Popularne posty

października 14, 2018

"Venom"

"Venom"
O czym to jest: Dziennikarz łapie kosmicznego pasożyta.

venom film recenzja tom hardy

Recenzja filmu:

Zanim dotarłem do kina na "Venoma" nasłuchałem się sporo o tym, jak bardzo beznadziejna to produkcja. Porównywano ją poziomem do "Green Lantern" z Ryanem Reynoldsem, "Catwoman" z Halle Berry, czy chociażby ostatniej "Fantastycznej Czwórki". Pomyślałem sobie, że jeśli Tom Hardy - jeden z lepszych współczesnych aktorów - zagrał w takim badziewiu, to muszę to zobaczyć na własne oczy! No i poszedłem. Tylko po to, by przekonać się, że "Venom" to naprawdę fajny film!

Nie ściemniam - siedziałem w fotelu i czekałem na tą wielką katastrofę poziomu, która rzekomo miała nastąpić. Minuty mijały, a film trzymał się nieźle. I nie licząc tego, że tytułowy Venom de facto pojawił się gdzieś dopiero w połowie (podobnie jak Godzilla w "Godzilli"), to w zasadzie nie mam żadnych zarzutów! Owszem, jest schematyczny. Owszem, posiada sporo uproszczeń i zbyt korzystnych zbiegów okoliczności. Ale na litość boską, to popcornowy blockbuster o superbohaterach, a nie oscarowy dramat obyczajowy! Podejrzewam, że sporo recenzentów widząc nazwisko "Tom Hardy" spodziewała się co najmniej drugiej "Dunkierki", albo chociażby "The Dark Knight Rises". Ale przykro mi kochani, nie każdy reżyser jest (na szczęście) Christopherem Nolanem. "Venom" to solidna rozrywka dla przeciętnego odbiorcy popkultury - czyli taka, jak być powinna!

Tu warto podkreślić, że opłaciło się zatrudnić takiego aktora jak Tom Hardy. On nie tylko gra - on JEST tą postacią, w którą się wciela. Dziennikarz śledczy Eddie Brock, który trafia na wielki spisek z kosmitami w tle, jest w jego wykonaniu totalnie przekonujący. Popisy Hardy'ego to zdecydowanie najjaśniejszy punkt filmu i choćby dla niego warto poznać "Venoma"! Również Riz Ahmed w roli złowieszczego wcielenia Elona Muska (tyle że działającego w branży farmaceutycznej) również stanowi bardzo ciekawy czarny charakter. Nie jestem jednak przekonany co do castingu Michelle Williams w roli ukochanej Toma Hardy'ego, ale nie dlatego że kiepska z niej aktorka - wręcz przeciwnie, uważam że ta rola była zdecydowanie poniżej jej aspiracji i możliwości. Ale cóż, każdy musi spłacać kredyty, nieprawdaż?

Gdy pierwszy raz usłyszałem o solowym filmie o Venomie byłem mocno sceptyczny. Venom to arcywróg Spider-Mana i taki film bez Pajączka byłby jak film o Jokerze bez Batmana (który zresztą właśnie kręcą - ciekawe jak im pójdzie...). Ale - o dziwo - wyszło naprawdę dobrze! Venom nie jest oczywiście superbohaterem, tylko raczej antybohaterem, podobnie jak np. Deadpool. Ale koniec końców zabiera się za ratowanie świata, więc... w sumie wszystko się zgadza. A że jest przy okazji kosmicznym symbiontem, który lubi zjadać ludzi? Cóż, nikt nie jest idealny!

"Venoma" ogląda się z uśmiechem na buźce i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że chętnie obejrzę sequel. Niekoniecznie musi być z tego kolejne uniwersum, ale jeszcze dwa czy trzy filmy mogą być interesującym dodatkiem do filmowego dziedzictwa popkultury. Oby tak dalej!

Wniosek: Fajna rozrywka! Dobrze się ogląda.


października 12, 2018

"Kler"

"Kler"
O czym to jest: Grzeszny żywot trójki księży.

kler film recenzja smarzowski jakubik gajos braciak więckiewicz

Recenzja filmu:

Wojtek Smarzowski nie kręci filmów na próżno. Nie robi też ich dla pieniędzy (co jest o tyle przewrotne, że "Kler" pobił absolutny rekord frekwencji w historii kin w Polsce). Każde jego dzieło (a powstało ich do tej pory siedem) jest niczym film Quentina Tarantino - doskonale wyważony, wstrząsający i poruszający najczulsze struny w duszy widza. O ile jednak Tarantino stawia na rozrywkę i groteskę, to Smarzowski każe Polakom spojrzeć w najmroczniejsze zakamarki naszej narodowej duszy. I jak można się spodziewać, nie każdemu spodoba się, co tam znajdzie.

Śmiem twierdzić, że "Kler" to najlepszy film Smarzowskiego, porównywalny poziomem z "Drogówką", ale jednak lepszy, bo nie epatujący naturalizmem, wulgaryzmem i szokującymi obrazami. Większości brutalnych scen nie widzimy, bo nie ma takiej potrzeby - wyobraźnia podpowiada nam wszystkie szokujące szczegóły. A tych niestety nie brakuje, bowiem Smarzowski w "Klerze" zabrał się za temat grzechów polskiego (i światowego) Kościoła. Ktokolwiek uważnie śledzi rzeczywistość, ten wie, że jest z czego wybierać: chciwość, korupcja, pedofilia, zakłamanie, podwójna moralność, klientelizm, arogancja, grabież i okrucieństwo. I choć te paskudne cechy nie oddają pełnego obrazu Kościoła i księży - bo jest wśród nich wielu porządnych ludzi - to ich nagromadzenie jest chyba większe niż w jakiejkolwiek innej grupie społecznej (no, może z wyjątkiem polityków i śmietanki biznesu). Co jednak najgorsze, Kościół pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą i może robić, co mu się żywnie podoba. Za naszym - obywateli - cichym przyzwoleniem. Może więc czas na jakieś poważne zmiany?

Wyprzedzająca cenzura środowisk prawicowych okrzyknęła "Kler" filmem antykościelnym na długo przed premierą. I jak na prawicowców przystało, także tym razem pomylili się całkowicie. Smarzowskiemu udało się stworzyć dzieło kompletne, w którym - podobnie jak w "Wołyniu" - zebrał do kotła wszystko co złe i dobre, po czym zaprezentował w równych, wyważonych proporcjach. Co więcej, nie ograniczył się wyłącznie do czarno-białego obrazu "dobrych" i "złych" księży. Bohaterami filmu jest trzech duchownych. Pierwszy (Arkadiusz Jakubik) jest proboszczem z powołania, który angażuje się w życie patologicznej dzielnicy, walcząc jednocześnie z głębokimi traumami przeszłości. Drugi (Jacek Braciak) jest szemranym karierowiczem marzącym o Watykanie, który za pomocą korupcji i towarzyskich układów czyni tyle samo dobrego, co złego. No i trzeci (Robert Więckiewicz), który - wspomagając się wódką - klepie biedę na zabitej dechami wsi, jednocześnie mierząc się z siłą miłości do kobiety i wizją posiadania rodziny. Każdy z nich na swój sposób jest dobrym kapłanem, ale też i skrajnym grzesznikiem. Każdy ma też powody tego, co robi i przyczyny, dla których stał się takim człowiekiem. W zasadzie jedyną stricte negatywną postacią jest tu chciwy arcybiskup (znakomity Janusz Gajos), w którym nie pozostało już nic z człowieczeństwa. Bardzo w tym przypomina polski episkopat, zatem nic dziwnego, że taka postać się tu pojawiła. Tu warto zaznaczyć, że gdyby "Kler" kręcili Amerykanie, każdy z wymienionych aktorów miałby murowaną nominację do Oscara - są aż tak dobrzy!

Na szczęście Smarzowski nie ograniczył się tylko do przedstawienia postaci. W tle fabuły toczy się bowiem potężna pedofilska intryga, godna wysokiej klasy thrillerów. A na sam koniec widz pozostaje z pytaniem, kto tak naprawdę był w tej opowieści czarnym charakterem. Może nikt? A może wszyscy? Jedno jest pewne - po seansie film nikogo nie pozostawi obojętnym. A to jest nieodłączna cecha prawdziwie wybitnych dzieł kinematografii.

"Kler" to dogłębne studium ludzkiej psychiki ukazujące jasno, że każdy nosi w sobie tyle samo dobra, co zła. A to, czy zakłada do pracy koloratkę, nie ma żadnego znaczenia. 

Wniosek: Wstrząsający, wybitny i niezwykle potrzebny film.


września 29, 2018

"Predators"

"Predators"
O czym to jest: Grupa zabijaków walczy z kosmitami na innej planecie.

predators film recenzja adrien brody lawrence fishburne

Recenzja filmu:

I lecimy dalej z Predatorami. Czas na część trzecią, choć nie jest to typowa kontynuacja w rodzaju "Predatora 2". Tu warto nadmienić, że ta seria filmowa przypomina mi drzewo - pniem jest pierwszy "Predator", a cała reszta to gałęzie które od niego wychodzą. Tym razem gałąź w postaci "Predators" dzieje się w zadziwiającym miejscu, bo na innej planecie!

Pomysł na fabułę był dość prosty i przewrotny - zamiast jeździć na safari, Predatory zbudowały safari u siebie - a konkretnie na bezimiennym księżycu-dżungli, gdzie regularnie zrzucały ofiary z tuzina planet, by w spokoju na nie polować. Śpijcie jednak spokojnie - o ile nie jesteście zabójcami, żołnierzami czy najemnikami, nie macie się o co martwić. Predatory nie czerpią frajdy z porywania tych, co nie potrafią się bronić, zatem bohaterowie naszej opowieści znają się na zabijaniu i trafiają do dżungli uzbrojeni po zęby. Nie, żeby na wiele im to się zdało, ale liczy się gest, nieprawdaż? Najświeższym "zrzutem" z Ziemi dowodzi najemnik Royce - w tej roli oscarowy aktor Adrien Brody, którego nie spodziewalibyście się w kinie tego typu, zwłaszcza po tym jak zaczął święcić triumfy w ambitnych filmach klasy "Pianista" czy "O Północy w Paryżu". A jednak Brody uparł się, że wystąpi w tej roli i wiecie co? Wypadł rewelacyjnie! Na dodatek tak przypakował na siłowni, że natychmiast byłem w stanie uwierzyć, że twardy z niego gość.

Oczywiście Brody to nie wszystko, bo w końcu Predator musi po drodze ubić trochę pobocznych postaci. A jest z czego wybierać: m.in. izraelska pani snajper, rosyjski komandos, japoński mafiozo z Yakuzy, meksykański członek kartelu narkotykowego, afrykański rebeliant (w tej roli drugi oscarowy aktor w tym filmie, czyli Mahershala "Marshmallow" Ali) czy skazany na karę śmierci więzień... Zaczyna się więc klasyczna zgadywanka kto przeżyje do napisów końcowych. A nie jest to proste, bo to co poluje na naszych bohaterów, poluje też... na inne Predatory. Zatem obiecuję, że będzie się działo!

W "Predators" nie brakuje strzelanin, dobrego tempa, krwawych scen i ciekawych zwrotów akcji. Normalnie dałbym mu zapewne ocenę pięciu chomików, ale muszę odjąć jeden punkt za wyjątkowo kiepskie dialogi - jedyną wadę tej produkcji. Na szczęście takie kino ogląda się dla rozrywki, a nie głębokich przemyśleń filozoficznych, zatem nie martwi mnie to tak bardzo. Zwłaszcza, że film zawiera prawdopodobnie najlepszy pojedynek w historii tego uniwersum, gdy Japończyk z samurajskim mieczem staje naprzeciwko Predatora! To się nazywa epa pełną gębą!

Wniosek: Trochę schematyczne, ale całkiem niezłe kino akcji.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


września 28, 2018

"Krypton"

"Krypton"
O czym to jest: Przygody dziadka Supermana na planecie Krypton.

krypton superman DC serial recenzja

Recenzja serialu:

Dziś słówko - choć krótkie - o jednej z najnowszych produkcji prosto z komiksowego uniwersum DC. "Krypton", jak sama nazwa wskazuje, dzieje się na tytułowej planecie - ojczyźnie Supermana, pierwszego superbohatera w dziejach popkultury. Ale to nie o nim jest ta opowieść, ale o jego dziadku Seg-Elu, który musi udźwignąć dziedzictwo wielkiego (choć podupadłego) rodu i przy okazji ocalić świat. Brzmi dość prosto i schematycznie - a jak się to ogląda?

O dziwo - zadziwiająco dobrze. Wprawdzie fabularnie "Krypton" nie jest powiązany z filmami z "DC Extended Universe", ale to nie szkodzi. Twórcą serialu jest bowiem David S. Goyer, scenarzysta "Man of Steel", gdzie zobaczyliśmy sporo elementów starego Kryptona tuż przed zniszczeniem i wysłaniem małego Supermana na Ziemię. Dzięki wpływom Goyera jesteśmy w stanie uwierzyć, że serialowy Krypton sprzed dwóch pokoleń to ten sam, który zobaczyliśmy w filmie. Bardzo doceniam taką spójność, zwłaszcza że wizja ojczyzny Supermana jako skostniałego, antycznego społeczeństwa, zamurowanego w starych dogmatach i będącego niewolnikiem eugeniki, bardzo przypadła mi do gustu. Oczywiście budżet telewizyjny nijak się ma do Hollywood, więc nie zobaczymy chociażby wspaniałej "ziarnistej" technologii, która zachwyciła mnie w "Man of Steel". No ale jakby nie patrzeć akcja serialu dzieje się dwa pokolenia wstecz, więc co nieco mogło się zmienić.

Mam niestety poważne zastrzeżenia do gry aktorskiej. Cameron Cuffe w głównej roli niespecjalnie mnie do siebie przekonał. Również pozostali artyści to niestety aktorzy klasy B i C (za wyjątkiem Iana McElhinney'a rzecz jasna). Bardzo ostatnio cenię swój czas i to właśnie nieciekawa obsada jest powodem, dla którego odpuszczę sobie dalsze oglądanie "Kryptona". Niemniej oddaję hołd całkiem ciekawej, nieco szekspirowskiej fabule i pewnie dekadę temu z dużym zainteresowaniem śledziłbym tą produkcję. Polecam przekonać się samemu.

Wniosek: Ciekawe w formie i treści, dość dobrze się ogląda.


września 25, 2018

"Predator 2"

"Predator 2"
O czym to jest: Policjant poluje na kosmitę w Los Angeles.

predator 2 los angeles danny glover bill paxton recenzja filmu

Recenzja filmu:

Rozczarowawszy się nieco najnowszym odcinkiem serii, czyli "The Predator", postanowiłem powrócić do klasyki, a więc do pierwszego sequela - zapominanego i pomijanego "Predatora 2". Wielka szkoda, że mało kto pamięta o tym filmie, bowiem robiła go ta sama ekipa co pierwszą część, a to mogło oznaczać tylko jedno - wyszło tak samo kultowo!

"Predator 2" to jeden z nielicznych przykładów, w których sequel dorównał oryginałowi. Nie dość że udało się zachować klimat i tempo nieprzewidywalnego, krwawego kina akcji, to jeszcze dodano tak dużo nowych elementów, że dało się na nich zbudować całe uniwersum! Bądź co bądź właśnie tu po raz pierwszy zasugerowano, że seria "Alien" dzieje się w tym samym świecie co "Predator", nie mówiąc już o tym, że same Predatory rozmnożyły się od jednego łowcy do całej antycznej cywilizacji! No i nie zapominajmy o wspaniałym arsenale naszego kosmicznego drapieżnika, bez którego trudno sobie obecnie wyobrazić jakiekolwiek polowanie z jego udziałem (włócznia, siatka, dysk...). A wszystko to dzięki "Predatorowi 2"!

Przyznaję, że pomysł na scenariusz był tak karkołomny, że miał prawo się nie udać. Jak pamiętamy, pierwszy film miał miejsce w środowoamerykańskiej dżungli. Tutaj akcję przeniesiono... do Los Angeles. I to nie byle jakiego, bo ogarniętego wojną gangów, w którym twardy policjant (w tej roli kultowy Danny Glover) stara się zaprowadzić porządek. I choć Glover to nie napakowany Schwarzenneger, to zaręczam że jest równie wielkim kozakiem i tak samo nie boi się żadnego kosmicznego bandziora (i co ciekawe, nie ma nic wspólnego z fajtłapowatym, poczciwym policjantem z "Zabójczej Broni"). Obeznanych z popkulturą widzów na pewno ucieszy też fakt, że wspomaga go w tym młody Bill Paxton, który zagrał również w "Aliens" - swoją drogą zawsze się zastanawiałem, czy te postacie były jakoś spokrewnione...

"Predator 2" umiejętnie łączy kosmiczną nawalankę z dobrym kryminałem. Otwierająca film bitwa z kolumbijskim gangiem to jedna z najlepszych policyjnych strzelanin w historii kina! Nie brakuje również ponadczasowych kultowych scen - tu warto wspomnieć chociażby Danny'ego Glovera wybierającego broń z bagażnika, naparzankę w metrze, czy jamajskiego bossa narkotykowego w pojedynku z Predatorem. Choćby dla tych scen mogę do tego filmu wracać raz za razem. Nigdy mi się nie znudzi.

Wniosek: Równie kultowe jak pierwsza część. Jest moc!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


września 23, 2018

"Pod Mocnym Aniołem"

"Pod Mocnym Aniołem"
O czym to jest: Deliryczne przygody pisarza-alkoholika.

pod mocnym aniołem recenzja filmu smarzowski więckiewicz jakubik

Recenzja filmu:

W ramach przygotowań do premiery najnowszego hitu Wojtka Smarzowskiego, czyli "Kleru", postanowiłem nadrobić jedyny film w jego reżyserii, którego jeszcze nie widziałem - czyli "Pod Mocnym Aniołem". To ekranizacja semi-autobiograficznej powieści Jerzego Pilcha, krakowskiego literata i przy okazji skrajnego alkoholika. Główny bohater książki (i filmu) również ma na imię Jerzy, jest krakowskim pisarzem, i przez całe życie walczy z nałogiem alkoholowym. Zazwyczaj nieskutecznie.

Alkoholizm to polska choroba narodowa, zresztą charakterystyczna dla całego bloku wschodniego z Rosją włącznie. Pokuszę się o to, by nazwać "Pod Mocnym Aniołem" polską odpowiedzią na "Trainspotting". O ile w krajach zachodnich największe spustoszenie społeczne czynią narkotyki, to w Polsce robi to wódka. Pita na umór, niezależnie od statusu społecznego, wieku i płci. W filmie obserwujemy końcową stację długiej ścieżku upadku, która zazwyczaj zaczyna się od kieliszka do towarzystwa, a kończy na izbie wytrzeźwień lub w klinice odwykowej. Nasz bohater przez cały film kursuje na przemian pomiędzy kliniką, a własnym mieszkaniem zamienionym w alkoholową melinę. Zaliczane co rusz deliryczne napady odrywają go coraz bardziej od rzeczywistości, w której czeka na niego młoda, piękna żona. Jednak w starciu ze skrajnym nałogiem przegra wszystko i wszyscy - również (a może zwłaszcza) ci najbliżsi.

Zwykłem mawiać, że oglądanie filmu Smarzowskiego to jak wizyta w ulubionym teatrze. Grają tam ci sami aktorzy, ale za każdym razem w innych wcieleniach i innym wydaniu (mało tego, niektórzy zaliczyli w "Pod Mocnym Aniołem" po dwie role). Po raz pierwszy w kolekcji "mord" Smarzowskiego pojawił się Robert Więckiewicz, wspaniały aktor, który tutaj wzniósł się na wyżyny doskonałości. To oczywiście nie koniec, bo jak można się spodziewać zagrali tu też m.in. Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Marian Dziędziel, Marcin Dorociński, Lech Dyblik, Kinga Preis czy Andrzej Grabowski - a więc dokładnie te osoby, których się spodziewacie po dziele Smarzowskiego. Dzięki nim po raz kolejny miałem wrażenie, jakbym oglądał film dokumentalny i wyrywki z prawdziwego życia - poszarpane, psychodeliczne, oniryczne i potwornie przerażające. Oto Polska właśnie.

Wniosek: Bardzo prawdziwe studium alkoholizmu. W zasadzie film dokumentalny.


września 20, 2018

"The Predator" ("Predator")

"The Predator" ("Predator")
O czym to jest: Kosmici i ludzie polują na siebie nawzajem.

predator 2018 film recenzja shane black olivia munn

Recenzja filmu:

Widziałem film z cyklu o Predatorach, który był wojenną sieczką. Widziałem kryminał o policjantach i złodziejach. Widziałem solidną strzelankę, prostacką przygodówkę oraz dość niesmaczny horror. Ale że zobaczę komedię sensacyjną - tego, powiem szczerze, się nie spodziewałem.

Shane Black ma pewną reputację w Hollywood. Dość powiedzieć, że jako reżyser i scenarzysta specjalizuje się w gatunku tzw. buddy movie, czyli komedii sensacyjnych naszpikowanych sarkastycznymi dialogami (najlepsze przykłady jego autorstwa: dwie pierwsze "Zabójcze Bronie", "Ostatni Skaut" czy "Równi Goście"). Niemniej liczyłem na to, że to właśnie Black zrozumie, czego współczesna widownia, wychowana na oryginalnym "Predatorze", oczekuje od tego filmu. I miałem prawo w to wierzyć, bo przecież Black (jako aktor) zagrał tam jednego z komandosów i miał możliwość osobiście zaobserwować, co zapewniło sukces pierwszego filmu. Niestety zamiast uderzyć w znaną nutę (co dość umiejętnie zrobiono w "Predators"), poprawiając gdzieniegdzie to i owo, poszedł w kierunku luzackiej przygody, gdzie amerykański wojak, jego autystyczny syn oraz Predo-pies po lobotomii spacerują po lesie, przeżywając zabawne przygody. W tle dużo humoru, gagów sytuacyjnych i absurdalnie dynamicznych zwrotów akcji, które świetnie sprawdziłyby się w każdym innym filmie... tylko nie w "Predatorze".

Ja to widzę tak - to powinno być typowo męskie kino, z dużą ilością testosteronu, krwawej naparzanki i kultu US Army. Brzmi to wprawdzie jak przepis na kicz, ale przy sprawnym reżyserze i dobrej obsadzie sprawdzi się niemal zawsze (czego najlepszym przykładem jest seria "The Expendables"). Tymczasem "The Predator" to kino familijne, tyle że z bluzgami i wiadrami komputerowej krwi. Mam przez to pewien dysonans. Z jednej strony rechotałem jak głupi, choć częściowo z niedowierzania z powodu tego, co ja w ogóle oglądam. Z drugiej zaś mój wewnętrzny dziesięciolatek, który onegdaj z kuzynami biegał po lesie udając Schwarzennegera i Jessiego Venturę, krzyczał: nie, nie, nie, to nie tak ma wyglądać! Przyznaję, że "The Predator" zawiera sporo udanych elementów. Ale sposób ich przedstawienia jest co najmniej dyskusyjny...

Tutaj wspomnę słówko o aktorach. Boyd Holbrook w głównej roli był w miarę znośny (choć nieco poniżej moich oczekiwań). Olivia Munn wypadła zadziwiająco dobrze, biorąc pod uwagę fakt że jej atutem jest wygląd, a nie talent aktorski. Za to ekipa ze "świrobusu" to po prostu strzał w dziesiątkę! Grupa zwichrowanych weteranów z grubym PTSD na karku zawłaszczyła ekran szturmem i gdyby tylko do nich ograniczyć akcenty humorystyczne, byłoby idealnie. Absolutnie niepotrzebnie wpakowano wątek autystycznego dziecka czy dość żenujące psie przygody w wykonaniu zarówno ziemskich, jak i kosmicznych czworonogów. Na pocieszenie dodam, że przynajmniej rozwalanie ludzkich komandosów wyglądało jak należy, a miłośników serii na pewno ucieszą liczne nawiązania zarówno do "Predatora" jak i "Predatora 2", a także - co ciekawe - "AVP" i "Requiem"

Na sam koniec pozostawię kwestię scenariusza, którego prawdopodobnie nie zrozumiałem. Wiem tyle, że w filmie był dobry Predator, który chciał pomóc ludziom (że niby co?) i duży zły Predator, który chciał go upolować. A pośrodku tego banda nierozgarniętych ziemskich wojaków, strzelających do siebie bez wyraźnej przyczyny (no bo jak zrozumieć scenę, w której tajna agencja ściąga do bazy panią naukowiec do pomocy, a kwadrans później postanawia ją rozstrzelać). I jeszcze ta końcówka prosto z "Iron Mana"... Może była w tym jakaś głębia, ale ja jej nie dostrzegłem. Wiem tylko, że choć "The Predator" nie jest złym filmem, to nie jest to ta przygoda, na którą czekałem.

P.S. Dodam też, że Predatory gadające do siebie w swoim języku, a do ludzi w płynnej angielszczyźnie to jednak przesada...

Wniosek: Film taki sobie, ale nie jestem przekonany co do konwencji.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


września 18, 2018

"Predator"

"Predator"
O czym to jest: Amerykańscy komandosi walczą w dżungli z kosmitą.

predator 1987 schwarzenegger ventura black recenzja filmu

Recenzja filmu:

Kultowości nie można zaprogramować. Mało tego - trudno ją nawet przewidzieć. "Predator" miał być kolejnym filmem klasy B, jakich w latach 80. nie brakowało. Ot jedna z wielu historyjek ówczesnego kina akcji, z popularnym (do dziś) Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Ale tak się jakoś stało, że ta popcornowa strzelanka stała się jednym z najbardziej ikonicznych filmów akcji w historii, rozpoczynając cykl, który trwa już ponad 30 lat!

Kluczem do sukcesu "Predatora" był fakt, że wszyscy aktorzy i twórcy dali z siebie absolutnie wszystko. Choć fabuła brzmi wyjątkowo absurdalnie - amerykańscy komandosi walczą w środkowoamerykańskiej dżungli z paskudnym kosmitą - to sposób w jaki ją zrealizowano jest dosłownie perfekcyjny. Cały film nakręcono nie w studiu, a w prawdziwej dżungli, co zapewniło niezbędny realizm. Każdy z komandosów wręcz kipi testosteronem i widać, że nie dorobił się swoich muskułów przypadkowo (dwóch z nich było zresztą weteranami z Wietnamu, a kolejnych dwóch zawodowymi sportowcami). Imponuje również zróżnicowanie etniczne obsady - biali, Afroamerykanie, latynosi, a nawet pełnokrwisty Indianin. Otwierająca film sekwencja jest tak męska, że można sobie wyhodować wąs podczas seansu. I te teksty! "Predator" zawiera jedną z najlepszych kolekcji one-linerów w historii Hollywood, głównie w wykonaniu samego Schwarzennegera (choć wtóruje mu w tym sławny Jesse Ventura). 

A sam Predator? Nie licząc "The Thing", ten film zaprezentował jeden z najlepszych kostiumów kosmitów, jaki widziałem na ekranie - a uwierzcie mi, że widziałem większość. Noszenie go było wprawdzie torturą dla aktora, ale się opłaciło. Predator do dziś dzień wygląda przerażająco realistycznie i naprawdę można sobie wyobrazić, że taki stwór czyha gdzieś w parnej, upiornej dżungli. Nic tylko chwytać za karabin maszynowy i do boju!

Wniosek: Jeden z najlepszych filmów akcji w historii.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


sierpnia 26, 2018

"Mission: Impossible - Fallout"

"Mission: Impossible - Fallout"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt poszukuje bomby atomowej. Znowu.

mission impossible 6 tom cruise henry cavill simon pegg

Recenzja filmu:

Doceniam, że twórcy serii "Mission: Impossible" cały czas wiele rzeczy starają się robić po raz pierwszy. Nie jest to proste, zwłaszcza w sytuacji gdy kręci się szóstą część! A jednak się udało. W "Fallout" po raz pierwszy fabuła nie była indywidualną przygodą, a bezpośrednią kontynuacją poprzedniej części (w tym wypadku "Rogue Nation"). Po raz pierwszy powróciła zarówno ta sama postać "pani agent", jak i czarny charakter. No i ponownie akcja zawitała w nowe regiony świata - tym razem swojski Paryż oraz egzotyczny Kaszmir.

A jak z fabułą? Tu niestety nieco gorzej niż w "Rogue Nation". Choć to oczywiście zależy, kto czego oczekuje. Jak od "Mission: Impossible" wymagam szalonej akcji, strzelanin, pościgów i zawrotnego tempa. Tego rzecz jasna w "Fallout" nie brakowało, ale w mniejszej ilości niż poprzednio. W zamian "Fallout" kusi niezwykłą jak na ten cykl głębią przekazu i ponurą, niemalże apokaliptyczną wizją świata - musicie przyznać, że to coś nowego dla (na ogół rozrywkowych) przygód Ethana Hunta. Dodatkowo film okraszono świetną ścieżką dźwiękową, tak bardzo podobną do "The Dark Knight Rises", że aż zahacza o plagiat. Było więc nieco zbyt "mrocznie" jak na mój gust, ale to nie zmienia faktu, że to wciąż dobra produkcja. No i umówmy się, Tom Cruise i jego wyczyny kaskaderskie chyba nigdy się nie znudzą! Wprawdzie zaczyna być po nim widać wiek, ale i tak jest mało pierwszoligowych aktorów w Hollywood, którzy potrafią mu dorównać w scenach akcji. Tym razem Cruise osobiście zaliczył skok HALO z prawie 8 kilometrów, pilotował śmigłowiec (nauczył się tego w 6 tygodni!), a także skakał po dachach Londynu, łamiąc sobie przy okazji kostkę (co jednak nie przeszkodziło mu, by biec dalej). Drodzy widzowie, na kolana i bić pokłony przed Tomem!

Reszta obsady również trzymała poziom. Ving Rhames zgodnie z tradycją powrócił jako Luther i tym razem naprawdę miał sporo miejsca na ekranie (być może najwięcej w całej serii). Mniej było Simona Pegga, nad czym ubolewam, bo uwielbiam każdą scenę z jego udziałem. Ale na osłodę ponownie dostałem fantastyczną Rebeccę Ferguson, która przebija się do pierwszej ligi moich ulubionych aktorek kina akcji. Rewelacja! Tu warto nadmienić pojawienie się Henry'ego Cavilla w roli agenta Walkera z wąsem na twarzy (tak, tym legendarnym wąsem, który twórcy "Justice League" musieli nieudolnie usuwać w postprodukcji filmu). Niestety Cavill - choć boksuje świetnie - udowodnił że kreacja niezbyt rozgarniętego Supermana w "DC Extended Universe" nie była grą aktorską. Ten aktor po prostu taki jest naprawdę, i choć wygląda na sympatycznego gościa, to talentem nie grzeszy... Na szczęście w "Fallout" dobrze dopasował się do roli, i to mi wystarczy.

Co ciekawe, mimo że obejrzałem wszystkie części "Mission: Impossible" w ciągu, nie mam przesytu. Wciąż jest miejsce na siódmy film z serii - zresztą plotki głoszą, że być może taki powstanie. Jeśli tylko Tom Cruise nie straci pary w nogach i będzie dalej biegał, skakał i robił fikołki, to jestem za. Mogą kręcić i dziesięć kolejnych!

Wniosek: Fajne, choć zdecydowanie przekombinowane.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


sierpnia 19, 2018

"Mission: Impossible - Rogue Nation"

"Mission: Impossible - Rogue Nation"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt walczy z organizacją złych szpiegów.

m:i 5 tom cruise film recenzja simon pegg jeremy renner

Recenzja filmu:

No i w końcu! Dopiero z piątą częścią cykl "Mission: Impossible" osiągnął wyżyny doskonałości! "Rogue Nation" nakręcono z werwą, z jajem i z pomysłem. Owszem, znów Ethan Hunt jest sam przeciwko wszystkim. Owszem, już po raz piąty przy użyciu futurystycznej technologii i obłędnych popisów kaskaderskich ratuje świat. Nic nowego, prawda? Ale za to jak to wygląda!

Reżyser Christopher McQuarrie stworzył dzieło kompletne. Zacznijmy od akcji. Otwierająca film sekwencja, w której Tom Cruise został przypięty do kadłuba startującego samolotu (!) przeszła do historii wyczynów kaskaderskich. Można lubić tego aktora lub nie, ale nie można mu odmówić mistrzostwa w swoim fachu! Dalej jest jeszcze lepiej - rozróba w wiedeńskiej operze, pościg na motorach w Casablance (piękne nawiązanie do "M:I 2") i finalne mordobicie w Londynie to wizualna uczta dla oka. Drugi mocny punkt to obsada. Tom Cruise to marka sama w sobie, więc nic dziwnego, że im tym razem nie zawiódł. Simon Pegg jako Benji już po raz trzeci pokazał na co go stać, a każda scena z jego udziałem to prawdziwy samograj. Ponadto - zgodnie z tradycją - w "Rogue Nation" pojawiła się nowa kobieta-agent (w tej roli Rebecca Ferguson), która wręcz mnie zachwyciła! Nareszcie w tej serii dostaliśmy postać kobiecą, która wygląda jak powinna, ma drugie dno, no i budzi autentyczną sympatię u widza. Miłym dodatkiem było również chwilowe (ale jednak) pojawienie się Aleca Baldwina oraz weterana serii Vinga Rhamesa. Z minusów to pozostaje mi jedynie pożałować, że Jeremy Renner nie miał tym razem okazji pokazać, na co go stać w zakresie kina akcji. No ale nie można mieć wszystkiego!

Na sam koniec w kwestii obsady powiem jeszcze o jednym, niezwykle ważnym elemencie, o którym w poprzednich filmach często zapominano: wyrazistym czarnym charakterze! Sean Harris (który podbił moje serce rolą asasyna w "Rodzinie Borgiów") jest fantastycznym przeciwnikiem dla Toma Cruise'a - odpowiednio okrutnym, szalonym, ale i zdeterminowanym w dążeniu do celu. To właśnie dzięki niemu "Rogue Nation" jest kompletnym filmem akcji, który w zasadzie nie ma słabych punktów. Tu warto wspomnieć, że scenarzyści zadbali o odpowiednio dużo nawiązań do klasyki - dość wspomnieć, że Ethan Hunt ponownie musi wykraść tajną listę agentów z wysoce strzeżonego miejsca (i to pod wodą!). Prawdziwa misja niemożliwa, nieprawdaż?

Bawiłem się rewelacyjnie i z dużą nadzieją patrzę na nadchodzącą szóstą część "Fallout" - sądząc po trailerach czeka nas bezpośrednia kontynuacja wątków z "Rogue Nation". Nie mogę się doczekać!

Wniosek: Świetne kino akcji! Aż chce się oglądać!


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


sierpnia 11, 2018

"Ant-Man and the Wasp" ("Ant-Man i Osa")

"Ant-Man and the Wasp" ("Ant-Man i Osa")
O czym to jest: Ant-Man próbuje uratować kobietę z wymiaru kwantowego.

antman i osa film recenzja marvel paul rudd michael douglas

Recenzja filmu:

No i nadeszła kolejna zadyszka w "Marvel Cinematic Universe". W odniesieniu do sequela fantastycznego "Ant-Mana" brzmi to bardzo dziwnie, bo teoretycznie wszystko było tu jak w pierwszej części - te same postacie, ten sam klimat, a nawet gagi lecące dokładnie z tej samej półki. I może właśnie o to chodzi. Pierwszy "Ant-Man" był czymś świeżym, lekko szalonym, z jajem i werwą. Niestety - że tak zacytuję "Mistrza i Małgorzatę" - nie ma czegoś takiego jak druga świeżość. Pewne rzeczy udają się tylko raz.

Mimo moich sporych zastrzeżeń byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym ocenił ten film niżej niż na 4 chomiki na sześć możliwych. "Ant-Man and the Wasp" to mimo wszystko dobre kino rozrywkowe - ale tylko dobre. Może to też kwestia nadmiernych oczekiwań, bo po świetnym gościnnym występie tego bohatera w "Civil War" liczyłem na nową, spektakularną solową przygodę. A tymczasem otrzymaliśmy familijną opowieść o rodzinie Pymów (w składzie: Michael Douglas, Michelle Pfeifger i Evangeline Lilly), w której Ant-Man był wyłącznie dodatkiem. I to jest mój główny zarzut: nie można robić solowego filmu o superbohaterze, w którym wspomniany bohater gra drugie tło! Jeszcze gdyby go przytłoczyła jedna postać (vide Iron Man dominujący trzecią część "Kapitana Ameryki"), to jakoś dałoby się to zrównoważyć - takie zresztą było chyba założenie, skoro tytuł wyraźnie wspomina Evangeline Lilly jako Wasp, stawiając ją na równi z Ant-Manem. Ale i Michaela Douglasa było tu tak samo dużo! No i jeszcze trzeba doliczyć nieco czasu ekranowego na przeciwnika w postaci Ghost, jej mentora, kumpli Ant-Mana i paru nieco zagubionych zbirów... Niestety ten tłum spowodował, że sam Ant-Man faktycznie zniknął gdzieś w wymiarze kwantowym i tyle go widzieliśmy. A to niedobrze.

Drugim problemem filmu był wyraźny brak czarnego charakteru. Czy była nim Ghost? Mam do tego spore wątpliwości - dziewczyna wzbudzała raczej sympatię i współczucie widzów. A może był nim Walton Goggins w roli miejscowego zbira? Również raczej nie, skoro stanowił raczej irytujące utrapienie niż realne zagrożenie. Koniec końców fabuła "Ant-Man and the Wasp" skupiła się raczej na familijnym dramacie rodziny Pymów, i to dramacie za mało wykorzystanym. Szalony psychodeliczny wymiar kwantowy dawał o wiele większe możliwości ostrej jazdy po bandzie - a sekwencja z niesporczakami niebezpiecznie przypominała mi "Star Trek: Discovery", co również świadczy na niekorzyść oryginalności fabuły. 

"Ant-Man and the Wasp" nieco mnie wynudził. Ale to nie jest zły film - po prostu w żaden sposób nie wnosi nic nowego do uniwersum. A to niedobrze w przypadku dwudziestego filmu z serii. W tym momencie jedyna droga do sukcesu to nieustająca ucieczka do przodu. Liczę na to, że kolejna wizyta Ant-Mana na ekranie przebiegnie o wiele lepiej!

Wniosek: W porządku, ale liczyłem na więcej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger