Popularne posty

sierpnia 28, 2019

"Dark Phoenix" ("X-Men: Mroczna Phoenix")

"Dark Phoenix" ("X-Men: Mroczna Phoenix")
O czym to jest: X-Meni walczą z kosmitami.

x-men mroczna phoenix feniks film turner mcavoy fassbender chastain

Recenzja filmu:

Drodzy widzowie, to już koniec. Po jedenastu filmach i jednym serialu pożegnaliśmy się z uniwersum „X-Menów” spod znaku Foxa. Oczywiście całkiem możliwe, że pojawią się jeszcze jakieś dodatkowe produkcje (na półce wciąż leży „New Mutants”, mówi się też o „Deadpoolu 3”), ale jeśli chodzi o główną linię fabularną spod znaku Profesora X i spółki – to tyle. Ale nie martwcie się, bo za parę lat nasze ukochane postacie powrócą w nowym wydaniu, prawdopodobnie w ramach niekończącej się serii „Marvel Cinematic Universe”. To jednak pieśń przyszłości.

Powyższe wydarzenia sprawiły, że przed „Dark Phoenix” stało poważne zadanie godnego pożegnania przygód mutantów. Obawiam się jednak, że było z góry skazane na porażkę. Po pierwsze takie pożegnanie (i to w jakim stylu!) zapewnił już „Logan”, który jest jednym z najlepszych – jeśli nie najlepszym – filmem superbohaterskim w historii kina. A po drugie „Dark Phoenix” opowiedział tą samą historię co „The Last Stand”, tyle że w innej wersji. To spowodowało, że już na starcie „Dark Phoenix” było porównywane ze swoją poprzedniczką. A to nigdy nie wychodzi na dobre. 

Swoją drogą rzadko zdarza się, by ten sam człowiek miał okazję dwa razy pokazać to samo na ekranie. To trochę tak jakby Peter Jackson nakręcił remake „Władcy Pierścieni”, albo Tarantino nową wersję „Pulp Fiction”. W tym wypadku Simon Kindberg, scenarzysta „The Last Stand”, dostał w ramach dyrektorskiego debiutu szansę na stworzenie „Dark Phoenix” (do którego też napisał scenariusz). Kindberg wielokrotnie podkreślał jak niezadowolony jest z ostatecznego kształtu „The Last Stand” i że wg niego historia Jean Grey i jej mrocznej osobowości zasługuje na o wiele lepszą odsłonę. Obawiam się jednak, że „Dark Phoenix” podobało mi się nieco mniej niż „The Last Stand”. Wprawdzie uwielbiam „młodą” ekipę X-Menów, ale to oryginalna wersja prezentowała potężny rozmach godny supermocy mutantów (lot mostem Golden Gate!). Tutaj mieliśmy do czynienia raczej z kameralną historią, która po wydarzeniach z "Apocalypse" prezentowała się nieco blado.

No właśnie, jak tam fabuła? Z „The Last Stand” ma tyle wspólnego, że główną protagonistką jest Jean Grey, w której Profesor X „zakopał” mroczną osobowość zdolną zniszczyć cały świat. Gdy złe alter ego Jean wychodzi na wierzch, X-Meni muszą się zjednoczyć, by ją powstrzymać. Ciekawostką jest debiut w tym uniwersum wątku kosmitów reprezentowanych przez diabolicznie blondwłosą Jessicę Chastain. Mam co do tego mieszane uczucia. Siłą uniwersum „X-Menów” była potęga alegorii. Dyskryminacja, nietolerancja czy poczucie wyobcowania mutantów stanowiły zawsze doskonałe odniesienie do problemów współczesności, takich jak np. prześladowania społeczności LGBT. Dzięki temu, choć forma wskazywała na kino rozrywkowe, przygody X-Menów przekazywały coś więcej niż tylko popkulturową sieczkę. Dorzucenie do tego grajdołka kosmitów trochę zaburzyło proporcje. Historia z powodzeniem mogłaby zostać na Ziemi i być tak samo atrakcyjna. 

Mocną stroną „Dark Phoenix” są za to efekty wizualne – prawdopodobnie najlepsze w całej serii! Jeszcze chyba nigdy supermoce nie wyglądały tak kolorowo i atrakcyjnie. Finalna rozróba w pociągu to naprawdę niezłe osiągnięcie choreografii (choć wydaje się nieco zbyt płaska jak na koniec filmu; podczas seansu szczerze myślałem, że to wstęp do czegoś więcej). Ukłony kieruję w stronę postaci Nightcrawlera, który w końcu się zdenerwował, i to z jakim efektem! Szkoda tylko, że Kindberg postanowił zmarginalizować potencjał postaci Quicksilvera – zwłaszcza że akurat jego nie zobaczymy już w nowym wydaniu (przypomnijmy, że jego marvelowa kopia pojawiła się już w „Age of Ultron”). Naprawdę szkoda, bo to jedna z fajniejszych postaci! Ale jak to mówią – nie można mieć wszystkiego. 

„Dark Phoenix” to naprawdę fajny film, na dodatek ubogacony rewelacyjną ścieżką dźwiękową samego Hansa Zimmera. Czy warto oglądać? Tak. Ale polecam oglądać w chronologicznej kolejności wydarzeń, a nie wg kolejności produkcji – wtedy na sam koniec obejrzycie „Logana” i będziecie mieli poczucie prawdziwego katharsis.

Wniosek: Całkiem przyjemne, choć można było pokusić się o więcej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


lipca 23, 2019

"Godzilla: King of the Monsters" ("Godzilla II: Król Potworów")

"Godzilla: King of the Monsters" ("Godzilla II: Król Potworów")
O czym to jest: Godzilla walczy z wielkimi potworami.

godzilla 2 król potworów film

Recenzja filmu:

Czy sequel beznadziejnej produkcji ma prawa być dobrym filmem? Oczywiście że tak. Ale niestety zdarza się to bardzo rzadko. Przede wszystkim należy oczekiwać, że twórcy wyciągną właściwe wnioski z artystycznej porażki i znajdą dobry przepis na poprawę sytuacji. 

W przypadku uniwersum „MonsterVerse” jest to jednak bardziej skomplikowane. Pierwsza „Godzilla” rozczarowała mnie bardzo mocno. Jej następcą był świetny „Kong: Wyspa Czaszki”, ale zmiana czasu akcji spowodowała, że stał się de facto prequelem. Zatem tytuł pełnoprawnego sequela należy się „Królowi Potworów” - i tak też go ocenimy, porównując wyłącznie do pierwszej „Godzilli”. Pod tym względem wyszło całkiem nieźle, zgodnie z zasadą że niżej podłogi nie spadniesz. Ale mówiąc szczerze, liczyłem na nieco więcej. Doceniam jednak, że tym razem nikt nie próbował udawać, że jest to produkcja o czymkolwiek innym niż wielkich potworach naparzających się po mordach (przez co wyszedł z tego taki „Pacific Rim”, gdzie też chodziło wyłącznie o lutowanie potworów, tyle że za pomocą robotów). Gdyby jeszcze zarzucono nędzny wątek familijny (choć i tak mniej czerstwy niż w poprzedniej odsłonie), byłoby naprawdę fajnie! 

W pierwszej „Godzilli” pokazano wielką jaszczurkę i wielkie komary. Tym razem dołączył do nich trójgłowy smok, motyl i pterodaktyl (serio, nie wymyślam tego!). Zdeptanym miastem okazał się Boston (między innymi), czarnym charakterem kultowy Charles Dance, a zrozpaczonym ojcem wyjątkowo nieprzekonujący Kyle Chandler (niech ten aktor trzyma się dramatów obyczajowych, bardzo proszę!). Wyrazy uznania kieruję do twórców za delikatne żarty z samych siebie (Let them fight!), oraz za kilka fajnych pomysłów (podwodne ruiny rodem z „Aquamana”). Ale szczerze? „Król Potworów” zrobił mi z mózgu popcorn. Ilość efektów specjalnych, wybuchów zmieszanych z powiewami wiatru i zacinającym deszczem, samolotami z „Avatara” i podwodnymi bazami z japońskich anime to nieco za dużo jak na jeden film. A i wątek ekologiczny zdawał się być wciśnięty bardzo, bardzo na siłę. Liczyłem też na kreatywniejsze podejście do motywu Pustej Ziemi, coś w rodzaju tego co było w „Sanctuary”, a zamiast tego dostałem podwodne tunele jak na Naboo w „Mrocznym Widmie”. Podejrzewam, że gdyby w budżecie przewidziano mniej miejsca na efekty, a więcej na scenariusz, byłoby znacznie lepiej. 

„Król Potworów” to nie jest zły film, jest wręcz niezły jak na swoją kategorię wagową. Ale ogólnie dostaje ode mnie ocenę dostateczną, i to mimo świetnej muzyki Beara McCreary’ego oraz gościnnego występu gwiazdy „Stranger Things” Milly Bobbie Brown. Czasem nawet popcorn potrafi się przejeść.

Wniosek: Jest znośnie, o ile wyłączy się zwoje mózgowe.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii MonsterVerse! >>>


lipca 22, 2019

"Chernobyl" ("Czarnobyl")

"Chernobyl" ("Czarnobyl")
O czym to jest: Prawdziwa historia katastrofy w Czarnobylu.

czarnobyl miniserial HBO recenzja jared harris

Recenzja miniserialu:

Gdy tylko usłyszałem, że HBO zabiera się za ekranizację katastrofy czarnobylskiej, nie musiałem nawet oglądać trailera. Wiedziałem że jest to coś, co chcę i muszę zobaczyć. Po pierwsze dlatego, że produkcje telewizyjne od HBO prezentują prawdopodobnie najwyższy na świecie poziom jakości. A po drugie – tematyka! Czarnobylem i wszystkim co z nim związane interesuję się od lat. Nie pamiętam tego (gdy katastrofa się zdarzyła miałem pół roku), ale ponoć moi rodzice jako pracownicy naukowi mieli dostęp do jodu i dystrybuowali go po całej wsi, w której mieszkamy. Pamiętam też, że ojciec jeszcze przez kolejne lata sprawdzał te rzeczy, które były w ogrodzie w maju 1986 roku, za pomocą licznika Geigera… 

Pewnie dlatego, że mam sporo wiedzy o wszystkich wadach i zaletach energetyki jądrowej, jestem jej ogromnym zwolennikiem. Nie licząc energii geotermalnej, wiatrowej i słonecznej to aktualnie najczystsze i najbardziej efektywne źródło prądu, bez którego nie byłoby cywilizacji. Tylko czy bezpieczne? Przykład katastrofy w Fukushimie pokazuje, że niestety wszystkiego nie da się przewidzieć. Ale już taka historia jak w Czarnobylu zapewne by się nie wydarzyła, gdyby nie miała miejsca w nakręcanym spiralą kłamstw i niekompetencji Związku Radzieckim u kresu swej potęgi. 

Sami twórcy „Czarnobyla” mówili, że serial opowiada nie o energetyce jądrowej jako takiej, a o cenie kłamstw. Cenie którą niestety zapłaciły prawdopodobnie tysiące osób (liczby poszkodowanych nigdy nie uda się ustalić), a jej efekty widać do dzisiaj. Pod tym względem produkcja HBO robi piorunujące wrażenie! Dawno nie oglądałem tak szczerej, przerażająco prawdziwej historii, w której nie trzeba było nawet specjalnie naciągać faktów. Postacie, wydarzenia, okoliczności – wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Główny bohater „Czarnobyla”, profesor Legasow istniał naprawdę i faktycznie odegrał niebagatelną rolę w ratowaniu świata. Tu dodam, że Jared Harris wcielający się w jego rolę zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie, że jeśli nie dostanie za to Nagrody Emmy oficjalnie ogłoszę bojkot (zachwyconym jego kreacją polecam również serial „The Terror” w podobnym klimacie). Równie wybitny był Stellan Skarsgård jako minister Szczerbina, tępy partyjny aparatczyk który musiał dorosnąć do roli prawdziwego męża stanu. O wspaniałych postaciach drugoplanowych (Paul Ritter jako Diatłow!!!) mógłbym napisać osobny artykuł, więc to może kiedy indziej. Uwierzcie mi gdy mówię, że nie da się zagrać lepiej w miniserialu, niż zrobiła to ekipa „Czarnobyla”

Muszę też wspomnieć o scenografii, która przekroczyła pewną granicę. To nawet nie jest tak, że mieliśmy do czynienia z idealnym odwzorowaniem sowieckich realiów roku 1986. To już na nikim nie robi wrażenia. „Czarnobyl” zatarł granicę między scenografią a rzeczywistością. Spora w tym zasługa kręcenia scen w prawdziwych postsowieckich blokowiskach, ale to oczywiście nie wszystko. Gadżety, fryzury, makijaż… Stawiam tezę, że również nie da się tego zrobić lepiej niż w „Czarnobylu”

Ten miniserial pokazuje jasno co się dzieje z ludźmi, gdy opęta ich ideologia i zmusi do posłuszeństwa machiną strachu i donosicielstwa. Z powodzeniem czynią to niestety współczesne rządy populistów w Polsce i na całym świecie. Szczęście w nieszczęściu że nie mamy elektrowni jądrowej – wyobrażacie sobie „dobrą zmianę” z misiewiczami jako nowymi Diatłowami? Bo ja niestety tak… Może obejrzenie „Czarnobyla” otworzy choć kilka umysłów i da im do zrozumienia, że z pewnymi rzeczami po prostu nie wolno igrać. Inaczej czeka nas marny los.

Wniosek: Poruszające, wstrząsające i prawdziwe.


lipca 14, 2019

"John Wick: Chapter 3 - Parabellum" ("John Wick 3: Parabellum")

"John Wick: Chapter 3 - Parabellum" ("John Wick 3: Parabellum")
O czym to jest: John Wick ucieka przed kolegami zabójcami.

john wick 3 parabellum film recenzja keanu reeves halle berry

Recenzja filmu:

I znowu zaspałem z recenzjami, a tu się trochę nazbierało świetnych produkcji w ostatnim czasie! Zerknijmy zatem prędko na trzecią część niekończącej się serii "John Wick". Specjalnie mówię niekończącej, bowiem "Parabellum" rozpoczyna się dokładnie w tej samej minucie, w której przerwała poprzednia część, i podobnie jak ona kończy się cliffhangerem dającym obietnicę czwartej odsłony (którą zresztą potwierdzono). Jednym słowem: John Wick znów się wkurzył i jeszcze nie wystrzelił ostatniego naboju!

Może to mój sentyment do nieskrępowanego kina akcji lat 80. i 90. na którym się wychowałem, a może "John Wick" to po prostu kawał dobrej rozrywki - nie wiem. Tak czy siak nie mam innego wyjścia, jak przyznać "Parabellum" ocenę bardzo dobrą! Widać że zarówno twórcy jak i obsada fantastycznie się bawią, po raz kolejny prezentując przygody ponurego Keanu Reevesa, marzącego tylko o tym, by wszyscy dali mu spokój. Ale nic z tego - podziemny świat nowojorskich (i nie tylko) skrytobójców nie powiedział jeszcze ostatniego słowa! I całe szczęście, bo prócz epickiego hotelu Continental poznaliśmy dzięki temu kolejne elementy uniwersum: cygańsko-cerkiewną szkołę dla sierot, egzotyczne zaułki Marakeszu czy też zwiastun Wysokiej Rady, z którą prędzej czy później Wick będzie się musiał rozprawić. No i miło, że tym razem Keanu Reeves nie był sam, tylko w duecie z Halle Berry i jej dwoma psami-zabójcami! Takie zespoły to ja lubię!

Sama akcja i choreografia to raj dla miłośników męskiego kina. John Wick zabija ludzi bronią palną, białą, a nawet koniem oraz książką (tak, książką!). Ninja, samuraje, wielkoludy, komandosi - nikt nie może się czuć bezpieczny, gdy Keanu się za nich weźmie. Całą serię ogląda się jak jeden wielki film i szczerze powiem, że chciałbym jeszcze więcej. Jeśli tylko utrzymają poziom, mogą z tego zrobić kolejne "Mission: Impossible". Więcej, szybciej, ostrzej! Aż na zakurzonym polu bitwy pozostanie tylko John Wick i jego pies.

Wniosek: W klimacie, z pomysłem i rozmachem. Świetna rozrywka!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "John Wick"! >>>


maja 29, 2019

"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")

"Avengers: Endgame" ("Avengers: Koniec Gry")
O czym to jest: Herosi Ziemi stają do ostatniej walki, by ocalić wszechświat.

avengers koniec gry marvel film downey hemsworth evans

Recenzja filmu:

Dopiero się zorientowałem, że ostatni wpis na Jest Kultowo popełniłem ponad miesiąc temu! Na szczęście to, że nie mam czasu pisać o filmach i serialach, nie oznaczam że ich nie oglądam – choć i z tym coraz ciężej. Od czasu do czasu daję też radę wyskoczyć do kina, choćby z okazji zakończenia pierwszego sezonu najdroższego serialu świata – „Marvel Cinematic Universe”

Określenia „serial” użyłem oczywiście z przekąsem, bo jak wiadomo filmy MCU to gigantyczne superprodukcje z budżetami rzędu setek milionów dolarów i zyskami w formie miliardów. W przypadku „Endgame” na dzień pisania tej recenzji brakuje zaledwie 100 milionów dolarów, by przebić „Avatara” na pozycji najbardziej kasowego filmu wszechczasów (co jak podejrzewam nastąpi lada dzień). Tu warto też wspomnieć, że spośród 10 najlepiej zarabiających hitów Hollywood, aż 5 pozycji to filmy z MCU. Robi wrażenie, prawda? I słusznie! Pomyślcie sami: dwadzieścia dwa filmy i końca nie widać! Twórcom i aktorom udało się nakręcić trwającą ponad dziesięć lat, wyjątkową sagę, która pokazała kino superbohaterskie jak nikt wcześniej. Teraz już nikt nie będzie się naśmiewał z komiksów jako „gorszej” formy prezentowania opowieści – nie w obliczu takiej popularności i takich dochodów. Reżyserzy „Endgame” (zasłużeni dla tego uniwersum bracia Russo) również wiedzieli, że tworzą coś wyjątkowego. Dlatego ten film nie tylko jest wartością samą w sobie, ale stanowi wspaniałe podsumowanie wszystkich poprzednich części, wliczając w to powrót do niektórych scen, wydarzeń czy dawno nie widzianych postaci! Więcej nie chcę zdradzać, bo zapewne nie wszyscy jeszcze oglądali, ale podpowiem że znajomość wszystkich poprzednich filmów jest mocno wskazana. 

Powyższe nawiązania, choć bardzo cenne z punktu widzenia zaangażowanego widza, są również największą wadą „Endgame” (o ile nie jedyną, bo naprawdę nie ma ich wiele). Nie wyobrażam sobie widza, który swoją przygodę z uniwersum zaczyna właśnie od tej produkcji i potrafi połapać się, o co w tym wszystkim chodzi. Najlepszy przykład to Kapitan Marvel, która zjawia się w tym filmie znienacka i wchodzi do domku Avengersów jak do siebie (i nikt nie zadaje żadnych pytań). Z drugiej strony – czy to możliwe, by wśród widzów znalazł się ktoś, kto nie widział żadnej z poprzednich 21 części? „Endgame” jest w końcu bezpośrednią kontynuacją „Infinity War”, trochę tak jak „Matrix Revolutions” w porównaniu do „Matrix Reloaded” (choć akurat w MCU zaliczyliśmy mały przerywnik w formie drugiego „Ant-Mana”). Daje to oczywiście poczucie spójności, ale też i wrażenie odgrzewanego kotleta. Ale zakładam, że na świeże pomysły i nowe rozdanie przyjdzie jeszcze czas – jak pamiętamy Marvelowi udało się nas wielokrotnie zaskoczyć w przeszłości. A zatem trzymam kciuki i czekam na więcej! 

Teraz parę słów o samym filmie. „Endgame” zdecydowanie daje poczucie spełnienia i katharsis. Wszystkie wątki zostały zamknięte, postacie godnie pożegnane (lub wręcz przeciwnie, przywitane w nowej formie i roli), a wszystko to w otoczce wysokiej jakości efektów specjalnych, niezłego aktorstwa i dobrego scenariusza. Palmę pierwszeństwa oddaję oczywiście oryginalnemu składowi Avengersów, ze wskazaniem na Roberta Downey Jr. jako Iron Mana oraz Chrisa Hemswortha jako Thora (ten sympatyczny Australijczyk od dawna imponuje mi dystansem do swojej postaci i wykonywanego zawodu aktora – brawo!). Choć i Chris Evans jako Kapitan Ameryka miał swoje momenty wielkiej chwały, zwłaszcza w finalnej bitwie. A no właśnie, bitwa! Starcia z taką ilością herosów widzieliśmy do tej pory tylko kilka razy w kinie (np. w „Bitwie Pięciu Armii”). Na ich tle druga bitwa o Nowy Jork wygląda naprawdę imponująco. Twórcom udało się nie pogubić w gąszczu bohaterów, z których każdy zyskuje – choćby drobny, ale zawsze – indywidualny moment chwały. Ja osobiście największą frajdę miałem z żeńskiego teamu superbohaterek, które ruszyły by ratować świat. Dziewuchy górą! 

W fabule nie zabrakło wzruszeń i lirycznych momentów, które może i przekazują proste prawdy o sile miłości, przyjaźni i honoru – ale z drugiej strony czy to takie złe? To że prawda nie jest skomplikowana, nie oznacza że jest mniej trafna! I co z tego, że w „Endgame” zdarzają się liczne błędy logiczne, szczęśliwe zbiegi okoliczności i schematyczne rozwiązania. Przy takim opakowaniu, i z taką nadbudową jak pisałem w powyższych akapitach, widz jest w stanie wybaczyć wszystko. Z tego miejsca dziękuję wytwórni Disney’a za wspaniałą, kolorową, perfekcyjnie rozrywkową Sagę o Kamieniach Nieskończoności. Liczę teraz jeszcze na jakieś piękne zbiorcze wydanie na Blu-ray i lecimy dalej!

Wniosek: Najlepsze zakończenie fantastycznej superbohaterskiej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


kwietnia 21, 2019

"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")

"Narcos: Mexico" ("Narcos: Meksyk")
O czym to jest: Historia narodzin karteli narkotykowych w Meksyku.

narcos meksyk serial netflix diego luna kiki camarena

Recenzja serialu:

Naszło mnie ostatnio na oglądanie Diego Luny, więc prędko nadrobiłem jedną z większych zaległości w jego filmografii, czyli pierwszy sezon spin-offu kultowego "Narcos" - a konkretnie "Narcos: Mexico". Jak pewnie pamiętacie, oryginalne "Narcos" przedstawiało historię wzlotu i upadku Pablo Escobara oraz całego kolumbijskiego przemysłu narkotykowego. Jednak aktualnie to nie Kolumbia stanowi największy problem w zakresie narkotyków, a Meksyk, gdzie trwa regularna wojna domowa między kartelami, słabym rządem a siłami USA (zainteresowanych tą tematyką zapraszam do obejrzenia powalającego "Sicario"). Serial "Narcos: Mexico" opowiada, jak to się zaczęło.

Zarzewiem wszystkiego była - jak to często bywa - ambicja jednego człowieka. A właściwie dwóch. Pierwszym był Félix Gallardo, pomniejszy gangster uprawiający marihuanę, który postanowił swój szklarniowy biznes rozbudować do rozmiarów międzynarodowej korporacji. Drugim zaś był Kiki Camarena, równie ambitny agent DEA, który wziął na cel Gallardo i jego imperium. Podobnie jak w przypadku pierwszego "Narcos", tu również cała historia została dość wiernie oparta na faktach (co podkreślają dokumentalne wstawki i narrator mówiący z offu). "Narcos: Mexico" jest przez to przerażająco prawdziwe, naturalistyczne, krwawe i głęboko przejmujące. Niemniej fantastycznie rozkłada na czynniki genezę wielkich karteli, które by nie powstały bez aktywnego udziału Stanów Zjednoczonych (niezły paradoks, nie?). Najbardziej smutnym jest jednak fakt, że meksykańskie kartele, choć powstały na początku lat 80., są silne i aktywne po dziś dzień. I nic nie wskazuje na to, by prędko się to zmieniło.

W roli Gallardo wystąpił Diego Luna, który urodził się by grać zestresowanych facetów (tak samo zrobił w "Rogue One"). Swoją rolą nie przebił wprawdzie Wagnera Moury jako Pablo Escobara, ale i tak przeprowadził widza pełną drogą od początkowej sympatii, po odrzucającą antypatię odnośnie granej postaci. Niezły wyczyn! Do roli Camareny zatrudniono Michaela Peñę, co wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Nic nie poradzę, że choć lubię Peñę, nie jestem w stanie traktować jego postaci na poważnie. Może to wina "Ant-Mana", a może Peña po prostu urodził się do grania w komediach, a nie dramatach. I choć robił co mógł (i ogólnie zagrał bardzo dobrze), to jednak wolałbym kogo innego w tej roli. Ale to naprawdę bardzo drobny zarzut, bo w całościowym podsumowaniu "Narcos: Mexico" prezentuje się bardzo, bardzo dobrze. Czekam na drugi sezon! No i na historię słynnego narkobarona El Chapo...

Wniosek: Nie tak kultowe jak oryginalny serial, ale i tak bardzo dobre!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Narcos"! >>>


kwietnia 20, 2019

"Shazam!"

"Shazam!"
O czym to jest: Nastolatek zyskuje supermoce.

shazam film recenzja zachary levi

Recenzja filmu:

W czasach, gdy Disney za pomocą nadchodzących "Avengers: Endgame" czy też "Star Wars: The Rise of Skywalker" dominuje wyobraźnię fanów popkultury na całym świecie, jest jedna seria filmowa która robi wszystko by dorównać gigantowi - a jest nią "DC Extended Universe". Fakt, mieli w swoim wykonaniu kilka poważnych wtop ("Batman v Superman" chociażby). Ale ostatnio, co stwierdzam z nieskrywanym zadowoleniem, poziom idzie ciągle w górę! "Shazam!" jest dowodem na to, że producenci w Warner Bros w końcu wyjęli kij z nie powiem skąd i zrozumieli, że kino superbohaterskie ma dostarczać jednego - rozrywki!

A tej w "Shazam!" nie brakuje. Oglądaliście kiedyś kultowy film "Duży" z Tomem Hanksem w roli dzieciaka przemienionego w dorosłego faceta? Dokładnie o tym jest też "Shazam!" (w filmie jest zresztą jawne nawiązanie do wspomnianego klasyka). W wielkim skrócie historia opowiada o nastolatku, który na skutek czarów otrzymuje dorosłe ciało i cały szereg supermocy klasy Supermana - jest niezniszczalny, lata, posiada supersiłę, superszybkość etc. Co zrobi z tymi talentami zwykły dzieciak z bagażem problemów osobistych? I to jeszcze w erze smartfonów i YouTube? Oczywiście fabuła "Shazam!" podąża utartymi ścieżkami klasycznej drogi bohatera, który wpierw wątpi, a następnie akceptuje swoją rolę w świecie. Niemniej twórcy zrobili to tak sprawnie, że mimo przewidywalnej fabuły widz czeka z niecierpliwością co będzie dalej! A finalny rodzinny zwrot akcji jest wręcz wyborny!

Prócz bystrego scenariusza i sprawnej reżyserii, niewątpliwą - i to chyba największą - zaletą "Shazam!" jest gra aktorska. W tytułowej roli wystąpili Asher Angel i Zachary Levi (tego drugiego możecie kojarzyć z "Thora", choć zaręczam że jest nie do poznania). Obydwaj poradzili sobie wybornie, natychmiast zyskując sympatię widza. Jeszcze film się nie skończył, a ja już chciałem sequel! Równie świetny jest Jack Dylan Grazer jako przyrodni brat głównego bohatera - jeśli miałbym komuś z młodej obsady przewidywać niezłą karierę, to stawiam właśnie na niego. Zresztą nie ma w tym filmie osoby, która źle zagrała - to po raz kolejny mówi mi, że brak Oscara dla ludzi odpowiadających za casting jest ogromnym niedopatrzeniem Hollywood! Twórcy "Shazam!" pamiętali, że kluczem do dobrej franczyzy jest wzięcie utalentowanej grupki aktorów na tyle młodych, że pociągną serię przez najbliższe dziesięć lat. Czego zarówno sobie, jak i wszystkim twórcom "Shazam!" serdecznie życzę! Chcę więcej!

Wniosek: Rozrywka w czystym wydaniu. Świetna zabawa!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


kwietnia 09, 2019

"Asterix: The Secret of the Magic Potion" ("Asteriks i Obeliks: Tajemnica Magicznego Wywaru")

"Asterix: The Secret of the Magic Potion" ("Asteriks i Obeliks: Tajemnica Magicznego Wywaru")
O czym to jest: Asteriks i Obeliks muszą znaleźć następcę druida Panoramiksa.

asteriks obeliks tajemnica magicznego wywaru film animowany

Recenzja filmu:

Już dość dawno byłem w kinie na nowym „Asteriksie”, ale jakoś nie miałem okazji by go opisać. Czas to nadrobić! Wszelkie przygody dzielnego galijskiego wojownika to zawsze dla mnie punkt obowiązkowy w kinowym repertuarze. Zaznaczam – animowane, bo fabularne wołają o pomstę do nieba… Tym razem nadarzyła się wyjątkowa okazja, bowiem „Tajemnica Magicznego Wywaru” to pierwsza od czasów „Dwunastu Prac” oryginalna historia bez komiksowego pierwowzoru! 

Tu zaznaczę, że kronikarski obowiązek nakazuje bym wspomniał, że pewne motywy zostały jednak zaczerpnięte z kart komiksów – ot choćby Puszcza Karnutyjska z „Asteriksa i Gotów”, postać Kolaboriksa z „Walki Wodzów”, albo druid Sulfuriks jako żywo przypominający antagonistę z „Wróżbity” (oraz filmowej „Wielkiej Bitwy”). Niemniej reszta historii wniosła nowy wątek – oto bowiem druid Panoramiks, zaniepokojony wizją nadchodzącej starości, postanawia znaleźć następcę. Rusza więc w objazd po Galii w swoistym talent show, który ma wyłonić młodego zdolnego druida, gotowego na poznanie sekretu magicznego wywaru. Jak można się domyśleć, nie będzie to proste! 

Z zadowoleniem stwierdzam, że cała historia ma sens i autentycznie mnie zainteresowała. W niczym nie ustępuje jakości komiksom, zwłaszcza tym najnowszym! Animacja kontynuuje styl 3D zapoczątkowany w „Osiedlu Bogów” i ponownie wydaje się być idealna dla tej historii. Moje serce podbiły zwłaszcza dziki! Nie brakuje też dobrych gagów, w tym niektórych naprawdę ostrych (druid Jezus pozamiatał!). No i ekipa druidów w Puszczy Karnutyjskiej niebezpiecznie przypominała mi radę wydziału na dowolnym europejskim uniwersytecie. Pewnie nie bez przyczyny… 

„Tajemnica Magicznego Wywaru” to dobra, a może nawet bardzo dobra animacja. Do polecenia widzom w każdym wieku! Życzę sobie więcej takich „Asteriksów”!

Wniosek: Naprawdę fajne, z jajem i pomysłem!


marca 31, 2019

"The Rookie" ("Rekrut")

"The Rookie" ("Rekrut")
O czym to jest: Zwykły facet w ramach kryzysu wieku średniego zostaje policjantem.

rekrut serial nathan fillion

Recenzja serialu:

Nathana Filliona nie da się nie lubić. Chyba każdy, kto widział choć jedną produkcję z jego udziałem (np. "Firefly" czy "Castle"), dał się ponieść ekranowemu urokowi osobistemu tego sympatycznego Kanadyjczyka. Dlatego z dużym zainteresowaniem sięgnąłem po kolejny serial, zbudowany wyłącznie na charyzmie i osobowości Filliona - "The Rookie". I gdybym był młodszy, na pewno zassałbym go jak gąbka!

Problem w tym, że mam już trochę lat na karku i trzeba czegoś więcej niż sympatycznego protagonisty, by zatrzymać mnie przed ekranem. "The Rookie" to opowieść o byłym budowlańcu, który doświadczony rozwodem przeżywa kryzys wieku średniego. W jego ramach postanawia zostać policjantem i odziany w piękny granatowy mundur trafia do oddziałów prewencji w Los Angeles, gdzie próbuje dorównać dwudziestoletnim dzieciakom. Ten wątek jest dosyć ciekawy, bo porusza problem wykluczenia wiekowego. Mimo że czterdziestoletni ludzie mogą być przecież tak samo sprawni jak nastolatkowie, sam fakt że mają dwukrotnie więcej lat sprawia, że bywają wykluczani z pewnych zawodów czy grup społecznych. I gdyby to na tym wątku skupił się "The Rookie", byłby dość interesującą pozycją.

Niestety "The Rookie" to przede wszystkim serial o policjantach. I to najbardziej klasyczny i schematyczny z możliwych. Podobnych produkcji powstały już dziesiątki i na ich tle "The Rookie" specjalnie się nie wyróżnia. Mamy więc szczyptę akcji, szczyptę pościgów i strzelanin, a przede wszystkim emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Łzy, miłosne rozterki, rozstania i powroty i całą tą otoczkę rodem z opery mydlanej, której osobiście nie cierpię. Z tego też powodu dość wcześnie pożegnałem się z oglądaniem "Castle". Niestety przy całej sympatii do Nathana Filliona, z tego samego powodu odpuszczę sobie oglądanie "The Rookie". Trochę szkoda mi czasu.

Wniosek: Proste, schematyczne, w ogóle nie zaskakuje.


marca 30, 2019

"Triple Frontier" ("Potrójna Granica")

"Triple Frontier" ("Potrójna Granica")
O czym to jest: Grupa weteranów dokonuje rajdu na majątek narkotykowego bossa.

potrójna granica film netflix ben affleck oscar isaac charlie hunnam pedro pascal

Recenzja filmu:

Czy wyborowa obsada to gwarant 100% sukcesu? Nie. Oczywiście fantastyczni aktorzy zawsze podnoszą jakość filmu w górę (czasem nawet bardzo), ale nawet takie wsparcie ma swoje granice. Gdy zawodzą inne elementy, czasem widz może mieć wrażenie zmarnowanego potencjału. Ale - żeby być uczciwym - widz też może być sam sobie winny, za dużo oczekując po trailerze bądź tematyce filmu.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że "Triple Frontier", jeden z najnowszych hitów Netflixa, nie okazał się być tak rewelacyjny jak miałem nadzieję. Rzecz jasna to nie jest zły film, jest całkiem niezły - tyle że spodziewałem się czegoś innego. Miałem nadzieję na dobrą, odmóżdżającą strzelankę w realiach Ameryki Południowej, na dodatek połączonej z gatunkiem "heist movie" (czyli filmów o rabunkach, takich jak np. "Gorączka"). Scenarzyści za protagonistów wybrali sobie grupę ex-komandosów, a za antagonistów kartel pewnego narkotykowego bossa, którego wspomniani komandosi chcieli skroić na kasę. Po dorzuceniu fantastycznej obsady (Oscar Isaac, Pedro Pascal, Charlie Hunnam i Ben Affleck!) miałem nadzieję na naprawdę dobre, męskie kino akcji. Takich "Niezniszczalnych", ale bardziej na poważnie.

Niestety w "Triple Frontier" akcji mamy stosunkowo mało. Za mało! W zamian twórcy wpletli wątki zespołu stresu pourazowego i to na bogato. Nasi dzielni komandosi to zniszczeni życiem ludzie, balansujący na granicy upadku społecznego. Każdy z nich był kiedyś herosem Wuja Sama, a teraz nie może się odnaleźć w cywilnym życiu. Skok na narkotykową fortunę jest nich prawdopodobnie jedyną szansą na polepszenie standardu życia. Czy to ważny i głęboki wątek? Na pewno. Szkoda tylko, że współcześnie dość wtórny - filmów o urazach postwojennych mieliśmy już na pęczki (wspomnijmy choćby "American Sniper" czy "The Hurt Locker"). I chętnie obejrzę ich więcej, tyle że nie w realiach napadu na narkotykowego bandziora w środku dżungli! To po prostu nie jest dobre miejsce na takie poważne rozważania.

Tyle moich narzekań. A teraz zalety, bo trochę ich na szczęście jest. Wspomniana obsada spisała się rewelacyjnie, choć bałem się nieco obecności Pedro Pascala, a to ze względu na serial "Narcos" (na szczęście zagrał tu zupełnie inaczej). Jak zwykle irytował mnie też Ben Affleck, wyglądający na wiecznie skacowanego - na szczęście jego zbolała mina bardzo pasowała do zagranej postaci. Oddaję też hołd zdjęciom, bo operator kamery wykonał kawał solidnej roboty. Ujęcia w Andach to prawdziwy majstersztyk! No i ze scenariuszem nie jest wcale najgorzej - choć zwroty akcji są proste i przewidywalne jak drut, to dialogi trzymają poziom, a i nieliczne sceny akcji wyglądają solidnie. Podwyższam zatem finalną ocenę do czterech chomików, a więc "dobrego filmu". Do obejrzenia na raz, a potem można zapomnieć.

Wniosek: Obsada rewelacyjna, film nieco mniej.


marca 24, 2019

"Brexit: The Uncivil War" ("Brexit")

"Brexit: The Uncivil War" ("Brexit")
O czym to jest: Prawdziwa historia o tym, jak wyglądało referendum brexitowe w Wielkiej Brytanii.

brexit film HBO benedict cumberbatch

Recenzja filmu:

Na Jest Kultowo staram się unikać polityki. A uwierzcie mi, że jest to trudne, skoro z wykształcenia jestem politologiem! Jednak czasem okazja nasuwa się sama i po prostu nie mogę jej zignorować. Co to jest Brexit, chyba niemal wszyscy wiedzą, a pozostałym wyjaśniam - to potoczna nazwa procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zapoczątkowana referendum w 2016 roku. Film "Brexit" opisuje cały przebieg wspomnianego referendum, od jego ogłoszenia aż do dnia głosowania, krok po kroku wyjaśniając, jak wbrew establishmentowi i zdrowemu rozsądkowi Brytyjczycy zdecydowali, że wychodzą z Unii.

Tu warto zaznaczyć, że "Brexit" to jeden z nielicznych przykładów filmów nakręconych niemal w czasie rzeczywistym. Referendum odbyło się w 2016 roku, a już w 2019 mamy gotowy film? Ktoś mógłby powiedzieć, że to za szybko, ale ja tak nie uważam. Współcześnie obieg informacji jest o wiele szybszy niż kiedyś, ponadto to teraz Brexit jest na pierwszych stronach gazet. A za dziesięć lat? Gwarantuję, że nikt nie będzie o nim pamiętał! Swoją drogą warto zaznaczyć, że filmowy "Brexit" to nie tylko historia referendum. To także, a może przede wszystkim, doskonale celna i wnikliwa analiza całego szeregu zjawisk społecznych, które doprowadziły w całej zachodniej hemisferze do regresu demokracji i powrotu oszalałego populizmu o nacjonalistycznym zabarwieniu (starczy wspomnieć aktualne rządy Kaczyńskiego w Polsce, Orbana na Węgrzech czy Trumpa w USA). Jak słusznie zauważa jeden z bohaterów - kampania wyborcza tych sił i środowisk zaczęła się jakieś dwie dekady temu, a ich sukcesy wynikają z wielu lat zaniedbań i ignorowania potrzeb sporej części populacji. Nic dziwnego, że końcu znalazł się ktoś, kto przywrócił im głos, nieprawdaż?

Dzięki "Brexitowi" dowiadujemy się, że w cyfrowym świecie wolny wybór jest mitem. Jeśli tylko używacie internetu i mediów społecznościowych, rządzą wami algorytmy. To one decydują jakie treści widzicie, podpowiadają wam możliwe rozwiązania i starają się dopasować do oczekiwań i upodobań. Pół biedy, jeśli dzieje się tak w interesie korporacji chcących sprzedać wam jakiś produkt. A co jeśli władza nad algorytmami trafi w ręce polityków? Czy to już manipulacja? A może zwykła kampania wyborcza, tyle że o wiele szybsza i skuteczniejsza? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam widzom, sam jednak przyznam, że nieco mnie przeraża taka wizja. I dlatego zachęcam, by zawsze ufać przede wszystkim własnemu rozsądkowi, a ponadto niczemu nie wierzyć wyłącznie na słowo.

Powyższe laury chyba wystarczą za rekomendację do obejrzenia "Brexitu". Jeśli jednak wciąż nie jesteście przekonani, to zwrócę uwagę, że główną rolę w filmie zagrał Benedict Cumbebatch, jeden z lepszych współczesnych brytyjskich aktorów, który po raz kolejny w karierze (po "Sherlocku" i "The Imitation Game") zagrał socjopatycznego geniusza. I zrobił to tak dobrze, że dosłownie zrzuca z krzesła! A jeśli nieco interesujecie się aktualnymi postaciami brytyjskich polityków, dostrzeżecie tu też sporo znanych twarzy (niektórych podobnych wręcz do złudzenia, jak w polskim "Uchu Prezesa"). Nic tylko siedzieć, oglądać i wyciągać wnioski!

Wniosek: Doskonałe studium polityczne współczesnego społeczeństwa Zachodu.


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger