marca 30, 2017

"Ghost in the Shell" [2017]

O czym to jest: Cyborg tropi hakera dusz w mieście przyszłości.


Oryginalne anime "Ghost in the Shell" z 1995 roku miało wprawdzie swoje wady, ale z całą pewnością nie było dziełem, obok którego można przejść obojętnie. Prócz powalającej animacji stanowiło prawdziwy gejzer metafizyki i głębokiej filozofii, zmuszającej widza do refleksji na temat istoty człowieczeństwa i technologicznego postępu. Dlatego wiedziałem, że nakręcenie dobrej fabularnej wersji będzie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

Mimo wszystko jestem w miarę zadowolony z efektu końcowego. Rupertowi Sandersowi, który popełnił tragiczną "Królewnę Śnieżkę i Łowcę", tym razem udało się nakręcić całkiem przyzwoity film. Miał wprawdzie ułatwione zadanie - wystarczyło przecież powtórzyć klatka po klatce najlepsze sceny z animowanej wersji - ale mimo to przyznaję, że nowe "Ghost in the Shell" ogląda się dobrze. Prawdopodobnie gdyby to była oryginalna produkcja, oceniłbym ją wyżej. Na pewno nowa wersja jest skierowana do bardziej masowego widza, świadomie porzucając lub prostując co bardziej skomplikowane wątki. Z dużych zmian warto wspomnieć, że przerobiono zarówno historię powstania głównej bohaterki, jak i zakończenie oraz wymowę filmu. Puryści będą się zżymać na taki obrót scenariusza, ale ja stoję na stanowisku, że każdy nośnik (i każda dekada) rządzi się swoimi prawami - to, co przeszło w anime w 1995 roku, niekoniecznie pasuje do filmu fabularnego w 2017 r.

Historia mniej więcej pozostała taka sama: oto w mieście przyszłości, gdzie ludzie ulepszają się poprzez wszczepy cybernetycznych implantów i stałe łącze mózgu z Internetem, pojawia się groźny haker, zdolny do przejmowania kontroli nad "duchami" (czyli duszami). Jego tropem podąża nieustępliwa Major (kobieta-robot z ludzkim mózgiem) i sprawni agenci z Sekcji 9. Niestety - i to jest mój największy zarzut - zrezygnowano z dystopijnej wizji przyszłości, która przywodziła na myśl kadry z klasyków kina SF lat 80. Nowe miasto z "Ghost in the Shell", prócz tego że pełne hologramów i robotów, niewiele się różni od współczesnej azjatyckiej metropolii. To bardziej Chicago z "Ja, Robot", niż Los Angeles z "Blade Runnera". Przyznaję że brakowało mi tego ponurego klimatu. Na szczęście zachowano najważniejsze sceny i odnośniki do oryginału - mamy zatem i epicki skok w kombinezonie mimicznym, pościg za śmieciarzem wraz z pojedynkiem na wodzie, jak i nurkowanie z meduzami. Dużo hejtu wylano na zatrudnienie Scarlett Johansson (i innych nieazjatyckich aktorów) w rolach głównych. Jednak ja będę bronił decyzji producentów, bo po pierwsze w anime też nie wszyscy byli Azjatami (choćby partner głównej bohaterki Batou), a po drugie miało to sens w fabule filmu. Johansson całkiem nieźle poradziła sobie w roli cyborga - zresztą ma spore doświadczenie w tego typu kinie akcji (starczy wymienić "Avengersów" oraz inne produkcje Marvela, jak i chociażby "Lucy"). Pozostali aktorzy również stanęli na wysokości zadania, a to mi wystarcza.

"Ghost in the Shell" mógłby być nieco lepszy w kwestii efektów specjalnych, ale też widywałem w kinie o wiele większe wpadki, więc nie będę się czepiał. To interesująca produkcja SF, zwłaszcza dla tych, którzy nie mają siły i ochoty mierzyć się z filozofią oryginalnego anime. Powinna się podobać.

Wniosek: Niezły film, ale pozbawiony głębi oryginału.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger