lutego 03, 2015

"Hiszpanka"

O czym to jest: Ezoteryczna wersja wydarzeń dotyczących Powstania Wielkopolskiego.

recenzja filmu hiszpanka gierszał powstanie wielkopolskie

Recenzja filmu:

Jestem zrozpaczony. Naprawdę. Po obejrzeniu takich filmów jak "Bogowie" czy "Miasto 44" naprawdę uwierzyłem, że polskie kino po latach doczekało się renesansu. Że nadszedł czas dzieł na światowym poziomie, kręconych odważnie, bez kompleksów, bez ciężkiej martyrologii i drewnianego aktorstwa. "Hiszpanka" zapowiadała się właśnie na coś takiego, swoistą polską odpowiedź na "Grand Budapest Hotel" i to jeszcze w mało oklepanych, a przez to atrakcyjnych realiach początków II RP (w tym wypadku Powstania Wielkopolskiego). Ba, nawet zwiastun obiecywał nam kino lekko surrealistyczne, trochę przypominające dzieła Terry'ego Gilliama. A tymczasem...

Siedząc w kinie od pierwszego aż do ostatniego ujęcia w głowie słyszałem jedynie Inżyniera Mamonia z "Rejsu", mówiącego: A polski aktor, proszę pana... To jest pustka... Pustka, proszę pana... Nic! Absolutnie nic. Załóżmy, proszę pana. Że jak polski aktor, proszę pana... Gra, nie? Widziałem taką scenę kiedyś... Na przykład, no ja wiem? Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana, zapala papierosa... I proszę pana patrzy tak: w prawo... Potem patrzy w lewo... Prosto... I nic... Dłużyzna proszę pana... To jest dłużyzna, proszę pana. Dłużyzna... Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie... Pan rozumie... I tak patrzę sobie... Siedzę se w kinie proszę pana... Normalnie... Patrzę, patrzę na to... No i aż mi się chce wyjść z... kina, proszę pana... I wychodzę...

I żałuję, że tego nie zrobiłem (choć sporo osób tak, co rusz ktoś wstawał z fotela i wychodził klnąc pod nosem). Przyznaję, film jest wizualnie świetny. Scenografia i kostiumy to poziom zdecydowanie światowy, efekty również bardzo solidne, zdjęcia intrygujące. I to tyle plusów. "Hiszpanka" to wspaniała, uroczo piękna katastrofa. Szmira do sześcianu, gorsza nawet od "Bitwy Warszawskiej", gdzie przynajmniej można było się pośmiać z Nataszy Urbańskiej. Otrzymaliśmy pseudo-psychologiczną breję udającą kino wysokich lotów, zagraną z typowo polską, drewnianą manierą aktorską, okropnie udźwiękowioną (połowa kwestii była mamrotana, a nie mówiona), nielogiczną, niestrawną, na pół bawiącą się konwencją, a na pół śmiertelnie poważną i dosadną w ten toporny, polsko-niby-patriotyczny sposób. Oczywiście twórcy filmu odpowiadają klasycznym argumentem, że "jak się nie podobało, toś za głupi, by to zrozumieć". No świetnie po prostu. A tak się składa, że byłem jedną z dwóch osób (!) na pełnej ludzi sali, która złapała dowcip dotyczący kwestii "Słoń, a sprawa polska", a także chyba wszystkie nawiązania historyczne i literackie. Więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć: "Hiszpanka" to gniot.

Oczywiście da się z tego szamba wyłowić przyzwoite elementy. Jedyną fajną postacią na ekranie jest Jan Peszek w roli pozytywistycznego kapitalisty Ceglarskiego (skojarzenia z Hipolitem Cegielskim zamierzone). Jakub Gierszał w roli jego syna wygląda jak młody DiCaprio z "Titanica", ale gdzież mu tam do talentu Leonarda. Główny czarny charakter Dr. Abuse to zmarnowany potencjał - niemiłosiernie wydłużone sceny i powtarzanie w kółko tych samych linii dialogowych może i sprawdza się na deskach teatru, ale na pewno nie na ekranie, zarzynając jakiekolwiek zainteresowanie postacią. Jako widzowie czujemy się robieni w durniów. Film przede wszystkim nie odpowiada nam na pytanie: dlaczego przyjazd Paderewskiego do Poznania był taki ważny? Co on znaczył dla ówczesnych Wielkopolan? Jako absolwent politologii wiem to ze studiów, ale większość społeczeństwa raczej nie ma o tym pojęcia (a szkoda, bo mogłaby się dowiedzieć). Ponadto nie wiemy, kim była i co właściwie robiła na ekranie połowa bohaterów. O co chodziło z pierścionkiem? W jaki sposób niemiecki czarownik wydostał się z zaklętej kajuty? I w końcu po jaką cholerę w ostatniej scenie na ekranie pojawia się Fantomas, śpiewający piosenkę o jojo???

Wiem, że reżyser próbował oddać ducha tamtych czasów: fascynację ezoteryką, przepych, burleskę i klimat kapitalistycznej dekadencji. Ale znam wiele filmów (znacznie mniej szumnie reklamowanych), którym poszło w tej materii o wiele lepiej. "Hiszpanka" to po prostu niewypał. W każdym aspekcie.

Wniosek: Szmira do sześcianu. Śliczna, kolorowa, artystycznie piękna szmira.


2 komentarze:

  1. Szmira? Oj chyba lekka przesada - są gusta i guściki. Mnie np. Hiszpanka przypadła do gustu clkwicie - ipodejrzewam, że każdemu, kto uwielbia teatr równie jak ja - ma podobne zdanie. Oczywiście jest kilka minusów, ale i sporo plusów, o których się nie mówi tak głośno jak o negatywach? Czemu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że winne są oczekiwania. "Hiszpanka" była reklamowana - jak głosi plakat - jako arcydzieło roku. Wiadomo, że w takiej sytuacji widzowie rzeczywiście chcą czegoś wybitnego. Czegoś, co trafi w gusta masowego widza. A tymczasem ludzie podczas seansu wychodzili z kina... Też kocham teatr i jestem przekonany, że gdybym zobaczył takie wydarzenie na deskach sceny, byłbym zadowolony. Ale na ekranie to się po prostu nie sprawdza...

      Usuń

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger