Popularne posty

lipca 14, 2019

"John Wick: Chapter 3 - Parabellum" ("John Wick 3: Parabellum")

"John Wick: Chapter 3 - Parabellum" ("John Wick 3: Parabellum")
O czym to jest: John Wick ucieka przed kolegami zabójcami.

john wick 3 parabellum film recenzja keanu reeves halle berry

Recenzja filmu:

I znowu zaspałem z recenzjami, a tu się trochę nazbierało świetnych produkcji w ostatnim czasie! Zerknijmy zatem prędko na trzecią część niekończącej się serii "John Wick". Specjalnie mówię niekończącej, bowiem "Parabellum" rozpoczyna się dokładnie w tej samej minucie, w której przerwała poprzednia część, i podobnie jak ona kończy się cliffhangerem dającym obietnicę czwartej odsłony (którą zresztą potwierdzono). Jednym słowem: John Wick znów się wkurzył i jeszcze nie wystrzelił ostatniego naboju!

Może to mój sentyment do nieskrępowanego kina akcji lat 80. i 90. na którym się wychowałem, a może "John Wick" to po prostu kawał dobrej rozrywki - nie wiem. Tak czy siak nie mam innego wyjścia, jak przyznać "Parabellum" ocenę bardzo dobrą! Widać że zarówno twórcy jak i obsada fantastycznie się bawią, po raz kolejny prezentując przygody ponurego Keanu Reevesa, marzącego tylko o tym, by wszyscy dali mu spokój. Ale nic z tego - podziemny świat nowojorskich (i nie tylko) skrytobójców nie powiedział jeszcze ostatniego słowa! I całe szczęście, bo prócz epickiego hotelu Continental poznaliśmy dzięki temu kolejne elementy uniwersum: cygańsko-cerkiewną szkołę dla sierot, egzotyczne zaułki Marakeszu czy też zwiastun Wysokiej Rady, z którą prędzej czy później Wick będzie się musiał rozprawić. No i miło, że tym razem Keanu Reeves nie był sam, tylko w duecie z Halle Berry i jej dwoma psami-zabójcami! Takie zespoły to ja lubię!

Sama akcja i choreografia to raj dla miłośników męskiego kina. John Wick zabija ludzi bronią palną, białą, a nawet koniem oraz książką (tak, książką!). Ninja, samuraje, wielkoludy, komandosi - nikt nie może się czuć bezpieczny, gdy Keanu się za nich weźmie. Całą serię ogląda się jak jeden wielki film i szczerze powiem, że chciałbym jeszcze więcej. Jeśli tylko utrzymają poziom, mogą z tego zrobić kolejne "Mission: Impossible". Więcej, szybciej, ostrzej! Aż na zakurzonym polu bitwy pozostanie tylko John Wick i jego pies.

Wniosek: W klimacie, z pomysłem i rozmachem. Świetna rozrywka!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "John Wick"! >>>


maja 29, 2019

"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")

"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")
O czym to jest: Herosi Ziemi stają do ostatniej walki, by ocalić wszechświat.

avengers koniec gry marvel film downey hemsworth evans

Recenzja filmu:

Dopiero się zorientowałem, że ostatni wpis na Jest Kultowo popełniłem ponad miesiąc temu! Na szczęście to, że nie mam czasu pisać o filmach i serialach, nie oznaczam że ich nie oglądam – choć i z tym coraz ciężej. Od czasu do czasu daję też radę wyskoczyć do kina, choćby z okazji zakończenia pierwszego sezonu najdroższego serialu świata – „Marvel Cinematic Universe”

Określenia „serial” użyłem oczywiście z przekąsem, bo jak wiadomo filmy MCU to gigantyczne superprodukcje z budżetami rzędu setek milionów dolarów i zyskami w formie miliardów. W przypadku „Endgame” na dzień pisania tej recenzji brakuje zaledwie 100 milionów dolarów, by przebić „Avatara” na pozycji najbardziej kasowego filmu wszechczasów (co jak podejrzewam nastąpi lada dzień). Tu warto też wspomnieć, że spośród 10 najlepiej zarabiających hitów Hollywood, aż 5 pozycji to filmy z MCU. Robi wrażenie, prawda? I słusznie! Pomyślcie sami: dwadzieścia dwa filmy i końca nie widać! Twórcom i aktorom udało się nakręcić trwającą ponad dziesięć lat, wyjątkową sagę, która pokazała kino superbohaterskie jak nikt wcześniej. Teraz już nikt nie będzie się naśmiewał z komiksów jako „gorszej” formy prezentowania opowieści – nie w obliczu takiej popularności i takich dochodów. Reżyserzy „Endgame” (zasłużeni dla tego uniwersum bracia Russo) również wiedzieli, że tworzą coś wyjątkowego. Dlatego ten film nie tylko jest wartością samą w sobie, ale stanowi wspaniałe podsumowanie wszystkich poprzednich części, wliczając w to powrót do niektórych scen, wydarzeń czy dawno nie widzianych postaci! Więcej nie chcę zdradzać, bo zapewne nie wszyscy jeszcze oglądali, ale podpowiem że znajomość wszystkich poprzednich filmów jest mocno wskazana. 

Powyższe nawiązania, choć bardzo cenne z punktu widzenia zaangażowanego widza, są również największą wadą „Endgame” (o ile nie jedyną, bo naprawdę nie ma ich wiele). Nie wyobrażam sobie widza, który swoją przygodę z uniwersum zaczyna właśnie od tej produkcji i potrafi połapać się, o co w tym wszystkim chodzi. Najlepszy przykład to Kapitan Marvel, która zjawia się w tym filmie znienacka i wchodzi do domku Avengersów jak do siebie (i nikt nie zadaje żadnych pytań). Z drugiej strony – czy to możliwe, by wśród widzów znalazł się ktoś, kto nie widział żadnej z poprzednich 21 części? „Endgame” jest w końcu bezpośrednią kontynuacją „Infinity War”, trochę tak jak „Matrix Revolutions” w porównaniu do „Matrix Reloaded” (choć akurat w MCU zaliczyliśmy mały przerywnik w formie drugiego „Ant-Mana”). Daje to oczywiście poczucie spójności, ale też i wrażenie odgrzewanego kotleta. Ale zakładam, że na świeże pomysły i nowe rozdanie przyjdzie jeszcze czas – jak pamiętamy Marvelowi udało się nas wielokrotnie zaskoczyć w przeszłości. A zatem trzymam kciuki i czekam na więcej! 

Teraz parę słów o samym filmie. „Endgame” zdecydowanie daje poczucie spełnienia i katharsis. Wszystkie wątki zostały zamknięte, postacie godnie pożegnane (lub wręcz przeciwnie, przywitane w nowej formie i roli), a wszystko to w otoczce wysokiej jakości efektów specjalnych, niezłego aktorstwa i dobrego scenariusza. Palmę pierwszeństwa oddaję oczywiście oryginalnemu składowi Avengersów, ze wskazaniem na Roberta Downey Jr. jako Iron Mana oraz Chrisa Hemswortha jako Thora (ten sympatyczny Australijczyk od dawna imponuje mi dystansem do swojej postaci i wykonywanego zawodu aktora – brawo!). Choć i Chris Evans jako Kapitan Ameryka miał swoje momenty wielkiej chwały, zwłaszcza w finalnej bitwie. A no właśnie, bitwa! Starcia z taką ilością herosów widzieliśmy do tej pory tylko kilka razy w kinie (np. w „Bitwie Pięciu Armii”). Na ich tle druga bitwa o Nowy Jork wygląda naprawdę imponująco. Twórcom udało się nie pogubić w gąszczu bohaterów, z których każdy zyskuje – choćby drobny, ale zawsze – indywidualny moment chwały. Ja osobiście największą frajdę miałem z żeńskiego teamu superbohaterek, które ruszyły by ratować świat. Dziewuchy górą! 

W fabule nie zabrakło wzruszeń i lirycznych momentów, które może i przekazują proste prawdy o sile miłości, przyjaźni i honoru – ale z drugiej strony czy to takie złe? To że prawda nie jest skomplikowana, nie oznacza że jest mniej trafna! I co z tego, że w „Endgame” zdarzają się liczne błędy logiczne, szczęśliwe zbiegi okoliczności i schematyczne rozwiązania. Przy takim opakowaniu, i z taką nadbudową jak pisałem w powyższych akapitach, widz jest w stanie wybaczyć wszystko. Z tego miejsca dziękuję wytwórni Disney’a za wspaniałą, kolorową, perfekcyjnie rozrywkową Sagę o Kamieniach Nieskończoności. Liczę teraz jeszcze na jakieś piękne zbiorcze wydanie na Blu-ray i lecimy dalej!

Wniosek: Najlepsze zakończenie fantastycznej superbohaterskiej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


kwietnia 21, 2019

"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")

"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")
O czym to jest: Historia narodzin karteli narkotykowych w Meksyku.

narcos meksyk serial netflix diego luna kiki camarena

Recenzja serialu:

Naszło mnie ostatnio na oglądanie Diego Luny, więc prędko nadrobiłem jedną z większych zaległości w jego filmografii, czyli pierwszy sezon spin-offu kultowego "Narcos" - a konkretnie "Narcos: Mexico". Jak pewnie pamiętacie, oryginalne "Narcos" przedstawiało historię wzlotu i upadku Pablo Escobara oraz całego kolumbijskiego przemysłu narkotykowego. Jednak aktualnie to nie Kolumbia stanowi największy problem w zakresie narkotyków, a Meksyk, gdzie trwa regularna wojna domowa między kartelami, słabym rządem a siłami USA (zainteresowanych tą tematyką zapraszam do obejrzenia powalającego "Sicario"). Serial "Narcos: Mexico" opowiada, jak to się zaczęło.

Zarzewiem wszystkiego była - jak to często bywa - ambicja jednego człowieka. A właściwie dwóch. Pierwszym był Félix Gallardo, pomniejszy gangster uprawiający marihuanę, który postanowił swój szklarniowy biznes rozbudować do rozmiarów międzynarodowej korporacji. Drugim zaś był Kiki Camarena, równie ambitny agent DEA, który wziął na cel Gallardo i jego imperium. Podobnie jak w przypadku pierwszego "Narcos", tu również cała historia została dość wiernie oparta na faktach (co podkreślają dokumentalne wstawki i narrator mówiący z offu). "Narcos: Mexico" jest przez to przerażająco prawdziwe, naturalistyczne, krwawe i głęboko przejmujące. Niemniej fantastycznie rozkłada na czynniki genezę wielkich karteli, które by nie powstały bez aktywnego udziału Stanów Zjednoczonych (niezły paradoks, nie?). Najbardziej smutnym jest jednak fakt, że meksykańskie kartele, choć powstały na początku lat 80., są silne i aktywne po dziś dzień. I nic nie wskazuje na to, by prędko się to zmieniło.

W roli Gallardo wystąpił Diego Luna, który urodził się by grać zestresowanych facetów (tak samo zrobił w "Rogue One"). Swoją rolą nie przebił wprawdzie Wagnera Moury jako Pablo Escobara, ale i tak przeprowadził widza pełną drogą od początkowej sympatii, po odrzucającą antypatię odnośnie granej postaci. Niezły wyczyn! Do roli Camareny zatrudniono Michaela Peñę, co wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Nic nie poradzę, że choć lubię Peñę, nie jestem w stanie traktować jego postaci na poważnie. Może to wina "Ant-Mana", a może Peña po prostu urodził się do grania w komediach, a nie dramatach. I choć robił co mógł (i ogólnie zagrał bardzo dobrze), to jednak wolałbym kogo innego w tej roli. Ale to naprawdę bardzo drobny zarzut, bo w całościowym podsumowaniu "Narcos: Mexico" prezentuje się bardzo, bardzo dobrze. Czekam na drugi sezon! No i na historię słynnego narkobarona El Chapo...

Wniosek: Nie tak kultowe jak oryginalny serial, ale i tak bardzo dobre!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Narcos"! >>>


kwietnia 20, 2019

"Shazam!"

"Shazam!"
O czym to jest: Nastolatek zyskuje supermoce.

shazam film recenzja zachary levi

Recenzja filmu:

W czasach, gdy Disney za pomocą nadchodzących "Avengers: Endgame" czy też "Star Wars: The Rise of Skywalker" dominuje wyobraźnię fanów popkultury na całym świecie, jest jedna seria filmowa która robi wszystko by dorównać gigantowi - a jest nią "DC Extended Universe". Fakt, mieli w swoim wykonaniu kilka poważnych wtop ("Batman v Superman" chociażby). Ale ostatnio, co stwierdzam z nieskrywanym zadowoleniem, poziom idzie ciągle w górę! "Shazam!" jest dowodem na to, że producenci w Warner Bros w końcu wyjęli kij z nie powiem skąd i zrozumieli, że kino superbohaterskie ma dostarczać jednego - rozrywki!

A tej w "Shazam!" nie brakuje. Oglądaliście kiedyś kultowy film "Duży" z Tomem Hanksem w roli dzieciaka przemienionego w dorosłego faceta? Dokładnie o tym jest też "Shazam!" (w filmie jest zresztą jawne nawiązanie do wspomnianego klasyka). W wielkim skrócie historia opowiada o nastolatku, który na skutek czarów otrzymuje dorosłe ciało i cały szereg supermocy klasy Supermana - jest niezniszczalny, lata, posiada supersiłę, superszybkość etc. Co zrobi z tymi talentami zwykły dzieciak z bagażem problemów osobistych? I to jeszcze w erze smartfonów i YouTube? Oczywiście fabuła "Shazam!" podąża utartymi ścieżkami klasycznej drogi bohatera, który wpierw wątpi, a następnie akceptuje swoją rolę w świecie. Niemniej twórcy zrobili to tak sprawnie, że mimo przewidywalnej fabuły widz czeka z niecierpliwością co będzie dalej! A finalny rodzinny zwrot akcji jest wręcz wyborny!

Prócz bystrego scenariusza i sprawnej reżyserii, niewątpliwą - i to chyba największą - zaletą "Shazam!" jest gra aktorska. W tytułowej roli wystąpili Asher Angel i Zachary Levi (tego drugiego możecie kojarzyć z "Thora", choć zaręczam że jest nie do poznania). Obydwaj poradzili sobie wybornie, natychmiast zyskując sympatię widza. Jeszcze film się nie skończył, a ja już chciałem sequel! Równie świetny jest Jack Dylan Grazer jako przyrodni brat głównego bohatera - jeśli miałbym komuś z młodej obsady przewidywać niezłą karierę, to stawiam właśnie na niego. Zresztą nie ma w tym filmie osoby, która źle zagrała - to po raz kolejny mówi mi, że brak Oscara dla ludzi odpowiadających za casting jest ogromnym niedopatrzeniem Hollywood! Twórcy "Shazam!" pamiętali, że kluczem do dobrej franczyzy jest wzięcie utalentowanej grupki aktorów na tyle młodych, że pociągną serię przez najbliższe dziesięć lat. Czego zarówno sobie, jak i wszystkim twórcom "Shazam!" serdecznie życzę! Chcę więcej!

Wniosek: Rozrywka w czystym wydaniu. Świetna zabawa!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


kwietnia 09, 2019

"Asterix: The Secret of the Magic Potion" ("Asteriks i Obeliks: Tajemnica Magicznego Wywaru")

"Asterix: The Secret of the Magic Potion" ("Asteriks i Obeliks: Tajemnica Magicznego Wywaru")
O czym to jest: Asteriks i Obeliks muszą znaleźć następcę druida Panoramiksa.

asteriks obeliks tajemnica magicznego wywaru film animowany

Recenzja filmu:

Już dość dawno byłem w kinie na nowym „Asteriksie”, ale jakoś nie miałem okazji by go opisać. Czas to nadrobić! Wszelkie przygody dzielnego galijskiego wojownika to zawsze dla mnie punkt obowiązkowy w kinowym repertuarze. Zaznaczam – animowane, bo fabularne wołają o pomstę do nieba… Tym razem nadarzyła się wyjątkowa okazja, bowiem „Tajemnica Magicznego Wywaru” to pierwsza od czasów „Dwunastu Prac” oryginalna historia bez komiksowego pierwowzoru! 

Tu zaznaczę, że kronikarski obowiązek nakazuje bym wspomniał, że pewne motywy zostały jednak zaczerpnięte z kart komiksów – ot choćby Puszcza Karnutyjska z „Asteriksa i Gotów”, postać Kolaboriksa z „Walki Wodzów”, albo druid Sulfuriks jako żywo przypominający antagonistę z „Wróżbity” (oraz filmowej „Wielkiej Bitwy”). Niemniej reszta historii wniosła nowy wątek – oto bowiem druid Panoramiks, zaniepokojony wizją nadchodzącej starości, postanawia znaleźć następcę. Rusza więc w objazd po Galii w swoistym talent show, który ma wyłonić młodego zdolnego druida, gotowego na poznanie sekretu magicznego wywaru. Jak można się domyśleć, nie będzie to proste! 

Z zadowoleniem stwierdzam, że cała historia ma sens i autentycznie mnie zainteresowała. W niczym nie ustępuje jakości komiksom, zwłaszcza tym najnowszym! Animacja kontynuuje styl 3D zapoczątkowany w „Osiedlu Bogów” i ponownie wydaje się być idealna dla tej historii. Moje serce podbiły zwłaszcza dziki! Nie brakuje też dobrych gagów, w tym niektórych naprawdę ostrych (druid Jezus pozamiatał!). No i ekipa druidów w Puszczy Karnutyjskiej niebezpiecznie przypominała mi radę wydziału na dowolnym europejskim uniwersytecie. Pewnie nie bez przyczyny… 

„Tajemnica Magicznego Wywaru” to dobra, a może nawet bardzo dobra animacja. Do polecenia widzom w każdym wieku! Życzę sobie więcej takich „Asteriksów”!

Wniosek: Naprawdę fajne, z jajem i pomysłem!


marca 31, 2019

"The Rookie" ("Rekrut")

"The Rookie" ("Rekrut")
O czym to jest: Zwykły facet w ramach kryzysu wieku średniego zostaje policjantem.

rekrut serial nathan fillion

Recenzja serialu:

Nathana Filliona nie da się nie lubić. Chyba każdy, kto widział choć jedną produkcję z jego udziałem (np. "Firefly" czy "Castle"), dał się ponieść ekranowemu urokowi osobistemu tego sympatycznego Kanadyjczyka. Dlatego z dużym zainteresowaniem sięgnąłem po kolejny serial, zbudowany wyłącznie na charyzmie i osobowości Filliona - "The Rookie". I gdybym był młodszy, na pewno zassałbym go jak gąbka!

Problem w tym, że mam już trochę lat na karku i trzeba czegoś więcej niż sympatycznego protagonisty, by zatrzymać mnie przed ekranem. "The Rookie" to opowieść o byłym budowlańcu, który doświadczony rozwodem przeżywa kryzys wieku średniego. W jego ramach postanawia zostać policjantem i odziany w piękny granatowy mundur trafia do oddziałów prewencji w Los Angeles, gdzie próbuje dorównać dwudziestoletnim dzieciakom. Ten wątek jest dosyć ciekawy, bo porusza problem wykluczenia wiekowego. Mimo że czterdziestoletni ludzie mogą być przecież tak samo sprawni jak nastolatkowie, sam fakt że mają dwukrotnie więcej lat sprawia, że bywają wykluczani z pewnych zawodów czy grup społecznych. I gdyby to na tym wątku skupił się "The Rookie", byłby dość interesującą pozycją.

Niestety "The Rookie" to przede wszystkim serial o policjantach. I to najbardziej klasyczny i schematyczny z możliwych. Podobnych produkcji powstały już dziesiątki i na ich tle "The Rookie" specjalnie się nie wyróżnia. Mamy więc szczyptę akcji, szczyptę pościgów i strzelanin, a przede wszystkim emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Łzy, miłosne rozterki, rozstania i powroty i całą tą otoczkę rodem z opery mydlanej, której osobiście nie cierpię. Z tego też powodu dość wcześnie pożegnałem się z oglądaniem "Castle". Niestety przy całej sympatii do Nathana Filliona, z tego samego powodu odpuszczę sobie oglądanie "The Rookie". Trochę szkoda mi czasu.

Wniosek: Proste, schematyczne, w ogóle nie zaskakuje.


marca 30, 2019

"Triple Frontier" ("Potrójna Granica")

"Triple Frontier" ("Potrójna Granica")
O czym to jest: Grupa weteranów dokonuje rajdu na majątek narkotykowego bossa.

potrójna granica film netflix ben affleck oscar isaac charlie hunnam pedro pascal

Recenzja filmu:

Czy wyborowa obsada to gwarant 100% sukcesu? Nie. Oczywiście fantastyczni aktorzy zawsze podnoszą jakość filmu w górę (czasem nawet bardzo), ale nawet takie wsparcie ma swoje granice. Gdy zawodzą inne elementy, czasem widz może mieć wrażenie zmarnowanego potencjału. Ale - żeby być uczciwym - widz też może być sam sobie winny, za dużo oczekując po trailerze bądź tematyce filmu.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że "Triple Frontier", jeden z najnowszych hitów Netflixa, nie okazał się być tak rewelacyjny jak miałem nadzieję. Rzecz jasna to nie jest zły film, jest całkiem niezły - tyle że spodziewałem się czegoś innego. Miałem nadzieję na dobrą, odmóżdżającą strzelankę w realiach Ameryki Południowej, na dodatek połączonej z gatunkiem "heist movie" (czyli filmów o rabunkach, takich jak np. "Gorączka"). Scenarzyści za protagonistów wybrali sobie grupę ex-komandosów, a za antagonistów kartel pewnego narkotykowego bossa, którego wspomniani komandosi chcieli skroić na kasę. Po dorzuceniu fantastycznej obsady (Oscar Isaac, Pedro Pascal, Charlie Hunnam i Ben Affleck!) miałem nadzieję na naprawdę dobre, męskie kino akcji. Takich "Niezniszczalnych", ale bardziej na poważnie.

Niestety w "Triple Frontier" akcji mamy stosunkowo mało. Za mało! W zamian twórcy wpletli wątki zespołu stresu pourazowego i to na bogato. Nasi dzielni komandosi to zniszczeni życiem ludzie, balansujący na granicy upadku społecznego. Każdy z nich był kiedyś herosem Wuja Sama, a teraz nie może się odnaleźć w cywilnym życiu. Skok na narkotykową fortunę jest nich prawdopodobnie jedyną szansą na polepszenie standardu życia. Czy to ważny i głęboki wątek? Na pewno. Szkoda tylko, że współcześnie dość wtórny - filmów o urazach postwojennych mieliśmy już na pęczki (wspomnijmy choćby "American Sniper" czy "The Hurt Locker"). I chętnie obejrzę ich więcej, tyle że nie w realiach napadu na narkotykowego bandziora w środku dżungli! To po prostu nie jest dobre miejsce na takie poważne rozważania.

Tyle moich narzekań. A teraz zalety, bo trochę ich na szczęście jest. Wspomniana obsada spisała się rewelacyjnie, choć bałem się nieco obecności Pedro Pascala, a to ze względu na serial "Narcos" (na szczęście zagrał tu zupełnie inaczej). Jak zwykle irytował mnie też Ben Affleck, wyglądający na wiecznie skacowanego - na szczęście jego zbolała mina bardzo pasowała do zagranej postaci. Oddaję też hołd zdjęciom, bo operator kamery wykonał kawał solidnej roboty. Ujęcia w Andach to prawdziwy majstersztyk! No i ze scenariuszem nie jest wcale najgorzej - choć zwroty akcji są proste i przewidywalne jak drut, to dialogi trzymają poziom, a i nieliczne sceny akcji wyglądają solidnie. Podwyższam zatem finalną ocenę do czterech chomików, a więc "dobrego filmu". Do obejrzenia na raz, a potem można zapomnieć.

Wniosek: Obsada rewelacyjna, film nieco mniej.


marca 24, 2019

"Brexit: The Uncivil War" ("Brexit")

"Brexit: The Uncivil War" ("Brexit")
O czym to jest: Prawdziwa historia o tym, jak wyglądało referendum brexitowe w Wielkiej Brytanii.

brexit film HBO benedict cumberbatch

Recenzja filmu:

Na Jest Kultowo staram się unikać polityki. A uwierzcie mi, że jest to trudne, skoro z wykształcenia jestem politologiem! Jednak czasem okazja nasuwa się sama i po prostu nie mogę jej zignorować. Co to jest Brexit, chyba niemal wszyscy wiedzą, a pozostałym wyjaśniam - to potoczna nazwa procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zapoczątkowana referendum w 2016 roku. Film "Brexit" opisuje cały przebieg wspomnianego referendum, od jego ogłoszenia aż do dnia głosowania, krok po kroku wyjaśniając, jak wbrew establishmentowi i zdrowemu rozsądkowi Brytyjczycy zdecydowali, że wychodzą z Unii.

Tu warto zaznaczyć, że "Brexit" to jeden z nielicznych przykładów filmów nakręconych niemal w czasie rzeczywistym. Referendum odbyło się w 2016 roku, a już w 2019 mamy gotowy film? Ktoś mógłby powiedzieć, że to za szybko, ale ja tak nie uważam. Współcześnie obieg informacji jest o wiele szybszy niż kiedyś, ponadto to teraz Brexit jest na pierwszych stronach gazet. A za dziesięć lat? Gwarantuję, że nikt nie będzie o nim pamiętał! Swoją drogą warto zaznaczyć, że filmowy "Brexit" to nie tylko historia referendum. To także, a może przede wszystkim, doskonale celna i wnikliwa analiza całego szeregu zjawisk społecznych, które doprowadziły w całej zachodniej hemisferze do regresu demokracji i powrotu oszalałego populizmu o nacjonalistycznym zabarwieniu (starczy wspomnieć aktualne rządy Kaczyńskiego w Polsce, Orbana na Węgrzech czy Trumpa w USA). Jak słusznie zauważa jeden z bohaterów - kampania wyborcza tych sił i środowisk zaczęła się jakieś dwie dekady temu, a ich sukcesy wynikają z wielu lat zaniedbań i ignorowania potrzeb sporej części populacji. Nic dziwnego, że końcu znalazł się ktoś, kto przywrócił im głos, nieprawdaż?

Dzięki "Brexitowi" dowiadujemy się, że w cyfrowym świecie wolny wybór jest mitem. Jeśli tylko używacie internetu i mediów społecznościowych, rządzą wami algorytmy. To one decydują jakie treści widzicie, podpowiadają wam możliwe rozwiązania i starają się dopasować do oczekiwań i upodobań. Pół biedy, jeśli dzieje się tak w interesie korporacji chcących sprzedać wam jakiś produkt. A co jeśli władza nad algorytmami trafi w ręce polityków? Czy to już manipulacja? A może zwykła kampania wyborcza, tyle że o wiele szybsza i skuteczniejsza? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam widzom, sam jednak przyznam, że nieco mnie przeraża taka wizja. I dlatego zachęcam, by zawsze ufać przede wszystkim własnemu rozsądkowi, a ponadto niczemu nie wierzyć wyłącznie na słowo.

Powyższe laury chyba wystarczą za rekomendację do obejrzenia "Brexitu". Jeśli jednak wciąż nie jesteście przekonani, to zwrócę uwagę, że główną rolę w filmie zagrał Benedict Cumbebatch, jeden z lepszych współczesnych brytyjskich aktorów, który po raz kolejny w karierze (po "Sherlocku" i "The Imitation Game") zagrał socjopatycznego geniusza. I zrobił to tak dobrze, że dosłownie zrzuca z krzesła! A jeśli nieco interesujecie się aktualnymi postaciami brytyjskich polityków, dostrzeżecie tu też sporo znanych twarzy (niektórych podobnych wręcz do złudzenia, jak w polskim "Uchu Prezesa"). Nic tylko siedzieć, oglądać i wyciągać wnioski!

Wniosek: Doskonałe studium polityczne współczesnego społeczeństwa Zachodu.


marca 21, 2019

"Captain Marvel" ("Kapitan Marvel")

"Captain Marvel" ("Kapitan Marvel")
O czym to jest: Porwana w kosmos pilotka odkrywa swoje supermoce.

kapitan marvel film recenzja brie larson samuel jackson

Recenzja filmu:

Gotowi na wielki finał pierwszego sezonu najdroższego serialu świata – czyli „Marvel Cinematic Universe”? Zanim jednak będziecie mieli okazję poznać rozstrzygnięcie sagi o Kamieniach Nieskończoności w ramach „Avengers: Endgame”, producenci zafundowali nam niezwykły prequel całej serii w postaci „Captain Marvel”. I zrobili to na prawdziwym wykopie! 

Przy okazji recenzji „Catwoman” wspomniałem, że dopiero od niedawna kobiece superbohaterki pojawiają się w kinach w samodzielnych rolach. W mojej opinii ich przygody są równie (lub nawet bardziej) ekscytujące od klasycznych męskich herosów. Starczy wspomnieć fantastyczną „Wonder Woman”, która – dzięki sumie kilku sprzyjających czynników, w tym znakomitemu dobraniu głównej aktorki – okazała się być sukcesem artystycznym i finansowym. Pozazdrościli tego włodarze uniwersum Marvela, którzy wytoczyli najcięższe działo w swoim arsenale, a więc postać Kapitan Marvel, przy której Superman wygląda jak nierozgarnięty uczniak. 

Nie mogę odmówić producentom doskonałego wyczucia opowiadanej historii. Fabuła „Captain Marvel”, choć schematyczna i uproszczona, jest tak atrakcyjna że z powodzeniem wystarczyłaby na co najmniej dwa filmy. Mało tego, zapewnia na tyle dobrą rozrywkę, że wszelkie niedociągnięcia w formie i treści schodzą na drugi plan. Kapitan Marvel jest postacią, którą chcemy oglądać i która ma szansę stać się wiodącym kinowym herosem na kolejne 10 lat. Bardzo doceniam umiejscowienie filmu na samym początku „Marvel Cinematic Universe”. Daje to świetny wstęp do wielu późniejszych przygód i postaci – zaczynając od Nicka Fury’ego i agenta Coulsona, przez wątek Kree (tu się kłaniają „Strażnicy Galaktyki”), aż po Tesserakt. Jestem przekonany, że nawet mniej obeznany z tą serią widz będzie się świetnie bawić, a kto wie – może przygody blondwłosej Kapitan Marvel zachęcą go do obejrzenia pozostałych części w ciągu? 

A propos głównej bohaterki. Do głównej roli zatrudniono Brie Larson, laureatkę Oscara za przejmujący „Room”, która ostatnio stawia mocne kroki również w kinie akcji („Kong: Skull Island”). Najciekawsze jest to, że Larson nie przypomina ekranowej bogini na wzór Gal Gadot czy Charlize Theron. To raczej klasyczna „dziewczyna z sąsiedztwa”, czyli jednocześnie ładna i sympatyczna, ale też taka z którą można konie kraść. A do tego silna, przebojowa… dziewczyna idealna? Trochę tak, co w połączeniu z nieograniczonymi supermocami daje wrażenie sporej przesady. Na szczęście widzowie zostali wcześniej zmiękczeni przez dwadzieścia filmów z uniwersum, bo gdyby to „Captain Marvel” nakręcono jako pierwszą (przed „Iron Manem”), publika mogłaby tego nie znieść. To też dowód na to, że pewne filmy odnoszą sukces dlatego, że powstały we właściwym czasie. Tym bardziej oklaski dla producentów – ewidentnie wiedzą co robią! 

„Captain Marvel” to kino superbohaterskie w stanie czystym. Jest to film zabawny, z dobrymi aktorami (moje serce podbili rzecz jasna odmłodzony komputerowo Samuel L. Jackson oraz komiczny Ben Mendelsohn grający zmiennokształtnego kosmitę), świetnym tempem, efektami i garścią prostych prawd o tym, że jesteś tak silny/silna, jak twoje wewnętrzne „ja”. Czyli: bądź szlachetnym i nigdy się nie poddawaj, a zawojujesz (bądź ocalisz) świat. Czyż nie o tym powinny być wszystkie filmy o superbohaterach?

Wniosek: Kino superbohaterskie w stanie czystym - rewelacja!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


marca 17, 2019

"Batman & Robin" ("Batman i Robin")

"Batman & Robin" ("Batman i Robin")
O czym to jest: Batman, Robin i Batgirl walczą z Mr. Freeze'm i Poison Ivy.

batman i robin george clooney film recenzja arnold schwarzenegger joel schumacher uma thurman

Recenzja filmu:

Trzeba wiedzieć, kiedy przestać. Dotyczy to zarówno filmów, jak i innych aspektów życia. W przypadku "Batman & Robin" problemem jest to, że twórcy nie potrafili się opanować i przekroczyli cienką, (bardzo cienką!) granicę między fajną groteską i zabawą konwencją (czyli kampem), a żenującym widowiskiem. Ze smutkiem stwierdzam, że drugi Batman autorstwa Joela Schumachera, tym razem z George'm Clooneyem w roli głównej, jest po prostu... nudny.

Akurat zamiana Vala Kilmera na George'a Clonney'a wyszła na dobre. Powrócił też wprowadzony w "Batman Forever" Robin grany przez zapomnianego dziś Chrisa O'Donnella (przykro to mówić, ale udział w tym filmie prawdopodobnie wykoleił mu karierę). Ale twórcom nie było dość, bo wprowadzili też Batgirl - choć w sumie nie wiem po co. Na plus oceniam fakt, że Alicia Silverstone nie wychudzona gidia, a konkretna babka, po której sylwetce widać że potrafi nieźle przywalić. Ale już jej geneza i sposób wprowadzenia postaci ("Bruce, it's me, Barbara!") już woła o pomstę do nieba. Przynajmniej też miała sutki na kostiumie i zaliczyła zbliżenie kamery na pośladki jak jej męscy partnerzy - nie można odmówić Schumacherowi dążenia do równouprawnienia, nieprawdaż?

Przy okazji recenzji "Batman Returns" wspomniałem, że o jakości herosa świadczą jego wrogowie. Najlepiej z całej obsady "Batman & Robin" wypada - tu zaskoczenie - Arnold Schwarzenneger jako Mr. Freeze! Podejrzewam, że Arnold zagrał w swoim życiu w tylu absurdalnych filmach, że ten nie zrobił na nim specjalnego wrażenia. Widać też, że fantastycznie się bawił na planie, a ja z ręką na sercu stwierdzam, że jego wcielenie w szlafroku i pluszowych bamboszach to mój ulubiony kostium ze wszystkich komiksowych filmów, jakie widziałem w życiu! Nie zaszkodziły mu nawet drewniane dialogi - jego Mr. Freeze był dokładnie tak kampowy, jak powinien. Niestety świetnego Arnolda pociągnęła w dół tragiczna Uma Thurman jako Poison Ivy. Niestety nie udźwignęła trudu zaprezentowania groteski w strawny dla widza sposób. Jej postać (choć kostium ma świetny) jest po prostu niepoważna, a w połączeniu z tragicznymi monologami wygłaszanymi do ekranu wzmaga uczucie nieżytu żołądka. Po prostu porażka! 

Takie filmy jak "Batman & Robin" udają się tylko wtedy, gdy wszyscy (twórcy, aktorzy i widzowie) umawiają się, że grają w jednej drużynie i kupują konwencję. Tym razem ktoś się wyłamał, dlatego "Batman & Robin" jest jaki jest. A szkoda, bo wizualnie miał potencjał na o wiele więcej.

Wniosek: Nudne, choć ma swoje momenty.


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Joela Schumachera! >>>


marca 17, 2019

"Batman Forever"

"Batman Forever"
O czym to jest: Batman i Robin walczą z Two-Face'm i Riddlerem.

batman forever film recenzja val kilmer joel schumacher tommy lee jones jim carrey

Recenzja filmu:

"Batman Forever" powszechnie uznaje się za trzecią część oryginalnej serii "Batmanów" Tima Burtona, ale ja przeciwko temu protestuję. Nie licząc dwójki aktorów grających Komisarza Gordona i Alfreda, ten film nie ma nic wspólnego z poprzednikami! Mało tego, dzięki zatrudnieniu nowego reżysera Joela Schumachera, "Batman Forever" zyskał nie tylko świeże spojrzenie na postać, ale również rozpoczął nowy trend wizualny, zmieniając gotyk na pop-art. 

I wiecie co? Podoba mi się ta wersja Batmana! A raczej: podoba mi się w niej wszystko... prócz Batmana. Osobiście lubię Vala Kilmera, naprawdę (to pewnie przez "Willow", jeden z filmów mojego dzieciństwa). Ale nawet ja muszę przyznać, że był prawdopodobnie najgorszym Batmanem w historii kina (a to coś znaczy przy Clooney'u i Afflecku). Sztywny, zagubiony, mrukowaty i sprawiający wrażenie, że naprawdę chciałby zdjąć z siebie gumowe wdzianko i iść do domu zjeść burgera z frytkami. Żeby chociaż w kostiumie wyglądał fajnie, ale te jego napompowane wargi autentycznie psuły cały efekt! Są aktorzy, którzy świetnie wyglądają w masce (np. Tom Hardy). Są też tacy, którzy wyglądają żenująco - to właśnie ta druga kategoria.

A propos kostiumu. Miałem spory ubaw z nowego wdzianka Batmana, anatomicznie wyrzeźbionego na podobieństwo greckiego herosa. Ten zarys mięśni, wydatne pośladki (z obowiązkowym zbliżeniem), no i sutki! Poważnie, sutki na kombinezonie superbohatera, tego jeszcze nie grali... Puryści załamują ręce, a ja uznałem to za świetną zabawę. Kampową, nieskrępowaną popową grę konwencją, z laserami i neonami w tle. Zresztą umówmy się, nawet jakbyście chcieli, to nie dacie rady traktować "Batman Forever" na poważnie. Nie kiedy na ekranie biega szalony Jim Carrey jako Riddler w zielonym spandexie, uroczo rechoczący Tommy Lee Jones jako Two-Face w fioletowym garniaku (ten to nie ma złych ról!), no i seksowna Nicole Kidman w czarnej, koronkowej bieliźnie. "Batman Forever" jedzie po bandzie jak szalony rollercoaster, serwując nam absurdalne przygody jedna po drugiej, a ja bawię się jak prosię. Gdyby jeszcze nie ten Val Kilmer, ech... Ale za to jest Robin!

Wniosek: Gdyby nie Val Kilmer, ten film byłby bardzo dobry.


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Joela Schumachera! >>>


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger