenariuszu. Ale nie to jest najgorsze. "Liga" w wielu miejscach jest po prostu nudna! Oglądanie rozdartych emocjami bohaterów sprawdza się tylko do pewnego momentu. A ponieważ widzowie mają za sobą już kilka filmów z tego uniwersum, wszyscy mają serdecznie dość gadania i liczą na trochę akcji! Tej oczywiście w "Lidze" nie brakuje, szkoda tylko że ponownie jest ubogacona kiepskimi efektami specjalnymi, które z całą pewnością za parę lat będą wyglądać jak dzisiaj smok w "Wiedźminie", a więc żenująco. 

A skoro już przy żenujących elementach mowa. Jeśli rozdawano by Złotą Malinę za dialogi, to "Liga Sprawiedliwości" byłaby murowanym zwycięzcą. Batffleck mamrotał uniesione teksty o nadciągającej ciemności, Superman zastanawiał się jak pachnie, Flash rzucał suche teksty o tym jak to jest głodny, Aquaman wygłaszał quasi-gangsterskie odzywki, Cyborg stał na drugim tle z naburmuszoną miną, a Wonder Woman... cóż, ona niewiele mówiła, ale to nie szkodzi, bo w przypadku Gal Gadot wystarczy, by po prostu była na ekranie. Serio, "Liga" powinna być podręcznikowym przykładem w szkole scenarzystów jak NIE pisać dialogów. Tak daleko im do bystrości "Ant-Mana", głębi "Logana" czy obrazoburczego humoru "Deadpoola"! Jest to smutne tym bardziej, że wiemy po Whedonie, iż potrafi z siebie wykrzesać prawdziwą iskrę bożą w tym zakresie (patrz "Firefly"). Tym razem po prostu nie podołał.

No to sobie pokrytykowałem! Teraz czas na trochę pochwał, bo na szczęście "Liga" nie jest tak tragiczna, jak mogłoby się zdawać. Wprawdzie Batffleck w gumowym wdzianku jest tak samo marny jak poprzednio, a Superman tak samo sztywny (hehe), to reszta drużyny nadrabia to z nawiązką. Wonder Woman jak zwykle wygląda jak bogini ekranu, Aquaman jest uroczo morsko-barbarzyński (i wywija trójzębem aż miło!), Flash od pierwszej sceny wzbudza sympatię, a Cyborg pokazuje wielki potencjał drzemiący w tej postaci. Znakomita była też sekwencja antycznego starcia z kosmitami, w której wszystkie plemiona ludzi, nadludzi i bogów zjednoczyły się przeciwko najeźdźcom w epickiej walce o przetrwanie (wyglądało to jak bitwa ludzi i elfów z Sauronem w "Drużynie Pierścienia"). Potęga! Uniwersum DC samo w sobie dalej ma ogromny potencjał na mnóstwo fajnych historii, trzeba je tylko umiejętnie wykorzystać. I jest mi strasznie przykro, że dostarczane obecnie filmy nie spełniają oczekiwanych norm jakości - zwłaszcza, że nie wyobrażam sobie, by np. Wonder Woman mógł zagrać ktoś inny, niż Gal Gadot. Dlatego gdy nieuchronnie pewnego dnia ogłoszą reboot całej serii, będę się jednocześnie cieszył, jak i rozpaczał.

"Liga Sprawiedliwości" jest lepsza niż myślałem, ale gorsza niż powinna być. Twórcy uniwersum zrobili najpierw dwa kroki do przodu, a teraz jeden krok w tył. Mimo wszystko cała seria porusza się w dobrą stronę. Pytanie tylko, czy tak wolną wędrówkę wytrzymają portfele producentów i cierpliwość widzów?

Wniosek: Znośne, ale po takim filmie oczekuje się więcej.



Wersja reżyserska - Zack Snyder

liga sprawiedliwości HBO Max zack snyder cut
Dawno temu ukułem sobie prywatny hasztag #IBelieveInZackSnyder - obejrzawszy bowiem wszystkie ówczesne filmy tego twórcy wychodziłem z założenia, że to co wypuści na ekran nie ma prawa być złe. Niestety Snyder zawiódł mnie okrutnie przez "Batman v Superman" (choć sporo naprawiła poszerzona wersja reżyserska), w której podczas oglądania kilkukrotnie przepalił mi się żenadometr. Niestety "Liga Sprawiedliwości", ta która wyszła w kinie i którą podobno próbował "naprawić" Joss Whedon, nie okazała się specjalną rewelacją. Dlatego też sceptycznie się odniosłem do czterogodzinnej wersji "Ligi", którą w 2021 opublikował Zack Snyder w swoim autorskim montażu. Och jakże się myliłem! I uwielbiam się mylić w taki sposób!

To było naprawdę, ale to naprawdę dobre kino (jak na standardy superbohaterskiego naparzania się pikselami po ryjach, oczywiście). Zack Snyder miał rację mówiąc, że to producenci i ówczesna sytuacja (tragiczna śmierć córki) nie pozwoliły mu dokończyć filmu w takiej formie jaką planował i przedstawić kompletnej wizji, zapoczątkowanej jeszcze w "Man of Steel". Teraz, nieograniczony czasem ekranowym i presją kinowego terminu premiery, mógł wypuścić dzieło dopracowane, przemyślane i atrakcyjne dla widza. Brawo! Takie podejście rozumiem, szanuję i gorąco zachęcam, by było stosowane jak najczęściej (kto wie, może faktycznie zmierzch kin i świt ery serwisów streamingowych zapewni twórcom taką swobodę: film wyjdzie dopiero wtedy, kiedy będzie skończony, ani dnia wcześniej).

Żeby nie być gołosłownym: Joss Whedon wypuścił film poprawny, ale bezpłciowy, zmieniony w dość przaśną popcornową rozrywkę dla mentalnych nastolatków. Zaprezentowane tam postacie były ledwo cieniem tego, co dla nich planował Zack Snyder. Jedyne czego mi szkoda w porównaniu obydwu wersji to kilku niezłych żartów autorstwa Whedona, ale jestem w stanie ponieść tą ofiarę w zamian za usunięcie najbardziej żenującego tekstu o Supermanie, który zastanawiał się jak pachnie (dziękuję panie Snyder!). Fabuła wersji Snydera ma naprawdę ręce i nogi, i choć nie odpowiada na wszystkie pytania typu pełnej genezy "Knightmare'u" (czyli sekwencji snu Batmana - tu odpowiedź miał przynieść aktualnie skasowany sequel "Ligi"), to przynajmniej cała reszta jest logicznie poprowadzona od A do Z - tu ze wskazaniem na wątek Steppenwolfa i Mother Boxów. A ponadto Flash i Cyborg, czyli dwójka superbohaterów która nie doczekała się jeszcze solowego filmu, miała tu okazję w pełni rozwinąć swoje skrzydła. Cyborg okazał się wręcz kluczowy dla scenariusza, a ponieważ Whedon pokazał w kinie może 20% jego wątku (i to nie najlepsze 20%), to teraz rozumiem dlaczego aktor grający Cyborga jest z nim na stopie wojennej. Z kolei Flash zamiast zlęknionego dzieciaka jak u Whedona, u Snydera okazał się być koniem pociągowym akcji, a nie jedynie źródłem komicznych wstawek (jego sekwencja przekraczania prędkości światła wręcz zamiata widza po ziemi!). Ponadto samo wskrzeszenie Supermana ma nareszcie konkretny powód, inny niż to że "nikt inny nie potrafi zjednoczyć superbohaterów", co musicie przyznać zawsze brzmiało dziwnie. No i na samym końcu wspomnijmy Wonder Woman, która zamiast whedonowskiej niepewnej siebie panny powraca do roli antycznej maszyny do siekania potworów, którą niewątpliwie jest. O to chodziło!

Oczywiście film Zacka Snydera nie jest pozbawiony wad. Pewne sekwencje są za długie, przyśpieszenie kamery w niektórych scenach akcji irytuje, CGI leje się wiadrami z ekranu, a i nie wszystkie pytania widzów (póki co) zostały zaspokojone. Ale mimo to widz kończy seans z poczuciem satysfakcji i chęcią dalszej przygody w tym uniwersum. A to chyba pierwszy raz od bardzo długiego czasu, kiedy film DC przyniósł mi takie uczucie. Dziękuję za te udane cztery godziny i przyłączam się do akcji - #ReleaseJusticeLeague2! 

Wniosek: Prawdziwe odkupienie dla uniwersum DC! Świetna rozrywka!


"Wonder Woman 1984"

"Wonder Woman 1984"

O czym to jest: Najsłynniejsza superbohaterka świata musi zmierzyć się z modą lat 80., kobietą-gepardem i biznesmenem, który spełnia życzenia.

wonder woman 2020 pedro pascal

Recenzja filmu:

Zanim rozprawię się na blogu z przemontowaną "Ligą Sprawiedliwości" spod znaku Zacka Snydera, muszę szybko nadrobić zeszłoroczny nabytek do uniwersum "DCEU", a mianowicie sequel bardzo wysoko ocenianej i rewelacyjnej "Wonder Woman". Czekaliśmy na ten film długo - pandemia pokrzyżowała plany hucznej kinowej premiery, a superprodukcja ostatecznie wylądowała jako smakowity kąsek na HBO Max. I właśnie z powodu tak dużego opóźnienia nie mam dla tego dzieła żadnej taryfy ulgowej - mając tyle miesięcy ekstra, twórcy naprawdę mogli się wysilić, by stworzyć lepszy film!

Teoretycznie "Wonder Woman 1984" była skazana na sukces. Miała Gal Gadot w głównej roli, realia modnych ostatnio lat 80., tą samą reżyser co ostatnio i Pedro Pascala w roli głównego zbira (tu przypominam, że uwielbiałem go jeszcze zanim to stało się modne!). Naprawdę myślałem, że erę miernych sequeli kręconych dla samej idei sequela mamy już za sobą... Nie wiem teraz, czy za sukcesem pierwszej "Wonder Woman" stał efekt świeżości, czy może wykorzystanie mało ogranych w kinie czasów I Wojny Światowej, ale wyszło to o wiele, wiele lepiej. Jeśli miałbym opisać sequel dwoma słowami, napisałbym: rewia mody. Z ilości zbliżeń kamery na buty na obcasach można by zrobić solidną drinking game, a spora część dialogów i wątków dotyczyła wyłącznie ubrań. Nie wiem co siedząca na stołku reżysera Patty Jenkins chciała przekazać wszystkim widzom: że fascynacja ciuchami to jeden z elementów kobiecości? Może i tak, ale żeby robić z tego film superbohaterski to czy aby już nie przesada?

Co najgorsze, nawet wrogowie Wonder Woman byli tu jacyś tacy "poza fazą". Zacznijmy od Kobiety-Geparda, czyli kolejnego przykładu, że sympatyczny fajtłapowaty nerd płci dowolnej przy pierwszej nadarzającej się okazji zmieni się w seryjnego psychopatę (czuję się urażony!). Przede wszystkim nie zrozumiałem ewolucji uczuć Gepardzicy z wielkiej miłości do wielkiej nienawiści w stosunku do wojowniczej Amazonki... Kobiety tak mają? A finałowa walka niestety przypominała efektami poziom kinowych "Kotów", a to nie jest pozytywne skojarzenie. Plus na końcu mała porada jak pokonać kota: wrzucić go do wody...

A skoro przy łotrach jesteśmy, to przejdźmy do Pedro Pascala. Powiedzmy sobie wprost: gdyby nie jego światowej klasy aktorstwo (te buzujące emocje wypisane na twarzy, majstersztyk!), to w tym filmie naprawdę nie byłoby na czym oka zawiesić. Pedro ratował każdą scenę i był jedynym pozytywnym aspektem produkcji. Niemniej trochę poza schematem było to, że tak naprawdę chciał dobrze dla wszystkich (wliczając w to samego siebie). Przewrotna to była motywacja, ale szczerze? To już lepszym antagonistą był Leonardo Di Caprio w "Wilku z Wall Street" - on przynajmniej nie ukrywał że kieruje nim wyłącznie chciwość i pożądanie. 

Ilość dziur fabularnych jest taka, że zmieściłaby się przez nie średniej wielkości grecka wyspa. Na większość mogę przymknąć oko, ale nie na to że na wystawie w muzeum stoi w pełni zatankowany wojskowy myśliwiec, którym pilot z okresu I Wojny Światowej umie latać po minucie rzucenia okiem na przyrządy... To oczywiście tylko jeden z przykładów, innym jest natychmiastowa zmiana kostiumu Wonder Woman z metalowego kusego wdzianka na pełnopłytowy pancerz ze skrzydłami (trochę jak Batman w "Batman v Superman" przemieniający się w ciągu jednej sceny z Panzer-Batmana w Gumo-Batmana). Oj widzę tu srogi minus dla montażysty i reżysera, takich uproszczeń się po prostu nie robi.

Co najgorsze, "Wonder Woman 1984" to po prostu nudny film! Akcja rusza z miejsca literalnie po godzinie, a że całość trwa dwie i pół to wyobraźcie sobie, jaka to katorga wysiedzieć przed ekranem w jednym podejściu. Dałbym minimalną ocenę, ale podwyższam ze względu na Pedro Pascala. Jeśli tak mają wyglądać kolejne przygody Wonder Woman to ja dziękuję, postoję. Spróbujmy teraz z Aquamanem albo Flashem, ok?

Wniosek: Gdyby nie Pedro Pascal (i inni aktorzy) to byłoby naprawdę kiepsko.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


"The Watch"

"The Watch"

O czym to jest: Uwspółcześniona ekranizacja powieści Terry'ego Pratchetta o przygodach straży miejskiej w fikcyjnym Ankh-Morpork, największym mieście Świata Dysku.

straż terry pratchett świat dysku serial BBC

Recenzja serialu:

Nie jestem przeciwnikiem zabawy konwencją i eksperymentowania formą, mało tego - gorąco wierzę w coś takiego jak licentia poetica oraz w to, że umiejętny artysta nie zgubi ducha historii niezależnie od tego, jakiego opakowania użyje. Niemniej w przypadku ekranizacji kultowych książek o Straży z cyklu "Świata Dysku" Terry'ego Pratchetta muszę sobie zadać pytanie: czy ta produkcja naprawdę jest dobra nie gubiąc ducha powieści mimo kontrowersyjnej formy, czy może to powieści są aż tak dobre, że nawet taki gwałt na formie nie był w stanie ich spieprzyć?

Jestem ogromnym fanem Terry'ego Pratchetta od lat, wszystkie tomy "Świata Dysku" mam na półce, a czytałem każdy z nich co najmniej kilkukrotnie. Nie mówię że jestem totalnym fachowcem w tej dziedzinie, ale co nieco tam wiem. Obejrzałem też wszystkie dotychczasowe ekranizacje, zaczynając od nudnego do bólu "Wiedźmikołaja", przez zachowawczy "Kolor Magii", aż do świetnego "Piekła Pocztowego". Na serial o kapitanie Vimesie i Straży Ankh-Morpork czekałem od lat, z uwagą śledząc każdy strzęp doniesień na ten temat. I szczerze: naprawdę nie spodziewałem się takiego opakowania! Książki osadzone są w realiach renesansowo-wiktoriańskiej Anglii (a Ankh-Morpork to taki Londyn rzecz jasna), oczywiście ze sporą domieszką czystej fantastyki i zapożyczeń z innych kultur oraz motywów. Tymczasem twórcy serialu postanowili odważnie wkroczyć w XXI wiek prezentując nam serial współczesny, co nieco przypominający dystopijne lata 90. (w których zamiast pistoletów dominują kusze) i na dodatek wizualnie zanurzony po uszy w stylistyce queer - tak mocno, że mógłby wręcz uchodzić za manifest całej subkultury LGBTQ+. Wszystko co scenarzyści wyczytali na stronach powieści zostało tu przemielone i podane w psychodelicznej formie, wliczając w to zaskakującą miejscami zmianę płci i wyglądu bohaterów. Gdy zestawimy "The Watch" ze wspomnianym "Piekłem Pocztowym" przypadkowy widz nigdy by nie zgadł, że pochodzą one z tego samego uniwersum. I tak jak wspomniałem we wstępie, nie mam nic przeciwko temu, że twórcy popuścili wodzom fantazji. Mam jednak wrażenie, że wspomniane zmiany były po prostu bezcelowe i stworzone do tego, by szokować dla samej idei szokowania. Tylko po co?

Doceniam sporo elementów, bo jako fan uniwersum podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle. Nie brakuje charakterystycznego humoru Pratchetta, nie zapomniano o wielu motywach i wątkach (poruszonych choćby pobieżnie), a fabuła dość mocno trzyma się kupy, co naprawdę nie było łatwe przy ostrym i chaotycznym montażu. Aktorów - nawet tych którymi zmieniono płeć - dobrano całkiem nieźle, ze wskazaniem na Marchewę, Cudo Tyłeczek (najlepsza postać serialu!) i samego Vimesa, który przekonał mnie do siebie w pełni (choć nie od razu). Największa szkoda, że scenarzyści zgubili większość kontekstu społeczno-politycznego książek, którego nie da się oddzielić od twórczości autora (wyjątkiem są jedynie gobliny z ich pełzającą marksistowską ideologią). A no i niestety nie podaruję, że Vetinariego nie zagrał Charles Dance, który w "Piekle Pocztowym" postawił tej postaci chyba najwyższą pieczęć jakości. 

"The Watch" już otrzymało najgorszą karę, jaka mogła spotkać taką produkcję - hejt fanów książek Pratchetta i całkowitą obojętność reszty światowej widowni. Ciężko znaleźć jakąkolwiek opinię na temat tej produkcji, bo po prostu mało kto ją oglądał i tak już raczej zostanie (można liczyć ewentualnie na opóźnioną kultowość, ale tylko w wypadku, gdy serial namierzy szeroka społeczność LGBTQ+). Dlatego też zakończenie serialu ostrym cliffhangerem urywającym wątki dosłownie w połowie sceny, bez realnej wizji nakręcenia drugiego sezonu, uważam za grzech śmiertelny, który powoduje, że oglądanie całości staje się bezcelowe i obniża moją finalną ocenę. Terry Pratchett by tego nie pochwalił. 

Wniosek: Wierne duchowi książek, ale bardzo kontrowersyjne w formie. Szkoda że bez zakończenia!


"Big Little Lies" ("Wielkie Kłamstewka")

"Big Little Lies" ("Wielkie Kłamstewka")

O czym to jest: Matki na przedmieściach wiodą pozornie idealne życie, w wolnym czasie wtykając nos w nie swoje sprawy. 

wielkie kłamstewska serial hbo nicole kidman meryl streep

Recenzja serialu:

Opowiedziano już wiele historii o nieidealnym życiu na pozór perfekcyjnych pań domu. Za fasadą zbudowaną z pedantycznie ułożonych fryzur, nieskazitelnie pomalowanych białych werand i idealnie przystrzyżonych trawników czai się zawsze jakaś tajemnica, prawda, która nigdy nie powinna zostać ujawniona. W życiu jednak niecne sprawki niemal zawsze wychodzą na światło dzienne i to w najmniej oczekiwanym momencie. "Wielkie Kłamstewka" to serial nakręcony na motywach powieści Liane Moriarty. Opowiada historię przyjaciółek, mieszkanek miasteczka Monterey oraz ich koleżanek, znajomych i rodzin. Historia początkowo kręci się wokół dzieci, które właśnie rozpoczynają naukę w szkole podstawowej, jednak szybko okazuje się, iż szkolne nieporozumienia to tylko wierzchołek góry lodowej zbudowanej z dawnych uraz, zazdrości oraz mrocznych sekretów i dramatów rozgrywających się za zamkniętymi drzwiami drogich domów. 

Twórcy od samego początku nie pozostawiają wątpliwości, że w miasteczku wydarzyło się coś strasznego i cała fabuła prowadzi nas do tego kulminacyjnego momentu. Wszystko zaczyna się dość banalnie (aczkolwiek jeśli śledzicie czasem fora internetowe to wiecie, że nie ma bardziej zdeterminowanych i zajadłych przeciwniczek niż matki, więc tak naprawdę groźba wisi w powietrzu już od pierwszych scen). Do Monterey sprowadza się nowa rodzina. Przesympatyczna Jane Chapman z synem Ziggy'm, która szybko zaprzyjaźnia się z innymi matkami, ale równocześnie popada w konflikt z jedną z nich z powodu incydentu, do którego dochodzi pierwszego dnia szkoły. Społeczność polaryzuje się wybierając między dwoma wrogimi obozami, natomiast widzowie powoli odkrywają, że nieporozumień w mieście jest znacznie więcej. Z odcinka na odcinek jesteśmy wciągani coraz głębiej w spiralę konfliktu, który ostatecznie okazuje się być tylko częścią prawdziwego dramatu. 

Na uwagę zdecydowanie zasługuje obsada, w której znalazły się takie sławy jak Nicole Kidman, Reese Witherspoon czy Laura Dern oraz Zoë Kravitz. Serial zdobył cztery Złote Globy i osiem nagród Emmy, dlatego nikt nie był zdziwiony, gdy HBO zdecydowało się nakręcić kontynuację historii "Piątki z Monterey", a do obsady dołączyła sama Meryl Streep. 

"Wielkie Kłamstewka" to uniwersalna historia o życiu, w której wielu odbiorców odnajdzie cząstkę siebie, rozpozna na ekranie znajome lęki, nieporozumienia i troski. Być może nie mamy możliwości wraz z bohaterami stać na brzegu oceanu o poranku i patrzeć w dal za horyzont, ale nieobce są nam podobne wyzwania życia codziennego, wątpliwości i poszukiwanie sensu w prozie życia. Zawsze ostrożnie podchodzę do seriali obyczajowych, jednak "Wielkie Kłamstewka" to jakby film rozciągnięty na 7 odcinków (plus drugie tyle gdy doliczymy drugi sezon). Całość ogląda się z przyjemnością, nawet jeśli udaje się przewidzieć przebieg wydarzeń oraz zgadnąć, kto i dlaczego ostatecznie ginie na końcu. 

Po seansie nie daje mi spokoju jedno pytanie: którą z serialowych matek jestem?


Zwykła maseczka już się znudziła? Oto trendy Pandemia 2020/2021, zainspiruj się!

Zwykła maseczka już się znudziła? Oto trendy Pandemia 2020/2021, zainspiruj się!

Człowiek uczy się w życiu wielu (często wydawałoby się niepotrzebnych) rzeczy. A kinomaniacy to już przede wszystkim! Umówmy się, komu potrzebna jest na co dzień wiedza jak wysadzić bojową stację kosmiczną albo dlaczego nie wolno karmić gremlinów po północy? Wiadomo, jeśli ktoś chce koniecznie wiedzieć ile gwiazdek jest na kostiumie Wonder Woman, to oczywiście w pełni to szanuję (i rozumiem). Ale warto mieć świadomość, że nie jest to wiedza "pierwszej potrzeby". I tu się zatrzymam na chwilę, gdyż ostatnie miesiące boleśnie wielu z nas uświadomiły co dla kogo jest tak naprawdę niezbędne do życia. Jedną z takich rzeczy okazały się maski. Niby nic, ot kawałek szmatki. Poza mocno zaangażowanymi odbiorcami popkultury, pracownikami służby zdrowia i usług z branży beauty, nikt do niedawna nie zaprzątał sobie głowy kwestią masek. Prócz superbohaterów rzecz jasna! Dla nich osłona twarzy to podstawa (spokojnej) egzystencji. Prawdziwe być i nie być. Ileż to razy drżeliśmy gdy prawdziwa tożsamość bohatera miała zostać ujawniona światu? Pamiętacie te emocje, szybsze bicie serca, gęsią skórkę na plecach, usta rozchylone w niemym okrzyku? Dorzućcie jeszcze odrętwienie całego ciała i będziecie się czuli jak szczęśliwiec na przodzie kolejki do rejestracji na szczepienie, który odstał już kilka godzin na mrozie. Na pewne rzeczy nic nie poradzimy, ale to jak do nich podejdziemy to już zależy totalnie od nas. Zatem rozgośćcie się na blogu i razem z nami przeglądnijcie zamaskowaną modę superbohaterską! 

gra o tron game of thrones złote maski pandemia

Być jak Tom Hardy

Bądź jak Bane z filmu "Mroczny Rycerz Powstaje". Noś maskę! Z wizjonerami niestety tak bywa, że zostają najpierw potępieni, a dopiero po śmierci okazuje się, że niesłusznie. Bo nie chodzi tylko o to by mieć rację, ale aby forsować ją we właściwym czasie. Nigdy się nie dowiemy jak wiele fantastycznych idei i rewolucyjnych rozwiązań nie przyjęło się, gdyż zostały wymyślone w niewłaściwym momencie historii. Powiedzmy to głośno: Bane powinien być twarzą całej tej kwarantanny 2020. Pierwszy nosił maskę, odciął miasto kordonem policji i wojska, odwołał wszystkie wydarzenia sportowe, a nawet wskazał, że powodem całego zamieszania jest nietoperz. Czy ktoś mu wtedy za to dziękował? Nie. Dziś byłby bohaterem. Dziś każdy z nas jest bohaterem gdy zakłada maskę! Zwłaszcza gdy próbuje oddychać tak by nie zaparowały okulary, manipuluje mięśniami twarzy aby gumki nie ciągnęły za uszy, a pot, który się leje strumieniami nie zmoczył od razu całej maseczki. Jesteśmy bohaterami, ale możemy być też stylowymi bohaterami. Kim byłby superbohater bez swojego specjalnego stylu i wdzianka? Wyróżnij się z tłumu bezimiennych potencjalnych sprawców napadów na bank i wybierz swój bohaterski styl!

Tom Hadry Bane Batman Rises snow mask

Wiosna - ach to Ty!

Na początek, w związku z rychłym zakończeniem zimy, polecamy styl frywolny i wybitnie wiosenny niczym Jim Carrey w "Masce". Zielony to kolor nadziei, więc wydaje się idealnym wyborem na niepewne czasy. Efektem uboczny noszenia się w takim wydaniu może być pewna nadpobudliwość i rosnące zamiłowanie do krzykliwych ubrań, ale na szczęście tylko nocą. Idealna propozycja dla nieśmiałych i zachowawczych pracowników banku (tylko koniecznie sprawdźcie w trakcie telekonferencji czy kamera jest wyłączona!)

maska the mask bankowość bank korporacja eco maska


Dla aktywnych, fanów sportów ekstremalnych, miłośników gier zręcznościowych tęskniących za erą flipperów i wypadów do salonów gier. A także tych co lubią ustawki w lesie mamy idealny zestaw "Mortal Kombat" w dwóch rewelacyjnych kolorach do wyboru. 

mortal combar choose your mask yellow blue


A może jakiś wypad na miasto? Rekreacyjna przebieżka po dachach kamienic? Albo po prostu szybki wypad po zakupy i jedzenie do ulubionej knajpki (póki jeszcze istnieje?). Na takie okazje nadaje się idealnie spandex. Dla miłośników kotów mamy nawet propozycję z pazurem: 

*Model Deadpool oraz Deadpool2
*Model Spiderman
*Model Catwoman

Zaś dla mścicieli, prawników oraz znudzonych miliarderów lubiących dużo ruchu na świeżym powietrzu jest idealna wersja total black. Dla kobiet może być w czerwieni.

Daredevil Zorro Batman

daredevil electra woman in red

Sami swoi

W wiosennej ofercie znajdzie się również coś dla rodzin. Kolejna propozycja to familijny zestaw dla dziadków i  wnuków w klasycznej czerni. Szczelne okrycie twarzy pozwala na całkowitą izolację, a zamontowane filtry i modulator głosu plasują te propozycję wśród masek de lux. Nieoficjalnie mówi się, iż ściągnięcie takiej maski skutkuje szybki zgonem właściciela, ale to mogą być to równie dobrze jedynie plotki konkurencji.

Darth Vader Kylo Ren Star Wars Ben Solo Anakin Skywalker

Pokrewny model jest przeznaczony dla samotnych rodziców dzieci do lat 4 (przypominamy, iż nie muszą nosić maski), którzy z #socialdistancing uczynili swój styl życia.

Mando grogu baby yoda mandalorianin star wars

Na niedzielny spacer z rodziną idealny będzie zestaw z peleryną. Ochroni od wiatru, a skojarzenia z nietoperzami mogą skutecznie zniechęcić sąsiadów do mówienia "dzień dobry" (albo zmotywuje ich do zadzwonienia pod policję).

batman i robin batman forever batwoman

 A może wolicie spacer ze znajomymi?
Dla bardziej przezornych u których od siedzenia w domu budzi się prawdziwy drapieżca zdecydowanie godna polecenia jest seria Predators z wykrywaczem ciepła. Idealna do identyfikacji temperatury ciała na odległość.

A może odchodzicie już od zmysłów (nie ma co się wstydzić, zapewne każdy ma już trochę dość tej pandemicznej sytuacji) i nie potraficie rozróżnić dni tygodnia?  Idealna propozycja dla Was to rorschach hipsterpack! Pełna maska z ruchomym wzorem. Dobrze wygląda z kapeluszem i prochowcem. Dodaje kilka punktów do perswazji.


rorschach hipsterpack plamy watchen

Człowiek w żelaznej masce

Jeżeli cenicie sobie poczucie bezpieczeństwa jaki zapewnia pełna maska z kombinezonem do kompletu. W kolorze białym to klasyka która broni się sama i perfekcyjny strzał w aktualne trendy. 

star wars stormtrooper white armor cosplay

A może po prostu kończy Ci się cierpliwość, bo jedyne co robisz to siedzisz godzinami w internecie i  z fejkowego konta trollujesz ludzi z wrogiego obozu? Tak bardzo sprzykrzyła ci się kwarantanna, że jesteś gotów wzniecić jakiś bunt tylko po to aby w końcu móc wyjść z domu by spotkać więcej ludzi niż mamę, tatę i sąsiada w Żabce?. Ponieważ jesteś millennialsem i mieszkasz dalej u rodziców, a obecnie i tak nie masz jak wyskoczyć na sojową latte czy tosty z awokado na pewno już odłożyłeś na wkład własny na mieszkania (ponoć mają zaraz stanieć). Możesz zatem zainwestować w maskę inkrustowaną złotem, idealną od obalania uzurpatorów i samozwańczych władców absolutnych, bardzo przydatna przy imprezach masowych i najazdach smoków.

gra o tron game of thrones synowie harpii złota maska golden mask

A jeśli jesteś jeszcze do tego miłośnikiem literatury i dzieł sztuki to zdecydowanie postaw na linię Vendetta. Trendsetterzy sugerują, że może okazać się hitem na miarę dresów z kreszu w latach dziewięćdziesiątych. Tradycyjnie zresztą wiąże się z wirusologią. Już niebawem na ulicach miast!

v for vendetta spisek prochowy

Nowa pandemia - Nowy ja

Maska ciąży tak, że nie jesteś w stanie w żaden sposób żadnej polubić? Jest jak więzienie? Twoja egzystencja wydaje się marna oraz pozbawiona sensu i przyszłości? To idealny czas na metamorfozę totalną. Cały internet krzyczy, że teraz jest czas na zmianę. Możesz nadrobić zaległe sprawy, wyjść ze swojej strefy komfortu, nauczyć pięciu nowych języków (z czego najlepiej dwóch wymarłych), grać na banjo, schudnąć 10 kilo, jeść zdrowiej, więcej spać, nadrobić zaległości filmowe (to akurat możesz zrobić ;) ), adoptować kanarka, przygotować dzieci do matury i wrzucać co rano uśmiechnięte selfie (na którym widać odrosty) ze swojego balkonu. I to wszystko RÓWNOCZEŚNIE! Po to aby wrócić do normalnego życia wśród fleszów zawistnych spojrzeń koleżanek z pracy i zawstydzonych trenerów personalnych.
Albo możesz zmienić twarz.
Dosłownie. 

gra o tron game of thrones sklapel medycyna estetyczna

I na koniec złota, miseczkowa porada: Cokolwiek zrobisz pamiętaj aby regularnie prać maseczkę i prasować w wysokich temperaturach, aby nie stać się prawdziwą pandemic fashion victim season 2020/2021


kwarantanna alien nostromo pandemia wear a mask

Paramount+ jako nowy serwis streamingowy

Paramount+ jako nowy serwis streamingowy

Na wiosnę tego roku, a konkretnie 4.03.2021, startuje nowy serwis streamingowy o nazwie Paramount+. Platforma ma zastąpić CBS All Access i docelowo planuje rozszerzyć swój zasięg na cały świat.

paramount+ paramount VOD streaming cbs

Warto wspomnieć, iż to dzięki CBS powstają nowe serialowe produkcje Star Trekowe jak "Discovery", "Picard" czy zapowiadane "Strange New Worlds". Na szczęście o ich los nie musimy się obawiać w najbliższym czasie, ponieważ są ważną częścią kampanii marketingowej Paramount+ 

Nowy serwis zaoferuje nam: 
* materiały stacji CBS, MTV, Bet, Comedy Central, Nickelodeon i kilku innych, 
* produkcje wytwórni filmowej Paramount Pictures, 
* oraz treści stacji Showtime, za które najprawdopodobniej trzeba będzie dodatkowo zapłacić 

Dlaczego Paramount+, a nie CBS ALL Access?

Zmiana nazwy serwisu łączy się z planowaną ekspansją na rynek światowy. Badania wykazały, że nazwę Paramount kojarzą ludzie na całym świecie, natomiast CBS jest rozpoznawalne tylko w Stanach Zjednoczonych.
Zainteresowanych odsyłamy bezpośrednio na stronę Paramount+ oraz na oficjalne konto serwisu na Instagramie 
paramount+ cbs alla access jest kultowo instagram star trek


"Catch-22" ("Paragraf 22") [2019]

"Catch-22" ("Paragraf 22") [2019]

O czym to jest: Przygody amerykańskich lotników na włoskim froncie w czasie II wojny światowej.

paragraf 22 serial 2019 hulu george clooney

 Recenzja miniserialu: 

Mój pradziadek był kowalem. Jako rzemieślnik z krwi i kości miał pewne powiedzenie: "Po mistrzu się nie poprawia". Szkoda że George Clooney i inni twórcy serialowego "Paragrafu 22" nie mieli takiego pradziadka, który przekazałby im podobną mądrość. Czasem gmeranie przy doskonałości przynosi skutek odwrotny od zamierzonego! A powieść Josepha Hellera "Paragraf 22" nie bez powodu uznawana jest za jedną z najwybitniejszych antywojennych pozycji w historii literatury. Jako ktoś, kto właśnie skończył lekturę i zaraz potem sięgnął po miniserial mogę tylko potwierdzić tę opinię. Niestety w porównaniu zarówno do książki, jak i kinowej ekranizacji z 1970 roku (również zatytułowanej "Paragraf 22"), miniserial wypada bardzo, bardzo słabo.

Tu jednak zaznaczę - słabo nie z powodu jakości wykonania, ale braku klimatu i przesłania. Kluczem do sukcesu powieści był idealny miks groteski i czarnego (bardzo czarnego!) humoru, który pod spodem ukrywał głęboki naturalizm i horror wojny, w której jedynym prawem był tytułowy Paragraf 22 - który może znaczyć tak naprawdę wszystko. To zasada bez zasad mówiąca o tym, że wojna i wojsko robią z ludźmi co chcą i nic nie można na to poradzić. Ale mimo tego ponurego przekazu "Paragraf 22" rozśmiesza do łez podczas lektury. Co zaś zrobili twórcy serialu? Niemalże skasowali cały humor i groteskę, zostawiając jedynie naturalizm. Czy zrobili to dobrze - oczywiście tak, jakości wykonania nie można nic zarzucić (wspomnę chociażby poruszające sceny ze Snowdenem czy McWattem). Ale widzieliśmy już II wojnę światową w takim wydaniu, z "Kompanią Braci" i "Pacyfikiem" na czele. Usunięcie humoru z "Paragrafu 22" pozbawiło tę historię wyjątkowości, ustawiając ją w długim szeregu innych, poprawnych produkcji wojennych. A w tym wypadku poprawność to za mało!

Jestem głęboko rozczarowany, bo książka prosiła się, by ją przenieść na ekran scena po scenie. Gdzie jest kluczowa dla fabuły vendetta dziwki Nately'ego, gdzie jest przesłuchanie kapelana, odwiedziny rodziny u umierającego żołnierza, spisek Orra, śledztwo w sprawie Irvinga Washingtona, "śmierć" doktora Daneeki, Głodny Joe i jego aparat, wszechwładny ex-szeregowiec Wintergreen etc.? No i przede wszystkim gdzie finałowy twist i oferta pułkownika Cathcarta dla Yossariana? Czego jak czego, ale zmiany finału powieści (i dorzucania nowych wątków) to nie jestem w stanie wybaczyć. Po co to zmieniali, po co?!

Oczywiście chwalę zarówno aktorstwo (Christopher Abbott, choć nie był książkowym Yossarianem, spisał się bardzo dobrze), jak i scenografię, sceny powietrzne czy zdjęcia. Ale tak jak mówię: to za mało. Pewnie gdybym nie czytał powieści byłbym bardziej usatysfakcjonowany, ale w tym wypadku nie mam innego wyjścia jak obniżyć ocenę o jeden punkt za zbytnią frywolność fabuły w stosunku do oryginału. Przeczytajcie powieść, a potem obejrzyjcie film z 1970 roku - to Wam polecam.

Wniosek: Dobrze zrobione, ale kompletnie pozbawione ducha i głębi oryginalnej powieści.


"Catch-22" ("Paragraf 22") [1970]

"Catch-22" ("Paragraf 22") [1970]

O czym to jest: Ekranizacja wybitnej antywojennej powieści Josepha Hellera o amerykańskich lotnikach w II wojnie światowej.

paragraf 22 film 1970 alan arkin jon voight

Recenzja filmu:

Macie czasem tak, że zupełnie przypadkowo wchodzicie do księgarni, jakaś książka przyciąga Wasz wzrok, otwieracie, czytacie kilka losowych zdań ze środka i dosłownie nie możecie się oderwać? Ja tak miałem z "Paragrafem 22" Josepha Hellera. Oczywiście natychmiast kupiłem książkę i wróciłem z nią do domu. Wiedziałem o niej wcześniej tyle że jest o II wojnie światowej i jest słynna. Ale nie spodziewałem się tak totalnej rewelacji! Gdy tylko skończyłem czytać, sięgnąłem po obydwie ekranizacje jakie do tej pory powstały - pierwszą w kolejce był film z 1970 roku. I to jaki film!

Współcześnie "Catch-22" niestety jest nieco zapomniany, głównie z powodu wypuszczonego w tym samym roku równie rewelacyjnego filmu "M.A.S.H.", na dodatek utrzymanego w podobnym klimacie (ugruntowanym dodatkowo przez kultowy serial). A szkoda, bo "Catch-22" to zarówno bardzo wierna ekranizacja, jak i kino-manifest zrodzone z buntu amerykańskiej opinii publicznej przeciwko trwającej wówczas wojnie w Wietnamie. W głównej roli znerwicowanego i szalonego (a jednocześnie najbardziej zdrowego na umyśle) bombardiera Yossariana wystąpił legendarny Alan Arkin, który od pierwszej chwili nie wzbudził żadnych moich wątpliwości - ciałem i duszą był Yossarianem! A jeśli czytaliście powieść to wiecie jak karkołomne było to zadanie aktorskie, jako że wielowarstwowość psychiki Yossariana nadawałaby się na koszmar studentów psychiatrii na całym świecie. Ale to nie koniec wielkich nazwisk w obsadzie: jako demoniczny Milo, który z poczciwego porucznika przeobraża się w bezwzględnego króla czarnego rynku wystąpił młodziutki Jon Voight (kult!), dobrodusznego Nately'ego zagrał Art Garfunkel (jego aktorski debiut), potrzelonego Dobbsa Martin Sheen, a ociężałego ciałem i umysłem generała Dreedle'a nie kto inny, jak Orson Welles! Po prostu wow!

Mój jedyny zarzut do filmu dotyczy skrótowości wątków z powieści, ale ciężko było zmieścić tak bogatą literaturę w dwóch godzinach na ekranie. Na szczęście zostawiono to co najważniejsze, z wątkiem Snowdena i vendettą dziwki Nately'ego na czele. Ponadto film kończy się w ten sam sposób co powieść, co ma wielkie znaczenie dla przesłania całej historii (czego nie można powiedzieć o głęboko rozczarowującym miniserialu "Catch-22" z 2019 roku - z nim rozprawiam się w innej recenzji). Pamiętajcie też, że to film z 1970 co oznacza, że na planie produkcji wykorzystano oryginalne i wciąż sprawne bombowce B-25 (z jednego z nich podczas zdjęć w powietrzu wypadł drugi reżyser, co jak się domyślacie skończyło się dla niego fatalnie). A scenografia wygląda tak jak - zakładam - wyglądały ówczesne realia zrujnowanych Włoch. Nie ma się do czego przyczepić!

Filmowy "Catch-22" posiada groteskę i psychodelę oryginalnej powieści, a jednocześnie niesamowitą głębię przesłania i psychologii postaci. Jest bez żadnych wątpliwości kinem antywojennym, ale też bardzo inteligentnym i wymagającym. Trafia w samo sedno! Kultowe dzieło jak stąd do wieczności.

Wniosek: Rewelacyjna ekranizacja, szkoda tylko że z konieczności skrócona w stosunku do powieści.


"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Pierwszy sezon zawiera 18 odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut (z czego jeden fabularny z elementami animacji) - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Beyond the Aquila Rift"
Zestawienie zaczynamy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami (?), obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją, która w ostatnim czasie zrobiła taki technologiczny skok, że prawdopodobnie w ciągu dekady będzie nie do odróżnienia od fabularnych produkcji. Fabuła odcinka kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji, która ma szansę zawojować świat. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Sucker of Souls"
Było o wilkołakach, teraz czas na wampiry! To dość prosta historia w formie klasycznej kreskówki o pewnym naukowcu, który chce odkryć wampiryczną tajemnicę upiornych katakumb. Gdy zaś znajdzie to czego szukał, to pozostanie mu odpowiedzieć na pytanie - czy grupka pyskatych najemników wystarczy, bo ocalić mu życie? Tak naprawdę w tej historii nie ma zbyt głębokiej fabuły, ale to nie szkodzi - ogląda się ją dobrze i w końcu o to chodzi!

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Odcinek bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków science fiction!

Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"The Favourite" ("Faworyta")

"The Favourite" ("Faworyta")

O czym jest: Historia niezwykłych relacji towarzyskich na dworze angielskiej królowej Anny.

faworyta film recenzja olivia colman emma stone rachel weisz

Recenzja filmu:

Przypomniałem sobie o tym filmie na kanwie trwających protestów spod znaku Strajku Kobiet. Panie jako słaba płeć, która robi to, co każą jej mężczyźni? Nie w tej historii! A jest to, dodajmy, historia prawdziwa rodem z XVIII wieku, gdy Anglią rządziła królowa Anna, a o jej względy walczyły dwie damy dworu - i to nie biorąc jeńców!

Jeśli oglądaliście jakikolwiek film Yorgosa Lanthimosa (ja poznałem go za pośrednictwem wybitnego "The Lobster"), to wiecie że jego produkcje mają co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście warstw. Seans jest prawdziwą ucztą dla oka, ucha oraz umysłu. Czytałem kiedyś spis wszystkich nawiązań i symboliki zawartej w "The Favourite" - lista wręcz nie miała końca! Nic tu nie jest bez przypadku, żadna scena, ujęcie, postać czy element scenografii. Na pozór to historia o kobietach uwikłanych w skomplikowany emocjonalno-erotyczny trójkąt zawierający taką samą dozę miłości i pożądania, jak i nienawiści oraz zazdrości. To relacja toksyczna do potęgi entej, zwłaszcza że jedna z tych kobiet jest królową Anglii! Nasze bohaterki zrobią wszystko by nie stracić ciężko wywalczonej pozycji, która zapewnia im bezpieczeństwo w rzeczywistości pełnej mężczyzn-idiotów. I płynie z tego ważna nauka: świat to wredne miejsce i jeśli chce się w nim przetrwać, trzeba walczyć o swoje na każdym kroku, gryźć, drapać, szarpać za włosy, byleby na końcu zwyciężyć! Protestującym na polskich ulicach paniom życzę dziś tyle wytrwałości, ile miała w sobie główna bohaterka Abigail - śmiertelnie niebezpieczna, jeśli postawiona w sytuacji bez wyjścia. I jaka skuteczna!

Jakakolwiek próba spłycenia czy prostego podsumowania przekazu "The Favourite" byłaby obrazą dla tego dzieła, więc powiem tyle: jeśli szukacie filmu z klasy tych wybitnych, w których poziom aktorstwa wybija skalę, a odczytywanie nawiązań stanowi zadanie intelektualne godne Sherlocka Holmesa, to jest to film dla was. Nie będzie łatwo i lekko, będzie za to brzydko, naturalistycznie, hedonistycznie i okrutnie. Ale jakże prawdziwie! 

Wniosek: Wybitne kino, które zostaje w głowie.


"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

"Hell on Wheels" ("Witaj w Piekle")

O czym to jest: Weteran z armii Konfederacji poszukuje morderców swojej rodziny. W międzyczasie zatrudnia się na budowie pierwszej transkontynentalnej kolei w USA.

witaj w piekle serial recenzja western anson mount common

Recenzja serialu:

Skoro i tak wszyscy znowu utknęliśmy w domach na drugim lockdownie, równie dobrze możemy sięgnąć do jakiegoś fajnego serialu, prawda? W tym zakresie polecam produkcję, o której istnieniu pewnie bym nie słyszał gdyby nie Anson Mount, który zachwycił mnie swoją rolą w "Star Trek: Discovery" (i nie tylko mnie, bo był tak dobry, że dostał osobny serial - "Star Trek: Strange New Worlds"). Ale zanim Mount przywdział mundur Gwiezdnej Floty, nosił kowbojski kapelusz, znoszone zabłocone ubranie i nieodłączny rewolwer u pasa. I co ważniejsze - budował amerykańską kolej!

Nie ma chyba większego symbolu postępu cywilizacyjnego drugiej połowy XIX wieku niż kolej żelazna. Ten wynalazek ludzkości - obok telegrafu - postawił pierwszy krok na drodze ku globalizacji. Dla Stanów Zjednoczonych, kraju rozciągniętego przez cały kontynent pomiędzy dwoma oceanami, kolej stanowiła prawdziwe być albo nie być. Ale jak przystało na dziki XIX-wieczny kapitalizm, tam gdzie na szali leżała fortuna, pojawiali się rywale, którzy nie szczędzili sił i środków by przejść do historii jako ci, którzy zbudowali kolej jako pierwsi. Głównymi przeciwnikami były korporacje Union Pacific (budująca ze wschodu na zachód) oraz Central Pacific (budująca z zachodu na wschód). A pośrodku, uwikłani w ten morderczy wyścig, tkwili robotnicy, włóczędzy, europejscy imigranci, skrzywdzeni weterani Wojny Secesyjnej, wyzwoleni Afroamerykanie czy pół-niewolniczy Chińczycy. Wielu z nich krążyło wokół tzw. Hell on Wheels, niezwykłego mobilnego miasta namiotów, które przenosiło się w całości (razem z warsztatami, burdelami, a nawet kościołem) w ślad za powstającą koleją. Niezła historia, prawda?

Protagonista serialu, Cullen Bohannon, nie jest postacią historyczną, choć na pewno posiada elementy biografii dziesiątek prawdziwych osób. Cullen to były kolejarz i oficer armii Konfederacji, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę. Podążający drogą zemsty Cullen trafia do Hell on Wheels - i postanawia zostać. Ramię w ramię z grupą podobnych życiowych wykolejeńców będzie się mierzył z chciwymi kapitalistami, psychopatycznymi sadystami, bandytami, Indianami, religijnymi fanatykami, a także prawdziwą chińską mafią. Jak przystało na pełnokrwisty western, w "Hell on Wheels" jest wszystko czego pragnie dusza: pełnokrwiste postacie, świetne aktorstwo, ostre dialogi, wiarygodna scenografia, rewelacyjne sceny akcji i strzelaniny, a także (a może przede wszystkim) tak nieoczekiwane zwroty akcji, że żaden z 57 odcinków nie wydaje się być zbędny. Całość stanowi tak spójny komplet, że oglądanie serialu stanowi prawdziwy przywilej!

Anson Mount to klasa sama w sobie, jeden z najsympatyczniejszych aktorów jakich miałem okazję oglądać (prywatnie ponoć rewelacyjny facet), i stawiam sobie za punkt honoru od tego momentu uważnie śledzić jego filmografię. Drugą siłą napędową serialu jest Thomas Durant, diaboliczny biznesmen, wspaniale zagrany przez innego weterana uniwersum "Star Treka", Colma Meaney'ego. Miło zaskoczył mnie też Common, którego znałem dotychczas tylko jako rapera, a tu się okazuje że świetny z niego aktor! Niemniej moim prawdziwym faworytem jest znany mi od wielu lat ukochany Christopher Heyerdahl, kanadyjski aktor i mistrz czarnych charakterów, obdarzony niepowtarzalnym, głęboko chrypiącym głosem (kocham go od czasów "Stargate: Atlantis" i "Sanctuary"!). Gdy tylko widzę nazwisko Heyerdahla w obsadzie to nie mam wątpliwości: taka pozycja to absolutny mus do obejrzenia!

Im jestem starszy tym mam mniej czasu na oglądanie seriali (wy pewnie też), ale gwarantuję: "Hell on Wheels" będzie warte poświęconego nań czasu. Rzadko trafiają się tak spójnie skonstruowane wieloodcinkowe produkcje, w których nie brak tak dramatów obyczajowych, jak i czystej akcji. Rewelacja!

Wniosek: Znakomita produkcja - i jako western, i jako dramat obyczajowy.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger