Popularne posty

grudnia 06, 2019

"Ford v Ferrari" ("Le Mans '66")

"Ford v Ferrari" ("Le Mans '66")
O czym to jest: Historia słynnej rywalizacji Forda z Ferrari w prestiżowym wyścigu Le Mans.

le mans 66 film recenzja matt damon christian bale

Recenzja filmu:

Nigdy nie byłem wielkim fanem sportów motorowych. Wprawdzie wiem co to Formuła 1 czy NASCAR, ale przed tym filmem nigdy nie słyszałem o wyścigu Le Mans! To jedna z rzeczy, za które uwielbiam kino – prócz niesienia rozrywki czasem naprawdę potrafi wyedukować widza i zachęcić go do zgłębienia danego tematu. Marzy mi się, by pewnego dnia wszystkie filmy kręcono na podstawie prawdziwych wydarzeń, źródeł inspiracji na pewno by nie zabrakło! 

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć „Ford v Ferrari”, to w skrócie wyjaśnię – film jest historią wielkiej (i osobistej) rywalizacji dwóch wielkich gigantów motoryzacji w osobach Henry’ego Forda III oraz Enzo Ferrariego. W połowie lat 60. koncern Forda postanowił wejść z przytupem na rynek samochodów wyścigowych, na którym niepodzielnie rządziło Ferrari. Kulminacją starcia był wyścig Le Mans we Francji, który odbywa się do dziś i trwa nieprzerwane 24 godziny! Oczywiście nie zdradzę wam kto wygrał w nim w roku 1966, ale zapewniam że jest to opowieść, którą trzeba poznać. 

Do tej pory wzorem filmów o wyścigach samochodowych było dla mnie „Rush” o rywalizacji Jamesa Hunta i Nikiego Laudy w ramach Formuły 1. Z zadowoleniem stwierdzam, że „Ford v Ferrari” przebija go na całości (no, może z wyjątkiem muzyki). Duża w tym zasługa reżysera – James Mangold kręci filmy rzadko, ale jak już to robi, to robi to wybitnie („Logan”, „Walk the Line”!). Ponadto nie trafiłem chyba nigdy na kiepski film z Christianem Bale’m w obsadzie. Można o nim mówić różne rzeczy – ponoć kawał z niego cholery – ale aktorem jest doprawdy wybitnym. Fizyczna i psychiczna transformacja w jego wykonaniu za każdym razem mnie poraża! Tym razem wcielił się w legendarnego kierowcę Forda, Kena Milesa: człowieka tak nieobliczalnego jak jego styl jazdy. Fantastycznym uzupełnieniem Bale’a w obsadzie był Matt Damon w roli Carrolla Shelby’ego, legendarnego konstruktora samochodów i twórcy m.in. kultowej marki aut Cobra. Nie wiem jak Wy, ale ja z tymi dwoma panami mogę obejrzeć każdy film w ciemno! 

Kolejne plusy „Ford v Ferrari” to fantastyczna scenografia i sceny wyścigów. Może nie ma w nich wielkich eksplozji i efektywnych kraks (choć i takie się trafiły), ale jest to co w takiej historii najważniejsze – niesamowita dramaturgia! Sposób prowadzenia kamery, dynamiczny montaż, ryk silników V8 wspomagany bluzgami Christiana Bale’a… To jest ta unikalna mieszanka prawdziwego hitu, który przykuwa widza od pierwszej do ostatniej minuty. W życiu nie myślałem że będę się tak dobrze bawił na filmie o wyścigach! Polecam tą produkcję każdemu widzowi, który chciałby poznać kawałek historii sportu, motoryzacji i biografii wielkich ludzi, którzy swoim uporem potrafili zmienić świat.

Wniosek: Najlepszy film o wyścigach samochodowych jaki widziałem! Rewelacja!


listopada 29, 2019

"The Current War" ("Wojna o Prąd")

"The Current War" ("Wojna o Prąd")
O czym to jest: Prawdziwa historia rywalizacji Thomasa Edisona i George'a Westinghouse'a o metodę elektryfikacji świata.

wojna o prąd film recenzja edison tesla cumberbatch holland

Recenzja filmu:

Bardzo, ale to bardzo czekałem na ten film. Od czasów „Prestiżu” mocno interesuję się postacią Nikoli Tesli i uważnie śledzę wszystkie produkcje, w których występuje jego postać (jeśli podzielacie te zainteresowania, to z tego miejsca gorąco polecam serial „Sanctuary”!). I choć Tesla pełni w „The Current War” zaledwie rolę drugoplanową, to i tak byłem bardzo ciekaw tej opowieści – historii wielkiej rywalizacji między Thomasem Edisonem a George’m Westinghouse’m. W wielkim skrócie chodziło o to, jaki rodzaj elektryczności będzie dostarczany w Stanach Zjednoczonych: prąd stały (jak chciał Edison) czy prąd zmienny (jak chciał Westinghouse wspierany przez Teslę). Brzmi jak świetny pomysł na film, prawda? 

I na pomyśle w zasadzie się skończyło. Jeszcze przed premierą film okazał się ostatnią ofiarą hollywoodzkiego producenta Harveya Weinsteina, oskarżonego o przestępstwa seksualne. Skutkiem afery było bankructwo jego firmy The Weinstein Company, która miała wypuścić „The Current War” na ekrany w grudniu 2017. W konsekwencji film trafił na półkę i dopiero po dwóch latach został wyciągnięty, przemontowany i zaprezentowany publiczności już przez nowego dystrybutora. Niestety ze smutkiem stwierdzam, że efekt jest daleki od oczekiwanego (aż strach pomyśleć, jak zła musiała być oryginalna wersja!). Czasem gwiazdorska obsada to nie wszystko! Tak naprawdę to tylko Michael Shannon w roli Westinghouse’a wybił się tu ponad przeciętność. Nicholas Hoult jako Tesla nie pokazał nic specjalnego (gdzież mu do kosmicznej tajemniczości Davida Bowiego z „Prestiżu”!), a i Benedict Cumberbatch powtórzył to, co widzieliśmy w jego wykonaniu w „Sherlocku” oraz „The Imitation Game”. Po pewnym czasie rola aspołecznego geniusza zaczyna się robić wtórna. Mam nadzieję, że Cumberbatch wyciągnął wnioski i zmieni swój repertuar, z korzyścią dla siebie jak i widzów. 

Ale to nie obsada jest największym problemem „The Current War”, tylko tempo. Coś jest mocno nie tak z narracją filmu. Wydarzenia, które powinny nas ekscytować i intrygować, są zwyczajnie nudne. Gdyby nie w miarę znośny finał, uznałbym cały seans za stratę czasu. Zastanawiałem się nad tym długo i myślę, że scenariusz pokrywał zbyt długi okres. Historyczna „wojna o prąd” trwała w latach 1884-1892. To za dużo, by rozsądnie pokazać wszystkie wydarzenia w ciągu dwóch godzin na ekranie. Osobiście wolałbym, by twórcy wzięli jeden konkretny okres czasu, ewentualnie dwa czy trzy, i opisali je bardzie dogłębnie. Coś w rodzaju opisywania jajka od środka, a nie od zewnątrz. Na myśl przychodzi mi w tym momencie „Steve Jobs” – tam scenarzyści wzorowo sprostali karkołomnemu zadaniu przedstawienia postaci twórcy potęgi Apple. To samo warto było zrobić z Edisonem lub Westinghouse’m – może nawet bardziej tym drugim, bo aktualnie mało kto o nim pamięta, choć jego zasługi dla współczesnej cywilizacji są naprawdę ogromne. 

W normalnych okolicznościach dałbym tej produkcji ocenę mierną, ale podwyższam o jednego chomika ze względu na scenografię i świetne realia końca XIX wieku, niebanalne zdjęcia oraz tematykę. Ale i tak uważam, że ta historia zasługiwała na więcej!

Wniosek: Pięknie zrobiony, nudny film.


listopada 28, 2019

"Terminator: Dark Fate" ("Terminator: Mroczne Przeznaczenie")

"Terminator: Dark Fate" ("Terminator: Mroczne Przeznaczenie")
O czym to jest: Robot z przyszłości próbuje zabić nadzieję ludzkości.

terminator mroczne przeznacznie film cameron schwarzenegger hamilton

Recenzja filmu:

Mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego. To jedna z mądrzejszych maksym, jakie słyszałem w życiu. Opowieść o tym, jak i czemu powstał „Terminator: Dark Fate” starczyłaby na cały artykuł, więc postaram się ją skrócić do niezbędnego minimum. A zatem: do tej pory w uniwersum „Terminatora” mieliśmy cztery oficjalne filmy, po kolei licząc: „The Terminator”, „Judgement Day”, „Rise of the Machines” oraz „Salvation”. Do tego dochodzi okropnie złe „Genisys”, które miało być rebootem całości i jako takie wpisało się poza chronologię. I tak by zostało, gdyby pewnego dnia James Cameron, współtwórca postaci Terminatora i reżyser pierwszych dwóch filmów, nie przejął z powrotem praw autorskich do franczyzy. Cameron stwierdził, że dotychczasowa trzecia część – czyli „Rise of the Machines” – mu się nie podoba, i postanowił wyprodukować swoją własną wersję. Tak powstało „Dark Fate”

Takie kasowanie filmów celem zrobienia swojej własnej wersji zawsze uważałem za nieuczciwe – jest to dla mnie brak szacunku dla osiągnięć innych reżyserów i całej obsady, która stworzyła tamte filmy. Na szczęście kluczowym elementem fabuły wszystkich „Terminatorów” jest pętla czasowa – chodzi o to, że do teraźniejszości przybywają postacie z przyszłości, których teraźniejsze czyny powodują zaistnienie takiej, a nie innej przyszłości. Dlatego też nie widzę przeszkód, by obecnie za „pierwszą” część uznawać stare „Rise of the Machines”, następnie „Salvation”, a potem już lecieć w kolejności: „Terminator”, „Judgement Day” i „Dark Fate”. W ten sposób najnowszy film nie jest nową częścią trzecią, ale piątą. Ale to oczywiście moja własna terminologia. Tyle w kwestii wyjaśnienia! 

Niemniej trzeba podkreślić, że „Dark Fate” jako sequel „Judgement Day” w sposób naturalny będzie zawsze porównywany do starego sequela, czyli „Rise of the Machines”. I w tym porównaniu niestety tegoroczny film przegrywa po całości! No, może z jednym wyjątkiem, a jest nim Linda Hamilton. To wielki przywilej móc zobaczyć, jak na ekran wraca postać uzbrojonej po zęby, wściekłej Sary Connor! Dodatkowo jestem zadowolony z nowego modelu Terminatora, który tym razem (to faktycznie nowość) potrafił dzielić się na dwa samodzielne roboty – metalowy szkielet i „skorupę” z płynnego metalu. Niestety obawiam się, że to koniec moich pochwał. „Rise of the Machines” miało lepsze tempo, sceny akcji (pościg dźwigiem!), a także prawdziwy niewymuszony humor oraz świetnego wroga – „żeńskiego” robota Terminatrix. No i doliczmy do tego niebanalną końcówkę, której chyba nikt się nie spodziewał. Pod tym względem „Dark Fate” jest niestety proste i przewidywalne jak drut. 

Nie oznacza to jednak, że „Dark Fate” uważam za zły film – doceniam techniczną biegłość, w miarę znośne efekty specjalne, grę aktorską czy dialogi. Słowo, którego mógłbym użyć odnośnie podsumowania filmu brzmi: poprawny. Ale to za mało! Od dobrego kina akcji wymagam tej nieuchwytnej iskry, nutki przygody i fantazji, która wciągnie widza w świat historii nie z tego świata. Tutaj… nie czułem nic. Żadnych emocji, a jedynie znużenie. A zacząłem od irytacji, bowiem jedna z pierwszych scen de facto sprawia, że wszystko co działo się w pierwszym „Terminatorze” i „Judgement Day” nie miało żadnego sensu. Po co więc traciliśmy tyle godzin na śledzenie tej historii? 

Wiem, że „Dark Fate” miało być zaczątkiem nowej trylogii, stąd też wprowadzenie nowej głównej bohaterki, młodej Meksykanki Dani (w tej roli Natalia Reyes). Niemniej sądząc po klęsce finansowej filmu, szczerze wątpię w kolejne sequele. O wiele bardziej wolałbym zobaczyć dokończenie wątków z „Salvation”, czyli kolejne epizody postapokaliptycznej wojny z maszynami – i to bym kupił! Ile jeszcze razy mamy oglądać kolejnego złego Terminatora, który cofa się w czasie i dobrego Arnolda Schwarzeneggera, który z nim walczy? Już starczy, naprawdę! 

A może po prostu zostawmy wszyscy franczyzę „Terminatora” w spokoju. Jeśli producenci nie chcą nam dać porządnej wojny z maszynami, ruchu oporu, laserowych karabinów i konstrukcji wehikułu czasu, to niech spadają. Ja się będę cieszył oryginalnymi czterema filmami, a „Dark Fate” jak i „Genisys” sobie podaruję. Hasta la vista, baby!

Wniosek: Niepotrzebna historia, na dodatek pozbawiona ikry.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Terminator"! >>>


listopada 26, 2019

"Midway"

"Midway"
O czym to jest: Najważniejsza bitwa morska na Pacyfiku w czasie II wojny światowej.

midway fiilm 2019 recenzja skrein wilson evans eckhart harrelson

Recenzja filmu:

Zawsze stałem na stanowisku, że kina batalistycznego nigdy dość. A jeśli dotyczy II wojny światowej to tym bardziej! Tym razem hollywoodzki specjalista od widowiskowej rozwałki na ekranie, czyli Roland Emmerich, wziął na warsztat Bitwę o Midway. Było to kluczowe starcie amerykańskiej i japońskiej marynarki na Pacyfiku, które zdecydowało o dalszych losach wojny w tamtym rejonie świata. Było to też pierwsze i chyba jedyne na taką skalę w historii starcie lotniskowców (trzy amerykańskie kontra cztery japońskie). Dlatego tym bardziej byłem zachwycony, że mogę to zobaczyć na dużym ekranie w pełnej krasie! 

Oczywiście to nie pierwsza opowieść na ten temat – trzeba wspomnieć tu o filmie „Midway” z 1976 roku z Charltonem Hestonem i Henry’m Fondą w rolach głównych. Z kolei współczesny widz myśląc o wojnie morskiej na Pacyfiku ma w głowie przede wszystkim „Pearl Harbor” z 2001 roku. I przyznaję, że pod względem widowiskowości wspomniany film stawia poprzeczkę bardzo wysoko! Gdyby tylko jego fabuła nie była tandetnym melodramatem… Na szczęście tegoroczne „Midway” nie popełnia tego błędu. Akcja filmu również zaczyna się od ataku na Pearl Harbor i obejmuje kolejne półrocze – od lotniczego Rajdu Doolittle’a na Tokio, przez Bitwę na Morzu Koralowym, po samo Midway. Czyli jednym słowem: akcja, akcja i jeszcze raz akcja! Głównym bohaterem opowieści jest Dick Best (w tej roli Ed Skrein), legendarny amerykański pilot bombowca nurkującego, który zapisał się w historii niewiarygodną brawurą i umiejętnościami. I choć bardzo podobała mi się ta postać, to niestety nie mogę się zbyt pochlebnie wyrazić o aktorskich umiejętnościach Eda Skreina. Powiedzieć że jest sztywny jak słup telegraficzny, to nic nie powiedzieć! Jego brak talentu przeszkadzał mi w tym filmie najbardziej – na szczęście to chyba mój jedyny zarzut. 

Na szczęście co popsuł Skrein, to nadrobiła imponująca obsada drugoplanowa. Patrick Wilson (mój ulubieniec!) jako oficer wywiadu, Woody Harrelson jako admirał Nimitz, Luke Evans jako dowódca eskadry bombowców, Aaron Eckhart jako legendarny pułkownik Doolittle, no i okrutnie postarzały Dennis Quaid jako dowódca USS Enterprise. Wow! Takiej kultowej obsady w kinie wojennym nie widziałem chyba od czasów „Cienkiej Czerwonej Linii”. Każdy ze wspomnianych aktorów nie dostał może zbyt wiele czasu ekranowego, ale razem zebrani do kupy stworzyli rewelacyjny efekt. I dokładnie o to chodziło, wszak „Midway” to nie głęboki dramat obyczajowy, ale solidne kino wojenne wysokiej klasy. Sceny nalotów na lotniskowce wbijają w fotel – człowiek się zastanawia, jak to możliwe że ktokolwiek mógł to przeżyć! Owszem, efekty specjalne czasem nie dają rady i widać w nich mocną ingerencję komputerów. Ale jeśli przymkniemy na to oko, będziemy się świetnie bawić, to gwarantuję! 

„Midway” to bardzo dobra opowieść o odwadze, poświęceniu i determinacji. Co istotne, laurka dla amerykańskich sił zbrojnych nie jest w niej aż tak kłująca w oczy, powiedziałbym wręcz że udało się ją odpowiednio wyważyć. Doceniam też, że pokazano na równi okrucieństwo, jak i niewiarygodny heroizm japońskich żołnierzy, który do dziś jest skrajnym przykładem poświęcenia dla ojczyzny. Niemniej, w skali bohaterstwa, to Amerykanie grali w w tej bitwie pierwsze skrzypce. I całe szczęście dla świata!

Wniosek: Świetne kino historyczne. Ogląda się jak dokument!


listopada 08, 2019

"Jurassic World: Fallen Kingdom" ("Jurassic World: Upadłe Królestwo")

"Jurassic World: Fallen Kingdom" ("Jurassic World: Upadłe Królestwo")
O czym to jest: Ludzie próbują wywieźć dinozaury z wyspy zagrożonej wulkanem.

park jurajski upadłe królestwo film chris pratt

Recenzja filmu:

Podtytuł filmu brzmi „Upadłe Królestwo”. Doskonale podsumowuje on poziom, którego sięgnęła najsłynniejsza kinowa seria o dinozaurach. Jest nawet gorzej niż przy „Zaginionym Świecie”, choć wydawało się to niemożliwe. Być może to wina tzw. „klątwy piątej części” (zauważyliście, że piąta część danego cyklu filmowego jest zazwyczaj najgorsza?). A może po prostu formuła się wyczerpała i goni w piętkę… Tak czy siak, wyszło naprawdę kiepsko. 

Winny numer jeden: fabuła. „Jurassic World” było oryginalnym i świeżym konceptem, zakładającym że park rozrywki z dinozaurami w końcu został powołany do życia. Mieliśmy więc okazję zobaczyć go w pełnym rozkwicie, którego nie powstydziłby się Disneyland, a także obejrzeć jego dramatyczny upadek. Tymczasem w „Fallen Kingdom” wracamy na zrujnowaną wyspę, by potem przenieść się… do stylizowanej na średniowieczny zamek rezydencji pewnego bogacza, gdzie w piwnicy trwa aukcja dinozaurów. Naprawdę nie można było wymyśleć nic atrakcyjniejszego? Co gorsza, obecną od pierwszej części wyspę dinozaurów Isla Nublar postanowiono zdetonować za pomocą wulkanu. No i zgoda, czemu nie, ale naprawdę mamy uwierzyć że najróżniejsze drapieżniki klasy tyranozaurów czy karnotaurów nie miały nic innego do roboty, niż próbować zjeść ludzi w momencie, gdy wokół płyną strumienie lawy i spadają pociski piroklastyczne? No dajcie spokój… 

 Ilość dziur fabularnych w tym filmie przeraża. Ale w porządku, moglibyśmy postanowić że przymykamy na to oko, wszak to popcornowe kino rozrywkowe. Problem w tym, że i tej rozrywki jest jak na lekarstwo. Postacie nie przekonują (Chris Pratt gra na jedną nutę, co zresztą robi we wszystkich swoich filmach), a i Bryce Dallas Howard nie błyszczy – co jest tym bardziej przykre, bo ogólnie to świetna z niej aktorka. Postacie drugoplanowe pominę, bo nie są godne żadnej wzmianki, co dotyczy zarówno „dobrych gości”, jak i złych. 

„Fallen Kingdom” niestety jest kinem zwyczajnie nudnym! Nie dzieje się tu nic godnego uwagi. Dinozaury biegają, żyją, umierają, żyją dalej, źli goście zostają zjedzeni, dobrzy goście czekają na kolejny sequel. Zresztą cały film wydaje mi się być wyłącznie przerywnikiem, by położyć grunt pod szóstą część cyklu, która ma być wielkim finałem (prawdopodobnie). Szkoda tylko, że musieliśmy na to stracić dwie godziny, bo całą treść „Fallen Kingdom” dałoby się zmieścić w jakimś wstępie kolejnego filmu albo coś… Z korzyścią dla czasu i pieniędzy widza. 

A, i jeszcze jedno, taki mały apel do twórców: błagam, skończcie z tworzeniem nowych gatunków dinozaurów! Macie ich tyle do wyboru, a paleontolodzy co rusz odkopują jakieś nowe okazy, naprawdę nie musicie wymyślać dziwacznych hybryd. Dla widza nie ma różnicy, czy bohaterów chce zjeść tyranozaur, raptor czy jeszcze coś innego, dinozaur to dinozaur!

Wniosek: Tak źle napisanego scenariusza nie widziałem od dawna. Nudna szmira!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Jurassic Park"! >>>


listopada 06, 2019

"Community"

"Community"
O czym to jest: Grupa życiowych rozbitków studiuje w college'u dla odrzutków.

community serial donald glover chevy chase john oliver

Recenzja serialu:

Jest dla mnie wielką zagadką, jakim cudem przez tyle lat nie słyszałem o tym serialu! A to przecież czyste złoto! Nie dziwię się, że ma status kultowej produkcji w USA. Jeśli chodzi o współczesne amerykańskie seriale komediowe, to w Polsce prym popularności wiedzie wciąż „The Big Bang Theory” (na spółkę z „Przyjaciółmi”). Tymczasem „Community”, w mojej ocenie, jest od nich zdecydowanie lepsze! 

Jeśli chodziliście kiedykolwiek na studia, od razu złapiecie klimat produkcji. Akcja serialu dzieje się w college’u, ale nie takim zwykłym, bo tzw. „community college”. To coś w rodzaju „technicznego college’u”, który trwa zazwyczaj dwa lata i można by go w Polsce przyrównać do szkoły policealnej. Zaletą takich szkół w USA jest to, że są tańsze od klasycznego college’u, choć oczywiście ich poziom też jest odpowiednio niższy. Historia „Community” opowiada o takiej szkole dla wszelkiej maści odrzutków, życiowych rozbitków i dziwaków, którzy nawiązują ze sobą relacje quasi-rodzinne i wspólnie stawiają czoła przeciwnościom losu. Wszystko w komediowej konwencji rzecz jasna. Zestawienie głównych bohaterów produkcji zawiera: aroganckiego ex-adwokata wywalonego z pracy za sfałszowanie dyplomu, niespełnioną anarchistkę, kujonkę z problemem narkotykowym, ex-sportowca o mentalności kilkulatka, afroamerykańską „mamuśkę” po rozwodzie, podstarzałego milionera szowinistę oraz autystycznego nerda. Oryginalna gromadka, nieprawdaż? Doliczcie do tego transseksualnego dziekana i demonicznego wykładowcę z problemami psychicznymi, a macie przepis na szaloną jazdę bez trzymanki! 

„Community” jest zabawne, i to oryginalnie zabawne, już od pierwszych scen. Dialogi, gra aktorska (dość wspomnieć, że jedną z ról gra kultowy Chevy Chase, a inną wschodząca gwiazda kina i estrady Donald Glover!), pomysły na odcinki – wszystko zagrało perfekcyjnie. Największą zaletą serialu jest błyskotliwy kolaż motywów popkultury, który zapewnia świeżość i oryginalność formy. Są więc epizody w konwencji kina akcji, horroru, science fiction, westernu, kryminału etc. Moimi ulubieńcami są odcinki „bitew paintballowych”, które – uwierzcie mi – są prawdziwymi krótkometrażowymi dziełami sztuki! A taki na przykład dwuodcinkowiec o bitwie miasta poduszek z miastem koców w konwencji dokumentu o wojnie secesyjnej zasłużył co najmniej na nagrodę Emmy! 

Uwielbiam „Community” za bohaterów, humor i to, że nie traktują widza jak idioty, tylko jak inteligentnego, obeznanego z popkulturą odbiorcę. To pozycja bez dwóch zdań kultowa. Będę do niej wracał! 

#SixSeasonsAndAMovie

Wniosek: Rewelacyjna zabawa formą i konwencją! Rozbawi każdego!


listopada 05, 2019

"El Camino"

"El Camino"
O czym to jest: Domknięcie wątków kultowego serialu "Breaking Bad".

breaking bad film netflix pinkman heisenberg

Recenzja filmu:

Pamiętacie jeszcze kultowy serial „Breaking Bad”? Jego sława już nieco przygasła, ale to wciąż wspaniały, wybitnie zagrany i głęboko przejmujący kawałek telewizji. Opowieść o nauczycielu chemii, który przekształca się w demonicznego mafiosa i wytwórcę metamfetaminy, nie straciła nic na swojej aktualności. I choć to Walter White (w tej roli niezapomniany Bryan Cranston) był w serialu głównym bohaterem, to równie ważną rolę pełnił jego pomocnik Jesse Pinkman (grany przez Aarona Paula). I to właśnie o nim opowiada film „El Camino”

Produkcja stanowi bezpośredni sequel serialu i jednocześnie jego epilog, domykając nieliczne luźne wątki. Kluczowe pytanie w takiej sytuacji brzmi: czy ten film był w ogóle potrzebny? Moim zdaniem – choć wielu się ze mną nie zgodzi – niekoniecznie. I to pomimo faktu, że jestem ogromnym fanem serialu! „Breaking Bad” to dla mnie dzieło kompletne, poprowadzone z wyczuciem i sensem od A do Z. Wszystkie postacie dotarły do celu, wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione. Finalny los Pinkmana, choć teoretycznie niepewny, dawał swobodną interpretację i pole dla wyobraźni widza. „El Camino” rusza dokładnie z miejsca, w którym zakończyło się ostatnie ujęcie „Breaking Bad”. Ale nie jest przy tym w żaden sposób odkrywcze czy zaskakujące. Finał przynosi Pinkmanowi dokładnie to, czego mogliśmy się spodziewać. Czy naprawdę trzeba było na to poświęcać aż dwie godziny czasu ekranowego? 

Oczywiście miło było zobaczyć niemal wszystkich istotnych aktorów, którzy pojawili się w serialu (to zasługa licznych flashbacków). Nie mogę też nic odmówić sprawności technicznej twórców. Zdjęcia plenerów Nowego Meksyku są naprawdę imponujące, podobnie jak przejmująca gra aktorska – tu palmę pierwszeństwa oddaję oczywiście Aaronowi Paulowi (ale i mojemu ulubieńcowi, Jessy'emu Plemonsowi w roli Todda). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że całe „El Camino” powstało, by wspomóc podupadającą karierę aktorską Paula i przy okazji zapewnić twórcom i obsadzie towarzyskie spotkanie po latach. Nie jestem przekonany, czy wejście ponownie do tej samej rzeki było dobrym rozwiązaniem. „El Camino” było tylko – i aż – kolejnym odcinkiem „Breaking Bad”. Ja jednak od samodzielnego filmu wymagam nieco więcej. 

Film polecam przede wszystkim fanom serialu. Zwłaszcza tym, którzy dopiero go poznają i będą mieli okazję obejrzeć „El Camino” w ciągu. To zdecydowanie najlepsze rozwiązanie!

Wniosek: W zasadzie niepotrzebny epilog świetnego serialu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Breaking Bad"! >>>


października 28, 2019

"Joker"

"Joker"
O czym to jest: Sfrustrowany komik-klaun popada w szaleństwo.

joker film recenzja joaquin phoenix robert de niro

Recenzja filmu:

Na początek ciekawostka – Amerykanie tak się przerazili, że seans „Jokera” może wśród widzów wywołać mordercze instynkty, że postawili przed kinami uzbrojonych żołnierzy! I rozumiem czemu mogli tak pomyśleć. USA to kraj z jednymi z największych na świecie nierówności społecznych, gdzie garstka pojedynczych miliarderów ma więcej majątku niż cała reszta społeczeństwa. Kraj, w którym bajecznie bogaci krezusi jak Musk czy Bezos budują sobie statki kosmiczne, a reszta musi stać w kolejkach do darmowych garkuchni. Właśnie o takim świecie opowiada „Joker”, prezentując kino superbohaterskie, które wcale nie opowiada o superbohaterach. 

Oczywiście to tylko jedna z wielu warstw. „Joker”, jak przystało na kinowe dzieło sztuki, ma ich wiele. To opowieść o człowieku, którego system społeczny wyrzucił na śmietnik. I jednocześnie przestroga – ludzie, którzy nie mają absolutnie nic do stracenia, są całkowicie nieprzewidywalni i śmiertelnie niebezpieczni. Słusznie porównuje się go z „Taxi Driver”. W tamtej kultowej produkcji główny bohater również odkrył, że przemoc nie jest czymś godnym potępienia – wręcz przeciwnie, jest wybawieniem! Tytułowy bohater „Jokera”, jak przystało na czystej krwi antybohatera, używa przemocy tylko przeciwko złym ludziom – złym zarówno przez swoje czyny, jak i ignorancję. Problem w tym, że choć teoretycznie możemy mu kibicować, zdajemy sobie sprawę że pod definicję „złego” może podpaść każdy z nas. Krzywo spojrzałeś na ulicy? Kulka w łeb. Zaśmiałeś się w niewłaściwym momencie? Kulka w łeb. Czy na pewno w takim świecie chcemy żyć? 

Przesłanie „Jokera” nie mogło być bardziej aktualne. Rok 2019 to czas, gdy trwają brutalne rewolty społeczne w niegdyś stabilnych regionach, takich jak Wenezuela, Chile czy Liban. Wszędzie chodzi o to samo – przerażające rozwarstwienie między bogaczami a biedotą rzuconą na kapitalistyczny żer wielkiego miasta. Gotham w tej wizji, mimo że jest osadzone w realiach lat 80., to współczesny Hong Kong, Santiago czy Bejrut. Nie mają racji ultraliberałowie twierdzący, że w takim świecie powinieneś sobie poradzić, albo zginąć. Może i każdy jest kowalem własnego losu, ale ofiarowanie każdemu wędki bez wcześniejszego przeszkolenia i doradztwa jak jej używać, do niczego nie doprowadzi. Co najwyżej do krwawej bitwy na wędki i haczyki z przynętami. 

Jak pamiętamy, Heath Ledger dostał Oscara za rolę Jokera w „The Dark Knight”. Byłoby więc wielkim nieporozumieniem, gdyby nie dostał go Joaquin Phoenix za to, co zrobił w tym filmie. To oczywiście nie pierwsza wielka rola Phoenixa („Gladiator”! „Walk the Line”!), ale za to najbardziej „oscarowa”. Transformacja fizyczna i psychiczna aktora wstrząsnęła mną do głębi. Oglądając wszystkich poprzednich Jokerów nie mogłem wyzbyć się wrażenia komiksowości postaci. Z kolei patrząc na Phoenixa w pełnym makijażu i kolorowym garniturze, czułem autentyczne uczucie przerażenia i głębokiego niepokoju. To jest człowiek, którego należy się bać. Człowiek, który zabije cię kartką papieru i nawet tego nie zauważy. A co najgorsze, jest w tym wszystkim tak realny i przekonujący, że mogę sobie wyobrazić, że kiedyś kogoś takiego spotkam na żywo. Obym zdążył uciec… 

Nie mogę się nachwalić „Jokera”. Jestem zachwycony, że włodarze Warner Bros przestali się ścigać z Disneyem w wyścigu superbohaterskich uniwersów, który dawno już przegrali. Stąd powolne wygaszanie „DC Extended Universe” i postawienie na pojedyncze historie w mrocznym, poważnym tonie, któremu bliżej do kina awangardowego. Mówi się, że nadchodzący „The Batman” z Robertem Pattisonem będzie kolejnym krokiem w tym kierunku. I choć pewnie nigdy więcej nie zobaczymy już Thomasa Wayne’a w odczarowanej wersji aroganckiego bufona i chama, cieszę się że pokazano go takiego w „Jokerze”. W sumie dlaczego mielibyśmy się spodziewać, że w rzeczywistości zachowywałby się inaczej?

Wniosek: Wybitne psychologiczne studium postaci. Przejdzie do historii kina.


października 24, 2019

"Ad Astra"

"Ad Astra"
O czym to jest: Astronauta wyrusza w kosmos, by odnaleźć zaginionego ojca.

ad astra film recenzja brad pitt tommy lee jones

Recenzja filmu:

No to się Brad Pitt rozkręcił! Ledwo z afiszy zeszło „Once Upon a Time in Hollywood”, a tu już na ekranach film science fiction, w którym Brad Pitt wyrusza w kosmos, by odnaleźć Tommy’ego Lee Jonesa. „Ad Astra” prezentuje ostatnio modny temat realistycznych filmów SF, w którym eksploracja kosmosu przedstawiona jest zgodnie z zasadami nauki i przewidywalnych kierunków rozwoju technologicznego (zainteresowanym tematyką polecam przede wszystkich arcydobry serial „The Expanse”, ale też takie hity jak np. „Interstellar”). 

Ale nie dajcie się zwieść pozorom – choć zabrzmi to kuriozalnie, „Ad Astra” nie jest filmem o kosmosie. To niezły paradoks, bo przecież cała akcja dzieje się w Układzie Słonecznym, zaczynając od ziemskiej orbity, przez Księżyc, Mars aż do Neptuna. Mimo to głównym wątkiem fabuły są relacje, a konkretnie emocjonalna więź między ojcem a synem. Więź dodajmy raczej platoniczna, bowiem w tym filmie ojciec (Tommy Lee Jones) lata temu wyruszył w kosmos, by na orbicie Neptuna obserwować dalekie układy planetarne w poszukiwaniu obcych cywilizacji. Żyjący w jego cieniu syn (Brad Pitt), który by zadowolić nieobecnego rodziciela sam został astronautą, odbywa pełną trudów i udręk podróż, by zmierzyć się ze swoim nemesis. Podróż, dodajmy, zarówno wewnętrzną jak i rzeczywistą. Z tego też powodu część dialogów to myśli głównego bohatera słyszane z offu, przypominające mi nieco styl filmów Terrenca’a Malicka. Muszę przyznać że Brad Pitt odwalił kawał dobrej roboty – grał oszczędnie, bez zbytniej ekspresji, w stylu wiarygodnym dla astronauty-żołnierza, który niczym współczesny Jonasz doświadcza odysei w brzuchu wieloryba. Jest w tym spora doza psychologicznej głębi, co zadowoli widzów lubujących się w wysmakowanych dramatach obyczajowych. 

A co z twardogłowymi fanami science fiction? I dla nich przewidziano coś atrakcyjnego. Wizja Księżyca skolonizowanego przez różne państwa, gdzie kopalnie surowców toczą ze sobą regularne wojny, a wśród kraterów czają się piraci, bardzo do mnie przemówiła. „Ad Astra” prezentuje dość ponurą i dystopijną wizję kolonizowania kosmosu, gdzie jak na Dzikim Zachodzie w bólach i krwi wykuwa się nowy świat. Zgodnie z tym dogmatem ludzie opuszczając Ziemię zabrali ze sobą wszystkie swoje problemy, tyle że na większą skalę. I jeśli pomyślimy logicznie – czemuż miałoby być inaczej? Cukierkowa wizja „Star Treka”, gdzie wszyscy Ziemianie w utopijnej zgodzie niosą innym cywilizacjom kaganek oświaty wydaje się być zbyt naiwna. Stąd też obecna w „Ad Astrze” kolonia na Marsie, gdzie panuje dekadencki, surowy klimat syberyjskiego gułagu, czyli miejsca skąd nie ma ucieczki i gdzie nie ma przyszłości. To również coś nowego – do tej pory widziałem takie rzeczy tylko w „The Expanse”. Polecam! 

A teraz mój największy zarzut – i będzie nim kolejny paradoks. „Ad Astra” ma za dużo akcji! Takie kino o wiele bardziej sprawdziłoby się jako monodram, coś jak „Moon”, gdzie narracja praktycznie nie wychodziła z głowy głównego bohatera. A tymczasem dostaliśmy pościg łazikami na Księżycu (może i efekciarski, ale serio – nikt nie pomyślał by opancerzyć te pojazdy i dać choć minimum ochrony załogom przed piratami?), strzelaniny na statkach kosmicznych, zmutowane małpy i finalny surfing w pierścieniach Neptuna, przypominający lot gaśnicą w „Grawitacji” albo dziurawym kombinezonem w „Marsjaninie”. Było to moim zdaniem niepotrzebne i na odległość pachnące hollywoodzkim kiczem. Trochę tak, jakbyście dostali wspaniale skomponowaną sałatkę i zalali ją z wierzchu słoikiem majonezu. Ani to smaczne, ani zdrowe! 

Z „Ad Astra” można było wyciągnąć więcej. Mimo to wciąż stanowi ciekawy kawałek kina, z dystopijnym przesłaniem, który jednak pozostawia na końcu mały promyk nadziei na lepszą przyszłość. A, cytując klasyka, nawet najmniejsze światło może pokonać ciemność!

Wniosek: Niezłe kino psychologiczne, choć momentami zbyt sztampowe.


października 23, 2019

"Once Upon a Time... in Hollywood" ("Pewnego Razu... w Hollywood")

"Once Upon a Time... in Hollywood" ("Pewnego Razu... w Hollywood")
O czym to jest: Podupadły aktor i jego dubler w realiach Hollywood roku 1969.

pewnego razu w hollywood film recenzja quentin tarantino dicaprio pitt robbie

Recenzja filmu:

Quentin Tarantino nie przestaje mnie zadziwiać. Opinie o jego stylu są skrajne; jedni uważają go za geniusza i mistrza zabawy konwencją, inni zaś za wydmuszkę, człowieka który kręci najzwyklejsze kino klasy B udając, że jest sztuką wysoką. Ja się zaliczam do pierwszej kategorii. Od czasów „Pulp Fiction” czuję, że w jego filmach jest coś więcej niż morze krwi i przemocy gore. Myślę że Tarantino nie zapomniał, że główną rolą kina jest niesienie rozrywki w niebanalny sposób. I właśnie w tym tkwi jego przepis na sukces. 

Przyznam jednak, że podczas seansu „Once Upon a Time in Hollywood” przez większość czasu towarzyszyło mi poczucie zagubienia. Zamiast konkretnej fabuły (choćby nieliniowej) lub zagadki do rozwiązania, Tarantino tym razem postawił na „obrazek z epoki”. Postacie w filmie nigdzie konkretnie nie zmierzają, nie rozwijają się ani nie przechodzą wewnętrznej przemiany. Ot po prostu kartka z kalendarza rzeczywistości Fabryki Snów roku 1969. Aktorzy siedzą, piją i zastanawiają się nad przemijającymi karierami. Nowe gwiazdy wznoszą się i upadają równie szybko. Tu Roman Polański i Sharon Tate pomykają kabrioletem, tam pewien kaskader wdaje się w sparing z Bruce’m Lee, a jeszcze gdzie indziej Rodzina Mansona pogrążona w oparach kwasu dojrzewa do krwawych zbrodni. Teoretycznie film ma głównego bohatera – fikcyjnego aktora Ricka Daltona (w tej roli Leonardo DiCaprio), stworzonego na bazie biografii Steve’a McQueena, Burta Reynoldsa i Pete’a Duela. Jego najlepszym (i chyba jedynym) przyjacielem jest dublel i kaskader Cliff Booth (Brad Pitt). Ten sympatyczny duet przez cały film krąży po Hollywood, próbując znaleźć swoje miejsce w świecie jupiterów i celebrytów. Z wielką przyjemnością oglądałem ich na ekranie, po części dlatego że lubię i doceniam zarówno DiCaprio jak i Pitta, ale również dlatego że stworzyli niebanalne postacie z krwi i kości, z całym wachlarzem głębokich reakcji i emocji. Co ciekawe, porównując ich razem, to Pitt wydaje się być lepszym aktorem! Ale może po prostu miał ciut więcej czasu ekranowego, stąd to wrażenie. 

Kulminacyjnym momentem filmu – według zapowiedzi – miało być morderstwo Sharon Tate (w tej roli zjawiskowa Margot Robbie) w domu Romana Polańskiego, dokonane w sierpniu 1969 roku. I potwierdzam, film faktycznie obejmuje ten okres. Ale to, w jaki sposób Tarantino podszedł do tematu, musicie zobaczyć na własne oczy. Gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni! Właśnie ten fragment, kończący cały film, stanowi prawdziwą wisienkę na torcie, która potwierdza że Tarantino to prawdziwy geniusz i jeden z bardziej błyskotliwych obserwatorów Hollywood, jacy chodzą po świecie. Chylę czoła! 

Na sam koniec mała wzmianka o polskim akcencie – tak, w filmie pojawia się Roman Polański. I tak, gra go polski aktor Rafał Zawierucha. Niestety muszę Was rozczarować, bo postać Polańskiego pojawia się wyłącznie na trzecim planie i nie ma nawet jednej linii dialogowej. Kto wie, może coś więcej było w scenach wyciętych? Miejmy nadzieję, że kiedyś się przekonamy. 

Jeśli chcecie obejrzeć prawdziwie wiarygodny obraz Hollywood epoki dzieci-kwiatów i wojny w Wietnamie, nie mogliście lepiej trafić. Pod tym względem „Once Upon a Time in Hollywood” to niemalże film dokumentalny. Oczywiście ze sporą domieszką tarantinowskiej groteski i magii, na jakiej stać prawdziwe kino!

Wniosek: Bardzo dobre kino z unikalnym klimatem epoki.


października 22, 2019

"Spider-Man: Far From Home" ("Spider-Man: Daleko od Domu")

"Spider-Man: Far From Home" ("Spider-Man: Daleko od Domu")
O czym to jest: Spider-Man ratuje świat.

spiderman daleko od domu film tom holland

Recenzja filmu:

Zdałem sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach Jest Kultowo przykrył kurz – żadnych nowych recenzji! Zaległości zrobiło mi się całkiem sporo. Więc czas zacząć nadrabiać! Zacznijmy od ostatniego „Spider-Mana”, który od czasu premiery zdążył już wylecieć z „Marvel Cinematic Universe”, a potem triumfalnie powrócić. I całe szczęście, bo wyrzucenie poza nawias Petera Parkera w wykonaniu Toma Hollanda byłoby dla Marvela ogromną stratą. 

Po pierwsze Spider-Man jest chyba drugim – po Batmanie – najpopularniejszym superbohaterem na świecie. Taka pozycja zobowiązuje. Dodatkowo Tom Holland idealnie pasuje do tej roli, oczywiście nic nie ujmując dokonaniom Andrew Garfielda w „The Amazing Spider-Man”. Holland ma w sobie doskonałą mieszankę werwy, iskry, talentu i młodości, która czyni go chyba najsympatyczniejszym bohaterem komiksowego uniwersum Marvela. To, plus atrakcyjna fabuła z niebanalnym zwrotem akcji, powoduje że „Far From Home” to chyba najlepsza kinowa przygoda Spider-Mana jaką do tej pory widziałem. A że dzieje się w europejskich realiach – w to mi graj! Praga, Berlin, Wenecja, Londyn – cóż za miła odmiana po ogranym do bólu Nowym Jorku czy San Francisco! 

„Far From Home” prawdopodobnie nie ma wielu słabych punktów. Oczywiście nie jest to arcydzieło na miarę całego worka Oscarów, tylko po prostu perfekcyjnie nakręcone kino rozrywkowe. Od pierwszej do ostatniej chwili nie traci tempa ani animuszu, a finalny zwrot akcji powinien zadowolić nawet największych malkontentów. Mimo że głównymi bohaterami są nastolatki, ani przez moment nie czułem że oglądam kino dla młodzieży. Wiek aktorów dodawał odpowiedniej dozy humoru, może i bazującego na prostych komediach sytuacyjnych, ale nie mniej przez to zabawnego. Ciekawym wydawał się być motyw wielkiego cienia Iron Mana, który pozostał na świecie po „Endgame”. To w jaki sposób Peter Parker musi dorosnąć do roli, jaką dał mu świat, jest bardzo intrygujące i wiarygodnie pokazane. Aż żal że w Marvelu nie pokazali nigdy tego, jak stawiał pierwsze kroki jako Spider-Man – chętnie bym to zobaczył, choćby w jakimś flashbacku. 

Muszę jeszcze wspomnieć o Mysterio – w tej roli przezabawny Jake Gyllenhaal. Nie mogę się nadziwić talentowi scenarzystów Marvela do przedstawiania najbardziej kuriozalnych postaci z kart komiksów w taki sposób, że ma to znamiona wiarygodności. No bo pomyślmy, jak realistycznie pokazać wirtuoza-czarodzieja, chadzającego w nastroszonej pelerynie i wielkiej szklanej kuli na głowie? A zapewniam, da się! I to jeszcze w kontekście, który zadaje słuszne pytania o nowoczesne technologie i idące z nimi zagrożenia. Brawo! 

I na samym końcu wyrazy uznania kieruję za sceny po napisach, chyba najlepsze jakie widziałem do tej pory w tym uniwersum. Cóż za cliffhanger! Chcę więcej!

Wniosek: Zdecydowanie to najlepszy "Spider-Man", jakiego nakręcono!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger