Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egipt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egipt. Pokaż wszystkie posty
"Stargate" ("Gwiezdne Wrota")

"Stargate" ("Gwiezdne Wrota")

O czym to jest: Młody archeolog odkrywa antyczny portal prowadzący na inną planetę.

gwiezdne wrota film 1994 recenzja kurt russell

Recenzja filmu:

Zdecydowanie za długo nie oglądałem "Gwiezdnych Wrót"! Ten film (oraz jego fantastyczna kontynuacja, czyli serial "Stargate SG-1") to jedna z tych produkcji, która się nie starzeje ani nie nudzi. Można ją oglądać raz, drugi, dziesiąty i nadal bawić się jak prosię! Uniwersum "Stargate" to jedna z wielkich opowieści science fiction, na których się wychowałem. I co ciekawe - mówię to z całą odpowiedzialnością - posiada spośród nich największego ducha przygody!

Dla tych, co nie znają "Gwiezdnych Wrót", krótki opis fabuły: młody archeolog zostaje zatrudniony przez amerykańskie wojsko do rozszyfrowania zagadki starożytnego portalu, prowadzącego na inną planetę przypominającą starożytny Egipt. Nasz bohater (w towarzystwie grupy dzielnych komandosów) wyrusza do odległego świata, gdzie rządzi okrutny kosmita - egipski bóg Ra. I tak zaczyna się wielka przygoda! Jest tu wszystko, czego potrzebuje kultowe kino rozrywkowe: sympatyczni protagoniści, złowieszczy czarny charakter, szczypta mistycyzmu, inteligentny humor, uroczy romans, akcja, tempo, strzelaniny i bomba atomowa! Mogę się założyć, że uniwersum "Stargate" zainspirowało cały legion młodych ludzi, by zaczął studiować egiptologię. Sam znam przynajmniej jedną taką osobę - niestety powiedziała mi, że wszystko co ten film mówi na temat starożytnego Egiptu to piramidalna (żarcik taki) bzdura. Ale cóż z tego! To przecież nie film dokumentalny, tylko historia o ratowaniu świata, a nawet i dwóch. 

Poza tym "Gwiezdne Wrota" mają coś, o czym współczesne kino często zapomina - fantastyczną scenografię! Większość dekoracji jest prawdziwa, a pustynne lokacje i doskonale dobrani statyści tworzą wrażenie realnej historii. No i te efekty specjalne, które nawet dzisiaj wyglądają rewelacyjnie! Nie zapominajmy też o świetnych rolach Kurta Russella i Jamesa Spadera, które są jakością samą w sobie (i tylko pożałować, że obydwaj aktorzy nie powtórzyli swoich kreacji w serialu).

"Gwiezdne Wrota" nie mają słabych punktów. To jest film kultowy. Obowiązkowy do obejrzenia!

Wniosek: Doskonałe przygodowe science fiction, które rozbudziło wyobraźnię całego pokolenia!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


"Stargate Origins"

"Stargate Origins"

O czym to jest: Naziści opanowują portal prowadzący na inną planetę.

gwiezdne wrota 2018 serial

Recenzja serialu:

W moim życiu istnieją trzy niezwykle ważne franczyzy science fiction, na których się wychowałem, z których czerpię inspirację i które nigdy mi się nie znudzą. Pierwsza to "Star Wars", druga to "Alien/Predator", a trzecia to "Stargate", czyli kultowy film i łącznie 17 sezonów trzech seriali! Niestety, wraz ze skasowaniem "Stargate Universe" w 2011 roku, całą franczyzę przykrył piach pustyni. Dlatego gdy dowiedziałem się, że młoda ekipa filmowców bierze się za reanimację mojego kochanego uniwersum, aż podskoczyłem z radości. Niestety tylko po to, by z rozpędu walnąć głową w sufit.

Nie wybaczę tego, co wspomniani "młodzi twórcy" zrobili z tą serią. "Stargate Origins" jest prequelem filmu Rolanda Emmericha z 1994 roku. Akcję umiejscowiono tuż przed II wojną światową w Egipcie, co niebezpiecznie zbliżyło fabułę do "Indiany Jonesa i Poszukiwaczy Zaginionej Arki". Nawet zgadzał się główny wróg - zostali nim oczywiście naziści, pragnący za pomocą tajemnych mocy podbić świat (jak przecież wiadomo, widok oddziałów SS w Egipcie roku 1938 był rzeczą powszechną). Doceniam wysiłek scenarzystów, którzy z "Origins" chcieli zrobić pomost między oryginalnym filmem "Stargate" a późniejszym serialem "Stargate SG-1", łatając i wyjaśniając pewne nieścisłości (jak choćby to, czemu strażnikami Ra byli ludzie, a nie Jaffa - muszę przyznać, że zawsze mnie to frapowało). Główną bohaterką uczyniono Catherine Langford, którą do tej pory znaliśmy wyłącznie jako starszą panią. Młoda Catherine, w towarzystwie brytyjskiego oficera i wygadanego Egipcjanina, wyrusza przez Gwiezdne Wrota na obcą planetę Abydos, by uratować swojego ojca z rąk nazistów - tak w jednym zdaniu można streścić fabułę. Brzmi jak słaby fanfilm? Niestety dokładnie tym jest "Stargate Origins".

"Origins" wypuszczono w Internecie jako dziesięcioodcinkowy serial, składający się z 10-minutowych odcinków (czyli łącznie całość ma 100 minut). Ponoć mają go teraz zmontować w jeden film telewizyjny. Ale szczerze? Jak dla mnie mogą z niego zrobić nawet musical na lodzie - tu już nic nie pomoże. Takiej amatorszczyzny nie widziałem od naprawdę bardzo dawna! Scenografia to karton i plastik, aktorstwo nie wykracza poza ramy szkolnego teatrzyku, dialogi brzmią tak sucho jak na Egipt przystało, a efekty specjalne osiągają poziom żenady porównywalny ze smokiem z "Wiedźmina". Już nie wspomnę o "humorystycznych" scenach w rodzaju nazisty noszącego damskie ciuchy, albo o końskich zalotach dwójki głównych bohaterów. A i ci Goa'uldowie... Fani uniwersum wiedzą, że rasa wężopodobnych kosmitów, przejmujących ludzkie ciała i udających starożytne bóstwa, to fantastyczny pomysł na wrogów w serialu science fiction. Tymczasem władająca planetą Abydos bogini Aset wygląda jak ta dziwaczna koleżanka, która zrobiła sobie (w jej mniemaniu zjawiskowy) strój na Halloween tylko po to, by wyglądać jak Ciocia Klocia. Poza tym nie wybaczę śmiertelnych grzechów dla franczyzy - dziwacznych dźwięków otwieranych i zamykanych Wrót, braku świecących szewronów, czy w końcu nieświecących oczu Goa'uldów (zamiast tego aktorzy nosili absurdalne żółte soczewki kontaktowe!). 

I jeszcze słówko o aktorach. Bardzo nie lubię, gdy w produkcjach z jednego uniwersum zatrudnia się tego samego aktora do dwóch różnych ról, nie dając mu nawet porządnej charakteryzacji (doklejone wąsy się nie liczą). Choć bardzo lubię Connora Trinneera (znacie go jako Tripa ze "Star Trek: Enterprise"), to ten aktor miał już swoje pięć minut jako Michael w "Stargate Atlantis". Naprawdę nie trzeba było z niego robić profesora Langforda... O reszcie dzieciaków na ekranie się nie wypowiem, ponieważ jestem przekonany, że sam zagrałbym lepiej od nich, wliczając w to role damskie! Powiedzieć, że położyli ten serial, to nic nie powiedzieć. Przecież taka tandeta nie przeszłaby nawet jako zaliczenie semestru na PWST...

Ale nie to jest najgorsze. Żenujące wykonanie "Stargate Origins" prawdopodobnie na zawsze pozbawiło widzów szansy na wskrzeszenie telewizyjnych "Gwiezdnych Wrót", które byłyby kontynuacją dotychczasowych przygód, a nie kolejnym rebootem. I tego, jak słowo daję, nie wybaczę nigdy.

Wniosek: Tragiczna amatorszczyzna. Wszystko w tej produkcji jest złe!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


"The Mummy" ("Mumia") [2017]

"The Mummy" ("Mumia") [2017]

O czym to jest: Złodziej antyków ożywia wredną egipską mumię.

mumia film tom cruise

Recenzja filmu:

Na początek chciałem zaznaczyć, że "Mumia" Sommersa z 1999 roku i jej sequel, czyli "Mumia Powraca", to filmy mojej młodości. Miałem je jeszcze na oryginalnych kasetach video i oglądałem aż do zdarcia taśmy! Uwielbiam lekki, przygodowy ton tamtych filmów, podszyty naturalnym i bystrym humorem. Dlatego też do kolejnego rebootu podszedłem dosyć nieufnie, choć doświadczenie kinowe nauczyło mnie, że Tom Cruise zazwyczaj grywa w dobrych filmach.

Wytwórnia Universal nie składa broni i nadal obstaje przy tworzeniu tzw. Dark Universe, czyli własnego uniwersum filmowego opartego na klasycznych horrorach z lat 30. (Mumia, Dracula, Frankenstein, Van Helsing, te klimaty). Ich pierwszym podejściem do tematu był "Dracula Untold" z 2014 roku, który jednak okazał się być tak złym filmem, że wyrzucono go poza kanon (podobny los spotkał np. "Hulka" w przypadku filmów Marvela - choć co ciekawe, również wyprodukował go Universal...). Nowa "Mumia" stanowi kolejne podejście do tematu i muszę przyznać, że tym razem jest całkiem znośnie. Nie ma może totalnych fajerwerków i 100% satysfakcji, ale jest to bez wątpienia intrygujące kino akcji połączone z klasycznym horrorem. Nie znajdziecie tu lekkości i polotu "Mumii" z 1999 roku, ale powinniście być zadowoleni, jeśli lubicie kino grozy lub filmy o zombie. Wizualnie nowa "Mumia" stanowi krzyżówkę seriali "Sanctuary" i "Sleepy Hollow", głównie w kontekście tajnych stowarzyszeń i "naukowego", podziemnego świata potworów i ich tropicieli. Może i nie jest to zbyt oryginalny koncept, ale za to daje ogromne pole do rozwoju uniwersum w kolejnych częściach.

Nową "Mumię" ogląda się dobrze. Tom Cruise, którego scjentolodzy musieli najwyraźniej zahibernować dekady temu, w ogóle się nie zmienił i serio nie wygląda na swoje 54 lata (wiek zdradza tylko jego szyja - tej części anatomii nigdy nie da się odpowiednio nasycić botoksem). Tak jak w wielu swoich produkcjach, Cruise gra sprytnego cwaniaka o złotym sercu, który postawiony pod ścianą zawsze dokona słusznego wyboru. Partneruje mu niejaka Annabelle Wallis (zdecydowanie najsłabszy element całego filmu), czyli aktorka, która poza imponującą blond fryzurą nie ma absolutnie nic do zaoferowania. Na szczęście po drugiej stronie barykady znajduje się świetna Sofia Boutella, którą z uwagą obserwuję od czasów "Star Trek Beyond". Znakomita aktorka, i na dodatek ponownie ubrana w imponujący kostium! Na domieszkę dorzucono Russella Crowe'a, który chyba już na stałe pozostanie pękatym grubaskiem - na szczęście jego nowa, szeroka postura dobrze pasuje do postaci Dr. Jekylla/ Mr. Hyde'a. Aktorsko jest więc całkiem przyzwoicie.

W fabule jest sporo naciągnięć, uproszczeń i nielogiczności, ale już nie takie głupoty widziałem w kinie, więc mogę je podarować jako błędy młodości nowego uniwersum. Cieszy mnie dobra, efektowna kaskaderka w starym stylu (np. turlanie się po ładowni samolotu podczas katastrofy zostało nagrane na żywo, w pełnowymiarowej makiecie!), udane horrorowe wstawki, a także fajne nawiązania do klasyków kina tego typu. Gdyby "Mumia" była samodzielnym filmem, zapewne byłbym bardziej krytyczny. Ale w tym przypadku jestem zaintrygowany, dokąd zaprowadzi mnie Dark Universe. Oby inni widzowie myśleli tak samo.

Wniosek: Całkiem znośne. Dobre na początek nowego uniwersum.


"X-Men: Apocalypse"

"X-Men: Apocalypse"

O czym to jest: Mutanci ratują świat.

x-men apokalipsa film jackman fassbender mcavoy

Recenzja filmu:

Kino superbohaterskie nie składa broni! Filmowa saga X-Menów właśnie poszerzyła się o kolejny spektakularny film, który stanowi zwieńczenie nowej trylogii, składającej się z "First Class" oraz "Days of Future Past". I choć "Apocalypse" powinno się oglądać jako ósmy film z serii, to mam wrażenie, że dopiero teraz zaczął się początek przygód X-Menów, a wszystko co nakręcono do tej pory było mniej lub bardziej udanym wstępem. To całkiem niezła myśl, bo dzięki temu uniwersum mutantów nabrało nowej atrakcyjności i świeżej krwi!

Spora w tym zasługa wymiany aktorów na młodsze wersje dotychczasowych postaci. Do obsadzonych wcześniej Profesora X, Magneto, Beast i Mystique, dołączyli młodzi Cyclops, Storm, Phoenix i Nightcrawler. Jedynie Wolverine pozostał ten sam - ale tak właśnie powinno być, bo nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek inny od Hugh Jackmana mógł zagrać tę postać. Nowa ekipa poradziła sobie całkiem nieźle, wchodząc w buty poprzedników (choć np. wolałem oryginalnego Nightcrawlera). Czasem zdarzały się wpadki, jak heroiczna i skazana na niepowodzenie walka aktorki Sophie Turner z brytyjskim akcentem, a i pewnych rzeczy niestety nie dało się naprawić (chociażby postaci Cyclopsa, który jak był beznadziejny, tak dalej jest). Denerwowało mnie zbytnie eksponowanie Mystique w roli głównej heroiny, a i postać Magneto dotarła do ściany, za którą nie ma już nic interesującego. Ale chociażby dla Quicksilvera i jego epickiej "szybkiej" sceny (za szybkiej nawet na efekty specjalne) warto przełknąć te niedogodności. No i nie zapominajmy o fantastycznym jak zwykle Jamesie McAvoy'u, którego Profesor X pod względem aktorskim zostawił kolegów z planu daleko w tyle. 

"X-Men: Apocalypse" nie jest wprawdzie lepszym filmem od "Days of Future Past", ale ma swoje zalety. Otwierająca sekwencja w Egipcie to wprawdzie całkowita zrzynka ze "Stargate", ale ogląda się ją fenomenalnie! Szczerze wcale bym się nie zdziwił, jakby to tytułowa drużyna "Stargate SG-1" przygotowała powstanie niewolników - nawet liczyłem na to, że Apocalypse w pewnym momencie zawoła "Jaffa, kree"! Swoją drogą sporo internetowego hejtu wylało się na Oscara Isaaca w roli Apocalypse'a, ale ja uważam, że był znakomity. A przynajmniej na tyle na ile mógł być w kostiumie Gou'lda ze wspomnianego "Stargate". Jego motywacje były jasne, wygląd złowieszczy, a postępowanie bezwzględne - taki właśnie powinien być czarny charakter. Dobra robota, Oscar!

Jeśli naprawdę miałbym się do czegoś przyczepić, to do warstwy językowej. Część filmu działa się w Polsce, na skutek czego aktorzy niemiłosiernie kaleczyli nasz szeleszczący język, w czym prym wiódł Michael Fassbender (obawiam się też, że fraza Enłyk, płosze ciem, nie łób teho! przejdzie w Polsce do historii kina). Szkoda, że aktorzy nie przyłożyli się do kwestii wymowy, albo że po prostu nie zatrudniono Polaków do koniecznych ról trzecioplanowych. No ale w końcu to kino rozrywkowe, a nie historyczne.

Warto oglądać "Apocalypse", by poznać dalszy ciąg przygód X-Menów. Ciekawi mnie, w którą stronę pójdzie ta saga, by ostatecznie dotrzeć do "Logana". Coś czuję, że przed nami jeszcze sporo przygód zmutowanych superbohaterów!

Wniosek: Fajny film. Świetne podsumowanie kolejnego etapu sagi.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


"Tut" ("Tutanchamon")

"Tut" ("Tutanchamon")

O czym to jest: Żywot Tutanchamona, legendarnego młodego faraona.

tutanchamon miniserial recenzja plakat ben kingsley

Recenzja miniserialu:

Czasem pewne produkcje po prostu nie wychodzą. Jako wprawny widz dostrzegam i doceniam, że twórcy robili co mogli by dostarczyć nam jak najlepszy produkt. Ale niestety, nawet przy tak zacnych zamierzeniach, brakuje czasem talentu, szczęścia... i dobrego pomysłu. Nawet, jeśli materiał źródłowy wręcz błaga o przeniesienie na ekran - tak jak w przypadku miniserialu "Tut".

Egipski faraon Tutanchamon nie byłby tak sławny, gdyby nie jego pełen skarbów grobowiec, odkryty w 1922 roku w sposób, którego nie powstydziłby się Indiana Jones. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że ten niegdyś zapomniany faraon zmarł młodo, mając około 20 lat, a przy tym całe życie cierpiał na sporą ilość wad wrodzonych (zapewne wskutek chowu wsobnego, popularnego wśród egipskiej arystokracji). Z historii wiemy również, że nie zostawił potomków, a władzę przejął po nim wpierw wezyr Aj, a następnie generał Horemheb. Obydwie te postacie pojawiają się w "Tut", co rzecz jasna dobrze świadczy o poszanowaniu faktów historycznych. Doceniam odrobienie lekcji przez scenarzystów, czego dowodem jest ukazanie wojny z królestwem Mitanni lub to, iż filmowy Tutanchamon utykał (z badań jego mumii wiemy, że miał szpotawą stopę). Dlaczego więc "Tut" to kiepska produkcja?

Po pierwsze - fabuła. Jest nudna, przegadana i mimo niezłego rozmachu scenicznego straszliwie czerstwa. Sceny ciągną się i wiją niczym Nil, a spiski i romanse rozwleczono do granic niestrawności. Akcję serialu dałoby się z powodzeniem zamknąć w dwóch odcinkach, niestety mamy ich aż trzy. Ponadto "Tut" pogrąża się w tych samych oparach absurdu co film "Exodus", zwłaszcza w kontekście relacji faraon/poddani. Kiedy w końcu producenci filmowi wbiją sobie do łbów, że faraon w Egipcie był bogiem, a nie "pierwszym pośród równych"? Niestety tutaj obserwujemy Tutanchamona jak biegnie na czele lekkiej piechoty, prowadząc ją do bitwy, a w wolnych chwilach włóczy się po ulicach Memfis, romansuje z dziewczyną z plebsu i ogólnie korzysta z życia. Tak, jasne... A, nie zapomnijmy również o dwuosobowym, brawurowym odbiciu z mitańskiego więzienia kapitana straży pałacowej...

Pod względem aktorskim mamy jedną, prawdziwą zaletę tej produkcji, dla której obejrzałem cały serial - jest nią Ben Kingsley. Ten aktor chyba świetnie czuje się w realiach dawnych czasów, czego najlepszym przykładem jest wspomniany "Exodus" oraz "Medicus". Kingsley zagrał wspaniale, zwłaszcza w zestawieniu z pozostałą, na wpół amatorską obsadą, która bardziej pasowałaby do reklamy proszku do prania. Tragiczny był faraon, tragiczni byli jego żona/siostra, kochanka, kapitan straży, najlepszy kumpel, generał... Piękni (i biali) jak z rozkładówki, lecz zagrali płasko, bez emocji, głębi i najzwyklejszego talentu. Na ich tle Kingsley świecił niczym słońce nad Saharą, i dlatego zapewne "Tut" nie został totalnie zmiażdżony przez krytykę.

Dobre są wprawdzie sceny batalistyczne (jak na możliwości telewizji oczywiście), a także scenografia. Ale to nie wystarczy, bym mógł polecić "Tut" z czystym sumieniem. Jeśli chcecie to obejrzeć, to tylko dla Bena Kingsleya, albo dlatego, że naprawdę nie ma nic innego w telewizji.

Wniosek: Starało się być dobre, ale nie wyszło.


"Exodus: Gods and Kings" ("Exodus: Bogowie i Królowie")

"Exodus: Gods and Kings" ("Exodus: Bogowie i Królowie")

O czym to jest: Mojżesz wyprowadza Żydów z Egiptu.

exodus bogowie i królowie recenzja filmu plakat ridley scott christian bale

Recenzja filmu:

Ridley Scott na dobry początek roku dostarczył nam kolejną megaprodukcję. Wygląda na to, że tematyka biblijna przeżywa w Hollywood prawdziwy renesans. Słusznie, ponieważ jest to kopalnia rewelacyjnych historii fantasy, czego najlepszym przykładem jest udany zeszłoroczny "Noe". Tym razem padło na Mojżesza i Księgę Wyjścia, a więc historię ucieczki Żydów z Egiptu. Większość zarówno Żydów, jak i chrześcijan czy muzułmanów, zna tą historię: dziesięć plag egipskich, przejście przez Morze Czerwone, Dziesięć Przykazań, złoty cielec, 40 lat wędrówki przez pustynię, Arka Przymierza... Aż trudno to zmieścić w jednym filmie, nieprawdaż? A jednak komuś się udało.

Jeśli miałbym określić "Exodus" jednym słowem, powiedziałbym że jest widowiskowy. Choć nie aż tak jak "Gladiator", którego estetyczna oprawa wyznaczyła nową jakość w historii kina i do dziś jest wzorem perfekcyjnie nakręconego historycznego widowiska. Ale "Exodus" wnosi swoją własną jakość - obraz antycznego Egiptu u szczytu potęgi zapiera dech w piersi. Memfis na ekranie wygląda jak żywe, świetne wrażenie robi też scenografia, charakteryzacja postaci czy nawet kostiumy (mimo że miejscami absolutnie nie pasują do swojej epoki). Wizualnie jest to prawdziwa uczta dla oka. Efekty specjalne pierwsza klasa, nawet wydawały się być lepsze niż w "Noem" - i mówię tu zarówno o plagach, jak i przekroczeniu Morza Czerwonego. Pod tym względem nie mam żadnych zastrzeżeń.

Podobnie nie mogę się przyczepić do aktorstwa. Obsadzenie Christiana Bale'a w roli Mojżesza wydawało się być dziwną decyzją, jednak na szczęście trafioną. Choć ufarbowany i umalowany Bale wygląda kuriozalnie niczym przemalowany Hiszpan, to - cytując jedną z recenzji - "znakomicie się nadaje, by dźwigać na barkach ciężar całego świata". Trzeba mu przyznać, że jest zupełnie inny niż w pozostałych swoich filmach, nawet zmienił głos nie do poznania (i to zarówno barwę głosu, jak i akcent!). Znany z nowego "The Thing" aktor Joel Edgerton jako faraon Ramzes II jest fantastyczny, stanowiąc prawdopodobnie najlepszą postać tego filmu. Warto wspomnieć, że na plan zdjęciowy zajrzał Ben Kingsley, który najwyraźniej przyszedł tu prosto z planu "Medicusa" i nawet nie musiał zmieniać kostiumu. Ze zdumieniem zauważyłem, że postać Jozuego zagrał nie kto inny, jak Jesse z "Breaking Bad" - i dopóki się nie odezwał, to nawet go nie poznałem (niestety, jak tylko wypowiedział pierwsze słowo, to usłyszeliśmy Jessiego i tylko czekałem, aż powie It's God, bitch!). W celu podniesienia atrakcyjności obsady ściągnięto nawet Sigourney Weaver, by wypowiedziała dwa zdania i tyle ją było widać. Ale była!

Szkoda tylko, że przy tych wszystkich atutach film jest strasznie płytki. Wprawdzie się nie dłuży i nie powoduje cierpień u widza (przewaga nad "Aleksandrem"), nie jest też niedorzeczny jak "Troja", ale i tak treści nie ma tam zbyt wiele. Takie na przykład "Królestwo Niebieskie" miało o wiele więcej do przekazania, a przecież wizualnie było równie rewelacyjne jak ten film (a to cały czas Ridley Scott). Szkoda, bo przy potencjale takiej historii można się było bardziej wysilić. A tak dowiedzieliśmy się jedynie, że:
1) Nieprzestrzeganie ograniczeń prędkości na górskich drogach grozi powstaniem rydwanambolu.
2) Koniki morskie wyewoluowały w Morzu Czerwonym.
3) Bóg lubi krokodyle.
4) Mojżesz nie miał wprawdzie laski, a zamiast tego posiadał złoty miecz Ramzelibur.
5) Hebrajczycy opanowali sztukę wykuwania żelaza kilkaset lat przed resztą ludzkości, chowając się przed Egipcjanami w jaskiniach.
6) Faraonowie to byli spoko goście, z którymi można było na luzie pogadać jak ze starymi kumplami (zupełnie jak w "Tut").

Ano właśnie. Film jest pełen takich kwiatków, ale tym co najbardziej mnie boli, jest sposób przedstawienia władców Egiptu. Nie było za grosz czynnika boskiego w postaci Ramzesa II, co jest sporą wadą, jako że religia była integralną częścią tożsamości Egiptu, a sam faraon był bogiem chodzącym po ziemi. Tutaj absolutnie nie było tego widać, Ramzes II przypominał raczej "pierwszego pośród równych", niż władcę absolutnego i Króla-Słońce. Trochę słabo. Brakowało mi też porządnej nawalanki, gdyż prócz rekonstrukcji bitwy pod Kadesz i wysadzania w powietrze (?) spichlerzy przez żydowskich komandosów, w zasadzie nie było tu scen militarnych. A szkoda.

Na szczęście mimo wszystko film ogląda się dobrze. A o to przecież chodzi, prawda?

Wniosek: Widowiskowe, ale niestety płytkie kino.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger