Popularne posty

grudnia 05, 2017

"The Bounty" ("Bunt na Bounty")

"The Bounty" ("Bunt na Bounty")
O czym to jest: Prawdziwa historia najsłynniejszego buntu w historii Royal Navy.

bunt na bounty hopkins gibson lewis neeson

Recenzja filmu:

Zainspirowałem się do przypomnienia sobie prawdziwej klasyki - czyli filmu "The Bounty" o najsłynniejszym buncie na pokładzie statku brytyjskiej królewskiej marynarki wojennej. Rzecz działa się w 1789 roku na wodach południowego Pacyfiku, gdy to załoga H.M.S. Bounty wraz z pierwszym oficerem zbuntowała się przeciwko kapitanowi. Nie był to oczywiście ani pierwszy, ani ostatni bunt w dziejach Royal Navy, ale z całą pewnością najgłośniejszy - choćby dlatego, że jego konsekwencje sięgają po dziś dzień (zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z historią Wyspy Pitcairn). To jednak opowieść na kiedy indziej.

"The Bounty" oglądałem lata temu jako dzieciak i muszę przyznać, że z ogromną satysfakcją wróciłem do tego filmu teraz, już jako dojrzały widz. Dzięki temu mogłem w pełni doświadczyć zarówno głębi postaci, jak i sprawnego scenariusza oraz doskonałej scenografii - dość wspomnieć, że na potrzeby filmu zbudowano pełnowymiarową (i pływającą!) replikę tytułowego okrętu, którą do dziś można oglądać jako atrakcję turystyczną w porcie w Hong Kongu. Plenery kręcono w prawdziwych lokacjach Polinezji Francuskiej, stąd też niezwykłe i realistyczne obrazy rajskiej wyspy Tahiti, która bez wątpienia mogła uwieść XVIII-wiecznych żeglarzy. Ale to nie piękne zdjęcia czy muzyka są tu głównie warte wspomnienia, ale obsada. I to jeszcze jaka! Mimo że "The Bounty" nakręcono w 1984 roku, znajdziecie tutaj ogromną ilość współcześnie sławnych nazwisk - chociażby Anthony'ego Hopkinsa, Mela Gibsona, Liama Neesona, Daniela Day-Lewisa czy Bernarda Hilla! Co więksi znawcy srebrnego ekranu niewątpliwie poznają też nieodżałowanego Laurence'a Oliviera, prawdziwą legendę kina, teatru i telewizji. Zaufajcie mi gdy mówię, że taka obsada mówi sama za siebie!

Oczywiście wszystko co powyższe to tylko smakowite dodatki. Prawdziwym skarbem stanowiącym o jakości "The Bounty" - jak zresztą w przypadku każdego filmu - jest dobra historia. A tej tu nie brakuje. Z jednej strony widzowie poznają kapitana Bligha, twardego i bezkompromisowego mężczyznę o cechach tyrana, a z drugiej wrażliwego młodzieńca - pierwszego oficera Fletchera - który zakochuje się w pięknej Tahitiance. Łatwo w tej historii o przypisanie ról "tego złego" i "tego dobrego", prawda? Na szczęście twórcom filmu udało się zachować niezbędną równowagę i pokazać (zgodnie zresztą z faktami), która z tych postaci miała rację, a która się myliła. Tyrania Bligha nie była bowiem niczym nadzwyczajnym na pokładzie okrętów wojennych w XVIII wieku i miała docelowo chronić zarówno statek, jak i jego załogę. Z kolei Fletcher buntując się przeciwko kapitanowi, odrzucił nie tylko jego dotychczasowe wstawiennictwo jako mentora, ale również popełnił akt piractwa, porzucając kapitana wraz z lojalnymi marynarzami pośrodku oceanu. Kto zatem okazał się być większym zbrodniarzem? "The Bounty" jak chyba żaden inny film pokazuje, jak ważne jest zachowanie równowagi między rządzącym, a poddanymi - gdy jedna ze stron za bardzo naciska, albo druga za mało się słucha, dochodzi do tragedii. Konkluzja jest taka, że prawo musi być przestrzegane, ale pod warunkiem, że nie zamyka swoich oczu na potrzeby obywateli. Oczywiście w granicach rozsądku.

"The Bounty" ogląda się doskonale nie tylko jako kino marynistyczne, ale również jako dramat obyczajowy. Nie zgadzam się jednak z opiniami sugerującymi jakiś ukryty wątek homoseksualny między głównymi bohaterami - nie dajmy się zwariować. I bez drugiego dnia ten film przeszedł do historii kina. I zasłużenie!

Wniosek: Rewelacyjny film. Wciąż doskonale się ogląda!


grudnia 01, 2017

"Murder on the Orient Express" ("Morderstwo w Orient Expressie")

"Murder on the Orient Express" ("Morderstwo w Orient Expressie")
O czym to jest: W luksusowym pociągu ginie pasażer. Detektyw rozpoczyna śledztwo.

morderstwo w orient expressie film recenzja branagh depp ridley dench

Recenzja filmu:

Jednocześnie żałuję i cieszę się, że nigdy nie czytałem "Morderstwa w Orient Expressie" autorstwa Agathy Christie. Żałuję, bo teraz znając finalne rozwiązanie tytułowej zagadki kryminalnej, nie będę mógł aż tak dać się wciągnąć w fabułę powieści. Ale cieszę się, bo dzięki temu mogłem w pełni doświadczyć filmu w kinie i ocenić go nie przez pryzmat oryginału, ale jako historię samą w sobie.

Sam nie wiem, jak ocenić Kennetha Branagha jako reżysera. Z jednej strony do dziś zachwycam się jego "Henrykiem V" i uważam go za najlepszą ekranizację tego szekspirowskiego dramatu. Z drugiej zaś wiem, że Branagh ma na koncie słabego "Thora" czy dość zachowawczego w formie "Kopciuszka". Na szczęście "Morderstwo w Orient Expressie" w miarę mu wyszło, choć chyba bardziej z powodu doskonałego scenariusza oraz wybitnej gry aktorskiej, niż reżyserii. Ale ponieważ to Branagh wystąpił w głównej roli detektywa Herkulesa Poirota, drugiej po Sherlocku Holmesie literackiej legendzie w zakresie zagadek kryminalnych, to i tak możemy mu podziękować za dobrze wykonaną robotę - i to mimo faktu, że jego Poirot jest hybrydą Christophera Waltza z "Django" i Kurta Russella z "Tombstone". Co ciekawe, jego kreacja na pewno spodoba się też fanom "Detektywa Monka", rzecz jasna z powodu kompulsywnych dziwactw bohatera.

Muszę wspomnieć, że "Morderstwo w Orient Expressie" jest filmem przepięknym wizualnie, doskonale oddającym dekadencki klimat lat 30. z nutką geopolitycznych światowych tragedii na horyzoncie. Jeśli lubicie takie widoki, to koniecznie sięgnijcie również po "Grand Budapest Hotel" - arcydzieło z tej samej półki. Niemniej, jeśli odrzucimy aspekt wizualny, nie sposób nie zauważyć, że dzieło Branagha jest bardzo zachowawcze w formie i przypomina bardziej teatr telewizji niż pełnokrwisty film fabularny. Przyznam, że byłem trochę rozczarowany, bo po znakomitym trailerze spodziewałem się większej awangardy (może nie aż takiej jak np. w filmach Guy'a Ritchiego, no ale jednak). Ponadto ze smutkiem stwierdzam, że w finalnych scenach, gdy zagadka kryminalna zostaje rozwiązana, zabrakło mi katharsis i porządnego ładunku emocjonalnego. Pewne tropy były zbyt oczywiste, inne zaś zbyt naiwne lub niepotrzebnie wprowadzone - ale może to być wina literackiego oryginału, a nie nieudolności scenarzysty.

Wspomniałem już o grze aktorskiej, ale muszę do niej wrócić raz jeszcze, bo jest o czym mówić. Brahaghowi udało się zgromadzić na ekranie prawdziwą armię gwiazd kina - starczy wymienić choćby Michelle Pfeiffer, Johnny'ego Deppa, Penelope Cruz, Judi Dench, Willema Defoe, Dereka Jacobiego czy Daisy Ridley! Wprawdzie niektórzy z nich nie mieli zbyt wielu okazji, by wykazać się na ekranie (zwłaszcza Cruz i Dench), ale mimo to sama ich obecność podniosła poziom produkcji o co najmniej jeden punkt. W Hollywood określa się takie zjawisko mianem ensemble cast i czasem wyłącznie dla takiej obsady warto obejrzeć dany film. Na szczęście tym razem w parze idzie szła też piękna scenografia i znośna fabuła, a więc wyszło całkiem nieźle.

Wszystko wskazuje na to, że jeszcze zobaczymy na ekranie Kennetha Branagha jako Herkulesa Poirota, bowiem w planach jest już sequel - "Śmierć na Nilu". Ten sam reżyser, ten sam scenarzysta. Czy będzie lepiej? Oby!

Wniosek: Dobre, ale liczyłem na większy pazur.


listopada 24, 2017

"Stranger Things"

"Stranger Things"
O czym to jest: W małym miasteczku znika chłopiec. Zaczynają się dziwne rzeczy.

stranger things serial recenzja winona ryder

Recenzja serialu:

Tak właściwie to nie lubię horrorów. Nie dlatego że to złe filmy, często wręcz przeciwnie - są tak dobre, że za bardzo wchodzą mi do głowy (to skutek uboczny posiadania zbyt bogatej wyobraźni). Dlatego też nie do końca byłem przekonany do "Stranger Things", które jest przerażające niczym najlepsze historie Stephena Kinga. Ale cieszę się, że się przełamałem, bo od tego serialu po prostu nie można się oderwać!

Od razu zaznaczam, że nie ma w nim nic oryginalnego. Ale paradoksalnie w tym właśnie czai się przepis na sukces. Twórcami serialu są bracia Duffer, bliźniacy urodzeni w roku 1984. To ważne, bo ich wiek wskazuje na to, że podobnie jak ja i całe moje pokolenie wychowali się na klasykach kina i telewizji lat 80. A tak się składa, że nasza generacja właśnie dorosła i wykorzystuje okazję, by przypomnieć sobie czasy beztroskiego dzieciństwa. W ten sposób powstało "Stranger Things" - Dufferowie postanowili wziąć najlepsze motywy i ograne klisze z największych hitów tamtych czasów, po czym podać je na nowo w atrakcyjnej formie. Dlatego też w serialu znajdziecie niezliczoną ilość nawiązań i zapożyczeń (tak wizualnych, jak i fabularnych) z takich produkcji jak "E.T.", "Obcy", "Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia", filmy Johna Carpentera czy też większość ekranizacji powieści Stephena Kinga. Co ciekawe, Dufferowie nie zrobili tego pierwsi, bo podobny motyw zastosowali niedawno m.in. twórcy doskonałego "Midnight Special" oraz prześmiewczej krótkometrażówki "Kung Fury". Strzał w dziesiątkę!

Co ważne, "Stranger Things" jest dobre samo w sobie. Serial jest niezwykle dojrzały pod względem scenografii, efektów specjalnych i gry aktorskiej. W umiejętny sposób dobrano ekipę aktorów z trzech pokoleń (dorosłych, nastolatków i dzieciaków). Wśród nich prym wiedzie Winona Ryder, która rolą Joyce, zdesperowanej matki starającej się odnaleźć zaginionego syna, zaliczyła brawurowy powrót do pierwszej ligi kina i telewizji. Bardzo mnie to cieszy, bo zawsze lubiłem tą aktorkę! Drugą wielką gwiazdą okazała się Millie Bobby Brown grająca Eleven - obserwujcie uważnie tą młodą damę, bo może jeszcze nieźle namieszać w nadchodzących latach. Bohaterowie "Stranger Things" są tak fajni, że widz nie może się oderwać od ich przygód, rozterek i zmagań z szalonymi naukowcami, supermocami czy potworami z innego wymiaru. A wszystko to w oparach geekowskiej popkultury i hołdu dla szczęśliwców urodzonych w latach 80. Aż chciałoby się znowu zagrać w "Dungeons & Dragons", prawda?

"Stranger Things" ma wszystkie elementy dobrane w idealnych proporcjach: horror, akcję, dramat, humor i element zaskoczenia. To doskonały serial warty całego worka nagród. Nie jest wprawdzie kultowy, bo w całości jedzie na kulcie oryginalnych produkcji z dawnych lat. Ale to nie szkodzi. Od przybytku głowa nie boli!

Wniosek: Wspaniały hołd dla klasyków lat 80. Ogląda się z zapartym tchem.


listopada 23, 2017

"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")

"Justice League" ("Liga Sprawiedliwości")
O czym to jest: Batman i przyjaciele ratują świat przed kosmitami.

liga sprawiedliwości film recenzja batman superman flash

Recenzja filmu:

W czerwcu zastanawiałem się na blogu "Co dalej z uniwersum DC?" Teraz już chyba wiem. A może raczej - wiem, że wciąż nic nie wiem. Co gorsza, nie wiedzą też tego producenci. Po rewelacyjnej "Wonder Woman", która stanowiła promień światła wśród nowych ekranizacji komiksów DC, nadciągnęła "Liga Sprawiedliwości", czyli coś w rodzaju marvelowskich "Avengersów". Tylko z jakim efektem?

Na początku krótkie przypomnienie, które wyjaśni wiele kwestii: oryginalnie reżyserem "Ligi" był Zack Snyder - człowiek który popełnił "Batman v Superman", czyli film pełen płytkiego patosu, kiepskich efektów specjalnych i żenujących zwrotów akcji ("Marthaaaaaa!"). Pod koniec zdjęć Snyder wycofał się z produkcji na skutek rodzinnej tragedii. Stery filmu przejął Joss Whedon, ulubieniec fanów SF i twórca wspomnianych "Avengersów" oraz "Czasu Ultrona". Whedon wywrócił wszystko do góry nogami i nakręcił pół filmu od nowa, wycinając przy okazji część zatrudnionych aktorów oraz twórców (m.in. kompozytora ścieżki dźwiękowej). W konsekwencji otrzymaliśmy hybrydę, która w połowie przypomina typowo snyderowskie "mroczne" kino chwały, a z drugiej typowo whedonowską kumplowską przygodówkę. Skutkiem tego jest daleko idąca niekonsekwencja, bo "Liga" próbując zadowolić miłośników obydwu koncepcji rozczarowuje tak jednych, jak i drugich.

Myślę, że gdyby Joss Whedon kręcił film od początku, przygody Batmana i jego towarzyszy broni wyglądałyby zupełnie inaczej - bardziej lekko, przygodowo i atrakcyjniej dla odbiorcy. Ponadto wciąż uważam, że kręcenie zbiorczego filmu przed solowymi przygodami bohaterów (a więc na odwrót, niż zrobił to Marvel) nie przyniosło dobrego efektu. Skutkiem tego jest przymusowa i skrócona historia takich postaci jak Flash, Cyborg i Aquaman, która zajmuje niemalże pół filmu, pogłębiając wrażenie chaosu w scenariuszu. Ale nie to jest najgorsze. "Liga" w wielu miejscach jest po prostu nudna! Oglądanie rozdartych emocjami bohaterów sprawdza się tylko do pewnego momentu. A ponieważ widzowie mają za sobą już cztery filmy z tego uniwersum, wszyscy mają serdecznie dość gadania i liczą na trochę akcji! Tej oczywiście w "Lidze" nie brakuje, szkoda tylko że ponownie jest ubogacona kiepskimi efektami specjalnymi, które z całą pewnością za jakieś pięć lat będą wyglądać jak dzisiaj smok w "Wiedźminie", a więc żenująco. 

A skoro już przy żenujących elementach mowa. Jeśli rozdawano by Złotą Malinę za dialogi, to "Liga Sprawiedliwości" byłaby murowanym zwycięzcą. Batffleck mamrotał uniesione teksty o nadciągającej ciemności, Superman zastanawiał się jak pachnie, Flash rzucał suche teksty o tym jak to jest głodny, Aquaman wygłaszał quasi-gangsterskie odzywki, Cyborg stał na drugim tle z naburmuszoną miną, a Wonder Woman... cóż, ona niewiele mówiła, ale to nie szkodzi, bo w przypadku Gal Gadot wystarczy, by po prostu była na ekranie. Serio, "Liga" powinna być podręcznikowym przykładem w szkole scenarzystów jak NIE pisać dialogów. Tak daleko im do bystrości "Ant-Mana", głębi "Logana" czy obrazoburczego humoru "Deadpoola"! Jest to smutne tym bardziej, że wiemy po Whedonie, iż potrafi z siebie wykrzesać prawdziwą iskrę bożą w tym zakresie (patrz "Firefly"). Tym razem po prostu nie podołał.

No to sobie pokrytykowałem! Teraz czas na trochę pochwał, bo na szczęście "Liga" nie jest tak tragiczna, jak mogłoby się zdawać. Wprawdzie Batffleck w gumowym wdzianku jest tak samo marny jak poprzednio, a Superman tak samo sztywny (hehe), to reszta drużyny nadrabia to z nawiązką. Wonder Woman jak zwykle wygląda jak bogini ekranu, Aquaman jest uroczo morsko-barbarzyński (i wywija trójzębem aż miło!), Flash od pierwszej sceny wzbudza sympatię, a Cyborg pokazuje wielki potencjał drzemiący w tej postaci. Znakomita była też sekwencja antycznego starcia z kosmitami, w której wszystkie plemiona ludzi, nadludzi i bogów zjednoczyły się przeciwko najeźdźcom w epickiej walce o przetrwanie (wyglądało to jak bitwa ludzi i elfów z Sauronem w "Drużynie Pierścienia"). Potęga! Uniwersum DC samo w sobie dalej ma ogromny potencjał na mnóstwo fajnych historii, trzeba je tylko umiejętnie wykorzystać. I jest mi strasznie przykro, że dostarczane obecnie filmy nie spełniają oczekiwanych norm jakości - zwłaszcza, że nie wyobrażam sobie, by np. Wonder Woman mógł zagrać ktoś inny, niż Gal Gadot. Dlatego gdy nieuchronnie pewnego dnia ogłoszą reboot całej serii, będę się jednocześnie cieszył, jak i rozpaczał.

"Liga Sprawiedliwości" jest lepsza niż myślałem, ale gorsza niż powinna być. Twórcy uniwersum zrobili najpierw dwa kroki do przodu, a teraz jeden krok w tył. Mimo wszystko cała seria porusza się w dobrą stronę. Pytanie tylko, czy tak wolną wędrówkę wytrzymają portfele producentów i cierpliwość widzów?

Wniosek: Znośne, ale po takim filmie oczekuje się więcej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


listopada 11, 2017

"Star Trek: Deep Space Nine" ("Star Trek: Stacja Kosmiczna")

"Star Trek: Deep Space Nine" ("Star Trek: Stacja Kosmiczna")
O czym to jest: Przygody mieszkańców stacji kosmicznej na krańcu galaktyki.

star trek stacja kosmiczna serial recenzja sisko

Recenzja serialu:

Klasyczna seria "Star Trek", rozpoczęta w 1966 roku, znalazła swoją telewizyjną kulminację w serialu "Deep Space Nine". Wprawdzie o dwa lata dłużej przeżył go "Star Trek: Voyager" (że już nie wspomnę o nadawanym obecnie "Star Trek: Discovery"), ale to przygody na tytułowej stacji kosmicznej Deep Space Nine są w moim mniemaniu kwintesencją tego, co w uniwersum "Star Treka" najlepsze, najciekawsze i najbardziej fascynujące.

Wszystkie seriale z serii "Star Trek" powtarzają ten sam schemat - przygód załogi statku kosmicznego przemierzającego galaktykę w zasadzie bez konkretnego celu (chyba, że celem nazwiemy chęć odkrywania tego, co nieznane). Nadawany do 1993 roku kultowy "Star Trek: Next Generation" tak spodobał się widowni, że zrodził zapotrzebowanie na kolejny serial przygodowy w tym uniwersum. Na szczęście producenci poszli po rozum do głowy i zamiast iść tą samą drogą, postanowili stworzyć coś nowego. Tą nowością był spin-off zatytułowany "Deep Space Nine", gdzie przygody miały miejsce na stacjonarnej stacji kosmicznej, zamiast na mobilnym statku kosmicznym. Nazywanie tej produkcji spin-offem ma mocne podstawy - większość wątków, takich jak choćby konflikt Bajoranie/Cardassianie czy rasa Ferengi, pojawiło się już w ramach przygód kapitana Picarda. Mało tego, w "Deep Space Nine" znajdziecie również sporo postaci, wcześniej obecnych na planie "The Next Generation". Nie mam więc wątpliwości, że obydwie produkcje należy traktować razem - z tą różnicą, że w moim odczuciu spin-off, choć nie tak kultowy, jest lepszy od swojego pierwowzoru.

"Deep Space Nine" bierze to co najlepsze ze "The Next Generation" - barwną załogę rozmaitych osobowości pod dowództwem mądrego kapitana, rozmaitość ras i przygód, ale osadza je w stałym kontekście. Dzięki temu widzowie mogą obserwować zarówno codzienne zmagania mieszkańców stacji kosmicznej, jak i serię konfliktów na skalę galaktyczną, z kulminacją w postaci porażającej rozmachem wojny z Dominium, ciągnącej się przez cały sezon 6 i 7. Co ważne, dodanie do wyposażenia Deep Space Nine statku U.S.S. Defiant pozwoliło twórcom na wprowadzenie bardziej mobilnych przygód, a bliskość tunelu czasoprzestrzennego łączącego z innym sektorem galaktyki na eksplorację tego, co nieznane. I to wszystko w jednym serialu! Mało tego, w "Deep Space Nine" znajdziecie również bardzo dużo wątków religijnych i metafizycznych, bardzo przypominających to, co w przyszłości fani SF zobaczą w nowej odsłonie serialu "Battlestar Galactica"

Owszem, sporo w tym serialu familijnej naiwności, romansów i głupiutkich przygód, których oglądanie jest stratą czasu. Ale warto przez to przejść dla kulminacji w postaci wspomnianej już wojny z Dominium, epickiego konfliktu z bitwami kosmicznymi na skalę rodem z "Gwiezdnych Wojen". Zapewne nie wszystkie postacie przypadną Wam do gustu (mnie np. niezmiennie irytowali Odo i O'Brien), ale zapewniam, że każdy widz znajdzie tu swojego ulubieńca - moim stał się Quark, chciwy barman i kanciarz o złotym sercu, a także Cardassianin imieniem Garak, sympatyczny krawiec i jednocześnie szpieg. A skoro już jesteśmy przy Cardassianach - należy nadmienić, że "Deep Space Nine" zaoferował wspaniałych łotrów, dla których naprawdę warto oglądać ten serial. Wśród nich prym pierwszeństwa wiedzie oczywiście Gul Dukat, ewoluujący od zbrodniarza, przez szlachetnego sojusznika aż do religijnego szaleńca. Tak dobrego czarnego charakteru nie spotkałem od czasów Scorpiusa z "Farscape"!

"Deep Space Nine" jest wspaniałą hybrydą familijnego serialu na rodzinny wieczór i wciągającej przygodówki dla fanów SF. Wszystko co dobre w takich produkcjach jak "Stargate SG-1" czy wspomniany "Battlestar Galactica", miało swoje źródło w "Star Treku". Grzech nie znać.

Wniosek: Doskonały familijny serial przygodowy!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


listopada 01, 2017

"Suburbicon"

"Suburbicon"
O czym to jest: W modelowym miasteczku lat 50. zaczyna się fala przemocy.

suburbicon film recenzja clooney coen damon moore isaac

Recenzja filmu:

Wszyscy mieli wysokie oczekiwania wobec tego filmu. Ja również. Bracia Coen jako scenarzyści, George Clooney jako reżyser, a w głównych rolach Matt Damon, Julianne Moore i Oscar Isaac. Przepis na sukces? Być może, choć niestety zabrakło paru elementów. Niemniej odsądzanie tego filmu od czci i wiary, jak chóralnie robią to papugujący po sobie krytycy, jest zdecydowaną przesadą. "Suburbicon" nie jest może arcydziełem, ale to wciąż niezła produkcja.

Lata 50. i 60. w Stanach Zjednoczonych co jakiś czas przywoływane są jako rajskie czasy, kiedy to mężczyźni chodzili w garniturach, kobiety w sukienkach i nikt nikomu nie ładował się z butami w życie prywatne. I owszem, żyło się wtedy wygodnie - ale tylko pod warunkiem, że było się białym mężczyzną w średnim wieku o dobrym statusie materialnym. "Suburbicon" znakomicie oddaje schizofrenicznego ducha tamtych czasów, gdzie zawsze złe było to co "obce", a dobre to co "nasze i znane". Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bo USA Donalda Trumpa ewidentnie wzdychają do dawnych reguł społecznych. Trudno nie dostrzec aż nadto czytelnej analogii fabuły "Suburbicon" do tego, co dzieje się na świecie chociażby w kwestii uchodźców. Rzecz jasna mam tu na myśli filmowy wątek afroamerykańskiej rodziny - kulturalnych, inteligentnych i uprzejmych ludzi, którzy natychmiast po przybyciu do tytułowego miasteczka spotykają się z dziką, zwierzęcą agresją "cywilizowanych" sąsiadów. W końcu nic tak nie podnosi ducha wspólnoty jak grupowe krzywdzenie innych ludzi, nieprawdaż?

Fabułę "Suburbicon" podzielono na dwa równoległe wątki. Jednym z nich jest wspomniana i nad wyraz aluzyjna kwestia smutnego losu "obcych" w hermetycznej społeczności, a drugim typowo coenowska, groteskowa spirala zbrodni w wykonaniu Matta Damona. Ten schemat bracia Coen stosowali już kilkukrotnie, chociażby w "Fargo" czy "No Country for Old Men", za każdym razem pokazując tragiczne skutki chciwości i słabości charakteru. Myślę, że ten dualizm wątków jest tym, co najbardziej skonfundowało recenzentów. "Suburbicon" z jednej strony próbuje być groteskowym kryminałem, a z drugiej moralizatorskim, ambitnym kinem, w konsekwencji lądując gdzieś pośrodku. Osobiście sądzę, że warto by z tego scenariusza wydzielić dwa niezależne filmy, co mogłoby przynieść lepszy efekt. 

Na koniec słowo o obsadzie. Tutaj mogę się wyrażać w samych superlatywach! Nie licząc afroamerykańskiej pary, jedyną pozytywną postacią jest tu mały chłopiec Nicky (de facto główny bohater filmu). Wszyscy pozostali - jego ojciec, ciotka, wujek, komendant policji czy sąsiedzi są mniej lub bardziej paskudni. Matt Damon zagrał znakomicie, ale jeszcze lepiej poradziła sobie Julianne Moore w podwójnej roli bliźniaczych sióstr (była tak dobra, że przez spory moment zastanawiałem się, czy na pewno to ona gra obydwie postacie!) oraz mój ulubieniec Oscar Isaac jako cwany agent ubezpieczeniowy. Obsada zdecydowanie podnosi moją ocenę filmu o jeden punkt wyżej. A widzom pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem i Clooney, i bracia Coen, poradzą sobie nieco lepiej.

Wniosek: W porządku, ale mogło być lepsze.


października 29, 2017

"Lucky" ("Szczęściarz")

"Lucky" ("Szczęściarz")
O czym to jest: Stary ateista poszukuje sensu życia.

szczęściarz recenzja stanton lynch

Recenzja filmu:

Wszyscy znacie Harry'ego Deana Stantona, nawet jeśli o tym nie wiecie. Ten zmarły w zeszłym miesiącu 91-letni aktor zagrał w ponad 200 produkcjach! Większość z nich to filmy niezależne (dlatego też mało znane nad Wisłą), produkcje telewizyjne lub małe role w większych kinowych hitach, które łatwo przegapić. Jednakże czujne oko miłośników popkultury na pewno dostrzegło Stantona chociażby w rolach Bretta w pierwszym "Obcym", Mózga z "Ucieczki z Nowego Jorku", Św. Pawła z "Ostatniego Kuszenia Chrystusa" czy w końcu zarządcy kempingu z "Twin Peaks". Całe to życiowego doświadczenie Stantona osiągnęło kulminację w rewelacyjnym, kameralnym filmie "Lucky", który mieliśmy okazję zobaczyć dzięki American Film Festival we Wrocławiu.

Ciężko będzie Wam trafić na ten film, ale jeśli tylko będziecie mieli okazję go obejrzeć, nie wahajcie się ani chwili. To debiut reżyserski Johna Carrolla Lyncha, którego znacie głównie jako aktora (ostatnio zagrał jednego z braci McDonaldów w "The Founder"). Nie mylcie go z legendarnym Davidem Lynchem (zbieżność nazwisk przypadkowa) - choć jako ciekawostkę dodam, że David Lynch również wystąpił w "Lucky" w rewelacyjnej roli Harolda, zrozpaczonego właściciela zaginionego żółwia. J.C. Lynch zafundował nam liryczną opowieść o starym człowieku u schyłku życia, którego biografia w wielu miejscach pokrywa się z życiorysem samego Stantona. Postawiony przed faktem nieuchronnej śmierci ze starości, główny bohater (tytułowy Lucky) postanawia się z nim zmierzyć i zaakceptować nieuniknione. Nie ułatwia tego fakt, że jest twardogłowym ateistą, zatem nie liczy po śmierci na żadne zaświaty lub chóry anielskie. Mimo to nie poddaje się rozpaczy i z każdym dniem walczy, by pozostać wiernym samemu sobie.

W pewien sposób "Lucky" to manifest ateizmu, ale ja widzę w tym filmie hołd dla siły ludzkiego ducha i potęgi spokoju, świadczącej o szlachetności charakteru. Jest tu nawet spora dawka buddyjskiej filozofii, przemyconej w wojennej opowieści w wykonaniu dawno niewidzianego Toma Skerritta. Jeśli oglądaliście zeszłoroczny hit "Paterson" z Adamem Driverem, to odnajdziecie w "Lucky" podobny poetycki nastrój, pełen zadumy i rozważań nad sensem życia. To jednocześnie kameralne i niezwykle wzniosłe kino, które ma coś do przekazania widzom. To film przez duże F. Jedno z tych dzieł, dla których warto chodzić do kina. I, jak przystało na pożegnanie Harry'ego Deana Stantona, ważne i znaczące. Polecam.

Wniosek: Wspaniałe pożegnanie wielkiego aktora.


października 28, 2017

"Thor: Ragnarok"

"Thor: Ragnarok"
O czym to jest: Thor próbuje uratować Asgard przed końcem świata.

thor ragnarok recenzja hemsworth hiddleston blanchett elba

Recenzja filmu:

Ktoś słusznie zauważył, że cała seria przygód Thora - nordyckiego boga, a tak naprawdę umięśnionego kosmity i superbohatera - jest niedorzeczna. Widzowie wiedzieli to już od dawna, ale teraz po raz pierwszy dostrzegli to również twórcy! Dlatego też producenci "Thor: Ragnarok" zrezygnowali z napuszonej i sztywnej pompy, jaką serwowano w pierwszym "Thorze" oraz "The Dark World", fundując w zamian szybką, zabawną i pozbawioną hamulców space operę w klimacie "Strażników Galaktyki". Brawo, o to chodziło!

Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że przygody Thora mogą być tak zabawne! Ale trudno się dziwić zmianom i ewolucji, wszak "Ragnarok" to siedemnasty film z serii "Marvel Cinematic Universe". Gdy kręci się tak dużo produkcji, w pewnym momencie trzeba sprawić, by każda miała indywidualny styl i tempo. W przypadku tego dzieła sukces jest stuprocentowy. "Ragnarok" to wizualnie i artystycznie spójne dzieło nawiązujące do kultowego filmu "TRON" oraz stylistyki pop-art. Neony, ostre kontrastowe kolory i elektroniczna muzyka w klimacie lat 80. - oto, co czeka na Was na ekranie. I zapewniam, że ta wizja rewelacyjnie pasuje do odjechanej space opery, prezentowanej w filmach Marvela. I jeszcze ten humor! Jasne, żarty są miejscami tak suche, że aż pęka skóra, ale przynajmniej nie są żenująco wulgarne, jak - niestety - bywało to w "Strażnikach Galaktyki". Ponadto to bardzo uczciwy film, bowiem to co widzicie w zwiastunach (pod względem klimatu i tempa narracji) jest dokładnie tym, co widzicie w kinach. Wliczając w to kultową muzykę Led Zeppelin!

Widać, że cała obsada bawiła się przednie kręcąc ten film. Nie będę wymieniał wszystkich wielkich nazwisk, jakie przewinęły się przez ekran, bo zepsuję Wam kilka świetnych niespodzianek. Powiem jedynie, że Chris Hemsworth umiejętnie dokonał ewolucji Thora z tępego mięśniaka w sympatycznego i wyluzowanego bohatera, którego chętnie będziemy śledzić na ekranie. I to całkiem niedługo, bo premiera kolejnej części "Avengersów" już za pół roku! A tymczasem rozsiądźcie się wygodnie w fotelu, weźcie wiadro popcornu i dajcie się ponieść wspaniałej przygodnie, w której Thor, Hulk, Loki, Heimdall i Karl Urban będą walczyć ze złą Galadrielą, by ocalić Asgard. Satysfakcja gwarantowana!

Wniosek: Świetna, rozrywkowa space opera. Wizualna rewelacja!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Marvela! >>>


października 23, 2017

"Twin Peaks" ("Miasteczko Twin Peaks")

"Twin Peaks" ("Miasteczko Twin Peaks")
O czym to jest: W małym miasteczku ktoś morduje nastolatkę. Agent FBI rozpoczyna śledztwo.

david lynch

Recenzja serialu:

Długo omijał mnie cud telewizji, jakim jest serial "Twin Peaks". W końcu na wieść o planowanym trzecim sezonie postanowiłem nadrobić to haniebne zaniedbanie. Zaznaczam na starcie: nie przepadam za filmami Davida Lyncha, które uważam za zbyt psychodeliczne nawet jak na mój gust. Taka na przykład "Diuna" jest wizualnie piękna, ale fabularnie ciężka... Na szczęście "Twin Peaks" jest idealnie takie, jak być powinno. Kultowe.

To matka wszystkich seriali i produkcji klasy "małe miasteczko z tajemnicą" (najnowszym przykładem tego trendu jest chociażby "Cut Bank"). Fikcyjne Twin Peaks, zagubione na granicy USA i Kanady w stanie Washington, ma prawdopodobnie więcej tajemnic niż mieszkańców. Dzieją się tu dziwne, nadprzyrodzone rzeczy i wydarzenia, pośród których wiecznie pogodny agent FBI Dale Cooper (rola życia Kyle'a MacLachlana) krok za krokiem rozwikłuje zagadkę śmierci nastolatki Laury Palmer. Okazuje się, że w Twin Peaks nic nie jest takie, jak się wydaje... Wizje, psychodeliczne sny, zło drzemiące w lasach, dziwne postacie, aluzje i pokręcone spiski... Można to oglądać godzinami. Takie seriale jak "Lost" nigdy by nie powstały, gdyby nie "Twin Peaks", nakręcone nowatorsko (jak na swoje czasy) jako jeden długi film podzielony na fragmenty, a nie typowy serial.

Nie mogę się do niczego przyczepić. Niesamowita jest zdolność Lyncha do przeskakiwania między konwencjami w ciągu dosłownie jednej sceny. Absurdalna komedia potrafi się w kilkanaście sekund przekształcić w mrożący krew w żyłach horror, a następnie film erotyczny. Dużo drobnych szczegółów ma znaczenie i ukryte dno, ale wyraźnie widać, że jest w tym jakiś plan. Ale jaki to plan i kto zabił Laurę Palmer? To musicie odkryć sami. Pamiętajcie przede wszystkim, by nie traktować "Twin Peaks" jak każdego innego serialu, a raczej jak dzieło sztuki nowoczesnej, takie jak rzeźba czy obraz. Gdy jesteście w muzeum lub na wernisażu i patrzycie na artystyczną instalację, może się Wam kojarzyć z różnymi rzeczami (albo i z niczym). Tak właśnie jest z tym serialem. Każde ujęcie, linia dialogowa czy postać stanowią sztukę dla samej sztuki - niektóre z nich składają się w (mniej więcej) logiczną całość, inne zaś prowadzą na manowce i nie wnoszą ni do fabuły. Co wcale nie oznacza, że nie warto ich poznać!

Na szczęście dla światowej sztuki telewizji, "Twin Peaks" - zakończone w 1992 roku kinowym filmem "Fire Walk With Me" - nieoczekiwanie, choć zgodnie z zapowiedziami sprzed ćwierć wieku, powróciło w 2017 roku! I to w jakim stylu! Na plan powrócili niemal wszyscy aktorzy z dawnych lat, nawet jeśli stali na łożu śmierci (kilkoro z nich zmarło zresztą w trakcie lub tuż po zakończeniu zdjęć). Zaufali Davidowi Lynchowi, że ma jeszcze coś do powiedzenia na tym świecie, zanim pożegna się z miasteczkiem Twin Peaks na dobre. Gwarantuję, że ilość psychodeli zaklęta w 18-odcinkowym trzecim sezonie (zwanym też "Limited Event Series" lub "The Return") przekracza dopuszczalne granice tolerancji i skłania mózg do parowania uszami. Wierzcie lub nie, ale w tym szaleństwie jest metoda. Lynch nie zatracił wyczucia do tworzenia surrealistycznych dzieł sztuki. "Twin Peaks" to w zasadzie jedna wielka instalacja artystyczna, złożona z ruchomych obrazów, nieludzkich dźwięków i sporej dawki klimatycznej, dark ambientowej muzyki. Robi wrażenie. Nie można choć raz tego nie spróbować - pokochacie ten serial lub znienawidzicie, ale na pewno nie przejdziecie obojętnie!

I pamiętajcie: sowy nie są tym, czym się wydają!

Wniosek: Doskonały, kultowy serial. Ikona w historii telewizji.


października 15, 2017

"Lightningface"

"Lightningface"
O czym to jest: Zwykły facet zostaje trafiony piorunem.

oscar isaac

Recenzja filmu:

Uwielbiam Oscara Isaaca. Uwielbiam go tak bardzo, że z wypiekami na twarzy poluję na wszystkie produkcje z jego udziałem, nawet jeśli są to teledyski (polecam w tej kwestii "Trentemøller: Gravity") lub filmy krótkometrażowe. Rok temu miałem okazję obejrzeć rewelacyjną produkcję "Ticky Tacky", a w tym roku - pochodzące od tego samego reżysera - "Lightningface", rzecz jasna ponownie z Oscarem w roli głównej.

To dwudziestominutowa opowieść o w miarę normalnym człowieku, którego trafia piorun. Jednak zamiast pojechać do szpitala lub wezwać pomoc, nasz bohater po wypadku zamyka się w domu, gdzie kontempluje na temat sensu życia i znaczenia tego, co go spotkało. Pomoże mu w tym oszpecona maskotka imieniem Rick, która poprowadzi go do odkrycia "duchowego zwierzęcia" - w tym wypadku goryla - i odnalezienia sensu istnienia. Brzmi psychodelicznie? Nic dziwnego, bo "Lightningface" to poryta do granic możliwości produkcja, której nie powstydziłby się David Lynch. To również filmowy monodram, bo nie licząc epizodycznego dostawcy pizzy, Isaac jest jedynym aktorem, który pokazuje tu twarz (no chyba że akurat udaje Shię LaBeoufa i nosi papierową torbę na głowie).

I tu dochodzimy do głównego powodu, dla którego warto się pochylić nad "Lightningface". Isaac jest aktorem niezwykle plastycznym, z ogromną gamą emocji i ekspresji, jaką jest w stanie z siebie wydobyć. Gdy trzeba gra bardzo oszczędnie ("Inside Llewyn Davis"), ale potrafi też wykrzesać prawdziwy ogień ("Ex Machina"). W tej krótkometrażówce z całą pewnością wytoczył ciężkie działa, ocierające się wręcz o naturalistyczny obraz złamanego człowieka, który powoli traci zmysły. Bardzo interesujące, zwłaszcza dla wytrawnego kinomana. A że trwa tylko 20 minut, to nie zdąży nikogo znudzić.

Wniosek: Ostro psychodeliczne. Ciekawe w formie.


października 11, 2017

"Blade Runner 2049"

"Blade Runner 2049"
O czym to jest: Android poluje na inne androidy w dystopijnym mieście przyszłości.

łowca androidów 2049 ford gosling leto

Recenzja filmu:

Ze wszystkich sequeli, jakich mógłbym się spodziewać w historii kina, najmniej podejrzewałbym że ktokolwiek wznowi temat "Blade Runnera" po 35 latach! Jakby nie patrzeć, dzieło Ridleya Scotta z 1982 roku było finansową klapą, która stała się filmem kultowym z powodu kulminacji trzech czynników: 1) powalającej scenografii, 2) trafnej wizji problemów XXI wieku, 3) późniejszej sławie Harrisona Forda. Czy to jednak wystarczyło, by przyciągnąć widzów za drugim podejściem, w 2017 roku? Wyniki finansowe mówią, że niestety nie, ale to nie szkodzi. Bowiem "Blade Runner 2049" to prawdziwe filmowe dzieło sztuki.

Po wcześniejszych "Sicario" i "Arrival" nie mam wątpliwości, że Denis Villeneuve wędruje do pierwszej trójki moich ulubionych reżyserów. Co za wizja, co za rozmach! Ten człowiek wie, że kino służy do tego, by olśniewać widza ogromem i bogactwem świata na ekranie, okraszonym na dodatek spektakularną, monumentalną ścieżką dźwiękową. "Blade Runner 2049" nie tylko dorównał porywającej wizji Los Angeles z pierwszego filmu, ale rozszerzył ją znacznie poza oświetlone neonami, deszczowe mury kalifornijskiej metropolii. Znalazło się tu sporo klimatów pustyni, ale nic w tym dziwnego, bo nasza aktualna wiedza na temat zmian klimatu przewiduje niestety pustynnienie wielu połaci lądu. Teoretycznie wyprowadzenie akcji poza mroczne Los Angeles wpłynęło negatywnie na ton filmu, ale przecież gdyby sequel nie wniósłby nic nowego, zarzucono by mu (i słusznie) wtórność. Pierwszy "Blade Runner" był de facto kryminałem z nutką filozoficznej głębi. "Blade Runner 2049" to zaś pełnokrwisty thriller SF, z poważnymi pytaniami o naturę człowieka i istotę duszy. Trochę jak w "Ex Machinie", tyle że z gigantycznym rozmachem i milionami dolarów budżetu.

Scenografowie odrobili pracę domową, bez wątpienia. To jest to samo Los Angeles przyszłości co 35 lat temu (są nawet reklamy Atari i Pan Am!), choć może nieco mniej zatłoczone i mniej azjatyckie. Każdy element filmu został pieczołowicie dopracowany i choćby dla samych obrazów warto wysiedzieć ponad 2,5 godziny przed ekranem. "Blade Runner 2049" to przykład tego, jak powinno się robić sequele, by wszyscy byli zadowoleni. Co istotne, twórcy postawili na rozsądną równowagę między komputerowymi efektami CGI, a sprawdzoną technologią miniatur, które - co wiemy po filmach sprzed pół wieku - nigdy się nie starzeją. Nie zdziwię się, jeśli za trzy dekady widownia będzie z takim samym zachwytem oglądać "Blade Runnera 2049", jak my obecnie pierwszą część.

I na sam koniec słówko o tym co najważniejsze: obsadzie. To jedyny element, do którego mam małe zastrzeżenia (choć naprawdę małe). Harrison Ford spisał się na medal, ale niestety dla widza nie było zbyt wielkiej różnicy między starym Hanem Solo z "Przebudzenia Mocy", a starym Rickiem Deckardem (dla porównania różnica między kreacjami Forda z "Imperium Kontratakuje", "Indiany Jonesa i Poszukiwaczy Zaginionej Arki" oraz pierwszym "Blade Runnerem" była o wiele większa). Może to kwestia charakteryzacji, a może Fordowi już się po prostu nie chce, ale odczuwam tu pewien niedosyt. Ponadto Ryan Gosling, choć zagrał fenomenalnie, po prostu nie pasował mi do roli głównego bohatera w tym filmie. Był zbyt sympatyczny! Gosling jest idealny do produkcji klasy "La La Land", ale w przypadku mrocznego kina noir brakuje mu twardej skorupy. Za to ukłony kieruję w stronę fenomenalnego Jareda Leto w roli oszalałego multibilionera Wallace'a (bliżej kreacji Boga nie dało się już być) oraz młodej i zdolnej Any de Armas jako Joi. W pozostałych rolach znani i lubiani Robin Wright, Dave Bautista (chciałbym go zobaczyć kiedyś jako pierwszoplanowego aktora!) oraz powracający Edward James Olmos. Taka obsada jest warta grzechu!

"Blade Runner 2049" to wizualnie chyba najbardziej spektakularny film roku 2017. Godny następca oryginalnej historii, przy której tegoroczny "Ghost in the Shell" wygląda jak amatorka. Nie mogę się doczekać wydania na Blu-ray!

Wniosek: Wizualnie powalające, głębokie kino.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Blade Runner"! >>>


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger