Popularne posty

października 15, 2017

"Lightningface"

"Lightningface"
O czym to jest: Zwykły facet zostaje trafiony piorunem.

oscar isaac

Recenzja filmu:

Uwielbiam Oscara Isaaca. Uwielbiam go tak bardzo, że z wypiekami na twarzy poluję na wszystkie produkcje z jego udziałem, nawet jeśli są to teledyski (polecam w tej kwestii "Trentemøller: Gravity") lub filmy krótkometrażowe. Rok temu miałem okazję obejrzeć rewelacyjną produkcję "Ticky Tacky", a w tym roku - pochodzące od tego samego reżysera - "Lightningface", rzecz jasna ponownie z Oscarem w roli głównej.

To dwudziestominutowa opowieść o w miarę normalnym człowieku, którego trafia piorun. Jednak zamiast pojechać do szpitala lub wezwać pomoc, nasz bohater po wypadku zamyka się w domu, gdzie kontempluje na temat sensu życia i znaczenia tego, co go spotkało. Pomoże mu w tym oszpecona maskotka imieniem Rick, która poprowadzi go do odkrycia "duchowego zwierzęcia" - w tym wypadku goryla - i odnalezienia sensu istnienia. Brzmi psychodelicznie? Nic dziwnego, bo "Lightningface" to poryta do granic możliwości produkcja, której nie powstydziłby się David Lynch. To również filmowy monodram, bo nie licząc epizodycznego dostawcy pizzy, Isaac jest jedynym aktorem, który pokazuje tu twarz (no chyba że akurat udaje Shię LaBeoufa i nosi papierową torbę na głowie).

I tu dochodzimy do głównego powodu, dla którego warto się pochylić nad "Lightningface". Isaac jest aktorem niezwykle plastycznym, z ogromną gamą emocji i ekspresji, jaką jest w stanie z siebie wydobyć. Gdy trzeba gra bardzo oszczędnie ("Inside Llewyn Davis"), ale potrafi też wykrzesać prawdziwy ogień ("Ex Machina"). W tej krótkometrażówce z całą pewnością wytoczył ciężkie działa, ocierające się wręcz o naturalistyczny obraz złamanego człowieka, który powoli traci zmysły. Bardzo interesujące, zwłaszcza dla wytrawnego kinomana. A że trwa tylko 20 minut, to nie zdąży nikogo znudzić.

Wniosek: Ostro psychodeliczne. Ciekawe w formie.


października 11, 2017

"Blade Runner 2049"

"Blade Runner 2049"
O czym to jest: Android poluje na inne androidy w dystopijnym mieście przyszłości.

łowca androidów 2049 ford gosling leto

Recenzja filmu:

Ze wszystkich sequeli, jakich mógłbym się spodziewać w historii kina, najmniej podejrzewałbym że ktokolwiek wznowi temat "Blade Runnera" po 35 latach! Jakby nie patrzeć, dzieło Ridleya Scotta z 1982 roku było finansową klapą, która stała się filmem kultowym z powodu kulminacji trzech czynników: 1) powalającej scenografii, 2) trafnej wizji problemów XXI wieku, 3) późniejszej sławie Harrisona Forda. Czy to jednak wystarczyło, by przyciągnąć widzów za drugim podejściem, w 2017 roku? Wyniki finansowe mówią, że niestety nie, ale to nie szkodzi. Bowiem "Blade Runner 2049" to prawdziwe filmowe dzieło sztuki.

Po wcześniejszych "Sicario" i "Arrival" nie mam wątpliwości, że Denis Villeneuve wędruje do pierwszej trójki moich ulubionych reżyserów. Co za wizja, co za rozmach! Ten człowiek wie, że kino służy do tego, by olśniewać widza ogromem i bogactwem świata na ekranie, okraszonym na dodatek spektakularną, monumentalną ścieżką dźwiękową. "Blade Runner 2049" nie tylko dorównał porywającej wizji Los Angeles z pierwszego filmu, ale rozszerzył ją znacznie poza oświetlone neonami, deszczowe mury kalifornijskiej metropolii. Znalazło się tu sporo klimatów pustyni, ale nic w tym dziwnego, bo nasza aktualna wiedza na temat zmian klimatu przewiduje niestety pustynnienie wielu połaci lądu. Teoretycznie wyprowadzenie akcji poza mroczne Los Angeles wpłynęło negatywnie na ton filmu, ale przecież gdyby sequel nie wniósłby nic nowego, zarzucono by mu (i słusznie) wtórność. Pierwszy "Blade Runner" był de facto kryminałem z nutką filozoficznej głębi. "Blade Runner 2049" to zaś pełnokrwisty thriller SF, z poważnymi pytaniami o naturę człowieka i istotę duszy. Trochę jak w "Ex Machinie", tyle że z gigantycznym rozmachem i milionami dolarów budżetu.

Scenografowie odrobili pracę domową, bez wątpienia. To jest to samo Los Angeles przyszłości co 35 lat temu (są nawet reklamy Atari i Pan Am!), choć może nieco mniej zatłoczone i mniej azjatyckie. Każdy element filmu został pieczołowicie dopracowany i choćby dla samych obrazów warto wysiedzieć ponad 2,5 godziny przed ekranem. "Blade Runner 2049" to przykład tego, jak powinno się robić sequele, by wszyscy byli zadowoleni. Co istotne, twórcy postawili na rozsądną równowagę między komputerowymi efektami CGI, a sprawdzoną technologią miniatur, które - co wiemy po filmach sprzed pół wieku - nigdy się nie starzeją. Nie zdziwię się, jeśli za trzy dekady widownia będzie z takim samym zachwytem oglądać "Blade Runnera 2049", jak my obecnie pierwszą część.

I na sam koniec słówko o tym co najważniejsze: obsadzie. To jedyny element, do którego mam małe zastrzeżenia (choć naprawdę małe). Harrison Ford spisał się na medal, ale niestety dla widza nie było zbyt wielkiej różnicy między starym Hanem Solo z "Przebudzenia Mocy", a starym Rickiem Deckardem (dla porównania różnica między kreacjami Forda z "Imperium Kontratakuje", "Indiany Jonesa i Poszukiwaczy Zaginionej Arki" oraz pierwszym "Blade Runnerem" była o wiele większa). Może to kwestia charakteryzacji, a może Fordowi już się po prostu nie chce, ale odczuwam tu pewien niedosyt. Ponadto Ryan Gosling, choć zagrał fenomenalnie, po prostu nie pasował mi do roli głównego bohatera w tym filmie. Był zbyt sympatyczny! Gosling jest idealny do produkcji klasy "La La Land", ale w przypadku mrocznego kina noir brakuje mu twardej skorupy. Za to ukłony kieruję w stronę fenomenalnego Jareda Leto w roli oszalałego multibilionera Wallace'a (bliżej kreacji Boga nie dało się już być) oraz młodej i zdolnej Any de Armas jako Joi. W pozostałych rolach znani i lubiani Robin Wright, Dave Bautista (chciałbym go zobaczyć kiedyś jako pierwszoplanowego aktora!) oraz powracający Edward James Olmos. Taka obsada jest warta grzechu!

"Blade Runner 2049" to wizualnie chyba najbardziej spektakularny film roku 2017. Godny następca oryginalnej historii, przy której tegoroczny "Ghost in the Shell" wygląda jak amatorka. Nie mogę się doczekać wydania na Blu-ray!

Wniosek: Wizualnie powalające, głębokie kino.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Blade Runner"! >>>


października 08, 2017

"Blade Runner" ("Łowca Androidów")

"Blade Runner" ("Łowca Androidów")
O czym to jest: Detektyw poluje na zbuntowane androidy w dystopijnym mieście przyszłości.


Recenzja filmu:

Tuż przed seansem "Blade Runnera 2049" postanowiłem - co oczywiste - raz jeszcze przypomnieć sobie pierwszą część. Wstyd się przyznać, ale oryginalnego "Blade Runnera" po raz pierwszy obejrzałem dopiero kilka lat temu. Ale dopiero teraz, za drugim seansem, w pełni pojąłem geniusz Ridleya Scotta, który sprawił że budżetowa wtopa z roku 1982 stała się kultowym kawałkiem kina, który nie tylko zainspirował szereg późniejszych dzieł (zaczynając od "Ghost in the Shell", a na "Dreddzie" kończąc), ale też trafnie zdiagnozował wiele współczesnych problemów, takich jak zmiany klimatu, zanieczyszczenie atmosfery, przeludnienie, inżynierię genetyczną czy w końcu ekspansję azjatyckiej kultury.

Na początku lat 80. Harrison Ford był na fali wznoszącej, głównie dzięki roli w "Gwiezdnych Wojnach" oraz "Indianie Jonesie i Poszukiwaczach Zaginionej Arki" z 1981. Nic więc dziwnego, że Ridley Scott (ówcześnie również młody reżyser, ale mający na koncie już jeden hit - "Obcego") zatrudnił go do głównej roli. Jednak nie dajcie się zwieść, bo łowca androidów Rick Deckard nie ma w sobie za grosz szelmowskiego uroku Hana Soli, ani szlachetnego hartu ducha Indiany Jonesa. "Blade Runner" wprost nawiązuje do detektywistycznego kina noir z lat 40., gdzie zgorzkniały detektyw-macho, zanurzony w oparach dymu papierosowego i skąpany w morzu alkoholu, przemierzał mroczne ulice miasta w poszukiwaniu zabójcy. Dokładnie takim filmem jest "Blade Runner", z tą jedną różnicą, że osadzony został w dystopijnej przyszłości wraz z nutką filozoficznych rozważań na temat robotyki. Rzadko kiedy podobny miks udaje się tak dobrze, jak w tym filmie.

Dzięki magii praktycznych efektów specjalnych (modele i miniatury zawsze wygrają z komputerem!) wizja Los Angeles roku 2019 jest wprost olśniewająca. Powolne ujęcia mrocznego, wielopoziomowego miasta, gdzie blichtr nowoczesności miesza się z postapokaliptycznym obrazem dawno opuszczonych sektorów metropolii, dostarczają unikalnego klimatu, od którego trudno się oderwać. Oczywiście dystopijna przyszłość "Blade Runnera" nie jest niczym oryginalnym (wystarczy wspomnieć chociażby nakręconą rok wcześniej "Ucieczkę z Nowego Jorku"), ale podana w takiej formie dostarcza wręcz narkotycznej frajdy z seansu. Detektywistyczna fabuła, w której detektyw Deckard musi złowić grupkę zbuntowanych androidów (zwanych replikantami), uzupełniana jest przez głębokie rozważania na temat strachu przed śmiercią. Replikanci, podobnie jak Deckard, nie chcą umierać, a ponadto nie zgadzają się na życie niewolników w służbie ludzkości. To dość istotny wątek, bo również współcześnie możemy obserwować, jak bogate kraje (chociażby w rejonie Zatoki Perskiej) budują wspaniałe miasta i inwestycje na grzbietach ekonomicznych niewolników z ubogich krajów Azji i Afryki. Co jednak, gdy niewolnicy się zbuntują? Czy rzeczywiście to oni będą złymi w tej opowieści?

Nie sposób pisać o "Blade Runnerze" bez wspomnienia - prawdopodobnie najlepszej w karierze - roli Rutgera Hauera jako Roya, niezłomnego i okrutnego przywódcy replikantów, którego finalny (i improwizowany!) monolog jest jedną z najbardziej poruszających scen w historii kina. Oko wprawnego miłośnika SF zwróci też mała rola Edwarda Jamesa Olmosa, późniejszego Admirała Adamy z "Battlestar Galactica", któremu również przypadł zaszczyt wypowiedzenia jednego z najsłynniejszych zdań w historii srebrnego ekranu. Kolejnym ważnym elementem, o jakim muszę wspomnieć, jest psychodeliczna i nostalgiczna muzyka Vangelisa, dzięki której widz płynie przez film, unoszony przez skrzydła wyobraźni.

Mój podziw do "Blade Runnera" i geniuszu tego filmu jest przeogromny. To bez wątpienia kultowy obraz. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nakręcona trzydzieści lat później kontynuacja - "Blade Runner 2049", będzie mu w stanie dorównać.

Wniosek: Wizualnie olśniewające i na wskroś kultowe kino.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Blade Runner"! >>>


października 07, 2017

"Table 19"

"Table 19"
O czym to jest: Grupa nieznajomych spotyka się przy weselnym stoliku dla niechcianych.

stolik 19 recenzja film kendrick kudrow

Recenzja filmu:

Tegoroczny sezon weselny możemy już chyba uznać za zakończony. To zatem doskonała okazja, by pochylić się nieco nad problemem ślubnej logistyki, a konkretnie listy oraz rozmieszczenia gości. Osobiście byłem na kilkunastu weselach (wliczając własne) i poza jednym wesołym przypadkiem, gdzie nie było przydzielonych miejsc dla gości - których, dodajmy, było na tym weselu prawie trzysta - zawsze czekała na mnie winietka z moim nazwiskiem. Czasem miejsce w którym mnie posadzono było dość niefortunne, a czasem wręcz przeciwnie - udało się w ten sposób nawiązać znajomości, które trwają do dziś.

W Polsce z naszą tradycją podłużnych ław problem jest i tak mniejszy niż w amerykańskim zwyczaju okrągłych stolików. O tym opowiada film "Table 19". Główna bohaterka filmu zostaje "wygnana" do ostatniego stolika nr 19, przy którym posadzono wszelkiego rodzaju odrzuty, jakie zabłąkały się na liście gości. Często zdarza się, że wśród weselników znajdzie się jakiś kuzyn, wujek, sąsiadka czy kolega z pracy, którego trzeba było zaprosić, ale gdyby odmówił, to nikt by się nie zmartwił. Taki też jest skład tytułowego Stolika nr 19: eks-niania Pana Młodego, kuzyn na przepustce z więzienia, jacyś znajomi rodziców oraz młody syn innej pary znajomych. No i oczywiście Anna Kendrick w roli głównej bohaterki Eloise - pozbawiona tytułu druhny eks-dziewczyna świadka, a jednocześnie brata Pana Młodego. Już po pierwszym kwadransie nasi bohaterowie zorientują się, że przychodząc na tą uroczystość stracili tylko czas, a Państwo Młodzi są im zupełnie obojętni. I co wtedy?

Jak można się domyślać, "Table 19" to w zasadzie komedia romantyczna z lekką nutką dramatu. Nie jest to film bardzo głęboki, na dodatek pełen klisz (posiada chociażby ograną w setkach filmów scenę dramatycznego wyznawania miłości w ostatniej możliwej chwili), ale jest w nim pewien urok. Być może to zasługa Anny Kendrick, a może tego, że twórcy nie próbowali udawać, że ich dzieło jest czymś więcej niż prostym kobiecym kinem. A nawet tak lubujący się w akcji widz jak ja odnalazł w "Table 19" sporo relaksującej frajdy. To kino w sam raz na wieczór we dwoje, z kilkoma cennymi (choć mało oryginalnymi) przemyśleniami na temat życia i związków. Obejrzeć, dobrze się bawić, zapomnieć.

Wniosek: Całkiem relaksująca obyczajówka. Ale bez fajerwerków.


września 29, 2017

"Gotham"

"Gotham"
O czym to jest: Przygody detektywa Jima Gordona i młodego Batmana w mieście Gotham.

gotham serial gordon batman pingwin mckenzie

Recenzja serialu:

A pomyśleć, że tak się broniłem przed tym serialem! Trwający od paru lat zalew telewizyjnych produkcji o tematyce superbohaterskiej - "Arrow", "Daredevil", "Flash" etc. - jak do tej pory nie znalazł we mnie godnego odbiorcy. Aż do chwili, gdy po wielu namowach sięgnąłem po "Gotham". Na pewno znaczenie miał fakt, że uniwersum DC (a konkretnie świat Batmana) zawsze był moim ulubionym i najlepiej znanym. Obawiałem się jednak, że "Gotham" będzie czymś w rodzaju "Smallville", czyli opery mydlanej dla nastolatków. Nic bardziej mylnego!

"Gotham" to pełnokrwisty, gotycki kryminał o policjantach i złodziejach z nutką wątków superbohaterskich w tle. Głównym bohaterem nie jest wcale Batman/Bruce Wayne, a narwany detektyw Jim Gordon, jedyny sprawiedliwy w mieście grzechu. Na jego drodze staje cały szereg późniejszych wrogów Batmana - część z nich zaczyna jako złoczyńcy, inni zaś na skutek zbiegu okoliczności wstępują na drogę zła. Przez kilka sezonów naliczyłem co najmniej tuzin nazwanych z imienia komiksowych łotrów. Wśród nich prym wiedzie Pingwin, ulubieniec wielu widzów serialu (i mój również). Nie jest to karykaturalny oblech w stylu Danny'ego DeVito z "Powrotu Batmana", a raczej bezwzględny gangster, który kocha wyłącznie samego siebie i nie liczy się z nikim i niczym. Wszystko to w gotyckiej stylistyce, rzecz jasna! Kto wie, czy to nie ta stylistyka przesądziła o mojej miłości do "Gotham". Za klimat noir dałbym się wręcz posiekać!

Najbardziej fascynuje mnie to, w jaki sposób trylogia "The Dark Knight" Christophera Nolana przeorała wyobraźnię współczesnego widza na temat świata Batmana. Dwa przykłady: pojawiający się na ekranie Joker to krzyżówka Jacka Nicholsona z Heathem Ledgerem (z przewagą tego drugiego). A Lucius Fox to wypisz-wymaluj młody Morgan Freeman! Wielu widzów na pewno marzy, by serial ewoluował w stronę takiego widowiska, jakie zafundował nam Nolan. To zresztą całkiem możliwe, bo "Gotham" nie szczędzi krwawych scen, poważnych dylematów moralnych i walki bohaterów z ich największymi słabościami. Kto wie, dokąd zawędruje fabuła, jeśli nie będzie ubywać widzów? Trzymam kciuki!

Oczywiście "Gotham" ma również swoje wady. Nie brakuje tu ogranych klisz, wygodnych zbiegów okoliczności, nielogicznego postępowania postaci, a także regularnego przywracania z zaświatów już zmarłych protagonistów (widzom pozostaje oczekiwanie, czy dany bohater zginął tym razem na dobre, czy może znowu wróci). Niezmiennie irytuje mnie też młoda Catwoman, a także Barbara Keen. Jednak przymykam na to oko, bo twórcom po 3 sezonach udało się zachować świeżość fabuły i nie utracić tempa. Man nadzieję, że tak pozostanie.

Wniosek: Znakomity, wizualnie piękny serial przygodowy. Uzależnia!


września 28, 2017

"The Orville"

"The Orville"
O czym to jest: Pastisz seriali z uniwersum "Star Treka".

orville serial macfarlane family guy star trek

Recenzja serialu:

Słusznie zauważono, że "The Orville" to de facto reboot serialu "Star Trek: The Next Generation". Jednak wbrew oczekiwaniom widzów i tym, co widzieliśmy w trailerze, nie jest to parodia uniwersum "Star Treka", a pastisz. Czyli zamiast wyśmiewać wątki i fabułę, serial bierze najważniejsze elementy najbardziej znanego telewizyjnego wszechświata SF, uwydatnia je i podaje na nowo. Tylko z jakim efektem?

Przyznaję, że "The Orville" miejscami jest bardzo bystre. W ciekawy sposób odnosi się do czysto ludzkich kwestii, jakie do tej pory pomijano w serialach klasy "Star Trek". Na przykład: gdzie na statku kosmicznym jest toaleta? Jak załoga radzi sobie z różnego rodzaju używkami? Jak rozwiązać emocjonalny problem, gdy kapitan i pierwszy oficer w przeszłości byli małżeństwem? Z tego powodu odnoszę wrażenie, że "The Orville" to coś w rodzaju 100 pytań na temat "Star Treka", które zawsze baliście się zadać. Seth MacFarlane, jeden ze zdolniejszych komików współczesnej telewizji (twórca takich hitów jak "Family Guy" czy "Ted"), po raz pierwszy postawił się w głównej roli zarówno ciałem, jak i głosem, wnosząc do "The Orville" swój specyficzny, wulgarny humor. Można go lubić, można nie lubić, ale nie powinno się mu odmawiać inteligencji i bystrości. Problem w tym, że tego humoru jest tu o wiele mniej, niż wszyscy się spodziewali.

Obawiam się, że MacFarlane stał się ofiarą własnego sukcesu. Kręcąc "The Orville" niechcący zrobił... za dobry serial. Prawdę powiedziawszy jego dzieło niczym się nie różni od całej masy seriali SF z przełomu lat 80. i 90. Taka sama gra aktorska, kostiumy, dekoracje, a nawet efekty specjalne! To podobny problem, jak z "Godzillą" Edwardsa sprzed paru lat. Jest cienka granica między nawiązywaniem do klasyki, a plagiatowaniem jej. MacFarlane (świadomie lub nieświadomie) nakręcił produkcję pasującą do gustu widza z 1987 roku, a nie 2017. Nie oznacza to, że "The Orville" to zły serial - jest całkiem dobry, tyle że niepasujący do współczesności.

Być może gdybym nie miał co oglądać (zwłaszcza, że akurat zaczęto emisję nowego "prawdziwego" Treka, czyli "Star Trek: Discovery"), to kontynuowałbym przygodę z "The Orville". Ale póki co niestety szkoda mi czasu, zwłaszcza że mam dość niski poziom tolerancji fekalnych żartów. Mimo to wciąż trzymam kciuki za MacFarlane'a, bo zdolny z niego producent, reżyser i aktor. Liczę na to, że kiedyś wniesie do kina i telewizji coś naprawdę wyjątkowego.

Wniosek: Dokładnie takie, jak prawdziwe seriale "Star Trek" z lat 80. Nic oryginalnego.


września 26, 2017

"Steve Jobs"

"Steve Jobs"
O czym to jest: Trzy wycinki z życia Steve'a Jobsa, legendarnego twórcy firmy Apple.

steve jobs film 2015 fassbender boyle winslet

Recenzja filmu:

Zanim na ekranach zagościł "Steve Jobs", widzowie mieli okazję dwa lata wcześniej obejrzeć inną biografię zmarłego w 2011 roku legendarnego prezesa Apple - film "Jobs" z Astonem Kutcherem w roli głównej. To spowodowało, że Danny Boyle (awangardowy reżyser takich hitów jak "Trainspotting") oraz Michael Fassbender (którego nie trzeba przedstawiać), mieli podwójnie trudne zadanie. Nie tylko musieli w dobry sposób zaprezentować charakter i dokonania tytułowego bohatera, ale też jakoś odróżnić się od sprawnej, choć mało odkrywczej wersji z Kutcherem. Można się kłócić, który film jest lepszy (za obydwoma stoją solidne argumenty), ale nie można zaprzeczyć, że "Steve Jobs" jest na pewno dziełem artystycznie ciekawym i pozostającym w pamięci.

To oficjalna ekranizacja świetnej biografii Jobsa autorstwa Waltera Isaacsona (którą ponownie Wam polecam, bo warto ją poznać). To daje scenariuszowi dość duży kredyt zaufania w zakresie wierności faktom. I choć rzeczywiście konkretne rozmowy i wydarzenia naprawdę miały miejsce, to niekoniecznie w tej kolejności i takim otoczeniu, jakie zobaczyli widzowie. Niemniej musimy dać reżyserowi nieco swobody twórczej, by mógł opowiedzieć historię o tym, kim był Steve Jobs i dlaczego robił to, co robił. W tej sytuacji fakty mają drugorzędne znaczenie, liczy się ich interpretacja i dojście do sedna oraz przyczyny wydarzeń. Patrząc na to z tej perspektywy, "Steve Jobs" nie jest biografią, a raczej awangardowym studium marketingowo-technologicznego geniuszu i ceny, jaką się za niego płaci. 

"Steve Jobs" jest tryptykiem, prezentującym trzy wycinki z życia Jobsa w momencie zakulisowych przygotowań do premiery innowacyjnych produktów: komputera Macintosh w 1984 roku, komputera NeXT w 1988 roku oraz komputera iMac w 1998 roku. Każde z tych wydarzeń przebiega tak samo: Jobs uwija się jak w ukropie na zapleczu, przygotowując do wejścia na scenę, w międzyczasie mierząc się z kolejnymi postaciami, przypominającymi mu o grzechach przeszłości i cenie, jaką zapłacił za swój sukces. Głównym zwornikiem jest tu relacja z córką Lisą, której wyrzekał się przez lata, ponieważ nie pasowała do wykreowanej przez Jobsa wizji świata i samego siebie. Oczywiście nie zabrakło też innych, ważnych osób w życiu głównego bohatera, takich jak jego imiennik Steve Wozniak (prawdziwy konstruktor pierwszych komputerów Apple), dawny mentor John Sculley, czy jedna z jego nielicznych prawdziwych przyjaciółek, współpracowniczka Joanna Hoffman.

Co ciekawe Michael Fassbender nie starał się "przebrać" za Jobsa, wychodząc ze skądinąd słusznego założenia, że jego rola prezentuje coś więcej, niż obraz jednego człowieka. Doskonałą przeciwwagą dla Fassbendera jest Kate Winslet w roli Joanny Hoffman, swoistej kotwicy trzymającej jego nadmuchane ego przed odlotem do stratosfery. Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak zabawnym filmem okazał się "Steve Jobs". Błyskotliwe dialogi, riposty śmigające z prędkością elektrycznych impulsów oraz brawurowa gra aktorska zaprezentowały prawdziwie awangardowe kino. Przyznaję, że na początku bardzo trudno się w nie wgryźć i wielu widzów zapewne odpuściło już na starcie. Ale obiecuję, że na końcu filmu wszystko składa się w jedną całość, a na oglądającego spływa olśnienie i zrozumienie tego, co się wydarzyło na ekranie. Najciekawsze jest to, że "Steve Jobs" byłby dalej bardzo dobrym filmem, nawet gdyby prezentował całkowicie fikcyjne wydarzenia i postacie. To chyba coś znaczy, prawda?

Jeśli chodzi o kontrowersyjny żywot Steve'a Jobsa, to bez wątpienia "Jobs" jest lepszą biografią, ale "Steve Jobs" jest lepszym filmem. Ostateczną ocenę pozostawiam Wam, ale zachęcam do obejrzenia obydwu produkcji. Warto wyrobić sobie własne zdanie.

Wniosek: Bardzo dobre i ambitne kino. Zostaje w pamięci.


września 26, 2017

"Jobs"

"Jobs"
O czym to jest: Biografia Steve'a Jobsa, legendarnego twórcy firmy Apple.

jobs film recenzja 2013 kutcher

Recenzja filmu:

Pisałem już kiedyś o hollywoodzkiej modzie kręcenia dwóch filmów naraz na ten sam temat. Wciąż się zastanawiam, czy dzieje się tak dlatego, że ktoś kradnie kolegom ich pomysł, czy może po prostu w określonym momencie dana tematyka jest popularna. Jaka by nie była przyczyna, raczej nie sądzę, by zupełnie przypadkowo zmarły w 2011 roku Steve Jobs doczekał się jednocześnie aż dwóch biografii na swój temat - najpierw "Jobsa" w 2013 roku z Astonem Kutcherem w roli głównej, a następnie "Steve'a Jobsa" z 2015 roku z Michaelem Fassbenderem.

Niedawno skończyłem czytać (a raczej słuchać, jako że był to audiobook) biografię Jobsa autorstwa Waltera Isaacsona (polecam!). Napisana bez cenzury i bez łagodzenia kontrowersyjnych wątków, książka zaprezentowała prawdziwy obraz Jobsa jako marketingowego geniusza, technologicznego guru, a jednocześnie skrajnego chama i psychopaty, który był w stanie poświęcić wszystko (z rodziną włącznie) by przejść do historii świata. Co by nie mówić, udało mu się prawda? Nie tylko współtworzył takie korporacyjne giganty jak Apple czy Pixar, ale też wywindował je na piedestał technologicznych innowatorów, zyskując przy okazji miliony wiernych wyznawców. Często się zastanawiam, czy ktoś może wspiąć się na szczyt, nie depcząc przy okazji wszystkich ludzi wokół. I coraz częściej obawiam się, że niestety nie.

No ale do meritum. Jest jedna, podstawowa różnica między "Jobsem" z Kutcherem, a "Steve'm Jobsem" z Fassbenderem. Pierwszy film to najzwyklejsza biografia - przedstawia historię tytułowego bohatera i jego drogę od uduchowionego studenta college'u do prezesa Apple. W skrócie: pokazuje, co Jobs robił i jak to wpłynęło na świat. Drugi film stara się w artystyczny i niekonwencjonalny sposób podejść do tego, kim są osoby takie jak Jobs i co je napędza. Bardziej przypadła mi ta druga wersja, co wcale nie oznacza, że uważam "Jobsa" za gorszy film. Mało tego, sądzę że jest to o wiele lepsza biografia Jobsa. Aston Kutcher, którego nigdy nie traktowałem poważnie jako aktora, przeszedł niezwykłą metamorfozę na ekranie. Nie tylko mówił, ale też chodził i gestykulował jak Jobs. Jeśli aktor jest rzemieślnikiem, wcielającym się w określoną postać, to Kutcher zasłużył na piątkę z plusem. Również fabuła filmu jest dość mocno wierna faktom, choć przedstawione na ekranie osoby, jak chociażby Steve Wozniak, skrytykowały dość mocno scenariusz za nieprawdziwą interpretację konkretnych wydarzeń. Ale nie od dziś wiadomo, że prawda zależy od punktu widzenia, czyż nie?

Mam kilka zarzutów co do "Jobsa". Jest na pewno zbyt hagiograficzny i nie zadaje sobie trudu, by przekazać widzom coś więcej niż tylko odtworzenie poszczególnych wydarzeń z życia Jobsa i firmy Apple. Ogląda się go dobrze, ale to za mało, by pozostał w pamięci na dłużej. A szkoda, bo kreacja Kutchera zasługiwała na nieco bardziej awangardowy scenariusz.

Wniosek: Niezły film, ale niestety szybko ulatuje z pamięci.


września 07, 2017

"Renegades" ("Renegaci")

"Renegades" ("Renegaci")
O czym to jest: Amerykańscy komandosi kradną złoto nazistów z ogarniętej wojną Bośni.

renegaci film 2017 recenzja stapleton simmons

Recenzja filmu:

Kojarzycie "Złoto dla Zuchwałych"? Albo "Złoto Pustyni"? Jeśli tak, to już wiecie o czym jest film "Renegaci". Po raz trzeci chodzi o to samo: dzielni amerykańscy wojacy znajdują górę sztabek złota i postanawiają je zagarnąć dla siebie. I podobnie jak w kultowym "Złocie dla Zuchwałych" chodzi o nazistowskie złoto, choć akcja filmu dzieje się w czasie wojny w Bośni w 1995 roku.

"Renegaci" to więc nic innego niż tzw. heist movie, a więc film "o napadzie". I choć trailer zapowiadał dobrą strzelankę, nie dajcie się zwieść. Wprawdzie pierwszy akt filmu dziejący się w Sarajewie jest całkiem niezły, to już kolejne zmieniają się w klasyczny film przygodowy. Domyślam się, że sporo widzów mogło być zdezorientowanych - poszli na męskie kino, a otrzymali familijną, wesołą przygodę w stylu "Ocean's Eleven", choć o wiele mniej ciekawą. Przyznaję wprawdzie, że ucieczka czołgiem jest bardzo udana i mimo że nie przebija podobnych wyczynów Agenta 007 w "GoldenEye", to daje się zapamiętać. Niestety cała reszta filmu jest płaska, bez wyrazu i na domiar złego okraszona wyjątkowo słabą, mało odkrywczą końcówką. Scenarzyści ewidentnie poszli po najmniejszej linii oporu i to niestety widać.

To zadziwiające, ale Sullivan Stapleton z filmu na film robi się coraz gorszym aktorem! Powinno być na odwrót, prawda? W "Strike Back" był całkiem niezłym, choć mułowatym protagonistą. Potem w "300: Rise of an Empire" jako Temistokles zaprezentował antycznego herosa, ale o charyzmie księgowego. Z kolei w "Renegatach" miał problem z wymówieniem choćby jednego, pełnego zdania. Jego walka z liniami dialogowymi była z góry skazana na niepowodzenie... Dodam zresztą, że obsada to największa wada całego filmu. Otrzymaliśmy tylko dwójkę wysokiej klasy aktorów: J.K. Simmonsa w roli dowódcy wojsk NATO i kultowego Ewena Bremnera jako pilota śmigłowca (i to mówiącego z amerykańskim akcentem!). Niestety cała reszta to ewidentna liga B światowego kina. Najsmutniej było patrzeć na grupkę pięciu kolesi o sylwetkach modeli, przebranych za komandosów SEALS. Nawet nie próbowali udawać, że są wyszkolonymi zabójcami. Przykładowo obsada "13 Hours" albo "Lone Survivor" wyglądała tak, że mucha nie siada (choć to mogła byś zasługa zarostu). A te wymuskane chłoptasie? Ech.

"Renegatów" da się oglądać... ale za bardzo nie wiem po co. To nie jest zły film, tyle że nic nie wnosi do światowego kina. Liczyłem na więcej.

Wniosek: Takie sobie. Ani złe, ani dobre.


sierpnia 31, 2017

"American Made" ("Barry Seal: Król Przemytu")

"American Made" ("Barry Seal: Król Przemytu")
O czym to jest: Historia życia Barry'ego Seala, szpiega CIA i przemytnika.

barry seal król przemytu film recenzja cruise gleeson

Recenzja filmu:

Tom Cruise od dobrych paru lat jest dla mnie wyznacznikiem dobrego kina. Co trafię na film z jego udziałem, to mi się podoba! A jeśli Cruise ponownie łączy siły z reżyserem "Edge of Tomorrow", to można być pewnym, że żaden widz nie wyjdzie z kina rozczarowanym. Tym bardziej, jeśli film jest kręcony w klimacie lat 70., tak przecież ostatnio modnych.

Barry Seal - prawdziwa postać - był amerykańskim pilotem linii pasażerskich, który rozpoczął współpracę z CIA jako szpieg. Latał szybkim dwusilnikowym samolotem nad różnymi krajami Ameryki Południowej, dostarczając zdjęcia i materiały wywiadowcze. Niedługo później został kurierem, a potem przemytnikiem narkotyków, broni, ludzi i wszystkiego innego, co tylko dało się przewieźć. Na jednym kursie zarabiał tyle pieniędzy, że nie wiedział gdzie je chować i co z nimi zrobić. Kojarzycie serial "Narcos" i dylematy Pablo Escobara na temat tego, co robić z banknotami? Barry Seal miał podobnie (zresztą w rzeczywistości sam też pracował dla Escobara). O tym opowiada film "American Made", wpisujący się w popularną narrację dynamicznego kina akcji, opartego na faktach. Jeśli znacie i lubicie film "War Dogs", to "American Made" jest jego duchowym bliźniakiem. W obydwu przypadkach główny bohater (czy też bohaterowie) wplątali się w świat, na który nie byli gotowi i musieli ponieść odpowiednie konsekwencje. Bardzo pouczające!

Tom Cruise, któremu scjentologiczna wiara najwyraźniej zafundowała nowe sklonowane ciało, radzi sobie jak zwykle świetnie. Trzeba oddać temu aktorowi, że nadal jest niekwestionowaną gwiazdą i skupia na sobie blask jupiterów. To zawsze prawdziwa przyjemność oglądać go na ekranie. Drugą wartą wspomnienia kreacją jest wspinający się po szczeblach hollywoodzkiej sławy neurotyczny rudzielec Domhnall Gleeson, jeden z najbardziej interesujących przedstawicieli nowej fali kina. Naiwny (choć starszy) pilot i bezwzględny (choć młody) szpieg CIA. Takie duety lubię!

"American Made" to bardzo interesująca prawdziwa historia, podkoloryzowana i uproszczona tam gdzie trzeba, ale mimo to wciąż porywająca. Mam nadzieję, że będzie się kręcić coraz więcej takich filmów. Rzeczywistość jest pełna rewelacyjnych scenariuszy pisanych przez życie, trzeba tylko po nie sięgnąć!

Wniosek: Dobre, ciekawe, świetnie nakręcone kino.


sierpnia 27, 2017

"Death at a Funeral" ("Zgon na Pogrzebie")

"Death at a Funeral" ("Zgon na Pogrzebie")
O czym to jest: Na stypie dochodzi do serii nieprzewidzianych wydarzeń.

zgon na pogrzebie film brytyjski 2007 dinklage

Recenzja filmu:

Opisując "Zgon na Pogrzebie" mam na myśli rzecz jasna brytyjski oryginał z 2007 roku, a nie tragiczny amerykański remake z 2010 roku w stylu "afroamerykańskiej komedii" (ostrzegam, nie oglądajcie tego). Na szczęście mimo 10 lat na karku, oryginalny film broni się znakomicie i wciąż dostarcza frajdy przy oglądaniu.

To udany miks czarnego brytyjskiego humoru, psychodelicznego absurdu i komedii pomyłek. Rzecz dzieje się w stereotypowej angielskiej rodzinie, w której umiera senior domu. Jego syn organizuje stypę, na której pojawiają się arogancki brat, dystyngowana mamusia, postrzeleni kuzyni i koledzy, zramolały wujek, pewien księgowy pod wpływem narkotyków oraz tajemniczy karzeł z sekretem dotyczącym zmarłego. Czy w takim towarzystwie stypa ma szansę dotrwać do końca? I czy wszyscy ją przeżyją?

Nie jest to długi film, trwa zaledwie półtorej godziny. Ale to wystarczy, by poprawić nastrój nawet najbardziej ponurego widza. Pomaga w tym gwiazdorska obsada: popularny obecnie dzięki "Grze o Tron" Peter Dinklage (a także znany z tego samego serialu, zmarły już Peter Vaughan), bezbłędny Alan Tudyk (najlepsza kreacja w tym filmie!) oraz kultowy Ewen Bremner, jeden z najsłynniejszych szkockich aktorów. Jest na co popatrzeć! Dodajmy jeszcze, że reżyserem "Zgonu" jest sam Frank Oz - czy trzeba dodawać coś więcej?

Polecam zarówno do jednokrotnego obejrzenia, jak i wracania raz na parę lat. Takie filmy się nie starzeją.

Wniosek: Całkiem zabawna komedia. Fajnie się ogląda.


Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger