lutego 12, 2015

"Jupiter Ascending" ("Jupiter: Intronizacja")

O czym to jest: Młoda dziewczyna odkrywa, że jest reinkarnacją Królowej Wszechświata, a co za tym idzie musi uratować Ziemię.


Narzekałem ostatnio na brak oryginalnych pomysł w kinie... no i dostałem co chciałem. Coś świeżego, w 100% oryginalnego, wymyślonego od A do Z w najdrobniejszych szczegółach. Podobnie jak w "Matrixie" rodzeństwo Wachowskich postanowiło przedstawić nam kolejne fantastyczne uniwersum, tym razem w klimacie klasycznej space opery. Nie wiem czy mieli ambicje przedefiniować kino SF tak jak kiedyś zrobiły to "Gwiezdne Wojny", czy po prostu nakręcić porządną baję w kosmosie. Ale przynajmniej spróbowali.

Jest tu absolutnie wszystko, czego wymaga porządna space opera: odległe planety, książęce rody, wielkie statki, papierowi i jednowymiarowi bohaterowie, jasny podział na dobro i zło... Po prostu fantasy w kosmosie. To naprawdę ambitny projekt nakręcić coś takiego w dzisiejszych czasach, gdy kino SF przeżywa prawdziwy renesans i dosłownie zalewa nas morzem pomysłów. Kto wie, może ten sam film 10 lat temu sprawiłby piorunujące wrażenie? Bo dzisiaj niestety jest jedynie "oglądalny".

Od razu zaznaczę, że nie jest zły. Jest w miarę możliwości w porządku, z pewnymi fajnymi cechami, ale też sporą dozą zarzutów. Nie wiem, czy słuszne jest zarzucanie fabule naiwności, przewidywalności i braku głębi, bo mógł to być zamierzony efekt (czyli pójście w stronę kampu - patrz "Batman Zbawia Świat"), zwłaszcza że nawet postacie w liniach dialogowych nabijały się z wypowiadanych przez siebie drętwych tekstów. Warto tu zauważyć, że "Jupiter Ascending" to dosyć zabawny film, z całkiem niezłym humorem, aczkolwiek wymagającym od widza odrobiny dystansu do kina.

Ciekawy jest pomysł zaludniania planet (w tym Ziemi) przez prastarych ludzi, którzy robią sobie z nich farmy. Podobały mi się niektóre rozwiązania, zwłaszcza technologiczne (odrzutowe buty!), kreatywna zabawa z koncepcją modyfikacji DNA i cybernetyki, rozmach uniwersum (fabryka w jądrze Jowisza), kosmiczna policja, kosmici (demono-jaszczuro-smoki były ekstra!), a także kilka postaci. Śmieszył mnie Człowiek-Spoiler Sean Bean, ale to klasa sama w sobie. Również główny villain był bardzo kryptyczny, dokładnie taki, jak potrzeba. A jako wisienkę na torcie Wachowscy puścili do nas kilka razy oko, nawiązując do takich klasyków jak "Znaki" (kosmici w kukurydzy) czy "Autostopem przez Galaktykę" (intergalaktyczna biurokracja!). Sumując to wszystko wyszło całkiem nieźle, prawda?

Szkoda, że zabrakło innych elementów. CGI i efekty specjalne były fajne, ale niestety niezbyt odkrywcze (jak na razie poziom mistrzowski w tej kwestii prezentują chyba "Strażnicy Galaktyki"). W kwestii aktorstwa (nie licząc wymienionych wyżej kreacji Seana Beana i głównego bandziora) film niestety leżał i kwiczał. Mila Kunis po prostu jest słaba, podobnie jak Channing Tatum, udowadniający że "White House Down" nie był niestety wypadkiem przy pracy. A ponieważ ta dwójka to główni bohaterowie obrazu, nie wróży to najlepiej. Nadto zabrakło mi tego "czegoś" stanowiącego o atrakcyjności uniwersum i chęci oglądania kolejnych części. Niestety "Jupiter Ascending" jest mi absolutnie obojętne. Choć myślę, że gdybym w przyszłości puścił ten film mojej małoletniej córce, byłaby zachwycona.

Wniosek: Klasyczna space opera, niestety czasem zbyt niskich lotów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger