Polecamy

Kwarantanna nie będzie trwała wiecznie. Jaki będzie świat "po"?

Kwarantanna nie będzie trwała wiecznie. Jaki będzie świat "po"?

Świat zmienia się na naszych oczach.

Jeszcze niedawno wstawali co rano niewyspani i szli (mniej lub bardziej chętnie) do pracy. Do sklepu po chleb żytni i ser żółty, na kawę z sojowym mlekiem do sieciówki, do parku po drugiej stronie ulicy. Planowali wakacje za granicą, zakup nowych butów, wizytę u fryzjera i rozpoczęcie regularnego biegania. Nagle z dnia na dzień zaczęli tracić możliwość robienia drobnych, rutynowych czynności. Przestali spotykać się ze znajomymi, chodzić z dziećmi na plac zabaw. Nie musieli już jechać do pracy na drugi koniec miasta żeby generować nowe foldery na firmowym komputerze, nie mogli swobodnie wyjść na rodzinny spacer z psem jak co sobotę. Zamknęli się w domach. Sfrustrowani, zmęczeni, głodni informacji, zależni od sąsiadów i obcych ludzi. Niektórzy otworzyli serca, inni zasunęli szczelnie rolety w oknach. Świat stał się bardziej milczący, zamarł w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków. Co przyniesie jutro? 
Brzmi jak wstęp do jakiegoś filmu?
No właśnie...

anihilacja film netflix natalie portman alex garland

To nie był film


Wyobraźnia podsuwa nam różne scenariusze. Większość wyeksploatowało kino. Może za kilka tygodni wrócimy po prostu do życia, nieco poturbowani, odrobinę zmartwieni, ale z nadzieją zaczniemy przywracać wszystko do dawnego stanu. A może nie? Zanim to nastąpi, trochę jeszcze posiedzimy w domu. To idealna okazja żeby przypomnieć sobie jakie losy ludzkości wróżyli twórcy filmowi. Oto totalnie subiektywny i abstrakcyjny wybór możliwych scenariuszy. Dla każdego coś nieoczekiwanego!

Wątek ekologiczny


Jeszcze kilka tygodni temu głośno było o globalnym ociepleniu i dewastacji środowiska naturalnego. W wyniku wybuchu epidemii koronawirusa na chwilę zapomniano o temacie. Natura nie zapomniała. Pojawiają się doniesienia o pozytywnym wpływie izolacji ludzkiej na środowisko naturalne. Przyroda się odradza, powietrze jest mniej zanieczyszczone. Ekolodzy się cieszą. Ciekawe jak bardzo cieszyliby się gdyby natura naprawdę wzięła sprawy w swoje ręce? Co by było gdyby inny gatunek zdominował świat? Wyobraźcie sobie, że idziecie w poniedziałek do Biedronki, a tam nie ma bananów*. I już nigdy nie będzie! Za to po sąsiedzku wprowadzają się do pobliskiego lasu małpy. Skrzykujecie sąsiadów, ubieracie jednorazowe rękawiczki oraz maseczki uszyte przez żonę Marka spod trójki i szturmem wpadacie do zagajnika (na polowanie można, więc mandatu nie będzie) i z zachowaniem 2 metrów odstępu atakujecie obozowisko małp. Niektórzy ślizgają się teatralnie na skórkach od bananów, sprytniejsi zarzucają sznury na pranie teściowej na gałęzie, aby niczym Tarzan na lianach szybować wśród wierzchołków drzew. Kilku strategicznie zawraca do domu. Reszta znika w leśnym gąszczu bez śladu. Małpy powoli przejmują kolejne terytoria i władzę nad światem. To już nie jest miejsce dla ludzi to planeta małp. A wszystko ponoć zaczęło się w pewnym laboratorium... 
Pełne case study znajdziecie tutaj: "Geneza", "Ewolucja", "Wojna".

planeta małp planet apes war serkies dawn rise geneza ewolucja dvd trilogy

Albo inaczej. Banany nigdzie nie znikają. Może dziwnie wyglądają w kolorze niebieskim, mruczące jak kot sąsiadki, ale wciąż smakują tak samo. Po wielu tygodniach wszyscy wychodzimy (a raczej wybiegamy) na świat. Wprawdzie zapamiętaliśmy go trochę inaczej, ale nikt nie wpada w panikę. W końcu długo nas nie było na zewnątrz, a pamięć bywa zawodna, więc wszyscy zgodnie ignorują wiewiórki o ludzkich dłoniach, drzewa w kształcie ludzi i psa sąsiadów, który oszczekuje wszystkich trzynastozgłoskowcem z "Pana Tadeusza". Czy jest się czego bać? Stało się to czego wszyscy podskórnie się spodziewali. Świat uległ zmianie. Czy zmierza do "Anihilacji"?

anihilacja natalie portam alex garland netlix film

Wątek społeczno-kulturalny


A może wcale nie wychodzimy. Jeszcze długo. Nigdzie. Kwarantanna przeciąga się i zaostrza. Ludzie zostają nagle uwięzieni w przypadkowych miejscach. Wyobraź sobie, że jedziesz spokojnie po banany do Lidla (słyszałeś już od siostry sąsiadki kuzyna z ministerstwa, że w Biedronce nie ma) i nagle widzisz oślepiające światło, słyszysz huk, a potem jest już tylko ciemność. Gdy otwierasz oczy odkrywasz, że znajdujesz się w jakimś bunkrze z obcymi ludźmi. Nowi współlokatorzy wydają się całkiem przyjaźni, wydzielają wprawdzie brzoskwinie z puszki i zabraniają podejść do drzwi, ale początkowo nawet ci to nie przeszkadza. W końcu mają planszówki. Ile wytrzymasz nie wiedząc co się dzieje na zewnątrz? I kwestia zasadnicza: pod jakim adresem listonosz ma zostawić awizo na wypadek wyborów? Czy będzie to "10 Cloverfield Lane"?

cloverfield lane 10 john goodman Mary Elizabeth Winstead jj abrams film

No dobra. W końcu podchodzisz do tych drzwi, bo brzoskwinie się skończyły i naprawdę doskwiera ci brak zasuwy w łazience. I odkrywasz, że katastrofa klimatyczna stała się faktem. Połowa świata znalazła się pod lodem, pogrzebało Wieżę Eiffla i Statuę Wolności. Polski nie ma na mapie. Tylko z satelity widać jak czyste powietrze się przez to zrobiło. Zapominasz o bananach, ale przypominasz sobie, że masz książki do oddania do biblioteki (przez całą kwarantannę były przecież zamknięte). I naprawdę chętnie byś się do niej udał, ale nagle Meksyk zamknął granice z USA. Wyruszasz jutro czy "Pojutrze"?

pojutrze ronald emmerich dennis quaid jake gyllenhaal ian holm efekt cieplarniany zlodowacenie

Wątek towarzysko-biznesowy


To jednak Twój szczęśliwy dzień! Udaje ci się wskoczyć do pociągu, który mknie przez świat skuty lodem. W środku jest nawet przyjemnie, chociaż powoli zaczynasz się zastanawiać kiedy skończy się płyn do dezynfekcji, o który musiałeś stoczyć walkę na stacji benzynowej z kierowcą czerwonego opla. Wprawdzie niektórzy współpasażerowie wyglądają jakby im "peron odjechał", ale przecież nie będziecie jechać tym transportem nie wiadomo jak długo. Ile godzin/dni/lat może trwać taka podróż "Snowpiercerem" z Kapitanem Ameryką na pokładzie?

Arka przyszłości tilda swinton chris evans ewen bremner john hurt ed harris

Może do czasu aż skończy się paliwo? Wszędzie i wszystkim? A co jeśli zaleje nas ostatecznie fala upałów, która wysuszy planetę na wiór? Rządy upadną, kapitalizm runie, państwa przestaną istnieć, a banany na zawsze znikną z powierzchni Ziemi. Nie będzie Lidla, nie będzie Biedronki, tylko wszechobecne warsztaty samochodowe pana Zenka. Przynajmniej moda będzie bardziej stylowa niż piżama w króliki i sprany szlafrok w kolorze zimnej latte bez guzika. A to wszystko z kolekcji haute couture domu mody "Mad Max".

na drodze gniewu fury road tom hardy charlize theron

I co? Zrobiło się gorąco? Którą wizję wybierasz? Żadną z powyższych? Nie szkodzi, mamy jeszcze sporo inspiracji na wizje świata po apokalipsie TUTAJ. Rozgość się, w końcu nigdzie się póki co nie wybieramy....

...na szczęście!


*Nie znoszę bananów
"Birds of Prey (and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)" ("Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)")

"Birds of Prey (and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)" ("Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)")

O czym to jest: Niestabilna emocjonalnie bandytka próbuje przetrwać w mieście przestępców razem z równie niestabilną grupą partnerek. Z poszukiwaniem diamentu w tle.

ptaki nocy harley quinn film recenzja dc margot robbie

Recenzja filmu:

Zazwyczaj staram się optymistycznie i pozytywnie patrzeć na produkcję, którą akurat oglądam. To taka moja sztuczka na miłe spędzanie czasu - mimo że dostrzegam wady danego filmu czy serialu, staram się skupić na pozytywach, dzięki czemu nie mam potem wrażenia, że straciłem kawałek życia na czymś bezsensownym. Niestety są takie przypadki, w których znalezienie pozytywów jest bardzo, bardzo trudne... I tak jest właśnie z "Birds of Prey".

Mówiąc szczerze - nie mam pojęcia co się stało. Wydawać by się mogło, że jestem idealnym odbiorcą takiego filmu. Głęboko siedzę w popkulturze, orientuję się w realiach franczyz komiksowych, jestem na bieżąco z produkcjami "DC Extended Universe"... Nadto lubię kino akcji, no i jestem facetem, czyli powinienem być podatny na wdzięki Margot Robbie w roli Harley Quinn. Niestety mimo najszczerszych chęci mam wrażenie, że nic w "Birds of Prey" nie zadziałało tak jak powinno. Harley Quinn jako postać była świetna w "Suicide Squad" jako humorystyczne odciążenie bandy ponurych i mrukliwych kolesi, z Willem Smithem jako Deadshotem na czele. Jednak postawiona na froncie jako główna bohaterka opowieści okazała się być nadzwyczaj irytująca. Ciężko mi nawet jednoznacznie określić, o czym opowiada fabuła. Scenarzyści też chyba tego nie wiedzieli, bo wpletli do środka wątki niby-gangstersko-złodziejskie, które co chwila musieli objaśniać dziwnymi retrospekcjami, wychodząc z założenia że widz jest kompletnym idiotą, którego trzeba prowadzić za rękę. A może to ja źle zrozumiałem i był to film o przemianie, jaką przechodzi Harley Quinn i jej tytułowej "emancypacji"? A gdzie tam - siłą napędową naszej bohaterki było zerwanie z Jokerem i wszczynanie rozrób bez jego udziału. Czyli jako widzowie otrzymaliśmy przesłanie: "Hej dziewczyny, jeśli rzuci was facet to mimo to jesteście coś warte!". Serio, w 2020 roku trzeba wysyłać takie wiadomości i kręcić o tym filmy, i to jeszcze w takiej formie? Moim zdaniem uwłaszcza to wszystkim kobietom, zwłaszcza gdy cała prezencja Margot Robbie jako Harley Quinn rozsiewa wokół siebie aurę seksualnie drapieżnej lolitki.

Humor i zachowanie Harley Quinn, z jej głosem na czele, przywoływało mi na myśl stare kreskówki. Walenie wielkimi młotkami po głowach, akrobacje na wrotkach, zderzanie się z przeszkodami i wychodzenie z tego bez szwanku... Brakowało mi tylko osmalonej buźki po eksplozji granatu prosto w twarz, a także rakiet i innych wynalazków firmy Acme z animacji o Kojocie i Strusiu Pędziwiatrze. Powiedzmy to sobie wprost: to, co się sprawdza jako kreskówka dla kilkulatów, nie będzie dobrze wyglądać w aktorskiej produkcji skierowanej do dorosłego widza. To jest konwencja, którą mogę okazjonalnie kupić w serialu komediowym w ramach zabawy formą, ale nie w dwugodzinnym hollywoodzkim blockbusterze. Oczywiście wiem, że Margot Robbie włożyła w ten film całe serce. Doceniam starania charakteryzatorów i scenografów, doceniam to że sama kręciła sceny kaskaderskie... ale niestety. Czasem pomysł jest dobry, ale scenariusz i reżyseria nie potrafią go przedstawić w wiarygodny, atrakcyjny sposób.

Co gorsza, spośród postaci towarzyszących moje zainteresowanie wzbudziła jedynie Jurnee Smollett-Bell jako Black Canary. Wyglądała jak powinna, zachowywała się jak powinna - to o niej chętnie obejrzałbym solowy film! Niestety cała reszta była zdecydowanie poniżej poziomu. Nawet Ewan McGregor jako Black Mask, czyli główny antagonista, był raczej karykaturalny i na tyle nudny, że zaraz znikał z pamięci widza. A jego czołowy bandzior Victor Zsasz? Powiem tyle: jeśli chcecie zobaczyć prawdziwego, rewelacyjnego Victora Zsasza, to zapraszam do serialu "Gotham", gdzie zagrał go Anthony Carrigan. Uwierzcie mi - nie ma nawet porównania. Na sam koniec wspomnę o największym rozczarowaniu, czyli Mary Elizabeth Winstead jako Huntress. Ta lubiana przeze mnie aktorka wyglądała tragicznie (w co oni ją ubrali?), ruszała się tragicznie, a nadto jej dialogi wołały o pomstę do nieba. To zdecydowanie nie jej typ kina.

Naprawdę chciałbym, by "Birds of Prey" było fajnym, rozrywkowym kinem, zwłaszcza że po "Aquamanie" i "Shazam" uwierzyłem, że uniwersum DC ma najgorsze czasy za sobą. A tu znowu taka wtopa... Cóż, pozostaje się teraz otrząsnąć i czekać na "Wonder Woman 1984" z nadzieją, że tam gdzie nie dowiozła Margot Robbie, nadrobi Gal Gadot.

Wniosek: Nudne i nieporywające. Niestety strata czasu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


Netflix - czy serwisy streamingowe to trzynasta muza?

Netflix - czy serwisy streamingowe to trzynasta muza?

W mitologii greckiej muzy były boginiami sztuki i nauki. Od kiedy na świecie ponad 100 lat temu pojawiło się kino, zwykło je się określać mianem "dziesiątej muzy". Powstałą później telewizję nazywa się "jedenastą", a internet i gry - "dwunastą". Jednak w ostatnich latach jesteśmy świadkami czegoś nowego, co zmieni rynek rozrywki i popkultury jeszcze bardziej, niż do tej pory. Tym czymś są serwisy streamingowe typu "video on demand" (VOD), wśród których rola chorążego przypadła Netflixowi


Netflix powstał w USA w 1997 roku, wpierw jako wypożyczalnia filmów DVD rozsyłająca płyty odbiorcom za pośrednictwem poczty. W 2007 do swojej oferty dodał wypożyczanie filmów za pośrednictwem mediów strumieniowych, a wszystko to dzięki powszechnemu dostępowi do internetu. Dalej już poszło - w ciągu kolejnej dekady Netflix stał się prawdziwym gigantem, z ponad 100 milionami abonentów, obecnością na całym świecie (wyłączając Chiny, Syrię i Koreę Północną) i miliardami dolarów obrotu. Ale rynek nie znosi próżni - tam gdzie niegdyś królował tylko Netflix, dziś za rogiem czyhają jego konkurenci: Disney+, HBO Max czy Amazon Prime

Można by stwierdzić, że Netflix to nic innego jak serwis online do oglądania filmów - i owszem, jest nim, ale również czymś znacznie większym. Netflix wprowadził rewolucję w sposobie postrzegania telewizji, zacierając granicę między "małym" a "srebrnym" ekranem. Nie oznacza to, że Hollywood może pakować manatki, a wszystkie kina można przerobić na knajpy i galerie sztuki - a przynajmniej jeszcze nie teraz. Ale Netflix zmienił świat w sposób, którego nie da się już odwrócić. 


Po pierwsze: uszanował czas widza. Stara "dwunasta muza", czyli telewizja (coraz bardziej ignorowana przez młodsze pokolenia), działała niczym radio - oferowała stałą obecność w każdym domu, nawet przez 24 godziny na dobę. Tydzień oczekiwania na kolejne odcinki nie był więc niczym strasznym, bo w międzyczasie wystarczyło zmienić kanał i skupić uwagę na czymś innym. Najbardziej popularne seriale miały moc pustoszenia ulic - gdy nadchodził czas emisji, wszyscy zasiadali przez ekranami, bo jak się przegapiło odcinek to już koniec, nie było możliwości powtórki! Netflix poszedł inną drogą, udostępniając cały sezon serialu naraz. Dzięki temu od razu widz miał możliwość urządzenia maratonu - np. całego weekend z Netflixem i ukochaną produkcją. W ten sposób Netflix stał się zjawiskiem kulturowym, a idea "wieczoru z Netflixem" zaczęła mieć drugie znaczenie. Mistrzowskie posunięcie! 

Po drugie: mnogość wyboru. Na samym początku Netflix był agregatem ofert wytwórni i telewizji z całego świata. Gdy jednak konkurenci zauważyli jak wielkie pieniądze się za tym kryją, postanowili stworzyć własne serwisy VOD, wycofując je z biblioteki giganta. Wtedy jednak Netflix przeszedł do kontrnatarcia i zaczął kręcić własne produkcje, nie szczędząc przy tym pieniędzy. Światowa popkultura otrzymała dzięki temu dziesiątki filmów i seriali, które odbiły się szerokim echem. Wymienię choćby parę najbardziej znanych tytułów: "The Witcher", "Narcos", "Stranger Things", "House of Cards"... 


No i po trzecie: szturm na pozycje kin. Netflix ściągnął do współpracy najlepszych reżyserów i aktorów, umożliwiając im środki i platformę dystrybucji do takich projektów, jakie tylko mogą sobie zamarzyć. I wtedy zdarzyło się coś, czego nikt nie przewidział: wielkie kinowe hity, które normalnie trafiłyby na kinowy ekran walcząc o atencję widza, zaczęły lądować w domu widza w dzień premiery! Taki na przykład "The Irishman", "Marriage Story" czy "The Highwaymen" (wymieniając tylko tytuły z 2019 roku) jakością i poziomem absolutnie w niczym nie ustępują oscarowym produkcjom! Doszło nawet do ostrej wojny pomiędzy producentami na tle tego, czy filmy Netflixa mają prawo startować po Oscary - póki co tak, pod warunkiem że przynajmniej częściowo pojawiły się w kinach. 

Jednym słowem Netflix spowodował, że kino za pośrednictwem internetu zmieniło się w telewizję, nie tracąc przy tym nic ze swojej magii i poziomu. I to nie zwykłą telewizję, a telewizję instant, dostosowaną do współczesnych potrzeb, rozwoju społecznego i technologii. Dlatego też uważam wszystkie serwisy streamingowe za "trzynastą muzę" - a w zasadzie dziecko wszystkich muz XX wieku. Dziś to Netflix, a wkrótce też jego najwięksi konkurenci, będą nadawać ton odnośnie tego co i jak oglądamy w domu (podjęto już nawet pierwsze eksperymenty produkcji, w których to widz w czasie rzeczywistym decyduje, jak potoczy się akcja - patrz "Bandersnatch"). Wygra ten, kto dostarczy produkt najlepszej jakości, a zatem finalnie skorzystamy na tym my wszyscy!
Co w kinach w Polsce w 2020 roku?

Co w kinach w Polsce w 2020 roku?

Dla kinematografii nadszedł ciężki czas - ze względu na pandemię koronawirusa na całym świecie doszło do niespotykanego wcześniej zawieszenia prac kin. Wstrzymano również prace na planach wielu filmów i seriali. Dlatego też miejcie na uwadze, że poniższe daty premier w Polsce mogą ulec zmianie - dotyczy to zwłaszcza najbliższych produkcji. Niemniej, zakładając optymistyczny scenariusz zwycięstwa nad pandemią, filmowy rok 2020 podobnie jak ubiegłe lata będzie nas rozpieszczał! Przygotowaliśmy dla Was listę naszym zdaniem najlepszych rozrywkowych pozycji na 2020 rok, które pojawią się w polskich kinach. Przed Wami dziesiątka najgorętszych pozycji 2020! 


1. „Mulan” – data premiery 27.03.2020 


Disney kontynuuje swój triumfalny marsz, kręcąc na nowo swoje największe animowane hity – tyle że w wersji fabularnej. W tym roku na tapetę trafia „Mulan”, historia o antycznej chińskiej wojowniczce, która rusza na front w męskim przebraniu. Na pewno będzie spektakularnie i widowiskowo – pytanie czy nie nudno? Na plus liczy się pełna azjatycka obsada widowiska (mistrza Mulan zagra sam Donnie Yen!), choć film będzie oczywiście anglojęzyczny. Czekamy! 

2. „The New Mutants” („Nowi Mutanci”) – data premiery 3.04.2020 


Mutanci z uniwersum „X-Menów” wracają z epilogiem w postaci wielokrotnie przekładanego i przerabianego horroru „The New Mutants”. Nie spodziewajcie się jednak zobaczyć znanych z serii głównych postaci (no chyba że gdzieś w małym cameo). Tym razem grupa nastolatków z supermocami zostaje zamknięta w szpitalu, skąd będą musieli się wydostać – lub zginąć. W rolach głównych wschodzące gwiazdy młodego pokolenia: Maisie Williams („Gra o Tron”), Anya Taylor-Joy („Glass”) oraz Charlie Heaton („Stranger Things”). Wszystko wskazuje na to, że to ostatnia okazja by zobaczyć taką wersję mutantów na ekranie (przynajmniej dopóki nie powrócą kiedyś w „Marvel Cinematic Universe”). Ale nigdy nie mówimy nigdy, wszak w Hollywood wszystko jest możliwe! 

3. „Black Widow” („Czarna Wdowa”) – data premiery 1.05.2020 


Nareszcie! Po latach oczekiwań postać Czarnej Wdowy (Scarlett Johansson) doczekała się solowego filmu w ramach „Marvel Cinematic Universe”! Producenci długo nie chcieli uwierzyć, że kobieta-superbohater może zapewnić im wystarczającą liczbę widzów. Dopiero „Captain Marvel” pokazała, jak bardzo byli w błędzie! A ten film należał się Scarlett Johansson jak mało komu – ponad 10 lat obecności w uniwersum przy nieustającej popularności wśród widzów powinno jednak coś znaczyć. Osobiście liczę na domknięcie sporej liczby wątków – kto wie, może nawet słynnej misji w Budapeszcie? 

4. „Wonder Woman 1984” – data premiery 5.06.2020 


Długo czekaliśmy na sequel przygód Gal Gadot w roli Wonder Woman! Pierwsza „Wonder Woman” szturmem podbiła serca i portfele widzów, prezentując nowe oblicze znanej od dekad komiksowej superbohaterki. I to jeszcze w nieogranych realiach I wojny światowej! Sequel przeniesie nas do lat 80., gdzie Wonder Woman będzie musiała się zmierzyć z Pedro Pascalem. O fabule nie wiemy w zasadzie nic więcej, ale to nie szkodzi – trailer tej produkcji to jeden z najlepszych jakie widziałem w ostatnim czasie (ta muzyka!). Czekamy i to bardzo! 

5. „Ghostbusters: Afterlife” („Pogromcy Duchów: Dziedzictwo”) – data premiery 10.07.2020 


Pierwsze podejście do wskrzeszenia franczyzy „Pogromców Duchów” – czyli „Ghostbusters” z 2016 roku z żeńską ekipą w roli głównej spotkało się, delikatnie mówiąc, z umiarkowanym przyjęciem widzów. Moja opinia jest taka, że wyszedł z tego całkiem niezły film nie licząc momentów, w których był tragiczny. Jednak producenci nie złożyli broni, i po błyskawicznej eksmisji tej produkcji na śmietnik kinematografii postanowili spróbować raz jeszcze i stworzyć pełnoprawną trzecią część oryginalnego cyklu. Wszyscy starzy aktorzy na pewno nie powrócą (choćby dlatego, że jeden z nich nie żyje, a drugi od dawna nie występuje publicznie), ale pozostali zapewne zaliczą małe cameo. Zastąpi ich za to młoda ekipa pod przywództwem gwiazdy „Stranger Things”, Finna Wolfharda. Pytanie tylko z jakim efektem? 

6. „Tenet” – data premiery 17.07.2020 


O tym filmie nie wiemy prawie nic, ale to co wiadomo i tak nastraja nas pozytywnie. Po pierwsze: reżyseruje Christopher Nolan, aktualnie chyba najbardziej wzięty i kasowy reżyser Hollywood. Po drugie: trailer wskazuje na zabawę upływem czasu i epickie sekwencje na miarę „Incepcji”. Po trzecie, w obsadzie m.in. Robert Pattison, Michael Caine i Elizabeth Debicki. Czekam niecierpliwie na kolejną oryginalną wizję świata wg Nolana – na pewno nie da się obok niej przejść obojętnie. 

7. „Top Gun: Maverick” – data premiery 17.07.2020 


Tego sequela nikt się nie spodziewał. Nie wiem nawet, czy ktokolwiek go potrzebuje. Ale jednego jestem pewien – Tom Cruise nie kręci złych filmów! Zatem jeśli po paru dekadach postanowił powrócić do roli narwanego pilota myśliwca US Navy, musi być ku temu jakiś powód. Obsada wygląda imponująco (wraca Val Kilmer!), podobnie jak zdjęcia i sekwencje lotów myśliwców. Wierzę w Toma Cruise’a i w to, że i tym razem mnie nie zawiedzie! 

8. „No Time to Die” („Nie Czas Umierać”) – data premiery 12.11.2020 


James Bond powraca. Po raz piąty (ponoć ostatni) z twarzą Daniela Craiga. Oryginalna premiera była planowana na kwiecień, jednak ze względu na epidemię koronawirusa przesunięto ją na listopad. Zapowiadany film ma być epilogiem dotychczasowych przygód Bonda i wielką kulminacją dokonań Agenta 007 rozpoczętych w „Casino Royale”. Będą pościgi, będą gadżety, będą piękne kobiety (Ana de Armas!), a także szokujące odkrycia i zwroty akcji. Pozostaje tylko pożałować, że czarnego charakteru nie zagra jednak Tomasz Kot (choć Rami Malek to też zacny wybór). A my jako widzowie powoli możemy zastanawiać się nad nową twarzą Jamesa Bonda. Może ktoś o innej karnacji? Albo kobieta?

9. „Godzilla vs. Kong” – data premiery 20.11.2020 


To z mojej strony ostatni kredyt zaufania, jaki daję franczyzie „MonsterVerse”. Wśród trzech dotychczasowych produkcji jedna była świetna, jedna tragiczna i jedna przeciętna. Tym razem najsłynniejsza przerośnięta jaszczurka świata zmierzy się z najsłynniejszym gigantycznym gorylem. Brzmi absurdalnie, ale z drugiej strony – na tym polega gatunek filmów o kaiju, więc nie ma co się obrażać. W jednej z ról wiodących kolejna w tym zestawieniu gwiazda „Stranger Things”, Millie Bobby Brown. A ja mam tylko jedno pytanie: czy w końcu w tym uniwersum ktoś porządnie podepcze Tokio? 

10. „Dune” („Diuna”) – data premiery 18.12.2020 


I na sam koniec mój absolutny numer jeden nie tylko roku 2020, ale i całej dekady. Czekam na ten film bardziej niż na jakiekolwiek „Gwiezdne Wojny” czy inną ukochaną franczyzę. Cykl książek „Diuna” to opus magnum Franka Herberta, dzieło science fiction na miarę „Władcy Pierścieni” Tolkiena, niewyobrażalnie wręcz głębokie, bogate w wątki i dokładnie przemyślane w kulturowo-religijnych aspektach. Dotychczas otrzymaliśmy dwie próby ekranizacji – słynną „Diunę” Davida Lyncha (artystycznie wartościową, ale z dość luźnym związkiem z książką), oraz telewizyjną „Diunę” i kontynuujący ją miniserial „Dzieci Diuny” Johna Harrisona. Tym razem jednak współczesna kinematografia wytacza najcięższe działa! Za reżyserię nowej wersji odpowiada Dennis Villeneuve, którego dokonania mówią same za siebie („Sicario”, „Arrival”, „Blade Runner 2049”). A obsada… o mamo! Timothée Chalamet, Rebecca Ferguson, Oscar Isaac, Josh Brolin, Stellan Skarsgård, Dave Bautista, Zendaya, Jason Momoa, Javier Bardem... Wymieniać i wymieniać! Zapłacę każde pieniądze za ten film i prywatnie marzę, by był to początek wielkiego uniwersum. Pierwsze przecieki mówią, że powstało coś, co będzie dla współczesnej popkultury nowymi „Gwiezdnymi Wojnami”. Oby!!!
Kiedy premiera Disney+ w Polsce?

Kiedy premiera Disney+ w Polsce?

Disney+ to nowa usługa przesyłania strumieniowego, działająca podobnie jak znany wszystkim Netflix. Disney+ oferuje nie tylko oryginalne tytuły Disneya, ale także filmy "Marvel Cinematic Universe", filmy fabularne i krótkometrażowe Pixara, pełną sagę "Star Wars", "The Simpsons", kilka nieznanych jeszcze seriali telewizyjnych i seriali animowanych oraz dodatkowo niektóre produkcje National Geographic.

Oficjalna premiera odbyła się we wtorek 12 listopada 2019 r., gdy usługa udostępniona została widzom w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Holandii, a następnie 19 listopada w Australii i Nowej Zelandii. W niecałe trzy miesiące ma już na koncie 28,6 mln subskrybentów. Disney+ pojawi się na wszystkich głównych rynkach, w tym w Polsce, w ciągu najbliższych dwóch lat.

disney plus streaming VOD polska

Ile to kosztuje? 


Cena uruchomienia subskrypcji Disney+ w Stanach Zjednoczonych wynosi na chwilę obecną 6,99 USD miesięcznie lub 6,18 EUR (czyli około 30 zł). Można również wykupić dostęp na 12 miesięcy za 69,99 USD, co zmniejsza miesięczny koszt do 5,83 USD lub 5,18 EUR (orientacyjnie 25 zł).

Widzowie w Stanach Zjednoczonych mają również możliwość zakupu dodatkowego pakietu za 12,99 USD miesięcznie, który umożliwia dostęp do wszystkich programów Disneya, a także tysięcy wydarzeń sportowych na żywo, oryginalnych programów sportowych i dokumentów sportowych ESPN +, a także archiwum transmisji strumieniowej na żądanie Hulu.

Disney+ w Polsce 


Niecierpliwi nie muszą jednak czekać na premierę w Polsce. Wystarczy skorzystać z usługi VPN i wirtualnie zmienić lokalizację urządzenia mobilnego łącząc się z jednym z serwerów amerykańskich. Co to jest VPN? Wirtualna sieć prywatna, która szyfruje połączenie internetowe między dwiema sieciami lub między użytkownikiem i siecią. Dzięki temu pozwala streamować seriale i filmy z prędkością HD na dowolnym urządzeniu bez względu na fizyczną lokalizację.

Na chwilę obecną w języku polskim odwiedzić można stronę podglądu Disney+. Klikając „Chcę otrzymywać informacje o nowościach”, możesz wpisać swój adres e-mail, aby być na bieżąco z wiadomościami i uruchomieniem platformy również w naszym kraju.

disney plus streaming VOD polska

Na jakich urządzeniach można oglądać Disney+? 


Disney+ oferuje subskrybentom transmisję wysokiej jakości bez przerw reklamowych, nieograniczoną liczbę pobrań na maksymalnie dziesięciu urządzeniach, spersonalizowane sugestie oglądania oraz możliwość skonfigurowania siedmiu profili użytkowników. Dzięki łatwemu w obsłudze interfejsowi możliwe będzie również ustawienie profili dedykowanych, aby kontrolować dostęp do treści odpowiednich dla wieku dziecka.

Subskrybować usługę można bezpośrednio ze strony DisneyPlus.com lub za pośrednictwem aplikacji z następujących platform i urządzeń partnerskich:
  • Amazon (Fire TV, Fire TV Edition Smart TV i Tablet Fire)
  • Apple (iPhone, iPad, iPod touch i Apple TV, dedykowana aplikacja)
  • Google (urządzenia z Androidem)
  • Telewizor LG Smart z systemem webOS
  • Microsoft (Xbox One)
  • Roku (odtwarzacze strumieniowe Roku® i telewizory Roku TV ™)
  • Samsung Smart TV
  • Sony / Sony Interactive Entertainment (telewizory z systemem Android i PlayStation®4 Sony)


Poważna konkurencja dla Netflixa 


Disney+ jest poważnym konkurentem dla istniejących usług przesyłania strumieniowego wideo, takich jak Netflix, HBO GO i Amazon Prime Video. Nowy dostawca przyznaje widzom dostęp do ogromnej biblioteki starszych treści Disneya i Foxa, a także nowych, oryginalnych programów telewizyjnych, filmów animowanych, dokumentalnych i krótkometrażowych.

Od początku 2020 roku Disney znika powoli z katalogu Netflixa, gdzie od 2016 roku pojawiały się największe hity wytwórni z ostatnich lat (w tym dwa najczęściej oglądane na Netflixie filmy z 2017 r. i trzy najlepsze filmy z 2016 i 2018 r.). Disney planując nową usługę postanowił nie przedłużać umowy z Netflixem. „Mary Poppins Powraca” był ostatnim filmem Disneya dystrybuowanym przez Netflixa.

Wpis gościnnie zamieściła: Marianna Płatek, techwarn.com
Zamawiaj bilety do kina przez aplikację bankową

Zamawiaj bilety do kina przez aplikację bankową

Do niedawna aplikacje mobilne wzbudzały mieszane uczucia wśród klientów banków. Z jednej strony kusiły możliwościami wygodnego dokonywania operacji finansowych, ale z drugiej budziły wątpliwości związane z kwestiami bezpieczeństwa, przez co wiele osób po prostu obawiało się ich używać. Aktualnie liczba zadowolonych użytkowników rośnie i coś, co kiedyś wydawało się ryzykowne, obecnie staje się standardem. Nic więc dziwnego, że banki starają się zachęcić klientów do coraz częstszego korzystania ze swoich aplikacji. W tym miejscu warto wspomnieć o ciekawym rozwiązaniu Banku Millennium, dedykowanym miłośnikom kina.


bank millennium helios kino bilety

Bilety do Heliosa przez aplikację Banku Millennium


Założenie jest proste - każdy posiadacz konta w Banku Millennium może z poziomu aplikacji bankowej zamawiać i zarządzać biletami na seanse w kinach Helios. Aktualnie Helios posiada prawie 50 kin w ponad 40 miastach, jest więc w czym wybierać. Za pomocą paru kliknięć można wybrać kino, seans, preferowane miejsce oraz dokonać płatności. Co ważne, można też wygodnie udostępniać zakupione bilety znajomym. Dla osób ceniących sobie własny czas (a ja do takich należę) to bardzo wygodne rozwiązanie, zwłaszcza że zamawianie biletów ze smartfona przez stronę Heliosa bywa uciążliwe. To swoją drogą ciekawy trend: przewiduję że w przyszłości na rynku mobilnym wygrają te aplikacje, które będą agregatorami jak największej ilości usług.

bank millennium helios kino bilety

Jak zamówić bilety do Heliosa przez Bank Millennium?


Przede wszystkim - trzeba mieć konto, a następnie założyć aplikację mobilną na swoim telefonie. I to w zasadzie tyle. Aktualnie Bank Millennium ma w ofercie dwa konta - Konto 360° oraz Konto 360° Student dla osób w wieku 18-26 lat. To drugie rzecz jasna tańsze w obsłudze. Cennik konta znajdziecie tutaj.

bank millennium helios kino bilety

Promocja - 2 bilety do Heliosa i 200 zł w gotówce za darmo!


Na samym końcu bardzo ciekawa czasowa oferta. Jeśli założycie konto na tej stronie promocji w terminie do 13 marca 2020 (podpisanie umowy musi nastąpić do 17 marca), dostaniecie za darmo dwa bilety do Heliosa do dowolnego wykorzystania. Dodatkowo załapiecie się na promocję "Korzystaj i zdobądź 200 zł" (trwa do 27 marca 2020), gdzie w zamian za spełnienie prostych warunków otrzymacie 200 zł w gotówce na swoje nowe konto. Uwaga - aby skorzystać z promocji na dzień złożenia wniosku nie można być klientem banku (w tym pełnomocnikiem). Nie można też było w przeszłości korzystać z żadnej promocyjnej akcji Konta 360°. Regulamin promocji znajdziecie tutaj.




"Knives Out" ("Na Noże")

"Knives Out" ("Na Noże")

O czym to jest: Bogaty pisarz popełnia samobójstwo. Ale czy na pewno...?

na noże film recenzja rian johnson daniel craig chris evans

Recenzja filmu:

Czyżby kino kryminalne typu „whodunit” przeżywało delikatny renesans? Najpierw „Sherlock” (ten serialowy), potem nowa wersja „Morderstwa w Orient Expressie”, a teraz „Knives Out”. Wbrew temu co może się wydawać, nie jest to adaptacja żadnej powieści, a oryginalny koncept, wymyślony i stworzony przez jednego człowieka – Riana Johnsona. Owszem, jest w nim bardzo dużo inspiracji twórczością Agathy Christie, ale wyłącznie w zakresie zewnętrznej formy, bo to co znajdujemy w środku jest świeże, odkrywcze i doprawdy błyskotliwe! 

Osobiście uwielbiam Riana Johnsona, choć rozumiem czemu jego twórczość wzbudza tak wiele kontrowersji. Johnson uwielbia brać znane motywy i obrać je dookoła, zmieniając przy tym utarte schematy. Prowadzi przez to widza na manowce, bawi się z nim, chcąc go za wszelką cenę zaskoczyć i spowodować, że finał historii będzie zupełnie nieoczekiwany. I to lubię! Tym razem wziął na warsztat klasyczne kino kryminalne. Każdy inny reżyser poleciałby schematem: mamy ofiarę, listę podejrzanych i upartego detektywa, który rozwikłuje zagadkę krok za krokiem, po to by w finale schwytać mordercę. Tymczasem Rian Johnson już w pierwszym akcie pokazał dokładnie, jak doszło do tego, że Christopher Plummer padł trupem na ekranie. Zaskakujące posunięcie? I to bardzo! Muszę przyznać że sam byłem dość mocno zdezorientowany – co to za kryminał, gdzie na tacy dostajemy rozwiązanie zagadki? Tymczasem okazało się, że kluczowe dla fabuły nie było CO się stało, ale DLACZEGO. W moim prywatnym starciu z Johnsonem poniosłem więc porażkę, bo nie udało mi się przewidzieć żadnego zakończenia wątku – niektóre postacie zaliczyły bowiem kilkukrotny obrót charakteru i motywów! Jeśli to nie świadczy o geniuszu scenarzysty, to już nie wiem co musiałoby nim być. 

Pisząc o „Knives Out” muszę również pochwalić obsadę – klasyczne „ensemble cast”, tak jak we wspomnianym nowym „Morderstwie w Orient Expressie”. W roli głównej Daniel Craig jako detektyw Blanc, co ciekawe znów z południowym amerykańskim akcentem, który został mu chyba po „Logan Lucky”. Na temat jego kreacji mogę wypowiedzieć się w samych superlatywach – i nie tylko ja, bo widzowie zagłosowali nogami tak skutecznie, że w planach jest już sequel produkcji! Jako mimowolna asystentka Craiga na ekranie wystąpiła wschodząca latynoska gwiazda Ana de Armas, która niedawno zachwyciła mnie w „Blade Runner 2049”, a niedługo powróci u boku Craiga jako nowa dziewczyna Bonda w „No Time to Die”. Radzę obserwować poczynania pani de Armas, jeszcze o niej usłyszymy! A do tego: Chris Evans (jakże odległy charakterologicznie od łatki Kapitana Ameryki), mój ulubieniec Michael Shannon, kultowi Don Johnson i Frank Oz (!!!), a nawet dawno niewidziana Jamie Lee Curtis! Gwarantuję, taka obsada pociągnie każdy film. 

Czy bawiłem się dobrze? Zdecydowanie! Chętnie powitam więcej przygód detektywa Blanca, ale tylko pod warunkiem, że stworzy je Rian Johnson. Trzymam kciuki!

Wniosek: Rewelacja! Klasyczne kino kryminalne w nowym, świeżym wydaniu!


"1917"

"1917"

O czym to jest: Dwóch posłańców musi przejść przez front z pilną wiadomością.

1917 film recenzja sam mendes oscar

Recenzja filmu:

Co jakiś czas trafia się film, który zmienia oblicze kina. Czasem jest to zasługa formy, czasem treści, a czasem po prostu odpowiedniego momentu na opowiedzenie danej historii. W przypadku „1917” jest to suma wszystkich tych elementów. Od lat narzekałem, że choć w tematyce II wojny światowej kino powiedziało już bardzo wiele, to I wojna światowa (o wiele krwawsza pod względem militarnym) wciąż jest traktowana po macoszemu. Wszystko jednak wskazuje na to, że „1917” szeroko otworzy drzwi w Hollywood przed tą tematyką. Nareszcie! 

„1917” jest dla kina wojennego tym, czym dawno temu okazał się „Szeregowiec Ryan”. Nawet i tematyka jest podobna – w obydwu przypadkach jednym z kluczowych wątków fabuły jest braterska więź, która okazuje się silniejsza niż dbanie o własne bezpieczeństwo. Drugie podobieństwo to stopień naturalizmu – do dziś scena lądowania w Normandii w „Szeregowcu Ryanie” jest wzorem jak realistycznie pokazać okrucieństwo wojny. Tym tropem poszli twórcy „1917”, pokazując nam apokaliptyczny krajobraz zachodniego frontu I wojny światowej. Kilometry transzei (głębokich i technologicznie zaawansowanych jak miejskie ulice), błoto, szczury, wszechobecne trupy, pułapki i śmierć na każdym kroku… Człowiek szczerze się dziwi, jak ktokolwiek mógł przeżyć tą wojnę i wrócić cały do domu. Te obrazki mieszają się z idyllicznym krajobrazem oddalonym ledwie setki metrów dalej za linią frontu – zielone łąki, kwitnące drzewa… Wojenny świat „1917” jak mało który film doskonale oddaje absurd i bezsens konfliktów zbrojnych, w których nigdy nie ma wygranych – są sami przegrani. 

Reżyser Sam Mendes zachwycił świat fantastyczną otwierającą sekwencją w „Spectre”, nakręconą na jednym ujęciu. Tym razem poszedł krok dalej i nakręcił tak cały film, bez żadnych widocznych śladów montażu! Osobiście uwielbiam tą technikę – stosuje są Quentin Tarantino, a także Alejandro Iñárritu (przypomnijcie sobie „Birdmana”). Niemniej to właśnie „1917” należy się obecnie palma pierwszeństwa w tej kategorii. Ten film będzie pokazywany we wszystkich szkołach operatorów filmowych na całym świecie. To absolutny majstersztyk przejmujących zdjęć i powalającej, ciągnącej się na setki metrów scenografii, ubogaconej świetną grą aktorską. Zapamiętajcie sobie nazwisko aktora grającego głównego bohatera - George MacKay. To młody aktor (aktualnie 27 lat) na fali wznoszącej, ja do tej pory miałem okazję obserwować go w „Captain Fantastic”, a na liście mam jeszcze jego rolę Hamleta w „Ophelii” oraz Neda Kelly’ego w „True History of the Kelly Gang”. Czuję w kościach, że o tym aktorze będzie jeszcze głośno! 

Mógłbym godzinami rozpisywać się po kolei nad każdym fenomenalnym aspektem tej produkcji – a jest ich tyle, że nie wiedziałbym od czego zacząć, nawet omawiając scena po scenie! Genialny i kultowy film obroni się sam i nie ma powodu, bym musiał wskazywać jego zalety – widać je już po samym zwiastunie. Zainteresowanym widzom powiem jedynie, że przy skali i naturalizmie „1917” taka „Dunkierka” wygląda jak kino familijne. Dlatego osobom o słabszych nerwach, które nie przepadają za mocnymi widokami, radzę zachować daleko idącą ostrożność podczas seansu. 

Dziękuję Samowi Mendesowi, że przywrócił światu pamięć o I wojnie światowej. Jakby nie patrzeć film „Wings” z 1927 roku, traktujący również o tej tematyce, zdobył pierwszego Oscara w historii za najlepszy film! Jeśli ten zaszczyt przypadnie i „1917”, będzie to prawdziwy, wyczekiwany od dawna powrót do domu. Historia kołem się toczy!

Wniosek: Wstrząsające, oszałamiające kino. Nie można przegapić.


"Fantastic Beasts - The Crimes of Grindewald" ("Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda")

"Fantastic Beasts - The Crimes of Grindewald" ("Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda")

O czym to jest: Dobrzy czarodzieje ścigają złego czarnoksiężnika.

fantastyczne zwierzęta zbrodnie grindewalda film recenzja jude law johnny depp

Recenzja filmu:

Jakoś tak się stało, że ominąłem do tej pory recenzję najnowszej części serii przygód brytyjskich czarodziejów, czyli sequela „Fantastycznych Zwierząt”. Obawiam się jednak, że jej brak w zestawieniu nie robi większej różnicy – to bowiem typowa produkcja typu przerywnik, nie mająca sensu zarówno bez poprzedniej, jak i nadchodzącej kolejnej części. Nie przepadam za takimi filmami i traktuję je trochę jak typowy skok na kasę – ale cóż, skoro jest popyt, to jest i podaż. 

„Zbrodnie Grindewalda” nie są na szczęście złym filmem. Akcja startuje niedługo po finale „Fantastycznych Zwierząt” i bezpośrednio do niego nawiązuje. Niestety przez ponad dwie godziny mamy do czynienia z rozstawianiem pionków po planszy – tylko i aż. Jestem nieco rozczarowany, że zamiast ciągnąć w miarę unikalny (i amerykański) klimat „Fantastycznych Zwierząt” akcja filmu wróciła do Europy (a konkretnie do Paryża), i zmieniła się w jeden wielki prequel przygód Harry’ego Pottera. Jedyne zaskoczenie jakie czeka widza, to obwieszczenie kto na końcu stanie po stronie „dobra”, a kto „zła”. Ale nie myślcie, że to oznacza jakąś epicką finalną konfrontację, bo na nią poczekacie jeszcze zapewne przez szereg lat (plotki głoszą, że producenci planują aż trzy kolejne filmy). 

Oczywiście miło było zobaczyć znowu Hogwart, zapoznać się z genezą starych postaci (ot chociażby Dumbledore’a) i poczuć ten „potterowy” klimat prosto z książek J.K. Rowling. Paryż z okresu międzywojennego robił świetne wrażenie, starali się też aktorzy – Johnny Depp był bardzo wiarygodny jako tytułowy czarny charakter, podobnie Jude Law w roli młodego czarodzieja Dumbledore’a. Jednak naprawdę wolałbym dostać coś oryginalnego niż znanego, ale odgrzewanego. Nie daruję też marginalizacji postaci Newta Scamandera, który był fantastycznym protagonistą, a tutaj został zredukowany do jednej z wielu równorzędnych postaci. I nie pomógł nawet powrót Kowalskiego, niestety mniej zabawnego niż poprzednio. 

„Zbrodnie Grindewalda” to film poprawny, ale jednocześnie taki, o którym świat szybko zapomni. Przypomina mi mocno „Księcia Półkrwi” – też już dziś nie pamiętam, o co chodziło w tamtej produkcji prócz tego, że budowała grunt pod finał. Zatem pozostaje nam tylko czekać i sprawdzić, co też twórcy przyniosą nam następnym razem.

Wniosek: Poprawne kino, ale nic ponadto. Ot kolejny odcinek większej całości.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Harry Potter"! >>>


"Wiedźmin"

"Wiedźmin"

O czym to jest: Przygody smutnego łowcy potworów.

wiedźmin polski serial 2002 michał żebrowski zbigniew zamachowski

Recenzja serialu:

Po tym jak zakończyłem seans pierwszego sezonu "The Witcher" poczułem spory niedosyt przygód wiedźmina Geralta. To był więc najlepszy czas, by przypomnieć sobie po latach pierwszą próbę podejścia do tematu, a więc polski serial "Wiedźmin" z 2002 roku. Tu zaznaczę, że mam na myśli 13-odcinkowy serial, a nie film pod tym samym tytułem, który wyszedł w 2001 roku. Jakość wspomnianego filmu jest po dziś dzień symbolem żenady i kompromitacji polskiej kinematografii, więc spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Tu mała dygresja - zauważyliście, że w naszym Kraju Kwitnącej Cebuli wszystko robi się na opak? Nakręcenie jednocześnie filmu kinowego i serialu do telewizji nie jest przecież czymś nowym, robi się tak na całym świecie. Tyle że w normalnych krajach wypuszcza się do kin np. pilota serialu (względnie finał), a resztę odcinków zostawia do telewizji. Niestety twórcy "Wiedźmina" postanowili wziąć trzynaście godzin materiału i pociąć go do dwugodzinnej produkcji. No i w ten sposób wyszło co wyszło...

Dlatego też zapomnijmy o filmie raz na zawsze. Przykro mi tylko, że jego klęska pociągnęła na dno cały serial - do tego stopnia że nigdy nie ukazał się na DVD. Wielka szkoda, bo polski "Wiedźmin", choć jest produkcją totalnie inną od "The Witcher", ma swoje ogromne zalety. Zacznijmy od głównego bohatera - w polskiej wersji wcielił się w niego Michał Żebrowski. Jego Geralt w ciągu trzynastu odcinków przeszedł pełną ewolucję, od naiwnego idealisty o mentalności ufnego dziecka, przez cynicznego mruka, aż do zdeterminowanego wymiatacza, który nie boi się stanąć bez broni naprzeciwko grupy rycerzy (cytuję: "Nie potrzeba mi miecza, wezmę sobie od nich"). Chudy, ponury i wiecznie strapiony Geralt okazał się być postacią, której widz raczej nie polubi, ale mimo to będzie jej kibicował. Taki typowy antybohater, i to jeszcze zanim ten typ postaci stał się modny w światowej telewizji. Starania Żebrowskiego uzupełniają świetne kreacje drugoplanowe - rzecz jasna Zbigniewa Zamachowskiego jako Jaskra (w przeciwieństwie do "The Witcher" jego postać nie była tu komediowym śmieszkiem, a raczej matejkowskim Stańczykiem). Świetna jest Grażyna Wolszczak jako histeryzująca czarodziejka Yennefer, Anna Dymna jako stoicka kapłana Nenneke, nieodżałowany Maciej Kozłowski jako złoczyńca Falvick, no i mój ulubieniec - Andrzej Chyra jako Borch Trzy Kawki! Swoją drogą znanych nazwisk przewinęła się tu cała masa: Olbrychski, Gruszka, Buzek, Peszek, Milowicz, Łukaszewicz, Dygant... Jak to w typowym polskim serialu, cała masa znajomych twarzy!

Drugą zaletą "Wiedźmina" jest rewelacyjny klimat. To wolno snująca się opowieść, kreślona z odcinka na odcinek i co ciekawe dość konsekwentna i logiczna w konstrukcji fabuły. Wieloletnie przeskoki między epizodami pozwoliły na sprytne rozwinięcie postaci, dzięki czemu nawet nieznający oryginalnych książek widz nie powinien się pogubić. Do tego warto doliczyć fantastyczną ścieżkę dźwiękową Grzegorza Ciechowskiego, w tym urokliwe ballady śpiewane przez Zamachowskiego jako Jaskra. Nie można też zapomnieć o zdjęciach polskich plenerów, świetnie przywołujących na myśl około-średniowieczny klimat (ten stukot końskich kopyt po prawdziwym bruku średniowiecznego zamku - tego nie da się w pełni oddać w żadnym studio). Osobiście cenię też bardzo choreografię, nawiązującą wprawdzie (i to bardzo) do stylu walki samurajów, ale w końcu wiedźmini walczyli katanami więc - czemu nie! 

Czemu więc serial nie zyskał należnego uznania wśród widzów? Nie licząc wspomnianego wcześniej wpływu filmu kinowego, trzeba zaznaczyć że w "Wiedźminie" jest bardzo duży pierwiastek teatralności. Ktoś nieobeznany z tym jak mówią i zachowują się aktorzy na scenie teatru może nie złapać klimatu - wtedy to co zobaczy będzie wydawać się sztuczne, przerysowane i amatorskie. "Wiedźmin" przypomina bardziej teatr telewizji niż hollywoodzki serial, a przez to wymaga odpowiedniego oswojenia się z formą. Dodatkowo sporo efektów specjalnych (z legendarnym smokiem na czele) wygląda dość żenująco, i to nawet jak na ówczesne standardy. Szkoda że twórcy nie trzymali się zasady "mniej znaczy więcej" - wszystkie niedoróbki technologii bez problemu dałoby się ograć klimatem, odpowiednim oświetleniem i montażem kamery. Ale cóż, głównym producentem był tu nie kto inny, jak sam Lew Rywin - a od niego, jak wiemy, nie powinniśmy się spodziewać zbyt dużej przenikliwości umysłu.

Tym samym polski "Wiedźmin" pozostaje produkcją na ogół zapomnianą, choć jej echa rezonują po dziś dzień (Michał Żebrowski wciąż nie może się wyzbyć łatki Geralta w niektórych środowiskach). Warto by każdy widz przekonał się sam, na ile podejdzie mu ta produkcja. O ile dacie radę ją gdziekolwiek zobaczyć, rzecz jasna!

Wniosek: Jeśli się tylko kupi konwencję to jest to całkiem niezły serial!


"The Mandalorian"

"The Mandalorian"

O czym to jest: Łowca nagród spotyka dziecko z niezwykłymi talentami.

mandalorianin serial disney+ star wars pedro pascal

Recenzja serialu:

Wiele „mądrych głów” wieszczyło zmierzch dominacji serii „Star Wars” po klapie finansowej filmu „Solo”. Jak mogli tak pomyśleć – nie wiem. Jedna porażka finansowa (bo na szczęście nie jakościowa), to jeszcze nie powód by wieszczyć zgubę całej franczyzie! Mimo to wytwórnia Disney’a postanowiła wówczas zmodyfikować strategię i zamiast kolejnych filmów w kinach zacząć produkować seriale aktorskie. W ten sposób planowany od lat pomysł filmu o Bobie Fettcie ewoluował w serial „The Mandalorian”

Ale to nie Boba Fett jest jego głównym bohaterem – nie dajcie się zwieść! Bohaterem opowieści jest bezimienny łowca nagród będący Mandalorianinem, czyli przedstawicielem legendarnej kultury opancerzonych, zamaskowanych wojowników, dla których wojna i honor stanowią podstawę egzystencji. Wspomniany łowca podczas swojej misji trafia na dziecko, przedstawiciela kosmicznej rasy doskonale znanej wszystkim widzom świata „Star Wars”. Tak rozpoczyna się jego odyseja, podczas której nasz bohater zmierzy się ze starymi i nowymi demonami, a także własną wizją tego jak funkcjonuje galaktyka. I to wszystko w konwencji powolnego, klimatycznego westernu (żeby nie powiedzieć – spaghetti westernu). 

Co ciekawe „The Mandalorian”, a zwłaszcza jedna z jego postaci, zdobył szaloną popularność na całym świecie mimo że w większości oficjalnie nie jest emitowany! Kanał streamingowy Disney+, na którym można obejrzeć serial, jest aktualnie dostępny wyłącznie w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii i Holandii. Jednak Internet nie zna granic, a zwłaszcza nie znają ich memy. W ten sposób cały świat wie już o tej produkcji, choć nie miał okazji jej zobaczyć. Jeśli to nie świadczy o nośności motywów „Star Wars”, to nie wiem już co mogłoby nią być. Co ciekawe sukces serialu zaskoczył nawet jego twórców, nieco przyćmiewając premierę „The Rise of Skywalker”. Ale Disney dobrze wie co robi, dlatego „The Mandalorian” dostał już drugi sezon, a w planach są przynajmniej dwa kolejne seriale na Disney+. Trzeba kuć mandaloriańską stal póki gorąca! 

Tyle otoczki, a teraz parę słów o fabule. „The Mandalorian” zastosował inne podejście do uniwersum „Star Wars” niż chociażby „Ostatni Jedi”. Zamiast zaskakiwać widza nieoczekiwanymi zwrotami akcji postawiono na pełną schematyczność i powtarzalność motywów. W skrócie wygląda to tak, że jeśli widz oczekuje że coś się wydarzy w serialu, to właśnie się wydarza. Nie ma tu żadnych zaskoczeń ani niespodzianek. Zazwyczaj by mi to przeszkadzało, ale wrodzoną cechą „Star Wars” jest powtarzanie raz za razem tego samego schematu bajki w kosmosie, tyle że w innej oprawie. Jeśli komuś to nie pasuje to nie ogląda tego wcale, a wszyscy pozostali widzowie bawią się znakomicie! Ja również mogę się bardzo ciepło wyrazić o jakości „The Mandalorian”. Miłym akcentem była ogromna ilość smaczków i nawiązań, zwłaszcza do animowanych seriali „The Clone Wars” i „Rebels”. I choć scenografia miejscami była dosyć pusta i prosta (budżet telewizyjny to jednak nie hollywoodzka superprodukcja), to czuć było w tym wszystkim wielką miłość twórców do całego uniwersum. A to wystarczy! 

Kolejną ogromną zaletą jest gra aktorska. To może być przełomowa rola Pedro Pascala, który w ostatnich latach coraz wyżej wspinał się w rankingu popularności, a teraz prawdopodobnie będzie gwiazdą pierwszego formatu. Podobnie należy docenić Ginę Carano w roli eks-komandoski, która łączy w sobie siłę potężnego bicepsu i unikalnego seksapilu. Cieszy mnie też obecność kultowego Carla Weathersa, a także legendarnego Wernera Herzoga! Takiej obsady pozazdrościłaby niejedna produkcja. Z taką ekipą, fantastyczną i niebagatelną ścieżką dźwiękową oraz samym Jonem Favreau na stołku showrunnera nie mogło się nie udać. 

„The Mandalorian” to znakomita rozrywka dla widza w każdym wieku – od dzieci po starych wyjadaczy. Znam przypadki, gdzie przed ekranem zasiada cała rodzina w pełnym przekroju wiekowym, z wypiekami na twarzy śledząc przygody tajemniczego Mandalorianina. I właśnie o to chodzi w „Gwiezdnych Wojnach”!

Wniosek: Bardzo fajny kosmiczny western!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger