Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hollywood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hollywood. Pokaż wszystkie posty
"Jodorowsky's Dune"

"Jodorowsky's Dune"

O czym to jest: Historia o tym, jak nie doszło do realizacji epickiej i napędzanej LSD ekranizacji "Diuny" reżysera Alejandro Jodorowskiego.

diuna jodorowskiego film dokument

Recenzja filmu:

Jak ja się jeszcze muszę dużo nauczyć o historii kina! Fanem "Diuny" pióra Franka Herberta jestem od czasów nastoletnich i uważam ją za jedną z najlepszych - jeśli nie najlepszą - sagę science fiction w historii literatury. Rzecz jasna z uwagą śledziłem i widziałem też wszystkie adaptacje, zaczynając od "Diuny" Davida Lyncha, przez "Diunę" Johna Harrisona aż do "Diuny" Denisa Villeneuve'a. Ale nie wiedziałem, że przed nimi wszystkimi był jeszcze jeden projekt - planowany na 14-godzinną (!) ekranizację epicki, pełen szaleństwa i halucynogennych wizji obraz, który miał stworzyć Alejandro Jodorowsky. O rany, ależ to była szalona historia!

Dokument "Jodorowsky's Dune" w kompletny, obrazowy sposób krok po kroku opowiada o tym jak to wszystko wyglądało. Od zainspirowania reżysera do stworzenia tego dzieła, przez preprodukcję (wliczając w to rekrutację takich aktorów jak Salvador Dali, Orson Welles, Mick Jagger czy David Carradine), kreację niesamowitych storyboardów, które wciągnęły w świat filmu takie sławy jak H. R. Giger czy Moebius, aż do muzyki jaką miał napisać m.in. Pink Floyd. Mój Boże, cóż to byłby za film! Nie mam żadnych wątpliwości, że przeszedłby na zawsze do historii kinematografii, bo do dzisiaj nikt nie nakręcił czegoś takiego i o podobnej skali. I może o to chodzi - może pewnych wizji po prostu nie da się zrealizować - ale z rozpętanego przez nie artystycznego chaosu mogą wykiełkować wspaniałe rzeczy.

O tym że Alejandro Jodorowsky jest szalony, przekonałem się gdzieś w połowie tego dokumentu. Sposób w jaki podchodził do tego projektu, wliczając w to rygorystyczne, przypominające tortury wieloletnie szkolenie własnego syna Brontisa (który miał zagrać Paula Atrydę), nie są czynami do jakich zdolny jest pierwszy lepszy reżyser. Zresztą Jodorowsky jest tak naprawdę artystą-performerem, w rodzaju tych wariatów którzy potrafią w galerii sztuki godzinami stać nago w basenie z moczem i recytować alfabet od tyłu. Nie mam również wątpiliwości, że jego "Diuna" byłaby totalnie niestrawna dla przeciętnego widza, zwłaszcza iż Jodorowsky chciał, aby seans przypominał zażycie przez widza końskiej dawki LSD. I choć rozumiem producentów z Hollywood, którzy gromadnie odmówili podjęcia projektu, to żal trochę, że jako widzowie nigdy nie mogliśmy zobaczyć tego co wymyślili artyści na oszałamiających storyboardach. Zresztą stworzona przez nich wizualizacja - licząca setki stron kolorowa wizja zebrana w monstrualny tom, zwana Biblią Jodorowskiego - dziś na aukcjach osiąga niebotyczne ceny. Ale nie wszystko stracone - scenariusz i wizualizacja są przecież gotowe, więc może kiedyś ktoś pokusi się o ekranizację wersji animowanej? Mocno trzymam za to kciuki!

Gdyby nie wizja artystyczna niezrealizowanej "Diuny", nie otrzymalibyśmy wielu kultowych filmów, które garściami czerpały z Biblii Jodorowskiego, czasem przenosząc na ekran sceny 1:1. Mam na myśli takie gigantyczne hity jak "Obcy", "Piąty Element", "Flash Gordon", "Blade Runner""Terminator" i oczywiście "Star Wars". Dodatkowo zaintersowanych odsyłamy do kultowej noweli graficznej "The Incal" autorstwa Moebiusa i Jodorowskiego, gdzie można zapoznać się z wieloma niezrealizowanymi konceptami. A więc: non omnis moriar! 

P.S. Na sam koniec warto wspomnieć, że po oparciu się na barkach pracy Jodorowskiego i jego gangu szaleńców kilka lat później nakręcono "Diunę" autorstwa Davida Lyncha (który jednak dziś odmawia podpisania się pod tym filmem). Ale to już temat na osobny wpis!

Wniosek: Bardzo dobry dokument pokazujący, że od geniuszu do szaleństwa jest tylko jeden krok.


"Once Upon a Time... in Hollywood" ("Pewnego Razu... w Hollywood")

"Once Upon a Time... in Hollywood" ("Pewnego Razu... w Hollywood")

O czym to jest: Podupadły aktor i jego dubler w realiach Hollywood roku 1969.

pewnego razu w hollywood film recenzja quentin tarantino dicaprio pitt robbie

Recenzja filmu:

Quentin Tarantino nie przestaje mnie zadziwiać. Opinie o jego stylu są skrajne; jedni uważają go za geniusza i mistrza zabawy konwencją, inni zaś za wydmuszkę, człowieka który kręci najzwyklejsze kino klasy B udając, że jest sztuką wysoką. Ja się zaliczam do pierwszej kategorii. Od czasów „Pulp Fiction” czuję, że w jego filmach jest coś więcej niż morze krwi i przemocy gore. Myślę że Tarantino nie zapomniał, że główną rolą kina jest niesienie rozrywki w niebanalny sposób. I właśnie w tym tkwi jego przepis na sukces. 

Przyznam jednak, że podczas seansu „Once Upon a Time in Hollywood” przez większość czasu towarzyszyło mi poczucie zagubienia. Zamiast konkretnej fabuły (choćby nieliniowej) lub zagadki do rozwiązania, Tarantino tym razem postawił na „obrazek z epoki”. Postacie w filmie nigdzie konkretnie nie zmierzają, nie rozwijają się ani nie przechodzą wewnętrznej przemiany. Ot po prostu kartka z kalendarza rzeczywistości Fabryki Snów roku 1969. Aktorzy siedzą, piją i zastanawiają się nad przemijającymi karierami. Nowe gwiazdy wznoszą się i upadają równie szybko. Tu Roman Polański i Sharon Tate pomykają kabrioletem, tam pewien kaskader wdaje się w sparing z Bruce’m Lee, a jeszcze gdzie indziej Rodzina Mansona pogrążona w oparach kwasu dojrzewa do krwawych zbrodni. Teoretycznie film ma głównego bohatera – fikcyjnego aktora Ricka Daltona (w tej roli Leonardo DiCaprio), stworzonego na bazie biografii Steve’a McQueena, Burta Reynoldsa i Pete’a Duela. Jego najlepszym (i chyba jedynym) przyjacielem jest dublel i kaskader Cliff Booth (Brad Pitt). Ten sympatyczny duet przez cały film krąży po Hollywood, próbując znaleźć swoje miejsce w świecie jupiterów i celebrytów. Z wielką przyjemnością oglądałem ich na ekranie, po części dlatego że lubię i doceniam zarówno DiCaprio jak i Pitta, ale również dlatego że stworzyli niebanalne postacie z krwi i kości, z całym wachlarzem głębokich reakcji i emocji. Co ciekawe, porównując ich razem, to Pitt wydaje się być lepszym aktorem! Ale może po prostu miał ciut więcej czasu ekranowego, stąd to wrażenie. 

Kulminacyjnym momentem filmu – według zapowiedzi – miało być morderstwo Sharon Tate (w tej roli zjawiskowa Margot Robbie) w domu Romana Polańskiego, dokonane w sierpniu 1969 roku. I potwierdzam, film faktycznie obejmuje ten okres. Ale to, w jaki sposób Tarantino podszedł do tematu, musicie zobaczyć na własne oczy. Gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni! Właśnie ten fragment, kończący cały film, stanowi prawdziwą wisienkę na torcie, która potwierdza że Tarantino to prawdziwy geniusz i jeden z bardziej błyskotliwych obserwatorów Hollywood, jacy chodzą po świecie. Chylę czoła! 

Na sam koniec mała wzmianka o polskim akcencie – tak, w filmie pojawia się Roman Polański. I tak, gra go polski aktor Rafał Zawierucha. Niestety muszę Was rozczarować, bo postać Polańskiego pojawia się wyłącznie na trzecim planie i nie ma nawet jednej linii dialogowej. Kto wie, może coś więcej było w scenach wyciętych? Miejmy nadzieję, że kiedyś się przekonamy. 

Jeśli chcecie obejrzeć prawdziwie wiarygodny obraz Hollywood epoki dzieci-kwiatów i wojny w Wietnamie, nie mogliście lepiej trafić. Pod tym względem „Once Upon a Time in Hollywood” to niemalże film dokumentalny. Oczywiście ze sporą domieszką tarantinowskiej groteski i magii, na jakiej stać prawdziwe kino!

Wniosek: Bardzo dobre kino z unikalnym klimatem epoki.


"Argo" ("Operacja Argo")

"Argo" ("Operacja Argo")

O czym to jest: CIA ratuje dyplomatów z ogarniętego rewolucją Iranu.

operacja argo film recenzja iran rewolucja affleck cranston arkin goodman

Recenzja filmu:

Obejrzałem ostatnio film "6 Days" o wzięciu zakładników w irańskiej ambasadzie w Londynie. Postanowiłem kontynuować tą tematykę i w końcu nadrobić powszechnie chwalone (i nagrodzone Oscarem za najlepszy film) "Argo" w reżyserii Bena Afflecka. To również historia o wzięciu zakładników w ambasadzie (tym razem w Iranie), dziejąca się zaledwie rok wcześniej niż ta w Londynie. Jednak przejęcie amerykańskiej ambasady przez irańskich rewolucjonistów stanowi tu jedynie zarzewie akcji. "Argo" opowiada bowiem prawdziwą (choć nieco podkolorowaną) historię brawurowego ratunku szóstki dyplomatów, którzy w ostatniej chwili uciekli przed pojmaniem. Ale po kolei.

Można by nakręcić kilka filmów o tym, dlaczego doszło do rewolucji w Iranie w 1979 roku i czemu to wina Amerykanów. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii (warto sobie o tym poczytać), a ja jedynie wspomnę, że w listopadzie 1979 tłum manifestantów wtargnął do ambasady USA w Teheranie, po czym pobił i uwięził jej pracowników. Szóstce z nich udało się zbiec w ostatniej chwili, a następnie ukryć w domu kanadyjskiego ambasadora. Wiadomym było, że trzeba ich szybko wydostać z Teheranu, pytanie tylko jak? Wtedy to Kanada i CIA uknuły sprytny plan - dyplomaci mieli opuścić Iran przebrani za filmowców, kręcących epopeję science fiction klasy "Gwiezdnych Wojen" albo "Planety Małp". Uknuto cały misterny plan, stworzono fikcyjne studio, reklamy i akcję marketingową (a nawet zatrudniono prawdziwych fachowców z Hollywood), by wszystko wyglądało w pełni wiarygodnie. Czy to się mogło udać? To, w skrócie, cała fabuła "Argo".

Nie przeczę, że to bardzo dobry film. Scenariusz, reżyseria, montaż, gra aktorska - wszystko stoi na najwyższym poziomie. A widz taki jak ja, który dość dobrze zna historię kina science fiction lat 70. i 80., bawił się dwakroć lepiej! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że sporo faktów nagięto w celu podkręcenia tempa (zwłaszcza wszelkie "ucieczki w ostatniej chwili" i szczęśliwe zbiegi okoliczności), ale co z tego, skoro świetnie to wygląda! Umówmy się, że kino rządzi się swoimi prawami i gdyby nakręcono to kropka w kropkę zgodnie z nudnymi faktami, pies z kulawą nogą by się tym filmem nie zainteresował. Jedyne moje zastrzeżenia dotyczą smutnego Bena Afflecka w roli głównej - nic nie poradzę, że za nim nie przepadam (w przeciwieństwie do jego brata), dlatego wolałbym by na stałe został po drugiej stronie kamery jako reżyser albo producent. Ale za to w rolach drugoplanowych grają m.in. Bryan Cranston oraz kultowy John Goodman, który nie ma złych ról na koncie! 

Polecam "Argo" wszystkim tym, którzy chcą zobaczyć jak naprawdę wyglądała (wygląda?) praca CIA i poznać trochę historii, a także zobaczyć realia Teheranu w przełomowym 1979 roku. Nie zmarnujecie tych dwóch godzin przed ekranem.

P.S. Wciąż jednak czekam, aż Amerykanie nabiorą na tyle dystansu do siebie, by nakręcić film o Operacji "Orli Szpon", czyli zbrojnej próbie odbicia zakładników z ambasady w 1980 roku i jednocześnie największym blamażu w historii amerykańskich sił zbrojnych (który kosztował Prezydenta Cartera stołek w Białym Domu). Dość wspomnieć, że z grupy wysłanych śmigłowców dwa się zgubiły, jeden rozbił, a kolejny zderzył z samolotem... To byłby film!

Wniosek: Bardzo dobre kino. Świetnie się ogląda!


"For the Love of Spock"

"For the Love of Spock"

O czym to jest: Wspomnienie aktora Leonarda Nimoya.

star trek nimoy

Recenzja filmu:

Tak się jakoś złożyło, że recenzje na blogu w 2017 roku zakończyliśmy filmem dokumentalnym "The Captains" dotyczącym "Star Treka", a w 2018 roku rozpoczniemy od tej samej tematyki. Na szczęście w przeciwieństwie do tragicznego "The Captains", dokument "For the Love of Spock", będący uhonorowaniem wielkiej kariery zmarłego w 2015 roku aktora Leonarda Nimoya, jest absolutnie rewelacyjny!

Wielu aktorów narzeka, gdy popkultura przypisuje ich na stałe do jednej roli. Bywa tak, że ze wszystkich sił próbują z tym walczyć biorąc co dziwniejsze role, co niestety przynosi efekt odwrotny do zamierzonego (przypomnijcie sobie Arnolda Schwarzennegera grającego w komediach, albo Daniela Radcliffe'a i jego eksperymenty z kinem awangardowym). Tymczasem Leonard Nimoy nie walczył z postacią Spocka ze "Star Treka", którą odgrywał od 1966 roku. Mało tego, uczynił z niej sposób na życie! Cieszył się z popularności i tego, że wniósł coś do światowego dziedzictwa kulturowego, inspirując w ten sposób tysiące ludzi na całym świecie. Odegrał rolę Spocka w ośmiu kinowych filmach ze starej i nowej serii "Star Trek" (z czego dwa wyreżyserował), zagrał też w ponad 100 odcinkach z seriali z tego uniwersum (w tym animowanych). Jego ostatnim występem był "Star Trek Into Darkness" w 2013 roku, a w ramach filmu "Star Trek Beyond", nakręconego już po jego śmierci, scenarzyści i aktorzy oddali mu ogromny hołd. Można bez cienia przesady powiedzieć, że Leonard Nimoy był dla "Star Treka" tym, czym Mark Hamill i Carrie Fisher dla "Star Wars". Jeśli takie dziedzictwo nie świadczy o wielkości aktora, to nie wiem czego więcej potrzeba.

"For the Love of Spock" to poruszająca historia życia Nimoya, nakręcona przez jego syna Adama. Opowiada o tym, w jaki sposób jego ojciec został aktorem, przyjął rolę Spocka i jak to zaważyło na jego dalszej karierze oraz życiu osobistym (a także jego dzieciach). To fascynująca historia narodzin jednego z pierwszych celebrytów w masowym, globalnym wydaniu. Dzisiaj nikogo nie dziwi popularność danego aktora na całym świecie. Pod koniec lat 60. było to coś nowego i niespotykanego. Co istotne, "For the Love of Spock" nie ogranicza się tylko do uniwersum "Star Treka" - sprawiedliwie wspomina inne role i sukcesy Nimoya, dzięki czemu widzowie otrzymują jego kompletny życiorys. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak powinno się kręcić doskonałe biograficzne filmy dokumentalne, zachęcam do sięgnięcia po tą produkcję. Dowiecie się z niej wszystkiego na temat Spocka i człowieka, który powołał go do życia. Non omnis moriar.

Wniosek: Rewelacyjny dokument. Nie tylko dla fanów "Star Treka".


"The Captains"

"The Captains"

O czym to jest: Spotkanie Williama Shatnera z innymi aktorami grającymi kapitanów w "Star Treku".

the captains recenzja filmu star trek shatner kirk picard stewart

Recenzja filmu:

Ostatnią moją recenzją w 2017 roku będzie - tak się jakoś złożyło - pierwszy opisany na tym blogu film dokumentalny. Nie byłbym sobą, gdyby sprawa nie dotyczyła filmu dokumentalnego związanego z science fiction, prawda? Ponieważ ostatnie półtora roku spędziłem z misją poznania wszystkich filmów i seriali z klasycznej serii "Star Trek", wydawało się naturalnym, abym sięgnął do produkcji związanej z tym uniwersum. Padło na "The Captains" autorstwa Williama Shatnera - aktora grającego kapitana Kirka - i jego spotkanie ze wszystkimi innymi aktorami grającymi kapitanów w tej serii (wliczając w to również Chrisa Pine'a, czyli młodego Kirka z nowej serii "Star Trek").

Liczyłem na nostalgiczne wspomnienie wszystkich dopiero co obejrzanych seriali, kilka ciekawych uwag i anegdot, oraz lepsze poznanie aktorów i ich wglądu na grane postacie. Niestety otrzymałem wyłącznie gejzer próżności, pychy i zwykłego buractwa w wykonaniu Shatnera. Nie dziwię się już, czemu tak spuchł na starość - jego ego jest rozdęte do rozmiarów czerwonego olbrzyma na skraju supernowej. Przez półtorej godziny filmu Shatner zdążył porównać się do Patricka Stewarta i twierdzić, że jest takim samym "klasycznym" aktorem jak on (!!!), siłować się na rękę z Chrisem Pine'm (po co?), udowadniać Kate Mulgrew, że kierują nią wyłącznie kobiece hormony, pleść metafizyczne bzdury przy fortepianie z ewidentnie najaranym Avery Brooksem oraz śpiewać na koniu ze Scottem Bakulą. Dodajmy, że Shatner nie pozwalał gościom dojść do głosu, przerywał im i najzwyczajniej w świecie nie słuchał, co mają do powiedzenia. Jedyne co go interesowało, to kolejny monolog o tym, jak grając kapitana Kirka wywarł wielki wpływ na światową kulturę. Aż dziw, że Amerykańska Akademia Filmowa dalej przyznaje Oscary, a nie Williamy, prawda?

Co najgorsze, "The Captains" nie wnosi absolutnie nic do wiedzy przeciętnego widza. Bo co to za odkrycie, że aktorstwo to ciężki kawałek chleba, za który niejednokrotnie płaci się życiem osobistym? Każdy, kto jest choć trochę obeznany w tematyce kinematografii wie, że właśnie tak to wygląda. A rola kapitana statku kosmicznego nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem - może prócz tego, że trzeba chodzić w zabawnym wdzianku, mówić bzdury z kamiennym wyrazem twarzy i dzielnie znosić bijatyki z gumowymi potworami i obrywanie styropianowymi głazami. Ale żeby o tym robić film dokumentalny? Po co?

Fajnie, że William Shatner miał kiedyś swoje pięć minut i wniósł coś do światowej popkultury. Dziękujemy, następny proszę. Świat i tak o nim zapomni. Tak jak powinien zapomnieć o "The Captains".

Wniosek: Megalomański bełkot. Nie da się tego oglądać.


"La La Land"

"La La Land"

O czym to jest: Historia miłości początkującej aktorki i niespełnionego pianisty jazzowego.

la la land musical film recenzja ryan gosling emma stone

Recenzja filmu:

Naprawdę lubię musicale. Tylko jakoś tak się składa, że akurat nie te, które ubóstwiają wszyscy. Takie na przykład "Chicago". Sześć Oscarów, wielki sukces kasowy, a jak dla mnie tylko jeden numer godny uwagi i tragiczna Renée Zellweger. Albo "Les Misérables". Muzyczna katorga dla uszu, a mimo to film ma setki psychofanów, którzy dadzą się pociąć za beczące libretto Russella Crowe'a. Podobnie mam z "La La Land". To dobry, ciekawy i fajnie zagrany film. Ale czy arcydzieło warte całej torby Złotych Globów i (prawdopodobnie) Oscarów? Mam wątpliwości.

Zacznę od najważniejszego, czyli muzyki (bo przecież po to oglądamy musicale!). Jest poprawna. Choć główny motyw City of Stars wchodzi do uszu i zachęca do nucenia, to jego wykonanie pozostawia naprawdę sporo do życzenia. Ryan Gosling, mimo niewątpliwego uroku i wrodzonego talentu komediowego, nie za bardzo umie śpiewać (wprawdzie nie fałszuje, ale ma tak wąską skalę głosu, że niewiele da się z niego ukręcić). Z Emmą Stone jest nieco lepiej, aczkolwiek też bez fajerwerków. W ogóle mam wrażenie, że w tym filmie dopracowano wszystko na ostatni guzik... z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej. Choreografia, kostiumy, scenariusz, fabuła - wszystko tip top, a taneczny numer otwarcia to istna rewelacja. Ale brakowało mi w tym wszystkim muzycznego narkotyku, uzależniającego od pierwszej nuty. To wciąż nie jest, niestety, poziom "Moulin Rouge!" (aczkolwiek przyznaję, że tam oszukiwali, bo zamiast oryginalnej muzyki mieli covery).

"La La Land" od pierwszego do ostatniego ujęcia jest hołdem dla złotej ery Hollywood i musicali lat 50. (swoją drogą to samo zrobili niedawno twórcy "Hail, Caesar!"). Początkująca aktorka Mia spotyka niespełnionego pianistę Sebastiana. Obydwoje szukają szczęścia w Mieście Aniołów, chcąc podążać za własnymi pasjami i marzeniami. Czy odnajdą przy tym miłość? Czy ramię w ramię będą zmierzać do sukcesu, a może każde z nich będzie ciągnąć w swoją stronę? "La La Land" to de facto najprostszy na świecie film romantyczny, z określonymi dla tego gatunku schematami i kliszami. Ale na szczęście jest zrobiony tak dobrze, że wygląda na autentyczną kalkę z życia (kalifornijskiego, rzecz jasna). Zresztą nie ma co się dziwić - od twórcy "Whiplasha" nie spodziewaliśmy się niczego innego.

Nie lubię filmów o filmach, a do tego nurtu kwalifikuje się "La La Land". Za to takie produkcje są ubóstwiane w Hollywood, stąd pewnie deszcz nagród i nominacji. Niemniej jeśli w tym roku Oscara dostanie duet Gosling/Stone, będę głęboko niezadowolony. Nie dajmy się zwariować - to nie było aż tak dobre. Ale oglądało się przyjemnie.

Wniosek: Dobry film, ale nie tak dobry, jak wszyscy mówią.


"The Muppets" ("Muppety") [2015]

"The Muppets" ("Muppety") [2015]

O czym to jest: Muppety prowadzą talk show telewizyjny.

muppety serial 2015 recenzja kermit piggy

Recenzja serialu:

Pewne rzeczy (i produkcje) są ponadczasowe. Muppety zrosły się na stałe z popkulturą, co do tego nie ma wątpliwości. Geniusz Jima Hensona polegał na tym, że zaprojektował idealne postacie, wspaniale reprezentujące cechy ludzkiego charakteru. Większość z was zna znerwicowanego Kermita, arogancką pannę Piggy, rzucającego sucharami Fozziego czy szalonego Gonza. Dlatego też Muppety odradzają się co kilka lat i nie tracą na popularności mimo upływu lat. Tym razem powróciły w formie trzeciego pełnokrwistego serialu.

"The Muppet Show" i mniej znane "Muppets Tonight" to rzeczy wybitne, o ile oczywiście ktoś lubi Muppety jako takie. Nowa odsłona "The Muppets" powróciła w formie talk show, we współczesnym wydaniu klasy late-night show (czyli coś na wzór programów Johna Olivera, Jimmy'ego Kimmela czy w Polsce nieudolnie ich naśladującego Kuby Wojewódzkiego). Serial opowiada o produkcji takiego programu, z panną Piggy jako prowadzącą rzecz jasna. Kermit jako producent i reszta Muppetów harują zaś za kulisami na sukces najsłynniejszej Świni Hollywood, czujnie śledzeni przez kamerę, jak przystało na porządną produkcję typu mockumentary. Jak możecie się domyśleć, jest to doskonała okazja do wbicia całej poduszki szpilek w show-biznes filmowy i telewizyjny, a także realia pracy w korporacji jako takiej.

Od pierwszego odcinka "The Muppets" ostro jedzie po bandzie. To nie jest już produkcja dla dzieci - Muppety dorosły razem z widzami, którzy wychowywali się na "The Muppet Show" i "Ulicy Sezamkowej", a dziś mają własne życie. Są więc gagi ze spraw uczuciowych, materialnych, rodzinnych czy psychologicznych. Okazuje się, że Muppety też się rozwodzą, biorą kredyty, wpadają w nałogi czy mają kłopoty z prawem. Sporo w tym czarnego humoru, a jeśli ktoś mniej więcej orientuje się w realiach show-biznesu, to bawi się kilka razy bardziej. Dla mnie prym wiodą tu niepoprawny kobieciarz Pepe (pan krewetka) oraz homoseksualny krawiec Uncle Deadly, choć i zniszczony przez narkotyki zespół muzyczny ze Zwierzakiem w składzie dosłownie rozkłada na łopatki. Widz nie przestaje się śmiać!

Niestety najwyraźniej "The Muppets" nastąpiło komuś na odcisk, bowiem w połowie pierwszej serii zmieniono twórcę i scenarzystów celem ułagodzenia formy serialu. Żarty stały się mniej złośliwe, wątki bardziej familijne, a cały poziom produkcji tak jakby zszedł jeden poziom niżej. Na szczęście nie ma tragedii, bo serial nadal da się oglądać... ale to już nie to samo. Szkoda, że w USA znowu wygrała poprawność polityczna, składając dobrą rozrywkę na ołtarzu purytańskiej moralności. Ale takie są Stany Zjednoczone - to kraj gigantycznych kontrastów.

Na szczęście w finalnym podsumowaniu wygląda to nadal pozytywnie. Muppety są stworzone do tego, by być serialem. I choć druga część sezonu nie była aż tak wybitna jak pierwsza, to trzyma poziom. Z całego serca mam nadzieję, że to nie koniec Muppetów w telewizji, a kolejne gagi i salwy śmiechu są wciąż przed nami.

Wniosek: Świetne, a pierwsze odcinki wręcz wybitne.


"Hail, Caesar!" ("Ave, Cezar!")

"Hail, Caesar!" ("Ave, Cezar!")

O czym to jest: Los Angeles, lata 50. Nieznani sprawcy porywają hollywoodzką gwiazdę.

ave cezar film recenzja coen clooney brolin johannson tatum

Recenzja filmu:

Wiedziałem, że bracia Coen mnie nie rozczarują. Dopiero od niedawna zgłębiam ich twórczość, ale już się zdążyłem nauczyć, że za każdym razem, gdy oglądam ich produkcję, dostaję coś zupełnie niespodziewanego. "Hail, Caesar!", wnioskując po trailerze, obiecywał lekko absurdalną komedię, osadzoną w epoce Złotej Ery Hollywood (czyli epoce śpiewających kowbojów w tandetnych westernach, musicali ze stepowaniem, a także wielkich widowisk historycznych klasy "Ben-Hur"). Tymczasem dostaliśmy głęboko frapującą historię z kluczem, którą trudno w pełni zrozumieć po jednym seansie.

Nie dziwię się, że ludzie wychodzili z kina w trakcie filmu - "Hail, Caesar!" jest naprawdę trudny w odbiorze dla przeciętnego widza. Niemniej, jak to u braci Coen bywa, trzeba wytrzymać do ostatniej sceny, aby zrozumieć, co się właściwie obejrzało. Na pierwszy rzut oka to faktycznie komedia: Eddie Mannix, producent wielkiej wytwórni filmowej, próbuje uratować wysokobudżetowe widowisko po tym, jak główny aktor zostaje porwany. W tle mamy komunistyczny spisek (w końcu to lata 50.), kapryśne gwiazdy-beztalencia, wielkie pieniądze, a także tropiące Mannixa żądne sensacji dziennikarki-bliźniaczki. Pod tym względem "Hail, Caesar!" to w pewien sposób parodia "Ben-Hura", a konkretniej okoliczności powstawania filmów tego typu. Ale to nie jest klucz. Aby w pełni zrozumieć ten film, musicie w nim zobaczyć historię o Jezusie. I nie żartuję - są ku temu bardzo wyraźne przesłanki, zostawione przez Coenów jak okruszki znaczące drogę w gęstym lesie. Fantastyczny Josh Brolin, grający Mannixa, prowadzi nas niczym Chrystus, będąc jedynym sprawiedliwym w świecie grzeszników. Bez trudu odnajdziecie tu także alegorie Szatana, Marii Magdaleny, św. Jana, Judasza czy nawet Annasza i Kajfasza. To niesamowite, ale Coenom udało się tak sprytnie zamaskować przesłanie, że widz musi się nieźle nagłowić, by je odkryć w pełni!

Aktorsko "Hail, Caesar!" to prawdziwa wirtuozeria. Josh Brolin deklasuje większość obsady, może za wyjątkiem George'a Clonneya, który parodiuje tu sam siebie jako etatowego przystojniaka Hollywood. Ale to nie koniec zachwytów: wyborna Tilda Swinton w świetnej bliźniaczej roli, głupawa i wulgarna Scarlett Johansson, rozśmieszający do łez Ralph Fiennes (uwielbiam go od czasów "Grand Budapest Hotel"), solidny Channing Tatum (mówiłem, żeby trzymał się z dala od kina rozrywkowego!), a nawet kultowi Christopher Lambert i Robert Picardo! O mamo, prawdziwy aktorski zawrót głowy, godny prawdziwych arcydzieł!

Niemniej uprzedzam: jeśli chcecie obejrzeć ten film "do pośmiania", to lepiej wybierzcie coś innego. "Hail, Caesar!", mimo że jest komedią, to wcale nie jest śmieszny (a przynajmniej nie w takim potocznym rozumieniu). To głębokie, mądre kino, które niesie własny przekaz i daje nam dużo do myślenia. Jednocześnie to też znakomita rozrywka intelektualna, zmuszająca widza do refleksji. Na pewno będę musiał do tego wrócić.

Wniosek: Film trudny w odbiorze, ale o wysokiej wartości artystycznej.


"Grace of Monaco" ("Grace księżna Monako")

"Grace of Monaco" ("Grace księżna Monako")

O czym to jest: Biografia amerykańskiej aktorki Grace Kelly, księżnej Monako.

grace księżna monako recenzja filmu grace kelly nicole kidman

Recenzja filmu:

Po nawale kina popcornowego postanowiłem wykorzystać okienko w kalendarzu premier superprodukcji i obejrzeć jakiś normalny film. Padło na szeroko reklamowaną biografię nieodżałowanej Grace Kelly, księżnej Monako. Taka tematyka, takie lokacje, takie kostiumy, i jeszcze na dodatek Nicole Kidman i Tim Roth w głównych rolach - co mogło się nie udać?

Prawdę mówiąc wszystko... Jestem głęboko rozczarowany tym, jak słaby to był film. Teoretycznie biografia Grace świetnie nadaje się na hit - kariera aktorska, ślub z księciem, rozgrywki pałacowe, kryzys najmniejszego państwa Europy (Watykanu nie liczę), tragiczna śmierć... Losy Grace Kelly bardzo przypominały życie księżnej Diany, zwłaszcza w tym, jak się skończyły. Niestety reżyser filmu za bardzo poszedł w bałwochwalczą martyrologię, a za mało w porządną robotę filmową. Jego dzieło jest melancholijne, niemożliwie wydłużone, z nostalgicznymi ujęciami sztucznej Nicole Kidman na przemian płaczącej, rozpaczającej i wzdychającej. Trochę przypominało mi produkcje z lat 50., ale umówmy się - taki efekt byłby dobry, gdyby cały obraz zrobić w tym stylu. Niestety brakowało tu jakiegoś ogólnego pomysłu na dobrą fabułę, a pojedyncze dobre sceny - jak chociażby końcowa przemowa Grace - były niszczone przez nadmierne wydłużenie. Było po prostu nudno.

Jasne, podobał mi się spisek pałacowy, podobał mi się De Gaulle, a Hitchcock był po prostu cudowny. Ale to za mało. Nicole Kidman była jakaś taka... bez wyrazu, bez pomysłu i straszliwie zmęczona (nie wiem na ile to była kreacja aktorska, a na ile sama pani Kidman po prostu ma dość swojej pracy). Tim Roth nie pokazał nic szczególnego poza odpalaniem jednego papierosa od drugiego (gdzież mu do dawnej ekspresji jak np. w "Czterech Pokojach"). Zawiodłem się, nawet piękne kostiumy nie uratowały tego obrazu. Oczywiście fajnie było zobaczyć trochę Monako, ale też niezbyt wiele. Jednym słowem "Grace of Monaco" to dobry pomysł na film, ale bardzo słabe wykonanie.

Wniosek: Nudne. Nieudany film.


"Seven Psychopaths" ("7 Psychopatów")

"Seven Psychopaths" ("7 Psychopatów")

O czym to jest: Scenarzysta szuka inspiracji do filmu o psychopatach.

7 psychopatów film recenzja farrell harrelson walken kurylenko

Recenzja filmu:

Film "7 Psychopatów" jest - jak na kopię dzieł Tarantino - całkiem dobry. Choć mam wrodzoną awersję do filmów opowiadających o kręceniu filmów (lub, jak w tym przypadku, pisania scenariuszy) to jednak muszę oddać hołd twórcom za dostarczenie mi dobrej rozrywki. 

Pomysł był prosty: zbierzmy grupę charakterystycznych aktorów, wysilmy się na dosyć błyskotliwe kwestie, dodajmy sporą dawkę ekranowej przemocy oraz groteski i mamy przepis na "quentinowy" film. Zabawne jest to, że czasem takie podejście rzeczywiście się sprawdza, a czasem nie (jak w "Człowieku o Żelaznych Pięściach"). Widać zależy to od talentu reżysera. Wprawdzie kilka razy fabuła zbyt mocno poszła na poważnie (np. w scenie w szpitalu) i trochę popsuła mi frajdę, to jednak reszta trzymała poziom. Ważna uwaga: takie filmy muszą od początku do końca trzymać się w konwencji groteski, bo inaczej mogą być niestrawne (widz chce się przecież świetnie bawić patrząc na ekranową przemoc, a nie smucić). W każdym razie historia grupy bandziorów trudniących się porywaniem psów bogatych ludzi okazała się na tyle surrealistyczna, że widzowie byli w stanie w nią uwierzyć i mieć z tego frajdę.

Co do obsady, to przyznam ze Colin Farrell był naprawdę rewelacyjny (szkoda, że tak często wybiera sobie badziewne role, choć są chlubne wyjątki, jak np. "The Way Back"), no bo Christopher Walken i Woody Harrelson to klasa sama w sobie. Miło też było zobaczyć znów Sama Rockwella, choć w zasadzie powtarzał swoją kreację z "Zielonej Mili". To było dobre kino, z odpowiednią dozą groteski, paroma kultowymi tekstami i scenami, no i Wietnamczykiem z miotaczem ognia (bezcenne). Może i jest to podróbka Tarantino, ale za to udana!

Wniosek: Niezłe. Fani Tarantino nie będą zawiedzeni.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger