Popularne posty

sierpnia 17, 2017

"The Hitman's Bodyguard" ("Bodyguard Zawodowiec")

"The Hitman's Bodyguard" ("Bodyguard Zawodowiec")
O czym to jest: Agent ochrony musi dostarczyć płatnego zabójcę na proces dyktatora.

bodyguard zawodowiec film reynolds jackson

Recenzja filmu:

Ryan Reynolds i Samuel L. Jackson razem w komedii sensacyjnej? Shut up and take my money! Zwiastun obiecywał niezły wakacyjny hit, czyli pozbawioną hamulców zabawną strzelankę w stylu dawnych hitów jak "Zabójcza Broń". Bardzo się cieszę, że wraca moda na humorystyczne filmu akcji - czego dowodem jest chociażby zeszłoroczny przebój "The Nice Guys". Nie dziwi mnie też obsada: Ryan Reynolds jak wiadomo, korzysta ostatnio z fali popularności na bazie "Deadpoola", a Samuel L. Jackson mimo prawie 70 lat na karku wygląda, jakby zahibernował się dwie dekady temu. To jest prawdziwy kultowy aktor!

Gratuluję scenarzyście pomysłu na film. Oto bowiem Trybunał w Hadze sądzi prezydenta Łukaszenkę za zbrodnie przeciwko ludzkości (w tej roli świetny, jak zawsze niezawodny jako czarny charakter Gary Oldman). Oczywiście wspomniana postać nie nazywa się Łukaszenko, ale jest prezydentem Białorusi, zatem nawiązania do znanego nam satrapy są aż nadto czytelne. Kluczowym świadkiem, który ma go pogrążyć, jest płatny zabójca (w tej roli Jackson). Pytanie tylko, czy dożyje do procesu, by móc zeznawać... Pomóc ma w tym elitarny agent ochrony (Reynolds), zajmujący się utrzymywaniem przy życiu różnego rodzaju szemranych kolesi. Na drodze naszej niedobranej pary stanie cała masa białoruskich zbirów, którzy stworzą piękny szlak trupów od Anglii aż po Holandię. Będą ginąć na ulicy, w samochodach, na motorach, w łodziach, w klubach, sklepach, parkach i gmachach użyteczności publicznej, żegnani przez cięte riposty głównych bohaterów. Zupełnie jak w latach 90.!

"Bodyguard Zawodowiec" (swoją drogą bardzo sprytny polski tytuł) jest dokładnie takim filmem, jakiego się spodziewacie po obejrzeniu trailera. Owszem, większość dobrych scen jest w zwiastunach. I owszem, na drugi dzień zapomina się połowy fabuły. Ale co z tego, skoro przedtem można się porządnie pośmiać? Reynolds robi co może, choć nie jest zbyt wielkim aktorem (nie za bardzo wychodzą mu poważniejsze role - patrz "Life"). Ale do takiej, lekko slapstickowej, lekko wulgarnej komedii, nadaje się w sam raz. Ale za to Samuel L. "Motherfucker" Jackson dosłownie miażdży! Zawłaszcza każdą scenę i winduje frajdę z oglądania pod sam nieboskłon. Jeśli tylko lubicie tego aktora, nie możecie przegapić "Bodyguarda Zawodowca". To jedna z najlepszych ról Jacksona tej dekady!

Mimo tych zalet niestety nie da się ukryć, że "Bodyguard Zawodowiec" nie zaskakuje, nie porywa i nie jest w żaden sposób odkrywczy. Pozwala się dobrze bawić podczas seansu... i tyle. Prawdopodobnie oceniłbym ten film wyżej, gdybym nie widział dziesiątek mu podobnych. W normalnych okolicznościach dałbym trzy chomiki, ale Jackson podnosi ocenę o jednego chomika więcej. Dla niego warto poświęcić te dwie godziny!

Wniosek: Takie sobie, ale za to Samuel L. Jackson wybitny!


sierpnia 15, 2017

"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")

"The Dark Tower" ("Mroczna Wieża")
O czym to jest: Ostatni Rewolwerowiec walczy z Człowiekiem w Czerni, by ocalić wszechświat.

mroczna wieża film stephen king elba mcconaughey

Recenzja filmu:

Zanim wypowiem się na temat tego filmu, muszę zaznaczyć, że jestem ogromnym fanem literackiego cyklu "Mroczna Wieża" autorstwa Stephena Kinga. Przeczytałem wszystkie osiem tomów z wypiekami na twarzy, poznałem też wielotomową serię prequelowych komiksów. Na nakręcenie adaptacji czekałem od lat i miałem co do niej ogromne oczekiwania. Dlatego moja recenzja jest podwójna - z jednej strony wypowiem się na temat filmu jako takiego, a z drugiej ocenię go jako adaptację kultowego i ogromnego materiału źródłowego.

Na wstępie powiedzmy sobie wprost, że książkowa "Mroczna Wieża" to zlepek tylu motywów i wątków, że próba ekranizacji to fabularny koszmar scenarzysty. Western, horror, kryminał, science-fiction, fantasy, film gangsterski - wszystkie gatunki wrzucone do jednego kotła i solidnie zamieszane. Wszyscy się spodziewali, że filmowa "Mroczna Wieża" będzie dosłowną ekranizacją pierwszego tomu, czyli "Rolanda". A tymczasem reżyser i producenci wycięli wszystkim niezły numer. Film jest bowiem zlepkiem wątków z kilku książek - z czego najwięcej wzięto chyba z siódmego tomu, nomen omen "Mrocznej Wieży" (mam tu na myśli więzienie Algul Siento, Łamaczy Promienia i Taheenów). W tym kontekście nikogo nie powinien dziwić tytuł filmu. A co do zmian fabularnych, to nie ma co się oburzać - wierni fani zrozumieją wszystko widząc, że filmowy Roland nosi przy sobie Róg Elda. Ktokolwiek dotrwał do ostatniej strony książek ten zrozumie, jak sprytnie twórcy rozwiązali problem wszelkich nieścisłości. Absolutna rewelacja! Bardzo mnie ciekawi, czy na ten pomysł wpadł sam Stephen King, czy któryś ze scenarzystów.

Oczywiście nie brakuje tu wątków z innych części cyklu - jest chociażby kultowe credo Rewolwerowców, Portale, Tęcza Maerlyna czy Dixie Pig. Co również istotne, "Mroczna Wieża" w tam samo dużym stopniu jak do książek, nawiązuje do innych ekranizacji dzieł Kinga, ze szczególnym wskazaniem na "Lśnienie", "Mr Mercedes" oraz "To". Nic w tym dziwnego, bo według samego autora cykl "Mroczna Wieża" to jego opus magnum, do którego nawiązują wszystkie książki i opowiadania, jakie stworzył w swoim życiu (wychodzi z tego takie quasi-uniwersum). Mimo to wiele opinii zarzuca filmowej "Mrocznej Wieży" zbytnie spłycenie i odgórne potraktowanie kingowej mitologii. Ale czy rzeczywiście? Owszem, film pozostawia uczucie niedosytu, ale nie z powodu płycizn fabuły, a raczej tego, że ewidentnie jest to tylko jedna z wielu przygód Rolanda Deschaine'a w drodze do tytułowego Centrum Wszechświata. Dlatego mam nadzieję, że powstaną kolejne części (w formie filmu lub serialu), które pociągną wątki dalej. Myślę, że wtedy wszyscy docenią ten film jako dobry wstęp do epickiej historii.

Drugą mocną kontrowersją był wybór aktorów. Nie da się ukryć, że Idris Elba mało przypomina książkowy pierwowzór Rolanda, wzorowany na Clincie Eastwoodzie. Ale czy naprawdę typ milczącego herosa-macho, aktualnego w latach 80. (gdy powstała pierwsza książka), przyciągnąłby serca widowni w 2017 roku? Mam pewne wątpliwości. Roland Idrisa Elby to zmęczony walką i ciągłymi porażkami zgorzkniały człowiek, który de facto już się poddał. Nie obchodzi go Mroczna Wieża i ocalenie wszechświata. Jedyne czego chce, to zemsta na Człowieku w Czerni, odpowiedzialnego za wszelkie nieszczęścia w jego życiu. To dość nowatorskie podejście do postaci Rewolwerowca, jakiego znamy z książek, i nawet mi się podobało. Swoją drogą Matthew McConaughey jest odpowiednio diaboliczny i złowieszczy, jak przystało na postać Czarnoksiężnika - jego kreacja zasługuje na wielkie uznanie. Podobnie niezły jest Tom Taylor w roli Jake'a Chambersa, młodego chłopca którego losy i talenty zmienią życie Rolanda, i być może całego wszechświata. 

Na samym końcu wspomnę o znakomitych efektach specjalnych i scenach akcji, a zwłaszcza westernowej rzeźni w wykonaniu Rolanda. Jest na co popatrzeć! Myślę, że osoby które nigdy nie czytały książek Kinga, ocenią "Mroczną Wieżę" jako niezły i widowiskowy film akcji - a przecież o to chodziło. A że jest krótki? Pewien reżyser powiedział kiedyś, że gdy podczas montażu usuwa scenę, a film bez niej dalej ma sens, oznacza to że była niepotrzebna. W "Mrocznej Wieży" nie ma niepotrzebnych scen i dłużyzn, ale to dobrze wpływa na tempo opowieści. Film jest wartki, ciekawy, wzbudzający ciarki i zachęcający do dalszych przygód. Oby je kiedyś nakręcono!

Wniosek: Niezłe jako film i całkiem w porządku jak na adaptację.


sierpnia 10, 2017

"Valerian and the City of a Thousand Planets" ("Valerian i Miasto Tysiąca Planet")

"Valerian and the City of a Thousand Planets" ("Valerian i Miasto Tysiąca Planet")
O czym to jest: Kosmiczni agenci ratują międzygatunkową stację kosmiczną przed zagładą.

valerian i miasto tysiąca planet film rihanna cara delevingne

Recenzja filmu:

Reżyser jest tak dobry, jak jego ostatni film. Dlatego gdy usłyszałem, że Luc Besson kręci adaptację kultowego, francuskiego komiksu SF Valerian, nie pomyślałem: Wow, nowy film od reżysera "Piątego Elementu", tylko raczej: Ojej, nowy film od reżysera "Lucy"...  Niemniej postanowiłem dać mu szansę, choć trailery - umówmy się - nie należały do wybitnych i przypominały mi dość mocno serial "Farscape".

To prawdziwa sztuka nakręcić dobrą space operę. Sporo tu kultowej konkurencji (zaczynając od "Gwiezdnych Wojen", a na "Strażnikach Galaktyki" kończąc). Aby się wybić w takim tłumie, efekty specjalne muszą stać na naprawdę wysokim poziomie. Dodatkowo fabuła i gra aktorska muszą spełniać wszystkie wymogi pierwszoligowego kina. Niedawny przykład niewypału, jakim było "Jupiter Ascending" pokazał, że łatwo w tym gatunku o finansową klapę. "Valerian" jest wprawdzie lepszy od wspomnianego dzieła sióstr Wachowskich, ale do ideału mu nieco brakuje. Ma bardzo mocne plusy - po pierwsze jest fajny, w takim ogólnym rozumieniu tego słowa. Dobra space opera to atrakcyjna bajka w kosmosie, pełna przygód, szalonych pomysłów, zakręconych postaci i swoistego luzu. Taki właśnie jest "Valerian". Po drugie, to wizualne arcydzieło, najdroższa w historii produkcja kina europejskiego, która mądrze zainwestowała każde euro przeznaczone na efekty. Nawet jeśli nie przebija w tym aspekcie ostatnich produkcji z "Marvel Cinematic Universe", to przynajmniej się z nimi zrównuje. Po trzecie, fabuła mniej więcej trzyma się kupy i zaskakuje kilkoma świetnymi elementami, takimi jak choćby geneza Alphy, Miasta Tysiąca Planet. No i po czwarte, wizualnie to niemalże kopia kultowego "Piątego Elementu" - te same kostiumy, podobny wygląd broni, statków i technologii, a także ras kosmitów. Oraz oczywiście uniwersalnego przesłania na temat transgalaktycznej siły miłości. No to skoro jest tak dobrze, to czemu film zbiera kiepskie recenzje?

Ponieważ zabrakło ostatniego, kluczowego (żeby nie powiedzieć: "piątego") elementu: gry aktorskiej. Dobry film przygodowy musi mieć sympatycznego protagonistę, który z miejsca inspiruje i zachęca, by (choćby w wyobraźni) iść w jego ślady. Taka jest Rey czy Jyn Erso z "Gwiezdnych Wojen". Taki jest Star-Lord ze "Strażników Galaktyki". Tacy są Korben i Leeloo z "Piątego Elementu". Ale już nie Valerian i Laureline. Cara Delevingne, którą ostatnio widzieliśmy jako imponującą Enchantress w "Suicide Squad", wygląda wprawdzie świetnie... ale nie jest w ogóle sympatyczna. Wieje od niej chłodem profesjonalnej modelki, którą zresztą wcześniej była, zanim zajęła się aktorstwem. Z kolei Dane DeHaan jako Valerian nie nadaje się na galaktycznego herosa - to chłopak o aparycji młodego DiCaprio, który był świetny jako Zielony Goblin w "The Amazing Spider-Man 2", ale jako zbawienie wszechświata wypada dość niewiarygodnie. Powiedzmy to sobie wprost: nasi bohaterowie to dwójka aroganckich dzieciaków, a nie doświadczeni kosmiczni agenci. Może gdyby był to film klasy origin, przedstawiający ich pierwszą misję... Ale niestety. Czarę goryczy przelewa Rihanna, która wprawdzie wygląda i tańczy świetnie, ale na aktorkę to się nie nadaje. Na plus mogę wymienić jedynie niezawodnego Clive'a Owena i zabawnego Ethana Hawke'a jako kosmicznego alfonsa. Niestety te dwie małe role nie wystarczą, by uratować obsadę tego filmu.

Wyszedłem z kina zadowolony, pomimo pewnej ilości dziur i luk w scenariuszu (takich jak nieco absurdalna misja na międzynarodowym targowisku), drewnianych dialogów i nieznośnie wydłużonych scen (otwierająca sekwencja na planecie Mül to niemalże film krótkometrażowy). Żałuję jednocześnie, że nie sięgnięto głębiej do kieszeni i nie zatrudniono bardziej doświadczonych, lepszych aktorów w rolach głównych. Może wtedy byłaby szansa na sequel? 

Wniosek: Wizualnie imponujące i fajne, choć mogło być lepsze.


sierpnia 06, 2017

"Star Trek: The Next Generation" ("Star Trek: Następne Pokolenie")

"Star Trek: The Next Generation" ("Star Trek: Następne Pokolenie")
O czym to jest: Przygody nowej załogi statku kosmicznego U.S.S. Enterprise.

star trek następne pokolenie serial picard patrick stewart

Recenzja serialu:

No i kolejny serial z uniwersum "Star Treka" zaliczony. Na początku nie było łatwo. Byłem w stanie przełknąć przestarzałą, leciwą konwencję w przypadku "The Original Series" - wszak tamten serial powstawał w latach 60. Tymczasem "The Next Generation" kręcono już za mojego życia, a grający główną rolę Patrick Stewart to jeden z moich ulubionych aktorów. Tym trudniej było mi, zwłaszcza na początku, zaakceptować wolne tempo, papierowe dekoracje i egzaltowaną fabułę niektórych epizodów.

Na szczęście z odcinka na odcinek było mi coraz łatwiej. Albo wdrożyłem się w konwencję, albo poziom serialu rósł w górę. Niestety do końca nie udało mi się nabyć sympatii do niektórych postaci (wyjątkowo irytowali mnie Geordi, cała rodzina Crusherów i absolutnie niepasująca do tej produkcji Whoopi Goldberg), ale pozostali wynagrodzili mi to z nawiązką. Specjalne ukłony kieruję w stronę wspomnianego wcześniej Patricka Stewarta - jego kapitan Picard okazał się być zupełnie innym bohaterem od kipiącego testosteronem kapitana Kirka z oryginalnej produkcji. Z kolei komandor Data, sympatycznie stoicki android, to jeden z lepszych robotów w historii SF - jego niekończąca się odyseja w poszukiwaniu istoty człowieczeństwa była znakomitą zabawą dla widza. 

Co istotne, "The Next Generation" wprowadziło do uniwersum prawdopodobnie najlepszego wroga w historii, czyli cybernetyczną rasę Borgów. Dobre efekty specjalne, świetna charakteryzacja i ciekawa fabuła, uczyniła odcinki z ich udziałem najjaśniejszym punktem serialu. Równie rewelacyjne były odcinki z udziałem tajemniczego Q, wszechpotężnej istoty o mentalności psotnego satyra - mówiąc szczerze nie spodziewałem się takiej dawki dobrego, naturalnego humoru. Dzięki takim epizodom aż chciało się oglądać serial! 

Jeśli miałbym ocenić "The Next Generation" w porównaniu do "The Original Series", powiedziałbym że są to równe produkcje. Wcześniejszy serial miał w sobie chyba więcej klimatu i magii, za to jego następca nadrabia fabułą i efektami specjalnymi. To wciąż dobra, familijna przygoda w kosmosie. Jestem pewien, że będzie się nadawać do oglądania za kolejne 50 lat, a to o czymś świadczy.

Wniosek: Całkiem ciekawe, choć wymaga wdrożenia w konwencję.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


sierpnia 04, 2017

"War for the Planet of the Apes" ("Wojna o Planetę Małp")

"War for the Planet of the Apes" ("Wojna o Planetę Małp")
O czym to jest: Małpy i ludzie mierzą się w finalnej konfrontacji o władzę nad planetą.

wojna o planetę małp recenzja

Recenzja filmu:

Ciężko mi ocenić ten film, dlatego musiałem parę dni poczekać z napisaniem tej recenzji, by dobrać odpowiednie słowa. Zdaję sobie sprawę, że być może wpływ na moje wrażenia mają górnolotne oczekiwania, jakie stawiałem przez seansem. Poprzednie dwie części nowej "Planety Małp" - czyli "Rise" i "Dawn" przyniosły nieoczekiwaną świeżość do nieco leciwej franczyzy, korzeniami sięgającej lat 60. Wpływ na to miała nowoczesna technologia, która pozwoliła stworzyć małpy w technologii performance capture, odwzorowującej zarówno ruchy, jak i mimikę aktorów. Pierwsza część trylogii stworzyła solidne podwaliny do dalszych przygód. Druga wprowadziła widza w niezwykle atrakcyjny wizualnie, postapokaliptyczny świat. Trzecia - jak na trylogię przystało - miała być tego ukoronowaniem.

"Wojna o Planetę Małp" - ten tytuł sugerował wielką konfrontację, mnóstwo akcji i epickie zmagania armii ludzi oraz małp, walczących o władzę nad umęczoną Ziemią. Niestety na sugestiach się skończyło. Obawiam się, że zdecydowanie bardziej "wojenna" była druga część serii, czyli "Ewolucja o Planetę Małp" (tam bitewne zmagania ludzi i inteligentnych naczelnych naprawdę wyglądały zjawiskowo). Jeśli zaś miałbym porównać "Wojnę" do jakiegoś gatunku filmowego, wybrałbym western. Pierwszy akt to nic innego jak klasyczna historia o dzielnym herosie (w tej roli oczywiście Cezar), który wraz z kilkoma wiernymi druhami wyrusza konno na poszukiwanie swojego nemezis (w tej roli diaboliczny Pułkownik grany przez niezawodnego Woody'ego Harrelsona). Po drodze zaliczają sporo przygód, spotykają nowych przyjaciół i wrogów, ratują małą dziewczynkę, by w końcu zmierzyć się w finalnej konfrontacji. Jest to tak ograny i przewidywalny schemat, że bezbłędnie przewidywałem jak potoczy się akcja i jakie decyzje podejmą bohaterowie. Przykro mi trochę, bo liczyłem na o wiele większą oryginalność.

Ale nie to jest największym problemem "Wojny". Całą winę zrzucam na zdecydowanie przesadzone momenty liryczne, nastawione na wzruszenie widza. Jeszcze jedną taką scenę (na przykład finalną), jakoś bym przełknął. Ale tutaj co 15 minut zaliczaliśmy zwolnienie akcji, nastrojową muzykę, łzy cieknące po owłosionych małpich policzkach i wzniosłe teksty o tym, że MAŁPY RAZEM SILNE. Świetnie, tyle że ja przyszedłem do kina na postapokaliptyczny film wojenny, a nie mdły dramat obyczajowy! Przyznaję oczywiście, że artystyczne wstawki pozwoliły rozwinąć skrzydła Andy'emu Serkisowi, grającemu Cezara. Jego bohater wręcz porażał realizmem i w niektórych momentach zacierał granicę między efektami specjalnymi, a żywą twarzą aktora. To niesamowite, jak bardzo technologia poszła do przodu! Naprawdę uważam, że aktorom performance capture powinno się przyznawać Oscary. Zasłużyli na to.

Uczciwie mówiąc, "Wojna o Planetę Małp" to nie jest zły film. Jest w porządku. Problem w tym, że zaprzepaszcza potencjał, by stać się doskonałą produkcją. Ma na szczęście swoje plusy (jak gra aktorska - prócz wspomnianego Serkisa i Harrelsona należy zauważyć utalentowaną, młodziutką Amiah Miller) oraz umiejętne pociągnięcie franczyzy na kolejny etap. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by niedługo nakręcić czwartą część o powrocie astronautów na Ziemię (ten wątek został już zawczasu zagajony w "Genezie"). Wszystko się zgadza, jest nawet wyjaśnienie, czemu małpy i ludzie tak sprawnie zamienili się miejscami. Pozostaje nam tylko czekać i mieć nadzieję, że twórcy nie zapomnieli o Statui Wolności. Wszak o symbolach Alfa i Omega na szczęście pamiętali!

Wniosek: Ujdzie, ale zdecydowanie zbyt nostalgiczne i przegadane.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Planeta Małp"! >>>


sierpnia 03, 2017

"Atomic Blonde"

"Atomic Blonde"
O czym to jest: Tajna agentka poluje na listę szpiegów w podzielonym Berlinie.

atomic blonde film charlize theron james mcavoy

Recenzja filmu:

Nie przepadam za kinem szpiegowskim, to żadna tajemnica. Ale przepadam za dobrym mordobiciem, strzelanką i wartkim, dobrze nakręconym kinem akcji. Przykładowo nie lubię za bardzo "Bourne'ów" z Mattem Damonem, ale takie "Dziedzictwo Bourne'a" - przez wielu odsądzane od czci i wiary - naprawdę doceniam. "Atomic Blonde" jest czasem nazywany "Jane Wick", na cześć kultowego "Johna Wicka" rzecz jasna - nic w tym dziwnego, bo za produkcję obydwu filmów odpowiadają albo ci sami, albo zakolegowani ze sobą ludzie. Niestety Charlize Theron to nie Keanu Reeves, a agentka Broughton to nie płatny zabójca Wick.

Od razu zaznaczam, że nie mam nic do Charlize Theron. Uwielbiam ją! To obok Tildy Swinton najbardziej plastyczna aktorka Hollywood, którą za pomocą makijażu i fryzury można albo mega wylaszczyć, albo turbo zbrzydzić. Przy okazji to również świetna aktorka, laureatka Oscara, która w graną postać wkłada całe serce. I widać to było w "Atomic Blonde" - Theron podczas produkcji przeszła przez morderczy trening walki, co przypłaciła zresztą kilkoma wybitymi zębami. Jej grze aktorskiej nie mam nic do zarzucenia. Podobnie wypada mi pochwalić całą plejadę świetnych postaci drugoplanowych - mojego ukochanego Jamesa McAvoya (rzecz jasna), moją ulubienicę Sofię Boutellę oraz niezwykle szczupłego, kultowego Johna Goodmana. Każdy z nich stanął na wysokości zadania.

Drugą zaletą "Atomic Blonde" jest scenografia w klimacie zachodnioniemieckiego pop-artu lat 80. Neony (dużo neonów!), blond peruki, białe lateksowe stroje, bezkarny konsumpcjonizm i dekadencja w cieniu żelaznej kurtyny - starsi z Was dobrze wiedzą, jak było postrzegane RFN w tamtym okresie. Kręcenie filmu w Berlinie oraz Budapeszcie przyniosło zamierzony efekt. RFN, NRD, mur berliński, Stazi, MI6 i KGB - wszystkie pionki są na swoim miejscu i prezentują się świetnie. Z tej układanki naprawdę dałoby się złożyć coś kultowego, porywającego i na swój sposób odkrywczego. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Niestety nigdy się tego nie dowiemy, bowiem twórcy filmu najwyraźniej zgubili gdzieś kartki ze scenariuszem (bo nie wierzę, że Kurt Johnstad - człowiek, który napisał dwie części "300" - mógł popełnić coś takiego). Chaos w fabule "Atomic Blonde" jest tak porażający, że przynosi niemalże fizyczny ból. Przez bite dwie godziny filmu bohaterowie snują się po ekranie w poszukiwaniu tajemniczej listy szpiegów, która ma moc odwrócenia losów Zimnej Wojny. Kto ją sporządził i po co, to już pozostaje zagadką - tak samo zagadkowe jest jej znaczenie, skoro wszędzie dookoła komunizm wali się w gruzy, a upadek muru to nawet nie kwestia miesięcy, a godzin. Po co w takich realiach szpiedzy różnorakich mocarstw zabijali się nawzajem i ryzykowali życiem, przekraczając granicę? Nie lepiej było nalać sobie kieliszka wódki i zwyczajnie poczekać...?

Scenariusz "Atomic Blonde" był tak dziurawy jak budżet ZSRR pod koniec lat 80. Naprawdę się starałem, ale nie byłem w stanie stwierdzić kto tu był zdrajcą, kto wrogiem, a kto przyjacielem i o co w tym wszystkim chodziło. A zresztą, mówiąc szczerze, nie bardzo mnie to obchodziło. Co najgorsze "Atomic Blonde" to film zwyczajnie nudny! Zachwalane wszem i wobec kilkunastominutowe mordobicie na jednym ujęciu bez cięć (wliczając w to pościg samochodowy) jest bez wątpienia ciekawe pod względem technicznym, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Jak na film akcji "Atomic Blonde" jest niepokojąco pozbawiona tempa - obawiam się nawet, że wszystko co interesujące widzowie mogli wcześniej zobaczyć w trailerze. Doceniam wprawdzie realizm scen walki (Theron po bijatyce z wielkimi facetami wygląda przynajmniej tak, jak ktoś na jej miejscu wyglądałby w rzeczywistości), ale to za mało. I jeszcze te sceny liryczne, wątek lesbijski... Czy ogólnoświatowa szydera z Keanu Reevesa rozpaczającego nad psem w "Johnie Wicku" nikogo niczego nie nauczyła?

Dałbym jednego chomika w ocenie, ale podwyższam o jeden stopień ze względu na scenografię i aktorstwo. Niestety mimo to "Atomic Blonde" to film co najwyżej mierny. Nie polecam.

Wniosek: Źle napisane, nieporywające i zwyczajnie nudne.


lipca 28, 2017

"Baby Driver"

"Baby Driver"
O czym to jest: Młody chłopak pracuje jako kierowca podczas napadów rabunkowych.

baby driver film kevin spacey

Recenzja filmu:

Gdyby Quentina Tarantino zatrudniono do nakręcenia "Strażników Galaktyki", powstałby właśnie "Baby Driver". Serio! To ten sam przejaskrawiony świat gangsterów, groteskowa przemoc oraz nowatorskie złączenie fabuły z muzycznymi hitami lat 80. Już pierwsza scena filmu, w której główny bohater zaczyna śpiewać w rytm soundtracku, nie pozostawia wątpliwości, że to niezwykła produkcja!

Fabuła filmu teoretycznie nie jest zbyt odkrywcza: oto młody chłopak, urodzony do tego by siedzieć za kółkiem, pracuje jako kierowca w trakcie napadów rabunkowych. Ale nie martwcie się, żaden z niego gangster: ma dobre serce, a kroczy drogą przestępcy, bo nie ma innego wyboru. Wszystko idzie dobrze do czasu, gdy poznaje dziewczynę wyglądającą jak reinkarnacja kelnerki Shelly z "Twin Peaks" (w rzeczywistości to Lily James, czyli nowy "Kopciuszek"). Teraz pozostaje pytanie, kto wygra: szczera miłość od pierwszego wejrzenia, czy paskudna mafia reprezentowana przez Franka Underwooda? I żeby tylko jego... Znajdziecie tu dodatkowo całą masę bandziorów z innych filmów: Django, Dona Drapera z "Mad Men" oraz marvelowskiego Punishera. Co za ekipa!

Czapki z głów dla Ansela Elgorta w tytułowej roli Baby'ego. Ten dzieciak naprawdę czuł muzykę i potrafił wyciągnąć z tego filmu esencję rozrywki! Nic dziwnego, że "Baby Driver" odniósł wielki sukces kasowy. Awangardowe podejście do tematu, świetna obsada, niebanalny scenariusz i sprawna reżyseria zaowocowały jednym z większych odkryć tego roku. "Baby Driver" udowadnia, że w Hollywood wciąż jest miejsce na oryginalność. Ten film to również pozycja obowiązkowa dla dwóch grup ludzi: fanów szybkich samochodów i ostrej jazdy, a także melomanów, dla których muzyka wyznacza rytm dnia i nocy 24 godziny na dobę. Ciekawi mnie, jaki jest Wasz killer track? Ja mam swój!

To jest dobry film. Bardzo dobry. Czy będzie sequel? 

P.S. Czy Wy również uważacie, że główna rola została idealnie napisana pod Milesa Tellera? I nie mam tu na myśli jego imienia...

Wniosek: Nowatorskie i dobrze nakręcone kino. Fajne!


lipca 27, 2017

"Dunkirk" ("Dunkierka")

"Dunkirk" ("Dunkierka")
O czym to jest: Historia ewakuacji brytyjskiej armii z Dunkierki w 1940 roku.

dunkierka film recenzja christopher nolan tom hardy

Recenzja filmu:

Jeśli czytacie regularnie recenzje na Jest Kultowo to wiecie, że filmy wojenne pojawią się tu dosyć często. Nie ukrywam, że tematyka militarna to jedna z moich pasji (która nawet w swoim czasie uczyniła mnie na rok pracownikiem naukowym we wrocławskim Muzeum Militariów). Historię II wojny światowej w kinie znam od lat i to z wielu różnych punktów widzenia, a ponadto widziałem już chyba setki filmów na ten temat. Ale czegoś takiego jak "Dunkierka" jeszcze nie widziałem!

Christopher Nolan wydawał mi się ostatnimi czasy przereklamowany - pewnie dlatego, że rozczarował mnie jego "Interstellar". Niemniej byłem ciekawy jak hollywoodzki mistrz klimatu ugryzie temat największej klęski (lub zwycięstwa, zależy jak na to patrzeć) brytyjskiej armii na froncie II wojny światowej. Po błyskawicznym ataku Hitlera na Francję w 1940 roku, setki tysięcy Brytyjczyków, Francuzów, Polaków i Belgów zostało odciętych w kotle wokół portowego miasta Dunkierka. Jeśli by zginęli lub dostali się do niewoli, Wielkiej Brytanii mogłoby zabraknąć ludzi, by dalej prowadzić działania zbrojne. Dlatego rozpoczęto operację Dynamo, czyli bezprecedensową ewakuację wojska poprzez Kanał La Manche. Tyle historii.

To co Nolanowi udało się znakomicie, to przedstawienie od pierwszej minuty klimatu paranoicznego zagrożenia śmiercią, jakie czyhało na alianckich żołnierzy. Strzały snajperów, bomby z nieba, torpedy z morza - koniec mógł przyjść w każdym miejscu i każdej chwili. Gwarantuję Wam, że mało filmów tak dosadnie pokazuje psychologiczny horror wojny. Co warto zaznaczyć, nie trzeba do tego hektolitrów krwi i flaków wylewających się z ekranu. Wystarczy umiejętna praca kamerą, okraszona na dodatek nowatorską ścieżką dźwiękową (autorstwa legendarnego Hansa Zimmera), by widz razem z bohaterami zamienił się w jeden wielki kłębek nerwów. "Dunkierka" przemawia głównie obrazem, niczym film niemy z dawnej epoki kina. Dialogów jest tu mało, a trójka głównych bohaterów - młodych żołnierzy uwięzionych na plaży - na tyle psychologicznie podobna do siebie, że każdy może się z nimi utożsamiać (tu ciekawostka: jeden z nich to wokalista zespołu One Direction). W takich chwilach widz może się zastanawiać, jak to możliwe że ktoś coś takiego przeżył, a co ważne pozostał potem zdrowych zmysłach.

Oczywiście wspomniana trójka aktorów (wyłonionych w castingu spośród setek kandydatów), których przygody ilustrują ewakuację z punktu widzenia lądu, to nie wszystko. W rolach drugoplanowych jest tu również kilka znanych twarzy. "Dunkierka" to obraz zrealizowany w formie tryptyku, ukazującego te same zdarzenia z perspektywy lądu, morza i powietrza. Narratorem części morskiej jest Mark Rylance w roli podstarzałego dżentelmena, wyruszającego prywatnym jachtem na pomoc żołnierzom. Z kolei część powietrzną obstawia sam Tom Hardy, ponownie w masce (tym razem tlenowej) i z minimalną ilością dialogów. Co by nie mówić: aktorów do tych ról dobrano wprost perfekcyjnie. 

Obawiałem się, czy "Dunkierka" wizualnie przebije przegenialny obraz tej samej bitwy zaprezentowany w filmie "Atonement". Tam wizja twórców ukazała nam wojsko w stanie moralnego i fizycznego rozkładu - degrengoladę, rozprężenie, chaos i horrendalny absurd niczym z dzieł Hieronima Boscha. Tymczasem Nolan postanowił pokazać bitwę o Dunkierkę w sposób zdecydowanie bardziej wierny prawdziwym wydarzeniom - przerażający obraz pustego i uporządkowanego piekła, gdzie żołnierze karnie ustawiają się w kolejce do zagłady. Co istotne, film nakręcono w lokacjach prawdziwej bitwy i z użyciem autentycznego sprzętu (statków, samolotów) z epoki. Te wysiłki przyniosły efekt, bo dzięki temu "Dunkierka" wygląda tak prawdziwie, jak to tylko możliwe w przypadku wysokobudżetowego filmu. 

To nie jest film dla widzów o słabych nerwach. Ale obowiązkowy dla wszystkich tych, którzy uważają wojnę za coś romantycznego. Nie można się bardziej mylić!

Wniosek: Poruszające, wstrząsające, artystycznie piękne kino.


lipca 20, 2017

"Spider-Man: Homecoming"

"Spider-Man: Homecoming"
O czym to jest: Spider-Man walczy z handlarzami kosmiczną bronią.

spiderman marvel film

Recenzja filmu:

Spider-Man w kinie: podejście trzecie (a właściwie czwarte, jeśli policzymy telewizyjne filmy z lat 70.). Jak do tej pory żadne fabularne wcielenie sympatycznego Pajączka nie przyniosło spełnienia widzom. "Spider-Many" z Tobeyem Maguirem uważa się za niezłe widowiska, choć jego samego za kiepskiego protagonistę. Seria "The Amazing Spider-Man" z Andrew Garfieldem zebrała znacznie lepsze recenzje za aktorstwo, ale cięgi za słaby scenariusz. W końcu doszło do tego, że Peter Parker wylądował w kinowym uniwersum Marvela, na spółkę z postaciami, które znamy z poprzednich piętnastu filmów. Przedsmak jego przygód widzieliśmy już w "Captain America: Civil War".

Teraz przyszła pora na pierwszy solowy film. Ale czy na pewno solowy? Mam tu największe wątpliwości, bo nastoletnie przygody Spider-Mana są mu poświęcone tylko w 2/3. Reszta filmu to - stety albo niestety, zależy jak na to patrzeć - "Iron Man 4". I to bez żadnej wazeliny! Prócz Roberta Downey Jr. jako Tony'ego Starka przez ekran przewinęły się niemal wszystkie postacie z "Iron Manów", wliczając w to nawet roboty. Twardogłowi fani Marvela zapewne byli w siódmym niebie, ale ja mam smutną refleksję: kolejne odcinki uniwersum, choć niewątpliwie dostarczają frajdy, coraz mniej się od siebie różnią. Tytuły poszczególnych filmów to zaledwie przykrywka, skoro występują w nich ci sami bohaterowie (a czasem i wrogowie), a kinowe przygody wyglądają na odbite z tej samej kliszy. Zgadzam się, że nie powinniśmy od kina superbohaterskiego oczekiwać nie wiadomo jakiej oryginalności, ale pewne pozory warto by zachować. Zwłaszcza, że taki "Ant-Man" czy "Doctor Strange" udowodniły, że wciąż jest miejsce na wpuszczenie nieco świeżego powietrza. A tutaj? Zwykłe odcinanie kuponów...

No dobra, starczy już tego zrzędzenia, przejdźmy do chwalenia. Bo jest co podziwiać. Pomijając wspomniany wcześniej brak oryginalności, "Homecoming" to bez wątpienia najlepsze kinowe wcielenie Spider-Mana, jakie do tej pory powstało. Na sukces złożyło się kilka elementów: Tom Holland jako Peter Parker (w końcu odpowiednio nastoletni, sympatyczny i uroczo naiwny, tak jak przystało na tę postać), Michael Keaton jako Vulture (czyli wypisz-wymaluj zły "Birdman"), sprawna reżyseria oraz niekończące się pokłady zabawnych dialogów, które nie pozwalały się nudzić w kinie. Scenariusz widowiska nie pozostawiał miejsca na błędy - wszystko było dokładnie przemyślane, profesjonalnie nakręcone i zawierające odpowiednią dozę pozytywnej energii. Widownia rechotała raz za razem i wcale mnie to nie dziwi. "Homecoming" dostarcza tego, co najważniejsze w takim kinie: rozrywki. 

Bardzo podoba mi się kreacja Toma Hollanda i cieszę się na kolejne filmy z jego udziałem. Mam tylko nadzieję, że jego Spider-Man prędko wyrośnie z wieku dziecięcego, bo kolejnego filmu o rozterkach nastolatków z supermocami chyba nie zniosę. I błagam, zdecydowanie mniej Iron Mana, dajcie mu już odpocząć!

Wniosek: Czysta, wyborna rozrywka, ale nic ponad to.



lipca 16, 2017

"Fargo" [2014]

"Fargo" [2014]
O czym to jest: W zapadłej amerykańskiej mieścinie dochodzi do zbrodni. Wielu zbrodni.

Recenzja serialu:

W Hollywood panuje ostatnio kolejna moda. Zamiast wymyślać i wcielać w życie nowe pomysły na produkcje telewizyjne, twórcy biorą na warsztat kinowe hity sprzed paru lat i... przerabiają je na seriale. Oczywiście z innymi aktorami, zmienionymi (poszerzonymi) przebiegami fabuły, ale jednocześnie z zachowaniem oryginalnych postaci, klimatu i tego wszystkiego, co przesądziło o sukcesie takich filmów. Taki los spotkał "Od Zmierzchu do Świtu", "12 Małp", a także genialne "Fargo" braci Coen. Muszę przyznać, że na początku byłem bardzo przeciwny idei takiego odgrzewania kotletów sprzed lat. Zazwyczaj stawiam na oryginalność, a nie powtarzanie tych samych motywów, które już odniosły sukces (dlatego często staram się unikać rebootów). Ale coś spowodowało, że sięgnąłem po nowe "Fargo". I oszalałem z zachwytu.

Tu należy zaznaczyć, że "Fargo" jest serialem-antologią, w którym każdy sezon ma mieć inną formę, bohaterów i miejsce akcji, ale ten sam klimat i nastrój (podobnie jak w "True Detective"). Dlatego też będziemy opisywać każdy sezon osobno. Zaczynamy!

SEZON 1


fargo sezon 1 martin freemanGdy tylko zobaczyłem obsadę, mój nos wyczuł hit na odległość. W głównych rolach obsadzono Martina Freemana - którego każda kreacja (od Watsona po Bilba) to prawdziwy samograj - a także doskonalącego się z filmu na film Billy'ego Boba Thorntona. Dorzućcie do tego parę znanych serialowych mordek (w tym Colina Hanksa) i macie wybuchową mieszankę. Freeman w roli stłamszonego agenta ubezpieczeniowego w zapadłej amerykańskiej mieścinie, zrobił coś niesamowitego - w 10 odcinków przeprowadził nas pełną drogą, zaczynając od współczucia do jego postaci, a kończąc na prawdziwym obrzydzeniu. Z kolei Thornton w roli psychopatycznego mordercy wzniósł się na wyżyny geniuszu, a jego kreacja może śmiało stać w jednym szeregu z takimi geniuszami zbrodni jak Hannibal Lecter czy "morderca z butlą" z "No Country for Old Men". To był absolutny odjazd!

Nadto realia serialu po prostu zrzucały z krzesła - oto w zapomnianej mieścinie pod kanadyjską granicą, gdzie jedyne problemy to zaśnieżone drogi i wykroczenia drogowe, nagle zaczynają się sypać trupy. Jeden, drugi, dziesiąty... Na przestrzeni kilku tygodni splot niespodziewanych wydarzeń pociąga zbrodnię za zbrodnią, której może się przeciwstawić jedynie niezbyt rozgarnięta policjantka z miejscowego komisariatu. Nagle nikt nie może czuć się bezpieczny, a wrażenie zagrożenia potęguje fakt, że wszystkie postacie na ekranie zachowują się, jakby cierpiały na niedorozwój umysłowy (w sam raz dla mieścin cierpiących na chów wsobny). Niesamowicie absurdalna, porażająca czarnym humorem i zbiegami okoliczności historia, która - rzeczywiście - mogłaby się zdarzyć naprawdę. Uwielbiam!

Wniosek: Absolutny hit. Pozycja obowiązkowa.



SEZON 2


fargo sezon 2 patrick wilson
Z wielkimi nadziejami oczekiwałem na drugi sezon wspaniałego "Fargo". Nie wystraszyła mnie planowana zmiana obsady - wręcz przeciwnie! Nowa seria miała stanowić prequel pierwszej i opowiadać o wspominanej kilkukrotnie masakrze w Sioux Falls. Głównym bohaterem uczyniono młodego Lou Solversona, którego w pierwszym sezonie poznajemy jako starszego, emerytowanego policjanta. Tymczasem w roku 1979 wpadł on, podobnie jak później jego córka, na trop zbrodni, która zaczęła prowadzić do kolejnej, a ta do następnej, następnej i następnej...

To z całą pewnością cały czas oryginalne "Fargo": małe miasteczko, niezbyt bystrzy mieszkańcy, zimowa aura, poczucie osamotnienia i trywializacja przemocy, która pełza pod powierzchnią nawet najbardziej spokojnej okolicy. Ogląda się to fenomenalnie! Nie mogę się nachwalić zarówno przebiegu akcji (licznik zabitych sięgał zenitu), bystrych dialogów i cudownej gry aktorskiej, w której sam nie wiem, kto był lepszy. A więc wymienię moich ulubieńców: Patrick Wilson w kreacji uczciwego "gliny z powołania", jego mentor (i przy okazji teść) będący szeryfem (Ted Danson, którego znacie z końcowych sezonów "CSI"), Jesse Plemons w roli niezbyt rozgarniętego miejscowego rzeźnika, Kirsten Dunst jako jego feminizująca żona-fryzjerka czy wspaniały Bokeem Woodbine w roli literata, a przy płatnego mordercy. A to tylko część niepowtarzalnej plejady postaci drugoplanowych! Trudno mi stwierdzić, który sezon "Fargo" jest lepszy, ale bez wątpienia obydwa stanowią obowiązkową pozycję. A dodanie smaczku SF w klimacie "Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia", tak popularnych w końcówce lat 70., czyni tę produkcję wspaniałym obrazem rzeczywistości roku 1979. Może i w krzywym zwierciadle, ale jednak. Ach, tak bardzo czekam na trzeci sezon!

Wniosek: Wciąż trzyma poziom. Kryminał surrealistyczny do granic możliwości!



SEZON 3


fargo sezon 3 ewan mcgregor
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Brzmi to jak truizm, ale czasem niestety tak jest. Każdy serial prędzej czy później czeka ten sam los: wtórność, brak ikry i pomysłu na pociągnięcie fabuły. Co innego, gdy twórcy od początku wiedzą dokąd prowadzą akcję (jak w przypadku "Gry o Tron"), ale gdy scenariusz powstaje z sezonu na sezon, mogą się zdarzyć poważne potknięcia.

Trzeci sezon "Fargo" rozczarował. I to nie pod względem formy - bo zarówno aktorzy, jak i realia ponownie osiągnęły stopień mistrzowski, ale pod względem scenariusza. Nie licząc jednego dobrego odcinka (ucieczki przez las), przygody bohaterów nie porwały mnie w najmniejszym stopniu i - szczerze mówiąc - nie bardzo mnie obchodziły. Czujne oko mojej małżonki (dyplomowanej etnolog), nakierowało mnie wprawdzie na oczywiste inspiracje fabuły, zaczynając od "Fausta", a na "Mistrzu i Małgorzacie" kończąc. Ale nawet to nie pomogło trzeciej odsłonie serialu, tym razem znacznie bardziej zahaczającej o metafizykę, siły nadprzyrodzone oraz wstawki SF (kreskówka o androidzie Minskim).

Po raz kolejny dostaliśmy prowincjonalnego, poczciwego policjanta (w osobie pani prawie-byłej-szeryf, granej przez nieznaną mi wcześniej Carrie Coon), który musi rozwikłać spiralę zbrodni. Tylko że wspomnianej zbrodni wcale nie było dużo. Zamiast staroświeckich morderstw w porażającej absurdem ilości, scenarzyści zafundowali widzom rozważania na temat biznesowych machlojek i pogoni za pieniędzmi. Wiecie, co mi to przypominało? Drugi sezon "True Detective". Te same błędy twórców i ten sam efekt, czyli nuda. I to mimo, że Ewan McGregor w podwójnej roli braci Stussy był świetny - dzięki umiejętnej charakteryzacji naprawdę byłem przekonany, że patrzę na dwóch różnych aktorów! Podobnie znakomita była Mary Elizabeth Winstead jako zaradna panna Swango, a także David Thewlis jako diaboliczny V.M. Varga. Ale nawet tak dobre postacie nie były w stanie pociągnąć zagmatwanego scenariusza, pełnego niewyjaśnionych sprzeczności i dziwactw (zaczynając od błędnego wieku i niezrozumiałych, hollywoodzkich przygód Ennisa Stussy'ego). 

Odnoszę wrażenie, że twórcy "Fargo" chcieli tym sezonem przekazać jakąś głębszą mądrość, ale jeśli nawet tak było, to nie udało mi się jej odczytać. Pod względem rozrywkowym było zaledwie przeciętnie, a mogło być kultowo. Szkoda potencjału. Zobaczymy, czy kolejne sezony (jeśli powstaną), podźwigną serial do dawnego poziomu.

Wniosek: Przeciętne. Oczekiwałem znacznie więcej.


lipca 14, 2017

"The Money Pit" ("Skarbonka")

"The Money Pit" ("Skarbonka")
O czym to jest: Młoda para zabiera się za remont wymarzonego domu.

skarbonka film tom hanks

Recenzja filmu:

Od miesiąca trwa w naszym domu remont (właśnie słyszę, jak za ścianą majstry montują meble w kuchni), zatem to dobra okazja, by przypomnieć sobie najlepszy film o remoncie, jaki nakręcono - czyli "The Money Pit". Ta produkcja udowadnia, że współpraca Toma Hanksa i Stevena Spielberga dawała dobre efekty już w 1986 roku.

Wprawdzie to nie Spielberg jest reżyserem "The Money Pit" (zadowolił się rolą producenta), ale i tak widać tu rękę najsłynniejszego żyjącego reżysera świata. W pewien sposób to dzieło jest kwintesencją epoki, w jakiej zostało nakręcone. Większość komedii z drugiej połowy lat 80. miało lekki, familijny charakter, z całkiem niezłymi gagami, koniecznym wątkiem romantycznym oraz kilkoma życiowymi mądrościami, jakie widz mógł wynieść po seansie. Może dlatego ówczesne filmy przetrwały próbę czasu - pewne rzeczy po prostu się nie dezaktualizują. A jak widać na załączonym obrazku, dobry aktor również za młodu potrafił pociągnąć każdą, nawet najprostszą linię fabularną.

"The Money Pit" to prawdziwa przestroga dla wszystkich, którzy marzą by kiedyś zamieszkać we własnym domu z ogrodem. Gwarantuję, że jeśli ktoś nie miał nigdy takich doświadczeń, ten nie wie ile jest z domem roboty, a co ważniejsze - ile to wszystko kosztuje. Tom Hanks też nie wiedział, dlatego ze swoją dziewczyną dał się w tym filmie złapać na ofertę imponującej rezydencji, która wymagała "drobnego odświeżenia". Ale starczyło poluzować jedną deskę, by ruszyła prawdziwa lawina... Czy dom marzeń naszych bohaterów przetrwa ten remont? I co ważniejsze, czy przetrwa go ich związek?

Sięgnijcie po ten tytuł, jeśli macie ochotę na dobrą rodzinną rozrywkę. Albo jeśli planujecie lub jesteście tuż po remoncie. Działa jak znakomita odtrutka. A scena Toma Hanksa i jego historycznego śmiechu nad dziurą po wannie przeszła do historii kina!

Wniosek: Zabawna komedia. Tom Hanks był świetny również za młodu!


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger