lutego 15, 2016

"Deadpool"

O czym to jest: Deadpool - największy anty-superbohater w historii superbohaterów.

Kolejność oglądania serii "X-Men":
3. "X-Men"
4. "X2"


Nie jest dobrze, gdy widz idzie do kina ze zbyt rozdmuchanymi oczekiwaniami. Popełniłem ten błąd przy "Bitwie Pięciu Armii", na skutek czego film był dla mnie rozczarowaniem (choć sam w sobie, po obejrzeniu ponownie, nie jest aż tak tragiczny). Ten sam problem mam z "Deadpoolem". Trailery i genialna kampania marketingowa (jedna z najlepszych, jakie widziałem) obiecywały popkulturowe arcydzieło, które pozamiata mną po podłodze i tam zostawi. A było tylko... dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ale naprawdę chciałem, by było na 100%, a nie tylko 90%!

"Deadpool" ma dla mnie jedną podstawową wadę (czy raczej zarzut), który widzom pewnie zazwyczaj nie przeszkadza, ale mi bardzo: masę żartów niskich lotów, skierowanych do amerykańskiego odbiorcy. Ktoś mądry powiedział, że wystarczy by Amerykanin usłyszał na ekranie słowo "ass", a już umiera ze śmiechu. Cóż, mnie osobiście żarty o odbytach, puszczaniu bąków czy białych gaciach średnio bawią. A w zasadzie w ogóle. Niestety "Deadpool" jest ich pełen, choć na osłodę powiem, że jest też pełen bardzo dobrych gagów, nawiązań i satyry na popkulturę, tematykę superbohaterów, czy wręcz sam cykl filmów o X-Menach. Ryan Reynolds w głównej roli jest znakomity - tak dobry, że nie mam wątpliwości, że zrośnie się z Deadpoolem na stałe, tak jak Robert Downey Jr. z Iron Manem. Oglądanie go na ekranie to niezła frajda (fanom Reynoldsa polecam jego gościnny występ jako Deadpoola w niekanonicznym "X-Men Origins: Wolverine"). Warto też zauważyć pojawienie się w tej produkcji Moreny Baccarin (podstarzałej już nieco, ale wciąż interesującej), jako "etatowej lasi". Ta aktorka zdecydowanie powinna chodzić w długich włosach (patrz "Firefly"), bo w krótkich wygląda po prostu tragicznie (jak w "V"). Żałuję jedynie, że Colossusa zagrał tu inny aktor niż w poprzednich filmach z cyklu, no ale w końcu to uniwersum po reboocie, więc...

Technicznie jest rewelacyjnie: krwawo (i to bardzo), dynamicznie i ze znakomitym tempem. Nieco denerwujące są liczne przeskoki czasowe, ale idzie się przyzwyczaić. Wydaje mi się też, że twórcy filmu nie do końca mieli pomysł, jak wykorzystać łamanie czwartej ściany do czegoś więcej, niż tylko prostych żartów. Przykład "Wilka z Wall Street" pokazuje przecież, że jest w tej technice gigantyczny potencjał. Niemniej, jeśli chodzi o poziom rozrywki, to na pewno jest to znakomite panaceum na odstresowanie się po ciężkim dniu pracy.

I na koniec kilka słów o tym, co w Deadpoolu powinno być najważniejsze - dialogach. Ta postać słynie z ciętego języka, ostrych ripost i obrazoburczych porównań. Przyznaję, że scenarzyści robili co mogli i odwalili kawał dobrej roboty. Jednak dla mnie królem w tej dyscyplinie wciąż pozostaje film "Ostatni Skaut" z Bruce'm Willisem - myślę, że w starciu Willis vs. Reynolds, wygrał ten pierwszy. To jest dopiero grzeszna przyjemność, ryczeć ze śmiechu przy tamtych tekstach! Które, co istotne, pozbawione są fekalnych żartów.

"Deadpool" to niezła odtrutka po śmiertelnie poważnym "Days of Future Past". Ale mam nadzieję, że to tylko przerywnik, a filmy o X-Menach w większości wciąż będą grać na bardziej dojrzałą nutę, niż robi to Marvel Cinematic Universe. W końcu dzięki temu się wyróżniają.

Wniosek: Bardzo dobre, choć mogło być kultowe.

2 komentarze:

  1. "białych gaciach" przypomniał mi się gigi la trottola XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo... właściwe skojarzenie ;)

      Usuń

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger