Popularne posty

września 18, 2018

"Predator"

"Predator"
O czym to jest: Amerykańscy komandosi walczą w dżungli z kosmitą.

predator 1987 schwarzenegger ventura black recenzja filmu

Recenzja filmu:

Kultowości nie można zaprogramować. Mało tego - trudno ją nawet przewidzieć. "Predator" miał być kolejnym filmem klasy B, jakich w latach 80. nie brakowało. Ot jedna z wielu historyjek ówczesnego kina akcji, z popularnym (do dziś) Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Ale tak się jakoś stało, że ta popcornowa strzelanka stała się jednym z najbardziej ikonicznych filmów akcji w historii, rozpoczynając cykl, który trwa już ponad 30 lat!

Kluczem do sukcesu "Predatora" był fakt, że wszyscy aktorzy i twórcy dali z siebie absolutnie wszystko. Choć fabuła brzmi wyjątkowo absurdalnie - amerykańscy komandosi walczą w środkowoamerykańskiej dżungli z paskudnym kosmitą - to sposób w jaki ją zrealizowano jest dosłownie perfekcyjny. Cały film nakręcono nie w studiu, a w prawdziwej dżungli, co zapewniło niezbędny realizm. Każdy z komandosów wręcz kipi testosteronem i widać, że nie dorobił się swoich muskułów przypadkowo (dwóch z nich było zresztą weteranami z Wietnamu, a kolejnych dwóch zawodowymi sportowcami). Imponuje również zróżnicowanie etniczne obsady - biali, Afroamerykanie, latynosi, a nawet pełnokrwisty Indianin. Otwierająca film sekwencja jest tak męska, że można sobie wyhodować wąs podczas seansu. I te teksty! "Predator" zawiera jedną z najlepszych kolekcji one-linerów w historii Hollywood, głównie w wykonaniu samego Schwarzennegera (choć wtóruje mu w tym sławny Jesse Ventura). 

A sam Predator? Nie licząc "The Thing", ten film zaprezentował jeden z najlepszych kostiumów kosmitów, jaki widziałem na ekranie - a uwierzcie mi, że widziałem większość. Noszenie go było wprawdzie torturą dla aktora, ale się opłaciło. Predator do dziś dzień wygląda przerażająco realistycznie i naprawdę można sobie wyobrazić, że taki stwór czyha gdzieś w parnej, upiornej dżungli. Nic tylko chwytać za karabin maszynowy i do boju!

Wniosek: Jeden z najlepszych filmów akcji w historii.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


sierpnia 26, 2018

"Mission: Impossible - Fallout"

"Mission: Impossible - Fallout"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt poszukuje bomby atomowej. Znowu.

mission impossible 6 tom cruise henry cavill simon pegg

Recenzja filmu:

Doceniam, że twórcy serii "Mission: Impossible" cały czas wiele rzeczy starają się robić po raz pierwszy. Nie jest to proste, zwłaszcza w sytuacji gdy kręci się szóstą część! A jednak się udało. W "Fallout" po raz pierwszy fabuła nie była indywidualną przygodą, a bezpośrednią kontynuacją poprzedniej części (w tym wypadku "Rogue Nation"). Po raz pierwszy powróciła zarówno ta sama postać "pani agent", jak i czarny charakter. No i ponownie akcja zawitała w nowe regiony świata - tym razem swojski Paryż oraz egzotyczny Kaszmir.

A jak z fabułą? Tu niestety nieco gorzej niż w "Rogue Nation". Choć to oczywiście zależy, kto czego oczekuje. Jak od "Mission: Impossible" wymagam szalonej akcji, strzelanin, pościgów i zawrotnego tempa. Tego rzecz jasna w "Fallout" nie brakowało, ale w mniejszej ilości niż poprzednio. W zamian "Fallout" kusi niezwykłą jak na ten cykl głębią przekazu i ponurą, niemalże apokaliptyczną wizją świata - musicie przyznać, że to coś nowego dla (na ogół rozrywkowych) przygód Ethana Hunta. Dodatkowo film okraszono świetną ścieżką dźwiękową, tak bardzo podobną do "The Dark Knight Rises", że aż zahacza o plagiat. Było więc nieco zbyt "mrocznie" jak na mój gust, ale to nie zmienia faktu, że to wciąż dobra produkcja. No i umówmy się, Tom Cruise i jego wyczyny kaskaderskie chyba nigdy się nie znudzą! Wprawdzie zaczyna być po nim widać wiek, ale i tak jest mało pierwszoligowych aktorów w Hollywood, którzy potrafią mu dorównać w scenach akcji. Tym razem Cruise osobiście zaliczył skok HALO z prawie 8 kilometrów, pilotował śmigłowiec (nauczył się tego w 6 tygodni!), a także skakał po dachach Londynu, łamiąc sobie przy okazji kostkę (co jednak nie przeszkodziło mu, by biec dalej). Drodzy widzowie, na kolana i bić pokłony przed Tomem!

Reszta obsady również trzymała poziom. Ving Rhames zgodnie z tradycją powrócił jako Luther i tym razem naprawdę miał sporo miejsca na ekranie (być może najwięcej w całej serii). Mniej było Simona Pegga, nad czym ubolewam, bo uwielbiam każdą scenę z jego udziałem. Ale na osłodę ponownie dostałem fantastyczną Rebeccę Ferguson, która przebija się do pierwszej ligi moich ulubionych aktorek kina akcji. Rewelacja! Tu warto nadmienić pojawienie się Henry'ego Cavilla w roli agenta Walkera z wąsem na twarzy (tak, tym legendarnym wąsem, który twórcy "Justice League" musieli nieudolnie usuwać w postprodukcji filmu). Niestety Cavill - choć boksuje świetnie - udowodnił że kreacja niezbyt rozgarniętego Supermana w "DC Extended Universe" nie była grą aktorską. Ten aktor po prostu taki jest naprawdę, i choć wygląda na sympatycznego gościa, to talentem nie grzeszy... Na szczęście w "Fallout" dobrze dopasował się do roli, i to mi wystarczy.

Co ciekawe, mimo że obejrzałem wszystkie części "Mission: Impossible" w ciągu, nie mam przesytu. Wciąż jest miejsce na siódmy film z serii - zresztą plotki głoszą, że być może taki powstanie. Jeśli tylko Tom Cruise nie straci pary w nogach i będzie dalej biegał, skakał i robił fikołki, to jestem za. Mogą kręcić i dziesięć kolejnych!

Wniosek: Fajne, choć zdecydowanie przekombinowane.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


sierpnia 19, 2018

"Mission: Impossible - Rogue Nation"

"Mission: Impossible - Rogue Nation"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt walczy z organizacją złych szpiegów.

m:i 5 tom cruise film recenzja simon pegg jeremy renner

Recenzja filmu:

No i w końcu! Dopiero z piątą częścią cykl "Mission: Impossible" osiągnął wyżyny doskonałości! "Rogue Nation" nakręcono z werwą, z jajem i z pomysłem. Owszem, znów Ethan Hunt jest sam przeciwko wszystkim. Owszem, już po raz piąty przy użyciu futurystycznej technologii i obłędnych popisów kaskaderskich ratuje świat. Nic nowego, prawda? Ale za to jak to wygląda!

Reżyser Christopher McQuarrie stworzył dzieło kompletne. Zacznijmy od akcji. Otwierająca film sekwencja, w której Tom Cruise został przypięty do kadłuba startującego samolotu (!) przeszła do historii wyczynów kaskaderskich. Można lubić tego aktora lub nie, ale nie można mu odmówić mistrzostwa w swoim fachu! Dalej jest jeszcze lepiej - rozróba w wiedeńskiej operze, pościg na motorach w Casablance (piękne nawiązanie do "M:I 2") i finalne mordobicie w Londynie to wizualna uczta dla oka. Drugi mocny punkt to obsada. Tom Cruise to marka sama w sobie, więc nic dziwnego, że im tym razem nie zawiódł. Simon Pegg jako Benji już po raz trzeci pokazał na co go stać, a każda scena z jego udziałem to prawdziwy samograj. Ponadto - zgodnie z tradycją - w "Rogue Nation" pojawiła się nowa kobieta-agent (w tej roli Rebecca Ferguson), która wręcz mnie zachwyciła! Nareszcie w tej serii dostaliśmy postać kobiecą, która wygląda jak powinna, ma drugie dno, no i budzi autentyczną sympatię u widza. Miłym dodatkiem było również chwilowe (ale jednak) pojawienie się Aleca Baldwina oraz weterana serii Vinga Rhamesa. Z minusów to pozostaje mi jedynie pożałować, że Jeremy Renner nie miał tym razem okazji pokazać, na co go stać w zakresie kina akcji. No ale nie można mieć wszystkiego!

Na sam koniec w kwestii obsady powiem jeszcze o jednym, niezwykle ważnym elemencie, o którym w poprzednich filmach często zapominano: wyrazistym czarnym charakterze! Sean Harris (który podbił moje serce rolą asasyna w "Rodzinie Borgiów") jest fantastycznym przeciwnikiem dla Toma Cruise'a - odpowiednio okrutnym, szalonym, ale i zdeterminowanym w dążeniu do celu. To właśnie dzięki niemu "Rogue Nation" jest kompletnym filmem akcji, który w zasadzie nie ma słabych punktów. Tu warto wspomnieć, że scenarzyści zadbali o odpowiednio dużo nawiązań do klasyki - dość wspomnieć, że Ethan Hunt ponownie musi wykraść tajną listę agentów z wysoce strzeżonego miejsca (i to pod wodą!). Prawdziwa misja niemożliwa, nieprawdaż?

Bawiłem się rewelacyjnie i z dużą nadzieją patrzę na nadchodzącą szóstą część "Fallout" - sądząc po trailerach czeka nas bezpośrednia kontynuacja wątków z "Rogue Nation". Nie mogę się doczekać!

Wniosek: Świetne kino akcji! Aż chce się oglądać!


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


sierpnia 11, 2018

"Ant-Man and the Wasp" ("Ant-Man i Osa")

"Ant-Man and the Wasp" ("Ant-Man i Osa")
O czym to jest: Ant-Man próbuje uratować kobietę z wymiaru kwantowego.

antman i osa film recenzja marvel paul rudd michael douglas

Recenzja filmu:

No i nadeszła kolejna zadyszka w "Marvel Cinematic Universe". W odniesieniu do sequela fantastycznego "Ant-Mana" brzmi to bardzo dziwnie, bo teoretycznie wszystko było tu jak w pierwszej części - te same postacie, ten sam klimat, a nawet gagi lecące dokładnie z tej samej półki. I może właśnie o to chodzi. Pierwszy "Ant-Man" był czymś świeżym, lekko szalonym, z jajem i werwą. Niestety - że tak zacytuję "Mistrza i Małgorzatę" - nie ma czegoś takiego jak druga świeżość. Pewne rzeczy udają się tylko raz.

Mimo moich sporych zastrzeżeń byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym ocenił ten film niżej niż na 4 chomiki na sześć możliwych. "Ant-Man and the Wasp" to mimo wszystko dobre kino rozrywkowe - ale tylko dobre. Może to też kwestia nadmiernych oczekiwań, bo po świetnym gościnnym występie tego bohatera w "Civil War" liczyłem na nową, spektakularną solową przygodę. A tymczasem otrzymaliśmy familijną opowieść o rodzinie Pymów (w składzie: Michael Douglas, Michelle Pfeifger i Evangeline Lilly), w której Ant-Man był wyłącznie dodatkiem. I to jest mój główny zarzut: nie można robić solowego filmu o superbohaterze, w którym wspomniany bohater gra drugie tło! Jeszcze gdyby go przytłoczyła jedna postać (vide Iron Man dominujący trzecią część "Kapitana Ameryki"), to jakoś dałoby się to zrównoważyć - takie zresztą było chyba założenie, skoro tytuł wyraźnie wspomina Evangeline Lilly jako Wasp, stawiając ją na równi z Ant-Manem. Ale i Michaela Douglasa było tu tak samo dużo! No i jeszcze trzeba doliczyć nieco czasu ekranowego na przeciwnika w postaci Ghost, jej mentora, kumpli Ant-Mana i paru nieco zagubionych zbirów... Niestety ten tłum spowodował, że sam Ant-Man faktycznie zniknął gdzieś w wymiarze kwantowym i tyle go widzieliśmy. A to niedobrze.

Drugim problemem filmu był wyraźny brak czarnego charakteru. Czy była nim Ghost? Mam do tego spore wątpliwości - dziewczyna wzbudzała raczej sympatię i współczucie widzów. A może był nim Walton Goggins w roli miejscowego zbira? Również raczej nie, skoro stanowił raczej irytujące utrapienie niż realne zagrożenie. Koniec końców fabuła "Ant-Man and the Wasp" skupiła się raczej na familijnym dramacie rodziny Pymów, i to dramacie za mało wykorzystanym. Szalony psychodeliczny wymiar kwantowy dawał o wiele większe możliwości ostrej jazdy po bandzie - a sekwencja z niesporczakami niebezpiecznie przypominała mi "Star Trek: Discovery", co również świadczy na niekorzyść oryginalności fabuły. 

"Ant-Man and the Wasp" nieco mnie wynudził. Ale to nie jest zły film - po prostu w żaden sposób nie wnosi nic nowego do uniwersum. A to niedobrze w przypadku dwudziestego filmu z serii. W tym momencie jedyna droga do sukcesu to nieustająca ucieczka do przodu. Liczę na to, że kolejna wizyta Ant-Mana na ekranie przebiegnie o wiele lepiej!

Wniosek: W porządku, ale liczyłem na więcej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


sierpnia 05, 2018

Produkcje filmowe na upały - weź to na chłodno!

Produkcje filmowe na upały - weź to na chłodno!
Gdy żar leje się z nieba każdy szuka ochłody (poza naszym kotem, który idzie się dogrzać na parapet). Zimne napoje, lody, zacienione miejsca, piwnice, schrony atomowe - wszyscy marzą tylko o tym by wleźć pod jakiś kamień i przeczekać najgorsze. Tylko co wtedy robić?

Znacie filmy które kojarzą się Wam z konkretnymi zapachami albo smakami? Mi dla przykładu początek "Imperium Kontratakuje" pachnie kurczakiem z rożna. Pojawia się planeta Hoth i pyk, czuję jak ślinianki zaczynają pracę na myśl o krupiącej skórce i soczystym białym mięsie. Znacie to? Albo przy takim "Harrym Potterze" w scenach około-świątecznych myślę zawsze o lukrowanych piernikach, a przy "Amelii" o sałatce z pomidorów i ogórków, koniecznie z odrobiną siekanej cebulki. Niektóre filmy kojarzą mi się z konkretnymi osobami lub kolorami, ale jest też grupa filmów, przy których robi mi się gorąco lub wręcz przeciwnie mam ciarki na plecach. Dlatego właśnie co roku w trakcie największych wakacyjnych upałów oglądam produkcje, od których robi się zimno. W zasadzie jest kilka tytułów, które chłodzą skuteczniej (i taniej) niż klimatyzacja. Oto subiektywny ranking ośmiu, a w zasadzie dziewięciu tytułów idealnych na upały, o różnym stopniu chłodzenia. Zestawienie otwiera drobny śnieżek na dalekiej północy…


8. Gra o Tron – sezon 7 

Cały serial w zasadzie można sprowadzić do sformułowania Winter is coming. Widzowie od pierwszego odcinka zmuszeni są śledzić losy umierających, pijących, walczących, oddających się lubieżnym pasjom, knujących, kradnących i okradanych, podpalanych, zarzynanych, krwawiących, jęczących, uciekających, zdradzanych i zdradzających bohaterów, a to wszystko po to by doczekać nadejścia obiecanej przez Seana Beana zimy. Dobra wiadomość jest taka, że w sezonie siódmym w końcu obiecana zima nadchodzi, a wraz z nią nadciągają Biali Wędrowcy. Wprawdzie Westeros wydaje się mieć dość przyjazny klimat (oczywiście zależy dla kogo), ale w upalne dni śnieżne sceny za murem przynoszą rześką bryzę z ekranu. No i te siedem sezonów skutecznie zatrzyma Was w ukryciu przed słońcem, bo "Grę o Tron" ogląda się jak jeden długi film, a w środku lata każdy trochę marzy o bardzo, bardzo, bardzo długiej zimie.


7. Oblivion (Niepamięć)

W filmie tym nie zobaczycie ani grama śniegu, za to twórcy oferują nam ogromne bezludne przestrzenie pełne świeżego powietrza. Oglądając bezkresne kadry sięgające po horyzont ma się ochotę odetchnąć pełną piersią. Basen z krystalicznie czystą wodą zawieszony wysoko nad ziemią czy wielkie machiny wysysające wodę pozwalają na chwilę zapomnieć o duszącym, upalnym powietrzu za oknem. Efekt chłodzenia nieco psuje tylko fakt, iż niesamowicie orzeźwiające widoki to zasługa tego, że na Ziemi prawie nie ma już ludzi. To dokładnie tak samo jak w centrum niewielkich miasteczek w środku lata w samo południe. Albo na Wenus. Tam też nie ma ludzi.


6. Snowpiercer (Arka Przyszłości)

Uczciwie przyznaję, że nie jest to film, który zapadł mi w pamięć na dłużej z uwagi na fabułę czy sporą ilość znanych nazwisk przewijających się na ekranie. Wprawdzie same założenia tej historii są interesujące, a całość wygląda ciekawie, to tak naprawdę w lecie liczy się tylko fakt, iż mamy do czynienia z epoką lodowcową i pędzącym pociągiem wśród zasp na wzór kolei transsyberyjskiej. Dla widza to niemal metafora: oto siedzimy uwięzieni w nagrzanych przedziałach pociągu, a dookoła otacza nas świat skuty lodem. Aby poczuć szczypiący mróz nie trzeba nawet otwierać okna, starczy lodówka.


5. Vikings (Wikingowie)

Gdy rano sprawdzamy prognozę pogody i po raz kolejny termometr plasuje się w okolicach wybuchu supernowej na usta ciśnie się: „O Boże…”. Jeżeli jakiekolwiek bóstwo z zamierzchłych czasów mogłoby się przydać w upalne dni, to na pewno byliby to rozmiłowani w burzach i wojnach bogowie nordyccy. Wszak tylko latem wpadamy do klimatyzowanych sklepów niczym berserkerzy w bojowym szale, rozrywamy zgrzewki butelek z woda mineralną, a gdy okazuje się, że to jednak gazowana, budzą się w nas pierwotni barbarzyńcy. Serial "Wikingowie" w swej chłodnej błękitnej tonacji, ze scenami toczącymi się pod zachmurzonym niebem i w otoczeniu chłodnej toni morza, jezior i rzek, perfekcyjnie gasi pragnienie. Śledząc losy bohaterów niemal czujemy chłodną bryzę i zatęchły zapach wiecznie wilgotnej odzieży oraz martwych ryb. To prawie tak jak byśmy stali na molo w Ustce w lutym.


4. The Terror

Świeżutki serial dopiero od tego roku znalazł się w moim chłodzącym zestawieniu, ale za to jaki zimniutki! Umówmy się, żaden śnieżny potwór czy widmo kanibali nas nie przerazi, gdy dosłownie topimy się jak wosk na samą myśl o wyglądnięciu przez okno. Gdy mózg się przegrzewa, wizja utknięcia na kilka lat w mroźnej Arktyce wydaje się warta rozważenia. Po co komu smaczne, zdrowe posiłki i dostęp do Internetu, gdy w około otacza nas tylko śnieg i lód oraz więcej śniegu i lodu? I Inuici na sankach. Zresztą w przypadku tego serialu gęsią skórkę zapewnia nie tylko aura.


3. Ex aequo: The Shining (Lśnienie) i The Thing (Coś)

Śnieg, lód i ciarki na plecach. Ekranizacji książki Stephena Kinga opisywać chyba nie trzeba. To jedna z tych produkcji, które po prostu trzeba zobaczyć i w zasadzie nieważne w jakiej porze roku. Kto w środku upalnego lata nie marzy, by znaleźć się nagle w górskim, opuszczonym hotelu w środku zimy? (Oczywiście nie licząc tych, którzy oglądali "Lśnienie"). Jako alternatywę polecam również przenosiny do stacji badawczej na Antarktydę, gdzie czeka na nas „Coś”. Po tym seansie spacer w upalny dzień może wydać się całkiem dobrym pomysłem. Zwłaszcza gdy mamy w domu psa lub kota, które badawczo nam się przyglądają. Nie taki upał straszny, gdy są rzeczy straszniejsze.



2. Ghost Writer (Autor Widmo)

Uwielbiam klimat tego filmu. Deszcz i niebo zasnute chmurami przypominają mi długie jesienne dni, które spędziłam u podnóża Ślęży zaczytując się we "Władcy Pierścieni". Deszcz, szum starego orzecha za oknem, miękka kanapa, trzy opasłe tomiska i majaczące za mgłą górskie wzniesienie. Nie ma chyba lepszej scenerii do śledzenia wędrówki Drużyny Pierścienia. Identyczny wilgotny chłód i wiatr za oknem przywodzi na myśl "Autor Widmo". Nadmorska sceneria i betonowe surowe wnętrza plus dobra fabuła to przepis na zapomnienie o upale. Film nie tylko wciąga, ale i chłodzi, a do tego jest po prostu dobrą produkcją docenioną na wielu festiwalach.


1. The Day After Tomorrow (Pojutrze)

Jest to produkcja, którą oglądam co roku w największe wakacyjne upały od wielu lat. Gdy żar leje się z nieba, a pot strumieniami z czoła, w głowie rodzi mi się myśl: „Najwyższy czas na "Pojutrze". Nie wiem jak to możliwe, ale ten film chłodzi niemal od pierwszej sceny, chociaż drastyczne zmiany klimatyczne przychodzą dopiero później. Nic tak nie pobudza wyobraźni jak gwałtownie nadciągająca epoka lodowcowa, która unicestwia w oka mgnieniu zarówno mamuty podczas kolacji, jak i rządowe helikoptery. Wielkie mroźne wiry widoczne z kosmosu, grad wybijający szyby i przysypana śniegiem Statua Wolności, do tego nienachalny wątek romantyczny, edukacyjny i ekologiczny i mamy rewelacyjne kino familijne na upalne niedziele. Do dziś pamiętam zdjęcie z planu "Pojutrza" na którym Dennis Quaid ubrany w zimowe wdzianko walczy o życie leżąc w śniegowej zaspie. Nad nim zaś stoi wielki wiatrak produkujący wiatr i trzech panów technicznych w szortach i sandałach (jeden z nich prawie na pewno miał na sobie koszulę w palmy!). Tak się właśnie nagrywa sceny, w których bohater umiera z zimna gdy na planie jest ponad 30 stopni. Aktorstwo to zdecydowanie ciężki kawałek chleba. Zatem co roku trzęsę się z zimna razem z Dennisem Quaidem w środku upalnego lata. Tylko, że to ja mam wtedy na sobie szorty. Jeżeli mielibyście wybrać tylko jeden chłodzący film to zdecydowanie wybierzcie „Pojutrze", bo tylko on gwarantuje szron na ekranie!


sierpnia 04, 2018

"Mission: Impossible - Ghost Protocol"

"Mission: Impossible - Ghost Protocol"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt ratuje świat przed wojną jądrową.

m:i 4 film recenzja tom cruise jeremy renner

Recenzja filmu:

No to lecimy z czwartą częścią serii "Mission: Impossible"! Ze smutkiem stwierdzam, że oglądając je jedna po drugiej zaczynam odczuwać pewien przesyt. Ale może to po prostu wina samego filmu... "Ghost Protocol" robi w tył zwrot od szalonego kina akcji, jakie zafundowały nam "M:I 2" i "M:I 3", i najbardziej stylem przypomina pierwszą "Mission: Impossible". Jest więc sporo szpiegowskich sztuczek, poruszania się na granicy prawa i ratowania świata w ostatniej chwili. Czyli teoretycznie tego, co fani tej serii lubią najbardziej.

Przyznaję, że "Ghost Protocol" miało bardzo dobre momenty. Tom Cruise jak na niego przystało po raz kolejny odwalił imponujący popis kaskaderski - tym razem była to mrożąca krew w żyłach wspinaczka po Burj Khalifa w Dubaju. Może to dlatego że mam lęk wysokości, ale jak słowo daję podczas oglądania tej sceny zmiękły mi kolana! Kieruję wyrazy najgłębszego szacunku do Cruise'a - jest prawdziwym artystą kina akcji! A skoro przy Dubaju jesteśmy to muszę przyznać, że sekwencja rozwałki w tym mieście z finałem w postaci epickiej burzy piaskowej zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Gdyby jeszcze cała reszta filmu tak wyglądała, nie powiedziałbym złego słowa!

Szkoda, że scenarzyści nie pokusili się o coś bardziej oryginalnego niż powstrzymywanie wojny jądrowej w ostatniej chwili. To też dość ograny motyw kina szpiegowskiego, więc niespecjalnie byłem zaciekawiony, co stanie się dalej. Nie robił też na mnie wrażenia bezimienny główny czarny charakter - przez moment miałem nadzieję, że będzie nim zatrudniony w tym filmie Jeremy Renner (którego swoją drogą bardzo lubię), ale jednak twórcy polecieli utartym schematem. Przynajmniej jasnym punktem był Simon Pegg w znacznie większej roli niż w "M:I 3", wprowadzający konieczny element komediowy. No i warto też zauważyć, że małe epizody zaliczyli znany z "Lost" Josh Holloway, coraz popularniejsza Léa Seydoux, a także mój ulubiony statysta kina science fiction, czyli Mike Dopud (wiem, że akurat to nazwisko nic wam nie mówi, ale nic nie poradzę, że go lubię). 

Teoretycznie w "Ghost Protocol" wszystko było ok. Niestety mimo to dosyć się wynudziłem. Podwyższam ocenę za obsadę i kaskaderkę, ale ogólnie życzyłbym sobie o wiele więcej akcji w kolejnych częściach.

Wniosek: Za bardzo statyczne jak na kino akcji. Ale ujdzie.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


sierpnia 03, 2018

"Mission: Impossible III"

"Mission: Impossible III"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt musi pomścić swoją ukochaną.

m:i 3 tom cruise film recenzja simon pegg maggie q

Recenzja filmu:

W serii "Mission: Impossible" jest to, co lubię najbardziej w cyklach filmowych: progres. Póki co każda kolejna część jest coraz lepsza! Trzeci odcinek przygód najbardziej uśmiechniętego szpiega w historii kina zaskoczył mnie w bardzo wielu kwestiach. I to pozytywnie!

Zacznijmy od nazwiska głównego twórcy: ku mojemu zdziwieniu okazał się nim być J.J. Abrams, debiutujący zresztą w roli reżysera. Już w tym filmie było widać zalążek wielkiego talentu, który rozwinął potem takimi rozrywkowymi hitami jak chociażby "Star Trek" czy "Przebudzenie Mocy". W "Mission: Impossible III" jest sporo charakterystycznych dla niego elementów, takich jak flary prosto w ekran, nieustający deszcz iskier czy szerokokątne eksplozje kręcone z perspektywy żaby. Drugą wielką niespodzianką była obsada. Widząc nazwisko reżysera nie zdziwiłem się, że w filmie pojawił się Simon Pegg - ta dwójka spotyka się na planie dosyć często. Ale to nie wszystko, bo wspomagających Toma Cruise'a agentów zagrali Jonathan Rhys Meyers i zjawiskowa Maggie Q! Nie można też zapomnieć o nieodżałowanym Philipie Seymourze Hoffmanie w roli czarnego charakteru. Prawdziwa petarda!

Z fabułą jest niestety nieco gorzej. O ile wykonanie jest na ocenę celującą (strzelaniny, choreografia, kaskaderka, mordobicie czy plenery - w tym m.in. Watykan - są jak ta lala), to scenariusz gdzieniegdzie skrzeczy. Motyw miłosnej vendetty w kinie szpiegowskim jest ograny do granic możliwości, że wspomnę chociażby "Quantum of Solace" czy "The Bourne Supremacy". Ponadto zagrywki w rodzaju mikrobomby w głowie czy rażenia się prądem są zbyt głupawe nawet jak na ten rodzaj kina. Wychodzę jednak z założenia, że przy tym filmie należy wyłączyć myślenie i cieszyć się kolorową, dynamiczną przygodą z biegnącym Tomem Cruise'm w tle. Ciekawe czy utrzymają taki poziom wraz z kolejnymi produkcjami.

Wniosek: Dynamiczne, rozrywkowe kino akcji. Dobrze się ogląda!


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


lipca 26, 2018

"Mission: Impossible 2"

"Mission: Impossible 2"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt ratuje świat przed śmiercionośnym wirusem.

mi2 tom cruise john woo thandie newton

Recenzja filmu:

Czasami trudno jest porównać do siebie dwa filmy, nawet jeśli są częścią tego samego cyklu. Zawsze doceniam, gdy twórcy starają się dać coś od siebie, nawet w przypadku stricte blocbusterowych produkcji, nastawionych nie na głębię fabuły, ale na szybkie i łatwe wyciągnięcie pieniędzy od widza. Od początku było wiadomo, że sequel "Mission: Impossible" powstał właśnie w tym celu. Ale nie ma co się obrażać - należy zasiąść wygodnie w fotelu z kubłem popcornu i podziwiać, jakimiż to nierealnymi pomysłami tym razem zarzuciło nas Hollywood.

Cóż, tym razem poszli ostro po bandzie. Wiecznie młody Tom Cruise tym razem dostał się pod skrzydła pochodzącego z Hong Kongu reżysera Johna Woo, sławnego z dość postrzelonych i absurdalnych filmów akcji klasy "Broken Arrow" czy "Face/Off" (bardzo popularnych pod koniec lat 90.). W ten sposób dzięki nutce azjatyckiej kinematografii "Mission: Impossible 2" stało się dziwaczną hybrydą kina szpiegowskiego, strzelanki, chińskiego kina kung-fu oraz standardowego amerykańskiego ratowania świata. Tym razem nasz bohater - narowisty szpieg Ethan Hunt - musiał ocalić świat przed morderczym wirusem supergrypy, wykradzionym z laboratorium przez grupę chciwych bandziorów. W tle nie zabrakło pięknej dziewczyny (w tej roli zjawiskowa i zaczynająca swoją karierę Thandie Newton), licznika z upływającym czasem, obowiązkowego slow-motion oraz lirycznych stawek w postaci odfruwających białych gołębi. Brzmi dość niestrawnie? Przyznaję, że miejscami było ciężko, zwłaszcza że za głupawą fabułą szły niezbyt porywające dialogi i wyjątkowo bezpłciowy główny czarny charakter.

Ale nic to, bo "Mission: Impossible 2" z całą pewnością nie zawiodło w kwestii scen akcji! Była i szpiegowska akrobacja na linach, i mordobicie, i (w przeciwieństwie do pierwszej części) masa strzelanin, a także - klękajcie narody - finałowy pościg na motorach, który pod względem kaskaderki do dziś budzi ogromne uznanie. To co Cruise (i jego dubler) wyczyniali na ekranie nie miało wprawdzie krzty sensu, ale za to wyglądało rewelacyjnie! I mówiąc szczerze, wystarcza mi taki obrót spraw. Kino rozrywkowe ma dostarczać rozrywki, a nie głębokich filozoficznych przemyśleń, nieprawdaż? Z czystym sumieniem daję więc ocenę dostateczną. Można oglądać, byle nie za często.

Wniosek: Wizualnie efektowne, ale dość płytkie kino.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


lipca 22, 2018

"Mission: Impossible"

"Mission: Impossible"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt próbuje wykraść listę tajnych agentów.

mi1 film recenzja tom cruise

Recenzja filmu:

Przed kinową premierą szóstej części cyklu "Mission: Impossible", czyli "Fallout", postanowiłem nadrobić zbiorczo wszystkie poprzednie. Pierwszą część oglądałem wielokrotnie na wideo jako dzieciak i pamiętam, że żywiłem do niej dość ciepłe uczucia. Niestety w tym przypadku sentymentalna powrót do przeszłości okazała się, delikatnie mówiąc, rozczarowująca.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. W przypadku "Mission: Impossible" jaskółką jest oczywiście kultowa scena z Tomem Cruisem opuszczającym się na linach do tajnego komputera w samym sercu centrali CIA. I przyznaję, że akrobatyczne wyczyny Cruise'a jak zawsze wyglądają imponująco i nawet dziś budzą wielkie uznanie widza. Szkoda tylko, że cała reszta filmu jest po prostu... nudna. Zdaję sobie sprawę, że być może po prostu nie odpowiada mi ten typ kina - wszak tak samo wynudziłem się na "Tożsamości Bourne'a", również uważanej za klasykę szpiegowskich produkcji. Chyba największym problemem "Mission: Impossible" jest zbyt wolne tempo. Jedni uznają to za dowód klimatu, drudzy zaś za dowód na nieudolność reżysera (i co z tego, że w tym wypadku był nim legendarny Brian De Palma - mówiąc szczerze, nie przepadam za jego stylem). Tak po prawdzie to nie licząc wspomnianej sceny z linami oraz końcowej rozwałki na dachu pociągu TGV (bardzo efektownej, to fakt), niewiele dzieje się na ekranie. A szkoda, bo obsada klasy Tom Cruise, Jon Voigh, Jean Reno i Ving Rhames zasługiwała na więcej.

Niemniej przyznam temu filmowi kilka plusów. Tom Cruise jak zawsze jest dobry i bezczelnie zawadiacki (co ciekawe nie stracił tego uroku wraz z wiekiem). Miło było popatrzeć na ciekawe zakątki Pragi, tym ciekawsze, jeśli widziało się je na żywo. Poza tym stricte "bondowe" gadżety jak sztuczne twarze, samoniszczące się taśmy czy wybuchowe gumy do żucia zawsze bawią. Podsumowując to wszystko nie uważam "Mission: Impossible" za kiepski film. Nie wątpię, że w 1996 roku prezentował się znakomicie. Tyle tylko, że nie przetrwał próby czasu.

Wniosek: Mimo jednej kultowej sceny cała reszta najwyżej przeciętna.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


lipca 20, 2018

"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")

"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")
O czym to jest: Grupa rozbitków odkrywa antyczny statek kosmiczny po drugiej stronie wszechświata.

gwiezdne wrota wszechświat serial

Recenzja serialu:

Ze wszystkich rzeczy, jakie mogą mnie wkurzyć w filmach i serialach, najbardziej nie znoszę marnowania potencjału. Pół biedy, jeśli jest to pierwsze podejście do tematu i komuś po prostu nie wyjdzie. Ale mieć gotowy przepis, który udał się już dwa razy i zawalić po całości - do tego trzeba prawdziwego zdolniachy! Niestety ten smutny los spotkał "Stargate Universe", drugi spin-off kultowego serialu "Stargate SG-1". Pod względem efektów i jakości wykonania - majstersztyk na światowym poziomie. Pod względem fabuły - absurdalna w swej skali tragedia... 

Ale zacznijmy od początku. Tym razem bohaterowie przez przypadek wylądowali na statku kosmicznym po drugiej stronie wszechświata, odpalonym miliony lat wcześniej przez antycznych kosmitów celem odkrycia śladów inteligencji z okresu Wielkiego Wybuchu. Ponieważ amerykańscy wojacy (wraz z bandą fajtłapowatych naukowców) trafili tu niejako przez przypadek, nie mieli ze sobą odpowiedniego sprzętu ani wyposażenia, a na dodatek ich nowy dom okazał się zardzewiałą balią, której dawno temu minął okres przydatności do użytku. W ten sposób zyskaliśmy wątek surwiwalowy - jak przetrwać w realiach kurczących się zarobów, na statku który nie działa i którego nikt nie potrafi obsługiwać. Brzmi dobrze, prawda? 

Rozumiem zamysł. Twórcom ewidentnie znudziła się prosta przygodówka w stylu wspomnianego "Stargate SG-1" i "Stargate Atlantis". Dlatego też, zafascynowani poważnym tonem i głębią emitowanego ówcześnie rewelacyjnego "Battlestar Galactica", postanowili stworzyć coś podobnego w mrocznym, apokaliptycznym klimacie. Niestety w ten sposób pozbawili się największych atutów uniwersum "Stargate" - optymizmu, humoru, sympatycznych postaci i karuzeli szalonych pomysłów fabularnych, które - choć totalnie nierealistyczne - świetnie się sprzedawały na ekranie. W efekcie z "Universe" powstał gniot będący chimerą serialu o nastolatkach i quasi-dramatu obyczajowego, tyle że w kosmosie. Co jednak najgorsze, do minimum ograniczono obecność gwiezdnych wrót jako takich, kładąc główny nacisk na wątek statku kosmicznego, na którym utknęli bohaterowie. I gdyby tylko o tym traktował ten serial, mógłbym to przeżyć. Ale niestety za pomocą durnego triku fabularnego załoga statku mogła "przenosić umysły" na Ziemię, gdzie (tkwiąc w ciele innych ludzi) włóczyli się bez celu i sensu, przeżywając różnego rodzaju kryzysy emocjonalne. Tak, dobrze myślicie: rozstania, zdrady małżeńskie, łzy, przytulanie, używki i dylematy godne klasycznej mydlanej opery. Bez komentarza! 

Twórcy serialu szybko zrozumieli swój błąd, bo już po pierwszym sezonie z werwą zabrano się do naprawy formy. Zrezygnowano z żenujących piosenek na koniec każdego odcinka. Zaprzestano melodramatycznych wycieczek na Ziemię. Wprowadzono więcej akcji, więcej kosmitów i więcej porządnej nawalanki. Płaczliwy pułkownik Young zyskał nową pewność siebie i sporą dozę energii godną dowódcy statku. Gładziutki porucznik Scott przestał się obnosić z dziecięcą naiwnością niedoszłego księdza. Zminimalizowano postać Chloe, nastoletniej córki senatora (i najbardziej zbędnej postaci w historii tego uniwersum). Główny antagonista - doktor Rush - zamienił wyniosłą arogancję na bardziej ludzkie oblicze. Z kolei mocne punkty serialu - rewelacyjny Eli (pokładowy nerd i jedyna w 100% sympatyczna postać serialu) oraz uroczo niegrzeczny sierżant Greer pozostali tacy jak wcześniej. Dzięki temu drugi sezon był naprawdę w porządku. Niestety było już za późno, by naprawić szkody - oglądalność zdążyła polecieć na łeb na szyję, co w konsekwencji doprowadziło do skasowania serialu i całego uniwersum jako takiego. I tego nie wybaczę, bo założenia "Universe" pozwoliłyby na jeszcze wiele sezonów fantastycznych przygód. Szkoda, że tak to się wszystko potoczyło. 

Szkoda ze względu na niektóre fajne postacie, na scenografię (koncept statku Destiny jest przegenialny), na efekty specjalne, no i na wybitną oryginalną ścieżkę dźwiękową (która, z powodu przedwczesnej śmierci kompozytora, niestety nigdy nie wyszła na płycie CD). To naprawdę dało się zrobić o wiele lepiej.

Wniosek: Niewiarygodnie zmarnowany potencjał na świetny serial.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


lipca 19, 2018

"Stargate Atlantis" ("Gwiezdne Wrota: Atlantyda")

"Stargate Atlantis" ("Gwiezdne Wrota: Atlantyda")
O czym to jest: Grupa śmiałków odkrywa Atlantydę - antyczne miasto kosmitów w innej galaktyce.

gwiezdne wrota atlantyda serial recenzja rodney jason momoa sheppard

Recenzja serialu:

"Stargate Atlantis" udowadnia, że dobre przepisy się nie dezaktualizują. Nie trzeba do tego nawet specjalnego talentu: wystarczy trzymać się sprawdzonej instrukcji krok po kroku, a sukces jest murowany! Serial "Stargate SG-1", oparty na kultowym filmie "Stargate", wprowadził erę przygodowego serialu science fiction na nowy, fascynujący poziom. Dlatego trudno się dziwić, że postanowiono zaryzykować z opartym na identycznym schemacie spin-offem w postaci "Stargate Atlantis". I uwierzcie mi gdy mówię, że tym razem prawdopodobnie uczeń przerósł mistrza!

Na pierwszy rzut oka wszystko jest bardzo podobne. Czteroosobowa drużyna w składzie: śmiały pułkownik, genialny mózgowiec, sumienie moralne oraz bojowy mięśniak - jest. Groźni kosmici gotowi do ubicia (i na dodatek wysysający energię życiową z ludzi) - są. Zagrożenie dla całej galaktyki - jest. Ratowanie świata co odcinek - również jest. W sam raz na pięć sezonów fantastycznej przygody! De facto w ten sposób ponownie nakręcono "Stargate SG-1", zmieniając tylko obsadę i lokalizację z tajnej bazy na antyczne miasto potężnych kosmitów w innej galaktyce. Ba, nawet niektóre odcinki "Atlantis" bazują na identycznych motywach co epizody "SG-1", pokazując w ten sposób tą samą przygodę dwa razy! Na szczęście twórcy pokusili się o większą śmiałość niż w pierwszym serialu i większy rozmach pod względem efektów - stąd znacznie więcej przygód w kosmosie i bitew kosmicznych. 

Rzecz jasna, podobnie jak przy "SG-1", niektóre epizody są bardzo niskich lotów, a i scenografia czy fabuła pozostawiają sporo do życzenia. Ale poza tym niemal wszystko jest lepsze! Joe Flanigan jako pułkownik Sheppard, David Hewlett jako Rodney McKay czy w końcu popularny obecnie Jason Momoa jako Ronon Dex to prawdziwe samograje - a ja osobiście o wiele bardziej wolę ich postacie od bohaterów "SG-1". Podejrzewam, że to przez humor, bowiem "Atlantis" posiada unikalną zdolność płynnego przechodzenia z epickiej space opery do wybornej komedii - a wszystko to dzięki znakomitej grze aktorskiej obsady. 

Przez serial przelatuje się błyskawicznie - zaczynając od fantastycznego pilota aż do finału, który robi co może by pozamykać większość wątków. Żałuję bardzo, że "Stargate Atlantis" zakończono po pięciu sezonach, bez szansy na finałowy film telewizyjny. Ale i tak jestem wdzięczny za te dziesiątki godzin wybornej przygody w galaktyce Pegaza! Ta zabawa nigdy mi się nie znudzi!

Wniosek: Fantastyczna przygoda, od której nie można się oderwać!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger