Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dokument. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dokument. Pokaż wszystkie posty
"Jodorowsky's Dune"

"Jodorowsky's Dune"

O czym to jest: Historia o tym, jak nie doszło do realizacji epickiej i napędzanej LSD ekranizacji "Diuny" reżysera Alejandro Jodorowskiego.

diuna jodorowskiego film dokument

Recenzja filmu:

Jak ja się jeszcze muszę dużo nauczyć o historii kina! Fanem "Diuny" pióra Franka Herberta jestem od czasów nastoletnich i uważam ją za jedną z najlepszych - jeśli nie najlepszą - sagę science fiction w historii literatury. Rzecz jasna z uwagą śledziłem i widziałem też wszystkie adaptacje, zaczynając od "Diuny" Davida Lyncha, przez "Diunę" Johna Harrisona aż do "Diuny" Denisa Villeneuve'a. Ale nie wiedziałem, że przed nimi wszystkimi był jeszcze jeden projekt - planowany na 14-godzinną (!) ekranizację epicki, pełen szaleństwa i halucynogennych wizji obraz, który miał stworzyć Alejandro Jodorowsky. O rany, ależ to była szalona historia!

Dokument "Jodorowsky's Dune" w kompletny, obrazowy sposób krok po kroku opowiada o tym jak to wszystko wyglądało. Od zainspirowania reżysera do stworzenia tego dzieła, przez preprodukcję (wliczając w to rekrutację takich aktorów jak Salvador Dali, Orson Welles, Mick Jagger czy David Carradine), kreację niesamowitych storyboardów, które wciągnęły w świat filmu takie sławy jak H. R. Giger czy Moebius, aż do muzyki jaką miał napisać m.in. Pink Floyd. Mój Boże, cóż to byłby za film! Nie mam żadnych wątpliwości, że przeszedłby na zawsze do historii kinematografii, bo do dzisiaj nikt nie nakręcił czegoś takiego i o podobnej skali. I może o to chodzi - może pewnych wizji po prostu nie da się zrealizować - ale z rozpętanego przez nie artystycznego chaosu mogą wykiełkować wspaniałe rzeczy.

O tym że Alejandro Jodorowsky jest szalony, przekonałem się gdzieś w połowie tego dokumentu. Sposób w jaki podchodził do tego projektu, wliczając w to rygorystyczne, przypominające tortury wieloletnie szkolenie własnego syna Brontisa (który miał zagrać Paula Atrydę), nie są czynami do jakich zdolny jest pierwszy lepszy reżyser. Zresztą Jodorowsky jest tak naprawdę artystą-performerem, w rodzaju tych wariatów którzy potrafią w galerii sztuki godzinami stać nago w basenie z moczem i recytować alfabet od tyłu. Nie mam również wątpiliwości, że jego "Diuna" byłaby totalnie niestrawna dla przeciętnego widza, zwłaszcza iż Jodorowsky chciał, aby seans przypominał zażycie przez widza końskiej dawki LSD. I choć rozumiem producentów z Hollywood, którzy gromadnie odmówili podjęcia projektu, to żal trochę, że jako widzowie nigdy nie mogliśmy zobaczyć tego co wymyślili artyści na oszałamiających storyboardach. Zresztą stworzona przez nich wizualizacja - licząca setki stron kolorowa wizja zebrana w monstrualny tom, zwana Biblią Jodorowskiego - dziś na aukcjach osiąga niebotyczne ceny. Ale nie wszystko stracone - scenariusz i wizualizacja są przecież gotowe, więc może kiedyś ktoś pokusi się o ekranizację wersji animowanej? Mocno trzymam za to kciuki!

Gdyby nie wizja artystyczna niezrealizowanej "Diuny", nie otrzymalibyśmy wielu kultowych filmów, które garściami czerpały z Biblii Jodorowskiego, czasem przenosząc na ekran sceny 1:1. Mam na myśli takie gigantyczne hity jak "Obcy", "Piąty Element", "Flash Gordon", "Blade Runner""Terminator" i oczywiście "Star Wars". Dodatkowo zaintersowanych odsyłamy do kultowej noweli graficznej "The Incal" autorstwa Moebiusa i Jodorowskiego, gdzie można zapoznać się z wieloma niezrealizowanymi konceptami. A więc: non omnis moriar! 

P.S. Na sam koniec warto wspomnieć, że po oparciu się na barkach pracy Jodorowskiego i jego gangu szaleńców kilka lat później nakręcono "Diunę" autorstwa Davida Lyncha (który jednak dziś odmawia podpisania się pod tym filmem). Ale to już temat na osobny wpis!

Wniosek: Bardzo dobry dokument pokazujący, że od geniuszu do szaleństwa jest tylko jeden krok.


"The Cold Blue"

"The Cold Blue"

O czym to jest: Film dokumentalny składający się w pełni z kolorowych zdjęć z prawdziwych misji amerykańskich bombowców w czasie II wojny światowej.

cold blue film dokumentalny II wojna hbo

Recenzja filmu:

Wspominałem już chyba wielokrotnie, że bardzo lubię filmy dokumentalne i naprawdę żałuję, że nie mam czasu oglądać ich więcej. Dlatego jeśli już mam znaleźć czas, sięgam po prawdziwe perełki które albo są wyjątkowe w formie, albo w treści. "The Cold Blue" zalicza się do tej pierwszej kategorii. Ale najpierw trochę historii.

Najsłynniejszym amerykańskim bombowcem B-17 w czasie II wojny światowej była niewątpliwie "Memphis Belle". Po zaliczeniu 25 udanych misji (co było prawdziwym wyczynem, gdyż straty wśród bombowców i załóg były ogromne) odesłano ją do domu, by podnosiła morale Amerykanów i na specjalnych pokazach zachęcała do kupna bonów wojennych. Z tej okazji reżyser William Wyler nakręcił w 1944 roku film propagandowy "Memphis Belle: A Story of a Flying Fortress", zmontowany z ponad 90 godzin materiału nagranego w powietrzu podczas prawdziwych misji. Film, jak wiadomo, zestrzał się, podobnie jak materiał źródłowy. Następnie w 2016 roku filmowiec Erik Nelson dowiedział się o istnieniu ogromnej ilości niewykorzystanego materiału, leżącego w czeluści amerykańskich archiwów. Po zdobyciu odpowiedniego finansowania podjął się karkołomnego zadania oczyszczenia, pokolorowania i zmontowania z tego nowego filmu dokumentalnego, mającego pokazać "na żywo" zmagania amerykańskich lotników w przestworzach. Tak powstał film "The Cold Blue".

Jest to naprawdę ciekawe kino, które podobnie jak polski film "Powstanie Warszawskie" stara się jak najbardziej wiarygodnie - wliczając w to dorobienie podkładu dźwiękowego pod oryginalnie nieme kadry - pokazać realia II wojny światowej. I wyszło to naprawdę nieźle. Widzimy jak żyli, jak walczyli i jak ginęli lotnicy, co dodatkowo uzupełniają komentarze nielicznych pozostałych przy życiu weteranów. Niestety naturalne ograniczenie materiału źródłowego, składającego się przecież ze skończonej liczby scen i ujęć, powoduje że film jest raczej poszatkowaną kroniką wycinek z życia pilotów niż spójną fabułą z konkretnym przekazem. Czyli jednym słowem wszystko postawiono na formę, a niewiele na treść. To powoduje że ten dokument nie jest może najwybitniejszym dziełem gatunku, ale trudno wobec niego przejść obojętnie. I choćby dlatego, jeśli interesuje Was jego tematyka, warto do niego sięgnąć.

P.S. A jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o najsłynniejszym amerykańskim bombowcu to zapraszam do obejrzenia filmu "Memphis Belle" z 1990 roku. Naprawdę udany!

Wniosek: Warto obejrzeć, choćby po to by zobaczyć jak to wyglądało naprawdę.


"Tiger King: Murder, Mayhem and Madness" ("Król Tygrysów")

"Tiger King: Murder, Mayhem and Madness" ("Król Tygrysów")

O czym to jest: Absolutnie niewiarygodna, psychodeliczna, przerażająca, histerycznie śmieszna i w 100% prawdziwa opowieść o prywatnych hodowlach tygrysów w USA.

król tygrysów serial dokument netflix joe exotic

Recenzja miniserialu:

W ramach nadrabiania hitów czasów pandemii nie mogłem pominąć serialu dokumentalnego "Tiger King", który kilka miesięcy temu zaszokował świat swoją nieprzewidywalnością, porażającą szczerością i psychodelicznym absurdem który - gdyby powstał jako dzieło fikcji - z pewnością zostałby odrzucony przez producentów z Hollywood jako zbyt niewiarygodny. A jednak prawdą jest to co mówią: życie pisze najlepsze scenariusze. Gwarantuję, że "Tiger King" nie pozostawi nikogo obojętnym, przykuwając widza do ekranu niczym oscarowy dreszczowiec.

Zacznijmy od tego, że USA to kraj ogromnych kontrastów. To pół kontynentu zamieszkałe przez kilkaset milionów ludzi, wśród nich zarówno tak bogatych by budować prywatne rakiety i latać w kosmos, jak i biednych niczym w upadłych państwach Afryki. Pośrodku tych dwóch skrajności plasuje się morze geniuszy, idiotów, biznesmenów, herosów, przestępców i zwykłych świrów. Czasem skumulowanych w jednej osobie. Joe Exotic, główny bohater serialu, zaczyna swoją opowieść jako właściciel prywatnej hodowli tygrysów (i innych egzotycznych zwierząt), którą udostępnia turystom (za sowitą opłatą rzecz jasna). Jak to możliwe że prawo zezwala, by jeden człowiek trzymał setki drapieżnych i śmiertelnie niebezpiecznych kotów? Skąd je bierze i co z nimi robi? Kto mu pomaga i dlaczego? I w końcu - dokąd zaprowadzi go ta ścieżka? Tego wszystkiego dowiecie się z serialu, a ja mogę obiecać, że będzie to wiedza którą aż trudno przyswoić. Jednak to niczym nieupiększona, naga, kłująca w oczy prawda. 

"Tiger King" pokazuje tą stronę USA, o której tylko słyszymy, ale rzadko mamy okazję ją zobaczyć. Krainę w której szaleństwo, narkotyki, broń, telewizja, religijny fanatyzm, szemrane dolary i kapitalistyczny wyzysk są na wyciągnięcie ręki. Tematyka hodowli tygrysów jest tu tylko jednym z elementów dopełniających obraz prawdziwego piekła na ziemi. Serial robi fantastyczną robotę otwierając oczy tym, którzy o amerykańskiej prowincji tylko słyszeli. To czy Joe Exotic i jego dokonania czynią zeń ofiarę systemu czy bezwzględnego kata jest w zasadzie nie do ustalenia. Takich ludzi nie da się zaszufladkować prostą definicją (zresztą - tak naprawdę mało kogo się da). Wam jako widzom pozostaje to zobaczyć na własne oczy i ze szczęką na podłodze przekonać się, jak pożoga szaleństwa gorzeje wszędzie wokół nas.

Swoją drogą: jeśli śledziliście ostatnio medialne przygody pewnego szaleńca z Polski i jego pumy to wiecie, że takie obrazki jak w "Tiger King" mogą się zdarzyć wszędzie. Nieco przerażające, prawda?

Wniosek: Przerażająco szczere odbicie ciemnej strony duszy Stanów Zjednoczonych.


"Grant"

"Grant"

O czym to jest: Historia Ulyssesa Granta, człowieka który wygrał Wojnę Secesyjną i późniejszego Prezydenta USA.

grant dokument miniserial history

Recenzja miniserialu:

Ten miniserial nie mógł wyjść w bardziej dogodnym czasie. Czerwiec 2020 roku to moment w historii, w którym w USA trwają największe zamieszki na tle rasowym od pół wieku. Dlatego tak odpowiednie wydaje się być przywołanie do apelu Ulyssesa Granta, dziś mocno zapomnianego przez historię człowieka, który - można powiedzieć że prawie w pojedynkę - wygrał Wojnę Secesyjną (czyli amerykańską wojnę domową w latach 1861-1865), a następnie był Prezydentem USA przez dwie kadencje. Dość powiedzieć, że w drugiej połowie XIX wieku był prawdopodobnie najsłynniejszym człowiekiem na świecie!

"Grant" to trzyodcinkowy miniserial w formie fabularyzowanego dokumentu, nakręconego w oparciu o autobiografię samego Granta (ukończył ją kilka dni przed śmiercią). Wypowiedzi historyków przeplatane są tu z fabularnymi wstawkami prezentującymi życiorys Granta zaczynając od ubogiego dzieciństwa, przez dwie wojny (z Meksykiem oraz Secesyjną), na bramach Białego Domu kończąc. Mimo że to produkcja telewizyjna, to sceny batalistyczne, aktorstwo czy dialogi w niczym nie ustępują kinowym hitom. Świetnie przedstawiony jest kontrast między Grantem a dowódcą wojsk Konfederacji generałem Lee jako starcie pierwszego dowódcy "nowych wojen" (w rodzaju wojen światowych) z ostatnim dowódcą "starych wojen" (w rodzaju wojen napoleońskich). Mam tu na myśli również starcie klas społecznych i światopoglądów, Grant bowiem był zagorzałym przeciwnikiem niewolnictwa (zresztą sam ofiarował wolność niewolnikowi, przyznanemu mu w ramach posagu żony).

Większość część fabuły miniserialu zajmuje jednak Wojna Secesyjna i nic w tym dziwnego. To wyjątkowo krwawe starcie (ponad 600 tys. zabitych) wybuchło z wielu przyczyn, z czego najważniejszą kwestią była oczywiście sprawa niewolnictwa i emancypacji czarnej ludności. W wielkim skrócie: południowe stany stwierdziły, że północne stany pod przewodnictwem Prezydenta Lincolna zechcą odebrać im ich własność - czytaj niewolników. I choć nikt nie miał takich planów, południowcy ogłosili secesję, zawiązali Konfederację i przypuścili atak na wojska federalne. Odpowiedź mogła być tylko jedna: krwawa wojna, w której - jak na ironię - Północ musiała przyznać wolność czarnej ludności. W ten oto sposób Południe samo strzeliło sobie w głowę i to na własne życzenie. A zaszczytu pochowania skonfederowanego trupa dostąpił Ulysses Grant, jedyny generał Unii który nie bał się walczyć zawsze i wszędzie, nigdy nie odpuszczał i rozumiał, że jedynym sposobem ocalenia Stanów Zjednoczonych jest totalna, bezwarunkowa kapitulacja rebeliantów. I miał rację!

Szkoda tylko, że z różnych przyczyn - o nich szerzej dowiecie się z miniserialu - Grant nie dał rady dokończyć procesu Rekonstrukcji, czyli społecznej i gospodarczej odbudowy Południa, które ogniem i mieczem miało przeorać tamtejszą ludność i siłą zaciągnąć ją do nowożytnego świata. Gdyby Grantowi pozwolono działać zgodnie z jego wizją, jestem przekonany że w kolejnych pokoleniach nie byłoby masakry w Tulsie, zamieszek w Detroit, Martin Luther King pozostałby zwykłym pastorem, a Rodney King czy George Floyd dożyliby sędziwego wieku. Po obejrzeniu "Granta" zrozumiałem że to, co zaczęło się w 1861 roku w pewien sposób trwa (niestety) do dzisiaj. I chyba po ponad 150 latach najwyższa pora doprowadzić to do końca, nieprawdaż?

Polecam Wam "Granta" jako doskonałą biografię na czasy współczesne. I następnym razem gdy weźmiecie łyk whisky czy zapalicie dobre cygaro, wspomnijcie tego skromnego żołnierza, który miał odwagę iść naprzód dokładnie wtedy, gdy świat chciał zrobić spektakularny krok w tył. Dziękuję, Panie Generale!

Wniosek: Rewelacyjna analiza dlaczego Wojna Secesyjna wybuchła, jak wyglądała i czemu w pewien sposób trwa do dzisiaj.


"For the Love of Spock"

"For the Love of Spock"

O czym to jest: Wspomnienie aktora Leonarda Nimoya.

star trek nimoy

Recenzja filmu:

Tak się jakoś złożyło, że recenzje na blogu w 2017 roku zakończyliśmy filmem dokumentalnym "The Captains" dotyczącym "Star Treka", a w 2018 roku rozpoczniemy od tej samej tematyki. Na szczęście w przeciwieństwie do tragicznego "The Captains", dokument "For the Love of Spock", będący uhonorowaniem wielkiej kariery zmarłego w 2015 roku aktora Leonarda Nimoya, jest absolutnie rewelacyjny!

Wielu aktorów narzeka, gdy popkultura przypisuje ich na stałe do jednej roli. Bywa tak, że ze wszystkich sił próbują z tym walczyć biorąc co dziwniejsze role, co niestety przynosi efekt odwrotny do zamierzonego (przypomnijcie sobie Arnolda Schwarzennegera grającego w komediach, albo Daniela Radcliffe'a i jego eksperymenty z kinem awangardowym). Tymczasem Leonard Nimoy nie walczył z postacią Spocka ze "Star Treka", którą odgrywał od 1966 roku. Mało tego, uczynił z niej sposób na życie! Cieszył się z popularności i tego, że wniósł coś do światowego dziedzictwa kulturowego, inspirując w ten sposób tysiące ludzi na całym świecie. Odegrał rolę Spocka w ośmiu kinowych filmach ze starej i nowej serii "Star Trek" (z czego dwa wyreżyserował), zagrał też w ponad 100 odcinkach z seriali z tego uniwersum (w tym animowanych). Jego ostatnim występem był "Star Trek Into Darkness" w 2013 roku, a w ramach filmu "Star Trek Beyond", nakręconego już po jego śmierci, scenarzyści i aktorzy oddali mu ogromny hołd. Można bez cienia przesady powiedzieć, że Leonard Nimoy był dla "Star Treka" tym, czym Mark Hamill i Carrie Fisher dla "Star Wars". Jeśli takie dziedzictwo nie świadczy o wielkości aktora, to nie wiem czego więcej potrzeba.

"For the Love of Spock" to poruszająca historia życia Nimoya, nakręcona przez jego syna Adama. Opowiada o tym, w jaki sposób jego ojciec został aktorem, przyjął rolę Spocka i jak to zaważyło na jego dalszej karierze oraz życiu osobistym (a także jego dzieciach). To fascynująca historia narodzin jednego z pierwszych celebrytów w masowym, globalnym wydaniu. Dzisiaj nikogo nie dziwi popularność danego aktora na całym świecie. Pod koniec lat 60. było to coś nowego i niespotykanego. Co istotne, "For the Love of Spock" nie ogranicza się tylko do uniwersum "Star Treka" - sprawiedliwie wspomina inne role i sukcesy Nimoya, dzięki czemu widzowie otrzymują jego kompletny życiorys. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak powinno się kręcić doskonałe biograficzne filmy dokumentalne, zachęcam do sięgnięcia po tą produkcję. Dowiecie się z niej wszystkiego na temat Spocka i człowieka, który powołał go do życia. Non omnis moriar.

Wniosek: Rewelacyjny dokument. Nie tylko dla fanów "Star Treka".


"The Captains"

"The Captains"

O czym to jest: Spotkanie Williama Shatnera z innymi aktorami grającymi kapitanów w "Star Treku".

the captains recenzja filmu star trek shatner kirk picard stewart

Recenzja filmu:

Ostatnią moją recenzją w 2017 roku będzie - tak się jakoś złożyło - pierwszy opisany na tym blogu film dokumentalny. Nie byłbym sobą, gdyby sprawa nie dotyczyła filmu dokumentalnego związanego z science fiction, prawda? Ponieważ ostatnie półtora roku spędziłem z misją poznania wszystkich filmów i seriali z klasycznej serii "Star Trek", wydawało się naturalnym, abym sięgnął do produkcji związanej z tym uniwersum. Padło na "The Captains" autorstwa Williama Shatnera - aktora grającego kapitana Kirka - i jego spotkanie ze wszystkimi innymi aktorami grającymi kapitanów w tej serii (wliczając w to również Chrisa Pine'a, czyli młodego Kirka z nowej serii "Star Trek").

Liczyłem na nostalgiczne wspomnienie wszystkich dopiero co obejrzanych seriali, kilka ciekawych uwag i anegdot, oraz lepsze poznanie aktorów i ich wglądu na grane postacie. Niestety otrzymałem wyłącznie gejzer próżności, pychy i zwykłego buractwa w wykonaniu Shatnera. Nie dziwię się już, czemu tak spuchł na starość - jego ego jest rozdęte do rozmiarów czerwonego olbrzyma na skraju supernowej. Przez półtorej godziny filmu Shatner zdążył porównać się do Patricka Stewarta i twierdzić, że jest takim samym "klasycznym" aktorem jak on (!!!), siłować się na rękę z Chrisem Pine'm (po co?), udowadniać Kate Mulgrew, że kierują nią wyłącznie kobiece hormony, pleść metafizyczne bzdury przy fortepianie z ewidentnie najaranym Avery Brooksem oraz śpiewać na koniu ze Scottem Bakulą. Dodajmy, że Shatner nie pozwalał gościom dojść do głosu, przerywał im i najzwyczajniej w świecie nie słuchał, co mają do powiedzenia. Jedyne co go interesowało, to kolejny monolog o tym, jak grając kapitana Kirka wywarł wielki wpływ na światową kulturę. Aż dziw, że Amerykańska Akademia Filmowa dalej przyznaje Oscary, a nie Williamy, prawda?

Co najgorsze, "The Captains" nie wnosi absolutnie nic do wiedzy przeciętnego widza. Bo co to za odkrycie, że aktorstwo to ciężki kawałek chleba, za który niejednokrotnie płaci się życiem osobistym? Każdy, kto jest choć trochę obeznany w tematyce kinematografii wie, że właśnie tak to wygląda. A rola kapitana statku kosmicznego nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem - może prócz tego, że trzeba chodzić w zabawnym wdzianku, mówić bzdury z kamiennym wyrazem twarzy i dzielnie znosić bijatyki z gumowymi potworami i obrywanie styropianowymi głazami. Ale żeby o tym robić film dokumentalny? Po co?

Fajnie, że William Shatner miał kiedyś swoje pięć minut i wniósł coś do światowej popkultury. Dziękujemy, następny proszę. Świat i tak o nim zapomni. Tak jak powinien zapomnieć o "The Captains".

Wniosek: Megalomański bełkot. Nie da się tego oglądać.


"The Big Short"

"The Big Short"

O czym to jest: Kulisy światowego kryzysu finansowego w 2007 roku.

big short film recenzja plakat christian bale ryan gosling

Recenzja filmu:

To trudna sztuka, by zrobić dobry film o zagadnieniach ekonomicznych. Mechanizmy finansowe, bankowość czy instrumenty gospodarcze mają to do siebie, że są trudne do zrozumienia przez zwykłego człowieka (jak zresztą wszystko, co nie istnieje namacalnie, a jest jedynie umownym konceptem). Większość ludzi do dzisiaj nie wie, dlaczego co jakiś czas wybuchają kryzysy finansowe i jak to jest, że ich oszczędności mogą się w ciągu jednego dnia zmienić z majątku w stertę papieru. Film "The Big Short" robi co może, by wyjaśnić widzom przyczyny najnowszego kryzysu gospodarczego, jaki tropi świat od 2007 roku (w Europie jego najlepszym przykładem są problemy w Grecji). Ale jak to się zaczęło?

Zaczęło się, jak to często bywa, w USA. I tutaj pierwsza uwaga: "The Big Short" jest de facto filmem dokumentalnym, choć oczywiście zagranym przez aktorów i z napisanym scenariuszem. Dlaczego wiec dokumentalnym? Po pierwsze, w maksymalnie wierny sposób stara się odtworzyć prawdziwy ciąg wydarzeń (mamy nawet scenę, w której aktorzy sami mówią, gdzie coś zostało zmienione na potrzeby scenariusza). Po drugie nagminne jest tu tzw. łamanie czwartej ściany, a więc zwracanie się bezpośrednio do widza - co od razu przywodzi na myśl "Wilka z Wall Street". Ale nie martwcie się, jeśli myślicie, że jest to powtórka "Wilka". Tamten film skupiał się głównie na demoralizacji bankierów i tego, co pieniądze robią z ludźmi. Tutaj zaś głównym czynnikiem jest chciwość - pozbawiona emocji, nieludzka chciwość, wynikająca z arkuszy Excela i tablic ze wskaźnikami wzrostu. "The Big Short" nie szokuje niczym poza przerażającą szczerością historii. Tak po prostu było, jest i prawdopodobnie długo jeszcze będzie w korporacyjnej, zachodniej rzeczywistości.

Narratorem filmu jest tu Ryan Gosling (w końcu obejrzałem pierwszy film z tym bożyszczem nastolatek), ale to nie on jest głównym bohaterem. Śledzimy losy trzech niezależnych osób/grup, które w porę dostrzegły nadchodzące załamanie rynku i postanowiły na nim zarobić. Pierwsza postać to Michael Burry grany przez Christiana Bale'a, genialny (choć ekstrawagancki) menedżer finansowy. Jego rolą słusznie zachwycają się krytycy, choć byłbym daleki od określania jej mianem komediowej (tak jak nie mogę zrozumieć, czemu Matt Damon został wyróżniony za rolę rzekomo komediową w "Marsjaninie"). Bale zagrał naprawdę brawurowo, choć tak samo świetny był Steve Carell w roli walczącego z Wall Street finansisty. Trzecia grupa w "The Big Short" to dwójka młodych maklerów, chcących zdobyć szybki majątek, wspieranych zakulisowo przez Brada Pitta jako zgorzkniałego, choć genialnego byłego maklera. Wszystkie te postacie przewidziały, że kryzys rozpocznie się od załamania na rynku nieruchomości i naprawdę trudno uwierzyć, że nikt więcej sobie z tego nie zdawał sprawy. Ale tak właśnie było, i to jest najbardziej niesamowite.

Oto właśnie "The Big Short": bardzo dynamiczny film, choć pozbawiony scen akcji. Świetnie zagrany, w mig łapiący kontakt z widzem (i to nie tylko dzięki Margot Robbie w wannie wyjaśniającej nam zawiłości ekonomii) oraz poszerzający świadomość ekonomiczną. I nawet jeśli nie znacie się na finansach, należy wyciągnąć z niego jeden wniosek: nic nie trwa wiecznie, a wszyscy chcą tylko i wyłącznie zarobić. Cóż, chyba taka jest ludzka natura, nieprawdaż?

Wniosek: Bardzo ciekawy film, i to nie tylko dla znawców finansów.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger