Popularne posty

grudnia 02, 2018

"The Alienist" ("Alienista")

"The Alienist" ("Alienista")
O czym to jest: Psycholog tropi seryjnego mordercę dzieci w Nowym Jorku u zarania XX wieku.

alienista miniserial recenzja daniel bruhl luke evans dakota fanning

Recenzja miniserialu:

Teoretycznie miniserial "The Alienist" miał wszystko, co potrzebne do sukcesu. Świetną obsadę, imponującą scenografię i ciekawe realia historyczne, a także nigdy nie starzejący się wątek psychopatycznego mordercy i dzielnego policjanta (w tym wypadku psychologa), który próbuje go złapać. I pewnie nie powiedziałbym złego słowa... gdyby nie to, że wszystko to widziałem już wcześniej.

I nie mam na myśli samego wątku łapania mordercy, bo przecież wciąż pojawiają się nowe produkcje na ten temat, które potrafią mnie wgnieść w fotel (jak pierwszy sezon "True Detective"). Cały problem "The Alienist" polega na tym, że się spóźnił. Gdyby powstał przed "The Knick", byłby prawdziwie rewolucyjny. A tak niestety w dużej mierze kopiuje formę wspomnianego serialu, i jak na kopię przystało, wypada o wiele gorzej. Nowy Jork na przełomie XIX i XX wieku jest na pewno interesujący, ale gdy ktoś kręci drugą z rzędu produkcję na ten temat, to w pewnym momencie widz czuje przesyt. Może gdybym nie znał "The Knick", bawiłbym się lepiej. Ale niestety znałem.

Kolejnym problemem są postacie. Tu zaznaczam - postacie, a nie aktorzy, bo zarówno Daniel Brühl, Luke Evans jak i wyrośnięta dawna dziecięca gwiazda Dakota Fanning są absolutnie rewelacyjni! Niestety grani przez nich bohaterowie, z winy scenariusza, są po prostu niesympatyczni. Doktor Kreizler (w tej roli Brühl) to kolejny aspołeczny geniusz z bagażem problemów osobistych, który jako jedyny jest w stanie złapać mordercę. Znacie ten schemat z wielu produkcji, ot choćby "Sherlocka". Różnica polega na tym, że taki Sherlock Holmes (i to zarówno w serialu z Benedictem Cumberbathem, jak i filmowym "Sherlocku Holmesie" z Robertem Downey Jr.). jest wprawdzie burakiem, ale za to zabawnym i wzbudzającym sympatię. W postaci Doktora Kreizlera nie ma nic sympatycznego. A ciężko się ogląda serial, gdy się nie lubi głównego bohatera, nieprawdaż? Prawdziwie miły wydaje się być wprawdzie Luke Evans, niestety jego rola to kolejne wcielenie ciamajdowatego, stereotypowego Doktora Watsona. A Dakota Fanning? Wątek pierwszej kobiety zatrudnionej w nowojorskiej policji jest teoretycznie interesujący, ale znów - wszystko to już widzieliśmy. Chcecie wątku XIX-wiecznej emancypacji kobiet w USA? Zapraszam do serialu "Doktor Quinn".

No to sobie ponarzekałem. Ale nie zniechęcajcie się za bardzo, bo przemawia przeze mnie zblazowanie człowieka, który w swoim życiu widział tysiące filmów i seriali. Niemniej nawet taka maruda jak ja musi przyznać, że "The Alienist" sam w sobie jest nawet niezły. Scenografia naprawdę robi wrażenie (imponuje zwłaszcza dbałość o detale historyczne), akcja jest dość wartka (chociaż czuć, że scenariusz oparto na książce) i w sumie efekt jest dość przyzwoity (choć niektóre wątki, jak chociażby miłosne perypetie młodego żydowskiego kryminalistyka, wydawały się być totalnie zbędne). Nie wiem wprawdzie, czy sięgnę kiedyś po planowane sequele, bo niekoniecznie mam ochotę znów patrzeć na obrażoną minę Doktora Kreizlera. Ale rozumiem, jeśli komuś "The Alienist" spodobał się o wiele bardziej.

Wniosek: Wizualnie imponujące, ale fabularnie dość wtórne.


listopada 25, 2018

"7 Days in Entebbe" ("Siedem Dni")

"7 Days in Entebbe" ("Siedem Dni")
O czym to jest: Terroryści porywają samolot z Izraelczykami i uprowadzają go do Ugandy.

7 dni film recenzja daniel bruhl

Recenzja filmu:

Dwie produkcje o terroryzmie lat 70. pod rząd okazały się dla mnie niewystarczające, więc sięgnąłem po trzecią. Ponownie jest to prawdziwa historia i raz jeszcze z wątkami arabsko-islamskimi w tle, ale dla odmiany zamiast ataku na ambasadę doszło w niej do porwania samolotu. Ale terroryści nie przewidzieli jednego: porywając samolot pełen Izraelczyków trzeba się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Bo jedno trzeba Żydom przyznać - potrafią dbać o swoich!

A oto fakty. W 1976 roku czworo terrorystów (dwoje niemieckich komunistów oraz dwóch Palestyńczyków) porwało samolot Air France lecący do Izraela. Maszynę i pasażerów uprowadzono do Entebbe w Ugandzie, gdzie królował ówczesny największy świr spośród dyktatorów, Idi Amin (zainteresowanym polecam film "Ostatni Król Szkocji" na jego temat). Rozpoczęto negocjacje - zakładników miano wymienić na innych terrorystów trzymanych w izraelskich i europejskich więzieniach. Jednak Żydzi wiedzieli, że nie mogą iść na ustępstwa, bo to zachęciłoby innych bandytów to powtarzania takich porwań w przyszłości. Ale nie mogli też zostawić swoich obywateli na pewną śmierć w kraju rządzonym przez szaleńca. Przygotowali więc i przeprowadzili prawdopodobnie najbardziej spektakularną akcję ratunkową w historii, która nie miała i nie ma sobie równych po dziś dzień!

Oto, w wielkim skrócie, fabuła filmu "7 Days in Entebbe" (zwanym również po prostu "Entebbe"). Czy komandosom udało się uratować wszystkich zakładników? Jak doszło do przeprowadzenia całej operacji? Jakie były motywacje terrorystów? O tym wszystkim musicie przekonać się sami. Warto poznać tą opowieść, choć obawiam się, że mogła być o wiele lepiej nakręcona. Ze smutkiem stwierdzam, że "Entebbe" jest po prostu... nudną produkcją. Głównym bohaterem uczyniono Daniela Brühla w roli jednego z terrorystów. I choć lubię tego sympatycznego niemieckiego aktora, to jednak taka konstrukcja fabuły do mnie nie przemówiła. Wolałbym, by film nakręcono bardziej jak "6 Days", czyli z punktu widzenia komandosów - zwłaszcza że tematyka aż się sama prosiła. Niestety aspekt militarny zepchnięto na drugi plan. Zamiast tego scenarzyści postawili na psychologię (wiwisekcję umysłów terrorystów) oraz politykę (zakulisowe przepychanki w zaciszach ministerialnych gabinetów). Gdzieś w tym wszystkim zgubił się sens kręcenia tego filmu, czyli prawdziwa historia o brawurowym ratunku przeprowadzonym przez rząd, który żadnego obywatela nie pozostawia bez pomocy. I to mój największy zarzut!

Oczywiście jakość filmu - pod względem technicznym - jest świetna, podobnie świetni są aktorzy. Szkoda jednak, że nie pokazano dalszych konsekwencji izraelskiego rajdu, czyli tego co zrobił Idi Amin swoim obywatelom już po całej operacji. Ale tak to jest, gdy ktoś za bardzo skupia się na szczegółach kosztem ogółu. Liczę na to, że kiedyś powstanie jeszcze jeden, lepszy film o tych wydarzeniach!

Wniosek: Niestety przeciętne. Powinno być o wiele lepsze.


listopada 18, 2018

"Argo" ("Operacja Argo")

"Argo" ("Operacja Argo")
O czym to jest: CIA ratuje dyplomatów z ogarniętego rewolucją Iranu.

operacja argo film recenzja iran rewolucja affleck cranston arkin goodman

Recenzja filmu:

Obejrzałem ostatnio film "6 Days" o wzięciu zakładników w irańskiej ambasadzie w Londynie. Postanowiłem kontynuować tą tematykę i w końcu nadrobić powszechnie chwalone (i nagrodzone Oscarem za najlepszy film) "Argo" w reżyserii Bena Afflecka. To również historia o wzięciu zakładników w ambasadzie w Iranie, dziejąca się zaledwie rok wcześniej niż ta w Londynie. Jednak przejęcie amerykańskiej ambasady przez irańskich rewolucjonistów stanowi tu jedynie zarzewie akcji. "Argo" opowiada bowiem prawdziwą (choć nieco podkolorowaną) historię brawurowego ratunku szóstki dyplomatów, którzy w ostatniej chwili uciekli przed pojmaniem. Ale po kolei.

Można by nakręcić kilka filmów o tym, dlaczego doszło do rewolucji w Iranie w 1979 roku i czemu to wina Amerykanów. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii (warto sobie o tym poczytać), a ja jedynie wspomnę, że w listopadzie 1979 tłum manifestantów wtargnął do ambasady USA w Teheranie, po czym pobił i uwięził jej pracowników. Szóstce z nich udało się zbiec w ostatniej chwili, a następnie ukryć w domu kanadyjskiego ambasadora. Wiadomym było, że trzeba ich szybko wydostać z Teheranu, pytanie tylko jak? Wtedy to Kanada i CIA uknuły sprytny plan - dyplomaci mieli opuścić Iran przebrani za filmowców, kręcących epopeję science fiction klasy "Gwiezdnych Wojen" albo "Planety Małp". Uknuto cały misterny plan, stworzono fikcyjne studio, reklamy i akcję marketingową (a nawet zatrudniono prawdziwych fachowców z Hollywood), by wszystko wyglądało w pełni wiarygodnie. Czy to się mogło udać? To, w skrócie, cała fabuła "Argo".

Nie przeczę, że to bardzo dobry film. Scenariusz, reżyseria, montaż, gra aktorska - wszystko stoi na najwyższym poziomie. A widz taki jak ja, który dość dobrze zna historię kina science fiction lat 70. i 80., bawił się dwakroć lepiej! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że sporo faktów nagięto w celu podkręcenia tempa (zwłaszcza wszelkie "ucieczki w ostatniej chwili" i szczęśliwe zbiegi okoliczności), ale co z tego, skoro świetnie to wygląda! Umówmy się, że kino rządzi się swoimi prawami i gdyby nakręcono to kropka w kropkę zgodnie z nudnymi faktami, pies z kulawą nogą by się tym filmem nie zainteresował. Jedyne moje zastrzeżenia dotyczą smutnego Bena Afflecka w roli głównej - nic nie poradzę, że za nim nie przepadam (w przeciwieństwie do jego brata), dlatego wolałbym by na stałe został po drugiej stronie kamery jako reżyser albo producent. Ale za to w rolach drugoplanowych grają m.in. Bryan Cranston oraz kultowy John Goodman, który nie ma złych ról na koncie! 

Polecam "Argo" wszystkim tym, którzy chcą zobaczyć jak naprawdę wyglądała (wygląda?) praca CIA i poznać trochę historii, a także zobaczyć realia Teheranu w przełomowym 1979 roku. Nie zmarnujecie tych dwóch godzin przed ekranem.

P.S. Wciąż jednak czekam, aż Amerykanie nabiorą na tyle dystansu do siebie, by nakręcić film o Operacji "Orli Szpon", czyli zbrojnej próbie odbicia zakładników z ambasady w 1980 roku i jednocześnie największym blamażu w historii amerykańskich sił zbrojnych (który kosztował Prezydenta Cartera stołek w Białym Domu). Dość wspomnieć, że z grupy wysłanych śmigłowców dwa się zgubiły, jeden rozbił, a kolejny zderzył z samolotem... To byłby film!

Wniosek: Bardzo dobre kino. Świetnie się ogląda!


listopada 13, 2018

"6 Days" ("6 Dni")

"6 Days" ("6 Dni")
O czym to jest: Terroryści biorą zakładników w irańskiej ambasadzie w Londynie w 1980 roku.

6 dni film recenzja jamie bell mark strong abbie cornish

Recenzja filmu:

Cóż za miła niespodzianka! Nie spodziewałem się, że dość skromny, europejsko-nowozelandzki film o słynnej akcji antyterrorystycznej sprzed prawie 40 lat, będzie tak dobry! Czasem jednak warto zdać się na instynkt i sięgnąć po jakąś produkcję tylko ze względu na tematykę. Można się miło zaskoczyć!

Wydarzenie to, znane jako Operacja Nimrod, miało miejsce w Londynie 1980 roku. Grupa islamskich terrorystów zajęła i wzięła zakładników w irańskiej ambasadzie, protestując w ten sposób przeciwko prześladowaniom Arabów przez Persów. Z jakiegoś powodu uważali, że ten czyn spowoduje zmianę polityki Iranu w stosunku do ich pobratymców... Ale mieli pecha, bo ówczesny konserwatywny rząd brytyjski (dowodzony przez legendarną Żelazną Damę Margaret Thatcher) nie zamierzał z nikim negocjować. Na miejsce wysłano więc jednostkę SAS, złożoną z jednych z najlepszych (o ile nie najlepszych) komandosów świata. O tym, co się stało później, opowiada film "6 Days".

Produkcję nakręcono jak dokument. Mamy więc krótką zajawkę postaci, po czym od razu bez zbędnych ceregieli przechodzimy do akcji. Twórcom udało się zmieścić wszystko w zaledwie półtorej godziny, dzięki czemu uniknięto dłużyzn i niepotrzebnych zapychaczy fabuły. Jako widzów niespecjalnie interesuje nas, czemu np. komandosi SAS byli tacy niezniszczalni. Byli to byli, przechodzimy nad tym do porządku dziennego i skupiamy się na samej akcji. I o to chodzi! "6 Days" robi co może by wiernie odtworzyć przebieg wydarzeń (w film wpleciono zresztą fragmenty oryginalnych relacji telewizyjnych z 1980 roku). Główni bohaterowie - każdy przedstawiający inny punkt widzenia - to autentyczne postacie tamtych dni: komandos SAS, policyjny negocjator i dziennikarka BBC. Dzięki nim możemy spojrzeć ze wszystkich stron na to co się wydarzyło i wyrobić sobie własną opinię o tym, czy na pewno ta historia nie mogła się skończyć inaczej.

"6 Days" to dobry film, który mogę polecić w każdych okolicznościach. Warto poświęcić mu chwilę uwagi.

Wniosek: Dobra i wciągająca historia. I to prawdziwa!


listopada 04, 2018

"The Rock" ("Twierdza")

"The Rock" ("Twierdza")
O czym to jest: Zbuntowani żołnierze przejmują Alcatraz i chcą zniszczyć San Francisco.

twierdza film recenzja connery cage harris

Recenzja filmu:

No to czas na coś kultowego! Coś mnie zainspirowało, żeby po latach powrócić do sensacyjnego hitu z nieodżałowanej ery Hollywood lat 90. "The Rock" to jeden z ostatnich powszechnie dostępnych filmów, w których przemoc, bluzgi i krwawe detale były normalnością - współcześnie gdy wypuszcza się taką produkcję, dorabia się do niej całą otoczkę czegoś "zakazanego"... Ale wtedy, w 1996 roku, nikt nawet nie mrugnął okiem, gdy Nicolas Cage i Sean Connery rozwalali zbuntowanych Marines dowodzonych przez Eda Harrisa. I o to chodzi!

To też jedna z ostatnich dających się oglądać produkcji autorstwa Michaela "Eksplozji" Baya - nakręcił ją zanim dał się kupić chińskim sponsorom od product placement i uzyskał zdecydowanie za łatwy dostęp do materiałów wybuchowych na planie. Oczywiście Bay to nie Almodóvar, więc nie znajdziecie w "The Rock" specjalnej głębi scenariusza. Oto fabuła: grupa zbuntowanych Marines kradnie rakiety z gazem bojowym VX (zamienionym z jakichś przyczyn w kolorowe zielone kuleczki). Następnie złodzieje okopują się w Alcatraz, biorąc zakładników spośród wizytujących turystów. Mając w szachu całe San Francisco żądają wielkich pieniędzy. I tu wkracza Nicolas Cage w swojej najlepszej roli z gatunku kina akcji - ciamajdowatego agenta FBI i specjalisty od broni chemicznej. Razem z eks-więźniem z Alcatraz (w tej roli Sean Connery, który de facto powtarza rolę Jamesa Bonda) oraz grupką komandosów SEALS (ale nie przywiązujcie się do nich za bardzo), zinfiltrują więzienie, ubiją wrażych terrorystów i uratują świat. Ups, czyżbym zaspoilerował? No cóż, to film z lat 90., tutaj coś takiego jak brak happy endu nie wchodziło w grę!

Zresztą nie o fabułę tu chodzi, ale o akcję, akcję i jeszcze raz akcję! Zanim nasi bohaterowie trafią do Alcatraz, zaliczą epicką ucieczkę ulicami San Francisco, demolując przy tym spory kwartał miasta, tramwaj oraz żółte Ferrarri ("Nie było moje"). A wszystko to w rytm doskonałej ścieżki dźwiękowej Hansa Zimmera, która przeszła do kanonu popkultury! Ale to nie koniec radości. Te nieskrępowane strzelaniny, ujęcia w slow motion, przekomiczne grymasy Nicolasa Cage'a i ociekające testosteronem, czerstwe dialogi! Ta frajda z co bardziej okrutnych sposobów ubijania terrorystów! No i powiewająca amerykańska flaga w tle, o mamo! Tak się robi doskonałe, popcornowe kino! Można je oglądać w kółko!

P.S. Dałbym ocenę sześciu chomików, ale zielone kuleczki z gazem bojowym są tak absurdalne, że jednak muszę odjąć jeden punkt. Choć są prześliczne, nie przeczę!

Wniosek: Fantastyczne kino akcji. W ogóle się nie starzeje!


listopada 02, 2018

"Broken Flowers"

"Broken Flowers"
O czym to jest: Podstarzały playboy wyrusza w podróż, by odnaleźć swojego syna.

broken flowers film recenzja jim jarmush bill murray sharon stone

Recenzja filmu:

Przy okazji premiery "Patersona" obiecałem sobie, że nadrobię filmografię Jima Jarmusha. Trochę mi zeszło, ale słowa dotrzymałem - zacząłem od bardzo chwalonego "Broken Flowers", dramatu obyczajowego z Billem Murrayem (jego druga najlepsza rola po "Lost in Translation"), który zdobył Złotą Palmę w Cannes. I nie mam wątpliwości, że była to zasłużona nagroda!

To film powolny, liryczny, pełen filozoficznych przemyśleń w głowie zarówno postaci, jak i widzów. Don Johnston (w tej roli Murray) to cyniczny, zblazowany, podstrzały playboy, który osiągnął w życiu wszystko co chciał. Pewnego dnia dostaje różowy anonimowy list od kochanki z dawnych lat, która informuje go, że ma syna. Przy pomocy jedynego przyjaciela (Jeffrey Wright, gwiazda "Westworld") nasz bohater wyruszy w sentymentalną podróż i odwiedzi swoje dziewczyny z dawnych lat, próbując zgadnąć która z nich napisała list i czy jego syn istnieje naprawdę.

Ale jak to w takich filmach bywa, to nie o odnalezienie syna tu chodzi, ale o podróż jako taką. Chcąc nie chcąc Bill Murray będzie się musiał zmierzyć z własną przeszłością. Jak zareagują na jego obecność dziewczyny (m.in. Sharon Stone i Tilda Swinton) z dawnych lat? Czy tak bardzo się zmieniły? A może to on się zmienił... lub wcale nie? "Broken Flowers" nie daje jasnej odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. Wszystko zależy od interpretacji widza, a reżyser umiejętnie podrzuca różne tropy niczym okruszki chleba. Wraz z ostatnią sceną pozostajemy w głębokiej zadumie i refleksją na temat życia jako takiego. I właśnie tego wymagam od bardzo dobrego kina. Polecam!

Wniosek: Bardzo intrygujące, liryczne, filozoficzne kino. Świetne!


października 29, 2018

"Aliens vs. Predator: Requiem" ("Obcy kontra Predator 2")

"Aliens vs. Predator: Requiem" ("Obcy kontra Predator 2")
O czym to jest: Obcy atakują amerykańskie miasteczko. Predator przybywa, by posprzątać.

AVP2 obcy kontra predator 2 film recenzja

Recenzja filmu:

No i rozprawiamy się z ostatnim filmem z udziałem Predatora, jakiego jeszcze nie omawiałem. Mowa o drugiej części podcyklu "Alien vs. Predator" zatytułowanej "Requiem". Stworzyli ją niejacy bracia Strause, debiutanci, którzy chcieli tym obrazem podbić Hollywood i udowodnić, że potrafią kręcić wysokobudżetowe widowiska. To, że nigdy nie słyszeliście o braciach Strause, daje wyobrażenie o tym, jak im poszło. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Pierwszy "Alien vs. Predator" był złym filmem. Kretynizm scenariusza, beznadziejna gra aktorska i cała masa błędów strukturalnych spowodowała, że do dziś fani uniwersum "Obcy/Predator" wspominają go z zażenowaniem. Bracia Strause na konferencji prasowej ogłaszającej początek zdjęć obiecali, że są wielkimi fanami serii i wiedzą dokładnie, co w pierwszym "AVP" poszło źle. Obiecali, że widzowie się na nich nie zawiodą. Swój film nakręcili jako bezpośredni sequel - dość powiedzieć, że zaczyna się od tej samej sceny, na której zakończono poprzedni. I tu mój pierwszy zarzut - wszystko wygląda w niej kompletnie inaczej pod względem scenografii! Czy nikt nie miał ze sobą choćby płyty DVD z pierwszą częścią, żeby odtworzyć plan zdjęciowy tak jak trzeba? Ale to nie koniec zmian, bowiem twórcy z pompą powrócili do kategorii wiekowej R, czyli z bluzgami, erotyką i krwawymi detalami. I choć był to dobry kierunek, to jak się okazało i w tym aspekcie można było przegiąć. Ta też się stało - "Requiem" zdecydowanie przedobrzyło w kwestii naturalizmu i okrucieństwa scen, czego podsumowaniem jest sekwencja w szpitalu na oddziale położniczym. Z tego powodu film niebezpiecznie zdryfował w stronę tanich, badziewnych horrorów, jakie czasami można obejrzeć w telewizji po godzinie 23.

Niesmaczny naturalizm to pierwszy z głównych grzechów "Requiem". Kolejnym jest totalne, całościowe spieprzenie zdjęć! Tak ciemnego filmu nie widziałem jeszcze w swoim życiu. Każda (ale to każda!) scena jest beznadziejnie oświetlona, przez co połowy akcji po prostu... nie widać. Nie wiem czy był to efekt zamierzony, czy po prostu operator kamery miał problem ze wzrokiem. Kręcić w ciemności też trzeba umieć - tu przywołam chociażby przykład "Blade Runnera", filmu kręconego w czerni i deszczu, ale mimo to bardzo wyraźnego. Tutaj zaś - całkowita kaszanka.

I na koniec listy zarzutów trzeci z grzechów, a więc... dialogi. I przy okazji gra aktorska, ale to może wina dialogów właśnie. Nikt z obsady nie był specjalnie wybitny (i nie zrobił zresztą wielkiej kariery w Hollywood), ale mogę sobie wyobrazić, że z lepszym scenariuszem aktorzy przynajmniej nie wyszliby na idiotów. Tutaj z kolei mówią sztucznie, bez polotu i jakby za karę. To żadna frajda oglądać bandę półgłówków, wśród których prym wiodą mrukowaty recydywista, ciamajdowaty szeryf i weteranka US Army wyzuta ze wszelkich emocji. Naprawdę można było poprowadzić to lepiej.

Tyle zarzutów, a czy są jakieś plusy? A i owszem. Sceny akcji pokazują, że "Requiem" miało ogromny potencjał na świetne widowisko! Śmiem nawet twierdzić, że ze wszystkich Predatorów ten tutaj jest najfajniejszy i najbardziej epicki - to żaden młokos, tylko stary doświadczony łowca, który przybywa na Ziemię żeby "posprzątać". Jestem zachwycony tym jak walczy i wygląda, czego koronnym dowodem jest epicka nawalanka w kanałach, gdzie bierze dwa Obce za fraki jak niesforne kociaki. Kult! Podobnie podoba mi się koncept Predaliena z intrygującą techniką rozrodczą, pomijającą twarzołapy. Fajny pomysł, tylko szkoda że w takim filmie...

Jest tu w ogóle dużo scen, z których dałoby się wycisnąć o wiele więcej. Bitwa z Gwardią Narodową, ostatni bastion w centrum miasta, czy w końcu finalna nawalanka z Predalienem - to wszystko wręcz błagało o kultową realizację. Ale tak to jest, gdy twórcy nie mają tego "czegoś" (co ma na przykład J.J. Abrams) i instynktownie nie wiedzą, czego widz chce i oczekuje. A potem się dziwią, że wyszedł gniot. Po prostu szkoda.

Wniosek: Potwornie zmarnowany potencjał na dobry film.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


października 23, 2018

"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")

"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")
O czym to jest: Nad północną półkulę nadciąga nowa epoka lodowcowa.

pojutrze film recenzja dennis quaid jake gyllenhaal

Recenzja filmu:

Tak patrzę sobie na to, co dzieje się z pogodą za oknem i myślę sobie, że tylko skrajny idiota lub ignorant może wątpić w trwającą zmianę klimatu. Jak i kiedy się ona zakończy to nie wiem (pewnie i tak nie będzie to za mojego życia), ale jednego jestem pewien - Ziemia na pewno nie będzie wyglądać tak samo. 

Katastroficzne widowisko "Pojutrze" przedstawia pewną interesującą wizję, w której globalne ocieplenie powoduje... epokę lodowcową. Brzmi absurdalnie? Otóż wcale nie - pomysł na film jest oparty na prawdziwej teorii naukowej (którą jednak niedawno obalono). Nie będę się teraz wdawał w geograficzne zawiłości, powiem tylko tyle: teoretycznie to jest możliwe. A zatem mamy już dobrą nadbudowę do fajnego, rozrywkowego kina. I powiem wam moi drodzy, że twórcy filmu stanęli na wysokości zadania. "Pojutrze" ma wszystko na swoim miejscu - akcję, tempo, świetnych aktorów i dobre efekty specjalne (scena lodowych huraganów wgniata w fotel!). Oczywiście po raz kolejny obrywa się Nowemu Jorkowi i Statui Wolności, ale uznajmy to za hołd dla klasyki gatunku. Na pierwszy rzut oka mogą też razić pewne uproszczenia i skrócenia wątków, tudzież na siłę dodane sceny akcji (ot chociażby sekwencja z wilkami). Ale kino popcornowe rządzi się swoimi prawami, więc nie ma co się obrażać!

Dennis Quaid to jeden z moich ulubionych aktorów i bardzo mi miło, że zagrał tu główną rolę (to dla mnie przywilej oglądać go na ekranie). Warto zauważyć, że jego syna gra młody Jake Gyllenhall - to jedna z tych ról która zaczęła go windować coraz wyżej w Hollywood. No i nie zapominajmy, że pojawi się też kultowy Ian Holm! Dla tych nazwisk chyba warto sięgnąć po "Pojutrze", nieprawdaż?

Polecam wracać do tej historii od czasu do czasu by zadumać się nad zmieniającą się planetą i tym, jaki mamy na nią wpływ. Dodam też prywatnie, że "Pojutrze" fantastycznie sprawdza się zwłaszcza w upalne dni. Chłodzi niemal natychmiast!

Wniosek: Rewelacyjne kino katastroficzne i na dodatek całkiem niegłupie.


października 21, 2018

"Miami Vice" ("Policjanci z Miami") [1984]

"Miami Vice" ("Policjanci z Miami") [1984]
O czym to jest: Przygody policjantów z wydziału obyczajowego w Miami.

policjanci z miami serial recenzja 1984 don johnson

Recenzja serialu:

Dziś pewnie wszyscy mają na głowie wizytę w lokalu wyborczym, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by po spełnionym obywatelskim obowiązku pozwolić sobie na odrobinę przyjemności przed ekranem! Niedzielne jesienne wieczory to najlepszy możliwy termin na sięgnięcie do klasyki. Takiej jak "Miami Vice"!

Mało jest seriali, które odcisnęły swój ślad w popkulturze w tak wielkim stopniu, że wyznaczyły trend ubioru! A na początku nic nie zapowiadało aż takiego sukcesu. "Miami Vice" miał być kolejnym serialem o policjantach i złodziejach, w którym dobrzy gliniarze łapali złych bandytów. Niby nic odkrywczego, ale jednak umieszczenie akcji w egzotycznym Miami oraz nadanie lżejszego tonu okazało się strzałem w dziesiątkę. Policjanci z Miami nie zajmowali się bowiem morderstwami i gwałtami (przynajmniej nie na początku), ale - jak przystało na gliniarzy z obyczajówki - łapali dilerów i przemytników narkotyków. Dzięki prawu pozwalającemu na rekwirowanie majątku przestępców do celów służbowych żyli również na poziomie - jeździli sportowymi samochodami, pływali szybkimi motorówkami i nosili garnitury Armaniego. Ten właśnie styl - bajecznie drogie marynarki zarzucone na t-shirty dopasowane do luźnych bawełnianych spodni, zainspirował projektantów ubrań i ostatecznie przeszedł do historii jako element mody lat 80. Cóż za impakt kulturowy!

"Miami Vice" to również początek wielkiej kariery Dona Johnsona, kontynuowanej później w serialu "Nash Bridges" (który stylistycznie wygląda niemal jak sequel "Miami Vice"). Johnson jako detektyw Crockett, mieszkający na żaglówce z oswojonym aligatorem Elvisem, to jedna z policyjnych ikon w dziejach telewizji. Mniej przypadł mi do gustu jego partner, a więc kochliwy detektyw Tubbs, niemniej przyznaję że obydwie postacie świetnie się uzupełniały. Muszę też wspomnieć o wspaniałym Edwardzie Jamesie Olmosie jako wiecznie ponurym (i ubranym na czarno) poruczniku Castillo - ten aktor na ekranie nigdy mi się nie znudzi!

Serial potrafi wciągnąć nawet doświadczonego współczesnego widza, choć ostrzegam - pełen jest dłużyzn, lirycznych wstawek i teledyskowego klimatu rodem z ówczesnej MTV (nic zresztą w tym dziwnego, bo wystąpiła w nim cała plejada gwiazd muzyki). Ponadto mniej więcej w okolicy drugiego sezonu, co stwierdzam ze smutkiem, producenci zarzucili lekki ton opowieści i zaserwowali znacznie poważniejsze, ponure przygody ze sporą ilością trupów w tle. Dobrą strzelanką oczywiście nigdy nie pogardzę, jednak obawiam się, że w ten sposób zgubiono część unikalnego klimatu "Miami Vice". Dlatego nie namawiam, by obejrzeć ten serial w całości. Ale zdecydowanie warto spróbować choć kilka pierwszych odcinków.

Wniosek: Klasyczne kino policyjne i wyznacznik pewnej epoki stylu.


października 18, 2018

"Alien vs. Predator" ("Obcy kontra Predator")

"Alien vs. Predator" ("Obcy kontra Predator")
O czym to jest: Predatory rytualnie walczą z Obcymi w piramidzie na Antarktydzie.

AVP obcy kontra predator film recenzja antarktyda

Recenzja filmu:

Gdy pierwszy "Alien vs. Predator" - w skrócie "AVP" - wchodził do kin (a był to rok 2004) byłem przekonany, że nie da się spieprzyć tego filmu. No bo jak? Dwa pierwsze "Predatory" były wybitne, podobnie jak wszystkie cztery ówczesne "Alieny" (przynajmniej w moim odczuciu). A tu nagle taki crossover, wyobraźcie sobie moją ekscytację! Współistnienie Obcych i Predatorów zostało wstępnie zarysowane w finale "Predatora 2", a rozszerzone za pomocą komiksów oraz przede wszystkim gier komputerowych. Brzmi jak idealny pomysł na film akcji? Niestety nie wtedy, gdy za robotę bierze się Paul W. S. Anderson.

Ten brytyjski reżyser wyspecjalizował się w Hollywood w kręceniu adaptacji gier komputerowych. Niestety na koncie ma tylko jeden artystyczny sukces - a jest nim "Mortal Kombat". Każdy inny z jego filmów, od "Resident Evil", przez "Trzech Muszkieterów" i na "Pompejach" kończąc, stanowi żenujący przykład złego filmu, który próbują ratować dobre efekty specjalne. Niestety to samo spotkało "AVP". To trochę tak, jakby kucharz-idiota wziął najlepszej jakości produkty spożywcze za kupę kasy, po czym wrzucił je wszystkie do blendera i podał w brudnej misce. Pyszności, prawda? Oceniając "AVP" dostrzegam wprawdzie to, co jest dobre w artystycznym rozumieniu tego słowa. Ale cała reszta... 

Na początek zauważę pewne plusy: wygląd i Obcych i Predatorów jest jak ta lala. Są groźni, bezwzględni i śmiertelnie niebezpieczni. Uwielbiam to, że każdy Predator wygląda inaczej i posiada inny arsenał broni. No i scenografia - zwłaszcza opuszczona baza wielorybnicza, a także piramida jako taka - naprawdę robi wrażenie. Co do aktorów, to miło było zobaczyć Ewena Bremnera, ale przede wszystkim czynię głęboki ukłon dla roli Lance'a Henriksena jako Charlesa Weylanda (choć jego obecność w tym filmie kłóci się nieco z "Obcym 3"). Jego na ekranie nigdy za wiele! I wiecie co? Na tym zakończymy plusy "AVP"...

No to teraz czas na minusy. Co za debil wpadł na pomysł, by akcję umieścić na Antarktydzie? Co to miało być, powtórka z "The Thing"? Przykro mi, ale Anderson mógłby Carpenterowi co najwyżej wozić ubranie do pralni! Wszyscy wiedzą, że Predatory lubią ciepłe klimaty. Więc na pewno wybrałyby sobie biegun południowy na miejsce rytualnej walki z Obcymi, no jasne... Zresztą o jakiej walce tu mowa, nie licząc jednej porządnej nawalanki w piwnicy, to dwóch z trzech Predatorów ginie jak ostatnie sieroty, wzbudzając jedynie zażenowanie widza. Zasłonę milczenia spuszczę też na finalną rozróbę z Królową, w której nasza główna bohaterka i jej przyjaciel Predator najpierw ćwiczą rękodzielnictwo (widzę tu potencjał na biznes na Etsy), potem jeżdżą na sankach, a w końcu trenują przeciąganie liny po lodzie. Co to miało być do ciężkiej cholery? A no właśnie, bohaterka... Fajnie że protagonistką znów była kobieta (zgodnie z duchem oryginalnych "Alienów"), ale Sanaa Lathan nie ma za grosz charyzmy potrzebnej do tej roli (gorsza była tylko Noomi Rapace w "Prometeuszu"). O pozostałych aktorach nie ma co mówić, bowiem zaliczyli maksimum po kilka minut na ekranie, zanim trafił ich szlag. Nawet się człowiek nie zdążył przyzwyczaić... W ogóle coś tu jest grubo nie tak z czasem akcji. Cały film rozgrywa się w godzinę czy tam kilka, zważywszy na fakt, że piramida niczym kostka rubika zmienia konfigurację pomieszczeń co dziesięć minut. Pytam się - po co? Czemu to miało służyć i co komu szkodziło rozciągnięcie fabuły do kilku dni? Już nie wspomnę o ekspresowym tempie wykluwania się Obcych, z doby zeszliśmy do kwadransa, to się nazywa postęp i traktowanie widza jak durnia z amnezją...

"AVP" to miszmasz lepszych lub gorszych koncepcji i zarzuconych wątków. Gdy tylko akcja zmierzała do punktu, w którym mogliśmy dostać solidną strzelankę lub epicką nawalankę, reżyser natychmiast kończył wątek i leciał dalej. To trochę tak jakbyśmy oglądali jeden wielki trailer. Ale co się sprawdzi w formie paru minut, nie zda rezultatu w półtoragodzinnym formacie. Przykro mi bardzo, ale "AVP" to po prostu kaszana. Ktoś powinien za to ponieść karę!

Wniosek: Głupi pomysł i marne wykonanie. Chała.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


października 14, 2018

"Venom"

"Venom"
O czym to jest: Dziennikarz łapie kosmicznego pasożyta.

venom film recenzja tom hardy

Recenzja filmu:

Zanim dotarłem do kina na "Venoma" nasłuchałem się sporo o tym, jak bardzo beznadziejna to produkcja. Porównywano ją poziomem do "Green Lantern" z Ryanem Reynoldsem, "Catwoman" z Halle Berry, czy chociażby ostatniej "Fantastycznej Czwórki". Pomyślałem sobie, że jeśli Tom Hardy - jeden z lepszych współczesnych aktorów - zagrał w takim badziewiu, to muszę to zobaczyć na własne oczy! No i poszedłem. Tylko po to, by przekonać się, że "Venom" to naprawdę fajny film!

Nie ściemniam - siedziałem w fotelu i czekałem na tą wielką katastrofę poziomu, która rzekomo miała nastąpić. Minuty mijały, a film trzymał się nieźle. I nie licząc tego, że tytułowy Venom de facto pojawił się gdzieś dopiero w połowie (podobnie jak Godzilla w "Godzilli"), to w zasadzie nie mam żadnych zarzutów! Owszem, jest schematyczny. Owszem, posiada sporo uproszczeń i zbyt korzystnych zbiegów okoliczności. Ale na litość boską, to popcornowy blockbuster o superbohaterach, a nie oscarowy dramat obyczajowy! Podejrzewam, że sporo recenzentów widząc nazwisko "Tom Hardy" spodziewała się co najmniej drugiej "Dunkierki", albo chociażby "The Dark Knight Rises". Ale przykro mi kochani, nie każdy reżyser jest (na szczęście) Christopherem Nolanem. "Venom" to solidna rozrywka dla przeciętnego odbiorcy popkultury - czyli taka, jak być powinna!

Tu warto podkreślić, że opłaciło się zatrudnić takiego aktora jak Tom Hardy. On nie tylko gra - on JEST tą postacią, w którą się wciela. Dziennikarz śledczy Eddie Brock, który trafia na wielki spisek z kosmitami w tle, jest w jego wykonaniu totalnie przekonujący. Popisy Hardy'ego to zdecydowanie najjaśniejszy punkt filmu i choćby dla niego warto poznać "Venoma"! Również Riz Ahmed w roli złowieszczego wcielenia Elona Muska (tyle że działającego w branży farmaceutycznej) również stanowi bardzo ciekawy czarny charakter. Nie jestem jednak przekonany co do castingu Michelle Williams w roli ukochanej Toma Hardy'ego, ale nie dlatego że kiepska z niej aktorka - wręcz przeciwnie, uważam że ta rola była zdecydowanie poniżej jej aspiracji i możliwości. Ale cóż, każdy musi spłacać kredyty, nieprawdaż?

Gdy pierwszy raz usłyszałem o solowym filmie o Venomie byłem mocno sceptyczny. Venom to arcywróg Spider-Mana i taki film bez Pajączka byłby jak film o Jokerze bez Batmana (który zresztą właśnie kręcą - ciekawe jak im pójdzie...). Ale - o dziwo - wyszło naprawdę dobrze! Venom nie jest oczywiście superbohaterem, tylko raczej antybohaterem, podobnie jak np. Deadpool. Ale koniec końców zabiera się za ratowanie świata, więc... w sumie wszystko się zgadza. A że jest przy okazji kosmicznym symbiontem, który lubi zjadać ludzi? Cóż, nikt nie jest idealny!

"Venoma" ogląda się z uśmiechem na buźce i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że chętnie obejrzę sequel. Niekoniecznie musi być z tego kolejne uniwersum, ale jeszcze dwa czy trzy filmy mogą być interesującym dodatkiem do filmowego dziedzictwa popkultury. Oby tak dalej!

Wniosek: Fajna rozrywka! Dobrze się ogląda.


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger