"Saving Private Ryan" ("Szeregowiec Ryan")

"Saving Private Ryan" ("Szeregowiec Ryan")

O czym to jest: Grupa amerykańskich wojaków ratuje szeregowca zagubionego we Francji.

szeregowiec ryan film recenzja tom hanks steven spielberg matt damon

Recenzja filmu:

Przy okazji ostatniego seansu "Kompanii Braci" i "Pacyfiku" postanowiłem sięgnąć do filmu, od którego się wszystko zaczęło. "Szeregowiec Ryan" wynalazł na nowo kino wojenne - po raz pierwszy na taką skalę zastosowano nowatorską, wiarygodną scenografię, niekonwencjonalne ujęcia kamery, a także naturalizm i sceny akcji rodem z pierwszoligowych strzelanek. To też wyjaśnia, dlaczego mimo upływu lat ten film w ogóle się nie starzeje - po prostu wszystkie współczesne produkcje kręci się dokładnie w ten sam sposób.

To jeden z najlepszych filmów Stevena Spielberga i jedna z najlepszych ról Toma Hanksa. W ogóle ciężko zliczyć nazwiska wszystkich gwiazd, jakie przewinęły się przez plan zdjęciowy (choć dla porządku zaznaczę, że wielu z tych aktorów w 1998 roku nie było jeszcze zbyt znanych). Do dziś zresztą odkrywam kolejne nazwiska i ciekawostki - choćby to, że postaci pyskatego szeregowca Reibena nie zagrał wcale Ben Affleck (jak myślałem przez wiele lat), a jego sobowtór Edward Burns. Wiecie na przykład, że pojawiają się tu np. Heisenberg z "Breaking Bad" i kapitan Mal z "Firefly"? A także Russell z "CSI" i tytułowy "Riddick" we własnej, łysej osobie? Ten film to prawdziwa kopalnia ciekawostek!

Scena lądowania na plażach Normandii jest chyba nie do przebicia, jeśli chodzi o ekranizację tego wydarzenia. Czasem produkcja kinowa dochodzi do maksymalnego pułapu, w którym nie da się już nic poprawić - tak właśnie było w tym przypadku. A końcowa obrona mostu przed Niemcami do dziś zrzuca widza z krzesła, mimo upływu tylu lat! Oczywiście krytyczny widz zawsze się do czegoś przyczepi - a to do wpadek montażowych (jest ich parę), a to zbytniego eksponowania powiewającego gwiaździstego sztandaru i kultu amerykańskiej siły ducha. Ale w końcu to film "ku pokrzepieniu serc" - każdy naród wypuszcza takie produkcje. Pozostaje tylko marzyć, by choć część z nich była nakręcona tak dobrze, jak "Szeregowiec Ryan".

Wniosek: Doskonałe kino wojenne.


"Balibo" ("Pięciu z Balibo")

"Balibo" ("Pięciu z Balibo")

O czym to jest: Grupa australijskich dziennikarzy jest świadkiem inwazji Indonezji na Timor Wschodni.

pięciu z balibo film recenzja oscar isaac

Recenzja filmu:

Wiem, że się powtarzam, ale naprawdę polecam śledzić karierę Oscara Isaaca. Niewielu jest aktorów, którzy z takim smakiem dobierają role, i nie licząc pojedynczych przypadków (jak np. "Robin Hood"), nie występują w kiepskich filmach. Właśnie dzięki Isaacowi (który gra tu autentyczną postać laureata Pokojowej Nagrody Nobla, José Ramosa-Horty), trafiłem na "Balibo". I nie żałuję ani minuty spędzonej przed ekranem.

Ale to nie Oscar Isaac jest tu głównym aktorem i centrum historii. Czy ktoś z was słyszał historię inwazji i okupacji Timoru Wschodniego przez Indonezję, która miała miejsce w 1975 roku? Mogę się założyć, że prócz nielicznych miłośników historii i nauk politycznych, mało kto nawet wie, czym jest Timor Wschodni. Tymczasem warto pamiętać o tym małym wyspiarskim państwie, które w latach 70. zostało sprzedane na łaskę Indonezji w imię "walki z komunizmem". Efektem było 80 tysięcy zabitych aż do 1999 roku, kiedy to Timor odzyskał niepodległość. Jednymi z pierwszych ofiar Indonezyjczyków byli młodzi australijscy dziennikarze, znani od tej pory jako "Balibo Five". Zrobili co w ich mocy, by pokazać światu tragedię Timorczyków. To o ich bohaterstwie i o próbie wyjaśnienia ich losu opowiada ta historia.

"Balibo" nakręcone jest niczym dokument - stylizowane na lata 70. zdjęcia (z odpowiednim filtrem kolorystycznym) przeplatają się z autentycznymi ujęciami z 1975 roku. Aktorzy zachowują się naturalnie i wiarygodnie, tworząc pełnokrwiste postacie bez śladu fałszu (prym wiedzie Anthony LaPaglia w prawdziwej roli Rogera Easta, zasłużonego australijskiego dziennikarza). Dzięki temu film ogląda się niemal z zapartym tchem. "Balibo" to kolejna perełka australijskiej kinematografii - szkoda tylko, że tak mało znana. To jedna z tych produkcji, którą powinno się znać, a może i oglądać obowiązkowo na humanistycznych kierunkach studiów. Polecam bardzo.

Wniosek: Bardzo dobry, poruszający film. I na dodatek prawdziwy.


"Independence Day" ("Dzień Niepodległości")

"Independence Day" ("Dzień Niepodległości")

O czym to jest: Kosmity atakować Ziemia!

dzień niepodległości film recenzja will smith bull pulman jeff goldblum

Recenzja filmu:

Kto by się spodziewał, że ten film stanie się kiedyś kultowym? Teoretycznie to prosta historyjka o paskudnych kosmitach, którzy byli na tyle głupi, by zaatakować najpotężniejsze super-hiper-turbo-państwo na świecie (czyt. USA), gdzie króluje wolność, powiewa gwiaździsty sztandar, a hart ducha zawsze prowadzi do triumfu Ameryki. A jednak, mimo potwornie ogranych, czerstwych klisz i zwrotów fabuły, "Dzień Niepodległości" każe mi do siebie wracać raz za razem!

Oczywiście mnóstwo rzeczy mi się tu nie podoba. Denerwuje mnie Will Smith i jego głupawe miny, żenuje pomysł na wszczepienie ufokom wirusa do komputera, a przy mowie Prezydenta USA (skądinąd samej w sobie kultowej) płaczę ze śmiechu, oglądając salutujących kukurydzianych rednecków, wymachujących karabinami na wiwat. Podejrzewam więc, że to inne elementy powodują, że nadal miło ogląda mi się ten film, choć znam w nim już każde ujęcie. Jeff Goldblum w każdej scenie jest przekomiczny, zwłaszcza w duecie z zrzędzącym ojcem. Bill Pulman jest jednym z najfajniejszych filmowych Prezydentów w historii Hollywood, a sceny destrukcji miast, a potem bitew lotniczych z ufokami, do dziś wyglądają świeżo i przekonująco (a to dzięki zastosowaniu dużej ilości miniatur i makiet zamiast efektów komputerowych - pamiętajcie, modele nigdy się nie zestarzeją!). Można wiele mówić o talencie reżyserskim Rolanda Emmericha, ale jedno jest pewne: nikt tak pięknie nie niszczy Statuy Wolności jak on.

W zalewie smutnej rzeczywistości i równie smutnych, depresyjnych filmów, warto znaleźć jakieś pocieszenie w prostym kinie lat 90., gdy Ameryka zawsze wygrywała. I choć będziemy się śmiać z głupot "Dnia Niepodległości" jeszcze przez wiele lat, jedno jest pewne - nadal będziemy go oglądać i ubóstwiać. A to czyni z niego film kultowy.

Wniosek: Kultowa, choć naiwna historyjka. Wciąż dostarcza rozrywki!


<<< Sprawdź kolejność serii "Dzień Niepodległości"! >>>


"Rambo" ("John Rambo")

"Rambo" ("John Rambo")

O czym to jest: Rambo rozwala złych gości w Birmie.

john rambo film recenzja sylvester stallone birma

Recenzja filmu:

Podobnie jak większość dzieci epoki kaset wideo, wychowałem się na takich filmach jak "First Blood". Wielcy, niezniszczalni herosi, pokotem kładący złych gości przy użyciu karabinów z niekończącą się amunicją, są symbolem kina klasy B lat 80. Chyba nikt nie spodziewał się, że trylogia o przygodach Johna Rambo (drugiej po "Rocky'm" wiekopomnej roli Sylvestra Stallone'a) przerodzi się w kwadrologię. A tymczasem nieoczekiwanie "Rambo" stanowi nie tylko doskonałe zamknięcie i podsumowanie tej historii, ale jest też jednym z najlepszych filmów tego typu.

W tej opowieści John Rambo, już podstarzały i zmęczony życiem, wybiera się na swoją ostatnią misję, by uratować chrześcijańskich misjonarzy w Birmie. Co istotne, "Rambo" porusza w ten sposób tragiczny los zapomnianych przez świat chrześcijańskich Karenów, po dziś dzień masakrowanych w Birmie przez trzymających władzę buddyjskich Bamarów. I jak na film akcji przystało, nie stroni od krwawych i naturalistycznych scen tortur, efektownego zabijania złych ludzi i sporej dozy pirotechniki. Jest nawet miejsce dla kultowej ekipy najemników, w której prym wiedzie złorzeczący zabijaka (rewelacyjny Graham McTavish, którego znacie jako Dwalina z "Hobbita") i sympatyczny młody snajper (identyczną postać możecie spotkać w "The Expendables 2"). Nie liczcie oczywiście na zbyt głęboką treść - bo choć film porusza ważny temat losu Karenów, jest tak naprawdę pospolitą strzelanką. Ale za to świetnie nakręconą!

Można śmiało powiedzieć, że po prawie trzydziestu latach na ekranie historia Johna Rambo zatoczyła pełen krąg. Czy oznacza to, że kiedykolwiek powstanie "Rambo 5"? Osobiście odnoszę wrażenie, że jest to już niepotrzebne. Ale jeśli Sylvester Stallone będzie w stanie dołożyć do tej historii coś świeżego, to jestem na tak!

Wniosek: Jedna z najlepszych części cyklu. Na pewno najbardziej realistyczna.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Rambo"! >>>


"Shallow Grave" ("Płytki Grób")

"Shallow Grave" ("Płytki Grób")

O czym to jest: Trójka przyjaciół wikła się w serię morderstw z wielką kasą w tle.

płytki grób film recenzja ewan mcgregor

Recenzja filmu:

Trochę absurdalnego, wisielczego humoru to zawsze dobry pomysł na film, prawda? Właśnie taki jest "Shallow Grave" - to wciągający i makabrycznie zabawny kryminał o trójce przeciętnych Brytyjczyków, którzy postanawiają zagarnąć walizkę pełną gotówki. Od tej pory zaczyna się wielki wyścig z własnym sumieniem, gangsterami i policją, w którym może być tylko jeden zwycięzca...

To debiut reżyserski Danny'ego Boyle'a, autora kultowego "Trainspotting". To również druga w historii rola młodego jeszcze Ewana McGregora. Ale to nie on jest tu największą gwiazdą. Laury wędrują w stronę Christophera Ecclestona (nerdy znają go najbardziej jako dziewiątego "Doktora Who"), który rolą popadającego w szaleństwo nudnego księgowego zawojował ten film. Jeśli lubicie dobre, psychodeliczne kryminały, to "Shallow Grave" jest w sam raz. Ponadto widz z mojego pokolenia znajdzie frajdę w widoku wczesnych lat 90., gdy świat stał u progu wielkiego skoku technologicznego.

Jeśli istnieje takie określenie jak "kino brytyjskie", to ten film jest jego klasycznym przejawem. Być może w roku 2016 wydaje się nieco zakurzony, ale nie dajcie się zwieść. Dobre kino nigdy się nie starzeje.

Wniosek: Niezły thriller z nutką brytyjskiego absurdu.


"House of Flying Daggers" ("Dom Latających Sztyletów")

"House of Flying Daggers" ("Dom Latających Sztyletów")

O czym to jest: Miłosny trójkąt w starożytnych Chinach.

dom latających sztyletów film recenzja wuxia

Recenzja filmu:

"Dom Latających Sztyletów" to jeden z najpopularniejszych filmów ze współczesnej odmiany kina klasy wuxia. Piękne kobiety i mężczyźni walczący techniką wushu, skakanie po drzewach, bieganie po wodzie, latanie w powietrzu, a do tego taniec, śpiew, piękne kostiumy... Brzmi znajomo? Mogę się założyć, że widzieliście przynajmniej jeden taki film!

Obawiam się jednak, że jeśli chcecie obejrzeć dobre kino tego rodzaju, to lepiej sięgnijcie po inny obraz. No chyba że lubicie romanse, to wtedy śmiało. "Dom Latających Sztyletów" to zwykłe romansidło, tyle że ubrane w starochińskie piórka. Mamy tu skomplikowaną relację miłosną między niewidomą wojowniczką, a dwójką oficerów, którzy starają się ją pojmać. W tle sporo scen akcji, ale równie sporo płaczu, wyznawania sobie uczuć i turlania się po łące w miłosnych uniesieniach. Muszę przyznać, że na dłuższą metę było to nieco męczące - zwłaszcza w ostatniej scenie, która swoją niemiłosierną długością przypominała finał z "Dobry, Zły i Brzydki"

Zastanawiałem się przez cały film, skąd w Chinach swojskie buki i sosny - wszystko się wyjaśniło na napisach końcowych, bowiem jak się okazało film był kręcony w ukraińskich Karpatach. Zatem jeśli liczycie na piękne chińskie widoki przyrodnicze, to niestety tu ich nie znajdziecie (nie licząc bambusowego lasu). Trzeba też wspomnieć o sporej dozie błędów logicznych i dziur w fabule, ale zrzucam to na karb kiepskiego montażu. Oczywiście czasem do rozrywki wystarczy po prostu trochę nieziemskiej nawalanki, więc pod tym względem "Dom Latających Sztyletów" może być satysfakcjonujący. Ale ja osobiście potrzebuję czegoś więcej, zatem raczej do tego filmu więcej nie wrócę.

Wniosek: Nudne romansidło, ale ciekawe wizualnie.


"Warcraft" ("Warcraft: Początek")

"Warcraft" ("Warcraft: Początek")

O czym to jest: Orkowie dokonują inwazji na świat ludzi.

warcraft początek film recenzja travis fimmel

Recenzja filmu:

Przy którejś okazji wspominałem, że każde medium ma inne tempo. Książka, film czy gra komputerowa różnią się sposobem narracji i rozłożeniem akcentów w fabule. Jeśli ktoś próbuje np. zekranizować film jak książkę, wychodzi mu dzieło nieco nieczytelne (np. "Child 44"). To jest właśnie problem "Warcrafta", stworzonego - jak stwierdził reżyser - pod oczekiwania graczy najpopularniejszego uniwersum MMORPG w historii kina. Kinowy "Warcraft" to nie film, a po prostu gra komputerowa.

Dlatego też, niestety, wyszedł z niego marny obraz. Oczywiście nie jest to szmira, gdyż kilka fajnych elementów ratuje końcowe wrażenie na tyle, by nie domagać się zwrotu za bilety. Obawiam się jednak, że dwie godziny przed ekranem zapiszą się w mojej pamięci jako stracony czas. Uczciwie pochwalę np. wykreowanie uniwersum (zwłaszcza kulturę orków), a także pokazanie magii na ekranie (świecące oczy i błękitne promienie wypadły świetnie!). Jednak cała reszta to chaos, marne efekty specjalne i słaba gra aktorska. Wystarczy spojrzeć na obsadę by dostrzec sporo twarzy znanych z seriali, a nie filmów, co już powinno dać do myślenia (serialowi aktorzy - jako zazwyczaj mniej zdolni - są po prostu tańsi). Głównym bohaterem jest Travis Fimmel, a więc Ragnar z "Wikingów", w roli Lothara (choć wygląda tak samo jak we wspomnianym serialu, wliczając jego znak rozpoznawczy, a więc bose stopy). Wprawne oko fana dostrzegło tu także Henry'ego z "Sanctuary" i Leobena z "Battlestar Galactica", ale to tyle ze znanych mordek. Największym rozczarowaniem była dla mnie Paula Patton w roli pół-orczycy, która sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz zwymiotować na ekranie. Jeśli dorzucimy do tego całkowicie bezpłciowego króla, balansującą na krawędzi upiornego fanatyzmu królową i nudnego młodego maga, wychodzi z tego zakalec. Bronią się orki (zwłaszcza Durotan), jednak nędzna animacja komputerowa czyni z nich postacie nierzeczywiste, z którymi trudno się utożsamić. Kochani twórcy filmowi (na czele z George'm Lucasem), zapamiętajcie sobie raz a dobrze: im więcej green screena i CGI, tym gorzej dla filmu! No chyba że potraficie to wykorzystać tak, jak kiedyś Zack Snyder w "300".

Jako fantasy "Warcraft" wypada nadzwyczaj przeciętnie. Niemniej gracze będą zachwyceni - ten film to praktycznie przewodnik po ich ukochanym uniwersum, a także częściowe odtworzenie fabuły pierwszej gry z cyklu. Podejrzewam więc, że nadmiar postaci i lokalizacji, który dla zwykłego widza jest wadą, dla zapalonego gracza będzie największą zaletą. Cóż, każdemu według potrzeb, ale jeśli ocenimy "Warcrafta" wyłącznie w kategoriach filmowych, będziemy rozczarowani. Ale kto wie, może jednak powstaną kontynuacje i innemu reżyserowi pójdzie lepiej...

Wniosek: Słabe, ale graczom się spodoba.


"Arizona Dream"

"Arizona Dream"

O czym to jest: Młody chłopak wikła się w miłosny trójkąt na amerykańskiej prowincji.

arizona dream film recenzja johnny depp emir kusturica bregovic

Recenzja filmu:

Widziałem w życiu filmy bardziej psychodeliczne od "Arizona Dream", choć niewiele ich się znajdzie. Kultowa produkcja z 1993 roku to jeden z najlepszych filmów serbskiego reżysera Emira Kusturicy. Trudno stwierdzić czy jest to (w założeniu) realistyczna opowieść, czy może surrealizm w czystej postaci, w którym wszystko może się zdarzyć, a fabuła jest - jak wskazuje tytuł - jednym wielkim snem.

To jeden z filmów ze "wczesnym" Johnnym Deppem, choć nie on jest w nim największą gwiazdą. "Arizona Dream" dała światu wybitną rolę Faye Dunaway jako sfrustrowanej i znerwicowanej wdowy, marzącej o tym by latać w przestworzach. Jej odbiciem jest wyzwolona pasierbica, spędzająca czas na grze na akordeonie i opiece nad żółwiami. Wokół tego zwariowanego duetu wirują stojący u progu życia młodziutki Johnny Depp, jego kuzyn chcący zostać wielkim aktorem, a także wujek prowadzący salon cadillaców. Dorzućmy do tego kotła sporą dozę psychodelicznej muzyki Gorana Bregovića, opowieść o Eskimosach i dryfującego po niebie halibuta, a także onirystyczne sekwencje z cadillacami w tle, a mniej więcej będziecie mieć obraz "Arizona Dream"

Trudno zakwalifikować ten film jako zły lub dobry, bo prawdziwa sztuka wymyka się tym etykietom. Jest to z całą pewnością filmowe wydarzenie na skalę światowej kinematografii, a jak to ze sztuką bywa, jednemu będzie się podobać, a drugiemu zupełnie nie. Niemniej naprawdę powinno się go znać.

Wniosek: Poryte, psychodeliczne, magiczne kino.


"August: Osage County" ("Sierpień w Hrabstwie Osage")

"August: Osage County" ("Sierpień w Hrabstwie Osage")

O czym to jest: Trzy córki po latach przyjeżdżają do rodzinnego domu.

sierpień w hrabstwie osage film recenzja meryl streep julia roberts

Recenzja filmu:

"Sierpień w Hrabstwie Osage" to kolejny z filmów, na które nie dotarłem do kina, ale to nie szkodzi. Wolę tego typu dramaty obyczajowe obejrzeć w domowym zaciszu, gdzie mogę skupić się na treści i przeżywać ją po swojemu, bez chrząkających i szeleszczących widzów dookoła. A uwierzcie mi, że jest to film, który dociera głęboko do korzeni duszy i porusza najczulsze struny. Trudno się dziwić, skoro jest oparty na sztuce teatralnej nagrodzonej Pulitzerem...

Najważniejsze pytanie, jakie zadaje ta produkcja brzmi: czym współcześnie jest rodzina? Centrum grawitacji, jednoczącym ludzi mimo czasem skrajnie odmiennych charakterów? A może, jak twierdzi jedna z bohaterek filmu, grupą obcych sobie osób przypadkowo połączonych wspólnymi genami? Wielu z was zapewne wie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. A gdy dorastamy, wiele spośród dziecinnych wyobrażeń i ideałów musi się twardo zderzyć z rzeczywistością. W "August: Osage County" mamy do czynienia z trzema siostrami, które przyjeżdżają do rodzinnej Oklahomy na pogrzeb ojca. Jest wśród nich złamana przez życie zgorzkniała prymuska, cicha i marząca o księciu na białym koniu szara myszka, a także rozwiązła i głupiutka paniusia z Miami. Na miejscu czeka na nich chora na raka, złośliwa matka, a także rozplotkowana ciotka i cała masa chłopaków, mężów, wujków i innego kuzynostwa. Podczas tych paru dni wyjdą na jaw rodzinne sekrety, wstydliwe tajemnice, a także dawne urazy i krzywdy. Któż z nas tego nie przeżył? Pod tym względem polecam ten film dla dorosłych widzów, którzy już nieco zaznali życia. Kto wie, może pomoże im rozwiązać własne, rodzinne problemy?

Pod względem obsady to produkcja wybitna. Trudno wymienić wszystkich znaczących aktorów, jacy tu się pojawili, ale na mnie najbardziej piorunujące wrażenie wywarła Meryl Streep. To jedna z najlepszych żeńskich ról jakie widziałem w historii kina! Nic dziwnego, że Streep jako aktorka otrzymała najwięcej nominacji do Oscarów w historii. To prawdziwa Królowa Srebrnego Ekranu, bez dwóch zdań! Choć warto też zauważyć, że Julii Roberts niedaleko do jej talentu, a akurat w tym filmie była równie rewelacyjna. Z kolei miłośników męskich ról na pewno ucieszą McGregor i Cumberbatch (co ciekawe wspomniana dwójka Brytyjczyków bardzo wiarygodnie wypada w rolach rodowitych Amerykanów). 

Polecam i to zdecydowanie. Dałbym dużo, żeby obejrzeć oryginalną sztukę na deskach teatru - ale przynajmniej mam ten film. Choć nie wiem, czy znajdę w sobie kiedyś dość sił, by obejrzeć go znowu.

Wniosek: Film doskonały i prawdziwy do bólu.


"The Nice Guys" ("Nice Guys - Równi Goście")

"The Nice Guys" ("Nice Guys - Równi Goście")

O czym to jest: Przygody dwóch najgorszych prywatnych detektywów w historii.

równi goście film recenzja ryan gosling russell crowe shane black

Recenzja filmu:

Shane Black jest w Hollywood prawdziwą legendą. W mojej głowie na zawsze pozostanie Hawkinsem z "Predatora", ale miłośnicy kina powinni go znać jako twórcę takich kultowych produkcji jak "Zabójcza Broń", "Ostatni Skaut" czy "Długi Pocałunek na Dobranoc". Co istotne, Black był pierwszym scenarzystą w historii, który otrzymał za jeden film ponad milion dolarów! Dlatego nietrudno się dziwić, że z dużym zainteresowaniem wybrałem się na jego najnowszą produkcję - "The Nice Guys".

Tęskniliście za klasyczną komedią rodem z lat 90., gdzie dwóch policjantów/detektywów łapie bandziorów? No to macie co chcieliście! Black zabiera nas w sentymentalną podróż do czasów, gdzie poczucie humoru i odrobina szczęścia pozwalały wyjść cało z każdej opresji, a dobro zawsze triumfowało. "The Nice Guys" nawet nie udają, że chcą być czymkolwiek więcej jak prostą sensacyjną przygodą. I muszę przyznać, że Crowe i Gosling (a zwłaszcza Gosling!) stworzyli świetną mieszankę luzu i tego rodzaju chemii, która przyciąga do kina. Ogląda się ich naprawdę przyjemnie, a widownia nagradza ich ekranowe wyczyny regularnymi salwami śmiechu. I o to chodzi!

Wspaniałym zabiegiem było umiejscowienie filmu w latach 70. w Los Angeles. Wygląda na to, że epoka disco na powrót robi się modna! Aż czuć było zapach unoszącej się w powietrzu marihuany i LSD. Ale pomimo wszystkich tych zalet "The Nice Guys" nie jest i raczej nie będzie produkcją kultową. Choć nie brakuje tu wirtuozerii dialogów i świetnych gagów, to cała fabuła jest zbyt zagmatwana jak na tego rodzaju kino. Wygląda to trochę tak, jakby Black nie za bardzo wiedział co pokazać, ale za to wiedział jak to zrobić. Ale szczerze - mi to wystarcza!

To dobrze, że współczesne kino nie zapomniało, że film ma od czasu do czasu po prostu bawić widza. I to nawet takiego bardziej doświadczonego. "The Nice Guys" to dobry pomysł na fajny wieczór!

Wniosek: Klasyczna komedia sensacyjna w starym stylu. Choć nieco kulawa fabularnie.


"Alice Through the Looking Glass" ("Alicja po Drugiej Stronie Lustra")

"Alice Through the Looking Glass" ("Alicja po Drugiej Stronie Lustra")

O czym to jest: Alicja powraca do Krainy Czarów, by ratować Kapelusznika.

alicja po drugiej stronie lustra film recenzja johnny depp

Recenzja filmu:

Rzadko się zdarza, by sequel był lepszy niż oryginał, prawda? A jednak! Wiem, że chwaląc drugą część "Alicji" idę pod prąd większości widzów, ale co ja poradzę... Serio uważam że Tim Burton, który popełnił "Alicję w Krainie Czarów", jest przereklamowany i dość wtórny! Na szczęście w tym filmie zadowolił się rolą producenta, oddając stery w ręce autora kinowych "Muppetów". I choć "Alicja po Drugiej Stronie Lustra" nie opiera się już na treści książek Lewisa Carrolla, to i tak stanowi świetną rozrywkę!

Od samego początku miałem skojarzenia z filmem "Hugo", zapewne głównie przez zegarowe zębatki, romans ze stylistyką steampunku no i Sachę Barona Cohena. Nie brakowało też nawiązań do kultowego wśród nerdów "Sucker Punch", głównie dzięki sekwencji w wariatkowie (zresztą zobaczcie trailer poniżej - jako żywo właśnie z tego filmu!). Ale mimo tych stylistycznych zapożyczeń i wizualnej powtórki z pierwszej części, nowa "Alicja" to zupełnie świeża, choć prosta przygoda. Oto Alicja powraca do Krainy Czarów, by odnaleźć zaginioną rodzinę Kapelusznika, i tym samym uratować go przed śmiercią z rozpaczy. W tym celu udaje się do siedziby Czasu (znakomity jak zawsze Cohen), by ukraść mu wehikuł i cofnąć się w przeszłość. 

Jak się możecie domyśleć, większość filmu to klasyczne poznawanie znanych bohaterów w młodzieńczym wieku. Zobaczymy chociażby początki konfliktu Białej i Czerwonej Królowej, a także więcej zakątków Krainy Czarów. Ale ten film to głównie historia o Kapeluszniku, jak zwykle solidnie zagranym przez Johnny'ego Deppa. Na szczęście samej Alicji jest równie dużo, i choć Mia Wasikowska nie polepszyła swojego talentu aktorskiego, to poszło jej całkiem nieźle. A otwierająca film morska sekwencja jest po prostu wyśmienita! Cieszę się, że do "Alicji" powróciła cała ekipa z pierwszej części (w mniej lub bardziej aktywny sposób), wliczając w to już osoby zmarłe (pośmiertny głos Alana Rickmana...), dzięki czemu sequel można oglądać w zespoleniu z oryginałem, ani na chwilę nie tracąc przy tym ducha przygody.

To zabawna, bystra i przyjemna bajka. Niektórzy mogą ją uznać za zbyt wtórną i pozbawioną absurdu oryginału, ale to dla mnie nie jest wadą. Wręcz przeciwnie, nowa "Alicja" znacznie bardziej do mnie przemawia niż np. "Kopciuszek", że już nie wspomnę o tragicznej ekranizacji "Królewny Śnieżki". Dobry film i dla starszych, i dla młodszych!

Wniosek: Lepsze niż pierwsza część! Świetna bajka!


<<< Sprawdź kolejność oglądania przygód Alicji! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger