Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irak i Afganistan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irak i Afganistan. Pokaż wszystkie posty
"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

"Love, Death & Robots" ("Miłość, Śmierć i Roboty")

O czym to jest: Antologia animowanych krótkometrażówek z robotami (i nie tylko) w tle.

miłość śmierć i roboty serial netflix recenzja bagiński platine image

Recenzja serialu:

Antologie science fiction - jeśli są dobrze zrobione - bywają najlepszym co stworzył ten gatunek kina. Tak naprawdę by pokazać pełną wizję jakiegoś pomysłu na świat przyszłości, albo wskazać kierunek rozwoju technologicznego, nie trzeba pełnowymiarowej produkcji. Wiedzą o tym pisarze, tworząc chętniej krótkie opowiadania SF niż opasłe powieści. Wiedzą to też filmowcy - najlepsze przykłady rewelacyjnych antologii to choćby "Black Mirror" czy też znane mojemu pokoleniu "The Outer Limits". Teraz trzeba do nich dołączyć również "Love, Death & Robots"! Produkcja liczy aktualnie trzy sezony, składające się odcinków o różnej długości - od kilku do kilkunastu minut - z czego każdy stworzyło inne studio animacji i inni artyści. Dlatego też jak to przy antologii bywa, jedne epizody są lepsze, a drugie gorsze. Dla celów niniejszej recenzji wybrałem wyłącznie te najlepsze (w kolejności alfabetycznej), których żaden szanujący się fan gatunku nie powinien przegapić! Zaczynamy.

"Bad Traveling"
Pierwsza historia w tej recenzji pochodzi z trzeciego sezonu i dotyczy tematów, jakich bym się nie spodziewał w takiej antologii! W alternatywnym świecie statek rybacki podróżuje po niegościnnych, groźnych morzach. Na pierwszy rzut oka nasuwają się skojarzenia z "Moby Dickiem" albo "Wilkiem Morskim" - i nie bez powodu. Jednak w tym świecie przeciwnikiem rybaków nie jest wieloryb, ale gigantyczny, diabelski krab kojarzący się z Cthulhu we własnej osobie. Co się stanie, gdy potwór zawrze sojusz z jednym z rybaków? Co zrobi reszta załogi? I czy ocalenie własnego życia jest równoznaczne z oceleniem duszy? Kocham wszelkiego rodzaju tematy marynistyczne i może dlatego ten odcinek tak bardzo mi się spodobał - a może po prostu jest tak dobry! Tak czy siak, oglądanie tej historii było prawdziwą frajdą!

"Beyond the Aquila Rift"
Następnie przechodzimy od ciekawej opowieści w czystym klimacie science fiction, gdzie ludzkość przemieszcza się w kosmosie za pomocą statków wyposażonych w napęd umożliwiający skoki nadprzestrzenne. Ale co jeśli skok pójdzie nie tak, a statek wyląduje nie tam gdzie powinien? Jak odnajdzie się w tym załoga? I czy to, co zobaczą na miejscu jest na pewno tym, co istnieje naprawdę? Polecam tą historię ze względu na trzy elementy: realistyczną animację (mój ulubiony rodzaj!), niezły twist fabuły w finale oraz sporą dozę naturalizmu, która akurat w tym miejscu nieźle pasuje. Chciałbym kiedyś obejrzeć pełnowymiarowy animowany film science fiction w tym klimacie!

"Fish Night"
To bez wątpienia mój faworyt i ulubiony odcinek całego serialu! Co ciekawe, większość widzów najbardziej go krytykuje, ale to nie pierwszy raz gdy staję w opozycji do mainstreamu. Druga ciekawostka: odcinek stworzyło Platige Image, polskie studio animacji stworzone przez Tomasza Bagińskiego (którego przedstawiać nie trzeba). I choć nie jest to typowa komputerowa animacja, to efekty (a zwłaszcza kolory) są w niej po prostu obłędne! Dla tych co mają problem z interpretacją fabuły opowiadającej o dwóch komiwojażerach, którym popsuł się samochód pośrodku amerykańskiej pustyni, podpowiem: Dedal i Ikar. Teraz łapiecie?

"Ice Age"
To z kolei bardzo ciekawy odcinek, bo jako jedyny nie jest animacją, a fabularną krótkometrażówką (z bardzo fajną obsadą - Elizabeth Mary Winsted i Topher Grace!) z elementami animacji. Każdy zna żart z brodą polegający na tym, że jeśli ktoś zostawi jedzenie w lodówce zbyt długo, to zdąży ono rozwinąć własną cywilizację, prawda? No to "Ice Age" bierze ten koncept na poważnie! A gdyby tak rzeczywiście było? A ponadto czas w lodówce płynąłby inaczej niż w "realnym" świecie? Czy tamtejsi mieszkańcy popełniliby te same błędy? A może to my możemy się nauczyć czegoś od nich? Bardzo ciekawe filozoficzne rozważania - choć z przymrużeniem oka, rzecz jasna.

"In Vaulted Halls Entombed"
Kolejna historia w naszym zestawieniu dotyczy coraz bardziej popularnego w kinie motywu wojny w Afganistanie. Oddział komandosów wkracza do jaskini, gdzie talibowie ukrywają zakładnika. Jednak zamiast przeciwnika amerykańscy wojacy znajdują tylko obgryzione kości... Jak się okazuje, w tej jaskini mieszka ktoś jeszcze. Pamiętacie odcinek "Bad Traveling" i nawiązania do Cthulhu? Tutaj mamy je ponownie, choć w innych - ale równie krwawych - okolicznościach. Czy ktokolwiek ujdzie z życiem z tego starcia? Tempo, akcja, realistyczna animacja - takie animowane kino SF uważam za najlepsze! Znakomite i proszę o więcej!

"Life Hutch"
Realistyczna animacja komputerowa nieuchronnie zmierza do momentu, w którym będzie nie do odróżnienia od kina fabularnego. Pytanie co wtedy? Pewnie jak zawsze wygrają pieniądze i będziemy oglądać filmy w takiej technologii, która przyniesie jak największy zysk przy jak najmniejszych kosztach. A póki co możemy podziwiać niesamowity kunszt grafiki komputerowej, która potrafi przynieść takie cudeńka jak "Life Hutch". To opowieść o świecie przyszłości, w którym ludzkość toczy kosmiczną wojnę z inną rasą. Jeden z pilotów rozbija się na planetoidzie, na której czeka tytułowy automatyczny schron - miejsce w którym można spokojnie czekać na ekipę ratunkową, a dołączony do schronu robot zapewni pilotowi bezpieczeństwo. Co jednak gdy robot się popsuje i uzna rozbitka za wroga? Odcinek to świetne, naturalistyczne i pełnokrwiste kino science fiction, w którym główną rolę (użyczając twarzy i głosu) zagrał Michael B. Jordan! Polecam, robi wrażenie.

"Lucky 13"
A to zaś przykład jednego z lepszych militarnych science fiction, jakie widziałem! Klimatem jest bardzo blisko do takich klasyków jak "Starship Troopers", "Space: Above and Beyond" oraz "Edge of Tomorrow". Młoda pilotka prosto ze szkoły lotniczej dla kosmicznych Marines otrzymuje swój pierwszy statek - lądownik o feralnym numerze 13, który do tej pory pogrzebał już dwie załogi. I zaczyna się prawdziwa kosmiczna akcja: strzelaniny, pojedynki lotnicze z kosmitami, obce planety i tyle heroizmu, ile da się zmieścić w kilkunastu minutach fabuły. Rewelacja! W połączeniu z realistyczną animacją robi to ogromne wrażenie, a mi pozostaje w głowie marzenie, by kiedyś poznać tą historię w pełnowymiarowym formacie.

"Mason's Rats"
A to z kolei humorystyczna opowiastka o pewnym szkockim farmerze toczącym wojnę ze szczurami. Gdy szczury wskakują na kolejny etap ewolucji i w obronie przed farmerem zaczynają używać strzał, ten sięga do najnowszej technologii - śmiercionośnych dronów! To rozpętuje konflikt, który bez przesady można nazwać Wielką Szczurzą Wojną Ojczyźnianą. Kto wygra: bezduszna technologia czy odwaga szczurzych powstańców? Jak można się domyśleć pełno w tym czarnego humoru, ale i analogii do współczesnego świata i konfliktów zbrojnych. Bardzo mi się podobało i co ważniejsze - na końcu tej opowiastki czekało niezłe przesłanie! Polecam zdecydowanie i do rozrywki, i do przemyśleń.

"Pop Squad"
Jeśli lubicie klimaty rodem z "Blade Runnera", to ten odcinek jest dla Was. W tej dystopijnej przyszłości ludzie poznali sekret nieśmiertelności. Jest jednak mały haczyk: posiadanie dzieci jest zakazane. Tropieniem nieprawomyślnych zajmuje się specjalny oddział policji, który dokonuje likwidacji "niechcianych" małoletnich. Odcinek wstrząsnął mną do głębi, jako że sam jestem ojcem małego dziecka. Głównym bohaterem opowieści jest posępny, doświadczony detektyw (rzecz jasna noszący prochowiec i kapelusz rodem z klasycznych filmów noir), który zaczyna mieć rozterki związane z wykonywanymi obowiązkami. Czy odrzuci nieśmiertelność, by znów stać się człowiekiem? Przekonajcie się sami!

"Shape-Shifters"
To następny warty wspomnienia odcinek szczycący się realistyczną animacją. Fabuła opowieści kieruje nas do czasów współczesnych i niekończącej się wojny w Afganistanie. Jedyna różnica jest taka, że w tej historii w szeregach US Army służą... wilkołaki! A konkretnie żołnierze obdarzeni mocą likantropii, którzy są doskonałymi zwiadowcami, obdarzonymi nadludzką siłą i sprawnością. Niestety ich "koledzy" z wojska nie patrzą na nich zbyt przychylnie - a znając ludzką psychologię jestem pewien, że dokładnie tak by to wyglądało w rzeczywistości... A co gorsza, wilkołaki znajdują się nie tylko wśród Amerykanów!

"Snow in the Desert"
A skoro przy realistycznej animacji jesteśmy, warto wspomnieć i o tym epizodzie, ponownie zabierającym nas do dalekiej przyszłości, gdzie ludzie (i to poważnie zmutowani ludzie) kolonizują inne planety. Na jednym ze światów mieszka niejaki Snow - albinos, którego mutacja powoduje natychmiastowe gojenie ran i faktyczną nieśmiertelność (coś jak u Wolverine'a w "X-Menach"). Podobnie zresztą jak wspomniany Wolverine, Snow również chce by wszyscy dali mu święty spokój. Niestety jego życzenie nie zostanie spełnione, gdy jego tropem ruszą łowcy organów (ciekawe czy to nawiązanie do ponurego, współczesnego losu albinosów w Tanzanii), a w życiu Snowa pojawi się tajemnicza kobieta. Pełne akcji, dobrze zagrane (w głównej roli Peter Franzén, czyli król Harald z "Vikings"), z ciekawym zwrotem akcji na samym końcu. Takie kino science fiction tygryski lubią najbardziej!

"Sonnie's Edge"
Hasła "cyberpunk" nie trzeba aktualnie specjalnie przedstawiać, głównie za sprawą mocno wyczekiwanej gry polskiej produkcji. Modna w latach 80. stylistyka cyberpunku zaczyna ostatnio wracać do łask, a "Sonnie's Edge" jest jednym z jej przejawów. W tej dystopijnej przyszłości ludzie-cyborgi sterują wielkimi potworami, które walczą ze sobą w ringu. Ale czasem prawdziwym potworem nie jest ten, który na takiego wygląda, a i motywacje kierujące bohaterami mogą zaskoczyć niejednego. Podobnie jak w przypadku wielu odcinków z mojego zestawienia w tym też króluje realistyczna animacja, dodajmy BARDZO naturalistyczna, nie skąpiąca krwi czy zmysłowego seksu. Robi wrażenie.

"Suits"
To zaś jest dość oryginalne podejście do tematu mechów, czyli wielkich robotów sterowanych przez schowanego w ich wnętrzu ludzkiego operatora. Tym razem wątek mechów pojawia się w dość przewrotnej opowieści, gdzie grupa na wskroś amerykańskich farmerów musi bronić swoich domów i gospodarstw przed krwiożerczymi potworami. Heroizm rodem z wielkich prerii, kraciaste koszule, shotguny, jeansy, łopoczący gwiaździsty sztandar i zapach chleba kukurydzianego... Czegóż chcieć więcej? Jest akcja i zabawa, to na pewno!

"Swarm"
Z tym odcinkiem wracamy do pełnokrwistego science fiction, w którym w dalekiej przyszłości ludzie odkrywają kosmos i jego cuda. Jednym z nich jest tytułowy Rój - zawieszona w pasie planetoid cywilizacja przypominająca mrowisko, w której koegzystują tuziny różnych gatunków. Dwójka naukowców (uwaga, w jednej z ról Rosario Dawson!) rozpoczyna badania Roju. Jednak co się stanie, gdy da o sobie znać ludzka arogancja i chęć ujarzmienia mocy i tajemnic Roju do własnych celów? To bardzo mądra historia z przesłaniem, mówiąca o tym że ludzkość nie może i nawet nie powinna próbować wszystkiego kontrolować, bo może się to skończyć bardzo źle...

"The Secret War"
A to z kolei epizod który dosłownie zmiótł mnie z nóg - nie tylko za pomocą realistycznej animacji (którą jak już się domyślacie uwielbiam!) czy militarystycznego zacięcia, ale przede wszystkim pomysłu na historię! W tym oto świecie w trakcie II wojny światowej specjalne oddziały Armii Czerwonej przemierzają bezkresną syberyjską tajgę, by walczyć z potworami jako żywo przypominającymi demogorgony ze "Stranger Things". Jest więc tajemnica, jest akcja, są potwory, pełnokrwiste i wiarygodne (choć animowane) postacie i klimat jakich mało! Ogląda się to rewelacyjnie i jest to chyba odcinek, do którego wracam najczęściej. To również marzyłoby mi się w formie pełnowymiarowego filmu kinowego!

"The Tall Grass"
Lubię, gdy twórcy animacji science fiction potrafią się bawić konwencją, umiejętnie łącząc ze sobą różne okresy historyczne i motywy. W tym wypadku udało im się nakręcić całkiem niezły - fabularnie i wizualnie - horror osadzony mniej więcej w realiach drugiej połowy XIX wieku. Pośrodku bezkresnego morza trawy staje pociąg. Jeden z pasażerów wysiada zaczerpnąć powietrza mimo ostrzeżeń konduktora. To co znajdzie w trawie okaże się dla niego prawdziwym koszmarem... W tej historii urzekła mnie nie tylko wizualna strona opowieści (choć też), ale przede wszystkim spekulacje na temat tego, skąd wzięli się mieszkańcy traw. Może to inni pasażerowie, którzy niegdyś nie posłuchali mądrego konduktora? Morał: nie wysiadać z pociągu poza stacją!

"The Very Pulse of the Machine"
Z kolei ten epizod jest u mnie na podium trzech najlepszych odcinków z całego serialu - obok "Fish Night" i "Zima Blue". W tej historii osadzonej w niedalekiej przyszłości dwójka astronautek bada księżyc Io. Gdy dochodzi do wypadku i jedna z nich ginie, druga musi podjąć wyczerpującą pieszą wędrówkę by ocalić swoje życie. Jednak po drodze okazuje się, że nic na Io nie jest takie jak się wydaje. Czy to co widzimy jest prawdą, czy jedynie halucynacjami udręczonej, rannej kobiety? A nawet jeśli - czy ma to aż takie znaczenie? Klasyczna, pełna psychodelicznych kolorów animacja przywodząca na myśl wspomniane "Fish Night" sprawdza się w tej historii rewelacyjnie, a sama historia zostaje na długo w głowie widza. Wspomnę jeszcze, że opowiadanie na podstawie którego nakręcono ten odcinek dostało w swoim czasie Nagrodę Hugo! I uwierzcie mi: zasłużenie. Absolutny "must have" dla każdego fana SF!

"The Witness"
Jeśli mnie pamięć nie myli to ten odcinek zdobył najwięcej nagród branżowych i odbił się dość szerokim echem w popkulturze (sam widziałem zdjęcia licznych cosplayerek odtwarzających wygląd głównej bohaterki). Epizod bardzo przypominał mi animowany "Ghost in the Shell" - głównie z powodu klimatu azjatyckiej metropolii. Fabuła też jest niebanalna: tancerka erotyczna jest świadkiem zabójstwa. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed mordercą, która jednak zakończy się całkowicie inaczej niż ktokolwiek by sobie wyobrażał. Chylę czoła przed naprawdę niezłym zwrotem akcji w finale - bez wątpienia ta historia zostaje w głowie!

"Three Robots"
A to chyba najzabawniejszy ze wszystkich odcinków. Mimo że trwa zaledwie parę minut to pokładałem się na podłodze ze śmiechu! Trzy roboty wybierają się na turystyczną przechadzkę po postapokaliptycznej Ziemi. Wokół rozpadające się budynki, wraki aut i sprzętów, a także masa szkieletów ludzi zabitych w hekatombie. Generalnie coś jak Prypeć, tyle że z trupami. I jak na turystów przystało roboty strzelają selfiaki, komentują, zbierają pamiątki, wygłupiają się... aż do momentu gdy spotykają kota. Wtedy też cała tajemnica końca świata zaczyna nabierać sensu. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale jestem pewien że Wam się spodoba! Jak się zresztą okazało, odcinek był tak dobry że doczekał się sequela w trzecim sezonie zatytułowanego "Three Robots: Exit Strategies" gdzie twórcy kontynuowali postapokaliptyczną satyrę, biorąc na celownik m.in. preppersów, libertarian i wszelkiego rodzaju technomilionerów. Złoto!

"Zima Blue"
Na sam koniec odcinek, który - obok "Fish Night" walczył u mnie na podium najlepszego epizodu. Jest to głęboko filozoficzna opowieść dziejąca się w dalekiej przyszłości, gdzie najsłynniejszym artystą galaktyki jest tajemniczy Zima Blue. Pewnego razu dziennikarka zostaje przez niego zaproszona na ekskluzywny wywiad - Zima Blue szykuje się bowiem do zaprezentowania swojego finalnego i najważniejszego dzieła w karierze. Historia jaka się z tego wyłania opowiada głównie o poszukiwaniu sensu życia oraz istnienia. Bardzo dobre, bardzo mądre i zapadające w pamięć. Godne klasyków i największych pozycji science fiction!


Wniosek: Świetna antologia, a niektóre odcinki są wybitne!


"The Outpost"

"The Outpost"

O czym to jest: Kronika najkrwawszej bitwy Amerykanów z talibami w Afganistanie.

outpost film wojenny afganistan recenzja scott eastwood orlando bloom

Recenzja filmu:

Tegoroczny wojenny hit "The Outpost" robił wszystko by stać się nowym "Black Hawk Down". I poszło mu to całkiem nieźle. Brakuje mu wprawdzie epickości wspomnianego hitu o wojnie domowej w Somalii, ale za to ma coś specjalnego: bardzo realistyczne przedstawienie pola bitwy i relacji między żołnierzami. Wg weteranów starcia, którzy obejrzeli tą produkcję, wyglądało to dokładnie tak jak na ekranie. Ale nic w tym dziwnego, bo trzech z nich zagrało w tym filmie (a jeden nawet sportretował samego siebie!). W razie wątpliwości łatwo więc było twórcom sięgnąć do źródła.

Hollywood powoli bierze się za trudny temat Iraku i Afganistanu - z tym drugim jest nawet ciężej, bowiem amerykańskie wojska nadal tam są po prawie 20 latach wojny. I wszystko wskazuje na to, że pewnego dnia opuszczą ten kraj jak dawniej Wietnam, pozostawiając za sobą jedynie taktyczną porażkę i trupy po obydwu stronach. "The Outpost" dobrze pokazuje absurdy wojny w Afganistanie: tępotę amerykańskiego dowództwa (nie trzeba było być geniuszem by wiedzieć, że lokalizacja bazy wojskowej na dnie jaru nie daje przewagi strategicznej), bezsensowną śmierć wartościowych młodych ludzi, a także niewyobrażalny heroizm tych, którzy przeżyli. Bitwa o Kamdesh w 2009 przyniosła obrońcom morze medali, w tym dwa najcenniejsze: Medale Honoru! Na przekór beznadziejnym okolicznościom kilkudziesięciu Amerykanów, dwóch Łotyszy i grupa afgańskich żołnierzy stawiła czoło setkom talibów. Film krok po kroku, niczym kronika lub film dokumentalny, portretuje jak do tego doszło i czym to się zakończyło.

Jeśli myślicie że "The Outpost" nakręcono ku pokrzepieniu serc, to nic podobnego. Ja odczytałem ten film jako głęboko antywojenny, pokazujący bezsensowny horror pola bitwy. Wielka w tym zasługa utalentowanej obsady, ze wskazaniem na Scotta Eastwooda i Caleba Landry Jonesa. Panowie zagrali to tak, że w sekundę byłem w stanie uwierzyć, że są prawdziwymi żołnierzami spod gwiaździstego sztandaru. Ich przygody przyciągają wzrok widza od pierwszej do ostatniej minuty, i to na długo zanim na ekranie pada pierwszy strzał. Brawo!

Polecam ten film by wyrobić sobie zdanie o wojnie w Afganistanie - dobry będzie w pakiecie z na wskroś "patriotycznym" dziełem "Lone Survivor", który również realistycznie, choć mocno propagandowo, zabiera się za ten temat. Niemniej zawsze warto znać obydwa punkty widzenia, nieprawdaż?

Wniosek: Bardzo dobre, realistyczne kino wojenne.


"War Dogs" ("Rekiny Wojny")

"War Dogs" ("Rekiny Wojny")

O czym to jest: Dwóch cwaniaków z Miami zostaje międzynarodowymi handlarzami bronią.

rekiny wojny film teller

Recenzja filmu:

Czasem aż trudno uwierzyć, że pewne sytuacje wydarzyły się naprawdę. A jednak! "War Dogs" to oparta na faktach historia dwóch dwudziestoparoletnich cwaniaczków, którzy w 2007 roku zdobyli kontrakt Pentagonu na dostawę gigantycznej ilości broni do Afganistanu. Ponieważ ich życie skupiało się do tej pory głównie na drobnych zleceniach, imprezach i jaraniu trawy, zaczęli kombinować, jak zarobić, ale się nie narobić... A co z tego wyszło? To musicie zobaczyć sami. 

Ta opowieść była po prostu zbyt dobra, żeby odpuścić jej ekranizację. "War Dogs" wpisuje się w modny obecnie styl para-dokumentów, gdzie za pomocą zewnętrznego narratora (i jednocześnie głównego bohatera) krok po kroku poznajemy kulisy trudnej do uwierzenia historii, która naprawdę miała miejsce. Widzieliśmy wcześniej taki zabieg np. w "Wilku z Wall Street" czy "The Big Short". I podobnie jak tamte produkcje, "War Dogs" nie jest komedią, choć z pozoru może się nią wydawać. To tak naprawdę smutna (i nieco przerażająca) historia o absurdach, które rządzą światem, choć zazwyczaj ich nie zauważamy. I właśnie dlatego warto znać filmy, które o nich opowiadają.

Miles Teller robi ostatnio co może, by powtórzyć sukces "Whiplash" i udowodnić swoją przydatność w dojrzałym kinie. Podobnie postępuje Jonah Hill, znany ze wspomnianego "Wilka z Wall Street", tutaj w roli cynicznego, obleśnego i bezwzględnego playboya. Wprawdzie doceniam jego rolę w tej produkcji, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że był dokładnie tą samą postacią, co w "Wilku". A to trochę niedobrze. Niemniej obydwaj panowie stanęli na wysokości zadania i przynajmniej nie przeszkadzają w oglądaniu, a to już coś. Warta zauważenia jest rola Bradleya Coopera jako króla dostawców broni - tak zupełnie inna od tego co pokazał np. w "American Sniper".

Czy "War Dogs" to dobry film? Taki sobie. Ale czy należy go obejrzeć? Koniecznie! Pewne historie trzeba znać, nawet jeśli można je było nakręcić lepiej.

Wniosek: Niezła historia. Warto poznać.


"Iron Man"

"Iron Man"

O czym to jest: Miliarder-playboy buduje sobie latającą zbroję.

iron man film recenzja marvel robert downey jr

Recenzja filmu:

Wszystko zaczęło się właśnie od tego filmu. "Marvel Cinematic Universe" to póki co najbardziej kasowe i chyba najpopularniejsze uniwersum filmowe w historii. Kilkanaście filmów (i więcej w drodze), dziesiątki aktorów, setki milionów dolarów budżetu i miliardy wpływów. Disney doskonale wiedział co robi, wchodząc z pompą w świat superbohaterów Marvela. I co najważniejsze, twórcy zaczęli od marvelowej odpowiedzi na Batmana, a więc: Iron Mana!

Komiksy Marvela zawsze różniły się od DC nastrojem: zamiast mrocznych, klimatycznych historii, bardziej stawiały na lekkość, akcję i przygodę. Taki też jest "Iron Man": z jajem, tempem i bez trzymanki. Zamiast posępnego Bruce'a Wayne'a obserwujemy Tony'ego Starka - playboya i "wiecznego chłopca", dla którego zbroja Iron Mana to kolejna droga zabawka (a przy okazji sposób na wyrównanie rachunków). Można śmiało powiedzieć, że to rola życia Roberta Downey Jr., który stracił wiele płodnych lat kariery na narkotyki, ale z sukcesem podniósł się z dna i wrócił do pierwszej ligi kina. Nic dziwnego, że za każdy powrót do roli Iron Mana inkasuje dziesiątki milionów dolarów - jego Tony Stark to prawdziwy samograj. Zabawny, wyluzowany, neurotyczny, obrażalski i dobroduszny jednocześnie. Tak jak Johnny Depp tchnął życie w Jacka Sparrowa w "Piratach z Karaibów", tak Downey Jr. stworzył Tony'ego Starka i zrósł się z nim na stałe.

Wrażenie robi przede wszystkim rozmach produkcji, wartka i pełna akcji fabuła, bystre dialogi, a także znakomite efekty specjalne (zwłaszcza jak się je zestawi z wypuszczonym w tym samym roku drugim filmem z uniwersum, a więc "The Incredible Hulk"). "Iron Man" to przede wszystkim świetna przygoda na ekranie, która z sukcesem zapoczątkowała marsz Disney'a/Marvela po serca i portfele widzów. Nawet jeśli nie lubicie kina superbohaterskiego, to "Iron Mana" trzeba znać.

Wniosek: Kwintesencja dobrego, żwawego kina superbohaterskiego. Rewelacja!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Karbala"

"Karbala"

O czym to jest: Potyczka polskich żołnierzy z rebeliantami w Iraku.

karbala film recenzja plakat

Recenzja filmu:

Ciekawe, jak zmieniają się pojęcia. Kiedyś bitwami nazywano starcia zbrojne, w których uczestniczyło co najmniej kilka tysięcy ludzi. Dziś starczy garść żołnierzy kontra drugie tyle przeciwników i już mamy bitwę... Tak to właśnie było z bitwą w Karbali, która de facto stanowiła obronę ratusza przed szyickimi rebeliantami w 2004 roku w Iraku. Tuzin Polaków i drugie tyle Bułgarów broniło się trzy dni przed oddziałami wroga, notując przy tym spektakularny sukces.

A ponieważ sukcesów (zwłaszcza militarnych) mamy mało, nakręcono o tym film. Oglądaliście "Black Hawk Down"? Pytam, bo "Karbala" stanowi jego polską kopię. A jak na kopię przystało, jest niestety gorszej jakości. Wszystko tu jest podobne - krajobrazy, przebieg akcji, niektóre postacie, a nawet Lisa Gerrard zawodząca z offu w podkładzie muzycznym. I niestety, choć nie można odmówić "Karbali" pewnych fajnych cech, zawiera bardzo dużo klasycznych wad polskiego kina. Niedobrze!

Ewidentnie zabrakło tu wielu scen i zrębów fabuły, które średnio rozgarnięty scenarzysta wpisałby w przebieg akcji. Zacznijmy od tego, że film bardzo długo się rozkręca (za długo), a gdy w końcu dochodzi do strzelanki, nie czujemy efektu jakiegoś wielkiego otwarcia akcji. Ot po prostu się zaczyna i w sumie tak samo kończy. Kamera starała się śledzić dwójkę bohaterów, czyli dowodzącego obroną kapitana oraz błądzącego po Karbali młodego sanitariusza. Niestety obydwu postaciom zabrakło kluczowych scen, byśmy mogli wejść im do głowy i wczuć się w tych bohaterów. Dotyczy to zwłaszcza kapitana, snującego się ze smutną miną po planie zdjęciowym i czasem strzelającego do ludzi. Najgorsze jest to, że w "Karbali" widać potencjał dobrego filmu akcji, zwłaszcza że pod nosem twórców leżały gotowe elementy układanki! Starczyło mocniej zarysować sceny batalistyczne (a nie ograniczać się do nieruchomego strzelania z kałachów na oślep i chaotycznych ujęć "z ręki"), dodać trochę dramatyzmu i patosu oraz fajnie wykorzystać bandę bułgarskich zabijaków, z których można by zrobić szalonych berserkerów. To wręcz błagało, by tak to wykorzystać! Nie miałem też poczucia stanu oblężenia naszych wojaków, bowiem szturmy rebeliantów ograniczały się tylko do bramy wejściowej, a taki na przykład agent wywiadu wchodził i wychodził z tego ratusza kiedy chciał. Dodajmy do zarzutów fatalne udźwiękowienie filmu (klasyczna bolączka rodzimego kina), które czasem wręcz błagało o napisy, byśmy mogli zrozumieć kwestie bohaterów (wypowiadane - żeby nie było - po polsku).

Film jest na szczęście nieźle zagrany - Bartłomiej Topa świetnie wcielił się w kapitana i pozostaje tylko pożałować, że nie dano mu większej okazji do pokazania pazurów. Zamiast tego stworzył kreację zmęczonego życiem oficera - fajną, ale strasznie wtórną po tych wszystkich polskich serialach i filmach ze smutnym funkcjonariuszem policji w roli głównej (najlepszy przykład: "Drogówka"). Również Antoni Królikowski nieźle zagrał sanitariusza, pomijając żenującą i czerstwą końcówkę w meczecie. Podobało mi się szczere podejście do kwestii wyposażenia polskiego wojska, które pojechało na wojnę ze sprzętem z poprzedniej epoki (Honkery, na litość boską!). Gratuluję też scenografom za świetne realia Iraku post-saddamowego. Aż szkoda, że nikt nie potrafił ich wykorzystać na miarę potencjału.

"Karbala" to pierwszy współczesny polski film wojenny od czasów "Demonów Wojny wg Goi". I pozostaje tylko pożałować, że jego jakość raczej nie zachęci, by prędko wrócić do tej tematyki.

Wniosek: Znośne, ale naprawdę mogło być lepsze.


"American Sniper" ("Snajper")

"American Sniper" ("Snajper")

O czym to jest: Amerykański snajper zabija islamistów.

snajper recenzja filmu plakat bradley cooper clint eastwood

Recenzja filmu:

Kult US Army w Hollywood nigdy się nie znudzi. Zwłaszcza w przypadku komandosów. Marines, Rangersi, Delta Force, SEAL's... Widzieliśmy już masę takich filmów, jak choćby zeszłoroczny "Lone Survivor" (zresztą - tak jak "American Sniper" - również opowiadający o niezniszczalnych operatorach SEAL's). Ale tym razem za kamerą stanął Clint Eastwood, co obiecywało nam kino poważne, głębokie i zmuszające do refleksji. A jakie było?

Cóż, powiem wprost, że spodziewałem się czegoś lepszego. Niby otrzymałem tu wszystko, co chciałem: wystarczająca dawka kultu SEAL's, fajny główny bohater, niezłe sceny batalistyczne (strzelanina w burzy piaskowej - rewelka!), poruszenie wątków stresu pourazowego oraz uzależnienia od wojny. Ale po prostu mi to nie wystarczyło. Chciałem dostać coś świeżego, coś czego jeszcze nie widziałem. Niestety tego typu strzelankę widziałem chociażby w "Black Hawk Down", gdzie była nieporównanie lepiej pokazana. Uzależnienie od wojny było bardziej dosadne w "The Hurt Locker", a o zespole stresu pourazowego opowiedziały dziesiątki filmów o Wietnamie, z "Czasem Apokalipsy" i pierwszym "Rambo" na czele. 

Niemniej film jest niewątpliwie solidnie zrobiony, nakręcony w stylu Eastwooda: prosto, surowo i bez ozdobników. Nie zgadzam się z krytykami, zarzucającymi gloryfikację amerykańskich herosów ubijających arabskich barbarzyńców. Nasz główny bohater, postępujący właśnie w ten sposób, sam stanowi najlepszy dowód, że takie nastawienie jest niczym innym, jak zwykłą propagandą (choć wierzę, że mniej wprawni widzowie odczytali tylko tę pierwszą, gloryfikującą warstwę). Ale ta historia mogła być bardziej głęboka (co jednak wymagałoby zastosowania złożonej konstrukcji fabuły, a to nie w stylu Eastwooda) albo bardziej popkulturowa, a wtedy potrzebowalibyśmy znacznie większej ilości strzelaniny. Niestety "American Sniper" wyparował mi z głowy już po paru dniach od seansu, a to niedobrze. Bo wspomniany "Lone Survivor", mimo że teoretycznie gorszy, dał się bardziej zapamiętać z szalonych scen akcji. 

Nie potrafię jednoznacznie ocenić tego filmu. Był dobry, może nie wybitny, ale dobry. Jednakże dla mnie nie wniósł nic nowego do kinematografii. A szkoda, bo wiem, że Eastwood ma jeszcze na tym świecie coś do powiedzenia.

Wniosek: Solidny film, ale niezbyt odkrywczy.


"Lone Survivor" ("Ocalony")

"Lone Survivor" ("Ocalony")

O czym to jest: Amerykańscy komandosi walczą z talibami w Afganistanie.

ocalony film recenzja wahlberg

Recenzja filmu:

Jest to chyba pierwsza w tym roku premiera, która aż tak utkwiła mi w głowie. Co ciekawe, pierwsze wrażenie po wyjściu z kina nie było aż tak entuzjastyczne, no bo (mimo starań) drugi "Black Hawk Down" to nie był. Ale z każdą kolejną myślą zdaję sobie sprawę, że to był naprawdę dobry film. Obawiałem się trochę co z niego wyjdzie, zwłaszcza z powodu Marka Wahlberga, który jak do tej pory ani razu nie zachwycił mnie na ekranie. Jednak tym razem naprawdę się postarał - na Oscara raczej nie zasłużył, ale i tak zrobił co w jego mocy. Co ciekawe dopiero po seansie zdałem sobie sprawę, że grał tam również Taylor Kitsch, czyli filmowy "John Carter", ale dzięki Bogu zupełnie do siebie niepodobny (choć niestety jego kreacja była kalką głównego protagonisty wspomnianego "Black Hawk Down"). Miłą niespodzianką był również Eric Bana, choć w roli trzecioplanowej. 

Co do samego filmu, to jak można się spodziewać po współczesnym kinie wojennym, sceny akcji nakręcono perfekcyjne (gratulacje za wielką dbałość o szczegóły, np. echo w trakcie strzelaniny w górach). Nie mam się do czego przyczepić, mogę tylko chwalić i podziwiać! A jeśli chodzi o główny smaczek, czyli stopień kultowości US Army (tym razem w wykonaniu operatorów SEALS), to plasuję ten film gdzieś pomiędzy "Black Hawk Down" a "Invasion: Battle Los Angeles". Z domieszką "G.I. Jane" z wiadomych powodów. Można zatem powiedzieć, że wyszło w sam raz. Nawet trafił się jeden kultowy snajperski one-liner (I am the ripper!). 

Cieszę się, że scenarzyści zadali sobie trud, by zgłębić skomplikowane relacje Amerykanie/Afgańczycy, a także cieszę się z zamieszczenia oryginalnych materiałów foto i wideo. I przede wszystkim cieszy mnie trzymanie się faktów historycznych. Oby tak dalej.

Wniosek: Dobre. Było naprawdę nieźle!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger