marca 31, 2014

"Solomon Kane" ("Solomon Kane: Pogromca Zła")

O czym to jest: XVII-wieczny mściciel poluje na demony.

solomon kane pogromca zła recenzja filmu

Recenzja filmu:

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wyglądałaby ekranizacja gry "Diablo II", włączcie sobie "Solomona Kane'a". Jest to kolejny film o przygodach samotnego herosa rozwalającego demony - czyli ta sama półka co "Van Helsing", "Constantine", "Priest" czy "Ja, Frankenstein". Zresztą Solomon najbardziej przypomina mi tego pierwszego, a w niektórych ujęciach to wypisz-wymaluj Hugh Jackman (to pewnie wina kapelusza). I tak oto przenosimy się do czasów elżbietańskich, z biegającymi po ekranie purytanami, angielskimi biedakami oraz arystokratami uzbrojonymi w rapiery i pistolety skałkowe. Dodajmy do tego pokrytego magicznymi symbolami pogromcę demonów i teoretycznie mamy przepis na dobre nerdowskie kino. No ale jak to z przepisami bywa, bez dobrego kucharza ani rusz.

Najsmutniejsze jest to, że film naprawdę miał zadatki na kino kultowe. Niektóre elementy były perfekcyjne, zaczynając od stylizacji głównego bohatera, przez czasy w których odbywa się akcja, po niektóre elementy fabuły (np. zerwanie się z krzyża albo katakumby z zombiakami). Paradoksalnie największą wadą filmu jest... mało przemocy. Tego typu produkcja wręcz błaga o nieustające siekanie rapierami, zarzynanie demonów, błyskotliwą choreografię i dużo krwi. O ile jesteśmy w stanie wytrzymać (skądinąd całkiem sprawnie nakręcone i ciekawe) pierwsze pół godziny wprowadzenia, to potem oczekujemy dobrej nawalanki, z powodu której wydaliśmy pieniądze na bilet. Niestety otrzymujemy parę niezbyt błyskotliwych ruchów, kilka smutnych min głównego bohatera, mało odkrywczy finał i końcowego bossa na planszy wyjętej z "Diablo". Słabo!!! Kolejny przykład zmarnowanego potencjału.

Aktorsko było nieźle, choć James Purefoy (znany także jako mniej udany klon kultowego Christophera Lamberta) do wybitnych aktorów nie należy. Ale za to na otarcie łez dostaliśmy parę miłych dla oka mordeczek, w tym Maxa von Sydowa, Pete'a Postlethwaite'a (tęsknię za nim!) czy Mackenziego Crooka. Niestety, nawet tak miłe dla oka camea nie były w stanie uratować tego mało odkrywczego obrazu. Szkoda, bo liczyłem na znacznie więcej, przynajmniej na tyle co w "Van Helsingu". Cóż, trudno.

Wniosek: Słabe, choć miewa przebłyski.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger