Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gangsterzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gangsterzy. Pokaż wszystkie posty
"True Detective" ("Detektyw")

"True Detective" ("Detektyw")

O czym to jest: Zgorzkniali detektywi rozwiązują makabryczną zagadkę kryminalną.

Recenzja serialu:

"True Detective", podobnie jak "Fargo", to serial-antologia. Co to oznacza? Każdy sezon ma mieć osobnych bohaterów, fabułę i lokalizację, jednak z zachowaniem takiego samego klimatu. W przypadku wspomnianego "Fargo" udało się to rewelacyjnie! "True Detective" jest pod tym względem niestety bardziej nierówny. Żeby wyjaśnić dokładniej o co chodzi, opiszę każdy sezon osobno.

SEZON 1


detektyw sezon 1 recenzja serialu HBO mcconaughey harrelson
WOW. Tymi trzema literkami mogę skomentować poznanie serialu "True Detective". HBO po raz kolejny udowodniło, że dawno temu zdeklasowało BBC w wyścigu o najlepsze produkcje telewizyjne. Cieszę się, że uwielbiany przeze mnie gatunek filmów w apokaliptycznym klimacie z psychopatycznym mordercą w tle ma się dobrze. Ten serial nie jest tak dobry jak na przykład "Siedem", ale naprawdę jest niezły. Przenosi nas do malarycznej Luizjany, pełnej bagien, spoconych drzew i najgorszego rodzaju rednecków, tzw. white trash, efektu wielopokoleniowego chowu wsobnego. Południe Missisipi zawsze było kanwą świetnych produkcji, więc i tym razem lokalizacja gwarantowała sukces. Choć niby już to wszystko widzieliśmy.

Sprawdźmy, czy serial spełnia wszystkie wymogi gatunku: mamy apokaliptyczny klimat, psychopatycznego i filozofującego czuba mordercę (i pedofila na dodatek), zniszczonego życiem detektywa (a nawet dwóch) i zagadkę, którą może rozwiązać tylko wydalony ze służby policjant. Wszystko się zgadza. Ale mimo powtarzalności schematu, konstrukcja fabuły jest bardzo udana i trzyma w napięciu. Większość zasługi należy przypisać grającemu główną rolę Matthew McConaughey'owi, który (znowu!) udowodnił, że jest jednym z liderów wśród najlepszych aktorów współczesnego kina. Co za kreacja! Była tak dobra, że partnerujący mu Harrelson, mimo że równie świetny, wręcz ginął w jego obecności. McConaughey był tak zniszczony życiem, struty, depresyjny i przejmujący, że aż się robiło przykro. Jego postać sprawiała wrażenie, że śmierć (najlepiej gwałtowną) powita z ulgą. A to, co spotkało go na końcu, paradoksalnie było chyba najlepszym, co mógł dostać.

Oczywiście były tu pewnego rodzaju niedopatrzenia - powiedziałbym, że fabułę udało się zamknąć w 85%, zamiast w 100%. Zabrakło mi trochę rozwikłania wątku pedofilskiej szajki, kultu Żółtego Króla i pogłębienia znaczenia Carcosy. Trudno stwierdzić dlaczego. Niemniej zdecydowanie polecam te osiem odcinków pierwszego sezonu "True Detective" - to naprawdę pierwszorzędny kryminał z pełnokrwistymi postaciami.

Wniosek: Pierwszy sezon jest po prostu kultowy. Perfekcja rodem z HBO.



SEZON 2


detektyw sezon 2 recenzja serialu farrell mcadams
Po wspaniałym, niepowtarzalnym pierwszym sezonie, dotarliśmy do drugiej części "True Detective". Poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko, zarówno pod względem fabuły, jak i gry aktorskiej. Wiem, że próba stworzenia drugiego sezonu w takim samym apokaliptycznym klimacie, z seryjnymi mordercami czającymi się na bagnach Luizjany, była skazana na porażkę. Dlatego też scenarzyści zmienili lokalizację na wielką aglomerację Los Angeles, rozszerzyli listę głównych bohaterów do czwórki (z czego trójki detektywów) i zamienili seryjne morderstwa w konglomerat układów korupcyjno-biznesowych. Efekt? Niestety niewypał.

Drugi sezon "True Detective" jest po prostu nudny! Przegadany, przeintelektualizowany, źle napisany i pozbawiony tempa. Z czwórki głównych bohaterów interesujący był wyłącznie Colin Farrell grający skorumpowanego, pogrążonego w nałogach detektywa. Partnerująca mu Rachel McAdams - choć poprawna - nie wnosiła swoją kreacją niczego, czego nie widzieliśmy w innych serialach o "detektywach z problemami". Z kolei trzeci policjant grany przez Taylora Kitscha okazał się być absolutnie zbędny w przebiegu fabuły. Nie mam zielonego pojęcia, po co w ogóle pojawił się na ekranie. Vince Vaughn grający emerytowanego gangstera, który próbuje się odnaleźć w pełnym układów legalnym biznesie, również okazał się być niewypałem, głównie z powodu koszmarnie długich, psychologiczno-filozoficznych monologów, wygłaszanych z brakiem jakiejkolwiek charyzmy. Oglądając drugi sezon "True Detective" czekałem w końcu, aż coś zacznie się dziać - ale niestety, z wyjątkiem znakomitej strzelaniny na koniec czwartego odcinka, praktycznie nic się nie wydarzyło. Nawet finał był bez wyrazu i bez katharsis, jakie otrzymaliśmy chociażby w pierwszym sezonie.

Drugi sezon nie wniósł niczego do świadomości widza, poza tym że policja jest skorumpowana, detektywi piją, ćpają i się łajdaczą, politycy biorą w łapę, a cały świat to bagno. Cóż, nic odkrywczego! Takie produkcje takie jak "Sicario" udowadniają, że można to pokazać lepiej. I nie trzeba na to aż ośmiu odcinków.

Wniosek: Przegadane i nudne. Zmarnowany potencjał na dobry kryminał.



SEZON 3


detektyw sezon 3 serial recenzja mahershala ali hboPo rozczarowującym drugim sezonie „True Detective” przed twórcami stanęło karkołomne zadanie stworzenia kolejnego sezonu opowieści, który dorówna geniuszowi pierwszego – zarówno pod względem fabuły, jak i aktorstwa. W tej ostatniej kwestii nie szczędzono pieniędzy i postawiono na naprawdę ciężką artylerię. Mahershala Ali jest aktorem na fali. Dopiero co zgarnął prawie pod rząd dwa Oscary (za „Moonlight” i „Green Book”), co podkreśla jego niezwykły talent. Można się było spodziewać, że jego angaż okaże się strzałem w dziesiątkę. I faktycznie, bo Ali wspaniale pasuje do roli detektywa z traumami, nawiedzanego przed duchy przeszłości. I to dosłownie, bo trzeci sezon „True Detective” dzieje się w trzech liniach czasowych naraz – latach 80., 90. i czasach współczesnych, co dało niezwykłą okazję pokazania trzech oblicz głównego bohatera. I wszystko to z zachowaniem cechującego ten serial apokaliptycznego, dystopijnego klimatu.

Co ciekawe, to nie zbrodnia jest tu główną osią fabuły, a raczej samo śledztwo i dochodzenie do prawdy. Ideą przewodnią wszystkich sezonów „True Detective” jest policjant z krwi i kości, który nie ustaje w wysiłkach, póki nie rozwikła zagadki. Oczywiście popełnia przy tym masę błędów, ma też ogromną liczbę wad – ale któż ich nie ma? Idąc tym tropem Mahershala Ali stworzył postać detektywa Haysa, introwertycznego weterana z Wietnamu, który prze przed siebie jak taran, nie zważając na skutki uboczne swoich czynów. Jego partnerem jest cyniczny, zdroworozsądkowy detektyw West (w tej roli dość mało znany aktor Stephen Dorff, który mam nadzieję zaliczy po tym występie awans w rankingu popularności). Muszę przyznać, że ta dwójka to jeden z moich ulubionych klasycznych zespołów detektywistycznych klasy czarny/biały policjant. Chemię było widać już od pierwszej sceny!

Co do osi fabuły, to aby nie spoilerować powiem bardzo oględnie: na amerykańskiej prowincji w latach 80. znika dwójka dzieci. Prowadzone śledztwo coraz dobitniej pokazuje, że w tej sprawie nic nie jest takie jak się wydaje, a prawdziwa zbrodnia leży zupełnie gdzie indziej. I choć na rozwiązanie zagadki bohaterom tej opowieści przyszło czekać prawie całe życie, to dla widza jest to zaledwie osiem odcinków dobrego, solidnego kryminału z satysfakcjonującym zakończeniem. Dzięki temu trzeci sezon „True Detective” nie jest może aż taką rewelacją jak pierwszy, ale jeśli tylko twórcy nie zboczą ponownie z obranej drogi i utrzymają klimat, mogą kręcić kolejne. Trzymam kciuki!

Wniosek: Bardzo dobre i klimatyczne. Serial wrócił do formy!



SEZON 4


detektyw sezon 4 night country serial recenzja jodie fosterDługo czekaliśmy na powrót "True Detective" na ekrany, oj długo! Na szczęście - było warto. Powroty w takim stylu są zawsze mile widziane. Zawsze powtarzam że lepiej dostać rzadziej, ale lepiej, niż na odwrót. Nie widzę problemu w tym, by kilka lat czekac na kolejny sezon, zwłaszcza że mamy tu doczynienia z antologią, w której sezony są od siebie niezależne. A więc, drodzy twórcy - czekam na więcej, ale nie spieszcie się, dostarczcie swój produkt dopiero wtedy, jak będziecie naprawdę gotowi.

Po raz pierwszy w historii tego serialu sezon dostał własny podtytuł: "Night Country", co można przetłumaczyć jako "kraina nocy". I to by się zgadzało, jako że akcja sezonu dzieje się na Alasce podczas nocy polarnej. Śnieg, mróz, horror, groza - brzmi znajomo? Jeśli przychodzą Wam do głowy takie tytuły jak "The Thing", "Twin Peaks", "The Terror" czy "Fargo", to bardzo dobre skojarzenie. Cały sezon to właściwie skrzyżowanie wspomnianego "Twin Peaks" i "Mare of Easttown". Co wcale nie jest zarzutem - bo jak zżynać, to od najlepszych! Nie da się jednak zaprzeczyć, że takiej ilości metafizyki na ekranie nie powstydziłby się David Lynch, a kreacja Jodie Foster należy tu do jednej z najlepszych w karierze - a to coś znaczy dla aktorki takiego kalibru jak ona. Wyszedł z tego w zasadzie bardziej horror niż policyjny thriller, czego się w sumie nie spodziewałem, ale może to i lepiej. Po tylu obejrzanych produkcjach ciężko mnie zaskoczyć i miło mi, gdy komuś się to udaje.

Intryga, którą rozpoczyna groteskowe morderstwo/samobójstwo grupy polarnych naukowców, poprowadzi nas na znajome klimaty skorumpowanych policjantów, korporacyjnej chciwości, wyzysku środowiska naturalnego, ucisku autochtonicznej ludności etc., czyli wszystkiego czego spodziewamy się po "True Detective". W rolach głównych cyniczna Jodie Foster jako miejscowa komendantka policji, towarzysząca jej innuicka partnerka po przejściach i młody policjant z talentem do zawodu. Tradycyjnie nie zdradzę Wam jak się skończyła historia, ale gwarantuję, że wszystkie tajemnice zostały rozwikłane. Nie licząc tych metafizycznych, ale warto zostawić w życiu trochę miejsca nie niewyjaśnione, nieprawdaż?

Wniosek: Kultowe jak pierwszy sezon! Absolutna rewelacja!




"Najmro. Kocha, Kradnie, Szanuje"

"Najmro. Kocha, Kradnie, Szanuje"

O czym to jest: Oparta na faktach (mniej więcej) historia najsłynniejszego złodzieja samochodów w PRL.

najmro film ogrodnik gierszał więckiewicz

Recenzja filmu:

Co ja poradzę - nie jestem zwolennikiem polskiego kina, jak już wspominałem wielokrotnie przy innych okazjach. W rodzimych produkcjach mierżą mnie takie rzeczy jak kiepskie aktorstwo, beznadziejne udźwiękowienie, miałkość fabuły i dialogów, a także uboga scenografia. Na szczęście co jakiś czas pojawia się film, który odrzuca rodzime ograniczenia i może stawać w szranki ze światowymi hitami prosto z Hollywood. Po trailerze "Najmro" miałem nadzieję na właśnie taki przypadek. Finalnie niestety czekało mnie trochę rozczarowań.

Nie jest wprawdzie bardzo źle, ale mogło być lepiej. Liczyłem na rzutki komediodramat o policjantach i złodziejach rodem z PRL. Brawura, pościgi, groteska... a wszystko to w dynamicznym, lekkim wydaniu i to opartym na faktach. I widać że twórcy próbowali podążać tą drogą, ale niestety nie oparli się pokusie dorzucenia klasycznych polskich traum - w tym wypadku narodzin polskiej gangsterki z lat 90. (mafia pruszkowska, wołomińska i tego typu klimaty), traum transformacji z PRL na III RP oraz naszego narodowego sportu jakim jest walka z alkoholizmem. To wszystko prawdziwe i ważne kwestie, ale czy należało je poruszać właśnie teraz i w takim filmie, który miał być lekką rozrywką? Mam spore wątpliwości. I to właśnie ten dualizm powoduje, że "Najmro" wydaje się być kinem niestrawnym, w którym lekka warstwa jest ściągana w dół przez typowe polskie traumy.

Na szczęście to co dobre w filmie broni się całkiem nieźle: przede wszystkim aktorstwo. Dawid Ogrodnik w głównej roli jest bardzo przekonywujący i brawurowy na tyle, na ile pozwalał mu scenariusz (bo dialogi, niestety, do najlepszych nie należą). Ścigający go policjant - Robert Więckiewicz - to jak zwykle ekstraklasa i najlepsza postać filmu. Zresztą nie ma chyba produkcji w której Więckiewicz jest kiepski, prawda? Reszta aktorów (Zawierucha, Wągrocka, Gierszał) poprawna. Broni się też scenografia, a ja jako wychowany na polonezach chłopak patrzyłem na te pojazdy z pewną dozą sentymentu. 

Podsumowując: mógł być hit, a wyszło tak sobie. Źle nie jest, ale żal potencjału - bo ilu było na świecie takich bandytów jak Zdzisław Najmrodzki, który (i to jest fakt) uciekł policjantom aż 29 razy? Może w przyszłości, gdy ktoś znów sięgnie po niego w kinie, wyjdzie lepiej?

Wniosek: Nie było tragicznie, ale liczyłem na o wiele więcej.


"Fargo" [2014]

"Fargo" [2014]

O czym to jest: W zapadłej amerykańskiej mieścinie dochodzi do zbrodni. Wielu zbrodni.

Recenzja serialu:

W Hollywood panuje ostatnio kolejna moda. Zamiast wymyślać i wcielać w życie nowe pomysły na produkcje telewizyjne, twórcy biorą na warsztat kinowe hity sprzed paru lat i... przerabiają je na seriale. Oczywiście z innymi aktorami, zmienionymi (poszerzonymi) przebiegami fabuły, ale jednocześnie z zachowaniem oryginalnych postaci, klimatu i tego wszystkiego, co przesądziło o sukcesie takich filmów. Taki los spotkał "Od Zmierzchu do Świtu", "12 Małp", a także genialne "Fargo" braci Coen. Muszę przyznać, że na początku byłem bardzo przeciwny idei takiego odgrzewania kotletów sprzed lat. Zazwyczaj stawiam na oryginalność, a nie powtarzanie tych samych motywów, które już odniosły sukces (dlatego często staram się unikać rebootów). Ale coś spowodowało, że sięgnąłem po nowe "Fargo". I oszalałem z zachwytu.

Tu należy zaznaczyć, że "Fargo" jest serialem-antologią, w którym każdy sezon ma mieć inną formę, bohaterów i miejsce akcji, ale ten sam klimat i nastrój (podobnie jak w "True Detective"). Dlatego też będziemy opisywać każdy sezon osobno. Zaczynamy!

SEZON 1


fargo sezon 1 martin freemanPo pierwsze trzeba zaznaczyć, że serialowe "Fargo" jest nie tyle rebootem, ile de facto sequelem oryginalnego filmu (uważni widzowie dostrzegą połączenie na początku czwartego odcinka pierwszego sezonu). Gdy tylko zobaczyłem obsadę, mój nos wyczuł hit na odległość. W głównych rolach obsadzono Martina Freemana - którego każda kreacja (od Watsona po Bilba) to prawdziwy samograj - a także doskonalącego się z filmu na film Billy'ego Boba Thorntona. Dorzućcie do tego parę znanych serialowych mordek (w tym Colina Hanksa) i macie wybuchową mieszankę. Freeman w roli stłamszonego agenta ubezpieczeniowego w zapadłej amerykańskiej mieścinie, zrobił coś niesamowitego - w dziesięć odcinków przeprowadził nas pełną drogą, zaczynając od współczucia do jego postaci, a kończąc na prawdziwym obrzydzeniu. Z kolei Thornton w roli psychopatycznego mordercy wzniósł się na wyżyny geniuszu, a jego kreacja może śmiało stać w jednym szeregu z takimi geniuszami zbrodni jak Hannibal Lecter czy "morderca z butlą" z "No Country for Old Men". To był absolutny, psychodeliczno-makabryczny odjazd!

Nadto realia serialu po prostu zrzucały z krzesła - oto w zapomnianej mieścinie pod kanadyjską granicą, gdzie jedyne problemy to zaśnieżone drogi i wykroczenia drogowe, nagle zaczynają się sypać trupy. Jeden, drugi, dziesiąty... Na przestrzeni kilku tygodni splot niespodziewanych wydarzeń pociąga zbrodnię za zbrodnią, której może się przeciwstawić jedynie niezbyt rozgarnięta policjantka z miejscowego komisariatu. Nagle nikt nie może czuć się bezpieczny, a wrażenie zagrożenia potęguje fakt, że wszystkie postacie na ekranie zachowują się, jakby cierpiały na niedorozwój umysłowy (w sam raz dla mieścin cierpiących na chów wsobny). Niesamowicie absurdalna, porażająca czarnym humorem i zbiegami okoliczności historia, która - rzeczywiście - mogłaby się zdarzyć naprawdę. Uwielbiam!

Wniosek: Absolutny hit. Pozycja obowiązkowa.



SEZON 2

fargo sezon 2 patrick wilson
Z wielkimi nadziejami oczekiwałem na drugi sezon wspaniałego "Fargo". Nie wystraszyła mnie planowana zmiana obsady - wręcz przeciwnie! Nowa seria miała stanowić prequel pierwszej i opowiadać o wspominanej kilkukrotnie masakrze w Sioux Falls. Głównym bohaterem uczyniono młodego Lou Solversona, którego w pierwszym sezonie poznajemy jako starszego, emerytowanego policjanta. Tymczasem w roku 1979 wpadł on, podobnie jak później jego córka, na trop zbrodni, która zaczęła prowadzić do kolejnej, a ta do następnej, następnej i następnej...

To z całą pewnością cały czas oryginalne "Fargo": małe miasteczko, niezbyt bystrzy mieszkańcy, zimowa aura, poczucie osamotnienia i trywializacja przemocy, która pełza pod powierzchnią nawet najbardziej spokojnej okolicy. Ogląda się to fenomenalnie! Nie mogę się nachwalić zarówno przebiegu akcji (licznik zabitych sięgał zenitu), bystrych dialogów i cudownej gry aktorskiej, w której sam nie wiem, kto był lepszy. A więc wymienię moich ulubieńców: Patrick Wilson w kreacji uczciwego "gliny z powołania", jego mentor (i przy okazji teść) będący szeryfem (Ted Danson, którego znacie z końcowych sezonów "CSI"), Jesse Plemons w roli niezbyt rozgarniętego miejscowego rzeźnika, Kirsten Dunst jako jego feminizująca żona-fryzjerka czy wspaniały Bokeem Woodbine w roli literata, a przy okazji płatnego mordercy. A to tylko część niepowtarzalnej plejady postaci drugoplanowych! Trudno mi stwierdzić, który sezon "Fargo" jest lepszy, ale bez wątpienia obydwa stanowią obowiązkową pozycję. A dodanie smaczku SF w klimacie "Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia", tak popularnych w końcówce lat 70., czyni tę produkcję wspaniałym obrazem rzeczywistości roku 1979. Może i w krzywym zwierciadle, ale jednak. Ach, tak bardzo czekam na trzeci sezon!

Wniosek: Wciąż trzyma poziom. Kryminał surrealistyczny do granic możliwości!



SEZON 3


fargo sezon 3 ewan mcgregor
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Brzmi to jak truizm, ale czasem niestety tak jest. Każdy serial prędzej czy później czeka ten sam los: wtórność, brak ikry i pomysłu na pociągnięcie fabuły. Co innego, gdy twórcy od początku wiedzą dokąd prowadzą akcję (jak w przypadku "Gry o Tron"), ale gdy scenariusz powstaje z sezonu na sezon, mogą się zdarzyć poważne potknięcia.

Trzeci sezon "Fargo" rozczarował. I to nie pod względem formy - bo zarówno aktorzy, jak i realia ponownie osiągnęły stopień mistrzowski, ale pod względem scenariusza. Nie licząc jednego dobrego odcinka (ucieczki przez las), przygody bohaterów nie porwały mnie w najmniejszym stopniu i - szczerze mówiąc - nie bardzo mnie obchodziły. Czujne oko mojej małżonki (dyplomowanej etnolog), nakierowało mnie wprawdzie na oczywiste inspiracje fabuły, zaczynając od "Fausta", a na "Mistrzu i Małgorzacie" kończąc. Ale nawet to nie pomogło trzeciej odsłonie serialu, tym razem znacznie bardziej zahaczającej o metafizykę, siły nadprzyrodzone oraz wstawki SF (kreskówka o androidzie Minskim).

Po raz kolejny dostaliśmy prowincjonalnego, poczciwego policjanta (w osobie pani prawie-byłej-szeryf, granej przez nieznaną mi wcześniej Carrie Coon), który musi rozwikłać spiralę zbrodni. Tylko że wspomnianej zbrodni wcale nie było dużo. Zamiast staroświeckich morderstw w porażającej absurdem ilości, scenarzyści zafundowali widzom rozważania na temat biznesowych machlojek i pogoni za pieniędzmi. Wiecie, co mi to przypominało? Drugi sezon "True Detective". Te same błędy twórców i ten sam efekt, czyli nuda. I to mimo, że Ewan McGregor w podwójnej roli braci Stussy był świetny - dzięki umiejętnej charakteryzacji naprawdę byłem przekonany, że patrzę na dwóch różnych aktorów! Podobnie znakomita była Mary Elizabeth Winstead jako zaradna panna Swango, a także David Thewlis jako diaboliczny V.M. Varga. Ale nawet tak dobre postacie nie były w stanie pociągnąć zagmatwanego scenariusza, pełnego niewyjaśnionych sprzeczności i dziwactw (zaczynając od błędnego wieku i niezrozumiałych, hollywoodzkich przygód Ennisa Stussy'ego). 

Odnoszę wrażenie, że twórcy "Fargo" chcieli tym sezonem przekazać jakąś głębszą mądrość, ale jeśli nawet tak było, to nie udało mi się jej odczytać. Pod względem rozrywkowym było zaledwie przeciętnie, a mogło być kultowo. Szkoda potencjału. Zobaczymy, czy kolejne sezony (jeśli powstaną), podźwigną serial do dawnego poziomu.

Wniosek: Przeciętne. Oczekiwałem znacznie więcej.



SEZON 4

fargo sezon 4 hulu serial chris rock
No i takie powroty lubię najbardziej! Mówiąc szczerze wciąż nie mam pojęcia jak to możliwe, że po dwóch wybitnych sezonach pojawiło się nieporozumienie w postaci trzeciego. Widać jednak był to wypadek przy pracy, bo czwarta odsłona telewizyjnego "Fargo" wróciła na stare tory doskonale napisanego, wybitnie zagranego i nakręconego z pomysłem serialu. Twórcy ponownie zrobili skok w przeszłość (i głębiej na południe), bo aż do Kansas w latach 50. Osią opowieści uczynili afroamerykańską mafię, która próbuje zająć należne jej miejsce w podziemnym świecie kontrolowanym przez Włochów (a wcześniej Irlandczyków i Żydów). W roli głównej: nie kto inny jak sam Chris Rock, znakomicie przekonujący jako ojciec chrzestny lichwiarzy (mimo że jako aktor znany jest głównie z zawodu komika).

Czwarty sezon ma chyba najbardziej bogatą galerię postaci ze wszystkich odsłon "Fargo": włoskich przygłupich mafiozów (w tym niepodrabialnych braci Fadda na wzór kultowych bliźniaków zagranych przez Arnolda Schwarzennegera i Danny'ego DeVito), psychopatycznych stróżów prawa wyglądających jak zły detektyw Monk i mormoński Billy Bob Thornton, szalonych lesbijskich morderczyń, a także - fanfary - anioła śmierci w osobie kryptycznej i totalnie odjechanej pielęgniarki Mayflower, przed którą uciekałby nawet Hannibal Lecter. A to tylko niektórzy z nich... Co istotne: mimo tak wielkiego przekroju różnorodnych bohaterów, każdy z nich ma dokładnie tyle czasu na ekranie ile potrzeba, a gdy spotyka go zasłużony (lub nie) krwawy los, widz ma wrażenie że wiedział o danej osobie wszystko co chciał. 

Te dialogi, scenografia, zdjęcia i pomysły! I na dodatek z nutką mrożącej krew w żyłach metafizyki - dokładnie tyle ile potrzeba, by wzbogacić fabułę o wątek mistyczny. To lubię! Jak w przypadku pierwszych dwóch sezonów, również ten jest opowieścią o tym że zbrodnia nie popłaca, a każde nieprzemyślane posunięcie może mieć tragiczne konsekwencje, nakręcające spiralę śmierci i cierpienia. Może i mało odkrywcze, wiem... Ale za to jak napisane! Chcę więcej!

Wniosek: Bardzo dobre, "Fargo" wróciło do telewizyjnej ekstraklasy!




SEZON 5

Nie spodziewałem się piątego sezonu "Fargo". Choć czwarta odsłona bardzo mi się podobała, to światowej publice już niespecjalnie - dlatego myślałem, że to już koniec zimowych, krwawych przygód w małych miasteczkach w Minnesocie. A tu taka niespodzianka! I to jeszcze w takim stylu!

Póki twórca ma coś do powiedzenia, to jak dla mnie może kręcić i dziesięć kolejnych sezonów. W piątej odsłonie bardzo (z naciskiem na BARDZO) zdryfował klimatem w stronę Davida Lyncha i "Twin Peaks". W zasadzie czasem miałem wrażenie, że zaraz gdzieś zza rogu wyskoczy Bob czy Agent Cooper i gdyby tak się stało, nie byłbym zdziwiony. Ale wystarczył John Hamm jako diaboliczny alt-prawicowy szeryf, Jeniffer Jason Leigh jako potentantka biznesu chwilówek i pożyczek pozabankowych (twórca serialu ewidentnie ma coś do tej branży - patrz sezon 4), Sam Spruell jako demoniczny zjadacz grzechów (możecie wyguglać sobie - faktycznie było kiedyś coś takiego!), no i oczywiście w roli głównej Juno Temple, na pozór spokojna kura domowa, a w rzeczywistości kobieta, która byłaby w stanie wydrapać Stalinowi oczy. To chyba najlepszy dobór aktorów w tym serialu od czasu drugiego sezonu!

Fabuły nie będę spoilerował, bo nie mam tego w zwyczaju, ale jeśli oglądaliście poprzednie sezony to wiecie czego się spodziewać - krwawej spirali wydarzeń, która tym razem (dla odmiany) była jednak umyślna. Wątkiem przewodnim jest zaś kwestia przemocy domowej, zwłaszcza wobec kobiet, choć i nie tylko. Dodatkowym atutem jest nawet nie prztyczek, a cała pięść prosto w nos dla fanów Trumpa i prawicowych oszołomów. A to, co czyni produkcję kultową czyli dialogi, scenografia, metafizyka, zdjęcia... tym razem to prawdziwa perfekcja. Piąty sezon dostaje ode mnie maksymalną notę i nawet jeśli to byłby koniec serialowego "Fargo", to następuje on w glorii chwały. 

Wniosek: Fantastyczne, psychodeliczne kino kryminalne. 



"The Watch"

"The Watch"

O czym to jest: Uwspółcześniona ekranizacja powieści Terry'ego Pratchetta o przygodach straży miejskiej w fikcyjnym Ankh-Morpork, największym mieście Świata Dysku.

straż terry pratchett świat dysku serial BBC

Recenzja serialu:

Nie jestem przeciwnikiem zabawy konwencją i eksperymentowania formą, mało tego - gorąco wierzę w coś takiego jak licentia poetica oraz w to, że umiejętny artysta nie zgubi ducha historii niezależnie od tego, jakiego opakowania użyje. Niemniej w przypadku ekranizacji kultowych książek o Straży z cyklu "Świata Dysku" Terry'ego Pratchetta muszę sobie zadać pytanie: czy ta produkcja naprawdę jest dobra nie gubiąc ducha powieści mimo kontrowersyjnej formy, czy może to powieści są aż tak dobre, że nawet taki gwałt na formie nie był w stanie ich spieprzyć?

Jestem ogromnym fanem Terry'ego Pratchetta od lat, wszystkie tomy "Świata Dysku" mam na półce, a czytałem każdy z nich co najmniej kilkukrotnie. Nie mówię że jestem totalnym fachowcem w tej dziedzinie, ale co nieco tam wiem. Obejrzałem też wszystkie dotychczasowe ekranizacje, zaczynając od nudnego do bólu "Wiedźmikołaja", przez zachowawczy "Kolor Magii", aż do świetnego "Piekła Pocztowego". Na serial o kapitanie Vimesie i Straży Ankh-Morpork czekałem od lat, z uwagą śledząc każdy strzęp doniesień na ten temat. I szczerze: naprawdę nie spodziewałem się takiego opakowania! Książki osadzone są w realiach renesansowo-wiktoriańskiej Anglii (a Ankh-Morpork to taki Londyn rzecz jasna), oczywiście ze sporą domieszką czystej fantastyki i zapożyczeń z innych kultur oraz motywów. Tymczasem twórcy serialu postanowili odważnie wkroczyć w XXI wiek prezentując nam serial współczesny, co nieco przypominający dystopijne lata 90. (w których zamiast pistoletów dominują kusze) i na dodatek wizualnie zanurzony po uszy w stylistyce queer - tak mocno, że mógłby wręcz uchodzić za manifest całej subkultury LGBTQ+. Wszystko co scenarzyści wyczytali na stronach powieści zostało tu przemielone i podane w psychodelicznej formie, wliczając w to zaskakującą miejscami zmianę płci i wyglądu bohaterów. Gdy zestawimy "The Watch" ze wspomnianym "Piekłem Pocztowym" przypadkowy widz nigdy by nie zgadł, że pochodzą one z tego samego uniwersum. I tak jak wspomniałem we wstępie, nie mam nic przeciwko temu, że twórcy popuścili wodzom fantazji. Mam jednak wrażenie, że wspomniane zmiany były po prostu bezcelowe i stworzone do tego, by szokować dla samej idei szokowania. Tylko po co?

Doceniam sporo elementów, bo jako fan uniwersum podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle. Nie brakuje charakterystycznego humoru Pratchetta, nie zapomniano o wielu motywach i wątkach (poruszonych choćby pobieżnie), a fabuła dość mocno trzyma się kupy, co naprawdę nie było łatwe przy ostrym i chaotycznym montażu. Aktorów - nawet tych którymi zmieniono płeć - dobrano całkiem nieźle, ze wskazaniem na Marchewę, Cudo Tyłeczek (najlepsza postać serialu!) i samego Vimesa, który przekonał mnie do siebie w pełni (choć nie od razu). Największa szkoda, że scenarzyści zgubili większość kontekstu społeczno-politycznego książek, którego nie da się oddzielić od twórczości autora (wyjątkiem są jedynie gobliny z ich pełzającą marksistowską ideologią). A no i niestety nie podaruję, że Vetinariego nie zagrał Charles Dance, który w "Piekle Pocztowym" postawił tej postaci chyba najwyższą pieczęć jakości. 

"The Watch" już otrzymało najgorszą karę, jaka mogła spotkać taką produkcję - hejt fanów książek Pratchetta i całkowitą obojętność reszty światowej widowni. Ciężko znaleźć jakąkolwiek opinię na temat tej produkcji, bo po prostu mało kto ją oglądał i tak już raczej zostanie (można liczyć ewentualnie na opóźnioną kultowość, ale tylko w wypadku, gdy serial namierzy szeroka społeczność LGBTQ+). Dlatego też zakończenie serialu ostrym cliffhangerem urywającym wątki dosłownie w połowie sceny, bez realnej wizji nakręcenia drugiego sezonu, uważam za grzech śmiertelny, który powoduje, że oglądanie całości staje się bezcelowe i obniża moją finalną ocenę. Terry Pratchett by tego nie pochwalił. 

Wniosek: Wierne duchowi książek, ale bardzo kontrowersyjne w formie. Szkoda że bez zakończenia!


"Birds of Prey (and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)" ("Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)")

"Birds of Prey (and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)" ("Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)")

O czym to jest: Niestabilna emocjonalnie bandytka próbuje przetrwać w mieście przestępców razem z równie niestabilną grupą partnerek. Z poszukiwaniem diamentu w tle.

ptaki nocy harley quinn film recenzja dc margot robbie

Recenzja filmu:

Zazwyczaj staram się optymistycznie i pozytywnie patrzeć na produkcję, którą akurat oglądam. To taka moja sztuczka na miłe spędzanie czasu - mimo że dostrzegam wady danego filmu czy serialu, staram się skupić na pozytywach, dzięki czemu nie mam potem wrażenia, że straciłem kawałek życia na czymś bezsensownym. Niestety są takie przypadki, w których znalezienie pozytywów jest bardzo, bardzo trudne... I tak jest właśnie z "Birds of Prey".

Mówiąc szczerze - nie mam pojęcia co się stało. Wydawać by się mogło, że jestem idealnym odbiorcą takiego filmu. Głęboko siedzę w popkulturze, orientuję się w realiach franczyz komiksowych, jestem na bieżąco z produkcjami "DC Extended Universe"... Nadto lubię kino akcji, no i jestem facetem, czyli powinienem być podatny na wdzięki Margot Robbie w roli Harley Quinn. Niestety mimo najszczerszych chęci mam wrażenie, że nic w "Birds of Prey" nie zadziałało tak jak powinno. Harley Quinn jako postać była świetna w "Suicide Squad" jako humorystyczne odciążenie bandy ponurych i mrukliwych kolesi, z Willem Smithem jako Deadshotem na czele. Jednak postawiona na froncie jako główna bohaterka opowieści okazała się być nadzwyczaj irytująca. Ciężko mi nawet jednoznacznie określić, o czym opowiada fabuła. Scenarzyści też chyba tego nie wiedzieli, bo wpletli do środka wątki niby-gangstersko-złodziejskie, które co chwila musieli objaśniać dziwnymi retrospekcjami, wychodząc z założenia że widz jest kompletnym idiotą, którego trzeba prowadzić za rękę. A może to ja źle zrozumiałem i był to film o przemianie, jaką przechodzi Harley Quinn i jej tytułowej "emancypacji"? A gdzie tam - siłą napędową naszej bohaterki było zerwanie z Jokerem i wszczynanie rozrób bez jego udziału. Czyli jako widzowie otrzymaliśmy przesłanie: "Hej dziewczyny, jeśli rzuci was facet to mimo to jesteście coś warte!". Serio, w 2020 roku trzeba wysyłać takie wiadomości i kręcić o tym filmy, i to jeszcze w takiej formie? Moim zdaniem uwłaszcza to wszystkim kobietom, zwłaszcza gdy cała prezencja Margot Robbie jako Harley Quinn rozsiewa wokół siebie aurę seksualnie drapieżnej lolitki.

Humor i zachowanie Harley Quinn, z jej głosem na czele, przywoływało mi na myśl stare kreskówki. Walenie wielkimi młotkami po głowach, akrobacje na wrotkach, zderzanie się z przeszkodami i wychodzenie z tego bez szwanku... Brakowało mi tylko osmalonej buźki po eksplozji granatu prosto w twarz, a także rakiet i innych wynalazków firmy Acme z animacji o Kojocie i Strusiu Pędziwiatrze. Powiedzmy to sobie wprost: to, co się sprawdza jako kreskówka dla kilkulatów, nie będzie dobrze wyglądać w aktorskiej produkcji skierowanej do dorosłego widza. To jest konwencja, którą mogę okazjonalnie kupić w serialu komediowym w ramach zabawy formą, ale nie w dwugodzinnym hollywoodzkim blockbusterze. Oczywiście wiem, że Margot Robbie włożyła w ten film całe serce. Doceniam starania charakteryzatorów i scenografów, doceniam to że sama kręciła sceny kaskaderskie... ale niestety. Czasem pomysł jest dobry, ale scenariusz i reżyseria nie potrafią go przedstawić w wiarygodny, atrakcyjny sposób.

Co gorsza, spośród postaci towarzyszących moje zainteresowanie wzbudziła jedynie Jurnee Smollett-Bell jako Black Canary. Wyglądała jak powinna, zachowywała się jak powinna - to o niej chętnie obejrzałbym solowy film! Niestety cała reszta była zdecydowanie poniżej poziomu. Nawet Ewan McGregor jako Black Mask, czyli główny antagonista, był raczej karykaturalny i na tyle nudny, że zaraz znikał z pamięci widza. A jego czołowy bandzior Victor Zsasz? Powiem tyle: jeśli chcecie zobaczyć prawdziwego, rewelacyjnego Victora Zsasza, to zapraszam do serialu "Gotham", gdzie zagrał go Anthony Carrigan. Uwierzcie mi - nie ma nawet porównania. Na sam koniec wspomnę o największym rozczarowaniu, czyli Mary Elizabeth Winstead jako Huntress. Ta lubiana przeze mnie aktorka wyglądała tragicznie (w co oni ją ubrali?), ruszała się tragicznie, a nadto jej dialogi wołały o pomstę do nieba. To zdecydowanie nie jej typ kina.

Naprawdę chciałbym, by "Birds of Prey" było fajnym, rozrywkowym kinem, zwłaszcza że po "Aquamanie" i "Shazam" uwierzyłem, że uniwersum DC ma najgorsze czasy za sobą. A tu znowu taka wtopa... Cóż, pozostaje się teraz otrząsnąć i czekać na "Wonder Woman 1984" z nadzieją, że tam gdzie nie dowiozła Margot Robbie, nadrobi Gal Gadot.

Wniosek: Nudne i nieporywające. Niestety strata czasu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


"El Camino"

"El Camino"

O czym to jest: Domknięcie wątków kultowego serialu "Breaking Bad".

breaking bad film netflix pinkman heisenberg

Recenzja filmu:

Pamiętacie jeszcze kultowy serial „Breaking Bad”? Jego sława już nieco przygasła, ale to wciąż wspaniały, wybitnie zagrany i głęboko przejmujący kawałek telewizji. Opowieść o nauczycielu chemii, który przekształca się w demonicznego mafiosa i wytwórcę metamfetaminy, nie straciła nic na swojej aktualności. I choć to Walter White (w tej roli niezapomniany Bryan Cranston) był w serialu głównym bohaterem, to równie ważną rolę pełnił jego pomocnik Jesse Pinkman (grany przez Aarona Paula). I to właśnie o nim opowiada film „El Camino”. 

Produkcja stanowi bezpośredni sequel serialu i jednocześnie jego epilog, domykając nieliczne luźne wątki. Kluczowe pytanie w takiej sytuacji brzmi: czy ten film był w ogóle potrzebny? Moim zdaniem – choć wielu się ze mną nie zgodzi – niekoniecznie. I to pomimo faktu, że jestem ogromnym fanem serialu! „Breaking Bad” to dla mnie dzieło kompletne, poprowadzone z wyczuciem i sensem od A do Z. Wszystkie postacie dotarły do celu, wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione. Finalny los Pinkmana, choć teoretycznie niepewny, dawał swobodną interpretację i pole dla wyobraźni widza. „El Camino” rusza dokładnie z miejsca, w którym zakończyło się ostatnie ujęcie „Breaking Bad”. Ale nie jest przy tym w żaden sposób odkrywcze czy zaskakujące. Finał przynosi Pinkmanowi dokładnie to, czego mogliśmy się spodziewać. Czy naprawdę trzeba było na to poświęcać aż dwie godziny czasu ekranowego? 

Oczywiście miło było zobaczyć niemal wszystkich istotnych aktorów, którzy pojawili się w serialu (to zasługa licznych flashbacków). Nie mogę też nic odmówić sprawności technicznej twórców. Zdjęcia plenerów Nowego Meksyku są naprawdę imponujące, podobnie jak przejmująca gra aktorska – tu palmę pierwszeństwa oddaję oczywiście Aaronowi Paulowi (ale i mojemu ulubieńcowi, Jessy'emu Plemonsowi w roli Todda). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że całe „El Camino” powstało, by wspomóc podupadającą karierę aktorską Paula i przy okazji zapewnić twórcom i obsadzie towarzyskie spotkanie po latach. Nie jestem przekonany, czy wejście ponownie do tej samej rzeki było dobrym rozwiązaniem. „El Camino” było tylko – i aż – kolejnym odcinkiem „Breaking Bad”. Ja jednak od samodzielnego filmu wymagam nieco więcej. 

Film polecam przede wszystkim fanom serialu. Zwłaszcza tym, którzy dopiero go poznają i będą mieli okazję obejrzeć „El Camino” w ciągu. To zdecydowanie najlepsze rozwiązanie!

Wniosek: W zasadzie niepotrzebny epilog świetnego serialu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Breaking Bad"! >>>


"John Wick: Chapter 3 - Parabellum" ("John Wick 3: Parabellum")

"John Wick: Chapter 3 - Parabellum" ("John Wick 3: Parabellum")

O czym to jest: John Wick ucieka przed kolegami zabójcami.

john wick 3 parabellum film recenzja keanu reeves halle berry

Recenzja filmu:

I znowu zaspałem z recenzjami, a tu się trochę nazbierało świetnych produkcji w ostatnim czasie! Zerknijmy zatem prędko na trzecią część niekończącej się serii "John Wick". Specjalnie mówię niekończącej, bowiem "Parabellum" rozpoczyna się dokładnie w tej samej minucie, w której przerwała poprzednia część, i podobnie jak ona kończy się cliffhangerem dającym obietnicę czwartej odsłony (którą zresztą potwierdzono). Jednym słowem: John Wick znów się wkurzył i jeszcze nie wystrzelił ostatniego naboju!

Może to mój sentyment do nieskrępowanego kina akcji lat 80. i 90. na którym się wychowałem, a może "John Wick" to po prostu kawał dobrej rozrywki - nie wiem. Tak czy siak nie mam innego wyjścia, jak przyznać "Parabellum" ocenę bardzo dobrą! Widać że zarówno twórcy jak i obsada fantastycznie się bawią, po raz kolejny prezentując przygody ponurego Keanu Reevesa, marzącego tylko o tym, by wszyscy dali mu spokój. Ale nic z tego - podziemny świat nowojorskich (i nie tylko) skrytobójców nie powiedział jeszcze ostatniego słowa! I całe szczęście, bo prócz epickiego hotelu Continental poznaliśmy dzięki temu kolejne elementy uniwersum: cygańsko-cerkiewną szkołę dla sierot, egzotyczne zaułki Marakeszu czy też zwiastun Wysokiej Rady, z którą prędzej czy później Wick będzie się musiał rozprawić. No i miło, że tym razem Keanu Reeves nie był sam, tylko w duecie z Halle Berry i jej dwoma psami-zabójcami! Takie zespoły to ja lubię!

Sama akcja i choreografia to raj dla miłośników męskiego kina. John Wick zabija ludzi bronią palną, białą, a nawet koniem oraz książką (tak, książką!). Ninja, samuraje, wielkoludy, komandosi - nikt nie może się czuć bezpieczny, gdy Keanu się za nich weźmie. Całą serię ogląda się jak jeden wielki film i szczerze powiem, że chciałbym jeszcze więcej. Jeśli tylko utrzymają poziom, mogą z tego zrobić kolejne "Mission: Impossible". Więcej, szybciej, ostrzej! Aż na zakurzonym polu bitwy pozostanie tylko John Wick i jego pies.

Wniosek: W klimacie, z pomysłem i rozmachem. Świetna rozrywka!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "John Wick"! >>>


"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")

"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")

O czym to jest: Historia narodzin karteli narkotykowych w Meksyku.

narcos meksyk serial netflix diego luna kiki camarena

Recenzja serialu:

Naszło mnie ostatnio na oglądanie Diego Luny, więc prędko nadrobiłem jedną z większych zaległości w jego filmografii, czyli pierwszy sezon spin-offu kultowego "Narcos" - a konkretnie "Narcos: Mexico". Jak pewnie pamiętacie, oryginalne "Narcos" przedstawiało historię wzlotu i upadku Pablo Escobara oraz całego kolumbijskiego przemysłu narkotykowego. Jednak aktualnie to nie Kolumbia stanowi największy problem w zakresie narkotyków, a Meksyk, gdzie trwa regularna wojna domowa między kartelami, słabym rządem a siłami USA (zainteresowanych tą tematyką zapraszam do obejrzenia powalającego "Sicario"). Serial "Narcos: Mexico" opowiada, jak to się zaczęło.

Zarzewiem wszystkiego była - jak to często bywa - ambicja jednego człowieka. A właściwie dwóch. Pierwszym był Félix Gallardo, pomniejszy gangster uprawiający marihuanę, który postanowił swój szklarniowy biznes rozbudować do rozmiarów międzynarodowej korporacji. Drugim zaś był Kiki Camarena, równie ambitny agent DEA, który wziął na cel Gallardo i jego imperium. Podobnie jak w przypadku pierwszego "Narcos", tu również cała historia została dość wiernie oparta na faktach (co podkreślają dokumentalne wstawki i narrator mówiący z offu). "Narcos: Mexico" jest przez to przerażająco prawdziwe, naturalistyczne, krwawe i głęboko przejmujące. Niemniej fantastycznie rozkłada na czynniki genezę wielkich karteli, które by nie powstały bez aktywnego udziału Stanów Zjednoczonych (niezły paradoks, nie?). Najbardziej smutnym jest jednak fakt, że meksykańskie kartele, choć powstały na początku lat 80., są silne i aktywne po dziś dzień. I nic nie wskazuje na to, by prędko się to zmieniło.

W roli Gallardo wystąpił Diego Luna, który urodził się by grać zestresowanych facetów (tak samo zrobił w "Rogue One"). Swoją rolą nie przebił wprawdzie Wagnera Moury jako Pablo Escobara, ale i tak przeprowadził widza pełną drogą od początkowej sympatii, po odrzucającą antypatię odnośnie granej postaci. Niezły wyczyn! Do roli Camareny zatrudniono Michaela Peñę, co wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Nic nie poradzę, że choć lubię Peñę, nie jestem w stanie traktować jego postaci na poważnie. Może to wina "Ant-Mana", a może Peña po prostu urodził się do grania w komediach, a nie dramatach. I choć robił co mógł (i ogólnie zagrał bardzo dobrze), to jednak wolałbym kogo innego w tej roli. Ale to naprawdę bardzo drobny zarzut, bo w całościowym podsumowaniu "Narcos: Mexico" prezentuje się bardzo, bardzo dobrze. Czekam na drugi sezon! No i na historię słynnego narkobarona El Chapo...

Wniosek: Nie tak kultowe jak oryginalny serial, ale i tak bardzo dobre!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Narcos"! >>>


"Kler"

"Kler"

O czym to jest: Grzeszny żywot trójki księży.

kler film recenzja smarzowski jakubik gajos braciak więckiewicz

Recenzja filmu:

Wojtek Smarzowski nie kręci filmów na próżno. Nie robi też ich dla pieniędzy (co jest o tyle przewrotne, że "Kler" pobił absolutny rekord frekwencji w historii kin w Polsce). Każde jego dzieło (a powstało ich do tej pory siedem) jest niczym film Quentina Tarantino - doskonale wyważony, wstrząsający i poruszający najczulsze struny w duszy widza. O ile jednak Tarantino stawia na rozrywkę i groteskę, to Smarzowski każe Polakom spojrzeć w najmroczniejsze zakamarki naszej narodowej duszy. I jak można się spodziewać, nie każdemu spodoba się, co tam znajdzie.

Śmiem twierdzić, że "Kler" to najlepszy film Smarzowskiego, porównywalny poziomem z "Drogówką", ale jednak lepszy, bo nie epatujący naturalizmem, wulgaryzmem i szokującymi obrazami. Większości brutalnych scen nie widzimy, bo nie ma takiej potrzeby - wyobraźnia podpowiada nam wszystkie szokujące szczegóły. A tych niestety nie brakuje, bowiem Smarzowski w "Klerze" zabrał się za temat grzechów polskiego (i światowego) Kościoła. Ktokolwiek uważnie śledzi rzeczywistość, ten wie, że jest z czego wybierać: chciwość, korupcja, pedofilia, zakłamanie, podwójna moralność, klientelizm, arogancja, grabież i okrucieństwo. I choć te paskudne cechy nie oddają pełnego obrazu Kościoła i księży - bo jest wśród nich wielu porządnych ludzi - to ich nagromadzenie jest chyba większe niż w jakiejkolwiek innej grupie społecznej (no, może z wyjątkiem polityków i śmietanki biznesu). Co jednak najgorsze, Kościół pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą i może robić, co mu się żywnie podoba. Za naszym - obywateli - cichym przyzwoleniem. Może więc czas na jakieś poważne zmiany?

Wyprzedzająca cenzura środowisk prawicowych okrzyknęła "Kler" filmem antykościelnym na długo przed premierą. I jak na prawicowców przystało, także tym razem pomylili się całkowicie. Smarzowskiemu udało się stworzyć dzieło kompletne, w którym - podobnie jak w "Wołyniu" - zebrał do kotła wszystko co złe i dobre, po czym zaprezentował w równych, wyważonych proporcjach. Co więcej, nie ograniczył się wyłącznie do czarno-białego obrazu "dobrych" i "złych" księży. Bohaterami filmu jest trzech duchownych. Pierwszy (Arkadiusz Jakubik) jest proboszczem z powołania, który angażuje się w życie patologicznej dzielnicy, walcząc jednocześnie z głębokimi traumami przeszłości. Drugi (Jacek Braciak) jest szemranym karierowiczem marzącym o Watykanie, który za pomocą korupcji i towarzyskich układów czyni tyle samo dobrego, co złego. No i trzeci (Robert Więckiewicz), który - wspomagając się wódką - klepie biedę na zabitej dechami wsi, jednocześnie mierząc się z siłą miłości do kobiety i wizją posiadania rodziny. Każdy z nich na swój sposób jest dobrym kapłanem, ale też i skrajnym grzesznikiem. Każdy ma też powody tego, co robi i przyczyny, dla których stał się takim człowiekiem. W zasadzie jedyną stricte negatywną postacią jest tu chciwy arcybiskup (znakomity Janusz Gajos), w którym nie pozostało już nic z człowieczeństwa. Bardzo w tym przypomina polski episkopat, zatem nic dziwnego, że taka postać się tu pojawiła. Tu warto zaznaczyć, że gdyby "Kler" kręcili Amerykanie, każdy z wymienionych aktorów miałby murowaną nominację do Oscara - są aż tak dobrzy!

Na szczęście Smarzowski nie ograniczył się tylko do przedstawienia postaci. W tle fabuły toczy się bowiem potężna pedofilska intryga, godna wysokiej klasy thrillerów. A na sam koniec widz pozostaje z pytaniem, kto tak naprawdę był w tej opowieści czarnym charakterem. Może nikt? A może wszyscy? Jedno jest pewne - po seansie film nikogo nie pozostawi obojętnym. A to jest nieodłączna cecha prawdziwie wybitnych dzieł kinematografii.

"Kler" to dogłębne studium ludzkiej psychiki ukazujące jasno, że każdy nosi w sobie tyle samo dobra, co zła. A to, czy zakłada do pracy koloratkę, nie ma żadnego znaczenia. 

Wniosek: Wstrząsający, wybitny i niezwykle potrzebny film.


"Solo: A Star Wars Story" ("Han Solo: Gwiezdne Wojny - Historie")

"Solo: A Star Wars Story" ("Han Solo: Gwiezdne Wojny - Historie")

O czym to jest: Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

han solo gwiezdne wojny historie film recenzja ron howard emilia clarke

Recenzja filmu:

Kiedy usłyszałem, że nowi właściciele marki "Star Wars" będą kręcić spin-offy (czyli filmy poboczne w stosunku do głównych Epizodów), przygody Hana Solo wydawały mi się najbardziej naturalnym kandydatem. Ten arogancki, szelmowsko uroczy przemytnik jest prawdopodobnie najbardziej wyrazistym "dobrym łotrem" w historii kina. Niemniej zagranie go przez kogoś innego niż Harrisona Forda wymagało wielkiej odwagi i niemałej dozy wrodzonego talentu. Z dumą i zachwytem mogę powiedzieć - udało się!

"Solo" to film, który właściwie nie ma słabych punktów. I nie mówię tego dlatego, że jestem fanem "Star Wars". To zdecydowanie najlepsza produkcja uniwersum od czasów oryginalnej trylogii - lepsza nawet od "Ostatniego Jedi", którym byłem zachwycony. Jest tu wszystko, czego oczekujemy od brawurowej przygodówki w klimacie space opery - humor, tempo, doskonale rozpisane postacie, mnogość lokacji i zwrotów akcji, obłędna scenografia i świetne efekty specjalne! Dawno nie wyszedłem z kina aż tak pozytywnie nastawiony. A przypomnijmy, że wiele złego powiedziano na temat "Solo" - zaczynając od zmiany reżysera w trakcie produkcji (co często zwiastuje katastrofę), poprzez rzekomy brak talentu Aldena Ehrenreicha w roli głównej, aż po brak dobrego pomysłu na fabułę. Na szczęście żaden z tych zarzutów nie znalazł potwierdzenia w rzeczywistości!

Scenarzyści (legendarny Lawrence Kasdan, który napisał już trzy Epizody "Star Wars" oraz pierwszego "Indianę Jonesa", wspomagany tym razem przez syna Jonathana) wyraźnie przyjęli założenie, że jeśli mają już zrzynać, to będą zrzynać od najlepszych. Ekipa bandziorów (pod przywództwem kultowego jak zawsze Woody'ego Harrelsona) to zaś wypisz-wymaluj załoga z "Firefly"! Nawet nie trzeba zgadywać kto jest kim - to po prostu Mal, Zoe i Wash jako żywi! Zresztą pierwszy akt filmu wygląda jak kolejny odcinek wspomnianego "Firefly" - i to bardzo dobry odcinek! Później, gdy na ekranie pojawia się Lando Calrissian, akcja się zagęszcza. "Solo" wspaniale wpisuje się w klimat zarówno "Nowej Nadziei", jak i "Imperium Kontratakuje". Znajdziecie w tym filmie odpowiedź na wiele pytań nurtujących fanów od dziesięcioleci - jak Han poznał Chewbaccę, jak wygrał Sokoła Millennium od Lando, czy też jak dokonał legendarnego przelotu Trasą na Kessel. No i przy okazji dowiemy się, czemu Sokół wygląda jak kupa złomu... Nie żartuję - jeśli istnieje definicja doskonałego prequelowego spin-offa, to "Solo" z całą pewnością wypełnia jego definicję.

Co ważne, "Solo" czyni też gigantyczny ukłon w stronę wieloletnich fanów Sagi, takich jak ja.  Początek filmu jest niemalże żywcem wyjęty z książki "Rajska Pułapka", niekanonicznej już noweli o przygodach młodego Hana Solo. Dodatkowo "Solo" de facto na nowo przywraca do kanonu trylogię książek "Przygody Lando Calrissiana"! Nie mogę też zapomnieć o rozlicznych drobniejszych smaczkach, takich jak pojawienie się planety Mimban, koreliańskich stoczni czy w końcu finałowego, gigantycznego nawiązania do przygód z serialu "The Clone Wars"! W kinie dosłownie złapałem się za głowę i prawie wyskoczyłem z fotela! Rewelacja!

Kathleen Kennedy, która od czasów "Przebudzenia Mocy" czuwa nad całą Sagą, jeszcze ani razu mnie nie zawiodła - ta kobieta doskonale czuje klimat "Star Wars" i wie, jak dostarczać wspaniałych, porywających widzów przygód. Jej wybór Rona Howarda na "awaryjnego" reżysera "Solo" był oczywistym strzałem w dziesiątkę (zresztą trudno się temu dziwić - Howard to jedno z większych nazwisk w Hollywood, mający na koncie m.in. takie hity jak "Willow" czy "Apollo 13"). Tak samo obsada absolutnie mnie nie zawiodła. Alden Ehrenreich jako młody Han Solo zrobił to, co Chris Pine z rolą Kirka w nowym "Star Treku" - nową, dynamiczną interpretację z wielkimi ukłonami w stronę oryginału. Chciałbym zobaczyć więcej filmów z Ehrenreichem w tej roli! Dodatkowo Donald Glover wręcz urodził się, by zagrać młodego Lando Calrissiana (być może był nawet lepszy od oryginału!). O kultowym Harrelsonie już wspomniałem, więc napomknę o doskonałym Paulu Bettany'm jako czarnym charakterze (co ciekawe podobnie jak Howarda też zatrudniono go do "Solo" dosłownie w ostatniej chwili), a także prześwietnej Phoebe Waller-Bridge w roli droida L3 z feministyczno-marksistowkim zacięciem. Jedynie Emilia Clarke nie popisała się niczym wybitnym, ale przynajmniej nie bolała mnie na ekranie, a to już coś. Przynajmniej wątek romantyczny nie był płaski jak w "Ataku Klonów", tylko miał ręce i nogi!

"Solo" jest tak dobry, że nie mam innego wyjścia niż dać mu maksymalną ocenę i status filmu kultowego. To jedna z tych przygód "Star Wars", do których będę wracał raz za razem. Chcę więcej!

Wniosek: Fantastyczne, zabawne, wartkie kino! Na poziomie oryginalnej trylogii!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


"Logan Lucky"

"Logan Lucky"

O czym to jest: Rodzina życiowych przegrywów postanawia obrabować wyścigi NASCAR.

logan lucky film recenzja plakat channing tatum adam driver daniel craig

Recenzja filmu:

Do zeszłorocznych premier filmów "Logan" oraz "Lucky" należy doliczyć trzecią - "Logan Lucky" (zbieżność tytułów przypadkowa). To kolejna z produkcji na którą bardzo czekałem w kinie, tylko po to by się dowiedzieć, że polscy dystrybutorzy nią gardzą. Cóż, skoro mają do wyboru inteligentną komedię sensacyjną oraz kolejny dresiarski gniot Patryka Vegi to wiadomo, na co postawią...

Znacie serię "Ocean's" z George'm Clooneyem o sympatycznej grupie złodziei-dżentelmenów kradnących wielką kasę od mało przyjaznych ludzi? We współczesnym wydaniu stworzył ją Steven Soderbergh, wielki reżyser "młodego" pokolenia i legenda kina niezależnego. Teraz do trzech (a wkrótce czterech) części serii "Ocean's", Soderbergh postanowił dołączyć jeszcze jeden film - tym razem "z drugiej strony barykady". Mowa o "Logan Lucky", który zamiast przedstawiać błyskotliwy (i bezkrwawy) plan napadu na kasyno, skupia się na wyścigach NASCAR (dla tych co nie wiedzą - to taki samochodowy żużel, druga po futbolu najpopularniejsza dyscyplina sportu w USA). Oznacza to, że zamiast blichtru w stylu glamour, otrzymaliśmy świat głębokiego amerykańskiego Południa z redneckami, white trash (czyli białą patolą), oraz półgłówkami z chowu wsobnego. "Logan Lucky" używa chyba każdego stereotypu, jaki istnieje odnośnie Południa, ale nie robi tego w sposób obraźliwy - wręcz przeciwnie! Cała fabuła mówi jasno i dobitnie, że Południowcy - choć inni od wielkomiejskich Amerykanów - są równie inteligentni i poczciwi jak szlachetni dżentelmeni w dobrze skrojonych garniturach. I brawa za to!

Jednak świetna reżyseria, zdjęcia i montaż Soderbergha to nie wszystko (tu przy okazji dodam, że dawno nie słyszałem, by jeden człowiek podjął się wszystkich tych rzeczy na planie - bardzo w stylu kina niezależnego). "Logan Lucky" daleko by nie zaszedł, gdyby nie fantastyczna obsada! W głównej roli braci Loganów (wspieranych przez seksowną siostrę w osobie nieznanej mi Riley Keough) wystąpili Channing Tatum i Adam Driver! Jak wiecie bardzo lubię Drivera i podziwiam jego talent, a jego wisielczy nastrój zawsze mnie rozbawia. Z kolei Tatum chyba na dobre ugrzązł w kinie rozrywkowym, choć wciąż wyczuwam w nim wielki potencjał aktora dramatycznego. Obydwaj panowie wnoszą pozytywną energię do filmu, a wspiera ich w tym nie kto inny, jak Daniel Craig - zafarbowany na tleniony blond i mówiący z przekomicznym, południowym akcentem! Tego nie można przegapić! Dodam jeszcze, że w drugoplanowych rolach wystąpiły tak znane mordki jak Katie Holmes, Seth MacFarlane (zupełnie nie do poznania z wąsem), Sebastian Stan oraz sama Hilary Swank! Jedno wielkie wow i czapki z głów! Dla takiej obsady obejrzałbym nawet największą chałę, to bez wątpienia!

"Logan Lucky" to inteligentna, pozytywna komedia sensacyjna, która po napisach końcowych pozostawi was z uśmiechem od ucha do ucha. I co z tego, że to "Ocean's Eleven" w krzywym zwierciadle? Gwarantuję, że jest tak samo dobre!

P.S. Z filmu dowiecie się również, że "Gra o Tron" wywołuje zamieszki w więzieniu... Tamtejsi osadzeni bardzo poważnie traktują prozę George'a R.R. Martina!

Wniosek: Bardzo sympatyczny, świetnie nakręcony, bystry film.


"Fargo" [1996]

"Fargo" [1996]

O czym to jest: Chciwy sprzedawca samochodów uruchamia niekontrolowaną falę zbrodni.

fargo 1996 recenzja filmu coen

Recenzja filmu:

"Fargo" to idealny wybór na zimowy wieczór przed telewizorem. Ponieważ na ewentualny czwarty sezon serialu "Fargo" będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, postanowiłem przypomnieć sobie klasykę, od której się wszystko zaczęło. Mowa rzecz jasna o oscarowym hicie braci Coen, a więc kinowym "Fargo" z 1996 roku. 

Pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobił na mnie ten film, gdy oglądałem go jako nastolatek. Ot na pozór zwykła historia kryminalna dziejąca się w małym miasteczku na północy USA, która nieoczekiwanie zmienia się w groteskową, krwawą spiralę zbrodni. Śledztwo prowadzi pani szeryf w zaawansowanej ciąży (znajdźcie drugi film z takim policyjnym protagonistą!), na pozór prosta i niezbyt bystra kobieta, która jednak okazuje się być jednym z najtwardszych gliniarzy, jakich widziałem na ekranie. To właśnie jej prostota charakteru i zakorzenienie w prawdziwym życiu pozwoliło na rozwikłanie zagadki, przy jednoczesnym zachowaniu zimnej krwi. Nie dziwię się, że Frances McDormand (prywatnie żona jednego z braci Coen), zasłużyła tą rolą na Oscara. Osobiście nie mogę się doczekać przyszłorocznego filmu z jej udziałem, czyli "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" - czuję hit na odległość!

Ale McDormand to nie wszystko. Niezrównani Steve Buscemi i Peter Stormare stworzyli fantastyczny duet psychopatycznych bandziorów, którzy swoją nieudolnością powodują, że trup ściele się gęsto. Dzięki nim "Fargo" jest jednocześnie absurdalne i przerażające. W intro filmu widzimy dopisek, że jest to prawdziwa historia. To oczywiście nieprawda - cały scenariusz został z góry do dołu zmyślony. Ale przebieg akcji jest tak rzeczywisty, że w ułamku sekundy możemy uwierzyć, że coś takiego miało miejsce pewnej zimy na północy Minessoty. I że mieszkają tam dokładnie tacy ludzie, jakich widzimy na ekranie.

Bez sukcesu kinowego "Fargo" nie byłoby równie wspaniałego serialu z 2014 roku (który jest w połowie rebootem, a w połowie kontynuacją filmu). A światowa filmografia byłaby o wiele uboższa. "Fargo" trzeba znać!

Wniosek: Groteskowe, porażające, rewelacyjne. Kultowe!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger