grudnia 14, 2017

"Star Wars Episode VIII: The Last Jedi" ("Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi")

O czym to jest: Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

gwiezdne wojny ostatni jedi film recenzja hamill driver isaac ridley fisher

Recenzja filmu:

Tak! Jest! Brawo! Nie dziwię się, że cała ekipa Lucasfilmu zachwyciła się "Epizodem VIII" autorstwa Riana Johnsona. Ten stosunkowo młody twórca (rocznik 1973 - niemalże równolatek "Nowej Nadziei") do tej pory nie nakręcił zbyt wielu produkcji, a mimo to powierzono w jego ręce napisanie scenariusza i wyreżyserowanie gigantycznego widowiska, które będzie zachwycać przyszłe pokolenia. Jak widać producenci wiedzieli, co robią. Rian Johnson nie tylko nakręcił świetny odcinek Sagi uniwersum "Star Wars", ale przede wszystkim stworzył bardzo, bardzo dobry film sam w sobie!

Nie jest to wprawdzie najlepszy film z Sagi, ale jest lepszy niż "Przebudzenie Mocy" i o całe lata świetlne fajniejszy niż "Epizody I-III" razem wzięte. Może być jednak szokujący dla wielu fanów "Star Wars", bowiem jest niemal całkowicie pozbawiony klisz i schematycznych rozwiązań. Po kinie typu space opera spodziewamy się raczej mało odkrywczej (choć efektownej) baśni o walce dobra ze złem, w której wszystko kończy się nieuchronnym happy endem. Jednak światowa publika dorasta i wymaga coraz głębszej fabuły i dojrzalszego widowiska. "Rogue One" pokazał, że nawet do baśniowych przygód z odległej galaktyki da się wpleść solidne kino wojenne, poruszające takie tematy jak zespół stresu pourazowego czy śmierć w imię ideałów. "Ostatni Jedi" podąża tą drogą, nie zapominając jednak o tym co najważniejsze - o mitologii i mistyce, jaka zachwyciła widzów na całym świecie wraz z pierwszym filmem w 1977 roku. W wielkim skrócie można powiedzieć, że ideą "Star Wars" jest droga odkupienia i wiecznych zmagań światła i ciemności - gdzie jest jedno, tam zawsze jest drugie. I jeśli tylko dzielni bohaterowie wydobędą z siebie to, co w nich najlepsze, dobro zawsze zatriumfuje. Dlatego też każdy w pewien sposób może zostać Rycerzem Jedi i ocalić galaktykę. Czyż nie o to w tym wszystkim chodzi? Musicie przyznać, że brzmi to znacznie lepiej niż mierzenie poziomu midichlorianów we krwi!

Już pierwsze sceny "Ostatniego Jedi" pokazały, że wszelkie hamulce zostały wyłączone. W tym filmie mogło zdarzyć się dosłownie wszystko i tak też się stało - ilość zwrotów akcji i wątków przyprawiała o istny zawrót głowy, niejednokrotnie wyprowadzając w pole nawet tak starego wyjadacza, jak ja. A zakończenie jest tak dobre, że mogłoby wręcz być końcem całej Sagi jako takiej! Nie mieliśmy takiego poczucia po "Przebudzeniu Mocy" - nic zresztą dziwnego, skoro film zakończono cliffhangerem. "Ostatni Jedi" rusza dokładnie z tego samego miejsca, w którym zatrzymał się poprzedni Epizod i stanowi jego godną kontynuację. Jestem bardzo ciekawy, czy J.J. Abrams powracający jako reżyser "Epizodu IX" podejmie styl i wizję Johnsona. A może stworzy coś zupełnie nowego? Dowiemy się już za dwa lata!

Oczywiście "Ostatni Jedi" nie jest pozbawiony wad. Kilka wątków mogłoby się pokusić o większą oryginalność. Sporo widzów (i słusznie) za najsłabszy motyw uważa kasyno Canto Bight, wyglądające jak kopia Czarnogóry z "Casino Royale" - zresztą nic w tym dziwnego, bo za plenery posłużyły ulice Dubrownika w Chorwacji. Mam też spore zastrzeżenia do wyjątkowo drewnianych dialogów Rey, choć oglądanie Daisy Ridley w tej roli było prawdziwym przywilejem! Wydaje się też, że Rian Johnson nie do końca czuł postać Finna i nie bardzo wiedział, co z nim zrobić. Za to wprowadził bardzo dobrą nową postać kobiecą (nie podoba mi się tylko jej imię - Rose - które kompletnie nie pasuje do stylistyki "Star Wars") oraz odpowiedział na bardzo dużo pytań postawionych przez "Przebudzenie Mocy" i dotyczących Rey, Snoke'a czy Kylo Rena. Ale największe brawa kieruję za doskonałe wyczucie Poe Damerona w wykonaniu mojego ulubionego Oscara Isaaca! Poe bez wątpienia kradł każdą scenę "Ostatniego Jedi", a ja mam osobiste marzenie, by kiedyś nakręcono spin-off poświęcony jego postaci. Dodatkowo muszę wspomnieć o świetnej ścieżce, na którą skierowano Kylo Rena (Adam Driver - znakomity aktor - w końcu miał szansę się wykazać) oraz o godnym powrocie Marka Hamilla na srebrny ekran. Nie jest to wprawdzie ten Luke Skywalker, którego pamiętacie z "Epizodów IV-VI", ale to nie szkodzi - jest dzięki temu bardziej interesujący.

"Ostatni Jedi", podobnie zresztą jak niedawny "Thor: Ragnarok" jest bardzo uczciwy, jeśli chodzi o trailer. Film jest stylistycznie i wizualnie dokładnie taki, na jaki się zapowiada. Wspaniale się go ogląda. Cóż za bogactwo kosmicznej fauny i niezwykłych, kolorowych statków i miejsc! I ta przygoda, ta mistyka, to tempo, ten humor (dla przykładu początkowa scena Poe/Hux - prawdziwe mistrzostwo), ta gra aktorska i - na przekór dramatycznym wydarzeniom na ekranie - niezwykły optymizm i spokój ducha, bijący z tej historii! To są "Gwiezdne Wojny" na jakie czekałem, jakie kochałem i zawsze będę kochał. Dziękuję.

P.S. Ten film to również wspaniałe pożegnanie z przedwcześnie zmarłą Carrie Fisher. Łza się w oku kręci. Cytując Maxa von Sydowa z "Epizodu VII": To me, she's royalty.

Wniosek: Fantastyczne kino przygodowe. Bardzo dobre jako film sam w sobie!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger