Popularne posty

sierpnia 11, 2018

"Ant-Man and the Wasp" ("Ant-Man i Osa")

"Ant-Man and the Wasp" ("Ant-Man i Osa")
O czym to jest: Ant-Man próbuje uratować kobietę z wymiaru kwantowego.

antman i osa film recenzja marvel paul rudd michael douglas

Recenzja filmu:

No i nadeszła kolejna zadyszka w "Marvel Cinematic Universe". W odniesieniu do sequela fantastycznego "Ant-Mana" brzmi to bardzo dziwnie, bo teoretycznie wszystko było tu jak w pierwszej części - te same postacie, ten sam klimat, a nawet gagi lecące dokładnie z tej samej półki. I może właśnie o to chodzi. Pierwszy "Ant-Man" był czymś świeżym, lekko szalonym, z jajem i werwą. Niestety - że tak zacytuję "Mistrza i Małgorzatę" - nie ma czegoś takiego jak druga świeżość. Pewne rzeczy udają się tylko raz.

Mimo moich sporych zastrzeżeń byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym ocenił ten film niżej niż na 4 chomiki na sześć możliwych. "Ant-Man and the Wasp" to mimo wszystko dobre kino rozrywkowe - ale tylko dobre. Może to też kwestia nadmiernych oczekiwań, bo po świetnym gościnnym występie tego bohatera w "Civil War" liczyłem na nową, spektakularną solową przygodę. A tymczasem otrzymaliśmy familijną opowieść o rodzinie Pymów (w składzie: Michael Douglas, Michelle Pfeifger i Evangeline Lilly), w której Ant-Man był wyłącznie dodatkiem. I to jest mój główny zarzut: nie można robić solowego filmu o superbohaterze, w którym wspomniany bohater gra drugie tło! Jeszcze gdyby go przytłoczyła jedna postać (vide Iron Man dominujący trzecią część "Kapitana Ameryki"), to jakoś dałoby się to zrównoważyć - takie zresztą było chyba założenie, skoro tytuł wyraźnie wspomina Evangeline Lilly jako Wasp, stawiając ją na równi z Ant-Manem. Ale i Michaela Douglasa było tu tak samo dużo! No i jeszcze trzeba doliczyć nieco czasu ekranowego na przeciwnika w postaci Ghost, jej mentora, kumpli Ant-Mana i paru nieco zagubionych zbirów... Niestety ten tłum spowodował, że sam Ant-Man faktycznie zniknął gdzieś w wymiarze kwantowym i tyle go widzieliśmy. A to niedobrze.

Drugim problemem filmu był wyraźny brak czarnego charakteru. Czy była nim Ghost? Mam do tego spore wątpliwości - dziewczyna wzbudzała raczej sympatię i współczucie widzów. A może był nim Walton Goggins w roli miejscowego zbira? Również raczej nie, skoro stanowił raczej irytujące utrapienie niż realne zagrożenie. Koniec końców fabuła "Ant-Man and the Wasp" skupiła się raczej na familijnym dramacie rodziny Pymów, i to dramacie za mało wykorzystanym. Szalony psychodeliczny wymiar kwantowy dawał o wiele większe możliwości ostrej jazdy po bandzie - a sekwencja z niesporczakami niebezpiecznie przypominała mi "Star Trek: Discovery", co również świadczy na niekorzyść oryginalności fabuły. 

"Ant-Man and the Wasp" nieco mnie wynudził. Ale to nie jest zły film - po prostu w żaden sposób nie wnosi nic nowego do uniwersum. A to niedobrze w przypadku dwudziestego filmu z serii. W tym momencie jedyna droga do sukcesu to nieustająca ucieczka do przodu. Liczę na to, że kolejna wizyta Ant-Mana na ekranie przebiegnie o wiele lepiej!

Wniosek: W porządku, ale liczyłem na więcej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


sierpnia 05, 2018

Produkcje filmowe na upały - weź to na chłodno!

Produkcje filmowe na upały - weź to na chłodno!
Gdy żar leje się z nieba każdy szuka ochłody (poza naszym kotem, który idzie się dogrzać na parapet). Zimne napoje, lody, zacienione miejsca, piwnice, schrony atomowe - wszyscy marzą tylko o tym by wleźć pod jakiś kamień i przeczekać najgorsze. Tylko co wtedy robić?

Znacie filmy które kojarzą się Wam z konkretnymi zapachami albo smakami? Mi dla przykładu początek "Imperium Kontratakuje" pachnie kurczakiem z rożna. Pojawia się planeta Hoth i pyk, czuję jak ślinianki zaczynają pracę na myśl o krupiącej skórce i soczystym białym mięsie. Znacie to? Albo przy takim "Harrym Potterze" w scenach około-świątecznych myślę zawsze o lukrowanych piernikach, a przy "Amelii" o sałatce z pomidorów i ogórków, koniecznie z odrobiną siekanej cebulki. Niektóre filmy kojarzą mi się z konkretnymi osobami lub kolorami, ale jest też grupa filmów, przy których robi mi się gorąco lub wręcz przeciwnie mam ciarki na plecach. Dlatego właśnie co roku w trakcie największych wakacyjnych upałów oglądam produkcje, od których robi się zimno. W zasadzie jest kilka tytułów, które chłodzą skuteczniej (i taniej) niż klimatyzacja. Oto subiektywny ranking ośmiu, a w zasadzie dziewięciu tytułów idealnych na upały, o różnym stopniu chłodzenia. Zestawienie otwiera drobny śnieżek na dalekiej północy…


8. Gra o Tron – sezon 7 

Cały serial w zasadzie można sprowadzić do sformułowania Winter is coming. Widzowie od pierwszego odcinka zmuszeni są śledzić losy umierających, pijących, walczących, oddających się lubieżnym pasjom, knujących, kradnących i okradanych, podpalanych, zarzynanych, krwawiących, jęczących, uciekających, zdradzanych i zdradzających bohaterów, a to wszystko po to by doczekać nadejścia obiecanej przez Seana Beana zimy. Dobra wiadomość jest taka, że w sezonie siódmym w końcu obiecana zima nadchodzi, a wraz z nią nadciągają Biali Wędrowcy. Wprawdzie Westeros wydaje się mieć dość przyjazny klimat (oczywiście zależy dla kogo), ale w upalne dni śnieżne sceny za murem przynoszą rześką bryzę z ekranu. No i te siedem sezonów skutecznie zatrzyma Was w ukryciu przed słońcem, bo "Grę o Tron" ogląda się jak jeden długi film, a w środku lata każdy trochę marzy o bardzo, bardzo, bardzo długiej zimie.


7. Oblivion (Niepamięć)

W filmie tym nie zobaczycie ani grama śniegu, za to twórcy oferują nam ogromne bezludne przestrzenie pełne świeżego powietrza. Oglądając bezkresne kadry sięgające po horyzont ma się ochotę odetchnąć pełną piersią. Basen z krystalicznie czystą wodą zawieszony wysoko nad ziemią czy wielkie machiny wysysające wodę pozwalają na chwilę zapomnieć o duszącym, upalnym powietrzu za oknem. Efekt chłodzenia nieco psuje tylko fakt, iż niesamowicie orzeźwiające widoki to zasługa tego, że na Ziemi prawie nie ma już ludzi. To dokładnie tak samo jak w centrum niewielkich miasteczek w środku lata w samo południe. Albo na Wenus. Tam też nie ma ludzi.


6. Snowpiercer (Arka Przyszłości)

Uczciwie przyznaję, że nie jest to film, który zapadł mi w pamięć na dłużej z uwagi na fabułę czy sporą ilość znanych nazwisk przewijających się na ekranie. Wprawdzie same założenia tej historii są interesujące, a całość wygląda ciekawie, to tak naprawdę w lecie liczy się tylko fakt, iż mamy do czynienia z epoką lodowcową i pędzącym pociągiem wśród zasp na wzór kolei transsyberyjskiej. Dla widza to niemal metafora: oto siedzimy uwięzieni w nagrzanych przedziałach pociągu, a dookoła otacza nas świat skuty lodem. Aby poczuć szczypiący mróz nie trzeba nawet otwierać okna, starczy lodówka.


5. Vikings (Wikingowie)

Gdy rano sprawdzamy prognozę pogody i po raz kolejny termometr plasuje się w okolicach wybuchu supernowej na usta ciśnie się: „O Boże…”. Jeżeli jakiekolwiek bóstwo z zamierzchłych czasów mogłoby się przydać w upalne dni, to na pewno byliby to rozmiłowani w burzach i wojnach bogowie nordyccy. Wszak tylko latem wpadamy do klimatyzowanych sklepów niczym berserkerzy w bojowym szale, rozrywamy zgrzewki butelek z woda mineralną, a gdy okazuje się, że to jednak gazowana, budzą się w nas pierwotni barbarzyńcy. Serial "Wikingowie" w swej chłodnej błękitnej tonacji, ze scenami toczącymi się pod zachmurzonym niebem i w otoczeniu chłodnej toni morza, jezior i rzek, perfekcyjnie gasi pragnienie. Śledząc losy bohaterów niemal czujemy chłodną bryzę i zatęchły zapach wiecznie wilgotnej odzieży oraz martwych ryb. To prawie tak jak byśmy stali na molo w Ustce w lutym.


4. The Terror

Świeżutki serial dopiero od tego roku znalazł się w moim chłodzącym zestawieniu, ale za to jaki zimniutki! Umówmy się, żaden śnieżny potwór czy widmo kanibali nas nie przerazi, gdy dosłownie topimy się jak wosk na samą myśl o wyglądnięciu przez okno. Gdy mózg się przegrzewa, wizja utknięcia na kilka lat w mroźnej Arktyce wydaje się warta rozważenia. Po co komu smaczne, zdrowe posiłki i dostęp do Internetu, gdy w około otacza nas tylko śnieg i lód oraz więcej śniegu i lodu? I Inuici na sankach. Zresztą w przypadku tego serialu gęsią skórkę zapewnia nie tylko aura.


3. Ex aequo: The Shining (Lśnienie) i The Thing (Coś)

Śnieg, lód i ciarki na plecach. Ekranizacji książki Stephena Kinga opisywać chyba nie trzeba. To jedna z tych produkcji, które po prostu trzeba zobaczyć i w zasadzie nieważne w jakiej porze roku. Kto w środku upalnego lata nie marzy, by znaleźć się nagle w górskim, opuszczonym hotelu w środku zimy? (Oczywiście nie licząc tych, którzy oglądali "Lśnienie"). Jako alternatywę polecam również przenosiny do stacji badawczej na Antarktydę, gdzie czeka na nas „Coś”. Po tym seansie spacer w upalny dzień może wydać się całkiem dobrym pomysłem. Zwłaszcza gdy mamy w domu psa lub kota, które badawczo nam się przyglądają. Nie taki upał straszny, gdy są rzeczy straszniejsze.



2. Ghost Writer (Autor Widmo)

Uwielbiam klimat tego filmu. Deszcz i niebo zasnute chmurami przypominają mi długie jesienne dni, które spędziłam u podnóża Ślęży zaczytując się we "Władcy Pierścieni". Deszcz, szum starego orzecha za oknem, miękka kanapa, trzy opasłe tomiska i majaczące za mgłą górskie wzniesienie. Nie ma chyba lepszej scenerii do śledzenia wędrówki Drużyny Pierścienia. Identyczny wilgotny chłód i wiatr za oknem przywodzi na myśl "Autor Widmo". Nadmorska sceneria i betonowe surowe wnętrza plus dobra fabuła to przepis na zapomnienie o upale. Film nie tylko wciąga, ale i chłodzi, a do tego jest po prostu dobrą produkcją docenioną na wielu festiwalach.


1. The Day After Tomorrow (Pojutrze)

Jest to produkcja, którą oglądam co roku w największe wakacyjne upały od wielu lat. Gdy żar leje się z nieba, a pot strumieniami z czoła, w głowie rodzi mi się myśl: „Najwyższy czas na "Pojutrze". Nie wiem jak to możliwe, ale ten film chłodzi niemal od pierwszej sceny, chociaż drastyczne zmiany klimatyczne przychodzą dopiero później. Nic tak nie pobudza wyobraźni jak gwałtownie nadciągająca epoka lodowcowa, która unicestwia w oka mgnieniu zarówno mamuty podczas kolacji, jak i rządowe helikoptery. Wielkie mroźne wiry widoczne z kosmosu, grad wybijający szyby i przysypana śniegiem Statua Wolności, do tego nienachalny wątek romantyczny, edukacyjny i ekologiczny i mamy rewelacyjne kino familijne na upalne niedziele. Do dziś pamiętam zdjęcie z planu "Pojutrza" na którym Dennis Quaid ubrany w zimowe wdzianko walczy o życie leżąc w śniegowej zaspie. Nad nim zaś stoi wielki wiatrak produkujący wiatr i trzech panów technicznych w szortach i sandałach (jeden z nich prawie na pewno miał na sobie koszulę w palmy!). Tak się właśnie nagrywa sceny, w których bohater umiera z zimna gdy na planie jest ponad 30 stopni. Aktorstwo to zdecydowanie ciężki kawałek chleba. Zatem co roku trzęsę się z zimna razem z Dennisem Quaidem w środku upalnego lata. Tylko, że to ja mam wtedy na sobie szorty. Jeżeli mielibyście wybrać tylko jeden chłodzący film to zdecydowanie wybierzcie „Pojutrze", bo tylko on gwarantuje szron na ekranie!


sierpnia 04, 2018

"Mission: Impossible - Ghost Protocol"

"Mission: Impossible - Ghost Protocol"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt ratuje świat przed wojną jądrową.

m:i 4 film recenzja tom cruise jeremy renner

Recenzja filmu:

No to lecimy z czwartą częścią serii "Mission: Impossible"! Ze smutkiem stwierdzam, że oglądając je jedna po drugiej zaczynam odczuwać pewien przesyt. Ale może to po prostu wina samego filmu... "Ghost Protocol" robi w tył zwrot od szalonego kina akcji, jakie zafundowały nam "M:I 2" i "M:I 3", i najbardziej stylem przypomina pierwszą "Mission: Impossible". Jest więc sporo szpiegowskich sztuczek, poruszania się na granicy prawa i ratowania świata w ostatniej chwili. Czyli teoretycznie tego, co fani tej serii lubią najbardziej.

Przyznaję, że "Ghost Protocol" miało bardzo dobre momenty. Tom Cruise jak na niego przystało po raz kolejny odwalił imponujący popis kaskaderski - tym razem była to mrożąca krew w żyłach wspinaczka po Burj Khalifa w Dubaju. Może to dlatego że mam lęk wysokości, ale jak słowo daję podczas oglądania tej sceny zmiękły mi kolana! Kieruję wyrazy najgłębszego szacunku do Cruise'a - jest prawdziwym artystą kina akcji! A skoro przy Dubaju jesteśmy to muszę przyznać, że sekwencja rozwałki w tym mieście z finałem w postaci epickiej burzy piaskowej zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Gdyby jeszcze cała reszta filmu tak wyglądała, nie powiedziałbym złego słowa!

Szkoda, że scenarzyści nie pokusili się o coś bardziej oryginalnego niż powstrzymywanie wojny jądrowej w ostatniej chwili. To też dość ograny motyw kina szpiegowskiego, więc niespecjalnie byłem zaciekawiony, co stanie się dalej. Nie robił też na mnie wrażenia bezimienny główny czarny charakter - przez moment miałem nadzieję, że będzie nim zatrudniony w tym filmie Jeremy Renner (którego swoją drogą bardzo lubię), ale jednak twórcy polecieli utartym schematem. Przynajmniej jasnym punktem był Simon Pegg w znacznie większej roli niż w "M:I 3", wprowadzający konieczny element komediowy. No i warto też zauważyć, że małe epizody zaliczyli znany z "Lost" Josh Holloway, coraz popularniejsza Léa Seydoux, a także mój ulubiony statysta kina science fiction, czyli Mike Dopud (wiem, że akurat to nazwisko nic wam nie mówi, ale nic nie poradzę, że go lubię). 

Teoretycznie w "Ghost Protocol" wszystko było ok. Niestety mimo to dosyć się wynudziłem. Podwyższam ocenę za obsadę i kaskaderkę, ale ogólnie życzyłbym sobie o wiele więcej akcji w kolejnych częściach.

Wniosek: Za bardzo statyczne jak na kino akcji. Ale ujdzie.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


sierpnia 03, 2018

"Mission: Impossible III"

"Mission: Impossible III"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt musi pomścić swoją ukochaną.

m:i 3 tom cruise film recenzja simon pegg maggie q

Recenzja filmu:

W serii "Mission: Impossible" jest to, co lubię najbardziej w cyklach filmowych: progres. Póki co każda kolejna część jest coraz lepsza! Trzeci odcinek przygód najbardziej uśmiechniętego szpiega w historii kina zaskoczył mnie w bardzo wielu kwestiach. I to pozytywnie!

Zacznijmy od nazwiska głównego twórcy: ku mojemu zdziwieniu okazał się nim być J.J. Abrams, debiutujący zresztą w roli reżysera. Już w tym filmie było widać zalążek wielkiego talentu, który rozwinął potem takimi rozrywkowymi hitami jak chociażby "Star Trek" czy "Przebudzenie Mocy". W "Mission: Impossible III" jest sporo charakterystycznych dla niego elementów, takich jak flary prosto w ekran, nieustający deszcz iskier czy szerokokątne eksplozje kręcone z perspektywy żaby. Drugą wielką niespodzianką była obsada. Widząc nazwisko reżysera nie zdziwiłem się, że w filmie pojawił się Simon Pegg - ta dwójka spotyka się na planie dosyć często. Ale to nie wszystko, bo wspomagających Toma Cruise'a agentów zagrali Jonathan Rhys Meyers i zjawiskowa Maggie Q! Nie można też zapomnieć o nieodżałowanym Philipie Seymourze Hoffmanie w roli czarnego charakteru. Prawdziwa petarda!

Z fabułą jest niestety nieco gorzej. O ile wykonanie jest na ocenę celującą (strzelaniny, choreografia, kaskaderka, mordobicie czy plenery - w tym m.in. Watykan - są jak ta lala), to scenariusz gdzieniegdzie skrzeczy. Motyw miłosnej vendetty w kinie szpiegowskim jest ograny do granic możliwości, że wspomnę chociażby "Quantum of Solace" czy "The Bourne Supremacy". Ponadto zagrywki w rodzaju mikrobomby w głowie czy rażenia się prądem są zbyt głupawe nawet jak na ten rodzaj kina. Wychodzę jednak z założenia, że przy tym filmie należy wyłączyć myślenie i cieszyć się kolorową, dynamiczną przygodą z biegnącym Tomem Cruise'm w tle. Ciekawe czy utrzymają taki poziom wraz z kolejnymi produkcjami.

Wniosek: Dynamiczne, rozrywkowe kino akcji. Dobrze się ogląda!


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


lipca 26, 2018

"Mission: Impossible 2"

"Mission: Impossible 2"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt ratuje świat przed śmiercionośnym wirusem.

mi2 tom cruise john woo thandie newton

Recenzja filmu:

Czasami trudno jest porównać do siebie dwa filmy, nawet jeśli są częścią tego samego cyklu. Zawsze doceniam, gdy twórcy starają się dać coś od siebie, nawet w przypadku stricte blocbusterowych produkcji, nastawionych nie na głębię fabuły, ale na szybkie i łatwe wyciągnięcie pieniędzy od widza. Od początku było wiadomo, że sequel "Mission: Impossible" powstał właśnie w tym celu. Ale nie ma co się obrażać - należy zasiąść wygodnie w fotelu z kubłem popcornu i podziwiać, jakimiż to nierealnymi pomysłami tym razem zarzuciło nas Hollywood.

Cóż, tym razem poszli ostro po bandzie. Wiecznie młody Tom Cruise tym razem dostał się pod skrzydła pochodzącego z Hong Kongu reżysera Johna Woo, sławnego z dość postrzelonych i absurdalnych filmów akcji klasy "Broken Arrow" czy "Face/Off" (bardzo popularnych pod koniec lat 90.). W ten sposób dzięki nutce azjatyckiej kinematografii "Mission: Impossible 2" stało się dziwaczną hybrydą kina szpiegowskiego, strzelanki, chińskiego kina kung-fu oraz standardowego amerykańskiego ratowania świata. Tym razem nasz bohater - narowisty szpieg Ethan Hunt - musiał ocalić świat przed morderczym wirusem supergrypy, wykradzionym z laboratorium przez grupę chciwych bandziorów. W tle nie zabrakło pięknej dziewczyny (w tej roli zjawiskowa i zaczynająca swoją karierę Thandie Newton), licznika z upływającym czasem, obowiązkowego slow-motion oraz lirycznych stawek w postaci odfruwających białych gołębi. Brzmi dość niestrawnie? Przyznaję, że miejscami było ciężko, zwłaszcza że za głupawą fabułą szły niezbyt porywające dialogi i wyjątkowo bezpłciowy główny czarny charakter.

Ale nic to, bo "Mission: Impossible 2" z całą pewnością nie zawiodło w kwestii scen akcji! Była i szpiegowska akrobacja na linach, i mordobicie, i (w przeciwieństwie do pierwszej części) masa strzelanin, a także - klękajcie narody - finałowy pościg na motorach, który pod względem kaskaderki do dziś budzi ogromne uznanie. To co Cruise (i jego dubler) wyczyniali na ekranie nie miało wprawdzie krzty sensu, ale za to wyglądało rewelacyjnie! I mówiąc szczerze, wystarcza mi taki obrót spraw. Kino rozrywkowe ma dostarczać rozrywki, a nie głębokich filozoficznych przemyśleń, nieprawdaż? Z czystym sumieniem daję więc ocenę dostateczną. Można oglądać, byle nie za często.

Wniosek: Wizualnie efektowne, ale dość płytkie kino.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


lipca 22, 2018

"Mission: Impossible"

"Mission: Impossible"
O czym to jest: Szpieg Ethan Hunt próbuje wykraść listę tajnych agentów.

mi1 film recenzja tom cruise

Recenzja filmu:

Przed kinową premierą szóstej części cyklu "Mission: Impossible", czyli "Fallout", postanowiłem nadrobić zbiorczo wszystkie poprzednie. Pierwszą część oglądałem wielokrotnie na wideo jako dzieciak i pamiętam, że żywiłem do niej dość ciepłe uczucia. Niestety w tym przypadku sentymentalna powrót do przeszłości okazała się, delikatnie mówiąc, rozczarowująca.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. W przypadku "Mission: Impossible" jaskółką jest oczywiście kultowa scena z Tomem Cruisem opuszczającym się na linach do tajnego komputera w samym sercu centrali CIA. I przyznaję, że akrobatyczne wyczyny Cruise'a jak zawsze wyglądają imponująco i nawet dziś budzą wielkie uznanie widza. Szkoda tylko, że cała reszta filmu jest po prostu... nudna. Zdaję sobie sprawę, że być może po prostu nie odpowiada mi ten typ kina - wszak tak samo wynudziłem się na "Tożsamości Bourne'a", również uważanej za klasykę szpiegowskich produkcji. Chyba największym problemem "Mission: Impossible" jest zbyt wolne tempo. Jedni uznają to za dowód klimatu, drudzy zaś za dowód na nieudolność reżysera (i co z tego, że w tym wypadku był nim legendarny Brian De Palma - mówiąc szczerze, nie przepadam za jego stylem). Tak po prawdzie to nie licząc wspomnianej sceny z linami oraz końcowej rozwałki na dachu pociągu TGV (bardzo efektownej, to fakt), niewiele dzieje się na ekranie. A szkoda, bo obsada klasy Tom Cruise, Jon Voigh, Jean Reno i Ving Rhames zasługiwała na więcej.

Niemniej przyznam temu filmowi kilka plusów. Tom Cruise jak zawsze jest dobry i bezczelnie zawadiacki (co ciekawe nie stracił tego uroku wraz z wiekiem). Miło było popatrzeć na ciekawe zakątki Pragi, tym ciekawsze, jeśli widziało się je na żywo. Poza tym stricte "bondowe" gadżety jak sztuczne twarze, samoniszczące się taśmy czy wybuchowe gumy do żucia zawsze bawią. Podsumowując to wszystko nie uważam "Mission: Impossible" za kiepski film. Nie wątpię, że w 1996 roku prezentował się znakomicie. Tyle tylko, że nie przetrwał próby czasu.

Wniosek: Mimo jednej kultowej sceny cała reszta najwyżej przeciętna.


<<< Sprawdź kolejność serii "Mission: Impossible"! >>>


lipca 20, 2018

"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")

"Stargate Universe" ("Gwiezdne Wrota: Wszechświat")
O czym to jest: Grupa rozbitków odkrywa antyczny statek kosmiczny po drugiej stronie wszechświata.

gwiezdne wrota wszechświat serial

Recenzja serialu:

Ze wszystkich rzeczy, jakie mogą mnie wkurzyć w filmach i serialach, najbardziej nie znoszę marnowania potencjału. Pół biedy, jeśli jest to pierwsze podejście do tematu i komuś po prostu nie wyjdzie. Ale mieć gotowy przepis, który udał się już dwa razy i zawalić po całości - do tego trzeba prawdziwego zdolniachy! Niestety ten smutny los spotkał "Stargate Universe", drugi spin-off kultowego serialu "Stargate SG-1". Pod względem efektów i jakości wykonania - majstersztyk na światowym poziomie. Pod względem fabuły - absurdalna w swej skali tragedia... 

Ale zacznijmy od początku. Tym razem bohaterowie przez przypadek wylądowali na statku kosmicznym po drugiej stronie wszechświata, odpalonym miliony lat wcześniej przez antycznych kosmitów celem odkrycia śladów inteligencji z okresu Wielkiego Wybuchu. Ponieważ amerykańscy wojacy (wraz z bandą fajtłapowatych naukowców) trafili tu niejako przez przypadek, nie mieli ze sobą odpowiedniego sprzętu ani wyposażenia, a na dodatek ich nowy dom okazał się zardzewiałą balią, której dawno temu minął okres przydatności do użytku. W ten sposób zyskaliśmy wątek surwiwalowy - jak przetrwać w realiach kurczących się zarobów, na statku który nie działa i którego nikt nie potrafi obsługiwać. Brzmi dobrze, prawda? 

Rozumiem zamysł. Twórcom ewidentnie znudziła się prosta przygodówka w stylu wspomnianego "Stargate SG-1" i "Stargate Atlantis". Dlatego też, zafascynowani poważnym tonem i głębią emitowanego ówcześnie rewelacyjnego "Battlestar Galactica", postanowili stworzyć coś podobnego w mrocznym, apokaliptycznym klimacie. Niestety w ten sposób pozbawili się największych atutów uniwersum "Stargate" - optymizmu, humoru, sympatycznych postaci i karuzeli szalonych pomysłów fabularnych, które - choć totalnie nierealistyczne - świetnie się sprzedawały na ekranie. W efekcie z "Universe" powstał gniot będący chimerą serialu o nastolatkach i quasi-dramatu obyczajowego, tyle że w kosmosie. Co jednak najgorsze, do minimum ograniczono obecność gwiezdnych wrót jako takich, kładąc główny nacisk na wątek statku kosmicznego, na którym utknęli bohaterowie. I gdyby tylko o tym traktował ten serial, mógłbym to przeżyć. Ale niestety za pomocą durnego triku fabularnego załoga statku mogła "przenosić umysły" na Ziemię, gdzie (tkwiąc w ciele innych ludzi) włóczyli się bez celu i sensu, przeżywając różnego rodzaju kryzysy emocjonalne. Tak, dobrze myślicie: rozstania, zdrady małżeńskie, łzy, przytulanie, używki i dylematy godne klasycznej mydlanej opery. Bez komentarza! 

Twórcy serialu szybko zrozumieli swój błąd, bo już po pierwszym sezonie z werwą zabrano się do naprawy formy. Zrezygnowano z żenujących piosenek na koniec każdego odcinka. Zaprzestano melodramatycznych wycieczek na Ziemię. Wprowadzono więcej akcji, więcej kosmitów i więcej porządnej nawalanki. Płaczliwy pułkownik Young zyskał nową pewność siebie i sporą dozę energii godną dowódcy statku. Gładziutki porucznik Scott przestał się obnosić z dziecięcą naiwnością niedoszłego księdza. Zminimalizowano postać Chloe, nastoletniej córki senatora (i najbardziej zbędnej postaci w historii tego uniwersum). Główny antagonista - doktor Rush - zamienił wyniosłą arogancję na bardziej ludzkie oblicze. Z kolei mocne punkty serialu - rewelacyjny Eli (pokładowy nerd i jedyna w 100% sympatyczna postać serialu) oraz uroczo niegrzeczny sierżant Greer pozostali tacy jak wcześniej. Dzięki temu drugi sezon był naprawdę w porządku. Niestety było już za późno, by naprawić szkody - oglądalność zdążyła polecieć na łeb na szyję, co w konsekwencji doprowadziło do skasowania serialu i całego uniwersum jako takiego. I tego nie wybaczę, bo założenia "Universe" pozwoliłyby na jeszcze wiele sezonów fantastycznych przygód. Szkoda, że tak to się wszystko potoczyło. 

Szkoda ze względu na niektóre fajne postacie, na scenografię (koncept statku Destiny jest przegenialny), na efekty specjalne, no i na wybitną oryginalną ścieżkę dźwiękową (która, z powodu przedwczesnej śmierci kompozytora, niestety nigdy nie wyszła na płycie CD). To naprawdę dało się zrobić o wiele lepiej.

Wniosek: Niewiarygodnie zmarnowany potencjał na świetny serial.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


lipca 19, 2018

"Stargate Atlantis" ("Gwiezdne Wrota: Atlantyda")

"Stargate Atlantis" ("Gwiezdne Wrota: Atlantyda")
O czym to jest: Grupa śmiałków odkrywa Atlantydę - antyczne miasto kosmitów w innej galaktyce.

gwiezdne wrota atlantyda serial recenzja rodney jason momoa sheppard

Recenzja serialu:

"Stargate Atlantis" udowadnia, że dobre przepisy się nie dezaktualizują. Nie trzeba do tego nawet specjalnego talentu: wystarczy trzymać się sprawdzonej instrukcji krok po kroku, a sukces jest murowany! Serial "Stargate SG-1", oparty na kultowym filmie "Stargate", wprowadził erę przygodowego serialu science fiction na nowy, fascynujący poziom. Dlatego trudno się dziwić, że postanowiono zaryzykować z opartym na identycznym schemacie spin-offem w postaci "Stargate Atlantis". I uwierzcie mi gdy mówię, że tym razem prawdopodobnie uczeń przerósł mistrza!

Na pierwszy rzut oka wszystko jest bardzo podobne. Czteroosobowa drużyna w składzie: śmiały pułkownik, genialny mózgowiec, sumienie moralne oraz bojowy mięśniak - jest. Groźni kosmici gotowi do ubicia (i na dodatek wysysający energię życiową z ludzi) - są. Zagrożenie dla całej galaktyki - jest. Ratowanie świata co odcinek - również jest. W sam raz na pięć sezonów fantastycznej przygody! De facto w ten sposób ponownie nakręcono "Stargate SG-1", zmieniając tylko obsadę i lokalizację z tajnej bazy na antyczne miasto potężnych kosmitów w innej galaktyce. Ba, nawet niektóre odcinki "Atlantis" bazują na identycznych motywach co epizody "SG-1", pokazując w ten sposób tą samą przygodę dwa razy! Na szczęście twórcy pokusili się o większą śmiałość niż w pierwszym serialu i większy rozmach pod względem efektów - stąd znacznie więcej przygód w kosmosie i bitew kosmicznych. 

Rzecz jasna, podobnie jak przy "SG-1", niektóre epizody są bardzo niskich lotów, a i scenografia czy fabuła pozostawiają sporo do życzenia. Ale poza tym niemal wszystko jest lepsze! Joe Flanigan jako pułkownik Sheppard, David Hewlett jako Rodney McKay czy w końcu popularny obecnie Jason Momoa jako Ronon Dex to prawdziwe samograje - a ja osobiście o wiele bardziej wolę ich postacie od bohaterów "SG-1". Podejrzewam, że to przez humor, bowiem "Atlantis" posiada unikalną zdolność płynnego przechodzenia z epickiej space opery do wybornej komedii - a wszystko to dzięki znakomitej grze aktorskiej obsady. 

Przez serial przelatuje się błyskawicznie - zaczynając od fantastycznego pilota aż do finału, który robi co może by pozamykać większość wątków. Żałuję bardzo, że "Stargate Atlantis" zakończono po pięciu sezonach, bez szansy na finałowy film telewizyjny. Ale i tak jestem wdzięczny za te dziesiątki godzin wybornej przygody w galaktyce Pegaza! Ta zabawa nigdy mi się nie znudzi!

Wniosek: Fantastyczna przygoda, od której nie można się oderwać!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


lipca 16, 2018

"Stargate SG-1" ("Gwiezdne Wrota")

"Stargate SG-1" ("Gwiezdne Wrota")
O czym to jest: Grupa komandosów podróżuje przez portal na inne planety.

gwiezdne wrota serial richard dean anderson

Recenzja serialu:

Nigdy nie uważałem, że istnieje coś takiego jak obiektywna opinia. Każdy ludzki osąd z definicji jest subiektywny - dotyczy to też recenzji filmów i seriali. Dlatego często zastanawiam się, na ile moje wpisy dotyczące starszych pozycji, które poznałem jeszcze jako dzieciak, są zabarwione nutką nostalgii, a na ile rzeczywiście mam rację określając je mianem kultowych. Jednak tym razem zaryzykuję stwierdzenie, że w przypadku serialu "Stargate SG-1" możemy mówić o serialu wybitnym!

A nie było to proste zadanie. Wszak film "Stargate" z 1994 to bez wątpienia jeden z klasyków science fiction. Serialowy sequel startował dzięki temu z wysokiej pozycji, niemniej od dobrego pomysłu do rzeczywistego sukcesu daleka droga. Najtrudniejsza wydawała się wymiana głównego bohatera - kultowego Kurta Russella zastąpił nie mniej kultowy Richard Dean Anderson, do dziś znany najbardziej jako tytułowy "MacGyver" (rzecz jasna ten oryginalny). Ryzykowny pomysł, ale jak się okazało skuteczny. W ten sposób ponurego pułkownika O'Neilla z wypisanym na twarzy życzeniem śmierci zastąpił sarkastyczny, lekko niepoważny pułkownik O'Neill, który każdą strzelankę z kosmitami traktował jak świetną zabawę z kolegami na podwórku. W kinie by to nie przeszło, ale w familijnym serialu na weekendowe popołudnie - jak najbardziej. Drugą zamianę zaliczyła postać doktora Daniela Jacksona (w filmie zagrał go James Spader, tu zaś bardzo do niego podobny Michael Shanks). Do kompletu aktorów dorzucono jeszcze piękną damę (Amanda Tapping jako genialna kapitan Carter) oraz element etniczny w postaci kosmity Teal'ca, fantastycznie zagranego przez Christophera Judge'a. W ten oto sposób stworzono drużynę doskonałą, idealnie predestynowaną do tego, by co tydzień ratować świat!

Obsada okazała się jednym z kluczy do sukcesu "Stargate SG-1" na całym świecie. Drugim była fabuła. Jak pamiętamy, w filmie "Stargate" drużyna komandosów przeniosła się przez starożytny portal na inną planetę przypominającą antyczny Egipt, by w ciężkiej walce pokonać pierwowzór boga Ra. Ale po co się ograniczać? Na potrzeby serialu stwierdzono, że wspomniany portal (tytułowe Gwiezdne Wrota) może równie dobrze prowadzić na inne planety, gdzie czeka cały panteon starożytnych bóstw (a w rzeczywistości kosmitów), odpowiednio wrednych, groźnych i wręcz proszących się o ubicie! Był to pomysł tak dobry, że starczyło go na bite 10 sezonów oraz dwa filmy telewizyjne kończące wątki ("The Ark of Truth" oraz "Continuum"). Że o spin-offach w postaci "Stargate Atlantis" i "Stargate Universe" nie wspomnę!

Wspomniałem już o dwóch, zatem teraz o trzecim, być może najważniejszym kluczu do sukcesu - idealnej kombinacji akcji i humoru. "Stargate SG-1" to dynamiczna, pełna zwrotów akcji i niezłych efektów specjalnych przygoda, która uwiodła miliony widzów bogactwem wyobraźni scenarzystów oraz rozmachem galaktycznej przygody. No i nie zapominajmy o wspaniałym, naturalnym i niewymuszonym humorze, zarówno w dialogach jak i grze aktorskiej (każda z postaci - może z wyjątkiem kapitan Carter i generała Hammonda - co rusz miała swój "moment", który największego ponuraka potrafił rozłożyć ze śmiechu). Dlatego też do "Stargate SG-1" można wracać raz za razem, mimo że od pierwszego ujęcia na planie minęło ponad 20 lat. Owszem, jest tu sporo nudnych odcinków, głupawych pomysłów czy wręcz żenujących zagrywek fabularnych. Ale cóż z tego, skoro ogląda się to świetnie! Śmiem twierdzić, że ta historia nigdy się nie zestarzeje!

Wniosek: Najbardziej kultowa przygodówka science fiction, jaką możecie sobie wyobrazić!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


maja 25, 2018

"Solo: A Star Wars Story" ("Han Solo: Gwiezdne Wojny - Historie")

"Solo: A Star Wars Story" ("Han Solo: Gwiezdne Wojny - Historie")
O czym to jest: Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

han solo gwiezdne wojny historie film recenzja ron howard emilia clarke

Recenzja filmu:

Kiedy usłyszałem, że nowi właściciele marki "Star Wars" będą kręcić spin-offy (czyli filmy poboczne w stosunku do głównych Epizodów), przygody Hana Solo wydawały mi się najbardziej naturalnym kandydatem. Ten arogancki, szelmowsko uroczy przemytnik jest prawdopodobnie najbardziej wyrazistym "dobrym łotrem" w historii kina. Niemniej zagranie go przez kogoś innego niż Harrisona Forda wymagało wielkiej odwagi i niemałej dozy wrodzonego talentu. Z dumą i zachwytem mogę powiedzieć - udało się!

"Solo" to film, który właściwie nie ma słabych punktów. I nie mówię tego dlatego, że jestem fanem "Star Wars". To zdecydowanie najlepsza produkcja uniwersum od czasów oryginalnej trylogii - lepsza nawet od "Ostatniego Jedi", którym byłem zachwycony. Jest tu wszystko, czego oczekujemy od brawurowej przygodówki w klimacie space opery - humor, tempo, doskonale rozpisane postacie, mnogość lokacji i zwrotów akcji, obłędna scenografia i świetne efekty specjalne! Dawno nie wyszedłem z kina aż tak pozytywnie nastawiony. A przypomnijmy, że wiele złego powiedziano na temat "Solo" - zaczynając od zmiany reżysera w trakcie produkcji (co często zwiastuje katastrofę), poprzez rzekomy brak talentu Aldena Ehrenreicha w roli głównej, aż po brak dobrego pomysłu na fabułę. Na szczęście żaden z tych zarzutów nie znalazł potwierdzenia w rzeczywistości!

Scenarzyści (legendarny Lawrence Kasdan, który napisał już trzy Epizody "Star Wars" oraz pierwszego "Indianę Jonesa", wspomagany tym razem przez syna Jonathana) wyraźnie przyjęli założenie, że jeśli mają już zrzynać, to będą zrzynać od najlepszych. Ekipa bandziorów (pod przywództwem kultowego jak zawsze Woody'ego Harrelsona) to zaś wypisz-wymaluj załoga z "Firefly"! Nawet nie trzeba zgadywać kto jest kim - to po prostu Mal, Zoe i Wash jako żywi! Zresztą pierwszy akt filmu wygląda jak kolejny odcinek wspomnianego "Firefly" - i to bardzo dobry odcinek! Później, gdy na ekranie pojawia się Lando Calrissian, akcja się zagęszcza. "Solo" wspaniale wpisuje się w klimat zarówno "Nowej Nadziei", jak i "Imperium Kontratakuje". Znajdziecie w tym filmie odpowiedź na wiele pytań nurtujących fanów od dziesięcioleci - jak Han poznał Chewbaccę, jak wygrał Sokoła Millennium od Lando, czy też jak dokonał legendarnego przelotu Trasą na Kessel. No i przy okazji dowiemy się, czemu Sokół wygląda jak kupa złomu... Nie żartuję - jeśli istnieje definicja doskonałego prequelowego spin-offa, to "Solo" z całą pewnością wypełnia jego definicję.

Co ważne, "Solo" czyni też gigantyczny ukłon w stronę wieloletnich fanów Sagi, takich jak ja.  Początek filmu jest niemalże żywcem wyjęty z książki "Rajska Pułapka", niekanonicznej już noweli o przygodach młodego Hana Solo. Dodatkowo "Solo" de facto na nowo przywraca do kanonu trylogię książek "Przygody Lando Calrissiana"! Nie mogę też zapomnieć o rozlicznych drobniejszych smaczkach, takich jak pojawienie się planety Mimban, koreliańskich stoczni czy w końcu finałowego, gigantycznego nawiązania do przygód z serialu "The Clone Wars"! W kinie dosłownie złapałem się za głowę i prawie wyskoczyłem z fotela! Rewelacja!

Kathleen Kennedy, która od czasów "Przebudzenia Mocy" czuwa nad całą Sagą, jeszcze ani razu mnie nie zawiodła - ta kobieta doskonale czuje klimat "Star Wars" i wie, jak dostarczać wspaniałych, porywających widzów przygód. Jej wybór Rona Howarda na "awaryjnego" reżysera "Solo" był oczywistym strzałem w dziesiątkę (zresztą trudno się temu dziwić - Howard to jedno z większych nazwisk w Hollywood, mający na koncie m.in. takie hity jak "Willow" czy "Apollo 13"). Tak samo obsada absolutnie mnie nie zawiodła. Alden Ehrenreich jako młody Han Solo zrobił to, co Chris Pine z rolą Kirka w nowym "Star Treku" - nową, dynamiczną interpretację z wielkimi ukłonami w stronę oryginału. Chciałbym zobaczyć więcej filmów z Ehrenreichem w tej roli! Dodatkowo Donald Glover wręcz urodził się, by zagrać młodego Lando Calrissiana (być może był nawet lepszy od oryginału!). O kultowym Harrelsonie już wspomniałem, więc napomknę o doskonałym Paulu Bettany'm jako czarnym charakterze (co ciekawe podobnie jak Howarda też zatrudniono go do "Solo" dosłownie w ostatniej chwili), a także prześwietnej Phoebe Waller-Bridge w roli droida L3 z feministyczno-marksistowkim zacięciem. Jedynie Emilia Clarke nie popisała się niczym wybitnym, ale przynajmniej nie bolała mnie na ekranie, a to już coś. Przynajmniej wątek romantyczny nie był płaski jak w "Ataku Klonów", tylko miał ręce i nogi!

"Solo" jest tak dobry, że nie mam innego wyjścia niż dać mu maksymalną ocenę i status filmu kultowego. To jedna z tych przygód "Star Wars", do których będę wracał raz za razem. Chcę więcej!

Wniosek: Fantastyczne, zabawne, wartkie kino! Na poziomie oryginalnej trylogii!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


maja 21, 2018

"Deadpool 2"

"Deadpool 2"
O czym to jest: Krwawe przygody największego antybohatera wśród superbohaterów.

deadpool 2 ryan reynolds film recenzja plakat

Recenzja filmu:

Mimo że w ostatnich miesiącach czas na oglądanie (i recenzowanie) nowych filmów i seriali skurczył mi się dramatycznie, takiego wydarzenia jak "Deadpool 2" nie mogłem przegapić! Do pierwszej części miałem parę zastrzeżeń, dlatego też do sequela podszedłem nieco bardziej ostrożnie. Na szczęście zmiana reżysera i oddanie kreatywnej kontroli w ręce Ryana Reynoldsa wyszło na plus - "Deadpool 2" to jedna z tych nielicznych kontynuacji, które są lepsze od oryginału!

Z zadowoleniem stwierdzam, że "Deadpool 2" nie jest wyłącznie pastiszem kina superbohaterskiego, ale również pełnoprawną produkcją z tego gatunku. Nie brakuje tu żadnego z kluczowych elementów: protagonisty z kryzysem osobowości, dylematów moralnych, sporej dozy szalonej akcji i obowiązkowego morału na koniec. Oczywiście z gigantyczną dozą satyry, obrazoburczego humoru i nerdowskich nawiązań naprawdę wysokiej próby! Ponadto "Deadpool 2" w końcu staje się pełnoprawną częścią uniwersum "X-Menów" i to nie tylko dzięki obecnym na ekranie postaciom. Tak trzymać! A że jest przez to mniej pojechany po bandzie? Nigdy nie uważałem, że pokazywanie drugi raz tego samego zda rezultat. Wydaje mi się jednak, że właśnie tego oczekiwali niektórzy widzowie i dlatego "Deadpool 2" ma swoich przeciwników. Niemniej ja stoję na stanowisku, że wszyscy muszą iść naprzód - łącznie z Ryanem Reynoldsem w obcisłym lateksowym wdzianku.

A skoro już jesteśmy przy Reynoldsie, to pomijając wrodzony talent komediowy tego aktora, oddaję mu hołd za niezwykły dystans do samego siebie i własnej kariery, czego najlepszym (i zarazem histerycznie śmiesznym!) dowodem jest scena po napisach - tu więcej nie zdradzę, by nie psuć wam niespodzianki. Szacunek! Ale Reynolds to nie wszystko, bo "Deadpool 2" wprowadza dwie kolejne fantastyczne postacie: zgryźliwego najemnika Cable'a (jednego z najlepszych futurystycznych żołnierzy jakie widziało kino) oraz wyluzowaną Domino, której główną supermocą jest... szczęście (i wbrew obawom Deadpoola zapewniam, że wygląda to bardzo zjawiskowo!). Mam sporą nadzieję, że mimo rychłego przejścia "X-Menów" do "Marvel Cinematic Universe" będę mógł oglądać tą dwójkę jeszcze przynajmniej kilka razy (co będzie ciekawym przypadkiem, bo Josh Brolin gra zarówno Cable'a, jak i Thanosa w nowych "Avengersach"). Poza tym nie wyobrażam sobie, by kto inny niż Reynolds mógł się wcielić w Deadpoola. Pewnych rzeczy po prostu się nie zmienia!

"Deadpool 2" na wielu scenach rozbawił mnie do łez (co, wbrew pozorom, nie zdarza mi się często). W paru innych pozytywnie zaskoczył (chociażby w kontekście przygód drużyny X-Force), zaimponował, a nawet wzruszył. Bawiłem się bardzo dobrze i po raz kolejny potwierdzam, że uniwersum "X-Menów" wśród kina superbohaterskiego lubię najbardziej.

Wniosek: Rewelacyjne i lepsze niż pierwsza część! Tak trzymać!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men" >>>


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger