Popularne posty

listopada 04, 2018

"The Rock" ("Twierdza")

"The Rock" ("Twierdza")
O czym to jest: Zbuntowani żołnierze przejmują Alcatraz i chcą zniszczyć San Francisco.

twierdza film recenzja connery cage harris

Recenzja filmu:

No to czas na coś kultowego! Coś mnie zainspirowało, żeby po latach powrócić do sensacyjnego hitu z nieodżałowanej ery Hollywood lat 90. "The Rock" to jeden z ostatnich powszechnie dostępnych filmów, w których przemoc, bluzgi i krwawe detale były normalnością - współcześnie gdy wypuszcza się taką produkcję, dorabia się do niej całą otoczkę czegoś "zakazanego"... Ale wtedy, w 1996 roku, nikt nawet nie mrugnął okiem, gdy Nicolas Cage i Sean Connery rozwalali zbuntowanych Marines dowodzonych przez Eda Harrisa. I o to chodzi!

To też jedna z ostatnich dających się oglądać produkcji autorstwa Michaela "Eksplozji" Baya - nakręcił ją zanim dał się kupić chińskim sponsorom od product placement i uzyskał zdecydowanie za łatwy dostęp do materiałów wybuchowych na planie. Oczywiście Bay to nie Almodóvar, więc nie znajdziecie w "The Rock" specjalnej głębi scenariusza. Oto fabuła: grupa zbuntowanych Marines kradnie rakiety z gazem bojowym VX (zamienionym z jakichś przyczyn w kolorowe zielone kuleczki). Następnie złodzieje okopują się w Alcatraz, biorąc zakładników spośród wizytujących turystów. Mając w szachu całe San Francisco żądają wielkich pieniędzy. I tu wkracza Nicolas Cage w swojej najlepszej roli z gatunku kina akcji - ciamajdowatego agenta FBI i specjalisty od broni chemicznej. Razem z eks-więźniem z Alcatraz (w tej roli Sean Connery, który de facto powtarza rolę Jamesa Bonda) oraz grupką komandosów SEALS (ale nie przywiązujcie się do nich za bardzo), zinfiltrują więzienie, ubiją wrażych terrorystów i uratują świat. Ups, czyżbym zaspoilerował? No cóż, to film z lat 90., tutaj coś takiego jak brak happy endu nie wchodziło w grę!

Zresztą nie o fabułę tu chodzi, ale o akcję, akcję i jeszcze raz akcję! Zanim nasi bohaterowie trafią do Alcatraz, zaliczą epicką ucieczkę ulicami San Francisco, demolując przy tym spory kwartał miasta, tramwaj oraz żółte Ferrarri ("Nie było moje"). A wszystko to w rytm doskonałej ścieżki dźwiękowej Hansa Zimmera, która przeszła do kanonu popkultury! Ale to nie koniec radości. Te nieskrępowane strzelaniny, ujęcia w slow motion, przekomiczne grymasy Nicolasa Cage'a i ociekające testosteronem, czerstwe dialogi! Ta frajda z co bardziej okrutnych sposobów ubijania terrorystów! No i powiewająca amerykańska flaga w tle, o mamo! Tak się robi doskonałe, popcornowe kino! Można je oglądać w kółko!

P.S. Dałbym ocenę sześciu chomików, ale zielone kuleczki z gazem bojowym są tak absurdalne, że jednak muszę odjąć jeden punkt. Choć są prześliczne, nie przeczę!

Wniosek: Fantastyczne kino akcji. W ogóle się nie starzeje!


listopada 02, 2018

"Broken Flowers"

"Broken Flowers"
O czym to jest: Podstarzały playboy wyrusza w podróż, by odnaleźć swojego syna.

broken flowers film recenzja jim jarmush bill murray sharon stone

Recenzja filmu:

Przy okazji premiery "Patersona" obiecałem sobie, że nadrobię filmografię Jima Jarmusha. Trochę mi zeszło, ale słowa dotrzymałem - zacząłem od bardzo chwalonego "Broken Flowers", dramatu obyczajowego z Billem Murrayem (jego druga najlepsza rola po "Lost in Translation"), który zdobył Złotą Palmę w Cannes. I nie mam wątpliwości, że była to zasłużona nagroda!

To film powolny, liryczny, pełen filozoficznych przemyśleń w głowie zarówno postaci, jak i widzów. Don Johnston (w tej roli Murray) to cyniczny, zblazowany, podstrzały playboy, który osiągnął w życiu wszystko co chciał. Pewnego dnia dostaje różowy anonimowy list od kochanki z dawnych lat, która informuje go, że ma syna. Przy pomocy jedynego przyjaciela (Jeffrey Wright, gwiazda "Westworld") nasz bohater wyruszy w sentymentalną podróż i odwiedzi swoje dziewczyny z dawnych lat, próbując zgadnąć która z nich napisała list i czy jego syn istnieje naprawdę.

Ale jak to w takich filmach bywa, to nie o odnalezienie syna tu chodzi, ale o podróż jako taką. Chcąc nie chcąc Bill Murray będzie się musiał zmierzyć z własną przeszłością. Jak zareagują na jego obecność dziewczyny (m.in. Sharon Stone i Tilda Swinton) z dawnych lat? Czy tak bardzo się zmieniły? A może to on się zmienił... lub wcale nie? "Broken Flowers" nie daje jasnej odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. Wszystko zależy od interpretacji widza, a reżyser umiejętnie podrzuca różne tropy niczym okruszki chleba. Wraz z ostatnią sceną pozostajemy w głębokiej zadumie i refleksją na temat życia jako takiego. I właśnie tego wymagam od bardzo dobrego kina. Polecam!

Wniosek: Bardzo intrygujące, liryczne, filozoficzne kino. Świetne!


października 29, 2018

"Aliens vs. Predator: Requiem" ("Obcy kontra Predator 2")

"Aliens vs. Predator: Requiem" ("Obcy kontra Predator 2")
O czym to jest: Obcy atakują amerykańskie miasteczko. Predator przybywa, by posprzątać.

AVP2 obcy kontra predator 2 film recenzja

Recenzja filmu:

No i rozprawiamy się z ostatnim filmem z udziałem Predatora, jakiego jeszcze nie omawiałem. Mowa o drugiej części podcyklu "Alien vs. Predator" zatytułowanej "Requiem". Stworzyli ją niejacy bracia Strause, debiutanci, którzy chcieli tym obrazem podbić Hollywood i udowodnić, że potrafią kręcić wysokobudżetowe widowiska. To, że nigdy nie słyszeliście o braciach Strause, daje wyobrażenie o tym, jak im poszło. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Pierwszy "Alien vs. Predator" był złym filmem. Kretynizm scenariusza, beznadziejna gra aktorska i cała masa błędów strukturalnych spowodowała, że do dziś fani uniwersum "Obcy/Predator" wspominają go z zażenowaniem. Bracia Strause na konferencji prasowej ogłaszającej początek zdjęć obiecali, że są wielkimi fanami serii i wiedzą dokładnie, co w pierwszym "AVP" poszło źle. Obiecali, że widzowie się na nich nie zawiodą. Swój film nakręcili jako bezpośredni sequel - dość powiedzieć, że zaczyna się od tej samej sceny, na której zakończono poprzedni. I tu mój pierwszy zarzut - wszystko wygląda w niej kompletnie inaczej pod względem scenografii! Czy nikt nie miał ze sobą choćby płyty DVD z pierwszą częścią, żeby odtworzyć plan zdjęciowy tak jak trzeba? Ale to nie koniec zmian, bowiem twórcy z pompą powrócili do kategorii wiekowej R, czyli z bluzgami, erotyką i krwawymi detalami. I choć był to dobry kierunek, to jak się okazało i w tym aspekcie można było przegiąć. Ta też się stało - "Requiem" zdecydowanie przedobrzyło w kwestii naturalizmu i okrucieństwa scen, czego podsumowaniem jest sekwencja w szpitalu na oddziale położniczym. Z tego powodu film niebezpiecznie zdryfował w stronę tanich, badziewnych horrorów, jakie czasami można obejrzeć w telewizji po godzinie 23.

Niesmaczny naturalizm to pierwszy z głównych grzechów "Requiem". Kolejnym jest totalne, całościowe spieprzenie zdjęć! Tak ciemnego filmu nie widziałem jeszcze w swoim życiu. Każda (ale to każda!) scena jest beznadziejnie oświetlona, przez co połowy akcji po prostu... nie widać. Nie wiem czy był to efekt zamierzony, czy po prostu operator kamery miał problem ze wzrokiem. Kręcić w ciemności też trzeba umieć - tu przywołam chociażby przykład "Blade Runnera", filmu kręconego w czerni i deszczu, ale mimo to bardzo wyraźnego. Tutaj zaś - całkowita kaszanka.

I na koniec listy zarzutów trzeci z grzechów, a więc... dialogi. I przy okazji gra aktorska, ale to może wina dialogów właśnie. Nikt z obsady nie był specjalnie wybitny (i nie zrobił zresztą wielkiej kariery w Hollywood), ale mogę sobie wyobrazić, że z lepszym scenariuszem aktorzy przynajmniej nie wyszliby na idiotów. Tutaj z kolei mówią sztucznie, bez polotu i jakby za karę. To żadna frajda oglądać bandę półgłówków, wśród których prym wiodą mrukowaty recydywista, ciamajdowaty szeryf i weteranka US Army wyzuta ze wszelkich emocji. Naprawdę można było poprowadzić to lepiej.

Tyle zarzutów, a czy są jakieś plusy? A i owszem. Sceny akcji pokazują, że "Requiem" miało ogromny potencjał na świetne widowisko! Śmiem nawet twierdzić, że ze wszystkich Predatorów ten tutaj jest najfajniejszy i najbardziej epicki - to żaden młokos, tylko stary doświadczony łowca, który przybywa na Ziemię żeby "posprzątać". Jestem zachwycony tym jak walczy i wygląda, czego koronnym dowodem jest epicka nawalanka w kanałach, gdzie bierze dwa Obce za fraki jak niesforne kociaki. Kult! Podobnie podoba mi się koncept Predaliena z intrygującą techniką rozrodczą, pomijającą twarzołapy. Fajny pomysł, tylko szkoda że w takim filmie...

Jest tu w ogóle dużo scen, z których dałoby się wycisnąć o wiele więcej. Bitwa z Gwardią Narodową, ostatni bastion w centrum miasta, czy w końcu finalna nawalanka z Predalienem - to wszystko wręcz błagało o kultową realizację. Ale tak to jest, gdy twórcy nie mają tego "czegoś" (co ma na przykład J.J. Abrams) i instynktownie nie wiedzą, czego widz chce i oczekuje. A potem się dziwią, że wyszedł gniot. Po prostu szkoda.

Wniosek: Potwornie zmarnowany potencjał na dobry film.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


października 23, 2018

"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")

"The Day After Tomorrow" ("Pojutrze")
O czym to jest: Nad północną półkulę nadciąga nowa epoka lodowcowa.

pojutrze film recenzja dennis quaid jake gyllenhaal

Recenzja filmu:

Tak patrzę sobie na to, co dzieje się z pogodą za oknem i myślę sobie, że tylko skrajny idiota lub ignorant może wątpić w trwającą zmianę klimatu. Jak i kiedy się ona zakończy to nie wiem (pewnie i tak nie będzie to za mojego życia), ale jednego jestem pewien - Ziemia na pewno nie będzie wyglądać tak samo. 

Katastroficzne widowisko "Pojutrze" przedstawia pewną interesującą wizję, w której globalne ocieplenie powoduje... epokę lodowcową. Brzmi absurdalnie? Otóż wcale nie - pomysł na film jest oparty na prawdziwej teorii naukowej (którą jednak niedawno obalono). Nie będę się teraz wdawał w geograficzne zawiłości, powiem tylko tyle: teoretycznie to jest możliwe. A zatem mamy już dobrą nadbudowę do fajnego, rozrywkowego kina. I powiem wam moi drodzy, że twórcy filmu stanęli na wysokości zadania. "Pojutrze" ma wszystko na swoim miejscu - akcję, tempo, świetnych aktorów i dobre efekty specjalne (scena lodowych huraganów wgniata w fotel!). Oczywiście po raz kolejny obrywa się Nowemu Jorkowi i Statui Wolności, ale uznajmy to za hołd dla klasyki gatunku. Na pierwszy rzut oka mogą też razić pewne uproszczenia i skrócenia wątków, tudzież na siłę dodane sceny akcji (ot chociażby sekwencja z wilkami). Ale kino popcornowe rządzi się swoimi prawami, więc nie ma co się obrażać!

Dennis Quaid to jeden z moich ulubionych aktorów i bardzo mi miło, że zagrał tu główną rolę (to dla mnie przywilej oglądać go na ekranie). Warto zauważyć, że jego syna gra młody Jake Gyllenhall - to jedna z tych ról która zaczęła go windować coraz wyżej w Hollywood. No i nie zapominajmy, że pojawi się też kultowy Ian Holm! Dla tych nazwisk chyba warto sięgnąć po "Pojutrze", nieprawdaż?

Polecam wracać do tej historii od czasu do czasu by zadumać się nad zmieniającą się planetą i tym, jaki mamy na nią wpływ. Dodam też prywatnie, że "Pojutrze" fantastycznie sprawdza się zwłaszcza w upalne dni. Chłodzi niemal natychmiast!

Wniosek: Rewelacyjne kino katastroficzne i na dodatek całkiem niegłupie.


października 21, 2018

"Miami Vice" ("Policjanci z Miami") [1984]

"Miami Vice" ("Policjanci z Miami") [1984]
O czym to jest: Przygody policjantów z wydziału obyczajowego w Miami.

policjanci z miami serial recenzja 1984 don johnson

Recenzja serialu:

Dziś pewnie wszyscy mają na głowie wizytę w lokalu wyborczym, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by po spełnionym obywatelskim obowiązku pozwolić sobie na odrobinę przyjemności przed ekranem! Niedzielne jesienne wieczory to najlepszy możliwy termin na sięgnięcie do klasyki. Takiej jak "Miami Vice"!

Mało jest seriali, które odcisnęły swój ślad w popkulturze w tak wielkim stopniu, że wyznaczyły trend ubioru! A na początku nic nie zapowiadało aż takiego sukcesu. "Miami Vice" miał być kolejnym serialem o policjantach i złodziejach, w którym dobrzy gliniarze łapali złych bandytów. Niby nic odkrywczego, ale jednak umieszczenie akcji w egzotycznym Miami oraz nadanie lżejszego tonu okazało się strzałem w dziesiątkę. Policjanci z Miami nie zajmowali się bowiem morderstwami i gwałtami (przynajmniej nie na początku), ale - jak przystało na gliniarzy z obyczajówki - łapali dilerów i przemytników narkotyków. Dzięki prawu pozwalającemu na rekwirowanie majątku przestępców do celów służbowych żyli również na poziomie - jeździli sportowymi samochodami, pływali szybkimi motorówkami i nosili garnitury Armaniego. Ten właśnie styl - bajecznie drogie marynarki zarzucone na t-shirty dopasowane do luźnych bawełnianych spodni, zainspirował projektantów ubrań i ostatecznie przeszedł do historii jako element mody lat 80. Cóż za impakt kulturowy!

"Miami Vice" to również początek wielkiej kariery Dona Johnsona, kontynuowanej później w serialu "Nash Bridges" (który stylistycznie wygląda niemal jak sequel "Miami Vice"). Johnson jako detektyw Crockett, mieszkający na żaglówce z oswojonym aligatorem Elvisem, to jedna z policyjnych ikon w dziejach telewizji. Mniej przypadł mi do gustu jego partner, a więc kochliwy detektyw Tubbs, niemniej przyznaję że obydwie postacie świetnie się uzupełniały. Muszę też wspomnieć o wspaniałym Edwardzie Jamesie Olmosie jako wiecznie ponurym (i ubranym na czarno) poruczniku Castillo - ten aktor na ekranie nigdy mi się nie znudzi!

Serial potrafi wciągnąć nawet doświadczonego współczesnego widza, choć ostrzegam - pełen jest dłużyzn, lirycznych wstawek i teledyskowego klimatu rodem z ówczesnej MTV (nic zresztą w tym dziwnego, bo wystąpiła w nim cała plejada gwiazd muzyki). Ponadto mniej więcej w okolicy drugiego sezonu, co stwierdzam ze smutkiem, producenci zarzucili lekki ton opowieści i zaserwowali znacznie poważniejsze, ponure przygody ze sporą ilością trupów w tle. Dobrą strzelanką oczywiście nigdy nie pogardzę, jednak obawiam się, że w ten sposób zgubiono część unikalnego klimatu "Miami Vice". Dlatego nie namawiam, by obejrzeć ten serial w całości. Ale zdecydowanie warto spróbować choć kilka pierwszych odcinków.

Wniosek: Klasyczne kino policyjne i wyznacznik pewnej epoki stylu.


października 18, 2018

"Alien vs. Predator" ("Obcy kontra Predator")

"Alien vs. Predator" ("Obcy kontra Predator")
O czym to jest: Predatory rytualnie walczą z Obcymi w piramidzie na Antarktydzie.

AVP obcy kontra predator film recenzja antarktyda

Recenzja filmu:

Gdy pierwszy "Alien vs. Predator" - w skrócie "AVP" - wchodził do kin (a był to rok 2004) byłem przekonany, że nie da się spieprzyć tego filmu. No bo jak? Dwa pierwsze "Predatory" były wybitne, podobnie jak wszystkie cztery ówczesne "Alieny" (przynajmniej w moim odczuciu). A tu nagle taki crossover, wyobraźcie sobie moją ekscytację! Współistnienie Obcych i Predatorów zostało wstępnie zarysowane w finale "Predatora 2", a rozszerzone za pomocą komiksów oraz przede wszystkim gier komputerowych. Brzmi jak idealny pomysł na film akcji? Niestety nie wtedy, gdy za robotę bierze się Paul W. S. Anderson.

Ten brytyjski reżyser wyspecjalizował się w Hollywood w kręceniu adaptacji gier komputerowych. Niestety na koncie ma tylko jeden artystyczny sukces - a jest nim "Mortal Kombat". Każdy inny z jego filmów, od "Resident Evil", przez "Trzech Muszkieterów" i na "Pompejach" kończąc, stanowi żenujący przykład złego filmu, który próbują ratować dobre efekty specjalne. Niestety to samo spotkało "AVP". To trochę tak, jakby kucharz-idiota wziął najlepszej jakości produkty spożywcze za kupę kasy, po czym wrzucił je wszystkie do blendera i podał w brudnej misce. Pyszności, prawda? Oceniając "AVP" dostrzegam wprawdzie to, co jest dobre w artystycznym rozumieniu tego słowa. Ale cała reszta... 

Na początek zauważę pewne plusy: wygląd i Obcych i Predatorów jest jak ta lala. Są groźni, bezwzględni i śmiertelnie niebezpieczni. Uwielbiam to, że każdy Predator wygląda inaczej i posiada inny arsenał broni. No i scenografia - zwłaszcza opuszczona baza wielorybnicza, a także piramida jako taka - naprawdę robi wrażenie. Co do aktorów, to miło było zobaczyć Ewena Bremnera, ale przede wszystkim czynię głęboki ukłon dla roli Lance'a Henriksena jako Charlesa Weylanda (choć jego obecność w tym filmie kłóci się nieco z "Obcym 3"). Jego na ekranie nigdy za wiele! I wiecie co? Na tym zakończymy plusy "AVP"...

No to teraz czas na minusy. Co za debil wpadł na pomysł, by akcję umieścić na Antarktydzie? Co to miało być, powtórka z "The Thing"? Przykro mi, ale Anderson mógłby Carpenterowi co najwyżej wozić ubranie do pralni! Wszyscy wiedzą, że Predatory lubią ciepłe klimaty. Więc na pewno wybrałyby sobie biegun południowy na miejsce rytualnej walki z Obcymi, no jasne... Zresztą o jakiej walce tu mowa, nie licząc jednej porządnej nawalanki w piwnicy, to dwóch z trzech Predatorów ginie jak ostatnie sieroty, wzbudzając jedynie zażenowanie widza. Zasłonę milczenia spuszczę też na finalną rozróbę z Królową, w której nasza główna bohaterka i jej przyjaciel Predator najpierw ćwiczą rękodzielnictwo (widzę tu potencjał na biznes na Etsy), potem jeżdżą na sankach, a w końcu trenują przeciąganie liny po lodzie. Co to miało być do ciężkiej cholery? A no właśnie, bohaterka... Fajnie że protagonistką znów była kobieta (zgodnie z duchem oryginalnych "Alienów"), ale Sanaa Lathan nie ma za grosz charyzmy potrzebnej do tej roli (gorsza była tylko Noomi Rapace w "Prometeuszu"). O pozostałych aktorach nie ma co mówić, bowiem zaliczyli maksimum po kilka minut na ekranie, zanim trafił ich szlag. Nawet się człowiek nie zdążył przyzwyczaić... W ogóle coś tu jest grubo nie tak z czasem akcji. Cały film rozgrywa się w godzinę czy tam kilka, zważywszy na fakt, że piramida niczym kostka rubika zmienia konfigurację pomieszczeń co dziesięć minut. Pytam się - po co? Czemu to miało służyć i co komu szkodziło rozciągnięcie fabuły do kilku dni? Już nie wspomnę o ekspresowym tempie wykluwania się Obcych, z doby zeszliśmy do kwadransa, to się nazywa postęp i traktowanie widza jak durnia z amnezją...

"AVP" to miszmasz lepszych lub gorszych koncepcji i zarzuconych wątków. Gdy tylko akcja zmierzała do punktu, w którym mogliśmy dostać solidną strzelankę lub epicką nawalankę, reżyser natychmiast kończył wątek i leciał dalej. To trochę tak jakbyśmy oglądali jeden wielki trailer. Ale co się sprawdzi w formie paru minut, nie zda rezultatu w półtoragodzinnym formacie. Przykro mi bardzo, ale "AVP" to po prostu kaszana. Ktoś powinien za to ponieść karę!

Wniosek: Głupi pomysł i marne wykonanie. Chała.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


października 14, 2018

"Venom"

"Venom"
O czym to jest: Dziennikarz łapie kosmicznego pasożyta.

venom film recenzja tom hardy

Recenzja filmu:

Zanim dotarłem do kina na "Venoma" nasłuchałem się sporo o tym, jak bardzo beznadziejna to produkcja. Porównywano ją poziomem do "Green Lantern" z Ryanem Reynoldsem, "Catwoman" z Halle Berry, czy chociażby ostatniej "Fantastycznej Czwórki". Pomyślałem sobie, że jeśli Tom Hardy - jeden z lepszych współczesnych aktorów - zagrał w takim badziewiu, to muszę to zobaczyć na własne oczy! No i poszedłem. Tylko po to, by przekonać się, że "Venom" to naprawdę fajny film!

Nie ściemniam - siedziałem w fotelu i czekałem na tą wielką katastrofę poziomu, która rzekomo miała nastąpić. Minuty mijały, a film trzymał się nieźle. I nie licząc tego, że tytułowy Venom de facto pojawił się gdzieś dopiero w połowie (podobnie jak Godzilla w "Godzilli"), to w zasadzie nie mam żadnych zarzutów! Owszem, jest schematyczny. Owszem, posiada sporo uproszczeń i zbyt korzystnych zbiegów okoliczności. Ale na litość boską, to popcornowy blockbuster o superbohaterach, a nie oscarowy dramat obyczajowy! Podejrzewam, że sporo recenzentów widząc nazwisko "Tom Hardy" spodziewała się co najmniej drugiej "Dunkierki", albo chociażby "The Dark Knight Rises". Ale przykro mi kochani, nie każdy reżyser jest (na szczęście) Christopherem Nolanem. "Venom" to solidna rozrywka dla przeciętnego odbiorcy popkultury - czyli taka, jak być powinna!

Tu warto podkreślić, że opłaciło się zatrudnić takiego aktora jak Tom Hardy. On nie tylko gra - on JEST tą postacią, w którą się wciela. Dziennikarz śledczy Eddie Brock, który trafia na wielki spisek z kosmitami w tle, jest w jego wykonaniu totalnie przekonujący. Popisy Hardy'ego to zdecydowanie najjaśniejszy punkt filmu i choćby dla niego warto poznać "Venoma"! Również Riz Ahmed w roli złowieszczego wcielenia Elona Muska (tyle że działającego w branży farmaceutycznej) również stanowi bardzo ciekawy czarny charakter. Nie jestem jednak przekonany co do castingu Michelle Williams w roli ukochanej Toma Hardy'ego, ale nie dlatego że kiepska z niej aktorka - wręcz przeciwnie, uważam że ta rola była zdecydowanie poniżej jej aspiracji i możliwości. Ale cóż, każdy musi spłacać kredyty, nieprawdaż?

Gdy pierwszy raz usłyszałem o solowym filmie o Venomie byłem mocno sceptyczny. Venom to arcywróg Spider-Mana i taki film bez Pajączka byłby jak film o Jokerze bez Batmana (który zresztą właśnie kręcą - ciekawe jak im pójdzie...). Ale - o dziwo - wyszło naprawdę dobrze! Venom nie jest oczywiście superbohaterem, tylko raczej antybohaterem, podobnie jak np. Deadpool. Ale koniec końców zabiera się za ratowanie świata, więc... w sumie wszystko się zgadza. A że jest przy okazji kosmicznym symbiontem, który lubi zjadać ludzi? Cóż, nikt nie jest idealny!

"Venoma" ogląda się z uśmiechem na buźce i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że chętnie obejrzę sequel. Niekoniecznie musi być z tego kolejne uniwersum, ale jeszcze dwa czy trzy filmy mogą być interesującym dodatkiem do filmowego dziedzictwa popkultury. Oby tak dalej!

Wniosek: Fajna rozrywka! Dobrze się ogląda.


października 12, 2018

"Kler"

"Kler"
O czym to jest: Grzeszny żywot trójki księży.

kler film recenzja smarzowski jakubik gajos braciak więckiewicz

Recenzja filmu:

Wojtek Smarzowski nie kręci filmów na próżno. Nie robi też ich dla pieniędzy (co jest o tyle przewrotne, że "Kler" pobił absolutny rekord frekwencji w historii kin w Polsce). Każde jego dzieło (a powstało ich do tej pory siedem) jest niczym film Quentina Tarantino - doskonale wyważony, wstrząsający i poruszający najczulsze struny w duszy widza. O ile jednak Tarantino stawia na rozrywkę i groteskę, to Smarzowski każe Polakom spojrzeć w najmroczniejsze zakamarki naszej narodowej duszy. I jak można się spodziewać, nie każdemu spodoba się, co tam znajdzie.

Śmiem twierdzić, że "Kler" to najlepszy film Smarzowskiego, porównywalny poziomem z "Drogówką", ale jednak lepszy, bo nie epatujący naturalizmem, wulgaryzmem i szokującymi obrazami. Większości brutalnych scen nie widzimy, bo nie ma takiej potrzeby - wyobraźnia podpowiada nam wszystkie szokujące szczegóły. A tych niestety nie brakuje, bowiem Smarzowski w "Klerze" zabrał się za temat grzechów polskiego (i światowego) Kościoła. Ktokolwiek uważnie śledzi rzeczywistość, ten wie, że jest z czego wybierać: chciwość, korupcja, pedofilia, zakłamanie, podwójna moralność, klientelizm, arogancja, grabież i okrucieństwo. I choć te paskudne cechy nie oddają pełnego obrazu Kościoła i księży - bo jest wśród nich wielu porządnych ludzi - to ich nagromadzenie jest chyba większe niż w jakiejkolwiek innej grupie społecznej (no, może z wyjątkiem polityków i śmietanki biznesu). Co jednak najgorsze, Kościół pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą i może robić, co mu się żywnie podoba. Za naszym - obywateli - cichym przyzwoleniem. Może więc czas na jakieś poważne zmiany?

Wyprzedzająca cenzura środowisk prawicowych okrzyknęła "Kler" filmem antykościelnym na długo przed premierą. I jak na prawicowców przystało, także tym razem pomylili się całkowicie. Smarzowskiemu udało się stworzyć dzieło kompletne, w którym - podobnie jak w "Wołyniu" - zebrał do kotła wszystko co złe i dobre, po czym zaprezentował w równych, wyważonych proporcjach. Co więcej, nie ograniczył się wyłącznie do czarno-białego obrazu "dobrych" i "złych" księży. Bohaterami filmu jest trzech duchownych. Pierwszy (Arkadiusz Jakubik) jest proboszczem z powołania, który angażuje się w życie patologicznej dzielnicy, walcząc jednocześnie z głębokimi traumami przeszłości. Drugi (Jacek Braciak) jest szemranym karierowiczem marzącym o Watykanie, który za pomocą korupcji i towarzyskich układów czyni tyle samo dobrego, co złego. No i trzeci (Robert Więckiewicz), który - wspomagając się wódką - klepie biedę na zabitej dechami wsi, jednocześnie mierząc się z siłą miłości do kobiety i wizją posiadania rodziny. Każdy z nich na swój sposób jest dobrym kapłanem, ale też i skrajnym grzesznikiem. Każdy ma też powody tego, co robi i przyczyny, dla których stał się takim człowiekiem. W zasadzie jedyną stricte negatywną postacią jest tu chciwy arcybiskup (znakomity Janusz Gajos), w którym nie pozostało już nic z człowieczeństwa. Bardzo w tym przypomina polski episkopat, zatem nic dziwnego, że taka postać się tu pojawiła. Tu warto zaznaczyć, że gdyby "Kler" kręcili Amerykanie, każdy z wymienionych aktorów miałby murowaną nominację do Oscara - są aż tak dobrzy!

Na szczęście Smarzowski nie ograniczył się tylko do przedstawienia postaci. W tle fabuły toczy się bowiem potężna pedofilska intryga, godna wysokiej klasy thrillerów. A na sam koniec widz pozostaje z pytaniem, kto tak naprawdę był w tej opowieści czarnym charakterem. Może nikt? A może wszyscy? Jedno jest pewne - po seansie film nikogo nie pozostawi obojętnym. A to jest nieodłączna cecha prawdziwie wybitnych dzieł kinematografii.

"Kler" to dogłębne studium ludzkiej psychiki ukazujące jasno, że każdy nosi w sobie tyle samo dobra, co zła. A to, czy zakłada do pracy koloratkę, nie ma żadnego znaczenia. 

Wniosek: Wstrząsający, wybitny i niezwykle potrzebny film.


września 29, 2018

"Predators"

"Predators"
O czym to jest: Grupa zabijaków walczy z kosmitami na innej planecie.

predators film recenzja adrien brody lawrence fishburne

Recenzja filmu:

I lecimy dalej z Predatorami. Czas na część trzecią, choć nie jest to typowa kontynuacja w rodzaju "Predatora 2". Tu warto nadmienić, że ta seria filmowa przypomina mi drzewo - pniem jest pierwszy "Predator", a cała reszta to gałęzie które od niego wychodzą. Tym razem gałąź w postaci "Predators" dzieje się w zadziwiającym miejscu, bo na innej planecie!

Pomysł na fabułę był dość prosty i przewrotny - zamiast jeździć na safari, Predatory zbudowały safari u siebie - a konkretnie na bezimiennym księżycu-dżungli, gdzie regularnie zrzucały ofiary z tuzina planet, by w spokoju na nie polować. Śpijcie jednak spokojnie - o ile nie jesteście zabójcami, żołnierzami czy najemnikami, nie macie się o co martwić. Predatory nie czerpią frajdy z porywania tych, co nie potrafią się bronić, zatem bohaterowie naszej opowieści znają się na zabijaniu i trafiają do dżungli uzbrojeni po zęby. Nie, żeby na wiele im to się zdało, ale liczy się gest, nieprawdaż? Najświeższym "zrzutem" z Ziemi dowodzi najemnik Royce - w tej roli oscarowy aktor Adrien Brody, którego nie spodziewalibyście się w kinie tego typu, zwłaszcza po tym jak zaczął święcić triumfy w ambitnych filmach klasy "Pianista" czy "O Północy w Paryżu". A jednak Brody uparł się, że wystąpi w tej roli i wiecie co? Wypadł rewelacyjnie! Na dodatek tak przypakował na siłowni, że natychmiast byłem w stanie uwierzyć, że twardy z niego gość.

Oczywiście Brody to nie wszystko, bo w końcu Predator musi po drodze ubić trochę pobocznych postaci. A jest z czego wybierać: m.in. izraelska pani snajper, rosyjski komandos, japoński mafiozo z Yakuzy, meksykański członek kartelu narkotykowego, afrykański rebeliant (w tej roli drugi oscarowy aktor w tym filmie, czyli Mahershala "Marshmallow" Ali) czy skazany na karę śmierci więzień... Zaczyna się więc klasyczna zgadywanka kto przeżyje do napisów końcowych. A nie jest to proste, bo to co poluje na naszych bohaterów, poluje też... na inne Predatory. Zatem obiecuję, że będzie się działo!

W "Predators" nie brakuje strzelanin, dobrego tempa, krwawych scen i ciekawych zwrotów akcji. Normalnie dałbym mu zapewne ocenę pięciu chomików, ale muszę odjąć jeden punkt za wyjątkowo kiepskie dialogi - jedyną wadę tej produkcji. Na szczęście takie kino ogląda się dla rozrywki, a nie głębokich przemyśleń filozoficznych, zatem nie martwi mnie to tak bardzo. Zwłaszcza, że film zawiera prawdopodobnie najlepszy pojedynek w historii tego uniwersum, gdy Japończyk z samurajskim mieczem staje naprzeciwko Predatora! To się nazywa epa pełną gębą!

Wniosek: Trochę schematyczne, ale całkiem niezłe kino akcji.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


września 28, 2018

"Krypton"

"Krypton"
O czym to jest: Przygody dziadka Supermana na planecie Krypton.

krypton superman DC serial recenzja

Recenzja serialu:

Dziś słówko - choć krótkie - o jednej z najnowszych produkcji prosto z komiksowego uniwersum DC. "Krypton", jak sama nazwa wskazuje, dzieje się na tytułowej planecie - ojczyźnie Supermana, pierwszego superbohatera w dziejach popkultury. Ale to nie o nim jest ta opowieść, ale o jego dziadku Seg-Elu, który musi udźwignąć dziedzictwo wielkiego (choć podupadłego) rodu i przy okazji ocalić świat. Brzmi dość prosto i schematycznie - a jak się to ogląda?

O dziwo - zadziwiająco dobrze. Wprawdzie fabularnie "Krypton" nie jest powiązany z filmami z "DC Extended Universe", ale to nie szkodzi. Twórcą serialu jest bowiem David S. Goyer, scenarzysta "Man of Steel", gdzie zobaczyliśmy sporo elementów starego Kryptona tuż przed zniszczeniem i wysłaniem małego Supermana na Ziemię. Dzięki wpływom Goyera jesteśmy w stanie uwierzyć, że serialowy Krypton sprzed dwóch pokoleń to ten sam, który zobaczyliśmy w filmie. Bardzo doceniam taką spójność, zwłaszcza że wizja ojczyzny Supermana jako skostniałego, antycznego społeczeństwa, zamurowanego w starych dogmatach i będącego niewolnikiem eugeniki, bardzo przypadła mi do gustu. Oczywiście budżet telewizyjny nijak się ma do Hollywood, więc nie zobaczymy chociażby wspaniałej "ziarnistej" technologii, która zachwyciła mnie w "Man of Steel". No ale jakby nie patrzeć akcja serialu dzieje się dwa pokolenia wstecz, więc co nieco mogło się zmienić.

Mam niestety poważne zastrzeżenia do gry aktorskiej. Cameron Cuffe w głównej roli niespecjalnie mnie do siebie przekonał. Również pozostali artyści to niestety aktorzy klasy B i C (za wyjątkiem Iana McElhinney'a rzecz jasna). Bardzo ostatnio cenię swój czas i to właśnie nieciekawa obsada jest powodem, dla którego odpuszczę sobie dalsze oglądanie "Kryptona". Niemniej oddaję hołd całkiem ciekawej, nieco szekspirowskiej fabule i pewnie dekadę temu z dużym zainteresowaniem śledziłbym tą produkcję. Polecam przekonać się samemu.

Wniosek: Ciekawe w formie i treści, dość dobrze się ogląda.


września 25, 2018

"Predator 2"

"Predator 2"
O czym to jest: Policjant poluje na kosmitę w Los Angeles.

predator 2 los angeles danny glover bill paxton recenzja filmu

Recenzja filmu:

Rozczarowawszy się nieco najnowszym odcinkiem serii, czyli "The Predator", postanowiłem powrócić do klasyki, a więc do pierwszego sequela - zapominanego i pomijanego "Predatora 2". Wielka szkoda, że mało kto pamięta o tym filmie, bowiem robiła go ta sama ekipa co pierwszą część, a to mogło oznaczać tylko jedno - wyszło tak samo kultowo!

"Predator 2" to jeden z nielicznych przykładów, w których sequel dorównał oryginałowi. Nie dość że udało się zachować klimat i tempo nieprzewidywalnego, krwawego kina akcji, to jeszcze dodano tak dużo nowych elementów, że dało się na nich zbudować całe uniwersum! Bądź co bądź właśnie tu po raz pierwszy zasugerowano, że seria "Alien" dzieje się w tym samym świecie co "Predator", nie mówiąc już o tym, że same Predatory rozmnożyły się od jednego łowcy do całej antycznej cywilizacji! No i nie zapominajmy o wspaniałym arsenale naszego kosmicznego drapieżnika, bez którego trudno sobie obecnie wyobrazić jakiekolwiek polowanie z jego udziałem (włócznia, siatka, dysk...). A wszystko to dzięki "Predatorowi 2"!

Przyznaję, że pomysł na scenariusz był tak karkołomny, że miał prawo się nie udać. Jak pamiętamy, pierwszy film miał miejsce w środowoamerykańskiej dżungli. Tutaj akcję przeniesiono... do Los Angeles. I to nie byle jakiego, bo ogarniętego wojną gangów, w którym twardy policjant (w tej roli kultowy Danny Glover) stara się zaprowadzić porządek. I choć Glover to nie napakowany Schwarzenneger, to zaręczam że jest równie wielkim kozakiem i tak samo nie boi się żadnego kosmicznego bandziora (i co ciekawe, nie ma nic wspólnego z fajtłapowatym, poczciwym policjantem z "Zabójczej Broni"). Obeznanych z popkulturą widzów na pewno ucieszy też fakt, że wspomaga go w tym młody Bill Paxton, który zagrał również w "Aliens" - swoją drogą zawsze się zastanawiałem, czy te postacie były jakoś spokrewnione...

"Predator 2" umiejętnie łączy kosmiczną nawalankę z dobrym kryminałem. Otwierająca film bitwa z kolumbijskim gangiem to jedna z najlepszych policyjnych strzelanin w historii kina! Nie brakuje również ponadczasowych kultowych scen - tu warto wspomnieć chociażby Danny'ego Glovera wybierającego broń z bagażnika, naparzankę w metrze, czy jamajskiego bossa narkotykowego w pojedynku z Predatorem. Choćby dla tych scen mogę do tego filmu wracać raz za razem. Nigdy mi się nie znudzi.

Wniosek: Równie kultowe jak pierwsza część. Jest moc!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger