Popularne posty

lutego 10, 2019

"Catwoman"

"Catwoman"
O czym to jest: Graficzka komputerowa zostaje obdarzona kocimi mocami.

catwoman film recenzja halle berry sharon stone

Recenzja filmu:

Na fali zainteresowania finalnym sezonem "Gotham" postanowiłem ambitnie nadrobić wszystkie zaległe produkcje z komiksowego uniwersum DC, a konkretnie te o Batmanie i postaciach około-Batmanowych. W ramach tego karkołomnego zadania sięgnąłem po owianą grozą "Catwoman", powszechnie uważanej za jeden z najgorszych filmów komiksowych w dziejach kina. I choć przyznaję że było ciężko, to jednak nie tak tragicznie, jak można by się obawiać.

Smuci mnie, gdy reżyserowi nie udaje się utrzymać jednolitego tempa przez cały film. "Catwoman" ma ten sam problem, co nakręcony lata później "Man of Steel". Po naprawdę dobrym początku nadchodzi totalne załamanie w drugim akcie i nawet w miarę znośna końcówka nie jest w stanie naprawić złego wrażenia. W przypadku "Catwoman" wszystko szło dobrze do chwili, w której Halle Berry włożyła skórzany biustonosz, by skakać po dachach i wić się po rurach niczym w klubach go-go. W tym momencie utraciłem całe zainteresowanie dalszym oglądaniem tej produkcji. Klimaty sado-maso nigdy do mnie nie przemawiały, a Berry w skąpym wdzianku i tlenionych blond włosach nie okazała się ani seksowna, ani drapieżna, ani w ogóle interesująca (nawet nie mogła się równać z Michelle Pfeiffer z "Batman Returns"). Co ciekawe na początku filmu, gdy grała jeszcze nieogarniętą graficzkę komputerową była całkiem urocza, a jej romansowy wątek z panem policjantem wydawał się mieć ręce i nogi. Niestety lateks i bicz popsuł wszystko z góry do dołu. I nie pomogła nawet Sharon Stone w roli czarnego charakteru!

Myślę sobie, że "Catwoman" powstała o dekadę za wcześnie, co dodatkowo spotęgowało negatywny odbiór filmu. Współczesne filmy o kobiecych superbohaterach nie są niczym zaskakującym (patrzcie na rewelacyjną "Wonder Woman" albo "Captain Marvel"). W 2004 roku była to jednak spora awangarda. Szkoda tylko, że twórcy zaprzepaścili cały potencjał przez sprowadzenie Halle Berry (skądinąd świetnej aktorki) do roli obiektu seksualnego. Ale przynajmniej dziewczyna miała na tyle jaj, by osobiście odebrać przyznaną jej Złotą Malinę za najgorszą rolę roku - szacunek! 

Wniosek: Do połowy dobre, potem dość żenujące.


lutego 09, 2019

"A Good Year" ("Dobry Rok")

"A Good Year" ("Dobry Rok")
O czym to jest: Chciwy makler otrzymuje w spadku winnicę w Prowansji.

dobry rok film recenzja russell crowe ridley scott

Recenzja filmu:

Czasem nawet taki popcornowy pożeracz popkultury jak ja ma ochotę się wyluzować. Wtedy dobrze włączyć przyjemny film romantyczny, taki z pozytywnym przesłaniem, szczyptą dobrego humoru i wspaniałym klimatem miejsca, które koniecznie chciałoby się zobaczyć przed śmiercią. Powyższą definicję w pełni wyczerpuje "A Good Year", prosty i uroczy film nakręcony przez (i tu zaskoczenie) Ridleya Scotta! 

Ridley Scott i australijski gwiazdor Russell Crowe, którzy popełnili razem epickiego "Gladiatora", po paru latach ponownie połączyli siły w tej sympatycznej historii o cynicznym bankierze Maxie, który znienacka dostaje w spadku winnicę w Prowansji. Gdy odwiedza miejsce, w którym spędził najlepsze lata swojego dzieciństwa, sprawa zaczyna się komplikować. Czy Max sprzeda wszystko na pniu, wyzbywając się resztek człowieczeństwa? A może porzuci karierę, sławę i pieniądze, by wieść leniwy żywot francuskiego winiarza? Jak to się skończy sami się przekonacie, ja dodam tylko że na szczęście nie tak schematycznie, jak można by się obawiać. Ale i tak łezka w oku się kręci!

"A Good Year" całkowicie odpowiada temu, co nazywam dobrym filmem. Nakręcony jest sprawnie, wiarygodnie (wręcz czuć śródziemnomorski upał południa Francji), dialogom nie brakuje bystrego humoru, a i aktorzy są pierwsza klasa (prócz Crowe'a pojawia się też przeurocza Marion Cotillard, młodziutka Abbie Cornish, a także dopiero co zmarły legendarny aktor Albert Finney). Brzmi wystarczająco dobrze? No pewnie, że tak!

Dlatego też bez dalszych wstępów zachęcam, byście zasiedli wieczorem przed ekranem z przyjazną Wam duszą u boku i dali się ponieść romantycznej przygodzie. A potem zaklepali termin na urlop w Prowansji!

Wniosek: Bardzo przyjemne, nastrojowe kino romantyczne. Chce się do niego wracać!


stycznia 05, 2019

"Light Years" ("Gandahar")

"Light Years" ("Gandahar")
O czym to jest: Armia robotów atakuje pacyfistyczną krainę.

gandahar 1988 film recenzja animowany

Recenzja filmu:

Zastanawiałem się, jaki film opisać z okazji rozpoczęcia 2019 roku. I wtedy przypomniałem sobie o pewnej produkcji, którą ćwierć wieku temu rodzice kupili mi jako "bajkę" na VHS. Jak ja się cieszę, że nie mieli pojęcia, co kupują! Nazwanie "Gandahara" bajką (no bo przecież jest animowany, nie?) to jak nazwanie "Folwarku Zwierzęcego" familijnym filmem o zwierzątkach. Nie dajcie się zwieść pozorom!

"Gandahar" to fantastyczna opowieść science fiction, która wywodzi się z bardzo bogatej, francuskiej odmiany tego gatunku (prezentuje ją też np. "Metal Hurlant Chronicles"). Jeśli zastanawiacie się, jak odróżnić francuskie SF od dajmy na to amerykańskiego, podpowiem: będą gołe, wydatne biusty. I lateks. A także roboty i dużo - naprawdę dużo - seksualnych podtekstów. Na szczęście w odpowiedniej dawce takie obrazki dodają fajnej egzotyki, zamiast razić naturalizmem. A jak jeszcze połączy się je z nieskrępowaną wizją świata i okrasi fantastyczną ścieżką dźwiękową, to palce lizać!

Historia "Gandahara" to historia dalekiego świata (innej planety zapewne), w którym żył pacyfistyczny, posługujący się biotechnologią i rządzony przez kobiety naród Gandaharian. Pewnego dnia tę utopijną krainę atakuje tajemniczy wróg - armia robotów niszcząca wszystko na swojej drodze. Agent Sylvain zostaje wysłany, by odkryć tożsamość napastników. Jak możecie się domyślać to, co Sylvain spotka na swojej drodze, wstrząśnie nim do głębi. Jeśli chodzi o scenariusz i przebieg fabuły, to "Gandahar" dostaje ode mnie najwyższą ocenę. Zwroty akcji, postacie (zwłaszcza mutanty!), a przede wszystkim rozmach scenografii (choć animowanej) oraz ścieżka dźwiękowa to prawdziwe arcydzieło. Marzy mi się, by zobaczyć to w wersji fabularnej w kinie - współczesne efekty specjalne powinny już to udźwignąć. Tylko czy publika jest gotowa na tak intelektualne kino?

Bardzo chciałbym wystawić tej produkcji maksymalną ocenę, ale niestety nie mogę. Wszystko to z winy animacji (tu ciekawostka: robionej przez studio z Korei... Północnej!). Niestety nie przetrwała próby czasu i zawodzi, zwłaszcza w zakresie mimiki postaci. Niemniej wyobraźnia widza potrafi nadrobić te braki - a zaręczam, że warto się trochę wysilić. Głęboko rozczarował mnie również oryginalny francuski dubbing - aktorzy mówią tam niestety całkowicie bez pasji i polotu. Za to bardzo polecam wam polską wersję językową, gdzie głosy podłożyli m.in. Leszek Teleszyński i Adam Ferency. Prawdziwa petarda! 

Jeśli lubicie dobre science fiction i jakimś cudem nie znacie "Gandahara", czas to nadrobić. Tylko nie przeraźcie się jakością animacji. Prawdziwe diamenty zawsze trzeba oszlifować!

Wniosek: Wybitne fabularnie, choć animacja nie przetrwała próby czasu.


grudnia 30, 2018

"12 Angry Men" ("Dwunastu Gniewnych Ludzi")

"12 Angry Men" ("Dwunastu Gniewnych Ludzi")
O czym to jest: Ława przysięgłych decyduje o winie oskarżonego.

dwunastu gniewnych ludzi film recenzja henry fonda

Recenzja filmu:

Przyjąłem za punkt honoru, że nadrobię największe klasyki kina, których - z różnych przyczyn - wciąż nie widziałem. Od dawna wysoko na mojej liście było "Dwunastu Gniewnych Ludzi", czyli kameralny (żeby nie powiedzieć: teatralny) dramat obyczajowy o ławie przysięgłych w USA. Na pewno znacie wiele filmów opisujących amerykański system sprawiedliwości, więc nie będę się tu zagłębiał w technikalia. Powiem tylko, że zawsze mi coś nie grało z koncepcją grupy "zwykłych" ludzi decydujących o losach innego człowieka. Trochę za bardzo pachnie mi to linczem...

Nie będę ukrywał, że jestem wielkim przeciwnikiem kary śmierci (spowodował to film "Zielona Mila", który obejrzałem jako nastolatek - szerzej na ten temat opowiem kiedy indziej). Uważam też, że każdy zwolennik tego rozwiązania powinien obowiązkowo obejrzeć "Dwunastu Gniewnych Ludzi". Pod sąd trafia młody chłopak ze środowiska "patologicznego" oskarżony o morderstwo ojca. Wszystkie dowody świadczą przeciwko niemu - poszlaki, zeznania świadków... Sprawa wydaje się być przesądzona. Ale jeden z dwunastu przysięgłych ma wątpliwości. Jest człowiekiem inteligentnym więc wie, że w cywilizowanym społeczeństwie wszystkie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego. Cytując: "Nie mówię, że on tego nie zrobił, ale trzeba dopuścić możliwość, że mógł nie zrobić". Wyobraźcie sobie taką sytuację: gorąco, upał, środek lata, wszyscy są zmęczeni i chcą iść do domu, a jeden facet nie odpuszcza. Wie, że na szali jest życie drugiego człowieka i skoro to on ma o nim zdecydować, chce to zrobić tak, by mieć czyste sumienie. Pomyślcie, czy wy również mielibyście taką odwagę cywilną, by stanąć samotnie naprzeciwko grupy i stanowczo powiedzieć "nie"?

"Dwunastu Gniewnych Ludzi", prócz fascynującej warstwy prawno-sądownicznej, to przede wszystkim wybitne kino psychologiczne. Film kręcony jest na zasadzie 1:1, czyli każda minuta na ekranie odpowiada tej samej minucie fabuły, bez skrótów, przeskoków i zmiany ujęcia (co dodaje całości wrażenia teatralności). Trwa to zaledwie przez półtorej godziny, ale to aż nadto by w tym czasie poznać całą dwunastkę przysięgłych. Dowiadujemy się kim są, poznajemy ich intelekt i siłę charakteru (lub jej brak), a także zaczynamy rozumieć, czemu robią to co robią. To fascynujące patrzeć, jak jeden sprawiedliwy krok za krokiem otwiera im oczy, czyniąc ich przez to - tu nie mam najmniejszych wątpliwości - lepszymi ludźmi. Mało jest filmów tak dobrze odwzorowujących wady i zalety ludzkiego charakteru (na myśl przychodzi mi chyba tylko "August: Osage County"). Nic więc dziwnego, że "Dwunastu Gniewnych Ludzi" uznaje się za jeden z najwybitniejszych filmów w historii. Zdecydowanie zasłużenie.

Wniosek: Doskonałe studium psychologiczne. Wybitne kino.


grudnia 25, 2018

"Aquaman"

"Aquaman"
O czym to jest: Zagubiony książę powraca, by zawalczyć o podwodny tron Atlantydy.

aquaman film recenzja DC jason momoa

Recenzja filmu:

Jeśli jest coś, co naprawdę mnie irytuje w filmowym uniwersum komiksów wydawnictwa DC, to jest to nierówny poziom. Taki na przykład "Batman v Superman" - tragedia. Potem "Wonder Woman" - świetne. Następnie "Justice League" - znowu wpadka. I teraz "Aquaman", czyli powrót do dobrego, bajkowego poziomu, jakiego widz oczekuje po takim widowisku. No i co, nie można było tak od razu?

Myślę że w końcu skumałem, co jest siłą filmów DC i co ma szansę odróżnić je od wizualnie powalających space oper spod znaku "Marvel Cinematic Universe". Zamiast sięgać głęboko w kosmos, filmy DC wplatają tematykę superbohaterów w ludzką historię i antyczne cywilizacje. Takie przykładowo Amazonki z "Wonder Woman" to sfeminizowane społeczeństwo antycznej Grecji (z bogami z Olimpu w tle). Z kolei Atlantyda z "Aquamana" bardzo przypomina starożytny Rzym - i nie tylko z powodu walki w podwodnym koloseum, a również przez pancerze stylizowane na gladiatorów czy ustrój społeczny rodem z czasów cezarów. I muszę przyznać, że na dużym ekranie wygląda to świetnie! Nie bez powodu moim ulubioną sceną ze wspomnianego "Justice League" jest sekwencja, w której wszystkie starożytne narody metaludzi (jak mieszkańcy Atlantydy czy Amazonki właśnie) ramię w ramię z ziemskimi bogami stanęli do walki z inwazją kosmitów. Cieszę się, że twórca "Aquamana" James Wan (znany do tej pory głównie z kręcenia horrorów) rozumiał w czym tkwi siła tego uniwersum i potrafił ją wykorzystać. Z zadowoleniem przyznaję, że bawiłem się naprawdę dobrze!

Gdybym miał wskazać wady "Aquamana", najważniejszą byłby schematyczny scenariusz. Na pierwszy rzut oka może to denerwować, ale wtedy trzeba zdać sobie sprawę, że po pierwsze to kino komiksowe (a ono rządzi się swoimi prawami), a po drugie jest to bajka - a w bajce, jak wiadomo, dobrzy są dobrzy, źli są źli, a na końcu mamy obowiązkowy happy end. Nuda? Skoro tak, to czemu wciąż oglądamy kolejne bajki Disneya, hmm? W takim filmie to nie treść jest ważna, a forma. A ta, pod względem pomysłu, jest po prostu znakomita. Podwodne miasta, mnogość ras, atlantydzka kawaleria na mezozaurach i przerośniętych rekinach, a także fantastyczny mariaż antycznej stylistyki z futurystyczną technologią rodem z filmu "The Abyss". I jeszcze do tego muzyka w stylistyce "Oblivion"! Wprawdzie gdzieniegdzie efekty specjalne nie wyrabiają, ale każdy specjalista z branży wam powie, że animacja wody to najtrudniejsze, co może być, więc jestem w stanie przymknąć na to oko.

Jason Momoa urodził się do tej roli. Nie dość że wygląda jak posągowy bóg z głębin Pacyfiku (zasługa polinezyjskich genów aktora), to jeszcze dorzucił do stylistyki "Aquamana" sporo maoryskich elementów, dodając do całości fantastycznego, etnicznego smaczku (to samo zrobiła Gal Gadot, z pochodzenia Żydówka, z rolą Wonder Woman). Sporym pozytywnym zaskoczeniem była też rola matki głównego bohatera, którą zagrała... Nicole Kidman! Nie spodziewałbym się jej w takim kinie, a jednak wypadła zadziwiająco wiarygodnie. Miłą niespodzianką był także Temuera Morrison jako ojciec Aquamana (pomyślcie: Jango Fett jest ojcem khala Drogo!), lubiany przeze mnie Patrick Wilson jako odpowiednio blady złoczyńca, a także w rolach drugoplanowych Willem Dafoe i Dolph Lundgren! Specjalnie nie wymieniłem Amber Heard jako Małej Syrenki (bo była żadna) ani pana Abdul-Mateena jako Czarnej Manty, bo jego rola w tym filmie również była całkowicie zbędna. Niemniej obsada w ogólnym rozrachunku wygląda lepiej niż dobrze!

Jaki z tego wniosek? Jeśli zraził was Aquaman w "Justice League" dajcie mu jeszcze jedną szansę. Przyszykujcie kubeł popcornu i wiadro coli, a będziecie się dobrze bawić!

Wniosek: Widowiskowe i fajne! Jak na film komiksowy oczywiście.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


grudnia 02, 2018

"The Alienist" ("Alienista")

"The Alienist" ("Alienista")
O czym to jest: Psycholog tropi seryjnego mordercę dzieci w Nowym Jorku u zarania XX wieku.

alienista miniserial recenzja daniel bruhl luke evans dakota fanning

Recenzja miniserialu:

Teoretycznie miniserial "The Alienist" miał wszystko, co potrzebne do sukcesu. Świetną obsadę, imponującą scenografię i ciekawe realia historyczne, a także nigdy nie starzejący się wątek psychopatycznego mordercy i dzielnego policjanta (w tym wypadku psychologa), który próbuje go złapać. I pewnie nie powiedziałbym złego słowa... gdyby nie to, że wszystko to widziałem już wcześniej.

I nie mam na myśli samego wątku łapania mordercy, bo przecież wciąż pojawiają się nowe produkcje na ten temat, które potrafią mnie wgnieść w fotel (jak pierwszy sezon "True Detective"). Cały problem "The Alienist" polega na tym, że się spóźnił. Gdyby powstał przed "The Knick", byłby prawdziwie rewolucyjny. A tak niestety w dużej mierze kopiuje formę wspomnianego serialu, i jak na kopię przystało, wypada o wiele gorzej. Nowy Jork na przełomie XIX i XX wieku jest na pewno interesujący, ale gdy ktoś kręci drugą z rzędu produkcję na ten temat, to w pewnym momencie widz czuje przesyt. Może gdybym nie znał "The Knick", bawiłbym się lepiej. Ale niestety znałem.

Kolejnym problemem są postacie. Tu zaznaczam - postacie, a nie aktorzy, bo zarówno Daniel Brühl, Luke Evans jak i wyrośnięta dawna dziecięca gwiazda Dakota Fanning są absolutnie rewelacyjni! Niestety grani przez nich bohaterowie, z winy scenariusza, są po prostu niesympatyczni. Doktor Kreizler (w tej roli Brühl) to kolejny aspołeczny geniusz z bagażem problemów osobistych, który jako jedyny jest w stanie złapać mordercę. Znacie ten schemat z wielu produkcji, ot choćby "Sherlocka". Różnica polega na tym, że taki Sherlock Holmes (i to zarówno w serialu z Benedictem Cumberbathem, jak i filmowym "Sherlocku Holmesie" z Robertem Downey Jr.). jest wprawdzie burakiem, ale za to zabawnym i wzbudzającym sympatię. W postaci Doktora Kreizlera nie ma nic sympatycznego. A ciężko się ogląda serial, gdy się nie lubi głównego bohatera, nieprawdaż? Prawdziwie miły wydaje się być wprawdzie Luke Evans, niestety jego rola to kolejne wcielenie ciamajdowatego, stereotypowego Doktora Watsona. A Dakota Fanning? Wątek pierwszej kobiety zatrudnionej w nowojorskiej policji jest teoretycznie interesujący, ale znów - wszystko to już widzieliśmy. Chcecie wątku XIX-wiecznej emancypacji kobiet w USA? Zapraszam do serialu "Doktor Quinn".

No to sobie ponarzekałem. Ale nie zniechęcajcie się za bardzo, bo przemawia przeze mnie zblazowanie człowieka, który w swoim życiu widział tysiące filmów i seriali. Niemniej nawet taka maruda jak ja musi przyznać, że "The Alienist" sam w sobie jest nawet niezły. Scenografia naprawdę robi wrażenie (imponuje zwłaszcza dbałość o detale historyczne), akcja jest dość wartka (chociaż czuć, że scenariusz oparto na książce) i w sumie efekt jest dość przyzwoity (choć niektóre wątki, jak chociażby miłosne perypetie młodego żydowskiego kryminalistyka, wydawały się być totalnie zbędne). Nie wiem wprawdzie, czy sięgnę kiedyś po planowane sequele, bo niekoniecznie mam ochotę znów patrzeć na obrażoną minę Doktora Kreizlera. Ale rozumiem, jeśli komuś "The Alienist" spodobał się o wiele bardziej.

Wniosek: Wizualnie imponujące, ale fabularnie dość wtórne.


listopada 25, 2018

"7 Days in Entebbe" ("Siedem Dni")

"7 Days in Entebbe" ("Siedem Dni")
O czym to jest: Terroryści porywają samolot z Izraelczykami i uprowadzają go do Ugandy.

7 dni film recenzja daniel bruhl

Recenzja filmu:

Dwie produkcje o terroryzmie lat 70. pod rząd okazały się dla mnie niewystarczające, więc sięgnąłem po trzecią. Ponownie jest to prawdziwa historia i raz jeszcze z wątkami arabsko-islamskimi w tle, ale dla odmiany zamiast ataku na ambasadę doszło w niej do porwania samolotu. Ale terroryści nie przewidzieli jednego: porywając samolot pełen Izraelczyków trzeba się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Bo jedno trzeba Żydom przyznać - potrafią dbać o swoich!

A oto fakty. W 1976 roku czworo terrorystów (dwoje niemieckich komunistów oraz dwóch Palestyńczyków) porwało samolot Air France lecący do Izraela. Maszynę i pasażerów uprowadzono do Entebbe w Ugandzie, gdzie królował ówczesny największy świr spośród dyktatorów, Idi Amin (zainteresowanym polecam film "Ostatni Król Szkocji" na jego temat). Rozpoczęto negocjacje - zakładników miano wymienić na innych terrorystów trzymanych w izraelskich i europejskich więzieniach. Jednak Żydzi wiedzieli, że nie mogą iść na ustępstwa, bo to zachęciłoby innych bandytów to powtarzania takich porwań w przyszłości. Ale nie mogli też zostawić swoich obywateli na pewną śmierć w kraju rządzonym przez szaleńca. Przygotowali więc i przeprowadzili prawdopodobnie najbardziej spektakularną akcję ratunkową w historii, która nie miała i nie ma sobie równych po dziś dzień!

Oto, w wielkim skrócie, fabuła filmu "7 Days in Entebbe" (zwanym również po prostu "Entebbe"). Czy komandosom udało się uratować wszystkich zakładników? Jak doszło do przeprowadzenia całej operacji? Jakie były motywacje terrorystów? O tym wszystkim musicie przekonać się sami. Warto poznać tą opowieść, choć obawiam się, że mogła być o wiele lepiej nakręcona. Ze smutkiem stwierdzam, że "Entebbe" jest po prostu... nudną produkcją. Głównym bohaterem uczyniono Daniela Brühla w roli jednego z terrorystów. I choć lubię tego sympatycznego niemieckiego aktora, to jednak taka konstrukcja fabuły do mnie nie przemówiła. Wolałbym, by film nakręcono bardziej jak "6 Days", czyli z punktu widzenia komandosów - zwłaszcza że tematyka aż się sama prosiła. Niestety aspekt militarny zepchnięto na drugi plan. Zamiast tego scenarzyści postawili na psychologię (wiwisekcję umysłów terrorystów) oraz politykę (zakulisowe przepychanki w zaciszach ministerialnych gabinetów). Gdzieś w tym wszystkim zgubił się sens kręcenia tego filmu, czyli prawdziwa historia o brawurowym ratunku przeprowadzonym przez rząd, który żadnego obywatela nie pozostawia bez pomocy. I to mój największy zarzut!

Oczywiście jakość filmu - pod względem technicznym - jest świetna, podobnie świetni są aktorzy. Szkoda jednak, że nie pokazano dalszych konsekwencji izraelskiego rajdu, czyli tego co zrobił Idi Amin swoim obywatelom już po całej operacji. Ale tak to jest, gdy ktoś za bardzo skupia się na szczegółach kosztem ogółu. Liczę na to, że kiedyś powstanie jeszcze jeden, lepszy film o tych wydarzeniach!

Wniosek: Niestety przeciętne. Powinno być o wiele lepsze.


listopada 18, 2018

"Argo" ("Operacja Argo")

"Argo" ("Operacja Argo")
O czym to jest: CIA ratuje dyplomatów z ogarniętego rewolucją Iranu.

operacja argo film recenzja iran rewolucja affleck cranston arkin goodman

Recenzja filmu:

Obejrzałem ostatnio film "6 Days" o wzięciu zakładników w irańskiej ambasadzie w Londynie. Postanowiłem kontynuować tą tematykę i w końcu nadrobić powszechnie chwalone (i nagrodzone Oscarem za najlepszy film) "Argo" w reżyserii Bena Afflecka. To również historia o wzięciu zakładników w ambasadzie w Iranie, dziejąca się zaledwie rok wcześniej niż ta w Londynie. Jednak przejęcie amerykańskiej ambasady przez irańskich rewolucjonistów stanowi tu jedynie zarzewie akcji. "Argo" opowiada bowiem prawdziwą (choć nieco podkolorowaną) historię brawurowego ratunku szóstki dyplomatów, którzy w ostatniej chwili uciekli przed pojmaniem. Ale po kolei.

Można by nakręcić kilka filmów o tym, dlaczego doszło do rewolucji w Iranie w 1979 roku i czemu to wina Amerykanów. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii (warto sobie o tym poczytać), a ja jedynie wspomnę, że w listopadzie 1979 tłum manifestantów wtargnął do ambasady USA w Teheranie, po czym pobił i uwięził jej pracowników. Szóstce z nich udało się zbiec w ostatniej chwili, a następnie ukryć w domu kanadyjskiego ambasadora. Wiadomym było, że trzeba ich szybko wydostać z Teheranu, pytanie tylko jak? Wtedy to Kanada i CIA uknuły sprytny plan - dyplomaci mieli opuścić Iran przebrani za filmowców, kręcących epopeję science fiction klasy "Gwiezdnych Wojen" albo "Planety Małp". Uknuto cały misterny plan, stworzono fikcyjne studio, reklamy i akcję marketingową (a nawet zatrudniono prawdziwych fachowców z Hollywood), by wszystko wyglądało w pełni wiarygodnie. Czy to się mogło udać? To, w skrócie, cała fabuła "Argo".

Nie przeczę, że to bardzo dobry film. Scenariusz, reżyseria, montaż, gra aktorska - wszystko stoi na najwyższym poziomie. A widz taki jak ja, który dość dobrze zna historię kina science fiction lat 70. i 80., bawił się dwakroć lepiej! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że sporo faktów nagięto w celu podkręcenia tempa (zwłaszcza wszelkie "ucieczki w ostatniej chwili" i szczęśliwe zbiegi okoliczności), ale co z tego, skoro świetnie to wygląda! Umówmy się, że kino rządzi się swoimi prawami i gdyby nakręcono to kropka w kropkę zgodnie z nudnymi faktami, pies z kulawą nogą by się tym filmem nie zainteresował. Jedyne moje zastrzeżenia dotyczą smutnego Bena Afflecka w roli głównej - nic nie poradzę, że za nim nie przepadam (w przeciwieństwie do jego brata), dlatego wolałbym by na stałe został po drugiej stronie kamery jako reżyser albo producent. Ale za to w rolach drugoplanowych grają m.in. Bryan Cranston oraz kultowy John Goodman, który nie ma złych ról na koncie! 

Polecam "Argo" wszystkim tym, którzy chcą zobaczyć jak naprawdę wyglądała (wygląda?) praca CIA i poznać trochę historii, a także zobaczyć realia Teheranu w przełomowym 1979 roku. Nie zmarnujecie tych dwóch godzin przed ekranem.

P.S. Wciąż jednak czekam, aż Amerykanie nabiorą na tyle dystansu do siebie, by nakręcić film o Operacji "Orli Szpon", czyli zbrojnej próbie odbicia zakładników z ambasady w 1980 roku i jednocześnie największym blamażu w historii amerykańskich sił zbrojnych (który kosztował Prezydenta Cartera stołek w Białym Domu). Dość wspomnieć, że z grupy wysłanych śmigłowców dwa się zgubiły, jeden rozbił, a kolejny zderzył z samolotem... To byłby film!

Wniosek: Bardzo dobre kino. Świetnie się ogląda!


listopada 13, 2018

"6 Days" ("6 Dni")

"6 Days" ("6 Dni")
O czym to jest: Terroryści biorą zakładników w irańskiej ambasadzie w Londynie w 1980 roku.

6 dni film recenzja jamie bell mark strong abbie cornish

Recenzja filmu:

Cóż za miła niespodzianka! Nie spodziewałem się, że dość skromny, europejsko-nowozelandzki film o słynnej akcji antyterrorystycznej sprzed prawie 40 lat, będzie tak dobry! Czasem jednak warto zdać się na instynkt i sięgnąć po jakąś produkcję tylko ze względu na tematykę. Można się miło zaskoczyć!

Wydarzenie to, znane jako Operacja Nimrod, miało miejsce w Londynie 1980 roku. Grupa islamskich terrorystów zajęła i wzięła zakładników w irańskiej ambasadzie, protestując w ten sposób przeciwko prześladowaniom Arabów przez Persów. Z jakiegoś powodu uważali, że ten czyn spowoduje zmianę polityki Iranu w stosunku do ich pobratymców... Ale mieli pecha, bo ówczesny konserwatywny rząd brytyjski (dowodzony przez legendarną Żelazną Damę Margaret Thatcher) nie zamierzał z nikim negocjować. Na miejsce wysłano więc jednostkę SAS, złożoną z jednych z najlepszych (o ile nie najlepszych) komandosów świata. O tym, co się stało później, opowiada film "6 Days".

Produkcję nakręcono jak dokument. Mamy więc krótką zajawkę postaci, po czym od razu bez zbędnych ceregieli przechodzimy do akcji. Twórcom udało się zmieścić wszystko w zaledwie półtorej godziny, dzięki czemu uniknięto dłużyzn i niepotrzebnych zapychaczy fabuły. Jako widzów niespecjalnie interesuje nas, czemu np. komandosi SAS byli tacy niezniszczalni. Byli to byli, przechodzimy nad tym do porządku dziennego i skupiamy się na samej akcji. I o to chodzi! "6 Days" robi co może by wiernie odtworzyć przebieg wydarzeń (w film wpleciono zresztą fragmenty oryginalnych relacji telewizyjnych z 1980 roku). Główni bohaterowie - każdy przedstawiający inny punkt widzenia - to autentyczne postacie tamtych dni: komandos SAS, policyjny negocjator i dziennikarka BBC. Dzięki nim możemy spojrzeć ze wszystkich stron na to co się wydarzyło i wyrobić sobie własną opinię o tym, czy na pewno ta historia nie mogła się skończyć inaczej.

"6 Days" to dobry film, który mogę polecić w każdych okolicznościach. Warto poświęcić mu chwilę uwagi.

Wniosek: Dobra i wciągająca historia. I to prawdziwa!


listopada 04, 2018

"The Rock" ("Twierdza")

"The Rock" ("Twierdza")
O czym to jest: Zbuntowani żołnierze przejmują Alcatraz i chcą zniszczyć San Francisco.

twierdza film recenzja connery cage harris

Recenzja filmu:

No to czas na coś kultowego! Coś mnie zainspirowało, żeby po latach powrócić do sensacyjnego hitu z nieodżałowanej ery Hollywood lat 90. "The Rock" to jeden z ostatnich powszechnie dostępnych filmów, w których przemoc, bluzgi i krwawe detale były normalnością - współcześnie gdy wypuszcza się taką produkcję, dorabia się do niej całą otoczkę czegoś "zakazanego"... Ale wtedy, w 1996 roku, nikt nawet nie mrugnął okiem, gdy Nicolas Cage i Sean Connery rozwalali zbuntowanych Marines dowodzonych przez Eda Harrisa. I o to chodzi!

To też jedna z ostatnich dających się oglądać produkcji autorstwa Michaela "Eksplozji" Baya - nakręcił ją zanim dał się kupić chińskim sponsorom od product placement i uzyskał zdecydowanie za łatwy dostęp do materiałów wybuchowych na planie. Oczywiście Bay to nie Almodóvar, więc nie znajdziecie w "The Rock" specjalnej głębi scenariusza. Oto fabuła: grupa zbuntowanych Marines kradnie rakiety z gazem bojowym VX (zamienionym z jakichś przyczyn w kolorowe zielone kuleczki). Następnie złodzieje okopują się w Alcatraz, biorąc zakładników spośród wizytujących turystów. Mając w szachu całe San Francisco żądają wielkich pieniędzy. I tu wkracza Nicolas Cage w swojej najlepszej roli z gatunku kina akcji - ciamajdowatego agenta FBI i specjalisty od broni chemicznej. Razem z eks-więźniem z Alcatraz (w tej roli Sean Connery, który de facto powtarza rolę Jamesa Bonda) oraz grupką komandosów SEALS (ale nie przywiązujcie się do nich za bardzo), zinfiltrują więzienie, ubiją wrażych terrorystów i uratują świat. Ups, czyżbym zaspoilerował? No cóż, to film z lat 90., tutaj coś takiego jak brak happy endu nie wchodziło w grę!

Zresztą nie o fabułę tu chodzi, ale o akcję, akcję i jeszcze raz akcję! Zanim nasi bohaterowie trafią do Alcatraz, zaliczą epicką ucieczkę ulicami San Francisco, demolując przy tym spory kwartał miasta, tramwaj oraz żółte Ferrarri ("Nie było moje"). A wszystko to w rytm doskonałej ścieżki dźwiękowej Hansa Zimmera, która przeszła do kanonu popkultury! Ale to nie koniec radości. Te nieskrępowane strzelaniny, ujęcia w slow motion, przekomiczne grymasy Nicolasa Cage'a i ociekające testosteronem, czerstwe dialogi! Ta frajda z co bardziej okrutnych sposobów ubijania terrorystów! No i powiewająca amerykańska flaga w tle, o mamo! Tak się robi doskonałe, popcornowe kino! Można je oglądać w kółko!

P.S. Dałbym ocenę sześciu chomików, ale zielone kuleczki z gazem bojowym są tak absurdalne, że jednak muszę odjąć jeden punkt. Choć są prześliczne, nie przeczę!

Wniosek: Fantastyczne kino akcji. W ogóle się nie starzeje!


listopada 02, 2018

"Broken Flowers"

"Broken Flowers"
O czym to jest: Podstarzały playboy wyrusza w podróż, by odnaleźć swojego syna.

broken flowers film recenzja jim jarmush bill murray sharon stone

Recenzja filmu:

Przy okazji premiery "Patersona" obiecałem sobie, że nadrobię filmografię Jima Jarmusha. Trochę mi zeszło, ale słowa dotrzymałem - zacząłem od bardzo chwalonego "Broken Flowers", dramatu obyczajowego z Billem Murrayem (jego druga najlepsza rola po "Lost in Translation"), który zdobył Złotą Palmę w Cannes. I nie mam wątpliwości, że była to zasłużona nagroda!

To film powolny, liryczny, pełen filozoficznych przemyśleń w głowie zarówno postaci, jak i widzów. Don Johnston (w tej roli Murray) to cyniczny, zblazowany, podstrzały playboy, który osiągnął w życiu wszystko co chciał. Pewnego dnia dostaje różowy anonimowy list od kochanki z dawnych lat, która informuje go, że ma syna. Przy pomocy jedynego przyjaciela (Jeffrey Wright, gwiazda "Westworld") nasz bohater wyruszy w sentymentalną podróż i odwiedzi swoje dziewczyny z dawnych lat, próbując zgadnąć która z nich napisała list i czy jego syn istnieje naprawdę.

Ale jak to w takich filmach bywa, to nie o odnalezienie syna tu chodzi, ale o podróż jako taką. Chcąc nie chcąc Bill Murray będzie się musiał zmierzyć z własną przeszłością. Jak zareagują na jego obecność dziewczyny (m.in. Sharon Stone i Tilda Swinton) z dawnych lat? Czy tak bardzo się zmieniły? A może to on się zmienił... lub wcale nie? "Broken Flowers" nie daje jasnej odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. Wszystko zależy od interpretacji widza, a reżyser umiejętnie podrzuca różne tropy niczym okruszki chleba. Wraz z ostatnią sceną pozostajemy w głębokiej zadumie i refleksją na temat życia jako takiego. I właśnie tego wymagam od bardzo dobrego kina. Polecam!

Wniosek: Bardzo intrygujące, liryczne, filozoficzne kino. Świetne!


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger