Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Surwiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Surwiwal. Pokaż wszystkie posty
"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

"Raised by Wolves" ("Wychowane Przez Wilki")

O czym to jest: W postapokaliptycznej przyszłości niedobitki ateistów i fanatyków religijnych próbują skolonizować obcą planetę.

wychowane przez wilki serial recenzja HBO

Recenzja serialu:

Skutkiem ubocznym oglądania tylu produkcji ile ja jest to, że coraz ciężej mnie zaskoczyć. Mam nadzieję, że nigdy nie zmienię się w cynicznego krytyka filmowego jak jedna z postaci "Lady in the Water" - tego bym nie chciał! Ale faktem jest, że uczucie "to już gdzieś widziałem" towarzyszy mi coraz częściej. Na szczęście wciąż czasem potrafię się zaskoczyć - tak jak w przypadku "Raised by Wolves", czyli serialu który autentycznie spowodował u mnie opad szczęki i wielodniową traumę. Wow!

Wspominałem już o swoistej dwubiegunowości Ridleya Scotta, niewątpliwie wybitnego reżysera, który potrafi tworzyć zarówno na wskroś kultowe obrazy, jak i straszne szmiry (bez etapu pośredniego - albo jedno, albo drugie). I nigdy nie wiem, na które oblicze Ridleya trafię tym razem! Na szczęście "Raised by Wolves", wyprodukowany przez niego serial (w którym wyreżyserował też dwa pierwsze odcinki) dał nam to, co miał najlepszego w zanadrzu. Efektem jest głębokie, przejmujące, intelektualne kino SF godne najlepszych literackich klasyków jak Lem, Dick czy Clarke. Świat "Raised by Wolves" to postapokaliptyczna wizja przyszłości, w której światowa wojna ateistów z fanatykami religijnymi spustoszyła Ziemię i ludzką cywilizację. Ocaleńcy wyruszyli na odległą planetę Kepler-22b (taka planeta istnieje naprawdę i jest wymieniana jako jedna z potencjalnych kandydatek do kolonizacji przez ludzi, o ile spełnia odpowiednie warunki). Ateiści postawili swoje karty na parę androidów, która już po wylądowaniu wyhodowała i zajęła się wychowaniem grupki małych dzieci. Z kolei fanatycy posłali wielką arkę wypełnioną wybrańcami (czyli przedstawicielami swojej społecznej elity). Nieuchronne spotkanie obydwu frakcji doprowadzi do tragicznych konsekwencji i przeniesienia do nowego świata wszystkich problemów starego. Ale to nie koniec, bowiem Kepler-22b i to co się dzieje na jej powierzchni absolutnie nie jest tym, na co wygląda. I nie miejcie nadziei, że pierwszy sezon da Wam jakieś konkretne odpowiedzi, mało tego - namnoży kolejne pytania i zagadki! Nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Musicie przyznać, że w świetle tego co się dzieje (również w Polsce) całkiem realna staje się wizja globalnego konfliktu tych którzy wierzą w naukę - nazwijmy ich ateistami - ze zwolennikami starego świata chętnymi do tego, by podporządkować całe życie zbiorowi linijek antycznego tekstu, który nie wiadomo kiedy i przez kogo został stworzony. Widać w tym wyraźną analogię do świata wokół nas - płaskoziemcy, antyszczepionkowcy, fanatycy religijni i inni szaleńcy chcą nas aktualnie zatrzymać w mroku przeszłości, krwawo tępiąc tych, którzy mają inne zdanie. Czy przyszłe starcie tych dwóch światów jest nieuniknione? Mam nadzieję że nie, ale zapewne nie dożyję momentu, by się samemu przekonać (może to i lepiej). Czasem lepiej nie wiedzieć, jaki będzie finał historii!

Twórcy "Raised by Wolves" postawili na tak dużą dozę naukowości, jaką tylko mogli. Wszystko co widzimy na ekranie zgadza się z zasadami fizyki, przynajmniej w naszym rozumieniu (wliczając w to naukowe teorie, jak coś mogłoby działać, o ile udałoby się to zbudować). Wizja androidów eksplorujących ludzką naturę nie jest oczywiście niczym nowym, choć akurat w tym serialu androidy są równie szalone jak ich ludzcy twórcy. Duża w tym zasługa głównych aktorów grających Matkę i Ojca - są totalnie wiarygodni i wybitni w tym, jak prezentują swoje postacie. Zwłaszcza Amanda Collin jako krwiożercza, szalona obrończyni swoich i cudzych dzieci - prawdziwa tytułowa wilczyca! Niezły jest też Traviss Fimmel, gwiazdor "Wikingów", zatrudniony w roli przywódcy fanatyków (wprawdzie niczym się nie różni od swej roli Ragnara Lothbroka, ale w tym przypadku to akurat dobrze). 

"Raised by Wolves" to szarpiące duszę, pełne niepokoju kino SF na pograniczu horroru. Kosmos to paskudne miejsce, a obce planety tym bardziej. Dlatego dbajmy o tą, którą dostaliśmy w darze, bo lepszej nigdy nie znajdziemy! Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony i rozwijanie intrygi, licząc na godne zamknięcie namnożonych wątków. Oj będzie się działo!

Wniosek: Głęboko intelektualne SF godne klasyków gatunku. Zostaje w głowie!


"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")

"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")

O czym to jest: Nad północną półkulę nadciąga nowa epoka lodowcowa.

pojutrze film recenzja dennis quaid jake gyllenhaal

Recenzja filmu:

Tak patrzę sobie na to, co dzieje się z pogodą za oknem i myślę sobie, że tylko skrajny idiota lub ignorant może wątpić w trwającą zmianę klimatu. Jak i kiedy się ona zakończy to nie wiem (pewnie i tak nie będzie to za mojego życia), ale jednego jestem pewien - Ziemia na pewno nie będzie wyglądać tak samo. 

Katastroficzne widowisko "Pojutrze" przedstawia pewną interesującą wizję, w której globalne ocieplenie powoduje... epokę lodowcową. Brzmi absurdalnie? Otóż wcale nie - pomysł na film jest oparty na prawdziwej teorii naukowej (którą jednak niedawno obalono). Nie będę się teraz wdawał w geograficzne zawiłości, powiem tylko tyle: teoretycznie to jest możliwe. A zatem mamy już dobrą nadbudowę do fajnego, rozrywkowego kina. I powiem wam moi drodzy, że twórcy filmu stanęli na wysokości zadania. "Pojutrze" ma wszystko na swoim miejscu - akcję, tempo, świetnych aktorów i dobre efekty specjalne (scena lodowych huraganów wgniata w fotel!). Oczywiście po raz kolejny obrywa się Nowemu Jorkowi i Statui Wolności, ale uznajmy to za hołd dla klasyki gatunku. Na pierwszy rzut oka mogą też razić pewne uproszczenia i skrócenia wątków, tudzież na siłę dodane sceny akcji (ot chociażby sekwencja z wilkami). Ale kino popcornowe rządzi się swoimi prawami, więc nie ma co się obrażać!

Dennis Quaid to jeden z moich ulubionych aktorów i bardzo mi miło, że zagrał tu główną rolę (to dla mnie przywilej oglądać go na ekranie). Warto zauważyć, że jego syna gra młody Jake Gyllenhall - to jedna z tych ról która zaczęła go windować coraz wyżej w Hollywood. No i nie zapominajmy, że pojawi się też kultowy Ian Holm! Dla tych nazwisk chyba warto sięgnąć po "Pojutrze", nieprawdaż?

Polecam wracać do tej historii od czasu do czasu by zadumać się nad zmieniającą się planetą i tym, jaki mamy na nią wpływ. Dodam też prywatnie, że "Pojutrze" fantastycznie sprawdza się zwłaszcza w upalne dni. Chłodzi niemal natychmiast!

Wniosek: Rewelacyjne kino katastroficzne i na dodatek całkiem niegłupie.


"Predator"

"Predator"

O czym to jest: Amerykańscy komandosi walczą w dżungli z kosmitą.

predator 1987 schwarzenegger ventura black recenzja filmu

Recenzja filmu:

Kultowości nie można zaprogramować. Mało tego - trudno ją nawet przewidzieć. "Predator" miał być kolejnym filmem klasy B, jakich w latach 80. nie brakowało. Ot jedna z wielu historyjek ówczesnego kina akcji, z popularnym (do dziś) Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Ale tak się jakoś stało, że ta popcornowa strzelanka stała się jednym z najbardziej ikonicznych filmów akcji w historii, rozpoczynając cykl, który trwa już ponad 30 lat!

Kluczem do sukcesu "Predatora" był fakt, że wszyscy aktorzy i twórcy dali z siebie absolutnie wszystko. Choć fabuła brzmi wyjątkowo absurdalnie - amerykańscy komandosi walczą w środkowoamerykańskiej dżungli z paskudnym kosmitą - to sposób w jaki ją zrealizowano jest dosłownie perfekcyjny. Cały film nakręcono nie w studiu, a w prawdziwej dżungli, co zapewniło niezbędny realizm. Każdy z komandosów wręcz kipi testosteronem i widać, że nie dorobił się swoich muskułów przypadkowo (dwóch z nich było zresztą weteranami z Wietnamu, a kolejnych dwóch zawodowymi sportowcami). Imponuje również zróżnicowanie etniczne obsady - biali, Afroamerykanie, latynosi, a nawet pełnokrwisty Indianin. Otwierająca film sekwencja jest tak męska, że można sobie wyhodować wąs podczas seansu. I te teksty! "Predator" zawiera jedną z najlepszych kolekcji one-linerów w historii Hollywood, głównie w wykonaniu samego Schwarzennegera (choć wtóruje mu w tym sławny Jesse Ventura). 

A sam Predator? Nie licząc "The Thing", ten film zaprezentował jeden z najlepszych kostiumów kosmitów, jaki widziałem na ekranie - a uwierzcie mi, że widziałem większość. Noszenie go było wprawdzie torturą dla aktora, ale się opłaciło. Predator do dziś dzień wygląda przerażająco realistycznie i naprawdę można sobie wyobrazić, że taki stwór czyha gdzieś w parnej, upiornej dżungli. Nic tylko chwytać za karabin maszynowy i do boju!

Wniosek: Jeden z najlepszych filmów akcji w historii.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")

"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")

O czym to jest: Grupa rozbitków odkrywa antyczny statek kosmiczny po drugiej stronie wszechświata.

gwiezdne wrota wszechświat serial

Recenzja serialu:

Ze wszystkich rzeczy, jakie mogą mnie wkurzyć w filmach i serialach, najbardziej nie znoszę marnowania potencjału. Pół biedy, jeśli jest to pierwsze podejście do tematu i komuś po prostu nie wyjdzie. Ale mieć gotowy przepis, który udał się już dwa razy i zawalić po całości - do tego trzeba prawdziwego zdolniachy! Niestety ten smutny los spotkał "Stargate Universe", drugi spin-off kultowego serialu "Stargate SG-1". Pod względem efektów i jakości wykonania - majstersztyk na światowym poziomie. Pod względem fabuły - absurdalna w swej skali tragedia... 

Ale zacznijmy od początku. Tym razem bohaterowie przez przypadek wylądowali na statku kosmicznym po drugiej stronie wszechświata, odpalonym miliony lat wcześniej przez antycznych kosmitów celem odkrycia śladów inteligencji z okresu Wielkiego Wybuchu. Ponieważ amerykańscy wojacy (wraz z bandą fajtłapowatych naukowców) trafili tu niejako przez przypadek, nie mieli ze sobą odpowiedniego sprzętu ani wyposażenia, a na dodatek ich nowy dom okazał się zardzewiałą balią, której dawno temu minął okres przydatności do użytku. W ten sposób zyskaliśmy wątek surwiwalowy - jak przetrwać w realiach kurczących się zarobów, na statku który nie działa i którego nikt nie potrafi obsługiwać. Brzmi dobrze, prawda? 

Rozumiem zamysł. Twórcom ewidentnie znudziła się prosta przygodówka w stylu wspomnianego "Stargate SG-1" i "Stargate Atlantis". Dlatego też, zafascynowani poważnym tonem i głębią emitowanego ówcześnie rewelacyjnego "Battlestar Galactica", postanowili stworzyć coś podobnego w mrocznym, apokaliptycznym klimacie. Niestety w ten sposób pozbawili się największych atutów uniwersum "Stargate" - optymizmu, humoru, sympatycznych postaci i karuzeli szalonych pomysłów fabularnych, które - choć totalnie nierealistyczne - świetnie się sprzedawały na ekranie. W efekcie z "Universe" powstał gniot będący chimerą serialu o nastolatkach i quasi-dramatu obyczajowego, tyle że w kosmosie. Co jednak najgorsze, do minimum ograniczono obecność gwiezdnych wrót jako takich, kładąc główny nacisk na wątek statku kosmicznego, na którym utknęli bohaterowie. I gdyby tylko o tym traktował ten serial, mógłbym to przeżyć. Ale niestety za pomocą durnego triku fabularnego załoga statku mogła "przenosić umysły" na Ziemię, gdzie (tkwiąc w ciele innych ludzi) włóczyli się bez celu i sensu, przeżywając różnego rodzaju kryzysy emocjonalne. Tak, dobrze myślicie: rozstania, zdrady małżeńskie, łzy, przytulanie, używki i dylematy godne klasycznej mydlanej opery. Bez komentarza! 

Twórcy serialu szybko zrozumieli swój błąd, bo już po pierwszym sezonie z werwą zabrano się do naprawy formy. Zrezygnowano z żenujących piosenek na koniec każdego odcinka. Zaprzestano melodramatycznych wycieczek na Ziemię. Wprowadzono więcej akcji, więcej kosmitów i więcej porządnej nawalanki. Płaczliwy pułkownik Young zyskał nową pewność siebie i sporą dozę energii godną dowódcy statku. Gładziutki porucznik Scott przestał się obnosić z dziecięcą naiwnością niedoszłego księdza. Zminimalizowano postać Chloe, nastoletniej córki senatora (i najbardziej zbędnej postaci w historii tego uniwersum). Główny antagonista - doktor Rush - zamienił wyniosłą arogancję na bardziej ludzkie oblicze. Z kolei mocne punkty serialu - rewelacyjny Eli (pokładowy nerd i jedyna w 100% sympatyczna postać serialu) oraz uroczo niegrzeczny sierżant Greer pozostali tacy jak wcześniej. Dzięki temu drugi sezon był naprawdę w porządku. Niestety było już za późno, by naprawić szkody - oglądalność zdążyła polecieć na łeb na szyję, co w konsekwencji doprowadziło do skasowania serialu i całego uniwersum jako takiego. I tego nie wybaczę, bo założenia "Universe" pozwoliłyby na jeszcze wiele sezonów fantastycznych przygód. Szkoda, że tak to się wszystko potoczyło. 

Szkoda ze względu na niektóre fajne postacie, na scenografię (koncept statku Destiny jest przegenialny), na efekty specjalne, no i na wybitną oryginalną ścieżkę dźwiękową (która, z powodu przedwczesnej śmierci kompozytora, niestety nigdy nie wyszła na płycie CD). To naprawdę dało się zrobić o wiele lepiej.

Wniosek: Niewiarygodnie zmarnowany potencjał na świetny serial.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


"The Terror"

"The Terror"

O czym to jest: Opowieść o zaginionej wyprawie Franklina, próbującej odnaleźć Przejście Północno-Zachodnie.

terror serial recenzja plakat franklin cozier

Recenzja serialu:

Zaginięcie wyprawy kapitana Johna Franklina, który w 1845 roku wraz z dwoma statkami próbował pokonać arktyczne Przejście Północno-Zachodnie z Atlantyku na Pacyfik, to jedna z większych marynistycznych zagadek w historii. Ta opowieść zawsze mnie fascynowała, więc zanim przejdziemy do omówienia serialu, przedstawię garść faktów historycznych. W 1845 dwa brytyjskie okręty wojenne Terror i Erebus, wyruszyły w podróż ze 129 osobami na pokładzie. Wyposażono je w najnowszą ówczesną technologię i załadowano zapasami w nadziei, że doświadczone załogi (z których część miała już polarne wyprawy na koncie) poradzą sobie z każdą przeciwnością losu. Niestety obydwa okręty, a także ich załogi, przepadły bez wieści. Dopiero w ostatnich latach znaleziono ich wraki, co potwierdziło przypuszczenia: statki zostały uwięzione w lodzie i ostatecznie zatonęły. Odnaleziona wiadomość głosiła, że zanim do tego doszło, marynarze opuścili statki w 1848 roku i pieszo ruszyli na południe w desperackiej próbie ocalenia życia. Mieszkający tam Innuici w kolejnych latach widzieli obdartych białych mężczyzn, na wpół oszalałych z głodu i wycieńczenia, maszerujących i ciągnących szalupy po lodzie. Nieliczne znalezione szkielety i groby dokładnie zbadano - okazuje się, że marynarze wymierali jeden po drugim, a ciała zmarłych zjadali. Ponadto wszyscy cierpieli na poważne zatrucie ołowiem (a także takie choroby jak szkorbut czy gruźlica), powstałe na skutek spożywania źle przygotowanych konserw oraz - prawdopodobnie - eksperymentalnej instalacji do odsalania wody pitnej. Tyle faktów.

W oparciu o te wydarzenia pisarz Dan Simmons napisał książkę, w której bardzo wiernie odtworzył prawdopodobne losy wyprawy z jednym małym dodatkiem: obecności przerażającego potwora, który na równi z chorobami, głodem i zimnem wybijał naszych bohaterów. Wspomnianą książkę w tym roku zekranizowano w formie dziesięcioodcinkowego serialu. Jest to więc historia oparta na faktach... albo raczej pewnej ich interpretacji. Bo skoro nie wiemy, co tak naprawdę spotkało marynarzy z wyprawy Franklina, to może rzeczywiście zmierzyli się z czymś, czego żaden człowiek nie powinien oglądać? Tego już, niestety, nigdy się nie dowiemy. Faktem jest, że śnieżne polarne pustynie to wręcz idealna lokalizacja na wysokogatunkowy horror - przypomnijcie sobie chociażby kultowy film "The Thing". Serial "The Terror" nie jest wcale gorszy. Jest tu wystarczająca dawka grozy i naturalizmu, by poruszyć nawet zatwardziałego widza - dotyczy to zwłaszcza pierwszych odcinków.

Scenografia stanęła na wysokości zadania, starając się - na miarę telewizyjnego budżetu - stworzyć iluzję Arktyki. I choć w wielu miejscach widać było spore niedoskonałości, to jednak pozwoliłem sobie by ich nie widzieć, dzięki czemu bawiłem się o wiele lepiej. Kolejnym bardzo mocnym punktem jest aktorstwo. Kapitana Franklina zagrał niezawodny Ciarán Hinds, którego znacie jako Cezara z "Rzymu" oraz Króla-Za-Murem z "Gry o Tron". I choć wydawałoby się, że to on jest głównym bohaterem, to nic bardziej mylnego. To tak naprawdę opowieść o dowódcy Terroru (Franklin dowodził Erebusem), czyli kapitanie Crozierze - stąpającym twardo po ziemi, cynicznym Irlandczyku ze zbyt wielką skłonnością do butelki. Zagrał go Jared Harris, który dopiero w ostatnich latach dorobił się zasłużonej rozpoznawalności. Crozier jest fantastycznym protagonistą, którego od samego początku kochamy za szczerość i wrodzony rozsądek - coś, czego brakuje pozostałym oficerom, opętanym wizją niezwyciężonego brytyjskiego imperium. Przyznaję, że oglądanie jego przygód stanowiło prawdziwą przyjemność.

Niestety mimo tych wielkich zalet mam do "The Terror" parę zastrzeżeń. O ile początek serialu jest rewelacyjny, to problem pojawia się gdy nasi bohaterowie postanawiają wyruszyć w pieszą odyseję na południe. Z jakichś powodów zabiło to klimat opowieści. Akcja stała się chaotyczna, zbyt skrótowa i za mało porywająca. Odnoszę wrażenie, że dziesięć odcinków okazało się jednak niewystarczające, by dobrze oddać ducha wyczerpującej wędrówki. Co najgorsze, finalne czyny niektórych postaci i ich wielki heroizm ostatecznie nie miały żadnego wpływu na przebieg opowieści. Tak samo główny czarny charakter okazał się zbyt mało porywający w swym szaleństwie, by zapisać się czymś wyjątkowym w historii telewizji. Niestety na sam koniec serialu zamiast katharsis odczułem jedynie lekkie znużenie. Nie zatarło ono wprawdzie fantastycznych odczuć po seansie pierwszych odcinków, ale pozostawiło spory niedosyt.

Cieszę się, że historia wyprawy Franklina została nareszcie zekranizowana (nawet w fantastycznej formie z potworem w tle). Świat powinien pamiętać o tej ostatniej wielkiej wyprawie w dziejach ludzkości, która miała wypełnić wszystkie białe plamy na mapie. A co tak naprawdę stało się z załogami Terroru i Erebusa? To już pozostawię waszej wyobraźni.

Wniosek: Na początku rewelacyjne, potem nieco traci tempo.


"Dante's Peak" ("Góra Dantego")

"Dante's Peak" ("Góra Dantego")

O czym to jest: W małym miasteczku w USA wybucha wulkan.

góra dantego plakat recenzja filmu pierce brosnan linda hamilton

Recenzja filmu:

Nie myślałem, że jeszcze kiedyś obejrzę ten film. To jeden z tych, które bardzo chciałem mieć na kasecie wideo gdy byłem dzieciakiem, ale nigdy nie udało mi się go zdobyć. Ale nie szkodzi, bo za to miałem "Wulkan" z Tommy Lee Jonesem, więc wychodzi prawie na to samo. Wspominałem wielokrotnie o hollywoodzkiej modzie kręcenia dwóch filmów naraz na ten sam temat. Tak też się stało w roku 1997, gdy jednocześnie do kina wszedł wspomniany "Wulkan" (gdzie erupcja niszczy spory kawałek Los Angeles), jak i "Góra Dantego", gdzie ten los spotyka małe amerykańskie miasteczko.

Jeśli spodziewacie się, że "Góra Dantego" powtarza wszystkie klisze z filmów klasy "samotny heros ratuje niewinną amerykańską rodzinę w idyllicznym miasteczku", to macie rację. Tak właśnie w latach 90. kręcono przygodowe kino akcji. Oczywiście tylko nasz bohater przeczuwał katastrofę, a nikt inny mu nie wierzył (łącznie z kolegami z pracy). A gdy doszło do nieuniknionego, tylko on był w stanie uratować mnóstwo ludzi, w tym wzorcową rodzinę w składzie: samotna matka, dwójka rezolutnych dzieci (oczywiście chłopiec i dziewczynka) oraz bohaterska babcia (i pies!). Na szczęście "Górę Dantego" mimo upływu lat ogląda się w miarę przyzwoicie. Na plus oceniam obsadę (Pierce Brosnan zawsze się nienagannie prezentuje, jak na Bonda przystało), w tym kultową Lindę Hamilton, która wówczas jeszcze wyglądała jak człowiek. Efekty specjalne też są niczego sobie, a scena ucieczki terenówką przez chmurą wulkanicznego pyłu przeszła do historii kina. Zresztą umówmy się, że erupcja wulkanu zawsze wygląda świetnie! 

"Góra Dantego" nie wniesie nic odkrywczego do waszego życia, ale zapewni za to dwie godziny przyjemnej, prostej i przyjaznej rodzinie rozrywki. Czy właśnie nie po to oglądamy filmy? 

Wniosek: W sam raz na prostą, familijną rozrywkę.


"K2"

"K2"

O czym to jest: Dwóch przyjaciół próbuje zdobyć K2 w Himalajach.

K2 recenzja filmu michael biehn

Recenzja filmu:

Z zapartym tchem śledziłem niedawną akcję ratunkową polskich himalaistów, próbujących na Nanga Parbat uratować polsko-francuską parę wspinaczy. To też zainspirowało mnie do ponownego sięgnięcia po prawdziwą klasykę i jeden z tych filmów, na których się wychowałem - czyli "K2". Do czasu nakręcenia "Everestu" był to najlepszy film o himalaizmie i nawet dziś, mimo upływu lat, nie stracił nic ze swojej mocy i tempa.

"K2" to fikcyjna, choć inspirowana wieloma prawdziwymi historiami, opowieść o dwóch kolegach. Jeden jest bezwzględnym prawnikiem, playboyem i lekkoduchem. Drugi człowiekiem rodzinnym i szanowanym profesorem fizyki. Łączy ich miłość do gór i przekraczania granic możliwości ludzkiego organizmu. Gdy dostają propozycję udziału w wyprawie na drugą najwyższą górę świata, nie wahają się. I tak zaczyna się przygoda... To w skrócie fabuła "K2". Jak można się domyśleć, to klasyczny film surwiwalowy o sile ludzkiego ducha i niewiarygodnym heroizmie. Czyli o tym, czym jest zawodowy himalaizm - ryzykowaniem własnego życia by dotrzeć tam, gdzie nie doszedł prawie żaden człowiek. Jedni nazwą to głupotą, nieodpowiedzialnością i ryzykanctwem. Ja nazwę to podążaniem za zewem odkrywcy, który od tysięcy lat pcha naszą cywilizację do przodu. Gdyby nie ten zew, nie stanęlibyśmy na Księżycu, nie nurkowalibyśmy w oceanach i nie zdobywali biegunów. Trzeba pamiętać, że w sytuacjach skrajnych, na granicy życia i śmierci, z człowieka wychodzą najlepsze (a czasem i najgorsze) cechy. Dopiero wtedy można się sprawdzić i zobaczyć, kim się naprawdę jest. 

Warto też wspomnieć, że prócz fantastycznych zdjęć, wartkiej fabuły i muzyki Hansa Zimmera (z czasów zanim jeszcze stał się legendą), "K2" posiada jeszcze jeden wielki atut - Michaela Biehna w obsadzie. To kultowy aktor dla każdego, kto wychował się w latach 80. i 90. Warto przekonać się samemu, czy udało mu się dojść na szczyt K2. Oraz - co nawet ważniejsze - z niego wrócić...

Wniosek: Świetne kino o tym, czym jest himalaizm.


"Flight of the Phoenix" ("Lot Feniksa")

"Flight of the Phoenix" ("Lot Feniksa")

O czym to jest: Grupa rozbitków buduje samolot ze szczątków wraku.

lot feniksa film 2004 recenzja dennis quaid

Recenzja filmu:

"Lot Feniksa" to jeden z moich ulubionych filmów przygodowych. Chyba mam jakąś słabość do kina surwiwalowego, co chyba nie powinno mnie dziwić, skoro w trójce moich ulubionych książek znajduje się "Robinson Crusoe". A poza tym od czasów "Dragonheart" mam słabość do Dennisa Quaida.

Film nakręcono w 2004 roku jako remake niemal identycznej historii z 1965 roku. Wielu znawców kina (jak to zwykle bywa) stawia oryginał na piedestale, hejtując jednocześnie remake. Zupełnie tego nie rozumiem, bo nowy "Lot Feniksa" jest po prostu świetny! Trudno mu cokolwiek zarzucić. Scenografia, scenariusz, zwroty akcji, gra aktorska... Jest solidnie i bez ani jednej wtopy. Jeśli nie wierzycie, to wyobraźcie sobie film, w którym Dennis Quaid, Miranda Otto, Hugh Laurie oraz Giovanni Ribisi budują samolot pośrodku pustyni. Ludzie kochani, przecież z taką obsadą to nie może być złe! Czasem nakręcenie na nowo starej produkcji bez istotnych zmian w fabule wystarcza w zupełności na dobre kino (tak jak np. w przypadku "Sahary"). 

Trudno napisać o "Locie Feniksa" coś więcej, bo to naprawdę prosty i na swój sposób nieskomplikowany film. Mamy grupę bohaterów (każdy prezentuje inny typ osobowości i ma inne umiejętności), wspólny cel działania, a także przeszkody, które muszą pokonać (zaczynając od warunków pogodowych, a na mongolskich przemytnikach kończąc). Klasyka! Wracam do tej historii raz za razem i na pewno prędko mi się nie znudzi.

Wniosek: Bardzo fajne, rozrywkowe kino przygodowe.


"Deepwater Horizon" ("Żywioł - Deepwater Horizon")

"Deepwater Horizon" ("Żywioł - Deepwater Horizon")

O czym to jest: Prawdziwa historia katastrofy platformy wiertniczej Deepwater Horizon.

żywioł deepwater horizon film recenzja wahllberg malkovich russell

Recenzja filmu:

No to Peter Berg (reżyser) i Mark Wahlberg (aktor) zaskoczyli mnie po raz drugi. Po zadziwiająco udanym wojennym dramacie „Lone Survivor”, panowie zaprezentowali prawdziwą i bardzo wierną faktom historię eksplozji i zatonięcia platformy wiertniczej Deepwater Horizon w Zatoce Meksykańskiej. Katastrofa przyniosła ofiary śmiertelne i wywołała największą klęskę ekologiczną w historii USA. Wyciek ropy udało się zatamować dopiero po kilku miesiącach, a jego skutki cały region będzie odczuwał przez dziesięciolecia. Idealny temat dla Hollywood, prawda? 

Po słabym trailerze obawiałem się kukurydzianego amerykańskiego patosu z flagą w tle. I choć flaga faktycznie była, to „Deepwater Horizon” okazał się filmem wartkim, trzymającym w napięciu, doskonale nakręconym i zagranym. Oczywiście Mark Wahlberg nie dostanie za tą rolę Oscara, ale przynajmniej wypadł bardzo wiarygodnie, wspomagany na dodatek przez takie legendy kina jak Kurt Russell i John Malkovich. Fantastycznie pokazany został cały skomplikowany proces prowadzący do katastrofy – problemy techniczne, ignorowanie procedur bezpieczeństwa i zwykła korporacyjna chciwość. Świetnym ruchem twórców była minimalizacja efektów specjalnych na rzecz pirotechniki i staromodnej roboty filmowej: solidnej scenografii, dynamicznych ujęć, wpadającej w ucho muzyki i sprawnego montażu. 

„Deepwater Horizon”, jak mało który film, pokazuje świat platform wiertniczych i przemysłu paliwowego, gdzie w grze są gigantycznie pieniądze, a ludzie pracują w naprawdę niebezpiecznych warunkach. Ogląda się go jak dokument, co moim zdaniem tylko podkreśla jego wartość. Nie mogę się doczekać wydania na Blu-ray – chcę go do kolekcji! 

P.S. Co ciekawe, duet Berg-Wahlberg pracuje właśnie nad filmem „Patriots Day” o zamachu w Bostonie w 2013 roku. Czyżby szykował się kolejny hit?

Wniosek: Świetny film. Rewelacyjnie się ogląda!


"Cloverfield" ("Projekt: Monster")

"Cloverfield" ("Projekt: Monster")

O czym to jest: Wielki potwór demoluje Nowy Jork.

projekt monster film recenzja j. j. abrams

Recenzja filmu:

Zapomnijcie o "Godzilli"! Jeśli myślicie, że w tematyce wielkich potworów depczących po metropoliach współczesne kino pokazało już wszystko, to będziecie mile zaskoczeni. "Cloverfield" proponuje widzom unikalny punkt widzenia na tego typu zdarzenie - mianowicie nie z perspektywy potwora jako takiego, ale zwykłych ludzi, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w nieodpowiednim mieście.

Cały film od pierwszego do ostatniego ujęcia to tzw. found footage, a więc obraz nakręcony z perspektywy amatorskiego kamerzysty (ostatnio taki styl zafundował nam Shyalaman w "Wizycie"). Dodaje to niesamowitego dynamizmu i klimatu, doprowadzając widza nierzadko na skraj choroby lokomocyjnej. Nie mamy tu szerokich, panoramicznych ujęć bestii demolującej budynki i pożerającej autobusy. Widzimy jedynie kawałek macki, gigantyczny szpon czy walące się w gruzy kwartały ulic. Umiejętny reżyser za pomocą gry aktorskiej, sprytnych ujęć oraz efektów specjalnych tu i tam, potrafi z tego zrobić arcydobry horror bądź film katastroficzny. Mimo że film trwa mniej niż półtorej godziny, widz w ogóle tego nie czuje, patrząc w hipnozie w ekran i bojąc się o los bohaterów. Nie należy też zapominać o odpowiedniej dawce epy, którą zapewniają hordy dzielnych amerykańskich wojaków, ruszających na straceńczą walkę z potworem. Pełen kult! Jest rozmach, jest moc, jest tempo i jest hit!

Aktorsko "Cloverfield" wypada bardzo solidnie - postacie zachowują się "normalnie", tak jak przeciętni młodzi ludzie, których los postawiłby przed takim wyzwaniem. Do samego końca nie wiemy kto przeżyje, a kto zginie w szponach potwora. Mniej istotne jest skąd się ten potwór wziął, i jak (jeśli w ogóle) został pokonany. Bestia jest tu raczej alegorią każdego innego kataklizmu, jaki mógłby nawiedzić wielką metropolię (przypomina się od razu 11 września, czy też huragan Katrina w Nowym Orleanie). To także studium ludzkich zachowań i historia o zwykłym heroizmie normalnych ludzi. I właśnie to drugie dno stanowi o kultowości tego filmu. Trzeba znać, oglądać i wracać do tej produkcji od czasu do czasu!

Wniosek: Świetne! Doskonale nakręcony film bez słabych punktów.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Cloverfield"! >>>


"The Finest Hours" ("Czas Próby")

"The Finest Hours" ("Czas Próby")

O czym to jest: Łódź straży przybrzeżnej próbuje uratować załogę tonącego tankowca.

czas próby film recenzja plakat chris pine casey affleck

Recenzja filmu:

Filmy o morzu zawsze mnie interesowały - pewnie dlatego, że od dzieciństwa żegluję (choć ostatnio niestety już nie mam kiedy). Niemniej staram się śledzić wszelkie interesujące marynistyczne historie, a do takich z całą pewnością należy najsłynniejsza w dziejach USA akcja ratunkowa w wykonaniu U.S. Coast Guard. A było tak: podczas strasznego zimowego sztormu w 1952 roku, tankowiec Pendleton przełamał się na pół. Na pomoc uwięzionym marynarzom wyruszyła mała łódź straży przybrzeżnej dowodzona przez Bernarda Webbera. To, co zrobił Webber i jego trzyosobowa załoga, przeszło do historii amerykańskiego ratownictwa.

Świetny pomysł na film, prawda? Wręcz murowany przepis na hit, nic więc dziwnego, że zajęła się nim wytwórnia Disneya. Chwalę scenariusz, który został znakomicie napisany - miał odpowiednią dozę epy, akcji, emocji, klimatu, a także całkiem przyzwoite dialogi. Do roli głównej zaangażowano Chrisa Pine'a, przed którym stało trudne zadanie zrzucenia gęby kapitana Kirka ze "Star Treka". Na szczęście poradził sobie bardzo dobrze, grając na zupełnie inną, znacznie spokojniejszą nutę (idealnie wpasowaną w styl rodem z lat 50.). Fajnie było zobaczyć również Casey'ego Afflecka (tego brzydszego i zdolniejszego z braci Afflecków), a także znaną z "Rodziny Borgiów" Holliday Grainger oraz Grahama McTavisha, mojego ulubionego groźnego Szkota (znanego bardziej jako Dwalin z "Hobbita"). Nawet posępny Eric Ba(na)na w tle dobrze odegrał swoją rolę. 

No dobra, mamy więc dobry scenariusz i obsadę, ale czy mamy dobry film? Obawiam się, że jest z tym pewien problem. Po pierwsze, "The Finest Hours" jest niezwykłe spokojne jak na film katastroficzny. Za spokojne! Bohaterowie zachowują zimną krew i wręcz flegmatyczne opanowanie, niezależnie od tego czy walczą o przetrwanie na tonącym statku, zmagają się z falami, zamarzają czy tęsknią za ukochanymi. O ile na początku filmu ten spokój budował fajną kameralną atmosferę, to utrzymywanie go podczas dynamicznych scen akcji (a tych było niemało) kompletnie zabiło tempo filmu! Ponieważ wiem, że występujący tu aktorzy potrafią grać ekspresywnie, zrzucam całą winę na reżysera. Nie wiem, jaki chciał osiągnąć zabieg artystyczny, ale z całą pewnością poniósł porażkę. Mam również zastrzeżenia co do jakości wykonania efektów i dekoracji - nasi dzielni ratownicy, pędząc po sztormowych falach na ratunek, wyglądają jakby powoli sunęli na rowerku po kwiecistej łące. Nie ma tu emocji, nie ma zacięcia w oczach, a widz oczyma wyobraźni widzi wszechobecny blue screen, który otaczał aktorów na planie (zresztą animacja wody pozostawia sporo do życzenia). Wręcz nie do zniesienia jest zbyt mała ilość wody (!) na twarzach i ciałach bohaterów, brak wiatru, a także kompletny brak reakcji na konieczne w takim wypadku wszechobecne zimno i stanie na skraju hipotermii. 

Mam też zarzuty co do końcówki klasy "powiewający gwieździsty sztandar" - czyli czerstwej, płaskiej i stosującej tanie chwyty. Jest mi smutno, bo taka historia z takim scenariuszem zasługiwała na znacznie lepszą odsłonę. Pozostaje mieć nadzieję, że pewnego dnia dożyję rebootu.

Wniosek: Świetny pomysł na film, ale niestety kulawe wykonanie.


"The Revenant" ("Zjawa")

"The Revenant" ("Zjawa")

O czym to jest: Pozostawiony na śmierć traper wyrusza się zemścić.

zjawa film recenzja plakat leonardo dicaprio tom hardy

Recenzja filmu:

Gdyby Terrence Malick nakręcił remake "Jeremiah Johnsona", wyszedłby mu "The Revenant". Tak w jednym zdaniu można streścić ten film. Ale wyjaśnijmy dokładnie, co mam na myśli. Musicie wiedzieć, że "Jeremiah Johnson", wspaniały western z Robertem Redfordem z 1972 roku, to mój ulubiony film i w moim odczuciu najlepszy, jaki widziałem w życiu. Oparty jest na faktach i opowiada o traperze, który na początku XIX wieku mieszkał w dzikich ostępach Ameryki Północnej - tam polował, miał rodzinę, walczył z Indianami... Brzmi znajomo? Owszem, bo dokładnie o tym samym opowiada "The Revenant" autorstwa meksykańskiego reżysera Alejandro G. Iñárritu, choć jest oparty na innych zdarzeniach i innej legendarnej postaci z historii Dzikiego Zachodu.

Rzecz wydarzyła się w 1823 roku. Hugh Glass, doświadczony traper, został ciężko ranny w starciu z niedźwiedziem. Jego towarzysze, zakładając że prędko umrze na skutek odniesionych ran, wrzucili go żywcem do grobu i zostawili na pewną śmierć. Tymczasem Glass, nie dość że wyczołgał się z grobu, to jeszcze ruszył za kompanami w pogoń... Oto prawdziwa historia, którą film opowiada dosyć wiernie, choć z koniecznymi dla fabuły ubarwieniami i dodatkami. Trzeba zaznaczyć, że "The Revenant" to wizualny cud kinematografii - ale trudno się dziwić, bowiem zdjęcia do niego robił prawdopodobnie najlepszy obecnie operator świata, Emmanuel Lubezki (ten sam co filmował "Birdmana" i "Grawitację"). A ponieważ Lubezki to także ulubiony operator reżysera-poety Terrence'a Malicka, zapewne rozumiecie, dlaczego od razu ten film skojarzył mi się z jego dziełami. Nastrojowe kadry, piękne okoliczności przyrody kręcone przy naturalnym świetle, atmosfera pogranicza jawy i snu, a przy tym ogromna doza naturalizmu i tak bliskich ujęć, że oddech aktorów wręcz osadzał się na obiektywie kamery. "The Revenant" to uczta dla zmysłów, z niesamowitym podkładem dźwiękowym, który żal przegapić w kinie.

Jednocześnie to film niezwykle kameralny, wręcz zbyt kameralny jak na kino, dlatego czułem się trochę niekomfortowo, oglądając go na dużej sali pełnej widzów. Myślę, że lepiej bym się bawił, smakując go w domowym zaciszu, samotnie, na wygodnej kanapie i przy zgaszonym świetle. Technicznie jest oczywiście bez zarzutu i nie licząc kilku zgrzytów fabuły, nie jestem w stanie mu nic zarzucić. Ale czy było to arcydzieło? Sam nie wiem. Na pewno był za długi i chyba za bardzo nastawiony na przygodę i akcję. Brakowało mi momentów, w których Leonadro DiCaprio mógł pokazać coś więcej prócz potwornego, fizycznego poświęcenia (rzeczy, które robił na planie, np. kąpiele w lodowatych strumieniach, jedzenie surowego mięsa czy tarzanie się nago po śniegu prawdopodobnie przejdą do historii kina jako przykład wyrzeczeń dla roli). Ale dla mnie wybitny film musi mieć w sobie to "coś" co spowoduje, że poruszy najgłębszą strunę mojej duszy (tak jak to zrobił zeszłoroczny film duetu Iñárritu/Lubezki, czyli wspomniany "Birdman"). Niestety nie poczułem tego oglądając "The Revenant".

I teraz odpowiedzmy sobie na najważniejsze pytanie: czy DiCaprio zasłużył tą rolą na Oscara? Moim zdaniem, jeśli go dostanie, to niekoniecznie za ten film, a bardziej za całokształt dotychczasowej twórczości (wielka szkoda, że Leonardo nie otrzymał tej nagrody za "Wilka z Wall Street"). Uważam, że lepiej od DiCaprio w "The Revenant" zagrał Tom Hardy. Jego postać była niezwykle wyrazista, pełna głębi i ogromnie przejmująca. Dodajmy też, że Hardy był do siebie tak niepodobny, że gdyby nie to samo nazwisko, nigdy bym nie uwierzył, że to ten sam aktor, który zagrał w "Mad Maxie" czy "The Dark Knight Rises". Drugą gwiazdą był Domhnall Gleeson, którego przypadkowo widziałem tu w trzeciej roli z rzędu (po "Przebudzeniu Mocy" i "Ex Machinie"). I wiecie co? Również był tu absolutnie nie do poznania! Coś czuję, że z tego młodego aktora wyrośnie w przyszłości wielka gwiazda! Oczywiście nie twierdzę, że DiCaprio zagrał źle, bo zrobił to fenomenalnie. Jego poświęcenie dla tej roli, wysiłek jaki włożył w swoją postać i talent aktorski zasługują na wyróżnienie. Ale czy za dziesięć lat widzowie będą go pamiętać właśnie z tej roli? Obawiam się, że jednak z innych.

Nie wiem, czy lubicie westerny, ale powinniście poznać "The Revenant" choćby z powodów wizualnych. To jedna z głośniejszych premier tego roku, choć wszyscy spodziewaliśmy się nieco więcej. Na szczęście film dobry w 95% wciąż jest świetną rozrywką!

Wniosek: Wspaniały wizualnie, dobry film... Ale nie arcydzieło.


"In the Heart of the Sea" ("W Samym Sercu Morza")

"In the Heart of the Sea" ("W Samym Sercu Morza")

O czym to jest: Prawdziwa historia statku Essex, na podstawie której powstał "Moby Dick".

w samym sercu morza film recenzja plakat moby dick

Recenzja filmu:

XIX-wieczna powieść "Moby Dick" autorstwa Hermana Melville'a to jeden z kanonów amerykańskiej literatury. Większość z was zapewne słyszała o przygodach Izmaela i kapitana Ahaba, polujących na białego wieloryba (a konkretnie kaszalota). Mało jednak osób zdaje sobie sprawę, że ta historia (choć oczywiście nie w takim kształcie) wydarzyła się naprawdę. O tym właśnie opowiada "In the Heart of the Sea" - to nie ekranizacja "Moby Dicka", ale bardzo wierna historia wielorybniczego statku Essex, zatopionego przez kaszalota w 1820 roku. Jednak to przede wszystkim, podobnie jak "Unbroken" czy "Cast Away", historia o przetrwaniu i sile ludzkiego ducha w okrutnych, absolutnie niesprzyjających okolicznościach. 

Polowanie na wieloryby uważam za jeden z największych grzechów ludzkości, porównywalny do wycinania lasów deszczowych w Amazonii i Indonezji. Bezsensowna rzeź tych majestatycznych ssaków była wydarzeniem bez precedensu i niestety trwa po dziś dzień. Dla wielorybiego tłuszczu wybito miliony tych wspaniałych zwierząt. Historia "In the Heart of the Sea" rozpoczyna się na początku XIX wieku, gdy przemysł wielorybniczy pracował pełną parą, głównie za sprawą Amerykanów. I jak przystało na film uznanego reżysera Rona Howarda, wszystko jest tu pokazane bez zarzutu - realia epoki, początki światowego handlu, układy i relacje społeczne pochodzące jeszcze z XVIII wieku, a także szczegóły życia na statku wielorybniczym. To bez wątpienia znakomita okazja, by poznać tą (niestety niechlubną) część ludzkiej historii. W ogóle pod względem technicznym film jest świetny - scenografia, efekty specjalne, krajobrazy, stada wielorybów... Super! Ale niestety nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to film bardzo dobry.

W głównej roli gra Chris Hemsworth, który chyba już zawsze będzie znany głównie jako tytułowy "Thor". Przystojny jak diabeł, ale niestety niespecjalnie wybitny pod względem aktorskim. Albo może ujmę to inaczej - jest poprawny, choć większość jego ról jest identyczna. Lecz to nie Hemsworth jest tu problemem, tylko brak emocji. I to nie tylko jego, ale całego filmu. Niestety nie czułem w kinie żadnego napięcia, poruszenia czy przejawów troski o los bohaterów. Akcja sobie leciała, mijały minuty, a ja siedziałem obojętny jak głaz. Obawiam się, że to bardzo poważny zarzut w stosunku do filmu, a zwłaszcza dramatu. Zdaję sobie oczywiście sprawę, jak trudno jest przedstawić perypetie rozbitków dryfujących po bezkresnym oceanie (choć udało się to zrobić w "The Bounty" i w pewnym stopniu np. we wspomnianym "Unbroken"). Niemniej chciałem przejąć się bohaterami, wgryźć emocjonalnie w walkę o przetrwanie, ciężkie moralne dylematy czy siłowanie człowieka z naturą. Niestety nie otrzymałem tego.

Na szczęście film jest ciekawe przedstawiony jako flashback z perspektywy Hermana Melville'a (znakomity Ben Whishaw, który szturmem bierze kolejne role), spisującego relację rozbitków z Essex. Ale tak czy siak, po takim reżyserze jak Ron Howard spodziewałem się więcej.

Wniosek: Technicznie bez zarzutu, ale pozbawione dramaturgii.


"The Martian" ("Marsjanin")

"The Martian" ("Marsjanin")

O czym to jest: Uwięziony na Marsie astronauta musi znaleźć sposób na przetrwanie.

marsjanin film recenzja plakat matt damon jessica chastain

Recenzja filmu:

Bardzo mnie cieszy, że ostatnio kino science fiction staje się bardziej "science" niż "fiction". Oczywiście nadal powstają dobre bajki z gatunku space opera, ale dobre kosmiczne kino z naukowym zacięciem jest ZAWSZE świetną rozrywką. Najpierw mieliśmy "Grawitację", potem "Interstellar", a teraz przyszła pora na "Marsjanina". I tak oto, po raz trzeci w historii kina, USA musiały wydać ogromną sumę pieniędzy, by uratować Matta Damona.

Ten film to taki "MacGyver" w kosmosie połączony z "Apollo 13". Matt Damon (grający tu astronautę) zostaje uznany za zmarłego i porzucony na Marsie przez załogę, uciekającą przed burzą piaskową. Zostają mu jedynie szczątki bazy i sprzętu, skromne zapasy żywności i perspektywa co najmniej kilku lat w samotności. Jak tu przetrwać, a jednocześnie dać znać ludziom na Ziemi, by przysłali misję ratunkową? W ten oto sposób "Marsjanin" wpisuje się w chwalebny nurt tzw. survival films, takich jak "Cast Away" czy "Lot Feniksa". To, co nas interesuje, to odpowiedź na pytanie, w jaki sposób bohater przetrwał. Jak rozwiązywał kolejne trudności, jak walczył z własnymi słabościami i raz za razem dokonywał niemożliwego. To prawdziwa sztuka nakręcić dobry survival film, tak aby był wiarygodny, ale i jednocześnie ciekawy dla widza.

Niestety "Marsjanin" nie był w moich oczach stuprocentowym sukcesem. Zasada nr 1 survival filmu brzmi: nigdy nie tracić z oczu głównego bohatera! Tymczasem tu mieliśmy sporo wstawek akcji dziejącej się na Ziemi (wprawdzie koniecznych dla fabuły), ale zdecydowanie zbyt wydłużonych. W pewnym momencie kamera przeniosła się na Błękitną Planetę na dobre dwadzieścia minut, a gdy w końcu wróciła do Matta Damona, widz ze zdziwieniem przypomniał sobie, że on też tu gra... Jednym słowem "Marsjanin" miał być filmem o Marsie, a był tylko w połowie poświęcony Czerwonej Planecie. Zdecydowanie chętniej zobaczyłbym więcej obrazków zaradnego głównego bohatera, niż całą plejadę gadających mózgowców w kwaterze głównej NASA. Ale to w zasadzie mój jedyny zarzut. Cała reszta (nie licząc kilku naukowych bzdur, widocznych nawet dla tak skrajnego humanisty, jak ja) była bardzo solidna. Lokalizacje, scenografia (łazik był epicki!), no i przede wszystkim gra aktorska. Matt Damon ma talent do łączenia poważnych ról z wrodzonym komediowym zacięciem. To zawsze przyjemność oglądać go na ekranie i cieszę się, że tak często wybiera kino SF. Jedyne co mi nie pasowało w obsadzie to Michael Peña, który - umówmy się - jest śmieszny jako pomocnik "Ant-Mana", ale jako latynoski pilot statku kosmicznego po prostu niewiarygodny. No i Kate Mara, którą z niezrozumiałych dla mnie powodów wciskają ostatnio do co drugiego filmu.

Niemniej to było dobre kino. Nie tak filmowo zgrabne jak "Grawitacja", ale o galaktykę logiczniejsze od "Interstellar". Mam nadzieję, że takie produkcje na nową rozbudzą w ludziach chęć eksploracji kosmosu. Bo moim zdaniem nie istnieje nic ważniejszego.

A, i jeszcze jedno. Śmialiście się z Sandry Bullock latającej w "Grawitacji" za pomocą gaśnicy? Gwarantuję, że Matt Damon ją w tym przebił.

Wniosek: Dobry film, ale miał potencjał na więcej.


"Everest"

"Everest"

O czym to jest: Grupa himalaistów próbuje zdobyć Mount Everest.

everest recenzja filmu himalaje josh brolin jason clarke

Recenzja filmu:

Są takie historie, w które aż trudno uwierzyć. Czasem scenarzyści filmowi nie muszą się specjalnie wysilać, wymyślając zręby fabuły - gotowy materiał na hit wydarzył się naprawdę, starczy go jedynie przenieść na ekran. Uwielbiam takie sytuacje; czuję się wtedy jakbym rzeczywiście był w środku niezwykłej historii. Nawet najlepsze efekty specjalne nie dadzą takiego efektu wiarygodności. I to jest główna zaleta filmu "Everest".

Film opowiada o słynnej katastrofie, która miała miejsce na najwyższej górze świata w maju 1996 roku. Zginęło wtedy łącznie 12 himalaistów - część na skutek własnych błędów, część na skutek niezwykłego (nawet jak na Everest) załamania pogody. Było to o tyle istotne, że katastrofa dotknęła klientów świeżo otwartych biur turystycznych, oferujących pierwsze komercyjne wejścia na dach świata. Wiem, że zapewne trudno wam będzie w to uwierzyć, ale wszystko co zobaczycie w tym filmie wydarzyło się naprawdę - każda postać i jej losy są poprowadzone tak jak w rzeczywistości, tak samo duża część dialogów to transkrypcje autentycznych rozmów (zwłaszcza rozmów radiowych). Oddaję hołd twórcom filmu za stworzenie w ten sposób niezwykłego, przejmującego dramatu, który poruszył nawet takiego weterana kina jak ja. 

Do tej pory wzorem filmów o himalaistach było dla mnie "K2" - jeden z filmów, na których się wychowałem. Szczerze wątpiłem, czy "Everest" dorówna tej legendzie. Cieszę się, że moje obawy okazały się bezpodstawne. Na początku przeraził mnie zwłaszcza Jason Clarke grający główną rolę - mam do niego ogromny uraz po "Terminator: Genisys". Na szczęście w tym filmie nie tylko mnie nie irytował, a wręcz podobała mi się jego kreacja! Widać w końcu trafił na reżysera, który udzielił mu właściwych wskazówek, a to się chwali. A reszta obsady... Dawno nie widziałem filmu z taką ilością gwiazd: Josh Brolin, Sam Worthington, Jake Gyllenhaal, Keira Knightley, Robin Wright... Po prostu wow. Łatwo się zgubić w takim tłumie, na szczęście twórcy doskonale widzieli, gdzie postawić jakiego aktora, żeby nawet parę minut na ekranie było godne zapamiętania. To świadczy o wielkim wyczuciu.

Warto też wspomnieć o efektach specjalnych i zdjęciach, które zapierały dech w piersiach. Trudno się dziwić, że ludzie ryzykują zdrowie i życie dla tych kilku chwil na szczycie. Jak to powiedział jeden z pierwszych himalaistów w historii: "Czemu wspinam się w Himalajach? Bo są." I choć osobiście bym się na to nie zdecydował, to jestem pełen podziwu dla odwagi tych niezwykłych ludzi.

Wniosek: Znakomity film, naprawdę godny polecenia.


"Rescue Dawn" ("Operacja Świt")

"Rescue Dawn" ("Operacja Świt")

O czym to jest: Oparta na faktach historia amerykańskiego pilota, który uciekł z niewoli w Wietnamie.

operacja świt film recenzja plakat christian bale

Recenzja filmu:

Albo zupełnie przypadkowo trafiam znowu na Christiana Bale'a, albo to on grywa w filmach, które mnie interesują (a to oznacza, że mamy podobny gust). W każdym razie obejrzałem w końcu sławny "Rescue Dawn" z 2006 roku. Historia - trzeba przyznać - idealnie nadawała się do ekranizacji. Było bowiem tak: w trakcie wojny w Wietnamie niejaki Dieter Dengler, amerykański pilot, został zestrzelony i pojmany przez Wietnamczyków. Po jakimś czasie uciekł z obozu jenieckiego i przetrwał niewyobrażalnie ciężką wędrówkę przez dżunglę, po czym został uratowany. Brzmi jak świetny scenariusz? Czasem filmy mają bardzo dużo wspólnego z rzeczywistością.

Jeśli martwicie się, że właśnie poznaliście fabułę filmu, to uspokoję was, że w niczym to nie przeszkadza. "Rescue Dawn" nie ogląda się z powodu zwrotów akcji, bo dobrze wiemy, jak ta historia się skończy. Interesuje nas to, co wydarzyło się w międzyczasie: jak wyglądała wietnamska niewola? Jak Dengler uciekł? Jak przetrwał w dżungli? Film stara się opowiedzieć tę historię jak najbardziej dokładnie i za to mu chwała. Realia wietnamskiej niewoli są wstrząsające, a wszystko - od gry aktorskiej po scenografię - jest absolutnie bez zarzutu (Bale jak zwykle jest świetny). A trzeba pamiętać, że przed tym filmem był cały szereg mu podobnych, a my jako widzowie teoretycznie poznaliśmy już Wietnam z każdej strony. A tu taka miła niespodzianka.

Szczególną uwagę zwracam na charakteryzację - aktorzy, w tym Bale, byli potwornie wychudzeni, tak jakby dopiero wyszli z obozu koncentracyjnego. To się nazywa poświęcenie dla roli! Trzeba też powiedzieć słowo o dialogach, które brzmią niezwykle prawdziwie - nie jak deklamowane kwestie, ale jak normalna rozmowa. Zauważcie, że mało kto w rzeczywistym życiu mówi pięknie i składnie, w większości się powtarzamy, zacinamy, gubimy wątki, czasem pleciemy bez sensu - tak właśnie jest w "Rescue Dawn". Czapki z głów i oklaski dla scenarzystów.

Jedyną wadą filmu, niestety poważną, jest absolutny brak tempa. Narracja jest wartka jak w filmie dokumentalnym i choć pomaga to wczuć się w klimat, zabija całą przyjemność z oglądania. Widz męczy się razem z aktorami, a myślę, że nie o to chodziło reżyserowi. Nie wymagam oczywiście, byśmy mieli napakowaną akcją wojenną strzelankę, ale trochę szybszych scen rzeczywiście by się przydało. Jeśli jednak lubicie smakować się w kadrach filmu, to powolny "Rescue Dawn" nie powinien wam przeszkadzać.

Bez wątpienia jest to ważny film o Wietnamie i warta poznania historia, ale czy arcydzieło - tu mam wątpliwości.

Wniosek: Świetnie zrobione, ale ciężkostrawne kino.


"Unbroken" ("Niezłomny")

"Unbroken" ("Niezłomny")

O czym to jest: Amerykański olimpijczyk trafia do japońskiej niewoli podczas II wojny światowej.

niezłomny recenzja filmu angelina jolie louie zamperini

Recenzja filmu:

Kinowe premiery w roku 2015 zaczynamy od interesującego dzieła Angeliny Jolie, która zgodnie z zapowiedziami zamieniła krzesło gwiazdy filmowej na prestiżowe krzesło reżysera. Pani Jolie wzięła na warsztat historię życia Louisa Zamperiniego, legendarnego amerykańskiego olimpijczyka i weterana wojennego, którego przygodami można by obdzielić kilka życiorysów. 

Filmów o II wojnie światowej mieliśmy już bardzo wiele i chyba jeszcze długo będziemy otrzymywać kolejne. Nic w tym złego, na kartach historii wciąż czeka ogromna ilość idealnego materiału na dobry film. Tym razem powędrowaliśmy ponownie na Pacyfik i do japońskiej niewoli, by śledzić losy Louiego Zamperiniego - lotnika bombowego, rozbitka na Pacyfiku i w końcu jeńca torturowanego przez Japończyków. Obeznany widz będzie miał natychmiastowe skojarzenia z "The Railway Man". Jednakże zeszłoroczny hit z Colinem Firthem wypada znacznie lepiej od "Unbroken" - jest głębszy, bardziej wchodzi w psychikę bohaterów, przynosi też na końcu bardziej satysfakcjonującą refleksję. Film Angeliny Jolie jest dla porównania niestety dosyć płytki, serwując nam ograne (choć świetnie wyglądające) klisze heroizmu, niezłomności i amerykańskiej siły ducha, z pięknym utworem autorstwa Coldplay w tle. Bardzo patriotyczne, ale mało oryginalne. Przykładowo "The Railway Man" skupiał się na dosyć mało poruszanej w kinie kwestii traumy powojennej, a tutaj ten temat mamy jedynie lekko liźnięty. Myślę, że sprawniejszy reżyser mógłby wyciągnąć więcej treści z życia Zamperiniego, zamiast serwować nam dryfowanie po Pacyfiku przez pół filmu (w pewnym momencie zacząłem już prosić, żeby w końcu zapakowali naszego bohatera do obozu jenieckiego i czym prędzej dali ostatni kadr, bo już trudno było wytrzymać).

Powyższe zarzuty nie oznaczają, że jest to zły film. Jest całkiem niezły - technicznie perfekcyjny (sceny batalistyczne wypadają oszałamiająco), przyzwoicie zagrany i wiarygodny. Ale jednocześnie przydługi i trochę toporny, przez co może znudzić co mniej wprawnego widza. Mogło być lepiej, ale jak na reżyserskie początki pani Jolie całkiem nieźle.

Wniosek: Dobry film, choć może przynudzać.


"Pompeii" ("Pompeje")

"Pompeii" ("Pompeje")

O czym to jest: Zniszczenie Pompejów przez wulkan.

pompeje film kit harington

Recenzja filmu:

W starciu Jon Snow vs. Wulkan zdecydowanie zwyciężył Wezuwiusz. Reżyser Paul Anderson zarzekał się, że "Pompeje" będą dla niego opus magnum, najważniejszym filmem życia, o którym marzył od wielu lat i do którego przyłożył się niezwykle starannie. Ale ja byłem sprytniejszy i znając "dokonania" tegoż reżysera ("Alien vs. Predator" do dziś śni mi się po nocach i to niezbyt pozytywnie) doskonale wiedziałem, czego oczekiwać na ekranie. I to właśnie - niestety - otrzymałem.

Zacznijmy od plusów, bo parę się znalazło. Trzeba przyznać, że technologia 3D wymusiła na filmowcach niezwykłą dbałość o szczegóły. Scenografia jest świetna; realia ulic Pompejów pokazano niezwykle drobiazgowo (wliczając w to graffiti na murach). Sama scena destrukcji w wykonaniu Wezuwiusza - choć niemiłosiernie wydłużona - zaprezentowana jest bardzo efektownie (lepiej nawet niż w "Górze Dantego" z Pierce'm Brosnanem). Co do samych scen walk gladiatorów, to reżyser robił co mógł, ale niestety wizualny szczyt antycznego Rzymu został dawno temu osiągnięty w "Gladiatorze", a wszystko inne to obecnie tylko powtarzanie. Z miłych niespodzianek wspomnę jednak, że fajnie było zobaczyć Kiefera Sutherlanda w roli głównego czarnego charakteru (ciekawostka: na starość robi się coraz bardziej podobny do tatusia, aż mi się w niektórych ujęciach mylili).

No to teraz reszta filmu... Kit Harington w sandałach jest nadal Jonem Snowem z "Gry o Tron" i nawet jednym grymasem twarzy nie próbuje udawać, że gra kogoś innego (choć kaloryferek na brzuchu ma w sam raz na wybory Mistera Universe). Co ciekawe gra tu Celta z Północy, więc nawiązania do Muru (tym razem tego prawdziwego) są chyba nieprzypadkowe. Prócz niego na ekranie pojawił się lubiany przeze mnie nigeryjsko-brytyjski aktor o bardzo trudnym nazwisku (Adewale Akinnuoye-Agbaje - spróbujcie to przeczytać na głos!) oraz niezwykle - jak na swoje możliwości - bezbarwna Trinity z "Matrixa".

No to mamy obsadę, a jak fabuła? Tak jak zwykle u Andersona - krótko, płasko i przewidywalnie, z dodatkiem lamerskiej i czerstwej jak suchar końcówki. Czyli dokładnie tak, jak się spodziewałem... Przez pół filmu Jon Snow pojedynkuje się mieczem (ach, kocham w Hollywood te niedorzecznie pojedynki gladiusami!), a przez drugie pół fruwa po ekranie na odrzutowym koniu, co niebezpiecznie kojarzyło mi się z chyba najgorszym filmem w historii światowej kinematografii, czyli polskim "Quo Vadis".

A i spoiler: wulkan wybuchł, a Pompeje zostały zniszczone. Pogrzebmy wraz z nimi ten film - jak dla mnie do jednorazowego obejrzenia. Ale przynajmniej muzykę miał fajną. Na szczęście wkrótce kolejna dawka starożytności w postaci "300: Rise of an Empire". Może Grecy obronią honor antyku...

Wniosek: Słabe, ale obrazki ładne.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger