Popularne posty

marca 17, 2019

"Batman & Robin" ("Batman i Robin")

"Batman & Robin" ("Batman i Robin")
O czym to jest: Batman, Robin i Batgirl walczą z Mr. Freeze'm i Poison Ivy.

batman i robin george clooney film recenzja arnold schwarzenegger joel schumacher uma thurman

Recenzja filmu:

Trzeba wiedzieć, kiedy przestać. Dotyczy to zarówno filmów, jak i innych aspektów życia. W przypadku "Batman & Robin" problemem jest to, że twórcy nie potrafili się opanować i przekroczyli cienką, (bardzo cienką!) granicę między fajną groteską i zabawą konwencją (czyli kampem), a żenującym widowiskiem. Ze smutkiem stwierdzam, że drugi Batman autorstwa Joela Schumachera, tym razem z George'm Clooneyem w roli głównej, jest po prostu... nudny.

Akurat zamiana Vala Kilmera na George'a Clonney'a wyszła na dobre. Powrócił też wprowadzony w "Batman Forever" Robin grany przez zapomnianego dziś Chrisa O'Donnella (przykro to mówić, ale udział w tym filmie prawdopodobnie wykoleił mu karierę). Ale twórcom nie było dość, bo wprowadzili też Batgirl - choć w sumie nie wiem po co. Na plus oceniam fakt, że Alicia Silverstone nie wychudzona gidia, a konkretna babka, po której sylwetce widać że potrafi nieźle przywalić. Ale już jej geneza i sposób wprowadzenia postaci ("Bruce, it's me, Barbara!") już woła o pomstę do nieba. Przynajmniej też miała sutki na kostiumie i zaliczyła zbliżenie kamery na pośladki jak jej męscy partnerzy - nie można odmówić Schumacherowi dążenia do równouprawnienia, nieprawdaż?

Przy okazji recenzji "Batman Returns" wspomniałem, że o jakości herosa świadczą jego wrogowie. Najlepiej z całej obsady "Batman & Robin" wypada - tu zaskoczenie - Arnold Schwarzenneger jako Mr. Freeze! Podejrzewam, że Arnold zagrał w swoim życiu w tylu absurdalnych filmach, że ten nie zrobił na nim specjalnego wrażenia. Widać też, że fantastycznie się bawił na planie, a ja z ręką na sercu stwierdzam, że jego wcielenie w szlafroku i pluszowych bamboszach to mój ulubiony kostium ze wszystkich komiksowych filmów, jakie widziałem w życiu! Nie zaszkodziły mu nawet drewniane dialogi - jego Mr. Freeze był dokładnie tak kampowy, jak powinien. Niestety świetnego Arnolda pociągnęła w dół tragiczna Uma Thurman jako Poison Ivy. Niestety nie udźwignęła trudu zaprezentowania groteski w strawny dla widza sposób. Jej postać (choć kostium ma świetny) jest po prostu niepoważna, a w połączeniu z tragicznymi monologami wygłaszanymi do ekranu wzmaga uczucie nieżytu żołądka. Po prostu porażka! 

Takie filmy jak "Batman & Robin" udają się tylko wtedy, gdy wszyscy (twórcy, aktorzy i widzowie) umawiają się, że grają w jednej drużynie i kupują konwencję. Tym razem ktoś się wyłamał, dlatego "Batman & Robin" jest jaki jest. A szkoda, bo wizualnie miał potencjał na o wiele więcej.

Wniosek: Nudne, choć ma swoje momenty.


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Joela Schumachera! >>>


marca 17, 2019

"Batman Forever"

"Batman Forever"
O czym to jest: Batman i Robin walczą z Two-Face'm i Riddlerem.

batman forever film recenzja val kilmer joel schumacher tommy lee jones jim carrey

Recenzja filmu:

"Batman Forever" powszechnie uznaje się za trzecią część oryginalnej serii "Batmanów" Tima Burtona, ale ja przeciwko temu protestuję. Nie licząc dwójki aktorów grających Komisarza Gordona i Alfreda, ten film nie ma nic wspólnego z poprzednikami! Mało tego, dzięki zatrudnieniu nowego reżysera Joela Schumachera, "Batman Forever" zyskał nie tylko świeże spojrzenie na postać, ale również rozpoczął nowy trend wizualny, zmieniając gotyk na pop-art. 

I wiecie co? Podoba mi się ta wersja Batmana! A raczej: podoba mi się w niej wszystko... prócz Batmana. Osobiście lubię Vala Kilmera, naprawdę (to pewnie przez "Willow", jeden z filmów mojego dzieciństwa). Ale nawet ja muszę przyznać, że był prawdopodobnie najgorszym Batmanem w historii kina (a to coś znaczy przy Clooney'u i Afflecku). Sztywny, zagubiony, mrukowaty i sprawiający wrażenie, że naprawdę chciałby zdjąć z siebie gumowe wdzianko i iść do domu zjeść burgera z frytkami. Żeby chociaż w kostiumie wyglądał fajnie, ale te jego napompowane wargi autentycznie psuły cały efekt! Są aktorzy, którzy świetnie wyglądają w masce (np. Tom Hardy). Są też tacy, którzy wyglądają żenująco - to właśnie ta druga kategoria.

A propos kostiumu. Miałem spory ubaw z nowego wdzianka Batmana, anatomicznie wyrzeźbionego na podobieństwo greckiego herosa. Ten zarys mięśni, wydatne pośladki (z obowiązkowym zbliżeniem), no i sutki! Poważnie, sutki na kombinezonie superbohatera, tego jeszcze nie grali... Puryści załamują ręce, a ja uznałem to za świetną zabawę. Kampową, nieskrępowaną popową grę konwencją, z laserami i neonami w tle. Zresztą umówmy się, nawet jakbyście chcieli, to nie dacie rady traktować "Batman Forever" na poważnie. Nie kiedy na ekranie biega szalony Jim Carrey jako Riddler w zielonym spandexie, uroczo rechoczący Tommy Lee Jones jako Two-Face w fioletowym garniaku (ten to nie ma złych ról!), no i seksowna Nicole Kidman w czarnej, koronkowej bieliźnie. "Batman Forever" jedzie po bandzie jak szalony rollercoaster, serwując nam absurdalne przygody jedna po drugiej, a ja bawię się jak prosię. Gdyby jeszcze nie ten Val Kilmer, ech... Ale za to jest Robin!

Wniosek: Gdyby nie Val Kilmer, ten film byłby bardzo dobry.


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Joela Schumachera! >>>


marca 17, 2019

"Batman Returns" ("Powrót Batmana")

"Batman Returns" ("Powrót Batmana")
O czym to jest: Batman walczy z Pingwinem (z Catwoman w tle).

powrót batmana tim burton film recenzja michael keaton michelle pfeiffer danny devito

Recenzja filmu:

Po oszałamiającym sukcesie "Batmana" widownia żądała sequela - i nic dziwnego. Takie awangardowe widowiska kręci się raz na dekadę! Z miłym zaskoczeniem stwierdzam, że "Batman Returns" osiągnął to, co potrafi niewiele kontynuacji, czyli zachował wszystko co dobre z oryginału, dodając zarazem nowe atrakcyjne elementy. Więcej, mocniej, szybciej - to motto tego filmu. Druga część serii Tima Burtona jest tak samo dobra, a wielu aspektach nawet lepsza od pierwszej.

Michael Keaton nadal jest tym samym uroczym, sympatycznym playboyem którego polubiliśmy w 1989 roku (moje osobiste spostrzeżenie jest takie, że to chyba jedyny Batman w historii kina, który nie jest aroganckim bubkiem). Ale ponownie, to nie on wysuwa się w tym filmie na pierwszy plan. O jakości superbohatera świadczy zawsze siła jego wrogów. W tym wypadku głównym czarnym charakterem jest Danny DeVito jako Pingwin, zmutowany człowiek rodem z koszmarów, którego brzydocie dorównuje wyłącznie jego okrucieństwo. Pingwin jest po prostu doskonały do filmu w takiej konwencji! Od wyglądu, przez mimikę, po gesty i kostium - to co Danny DeVito odstawił na planie zdjęciowym powinno być pokazywane w szkołach aktorskich jako przykład doskonałego wcielenia się w graną postać. Zagrać tak groteskowego bohatera i zrobić to w pełni na poważnie - do tego trzeba prawdziwego talentu!

Ale Pingwin to nie wszystko, bo dla mnie sercem tego filmu jest Michelle Pfeiffer jako Catwoman. Wiele aktorek próbowało przedstawić tą postać na ekranie, ale żadna nie może się równać temu, co zrobiła Pfeiffer. Jest wspaniale szalona, groźna i seksowna, czyli dokładnie taka, jaka powinna być. Wszystkie inne wcielenia Catwoman w innych filmach teraz i w przyszłości mogą wyłącznie próbować jej dorównać. A jej kostium, pozszywany ze skrawków materiału! Po prostu cudo! 

Oczywiście tak jak pierwszy "Batman", również "Batman Returns" jest na wskroś komiksowy, do tego stopnia że niektóre kadry wyglądają jak żywa adaptacja papierowych rysunków. I ponownie, jeśli tylko przymkniecie oko na konwencję (sławna scena z pingwinami z rakietami na plecach), będziecie się fantastycznie bawić. Szkoda, że Timowi Burtonowi nie było dane nakręcić trzeciej części, a Michaelowi Keatonowi raz jeszcze włożyć gumowego wdzianka nietoperza. Ale jeśli macie niedosyt, to KONIECZNIE obejrzyjcie sobie po tym filmie "Birdmana". Podziękujecie mi później.

Wniosek: Wizualnie spektakularne i na wskroś komiksowe!


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Tima Burtona! >>>


marca 17, 2019

"Batman"

"Batman"
O czym to jest: Batman walczy z Jokerem.

batman 1989 tim burton film recenzja michael keaton jack nicholson

Recenzja filmu:

Zanim przejdę do opisywania najnowszych osiągnięć kina superbohaterskiego, a więc "Captain Marvel", najwyższa pora nadrobić klasykę. I to przez duże K, bo "Batmana" w reżyserii Tima Burtona uważa się za kamień milowy w zakresie kina superbohaterskiego. Do tej pory herosi w pelerynach byli traktowani na ekranie dość pobłażliwie, podobnie zresztą jak wszystko co związane z komiksami (dość wspomnieć uroczo kampowy "Batman Zbawia Świat" z Adamem Westem). Tymczasem Burton zaserwował widzom coś zupełnie innego.

Po pierwsze - rozmach. "Batman" z 1989 roku zaimponował skalą scenografii w jednolitym, gotyckim stylu. Do dziś myśląc o Gotham mamy przed oczami wąskie, brudne uliczki, strzeliste wieżowce z gargulcami i monumentalną, gotycko-industrialną architekturę z widocznym wpływem modernizmu, rzecz jasna skąpaną w barwach czerni i szarości. W tym świecie krążył Michael Keaton jako Bruce Wayne, za dnia sympatyczny playboy, a nocami Mroczny Rycerz w gumowym wdzianku, okładający pięściami co paskudniejszych typów. I choć tej wersji Batmana zdecydowanie brakowało emocjonalnej głębi, prezentowanej choćby przez niedoścignionego nolanowskiego bohatera z "Batman Begins", to umówmy się, że wcale tego nie potrzebowaliśmy. Batman jest chyba najbardziej znanym z superbohaterów, nikt więc nie potrzebuje prezentowania (po raz kolejny) dokładnej historii jego powstania. Jest bogaty, przebiera się za nietoperza i nocami tłucze przestępców - więcej wiedzy nam nie potrzeba.

Keaton stanął zatem na wysokości zadania, wzbudzając autentyczną sympatię widza. Ale to nie on jest głównym bohaterem tej opowieści, a Jack Nicholson w brawurowej, awangardowej i wspaniale gangsterskiej roli Jokera. Czy jest to najlepsze wcielenie tej postaci - tego nie wiem, bo do dziś mam słabość do Heatha Ledgera z "The Dark Knight". Ale bez wątpienia umieszczę Jokera na podium najlepszych ról Nicholsona, tuż obok kreacji z "Lśnienia" i "Lotu nad Kukułczym Gniazdem". Każda scena z jego udziałem to samograj, zwłaszcza w połączeniu z wulkanem emocji, szaleństwa i okrucieństwa. Oczywiście wygląda to wszystko dość groteskowo, zwłaszcza podczas finałowej rozróby na wieży katedry w Gotham, ale zdecydowanie pasuje i mieści się w konwencji całego filmu. Takiego filmu jak "Batman" nie można traktować na poważnie (ta uwaga dotyczy zresztą chyba wszystkich dzieł Tima Burtona). I gdy tylko zdamy sobie z tego sprawę, damy się ponieść radosnej przygodzie z nietoperzem w tle. Bez wątpienia jest kultowo!

Wniosek: Gdyby nie ten film, kino superbohaterskie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej.


<<< Sprawdź kolejność "Batmanów" Tima Burtona! >>>


marca 17, 2019

"A Star Is Born" ("Narodziny Gwiazdy")

"A Star Is Born" ("Narodziny Gwiazdy")
O czym to jest: Zwykła dziewczyna poznaje rockmana i zaczyna karierę muzyczną.

narodziny gwiazdy film recenzja lady gaga bradley cooper

Recenzja filmu:

Niektóre historie się nie starzeją. W przypadku filmów częściej zdarza się to w sytuacjach, gdy są oparte na pierwotnym materiale źródłowym – książce, micie czy legendzie (dość wspomnieć niezliczone ekranizacje przygód Robin Hooda czy Tarzana). Jednak znacznie rzadziej mamy do czynienia z sytuacją, gdy dawno temu nakręcono oryginalny film, a potem go powtórzono. I to aż cztery razy! 

Pierwsze „A Star is Born” pojawiło się w kinach w 1937 roku. Kolejne wersje zawitały na ekrany w latach 1954 (tą powszechnie uważa się za najlepszą), 1976, no i w końcu 2018. Niesamowitym jest, że każde kolejne pokolenie uznaje tą historię za nadal atrakcyjną i tak samo wzrusza się i płacze razem z głównymi bohaterami. Podejrzewam, że chodzi o nośność tej opowieści, która nieco przypomina bajkę o Kopciuszku. Oto zwykła dziewczyna, marząca o karierze w wielkim świecie, spotyka na swojej drodze przystojnego muzyka z problemami. On wyprowadza ją na szerokie wody, gdzie może rozwinąć skrzydła i zachwycić świat swoim talentem. Dochodzi do tego, że w pewnym momencie to ona staje się prawdziwą gwiazdą, a on pogrąża w odmętach własnych demonów i słabości. Mamy zatem do czynienia z klasycznym filmem romantycznym w konwencji baśni, tyle tylko że Książę z Bajki w tym wypadku nie stroni od butelki i radosnych tabletek.

Najnowsze "A Star Is Born" ma kilka ogromnych zalet. Pierwszą z nich jest aktorstwo. Po raz pierwszy mogliśmy podziwiać światowej sławy piosenkarkę Lady Gagę w pełnokrwistym filmie pełnometrażowym. I co się okazało - dziewczyna nie dość że jest naprawdę dobrą aktorką, to jeszcze wygląda bardzo fajnie bez tony makijażu oraz dziwnych stylizacji, z jakich słynie na koncertach (tu ważna uwaga: przez "fajnie" rozumiem "zwyczajnie", bo Lady Gaga - a właściwie Stefani Germanotta - wygląda jak zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, jakich setki widujecie na ulicy). Na wzmiankę zasłużył Bradley Cooper, jak zawsze solidny, choć nie przesadzałbym też z zachwytem nad jego kreacją (spocona brodata facjata i błękitne oczy smutnego psa niestety mnie nie kręcą). A na sam koniec należy wspomnieć o fantastycznej roli Sama Elliotta, którego nigdy nie dość na ekranie (w moim odczuciu ten aktor urodził się już stary i z wąsem, czego dowodem niech będzie fakt, że nie zmienia się od co najmniej trzydziestu lat!). 

Drugim niezwykle ważnym elementem filmu jest muzyka, bo to o nią przecież głównie chodzi. Może i "A Star Is Born" to nie musical (choć oryginalna produkcja nim była), ale ma tak samo dużo numerów wokalnych, zaczynając od wartego Oscara utworu "Shallow", który - to przyznaję - wchodzi do głowy i nie chce jej opuścić. Miłośnicy dobrego grania znajdą tu całe spektrum fajnych kawałków, od country, po rockowe solówki na gitarze, przez hity pop a'la Lady Gaga, aż po łzawe ballady o miłości i francuski utwór rodem z przedwojennego kabaretu! I tu zaręczam, że zarówno Lady Gaga jak i Bradley Cooper pod tym względem na pewno was nie rozczarują.

Moje jedyne, choć spore zastrzeżenie do "A Star Is Born", to schematyczność fabuły. I to naprawdę poważna, bo po obejrzeniu pierwszej pół godziny było już jasne o co w tym chodzi, i jak się to wszystko zakończy. Tylko muzyka powodowała, że człowiek miał ochotę siedzieć dodatkowe półtorej godziny przed ekranem. Gdyby nie to, byłoby bardzo słabo! "A Star Is Born" nie zaskoczyło mnie w żaden sposób, oferując widzowi dokładnie to, czego się spodziewa - wzruszającą, prostą opowieść o miłości w cieniu wielkiego talentu. Można obejrzeć, zwłaszcza jeśli lubicie takie kino.

Wniosek: Zaśpiewane ładnie, ale zdecydowanie za długie!


lutego 26, 2019

"Green Book"

"Green Book"
O czym to jest: Czarnoskóry pianista podróżuje po rasistowskim południu USA.

green book film recenzja viggo mortensen mahershala ali

Recenzja filmu:

Mój ojciec mawiał, że wszystkie najlepsze filmy są o dorastaniu. Miał na myśli to, że każda dobra opowieść (czy to film, czy książka) traktuje o tym samym - o przemianie głównego bohatera, który dojrzewa i wznosi się ponad własne ograniczenia. I wiecie co? Rzeczywiście tak jest!

Tym bohaterem w "Green Book" jest bez wątpienia Tony Lip (rewelacyjnie zagrany przez zmienionego nie do poznania Viggo Mortensena). Ten zmarły w 2013 roku Amerykanin włoskiego pochodzenia wykonywał w swoim życiu dużo zawodów (był między innymi managerem popularnego lokalu dla celebrytów w Nowym Jorku, a także aktorem). W 1962 roku zatrudnił się jako kierowca i ochroniarz wybitnego czarnoskórego pianisty Dona Shirleya, człowieka z wyższych sfer, który postanowił się wybrać w trasę koncertową po głębokim amerykańskim Południu. Musicie pamiętać, że były to czasy, gdy Afroamerykanie, choć nie nosili już kajdan, nadal byli traktowani jak podludzie. Taka wyprawa była więc zarówno brawurowa, jak i ryzykowna. I co najlepsze, wydarzyła się naprawdę!

Scenariusz "Green Book" wyszedł spod ręki Nicka Vallelongi, syna głównego bohatera, co w moim odczuciu gwarantowało, że nie dało się wierniej przedstawić tej historii. A jest to niezwykła opowieść o nietypowej przyjaźni, która zapewne nie mogła by się zawiązać w innych okolicznościach. Dystyngowany i zamożny afroamerykański pianista i nieokrzesany osiłek z włoskiej diaspory - musicie przyznać, że to dość niezwykły duet. A jednak ich relacja okazała się warta bardzo dobrej produkcji, nagrodzonej Oscarem za Najlepszy Film. I choć to tak naprawdę dość prosta historia, to sposób jej przedstawienia zasługuje na najwyższe uznanie (stąd też Oscar za najlepszy scenariusz). Wszystko w tym filmie jest na swoim miejscu. Tempo, narracja, dialogi, scenografia, gra aktorska... prawdziwa śmietanka najwyższej klasy! Nie bez powodu Mahershala Ali otrzymał za rolę Shirleya kolejnego Oscara w swojej karierze. Jeśli nie wierzycie, że na to zasłużył - przekonajcie się sami.

"Green Book" to jeden z tych filmów, które polecę każdemu i w każdym wieku. Służy i do rozrywki (to naprawdę dobra komedia), i do refleksji (nad tym jak krzywdzące są stereotypy), i do podniesienia na duchu (morałem, że siła miłości i przyjaźni potrafi zmienić świat). Czy można chcieć czegoś więcej?

Wniosek: Bardzo pozytywna, optymistyczna historia z morałem.


lutego 25, 2019

"Bohemian Rhapsody"

"Bohemian Rhapsody"
O czym to jest: Biografia legendarnego Freddie'ego Mercury'ego i zespołu Queen.

bohemian rhapsody film recenzja queen freddie mercury rami malek

Recenzja filmu:

Na „Bohemian Rhapsody” czekałem z wypiekami na twarzy. Po pierwsze dlatego, że uwielbiam muzykę Queen, a Freddiego Mercury'ego uważam za niekwestionowanego króla rock&rolla. Po drugie dlatego, że trailer zapowiadał coś rewelacyjnego. A po trzecie dlatego, że do głównej roli zatrudniono Ramiego Maleka, którego obserwuję z dużym zainteresowaniem już od czasu „Pacyfiku”

Nie sposób odmówić „Bohemian Rhapsody” technicznej doskonałości – co zresztą potwierdzają przyznane wczoraj Oscary za montaż, dźwięk oraz montaż dźwięku. I przyznaję, pod tym względem oglądało się to naprawdę dobrze. Dotyczy to zwłaszcza kulminacyjnej sceny przedstawiającej występ na Live Aid w 1985 roku. Jeśli porównacie tą sekwencję z oryginalnym nagraniem koncertu to zauważycie piorunujące podobieństwo dosłownie w każdym aspekcie! Scenografowie i charakteryzatorzy odwalili kawał dobrej roboty. Z pełną odpowiedzialnością powiem, że chyba nie da się wierniej odtworzyć na ekranie wydarzenia historycznego niż miało to miejsce w „Bohemian Rhapsody”. Doszło nawet do tego, że w niektórych ujęciach myliłem się, czy patrzę na oryginalnego basistę Queen Johna Deacona, czy też grającego go aktora Joe'go Mazello. Potęga! 

I tu dochodzimy do drugiej ogromnej zalety filmu – obsady. Rami Malek był murowanym kandydatem do statuetki Oscara, którą zresztą wczoraj otrzymał (z wrażenia spadając przy tym ze sceny – na szczęście bez obrażeń). Rami zrobił dokładnie to, czego wymaga zawód aktora, czyli perfekcyjnie zagrał postać historyczną. I choć fizycznie dość mocno różni się od Freddiego, to dzięki odpowiedniej charakteryzacji na pewno się kojarzył i z powodzeniem mógłby startować w konkursie sobowtórów. Wprawdzie nie emanował aż taką charyzmą sceniczną, ale umówmy się, że to trudne dorównać samemu królowi! Niemniej odrobił zadanie domowe, bo jego gesty, mimika czy ton głosu idealnie wchodziły w nutę Mercury'ego. Zatem Oscar zasłużony? Zdecydowanie! 

Niestety nie mogę wystawić „Bohemian Rhapsody” maksymalnej oceny z jednego powodu, a jest nim zbytnie ugrzecznienie historii Queen. Panie i panowie, zespół rockowy to nie szkółka niedzielna! Twórcy filmu każą nam uwierzyć, że muzycy Queen byli dla siebie zawsze mili i uprzejmi, a fochy i dziwactwa Freddiego znosili z pobłażliwym uśmiechem na ustach. Gdzie awantury, fochy, hektolitry alkoholu (ograniczonego w filmie do kieliszków szampana) i tony wciągniętej kokainy? Gdzie dziwki, karły, odgryzanie głów żywym kurczakom i sadomasochistyczne orgie? „Bohemian Rhapsody” to nie biografia, tylko hagiografia, a tego znieść nie mogę. Wprawdzie szczerze ukazano homoseksualną orientację Mercury'ego (która była bardzo ważnym aspektem jego osobowości), ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Obwiniam za to jedną osobę, a jest nią gitarzysta Queen Brian May, pełniący w filmie rolę producenta i konsultanta (zauważcie zresztą, że postać May'a w tym filmie wychodzi na niemal świętego). To on zdecydował, że „Bohemian Rhapsody” ma być grzeczną i poprawną politycznie historią Queen, a nie kontrowersyjną i obrazoburczą ekranizacją życia Mercury'ego (z tego też powodu z głównej roli zrezygnował Sacha Baron Cohen). I jasne, miał do tego prawo, ale my jako widzowie możemy czuć się nieco oszukani. Nie na taki film liczyliśmy! 

Kto wie, może gdyby w połowie zdjęć ze stołka reżysera nie wywalono Bryana Singera (formalnie z powodów rodzinnych, później na jaw wyszły oskarżenia o złą atmosferę na planie i molestowanie seksualne), film ostatecznie wyglądałby lepiej? A może gorzej? Nie sposób tego stwierdzić, ale jedno wiem na pewno – „Bohemian Rhapsody”, choć jest naprawdę dobrym filmem, jest złą biografią. Liczę, że za jakiś czas, gdy Brian May nie będzie miał już nic do powiedzenia, ktoś raz jeszcze podejmie ten temat. Bo jest o czym opowiadać!

Wniosek: Dobry film, ale zbyt świętoszkowaty jak na taką tematykę.


lutego 24, 2019

"Glass"

"Glass"
O czym to jest: Superbohaterowie są badani w szpitalu psychiatrycznym.

glass film recenzja shyamalan willis jackson mcavoy

Recenzja filmu:

Tak się jakoś złożyło, że najnowsze dzieło M. Night Shymalana, czyli "Glass" wieńczące trylogię "Unbreakable", stanowi dokładnie 500 recenzję na tym blogu! To niezwykłe, że padło akurat na ten film. Produkcje w reżyserii Shyamalana (te kameralne - bo o wysokobudżetowym, tragicznym "After Earth" czy "The Last Airbender" nie będziemy tu rozmawiać) były i są dla mnie niezwykłym przeżyciem. Shyamalan jak mało który reżyser potrafi zachęcić aktorów do subtelnej, niezwykle intymnej gry aktorskiej, w której każdy gest i każde słowo mają kolosalne znaczenie. A że jeszcze porusza do tego często tematykę na pograniczu horroru, science fiction i fantasy - w to mi graj!

Nakręcony prawie dwadzieścia lat temu "Unbreakable" wniósł niezwykły powiew świeżości do kina superbohaterskiego, które - jak sami wiecie - aktualnie przeżywa prawdziwy złoty wiek. I na tym by się skończyło, aż tu nagle trzy lata temu Shyamalan zaprezentował "Split", który zupełnie nieoczekiwanie okazał się być sequelem oryginalnego dzieła. W tym momencie nie było już wyboru - światowa publika chóralnie zażądała trzeciej części, w której mieli powrócić wszyscy główni bohaterowie w osobach Bruce'a Willisa, Samuela L. Jacksona i Jamesa McAvoya! I zaprawdę powiadam Wam - dostaliśmy czego chcieliśmy! "Glass" nie zdobędzie nigdy może Oscara w kategorii Najlepszy Film, ale jest dokładnie tym, co oczekujemy od takiego kina. To świetnie nakręcona, dokładnie rozplanowana i sprawnie zrealizowana psychologiczna zabawa, podobnie jak "Unbreakable" rzucająca nowe spojrzenie na tematykę superbohaterską. Rzadko kiedy zwieńczenie trylogii tak wspaniale łączy wszystkie wątki!

Oczywiście nie obyło się bez pewnych zgrzytów. Przez sporą część filmu miałem wrażenie, że Shyamalan zgromadził na ekranie za dużo wielkich nazwisk naraz, przez co przestał panować nad tłumem (zwłaszcza, że McAvoy po raz kolejny zagrał kilkanaście różnych postaci). Na szczęście moje obawy rozwiały się w klimatycznym finale, w którym wszystko idealnie się zazębiło - i to z szokującym zwrotem fabuły (dodajmy - podwójnym!). Wtedy zrozumiałem, że Shyamalan od początku do końca wiedział, co robi. Na szczęście przez lata nauczyłem się cierpliwości i tego, by nie oceniać filmu przed ujrzeniem napisów końcowych. A czasem i po!

Chyba największą niespodzianką był ponowny angaż wszystkich aktorów z poprzednich części - moją największą radość wzbudził powrót Spencera Treata Clarka, dwie dekady temu po prostu sympatycznego chłopaka grającego syna Bruce'a Willisa, a aktualnie dorosłego faceta i całkiem niezłego aktora! Podobny powrót dawnych gwiazd miał miejsce niedawno przy okazji trzeciego sezonu "Twin Peaks". Zapamiętajcie moje słowa - aktorzy nie wracają do ról sprzed dwóch dekad, jeśli nie mają ku temu naprawdę dobrego powodu! A dla widzów oznacza to, że nadchodzi naprawdę dobry film.

Mam nadzieję, że M. Night Shyamalan nie zboczy znów z obranej drogi i będzie jeszcze kręcił kameralne hity przez wiele następnych lat. Nie wiem, czy doczekamy się czwartej części z uniwersum "Unbreakable". A nawet jeśli nie, to te trzy wystarczą z nawiązką!

Wniosek: Świetnie zakończenie rewelacyjnej trylogii, której nikt się nie spodziewał!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Niezniszczalny"! >>>


lutego 10, 2019

"Catwoman"

"Catwoman"
O czym to jest: Graficzka komputerowa zostaje obdarzona kocimi mocami.

catwoman film recenzja halle berry sharon stone

Recenzja filmu:

Na fali zainteresowania finalnym sezonem "Gotham" postanowiłem ambitnie nadrobić wszystkie zaległe produkcje z komiksowego uniwersum DC, a konkretnie te o Batmanie i postaciach około-Batmanowych. W ramach tego karkołomnego zadania sięgnąłem po owianą grozą "Catwoman", powszechnie uważaną za jeden z najgorszych filmów komiksowych w dziejach kina. I choć przyznaję że było ciężko, to jednak nie tak tragicznie, jak można by się obawiać.

Smuci mnie, gdy reżyserowi nie udaje się utrzymać jednolitego tempa przez cały film. "Catwoman" ma ten sam problem, co nakręcony lata później "Man of Steel". Po naprawdę dobrym początku nadchodzi totalne załamanie w drugim akcie i nawet w miarę znośna końcówka nie jest w stanie naprawić złego wrażenia. W przypadku "Catwoman" wszystko szło dobrze do chwili, w której Halle Berry włożyła skórzany biustonosz, by skakać po dachach i wić się po rurach niczym w klubach go-go. W tym momencie utraciłem całe zainteresowanie dalszym oglądaniem tej produkcji. Klimaty sado-maso nigdy do mnie nie przemawiały, a Berry w skąpym wdzianku i tlenionych blond włosach nie okazała się ani seksowna, ani drapieżna, ani w ogóle interesująca (nawet nie mogła się równać z Michelle Pfeiffer z "Batman Returns"). Co ciekawe na początku filmu, gdy grała jeszcze nieogarniętą graficzkę komputerową była całkiem urocza, a jej romansowy wątek z panem policjantem wydawał się mieć ręce i nogi. Niestety lateks i bicz popsuł wszystko z góry do dołu. I nie pomogła nawet Sharon Stone w roli czarnego charakteru!

Myślę sobie, że "Catwoman" powstała o dekadę za wcześnie, co dodatkowo spotęgowało negatywny odbiór filmu. Współczesne filmy o kobiecych superbohaterach nie są niczym zaskakującym (patrzcie na rewelacyjną "Wonder Woman" albo "Captain Marvel"). W 2004 roku była to jednak spora awangarda. Szkoda tylko, że twórcy zaprzepaścili cały potencjał przez sprowadzenie Halle Berry (skądinąd świetnej aktorki) do roli obiektu seksualnego. Ale przynajmniej dziewczyna miała na tyle jaj, by osobiście odebrać przyznaną jej Złotą Malinę za najgorszą rolę roku - szacunek! 

Wniosek: Do połowy dobre, potem dość żenujące.


lutego 09, 2019

"A Good Year" ("Dobry Rok")

"A Good Year" ("Dobry Rok")
O czym to jest: Chciwy makler otrzymuje w spadku winnicę w Prowansji.

dobry rok film recenzja russell crowe ridley scott

Recenzja filmu:

Czasem nawet taki popcornowy pożeracz popkultury jak ja ma ochotę się wyluzować. Wtedy dobrze włączyć przyjemny film romantyczny, taki z pozytywnym przesłaniem, szczyptą dobrego humoru i wspaniałym klimatem miejsca, które koniecznie chciałoby się zobaczyć przed śmiercią. Powyższą definicję w pełni wyczerpuje "A Good Year", prosty i uroczy film nakręcony przez (i tu zaskoczenie) Ridleya Scotta! 

Ridley Scott i australijski gwiazdor Russell Crowe, którzy popełnili razem epickiego "Gladiatora", po paru latach ponownie połączyli siły w tej sympatycznej historii o cynicznym bankierze Maxie, który znienacka dostaje w spadku winnicę w Prowansji. Gdy odwiedza miejsce, w którym spędził najlepsze lata swojego dzieciństwa, sprawa zaczyna się komplikować. Czy Max sprzeda wszystko na pniu, wyzbywając się resztek człowieczeństwa? A może porzuci karierę, sławę i pieniądze, by wieść leniwy żywot francuskiego winiarza? Jak to się skończy sami się przekonacie, ja dodam tylko że na szczęście nie tak schematycznie, jak można by się obawiać. Ale i tak łezka w oku się kręci!

"A Good Year" całkowicie odpowiada temu, co nazywam dobrym filmem. Nakręcony jest sprawnie, wiarygodnie (wręcz czuć śródziemnomorski upał południa Francji), dialogom nie brakuje bystrego humoru, a i aktorzy są pierwsza klasa (prócz Crowe'a pojawia się też przeurocza Marion Cotillard, młodziutka Abbie Cornish, a także dopiero co zmarły legendarny aktor Albert Finney). Brzmi wystarczająco dobrze? No pewnie, że tak!

Dlatego też bez dalszych wstępów zachęcam, byście zasiedli wieczorem przed ekranem z przyjazną Wam duszą u boku i dali się ponieść romantycznej przygodzie. A potem zaklepali termin na urlop w Prowansji!

Wniosek: Bardzo przyjemne, nastrojowe kino romantyczne. Chce się do niego wracać!


stycznia 05, 2019

"Light Years" ("Gandahar")

"Light Years" ("Gandahar")
O czym to jest: Armia robotów atakuje pacyfistyczną krainę.

gandahar 1988 film recenzja animowany

Recenzja filmu:

Zastanawiałem się, jaki film opisać z okazji rozpoczęcia 2019 roku. I wtedy przypomniałem sobie o pewnej produkcji, którą ćwierć wieku temu rodzice kupili mi jako "bajkę" na VHS. Jak ja się cieszę, że nie mieli pojęcia, co kupują! Nazwanie "Gandahara" bajką (no bo przecież jest animowany, nie?) to jak nazwanie "Folwarku Zwierzęcego" familijnym filmem o zwierzątkach. Nie dajcie się zwieść pozorom!

"Gandahar" to fantastyczna opowieść science fiction, która wywodzi się z bardzo bogatej, francuskiej odmiany tego gatunku (prezentuje ją też np. "Metal Hurlant Chronicles"). Jeśli zastanawiacie się, jak odróżnić francuskie SF od dajmy na to amerykańskiego, podpowiem: będą gołe, wydatne biusty. I lateks. A także roboty i dużo - naprawdę dużo - seksualnych podtekstów. Na szczęście w odpowiedniej dawce takie obrazki dodają fajnej egzotyki, zamiast razić naturalizmem. A jak jeszcze połączy się je z nieskrępowaną wizją świata i okrasi fantastyczną ścieżką dźwiękową, to palce lizać!

Historia "Gandahara" to historia dalekiego świata (innej planety zapewne), w którym żył pacyfistyczny, posługujący się biotechnologią i rządzony przez kobiety naród Gandaharian. Pewnego dnia tę utopijną krainę atakuje tajemniczy wróg - armia robotów niszcząca wszystko na swojej drodze. Agent Sylvain zostaje wysłany, by odkryć tożsamość napastników. Jak możecie się domyślać to, co Sylvain spotka na swojej drodze, wstrząśnie nim do głębi. Jeśli chodzi o scenariusz i przebieg fabuły, to "Gandahar" dostaje ode mnie najwyższą ocenę. Zwroty akcji, postacie (zwłaszcza mutanty!), a przede wszystkim rozmach scenografii (choć animowanej) oraz ścieżka dźwiękowa to prawdziwe arcydzieło. Marzy mi się, by zobaczyć to w wersji fabularnej w kinie - współczesne efekty specjalne powinny już to udźwignąć. Tylko czy publika jest gotowa na tak intelektualne kino?

Bardzo chciałbym wystawić tej produkcji maksymalną ocenę, ale niestety nie mogę. Wszystko to z winy animacji (tu ciekawostka: robionej przez studio z Korei... Północnej!). Niestety nie przetrwała próby czasu i zawodzi, zwłaszcza w zakresie mimiki postaci. Niemniej wyobraźnia widza potrafi nadrobić te braki - a zaręczam, że warto się trochę wysilić. Głęboko rozczarował mnie również oryginalny francuski dubbing - aktorzy mówią tam niestety całkowicie bez pasji i polotu. Za to bardzo polecam wam polską wersję językową, gdzie głosy podłożyli m.in. Leszek Teleszyński i Adam Ferency. Prawdziwa petarda! 

Jeśli lubicie dobre science fiction i jakimś cudem nie znacie "Gandahara", czas to nadrobić. Tylko nie przeraźcie się jakością animacji. Prawdziwe diamenty zawsze trzeba oszlifować!

Wniosek: Wybitne fabularnie, choć animacja nie przetrwała próby czasu.


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger