Popularne posty

lutego 18, 2018

"The Right Stuff" ("Pierwszy Krok w Kosmos")

"The Right Stuff" ("Pierwszy Krok w Kosmos")
O czym to jest: Historia amerykańskiego programu kosmicznego Merkury.

pierwszy krok w kosmos plakat recenzja filmu glenn ed harris gus grissom

Recenzja filmu:

Zainspirowałem się niedawnym sukcesem Elona Muska, który wystrzelił samochód w kosmos i posłał go na misję wokół Marsa i z powrotem. Wspomniany milioner, którego celem życia jest założenie bazy na Czerwonej Planecie, przywrócił wszystkim ludziom wiarę w wielkie marzenie o podboju kosmosu. Współcześnie ludzkość tak bardzo skupia się na bezsensownych walkach między sobą, że zapomina o tym co najważniejsze: w kosmosie czeka nieograniczona liczba światów, tylko czekających na odkrycie. Nic tylko brać się do roboty i ruszać na największą z możliwych przygód! A wszystko to zaczęło się w latach 50. i 60., wraz z radzieckim i amerykańskim programem kosmicznym. O tym opowiada "The Right Stuff".

Akcja filmu rozpoczyna się w 1947 roku, gdy Chuck Yeager (prawdopodobnie najlepszy amerykański pilot XX wieku), przekroczył barierę dźwięku. Od tego momentu nastała wielka era pilotów-oblatywaczy, z narażeniem życia testujących coraz to nowsze i szybsze samoloty. Najlepsi z nich zostali rekrutowani do raczkującego programu kosmicznego, który nazwano Merkury. Siedmiu odważnych pilotów zostało w ten sposób pierwszymi amerykańskimi astronautami. Ich talenty, odwaga i umiejętności położyły podwaliny pod późniejszy program Apollo, który wysłał człowieka na Księżyc - jak do tej pory największe ludzkie osiągnięcie w dziedzinie podboju kosmosu. Dlatego też, jeśli interesuje was tematyka kosmosu lub science fiction, "The Right Stuff" jest pozycją obowiązkową.

Mimo że film nakręcono w 1983 roku, podczas seansu nie miałem wrażenia, że jest to obraz starszy ode mnie. Gdyby nie młode mordki wielu współcześnie znanych aktorów, byłbym w stanie uwierzyć, że nakręcono go kilka lat temu. To bardzo pozytywna rekomendacja - "The Right Stuff" zdecydowanie przetrwał próbę czasu. Mam jedynie kilka zastrzeżeń co do montażu i sposobu prowadzenia narracji, ucinającego napięcie w co bardziej interesujących momentach i przenoszących kamerę w zupełnie inne miejsce. Prawdopodobnie dałoby się ten film zmontować nieco lepiej, ale to nie przekreśla jego wielkich walorów. Twórcy przywiązali ogromną wagę do detali i scenografii - miejscami ogląda się tą produkcję jak film dokumentalny na temat realiów lat 50. i 60. 

Co ciekawe, głównym bohaterem filmu nie jest żaden z siedmiu astronautów, a wspomniany na początku Chuck Yeager - ten, który astronautą nigdy nie został, mimo że miał ku temu największy talent. Ale nie martwcie się, bo Yeager i tak wyszedł na swoje - tyle, że na własnych zasadach. Warto zobaczyć, jak to wszystko wyglądało, zwłaszcza że ilość wielkich nazwisk w obsadzie powala: Yeagera zagrał legendarny Sam Shepard, Johna Glenna (drugiego po Armstrongu najsłynniejszego astronautę w historii) Ed Harris, a Alana Sheparda (pierwszego Amerykanina w kosmosie) kultowy Scott Glenn. W pozostałych rolach wystąpili m.in. młodziutki Dennis Quaid, Jeff Goldblum i Lance Henriksen! Jeśli to nie jest kultowa obsada, to nie wiem co nią może być.

"The Right Stuff" trzeba znać. Tylko uwaga - koniecznie w wersji rozszerzonej trwającej ponad 3 godziny! Czasem można trafić na krótszą wersję, w której z niezrozumiałych przyczyn wycięto najlepszej sceny (np. świetliki podczas lotu Glenna czy aborygeńskie czary). Takie karygodne okaleczenie filmu powinno być karane!

Wniosek: Fantastyczna i prawdziwa historia, którą trzeba znać.


lutego 15, 2018

"Black Panther" ("Czarna Pantera")

"Black Panther" ("Czarna Pantera")
O czym to jest: W futurystycznym państwie afrykańskim trwa walka o władzę.

czarna pantera recenzja filmu plakat

Recenzja filmu:

To było niemożliwe, by dobra passa filmów z "Marvel Cinematic Universe" trwała wiecznie. W końcu musiała nadejść kolejna wpadka klasy drugiego "Thora". Tak się jakoś złożyło, że padło na pierwszy poważny film o czarnoskórym superbohaterze w historii kina (mówię "poważny", bo "Hancocka" nie liczę), na dodatek z niemal całkowicie czarną obsadą. Wprawdzie niezmiernie doceniam wkład "Black Panther" w kwestię rasowego równouprawnienia na srebrnym ekranie, ale patrząc pod względem jakości filmu samego w sobie, jestem dość mocno rozczarowany.

Główny problem polega na tym, że "Black Panther" jest de facto opowieścią o niczym. Zaczyna się jako bezpośrednia kontynuacja "Civil War" i służy wyłącznie do tego, by wyjaśnić skąd we wspomnianym filmie wzięła się postać Czarnej Pantery i czym jest Wakanda - zamaskowane pośrodku Afryki zaawansowane technologicznie państwo, wyglądające miejscami jak Krypton z "Man of Steel" (tylko z większą ilością kolorów). Ze zwiastunów możemy wnioskować, że wątek Wakandy będzie dość istotny w nadchodzącej produkcji "Avengers: Infinity War", dlatego też zrobiono mu konieczny wstęp. Szkoda tylko, że zajął aż dwie godziny! "Black Panther" to nic innego jak historia walki o tron pomiędzy dwoma krewniakami, wzbogacona o przewodnik etnograficzny po Afryce dla idiotów. Kultura mieszkańców Wakandy to pop-artowy mix wszystkich najbardziej znanych narodów i kultur Afryki - Masajów, Zulusów, Himba, Dogonów, Tuaregów, Dinków i tuzina innych, których nazw nie jestem w stanie wymówić. Z każdej wzięto co bardziej zjawiskowe elementy (a to stroje, a to broń, a to obyczaje etc.), wymieszano razem i zapakowano do miasta przyszłości. Wygląda to bardzo efektownie i znakomicie promuje kulturę Czarnego Kontynentu - tu nie ma żadnych wątpliwości. Ale to za mało, by powstał z tego dobry film.

Jestem też rozczarowany grą aktorską. Nie licząc świetnej Lupity Nyong'o w roli ukochanej głównego bohatera, brak tu postaci które przykuwają uwagę... no może za wyjątkiem roli Andy'ego Serkisa (on zawsze jest genialny) oraz Letiti Wright jako nastoletniej, afrykańskiej reinkarnacji bondowskiego Q. Świetny był też Martin Freeman, chociaż ciężko mi było słuchać, jak ze wszystkich sił starał się ukryć brytyjski akcent udając Amerykanina (niestety zmiana akcentów nie jest mocną stroną tego aktora). Największym rozczarowaniem był jednak Michael B. Jordan w roli Killmongera, głównego antagonisty. Ten aktor zwrócił moją uwagę znakomitą rolą w "Creed", jednak tutaj okazał się być wyjątkowo drewniany i nie na miejscu. Co gorsza, Chadwick Boseman jako tytułowa Czarna Pantera też nie pokazał nic specjalnego. Gdzież mu do charyzmy Iron Mana, dziecięcego optymizmu Spider-Mana czy szlachetnej naiwności Kapitana Ameryki! To niestety zupełnie inna liga.

W "Black Panther" jest zdecydowanie za mało porządnej superbohaterskiej akcji oraz za dużo problemów wewnątrzrodzinnych. Miejscami czułem też zbyt głęboki cień wizualnej stylistyki "Króla Lwa" - zwłaszcza w sekwencjach ukazujących wakandańskie zaświaty. Obawiam się, że Czarna Pantera to jedna z tych postaci, która dobrze radzi sobie na drugim planie (jak Hawkeye albo Hulk), ale postawiona na pierwszym zawodzi. A zatem niech sobie wesoło biega w szeregach Avengersów, a za kolejny solowy film to ja podziękuję.

Wniosek: Nudne. Niepotrzebny przerywnik fajnego uniwersum.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


lutego 13, 2018

"Star Trek: Discovery"

"Star Trek: Discovery"
O czym to jest: Przygody załogi statku kosmicznego Discovery.

star trek discovery recenzja serialu plakat netflix jason isaacs lorca

Recenzja serialu:

Wraz z końcem pierwszego sezonu "Star Trek: Discovery", najnowszej telewizyjnej odsłony klasycznego uniwersum "Star Treka", mogę z całą pewnością i bez cienia wahania powiedzieć: dziękuję! Jestem zachwycony! Najpierw "Star Trek" z 2009 roku na nowo wprowadził najstarsze aktywne uniwersum science fiction na ekrany kin, a teraz "Discovery" zrobiło to w telewizji. Formuła statycznych przygód, jaką znaliśmy chociażby ze "Star Trek: Enterprise" uległa koniecznej ewolucji i dostosowała się do wymagań współczesnego widza. Oczywiście spotkało się to ze sporym oporem hardcore'owych fanów, wolących oglądać chociażby zachowawczy pastisz w postaci "The Orville". Ale dla takich widzów jak ja, czyli ogólnych miłośników science fiction, "Discovery" stanowi kawał świetnej telewizji!

Oczywiście ma swoje wady. Jest miejscami plastikowy, zbyt udziwniony i za bardzo "emocjonalny" jak na moje gusta. Ja najbardziej żałuję, że twórcy postanowili osadzić akcję w klasycznym uniwersum, zamiast w nowym - zwłaszcza że wizualnie "Discovery" znacznie bardziej pasuje do nowego "Star Treka" z Chrisem Pinem, niż antycznego "Star Treka" z Williamem Shatnerem. Ale są też plusy tego podejścia - zwłaszcza końcówka pierwszego sezonu udowadnia, że w ten sposób powstał cudowny pomost między wspomnianym shatnerowskim "Trekiem", a niesłusznie niedocenianym "Star Trek: Enterprise". Zresztą "Discovery" ma bardzo dużo nawiązań do przygód kapitana Archera - zaczynając od mundurów załogi, poprzez pojawianie się takich ras jak np. Andorianie, aż do literalnego wspominania dawnych przygód. Widać wyraźnie, że twórcy wiedzą co robią i ze wszystkich sił starają się szanować kanon, przy jednoczesnym wprowadzaniu nowych elementów. 

Co ważne, "Discovery" w końcu odszedł od klasycznego podziału jeden odcinek = jedna przygoda, na rzecz ciągłej linii fabularnej. Pierwszy sezon to w zasadzie dwie duże misje - najpierw wojna z Klingonami, a potem przygody w alternatywnej rzeczywistości (tzw. Mirror Universe - to wątek wykorzystywany w niemal każdym serialu "Star Trek" już od lat 60!). Nie brakuje przy tym doskonałych zwrotów akcji i zaskoczeń dla widza, a także ciągłego przetasowywania bohaterów i ich funkcji na statku (wliczając w to dość nieoczekiwanie zgony tu i tam). Do tego humor, akcja, tempo, świetne efekty specjalne i kilka totalnie odjechanych pomysłów, jak np. napęd grzybowy. Jest w czym wybierać!

Na końcu wspomnę o ostatnim wielkim plusie - załodze. Główną bohaterką uczyniono Michael Burnham, Ziemiankę z wulkańskim wychowaniem i jednocześnie adoptowaną siostrę ikonicznego Spocka. Poznajemy ją jako pierwszego oficera statku Federacji, który podejmuje jedną, brzemienną w skutkach decyzję z konsekwencjami dla całej galaktyki... Michael jest znakomitym głównym bohaterem: ma odpowiednią mieszankę heroizmu, inteligencji, charyzmy i wdzięku, czyli wszystkiego, co przykuwa widza do ekranu. Ale to nie wszystko, bo kapitanem "Discovery" jest Gabriel Lorca, najbardziej ekscentryczny i nieokiełznany kapitan w dotychczasowej historii całego uniwersum "Star Treka" (w tej roli fantastyczny Jason Isaacs). Jeśli myśleliście, że młody Kirk w wykonaniu Chrisa Pine'a jest narwany, to poczekajcie aż Lorca ruszy do akcji! Gwarantuję, że będziecie zachwyceni!

Nie mogę się doczekać kolejnych sezonów. "Star Trek: Discovery" to znakomita przygoda w kosmosie, która przy całej swojej atrakcyjności i nowoczesności (również w kwestiach społecznych), nie gubi ducha nieskrępowanego optymizmu i siły ludzkiego ducha, który pcha do przodu to uniwersum od ponad 50 lat. Oby tak dalej!

Wniosek: Rewelacja! Serialowy "Star Trek" śmiało wkroczył w XXI wiek!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


lutego 08, 2018

"The Cloverfield Paradox" ("Paradoks Cloverfield")

"The Cloverfield Paradox" ("Paradoks Cloverfield")
O czym to jest: Załoga stacji kosmicznej próbuje odpalić źródło nieskończonej energii.

paradoks cloverfield recenzja filmu netflix j.j. abrams

Recenzja filmu:

Seria "Cloverfield" to bez wątpienia najbardziej tajemniczy cykl filmów science fiction ostatniej dekady. Tak jak dwa lata temu nieoczekiwanie w kinach pojawił się sequel, czyli "Cloverfield Lane 10", tak teraz z dnia na dzień otrzymaliśmy prequel całej serii, a więc "The Cloverfield Paradox". I to nie w kinie, jak zapowiadano, a na Netflixie! Dlatego też prędko zasiadłem przed ekranem, by przekonać się, co też tym razem stworzył umysł J.J. Abramsa.

Chyba jest ostatnio moda na stacje kosmiczne i bardziej realistyczne przedstawianie kosmosu. Po "Grawitacji" czy "Marsjaninie" mieliśmy chociażby zeszłoroczny "Life", a teraz to. "The Cloverfield Paradox" ma zresztą sporo wspólnego z tym ostatnim tytułem. W obydwu przypadkach bohaterami są załoganci stacji kosmicznej, przeprowadzający eksperyment naukowy. Niestety, jak można się domyśleć, eksperyment nie idzie dokładnie tak jak powinien... Jest to zatem klasyczny horror science fiction, tyle że nieco bardziej science. W tym przypadku seria błędów naukowców doprowadza do cyklu nieoczekiwanych wydarzeń, który wywołał wszystkie straszne rzeczy, jakie widzieliście (i jeszcze zapewne będziecie widzieć) w innych filmach z tej serii. Szczerze mówiąc miałem nadzieję, że twórcy w rozsądny sposób wyjaśnią połączenia między kolejnymi produkcjami. I się nie zawiodłem! "The Cloverfield Paradox", choć stawia sporo niewyjaśnionych znaków zapytania (jak chociażby niezrozumiałą dla mnie kwestię ręki jednego z bohaterów), ustanawia jednocześnie gigantyczne pole do popisu dla przyszłych scenarzystów i reżyserów, którzy zechcą się bawić w świecie J.J. Abramsa. W tym momencie na ekranie może się pojawić dosłownie wszystko! Muszę przyznać, że to bardzo kusząca perspektywa.

Tyle o otoczce, zatem przejdźmy do filmu jako takiego. "The Cloverfield Paradox" to przede wszystkim dobra obsada (w tym świetny Daniel Brühl i kryptyczna Elizabeth Debicki), doskonałe efekty specjalne, kilka znakomitych pomysłów na fabułę i parę lekkich niedociągnięć. Moim zdaniem niepotrzebnie część akcji osadzono na Ziemi, powtarzając w ten sposób motywy, które już widzieliśmy w tej serii. Na dodatek mam sporo zastrzeżeń do warstwy "emocjonalnej", w tym zachowania głównej bohaterki, granej przez Gugu Mbathę-Raw. Trochę mało stabilnie psychiczna pani jak na astronautkę, że tak się wyrażę... No bo jak wyjaśnić fakt, że gdy stację kosmiczną powoli trafia szlag, pani myśli wyłącznie o tym, by zadzwonić do męża na Skypie? Albo ta jej planowana wycieczka w kapsule ratunkowej? Przecież taka osoba powinna dostawać ostre psychotropy, a nie odpalać akceleratory cząsteczek na orbicie! No ale cóż, miłośnicy cierpiących bohaterów też muszą mieć coś z życia, nieprawdaż?

Mimo powyższych zastrzeżeń wciąż uważam "The Cloverfield Paradox" za świetne kino. Ogląda się je z bardzo dużym zainteresowaniem i podziwem dla formy oraz śmiałej wizji scenarzystów. Z całą pewnością film stoi klasę wyżej niż zeszłoroczny "Life" i na pewno znajdzie się w mojej domowej kolekcji. Czekam na kolejne części!

Wniosek: Bardzo fajny film SF i świetny prequel całości.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Cloverfield"! >>>


lutego 04, 2018

"Darkest Hour" ("Czas Mroku")

"Darkest Hour" ("Czas Mroku")
O czym to jest: Winston Churchill zostaje premierem Wielkiej Brytanii w 1940 roku.

czas mroku recenzja filmu churchill gary oldman

Recenzja filmu:

W końcu udało mi się znaleźć wolny wieczór, by wybrać się do kina na pierwszy hit tego roku. I nie mógłbym wybrać lepiej! Co ciekawe jakiś czas temu zastanawiałem się, czemu do tej pory nie nakręcono porządnego, wysokobudżetowego filmu o Winstonie Churchillu (podobnie jak nie mogę zrozumieć, czemu Polacy nie nakręcili dobrego filmu o Piłsudskim). I wtedy usłyszałem, że powstaje "Darkest Hour". Mało tego, do głównej roli wybrano Gary'ego Oldmana! Już wtedy wiedziałem, że to jeden z tych magicznych momentów w historii kina, gdy właściwy aktor trafia na właściwą rolę we właściwym czasie. I tak powstaje hit.

Z całą mocą i odpowiedzialnością powiem, że na ekranie nie zobaczycie ani jednego ujęcia z Gary'm Oldmanem. Jest tam tylko i wyłącznie Winston Churchill. Sporo pomogła w tym charakteryzacja, która prawdopodobnie wyznaczyła nowe granice w sztuce fizycznej transformacji aktora na planie zdjęciowym. Ale to by nie wystarczyło, gdyby nie całkowite i totalnie oddanie Oldmana, który poświęcił rok (!) nauki, by odpowiednio przedstawić najwybitniejszego Brytyjczyka XX wieku. Jego osiągnięcie bez wątpienia zasługuje na otrzymanego Złotego Globa, a cały świat liczy również i na Oscara (jeśli go nie dostanie, będę bardzo rozczarowany). Gary Oldman wielokrotnie udowodnił, że jest absolutnie fantastycznym artystą. Teraz nadeszła pora, by go odpowiednio za to wynagrodzić.

Oczywiście biografia Churchilla starczyłaby i na trzy filmy, ale tym razem twórcy pod wodzą reżysera Joe Wrighta skupili się tylko na kilku tygodniach, poczynając od objęcia przez niego stanowiska premiera w 1940 roku, aż do kapitulacji Francji i ewakuacji Dunkierki. To był bez wątpienia jeden z najczarniejszych momentów we współczesnej historii Brytanii. Można śmiało założyć, że gdyby zamiast Churchilla stanowisko premiera piastował dalej np. słaby Chamberlain, Anglia mogłaby skapitulować. A wtedy historia Europy mogłaby wyglądać zupełnie inaczej... Warto obejrzeć "Darkest Hour" w tryptyku z najnowszą "Dunkierką" Nolana, która oddaje militarny aspekt tamtego momentu historii, oraz "Atonement" (zresztą tego samego reżysera Joe Wrigtha), która oddaje aspekt społeczny. "Darkest Hour" skupia się na aspekcie politycznym. Mało tu batalistyki, a znacznie więcej zakulisowych rozgrywek w zadymionych gabinetach polityków, co ciekawe tak samo fascynujących i emocjonujących. Rzadko się wzruszam w kinie, ale scena w metrze natychmiast chwyciła mnie za serce. Dziękuję!

"Darkest Hour" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników historii, dobrych thrillerów politycznych oraz wybitnego aktorstwa. Trudno będzie pokazać na ekranie lepsze wcielenie Winstona Churchilla.

Wniosek: Bardzo dobry film z wybitną rolą Gary'ego Oldmana!


stycznia 30, 2018

"K2"

"K2"
O czym to jest: Dwóch przyjaciół próbuje zdobyć K2 w Himalajach.

K2 recenzja filmu michael biehn

Recenzja filmu:

Z zapartym tchem śledziłem niedawną akcję ratunkową polskich himalaistów, próbujących na Nanga Parbat uratować polsko-francuską parę wspinaczy. To też zainspirowało mnie do ponownego sięgnięcia po prawdziwą klasykę i jeden z tych filmów, na których się wychowałem - czyli "K2". Do czasu nakręcenia "Everestu" był to najlepszy film o himalaizmie i nawet dziś, mimo upływu lat, nie stracił nic ze swojej mocy i tempa.

"K2" to fikcyjna, choć inspirowana wieloma prawdziwymi historiami, opowieść o dwóch kolegach. Jeden jest bezwzględnym prawnikiem, playboyem i lekkoduchem. Drugi człowiekiem rodzinnym i szanowanym profesorem fizyki. Łączy ich miłość do gór i przekraczania granic możliwości ludzkiego organizmu. Gdy dostają propozycję udziału w wyprawie na drugą najwyższą górę świata, nie wahają się. I tak zaczyna się przygoda... To w skrócie fabuła "K2". Jak można się domyśleć, to klasyczny film surwiwalowy o sile ludzkiego ducha i niewiarygodnym heroizmie. Czyli o tym, czym jest zawodowy himalaizm - ryzykowaniem własnego życia by dotrzeć tam, gdzie nie doszedł prawie żaden człowiek. Jedni nazwą to głupotą, nieodpowiedzialnością i ryzykanctwem. Ja nazwę to podążaniem za zewem odkrywcy, który od tysięcy lat pcha naszą cywilizację do przodu. Gdyby nie ten zew, nie stanęlibyśmy na Księżycu, nie nurkowalibyśmy w oceanach i nie zdobywali biegunów. Trzeba pamiętać, że w sytuacjach skrajnych, na granicy życia i śmierci, z człowieka wychodzą najlepsze (a czasem i najgorsze) cechy. Dopiero wtedy można się sprawdzić i zobaczyć, kim się naprawdę jest. 

Warto też wspomnieć, że prócz fantastycznych zdjęć, wartkiej fabuły i muzyki Hansa Zimmera (z czasów zanim jeszcze stał się legendą), "K2" posiada jeszcze jeden wielki atut - Michaela Biehna w obsadzie. To kultowy aktor dla każdego, kto wychował się w latach 80. i 90. Warto przekonać się samemu, czy udało mu się dojść na szczyt K2. Oraz - co nawet ważniejsze - z niego wrócić...

Wniosek: Świetne kino o tym, czym jest himalaizm.


stycznia 25, 2018

"The Gifted" ("Naznaczeni")

"The Gifted" ("Naznaczeni")
O czym to jest: Rodzina mutantów ucieka przed prześladowaniami.

naznaczeni recenzja serialu x-men

Recenzja serialu:

Dobiegła końca emisja pierwszego sezonu "The Gifted", czyli najnowszego serialu o przygodach "X-Menów" (tyle, że bez X-Menów). Jak do tej pory moje ulubione superbohaterskie uniwersum składało się niemal wyłącznie z filmów, dlatego byłem bardzo ciekawy, czy uda się przenieść je na mały ekran. I choć forma okazała się stać na bardzo wysokim poziomie, to niestety treść już nie bardzo.

Gdybym dostawał dolara za każdym razem, gdy na ekranie pada słowo "family", siedziałbym już na Bahamach. Motyw rodziny stał się tu główną osią fabuły, wykorzystaną do niemal karykaturalnych rozmiarów. Co druga rozmowa między postaciami dotyczy tego, że są rodziną i dlatego muszą się wspierać we wszelkich problemach. Gdyby wyciąć te wszystkie dłużyzny i niepotrzebne dialogi (bo umówmy się, wystarczy jedna taka konwersacja, a nie dwadzieścia - widzowie tak szybko nie zapomną), to akcję pierwszego sezonu z powodzeniem dałoby się zamknąć w ośmiu odcinkach. Niestety umęczyłem się trochę oglądając pełne trzynaście epizodów. Dodatkowo przeszkadzał mi całkowity brak realizmu w psychologii i fizjologii postaci - i nie mam tu na myśli mutantów jako takich. Tytułowa rodzina Struckerów to oczywiście klasyczny (i biały) amerykański model 2+2, z heroicznym ojcem zajmującym ważną pozycję (w tym wypadku prokuratora), empatyczną i seksowną blond-mamą (rzecz jasna pielęgniarką z zawodu), oraz idealne urodziwe rodzeństwo o złotych sercach. Ale nie tylko Struckerowie są tu problemem. Wszystkie inne główne postacie są tak samo piękne i szczupłe, niczym wyciosane z marmuru greckie posągi. Dla serialu osadzonego w drugiej połowie XXI wieku życzyłbym sobie nieco więcej różnorodności. To nie lata 90.!

"The Gifted" stara się być interesującym prequelem "Logana" gdzie, jak pamiętamy, mutanci w większości zniknęli z powierzchni Ziemi. Serial opowiada o tym, jak mogło do tego dojść - o rządowych prześladowaniach, pogromach i tajnych agencjach, które za cel wzięły sobie eliminację mutantów w ramach niewypowiedzianej wojny z ludzkością. Wątki praw człowieka, wolności oraz tolerancji zarysowane w "The Gifted" są oczywiście bardzo ważne i potrzebne - szkoda tylko, że podano je w tak naiwnej formie. Na szczęście tam gdzie zawodzi scenariusz, nadrabiają efekty specjalne. Moce mutantów prezentują się spektakularnie! Nie jest to oczywiście skala niszczenia całych miast, jak np. w "Apocalypse", bo i akcja serialu dzieje się w trzech budynkach na krzyż, ale i tak wygląda to znakomicie.

A jak z mutantami? Tu jestem całkiem zadowolony. Ze znanych postaci pojawiła się wyłącznie Blink, którą wcześniej mieliśmy okazję przez moment oglądać w "Days of Future Past". Resztę nowej ekipy stanowią Polaris (żeńska wersja Magneto), Eclipse (latynoski Cyclops) oraz Thunderbird (wariacja na temat Wolverine'a). Wszyscy fajnie przedstawieni i z interesującymi mocami. Oczywiście mamy też "złych mutantów", tym razem w postaci wskrzeszonego Hellfire Club, o którym ostatnio słyszeliśmy w "First Class". Swoją drogą nawiązań do kinowych filmów jest więcej - pojawiają się chociażby potomkinie White Queen (czyli Emmy Frost), Trask Industries oraz adamantium, pozyskane z ruin laboratorium, w którym powstał Wolverine. To wszystko bardzo miłe akcenty dla miłośników spójności uniwersum, jednak aby mogły zostać wspaniałą wisienką na torcie, najpierw potrzeba porządnego tortu jako takiego.

"The Gifted" jest proste, efektowne i sprowadzone do intelektualnego poziomu statystycznego amerykańskiego widza. Niestety dla mnie jest to strata czasu, więc po pierwszym sezonie odpuszczam. Ale z ciekawości będę śledził spoilery odnośnie kolejnych odcinków. A nuż kiedyś pojawią się postacie z filmów?

Wniosek: Świetne efekty, ale przeciętna fabuła.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


stycznia 22, 2018

"Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows" ("Wojownicze Żółwie Ninja: Wyjście z Cienia")

"Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows" ("Wojownicze Żółwie Ninja: Wyjście z Cienia")
O czym to jest: Zmutowane żółwie ratują świat przed kosmitą z innego wymiaru.

wojownicze żółwie ninja wyjście z cienia recenzja filmu fox bay

Recenzja filmu:

Wojownicze Żółwie Ninja to jeden z symboli mojego dzieciństwa. Pierwszą książką, jaką samodzielnie przeczytałem w życiu, była krótka historyjka "Wojownicze Żółwie Ninja i Zatoka Przemytników" - miałem wtedy bodajże 6 lat czy coś koło tego. Ponadto namiętnie - jak chyba wszyscy moi rówieśnicy - oglądałem kreskówkę z lat 80., opartą na oryginalnych komiksach. No i oczywiście miałem swojego ulubionego Żołwia (był nim Leonardo, rzecz jasna!). Dlatego też z pełną ufnością podszedłem do fabularnego rebootu w postaci "Żółwi" z 2014 roku. Niestety obawiam się, że pozytywne odczucia po tamtym filmie wynikają wyłącznie z mojego sentymentu. W przypadku sequela muszę być znacznie bardziej krytyczny.

Ale chcę być uczciwy - oceniam "Out of the Shadows" z perspektywy 33-letniego, dorosłego faceta. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że absolutnie nie jestem grupą docelową tego filmu. Gdy mój syn nieco podrośnie (mniej więcej do przedziału 10-12 lat), puszczę mu ten film i mogę się założyć, że będzie się świetnie bawił. To kino dla dwunastolatków - pełne efektów specjalnych, prostych żartów, schematycznych postaci i głupawych uproszczeń fabularnych. Tu nie ma miejsca na bardziej skomplikowane problemy - białe jest białe, a czarne jest czarne, bez żadnej szarości pośrodku. Cóż, co by nie mówić tytułowe Żółwie są nastolatkami, a zatem wszystko się zgadza! Megan Fox jako April O'Neil emanuje wystarczającą dozą seksapilu, by zainteresować chłopców wkraczających w okres dojrzewania (podobną rolę pełni Stephen Amell w roli Casey'a Jonesa - rzecz jasna jego rola skierowana jest do dziewczynek). Dodajmy jeszcze, że w filmie nikt (nawet źli kolesie) nie ginie, a misję ratowania świata przed złowieszczym mózgiem z innego wymiaru można wykonać w jedno popołudnie. Prawdziwe kino familijne, można by rzecz. Brakuje tylko psa.

Nie chce mi się nawet wyliczać wszystkich fabularnych bzdur, jakie naliczyłem w trakcie seansu. Niemniej przyznaję, że twórcy starali się za wszelką cenę zachować klimat oryginalnych Żółwi, co mniej więcej im się udało. Muszę ich pochwalić zwłaszcza za Rocksteady'ego i Bebopa - czyli zmutowanego nosorożca i guźca - te postacie wyszły im idealnie! Każda scena z ich udziałem to prawdziwy samograj; są tak wspaniale tępi i pocieszni, że aż chce się ich oglądać. Co ciekawe mam znajomego, który zachowuje się dokładnie tak jak oni - strach pomyśleć co by było, gdyby znalazł takiego drugiego do pary...

"Out of the Shadows" posiada wszystkie wady sequela, ale to bez wątpienia dalej "Wojownicze Żółwie Ninja". Tylko czy są to Żółwie, których potrzebujemy? Czasem odnoszę wrażenie, że pewne rzeczy powinni pozostać na kartach komiksów lub rysunkach animatorów.

Wniosek: Marne, ale dostarcza grzesznej przyjemności z oglądania.


<<< Sprawdź kolejność serii "Wojownicze Żółwie Ninja"! >>>


stycznia 06, 2018

"For the Love of Spock"

"For the Love of Spock"
O czym to jest: Wspomnienie aktora Leonarda Nimoya.

star trek nimoy

Recenzja filmu:

Tak się jakoś złożyło, że recenzje na blogu w 2017 roku zakończyliśmy filmem dokumentalnym "The Captains" dotyczącym "Star Treka", a w 2018 roku rozpoczniemy od tej samej tematyki. Na szczęście w przeciwieństwie do tragicznego "The Captains", dokument "For the Love of Spock", będący uhonorowaniem wielkiej kariery zmarłego w 2015 roku aktora Leonarda Nimoya, jest absolutnie rewelacyjny!

Wielu aktorów narzeka, gdy popkultura przypisuje ich na stałe do jednej roli. Bywa tak, że ze wszystkich sił próbują z tym walczyć biorąc co dziwniejsze role, co niestety przynosi efekt odwrotny do zamierzonego (przypomnijcie sobie Arnolda Schwarzennegera grającego w komediach, albo Daniela Radcliffe'a i jego eksperymenty z kinem awangardowym). Tymczasem Leonard Nimoy nie walczył z postacią Spocka ze "Star Treka", którą odgrywał od 1966 roku. Mało tego, uczynił z niej sposób na życie! Cieszył się z popularności i tego, że wniósł coś do światowego dziedzictwa kulturowego, inspirując w ten sposób tysiące ludzi na całym świecie. Odegrał rolę Spocka w ośmiu kinowych filmach ze starej i nowej serii "Star Trek" (z czego dwa wyreżyserował), zagrał też w ponad 100 odcinkach z seriali z tego uniwersum (w tym animowanych). Jego ostatnim występem był "Star Trek Into Darkness" w 2013 roku, a w ramach filmu "Star Trek Beyond", nakręconego już po jego śmierci, scenarzyści i aktorzy oddali mu ogromny hołd. Można bez cienia przesady powiedzieć, że Leonard Nimoy był dla "Star Treka" tym, czym Mark Hamill i Carrie Fisher dla "Star Wars". Jeśli takie dziedzictwo nie świadczy o wielkości aktora, to nie wiem czego więcej potrzeba.

"For the Love of Spock" to poruszająca historia życia Nimoya, nakręcona przez jego syna Adama. Opowiada o tym, w jaki sposób jego ojciec został aktorem, przyjął rolę Spocka i jak to zaważyło na jego dalszej karierze oraz życiu osobistym (a także jego dzieciach). To fascynująca historia narodzin jednego z pierwszych celebrytów w masowym, globalnym wydaniu. Dzisiaj nikogo nie dziwi popularność danego aktora na całym świecie. Pod koniec lat 60. było to coś nowego i niespotykanego. Co istotne, "For the Love of Spock" nie ogranicza się tylko do uniwersum "Star Treka" - sprawiedliwie wspomina inne role i sukcesy Nimoya, dzięki czemu widzowie otrzymują jego kompletny życiorys. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak powinno się kręcić doskonałe biograficzne filmy dokumentalne, zachęcam do sięgnięcia po tą produkcję. Dowiecie się z niej wszystkiego na temat Spocka i człowieka, który powołał go do życia. Non omnis moriar.

Wniosek: Rewelacyjny dokument. Nie tylko dla fanów "Star Treka".


stycznia 03, 2018

12 filmów na 2018 rok

12 filmów na 2018 rok
Zeszłoroczne filmowe podsumowanie mamy już z głowy, zatem czas spojrzeć w przyszłość i zobaczyć, co takiego fajnego ujrzymy na srebrnym ekranie w 2018 roku. Tak jak rok temu przygotowaliśmy listę dwunastu - naszym zdaniem - najważniejszych nadchodzących produkcji. Oczywiście nie jest to lista kompletna, ale nie da się ukryć, że pewne filmy jednak zapowiadają się lepiej od innych. Jeśli o czym zapomnieliśmy, dajcie nam znać w komentarzu!

najlepsze filmy 2018

najlepsze filmy 2018

"Annihilation" 


Po pierwsze: reżyseruje Alex Garland, czyli twórca "Ex Machiny" i scenarzysta takich hitów jak "28 Dni Później" oraz nowy "Dredd". Po drugie: w obsadzie Oscar Isaac (<3) oraz Natalie Portman i Jennifer Jason Leigh. Po trzecie tematyka: grupa żołnierzy znika w środku tajemniczej zony, w której dzieją się dziwne rzeczy. Kobiece komando naukowców wyrusza na misję, by ich odnaleźć. Musicie wiedzieć, że moja ulubiona książka to "Piknik na Skraju Drogi". Tutaj czuję podobny klimat!


najlepsze filmy 2018

"Ant-Man and the Wasp"


Jeśli miałbym wymienić mojego ulubionego bohatera z "Marvel Cinematic Universe", bez wątpienia byłby to Ant-Man. Pogodny, sympatyczny, zabawny i o złotym sercu. Jak dla mnie kradnie każdą scenę, w jakiej się pojawi - czego dowodem jest chociażby "Civil War". Tym bardziej nie mogę się doczekać sequela jego przygód! Czy będą tak świeże i atrakcyjne, jak pierwszy "Ant-Man"? Oby!

najlepsze filmy 2018

"Avengers: Infinity War"


A to drugi "Marvel" w naszym zestawieniu. Niejako rzecz obowiązkowa - ma podsumować całe uniwersum, budowane przez prawie dwadzieścia filmów! Ilość postaci, jaka ma się pojawić na ekranie, przyprawia o zawrót głowy. Nie mam pojęcia jakim cudem ma starczyć miejsca dla wszystkich, ale jestem dobrej myśli. Wiem, że będzie spektakularnie, epicko i widowiskowo. Pytanie tylko, czy wystarczająco oryginalnie?



najlepsze filmy 2018

"Darkest Hour"


Ten film niedawno wszedł na zachodnie ekrany, w Polsce musimy jeszcze chwilkę poczekać. A wygląda na to, że jest na co - mówi się, że to może być najlepsza rola Gary'ego Oldmana (a przecież jest z czego wybierać). Zresztą mowa nie byle o czym, bo "Darkest Hour" to film o legendarnym Winstonie Churchillu! Konkretnie akcja dzieje się w 1940 roku, gdy Churchill (już wtedy polityczny emeryt) musiał zastąpić na stanowisku premiera skompromitowanego Chamberlaine'a. To była faktycznie najczarniejsza godzina w nowożytnej historii Wielkiej Brytanii. Jak Churchillowi udało się ją przetrwać? Chcę to zobaczyć!


"The Cloverfield Paradox"


Tak tak, radujmy się - nadciąga kolejna część cyklu horrorów science fiction pod patronatem J.J. Abramsa. Pojawienie się "10 Cloverfield Lane" było prawdziwym zaskoczeniem - nikt nie spodziewał się tego filmu, a na dodatek tworzono go w całkowitej tajemnicy. O trzeciej części wiemy nieco więcej. Fabuła dość mocno ma przypominać to, co widzieliśmy niedawno w "Life" - grupa astronautów na orbicie mierzy się z bliżej niezidentyfikowanym zagrożeniem. W rolach głównych Daniel Brühl i Elizabeth Debicki, więc zapowiada się bardzo dobrze. Ciekawi mnie tylko, czy twórcy w końcu zdradzą nam, czy fabuły poprzednich odsłon cyklu są jednak ze sobą połączone, czy może chodzi tu jedynie o spójność artystyczną. Nie mogę się doczekać!

najlepsze filmy 2018

"Hostiles"


Zachwycają mnie współczesne westerny. W Hollywood w końcu zrozumiano, że epoka Dzikiego Zachodu jak mało która nadaje się do zilustrowania brutalnych, niemalże pierwotnych emocji i ciężkiej walki o przetrwanie, jaka miała miejsce na amerykańskich preriach w XIX wieku. Dość wspomnieć tak wybitne tytuły ostatnich lat jak "Bone Tomahawk" czy "The Homesman". Tym razem w roli głównej Christian Bale (powraca do westernu po udanym remake'u "3:10 to Yuma"). Gra kapitana amerykańskiej kawalerii, eskortującego umierającego indiańskiego wodza. Zapowiada się na wybitne kino.


najlepsze filmy 2018

"Journey's End"


Jakiś czas temu na blogu wyrażałem zachwyt nawrotem mody na filmy o I wojnie światowej. Nareszcie! Ten przerażający, krwawy konflikt, który na zawsze zmienił strukturę społeczną i polityczną Europy, wciąż jest - w moim odczuciu - zbyt rzadko przedstawiany na ekranie. "Journey's End" to ekranizacja sztuki teatralnej autorstwa R.C. Sherriffa, weterana I wojny. W roli głównej właściciel najpiękniejszych oczu w Hollywood, czyli Asa Butterfield. Może być hit!


najlepsze filmy 2018

"Solo: A Star Wars Story"


Nowe odsłony "Gwiezdnych Wojen" z wytwórni Disney'a jeszcze mnie nie zawiodły. Tym razem może być różnie, bo o nadchodzących przygodach młodego Hana Solo powiedziano wiele złego. Dość wspomnieć, że w trakcie zdjęć zmieniono reżyserów, a ponadto grający główną rolę Alden Ehrenreich miał ponoć problem z grą aktorską. Ale to wciąż "Star Wars"! Ma być (rzecz jasna) Chewbacca, młody Lando Calrissian, Millennium Falcon i cały szereg wydarzeń, który doprowadził Hana Solo do miejsca w "Nowej Nadziei". Mam nadzieję, że będzie też Jabba!

najlepsze filmy 2018

"The Predator"


Wbrew opiniom wielu recenzentów, ja byłem zadowolony z "Predators". Na czwartą część solowych przygód kosmicznego łowcy czekam równie mocno! Zwłaszcza, że kręci ją nikt inny jak Shane Black, legendarny hollywoodzki scenarzysta (i jeden z aktorów, którzy wystąpili w pierwszym "Predatorze"). Wprawdzie ma na koncie wpadkę w postaci "Iron Mana 3", ale nakręcił niedawno w miarę przyzwoite "The Nice Guys". Jeśli Black nie będzie czuł klimatu Predatora, to obawiam się, że nikt już tej serii nie pomoże. 

najlepsze filmy 2018

"The Shape of Water"


Mam pewien problem z filmami Guillermo del Toro. Z jednej strony nie do końca łapię ich klimat, ale jednocześnie doceniam wizualny rozmach i artystyczną awangardę, jaką prezentują. Na dodatek del Toro jest mistrzem nieoczekiwanych zwrotów akcji i horrorowego klimatu. Tym razem rzecz dotyczy dziwnego wodnego stwora, badanego przez bezdusznych naukowców w samym środku Zimnej Wojny. Film jeszcze nie wszedł do kin, a już sypią się nagrody. Czy zasłużenie?


najlepsze filmy 2018

"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri"


To jeden z tych filmów, których zwiastun dosłownie zerwał ze mnie kapcie. Co za aktorska potęga!!! Legendarna Frances McDormand gra matkę, która za pomocą trzech bilbordów wypowiada wojnę systemowi prawnemu USA, bezsilnemu w sprawie morderstwa jej nastoletniej córki. Dodajmy, że rolę szeryfa gra nie kto inny, jak sam Woody Harrelson. Czuć kultowy film już na odległość!



najlepsze filmy 2018

"X-Men: Dark Phoenix"


Obawiam się, że to ostatnia zbiorcza przygoda "X-Menów" w nowym, młodym składzie. Trochę mi szkoda, że wspaniała przygoda dobiega końca (choć poniekąd jestem ciekawy, jak odnajdą się w "Marvel Cinematic Universe"). Wszystko wskazuje na to, że jak na "X-Menów" przystało, będzie mrocznie, efekciarsko i na poważnie. Trochę martwi mnie Sophie Turner w roli głównej, ale za to będzie znów McAvoy, Fassbender i cała reszta znanej hałastry. Oby zapewnili "X-Menom" pożegnanie godne tej serii!

A Wy na co czekacie najbardziej?

stycznia 01, 2018

Filmowe podsumowanie roku 2017

Filmowe podsumowanie roku 2017
Szybko minęło, co? Ani się człowiek spostrzegł, a na kalendarzach już 2018. Pora zatem na filmowe podsumowanie tego, co w ubiegłym roku zobaczyliśmy w kinie i czego żaden widz nie powinien przegapić. Jeśli z jakichś przyczyn nie trafiliście na daną produkcję, zasiadajcie prędko do jakiegoś streamu online i do dzieła! Jak niektórzy z Was zapewne pamiętają, rok temu wymieniałem "12 filmów na 2017 rok" - czyli produkcje, na które oczekuję najbardziej. Poniżej wskazałem 12 pozycji, które moim zdaniem okazały się najbardziej wartościowe (z różnych przyczyn). Sporo pokrywa się z tymi, na które czekałem... Ale nie wszystkie. 

najlepsze filmy 2017

najlepsze filmy 2017

"Blade Runner 2049"


Sequel kultowego "Łowcy Androidów" okazał się wizualnym arcydziełem. Porażające efekty specjalne, scenografia, muzyka i nieskrępowana, mocno pesymistyczna wizja przyszłości. Jednym słowem to samo, co zachwyciło widzów (choć po czasie) w 1982 roku, uaktualnione o najnowsze przewidywania naukowców, urbanistów i socjologów. Wprawdzie nie do końca przekonał mnie Ryan Gosling, a i Harrison Ford nie pokazał nic specjalnego, ale takie widowisko było warte każdych pieniędzy!

najlepsze filmy 2017

"Captain Fantastic"


To jedno z moich większych odkryć w 2017 roku. Film niezwykle wzruszający, kolorowy, wspaniale zagrany i bardzo mądry. Jak mało który rozprawia się z kwestią ojcostwa i wychowywania dzieci. I choć główny bohater - w tej roli niezwykły jak zawsze Viggo Mortensen - jest ojcem beznadziejnym, to paradoksalnie jego nieszablonowy model rodzicielstwa spowodował, że dorobił się gromadki cudownych dzieci, błyszczących jak klejnoty wśród rówieśników. Marzenie każdego rodzica!

najlepsze filmy 2017

"Dunkirk"


Dalej uważam, że Christopher Nolan jest przereklamowany. Za "Dunkierkę" wziął gigantyczną gażę jako reżyser, której chyba nie do końca okazał się wart. Ale nie można mu odmówić wizji i chęci do eksperymentowania. Nakręcona w formie tryptyku opowieść o ewakuacji brytyjskiej armii z Francji w 1940 roku poraża surowością oraz niesamowitym dźwiękiem (zaleca się oglądanie wyłącznie w kinie lub dobrej jakości kinie domowym). Świetny aktorsko, ciekawy fabularnie i krwawo realistyczny. Doskonale obrazuje horror wojny.

najlepsze filmy 2017

"King Arthur: Legend of the Sword"


Aż sam się zaskoczyłem, że umieściłem ten film na liście. Umówmy się, była to dość spora fabularna kaszanka. Ale bez wątpienia należy najnowszego "Króla Artura" potraktować jako eksperyment i zabawę formą. To zresztą znak rozpoznawczy Guya Ritchiego - jego charakterystyczny styl nie do wszystkich przemawia. Na pewno nie przemówił do widzów, bo "Legenda Miecza" zaliczyła budżetową wtopę. Ale dla muzyki i zdjęć warto przynajmniej raz zajrzeć do tego filmu i wyrobić sobie własne zdanie. 

najlepsze filmy 2017

"Logan"


To bez wątpienia mój numer 1 wśród filmów 2017 roku. Wszystko tu zagrało. Niezwykle dojrzała fabuła, której nie powstydziłby się oscarowy dramat obyczajowy. Rozprawy na temat starzenia się, rozliczania z życiem i nieuchronnego pogodzenia ze śmiercią - tego kino superbohaterskie jeszcze nie widziało. To, co Hugh Jackman i Patrick Stewart zrobili w tym filmie, nie da się opisać innymi słowy niż geniusz. I choć uniwersum "X-Menów" zapewne zostanie skasowane po przejęciu Foxa przez Disneya, to "Logan" pozostanie z nami na zawsze.

najlepsze filmy 2017

"Moonlight"


Oscarowy "Moonlight" mocno i bez pardonu wziął na klatę dwie kwestie - tożsamość osób homoseksualnych wychowywanych we wrogim środowisku oraz piekło wyrwania się ze społecznego getta. Historia życia młodego geja, mającego nieszczęście urodzić się w afroamerykańskich slumsach Miami, zachwyciła krytyków na całym świecie. Nie da się ukryć, że obok "Moonlight" trudno przejść obojętnie. Zwłaszcza jeśli ktoś zna podobne sytuacje z życia swojego lub osób mu bliskich.

najlepsze filmy 2017

"Silence"


Martin Scorsese czekał na zrobienie tego filmu ćwierć wieku. Niezwykła i oparta na faktach historia jezuickich misjonarzy w XVII-wiecznej Japonii od początku miała wielkie buty do wypełnienia - mam tu oczywiście na myśli film "The Mission". Wyszło z tego kino głębokie, mocno filozoficzne i bardzo frapujące. Z jednej strony jest pochwałą siły ducha (mającej oparcie w religii), z drugiej zaś jest głębokim antyklerykalnym krzykiem rozpaczy. Tytułowe "Milczenie" oznacza ciszę ze strony Boga, ignorującego błagalne prośby wiernych o pomoc. Jak to zinterpretować? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

najlepsze filmy 2017

"Star Wars Episode VIII: The Last Jedi"


Obecność kolejnego filmu z cyklu "Star Wars" w tym zestawieniu zapewne nikogo nie dziwi. Ale to nie tak, jak myślicie. "The Last Jedi" wzbudził absurdalnie skrajne, histeryczne reakcje "fanów" Sagi na całym świecie. Faktem jest, że twórcy filmu bez litości obalili wszystkie schematy, jakimi powinno się kierować familijne kino typu space opera. Zamiast sukcesów bohaterów, mamy porażki. Zamiast zwycięstwa, totalną klęskę. Ale jest w tym tak głęboka dawka mistycyzmu, piękna i zaskakującego optymizmu, że "The Last Jedi" z powodzeniem robi to, co dekady temu "The Empire Strikes Back". Rozszerza galaktykę tak, że nie możemy się doczekać ciągu dalszego!

najlepsze filmy 2017

"The Founder"


McDonald's zrósł się ze współczesnością tak samo mocno jak Coca-Cola czy spodnie typu jeans. Każdy wie, czym jest McDonald's i przynajmniej raz coś tam jadł. Jak powstało pierwsze na świecie fast foodowe imperium? Kto odpowiada za to, że jedna kalifornijska restauracja serwujące hamburgery rozrosła się do globalnej korporacji? Z obejrzeniem tego filmu jest jak z pochodzeniem hamburgerów - warto wiedzieć, co się je.

najlepsze filmy 2017

"The Zookeeper's Wife"


To film, którego zwłaszcza polscy widzowie nie powinni pominąć. Wstyd tylko, że nie zrobiliśmy go sami, tylko wyręczyli nas Amerykanie. To prawdziwa historia państwa Żabińskich, dyrektorów warszawskiego zoo w czasie II wojny światowej. Po tym, jak ich zwierzęta zostały zabite lub wywiezione, zamienili teren zoo w azyl dla Żydów próbujących przetrwać piekło Holocaustu. Ich niezwykła odwaga i poświęcenie zasługuje na to, by Polacy o nich pamiętali i byli z nich dumni. I to zdecydowanie bardziej, niż z często moralnie wątpliwych "żołnierzach wyklętych".

najlepsze filmy 2017

"Thor: Ragnarok"


Seria "Marvel Cinematic Universe" po raz kolejny udowodniła, że zabawa formą to ich specjalność. "Ragnarok", bez wątpienia najlepszy zeszłoroczny film Marvela, to nieskrępowana frajda, okraszona cudownymi efektami specjalnymi. Wspaniały humor, świetne połączenie obrazu z muzyką i miłość twórców do tego, co robią - to przepis na sukces. Trzecia część przygód nordyckiego boga Thora, w porównaniu do nieudanych poprzednich dwóch, szybuje na wyżynach stratosfery. Oby tak dalej!

najlepsze filmy 2017

"Wonder Woman"


I kończymy również kinem superbohaterskim. Tym razem chodzi o "Wonder Woman" - pierwszy pełnokrwisty, kasowy i doceniony przez wszystkich film o kobiecej superbohaterce (na dodatek również wyreżyserowany przez kobietę). Gal Gadot w głównej roli wygląda jak prawdziwa bogini, a osadzenie fabuły w realiach I wojny światowej dodaje mu świeżości i czyni wyjątkowym. Trzeba obejrzeć dla postaci, scenografii oraz muzyki. Jest na co patrzeć.
Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger