"Stranger Things"

"Stranger Things"

O czym to jest: W małym miasteczku znika chłopiec. Zaczynają się dziwne rzeczy.

stranger things serial recenzja winona ryder

Recenzja serialu:

Tak właściwie to nie lubię horrorów. Nie dlatego że to złe filmy, często wręcz przeciwnie - są tak dobre, że za bardzo wchodzą mi do głowy (to skutek uboczny posiadania zbyt bogatej wyobraźni). Dlatego też nie do końca byłem przekonany do "Stranger Things", które jest przerażające niczym najlepsze historie Stephena Kinga. Ale cieszę się, że się przełamałem, bo od tego serialu po prostu nie można się oderwać!

Od razu zaznaczam, że nie ma w nim nic oryginalnego. Ale paradoksalnie w tym właśnie czai się przepis na sukces. Twórcami serialu są bracia Duffer, bliźniacy urodzeni w roku 1984. To ważne, bo ich wiek wskazuje na to, że podobnie jak ja i całe moje pokolenie wychowali się na klasykach kina i telewizji lat 80. A tak się składa, że nasza generacja właśnie dorosła i wykorzystuje okazję, by przypomnieć sobie czasy beztroskiego dzieciństwa. W ten sposób powstało "Stranger Things" - Dufferowie postanowili wziąć najlepsze motywy i ograne klisze z największych hitów tamtych czasów, po czym podać je na nowo w atrakcyjnej formie. Dlatego też w serialu znajdziecie niezliczoną ilość nawiązań i zapożyczeń (tak wizualnych, jak i fabularnych) z takich produkcji jak "E.T.", "Obcy", "Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia", filmy Johna Carpentera czy też większość ekranizacji powieści Stephena Kinga. Co ciekawe, Dufferowie nie zrobili tego pierwsi, bo podobny motyw zastosowali niedawno m.in. twórcy doskonałego "Midnight Special" oraz prześmiewczej krótkometrażówki "Kung Fury". Strzał w dziesiątkę!

Co ważne, "Stranger Things" jest dobre samo w sobie. Serial jest niezwykle dojrzały pod względem scenografii, efektów specjalnych i gry aktorskiej. W umiejętny sposób dobrano ekipę aktorów z trzech pokoleń (dorosłych, nastolatków i dzieciaków). Wśród nich prym wiedzie Winona Ryder, która rolą Joyce, zdesperowanej matki starającej się odnaleźć zaginionego syna, zaliczyła brawurowy powrót do pierwszej ligi kina i telewizji. Bardzo mnie to cieszy, bo zawsze lubiłem tą aktorkę! Drugą wielką gwiazdą okazała się Millie Bobby Brown grająca Eleven - obserwujcie uważnie tą młodą damę, bo może jeszcze nieźle namieszać w nadchodzących latach. Bohaterowie "Stranger Things" są tak fajni, że widz nie może się oderwać od ich przygód, rozterek i zmagań z szalonymi naukowcami, supermocami czy potworami z innego wymiaru. A wszystko to w oparach geekowskiej popkultury i hołdu dla szczęśliwców urodzonych w latach 80. Aż chciałoby się znowu zagrać w "Dungeons & Dragons", prawda?

"Stranger Things" ma wszystkie elementy dobrane w idealnych proporcjach: horror, akcję, dramat, humor i element zaskoczenia. To doskonały serial warty całego worka nagród. Nie jest wprawdzie kultowy, bo w całości jedzie na kulcie oryginalnych produkcji z dawnych lat. Ale to nie szkodzi. Od przybytku głowa nie boli!

Wniosek: Wspaniały hołd dla klasyków lat 80. Ogląda się z zapartym tchem.


"Star Trek: Deep Space Nine" ("Star Trek: Stacja Kosmiczna")

"Star Trek: Deep Space Nine" ("Star Trek: Stacja Kosmiczna")

O czym to jest: Przygody mieszkańców stacji kosmicznej na krańcu galaktyki.

star trek stacja kosmiczna serial recenzja sisko

Recenzja serialu:

Klasyczna seria "Star Trek", rozpoczęta w 1966 roku, znalazła swoją telewizyjną kulminację w serialu "Deep Space Nine". Wprawdzie o dwa lata dłużej przeżył go "Star Trek: Voyager" (że już nie wspomnę o nadawanym obecnie "Star Trek: Discovery"), ale to przygody na tytułowej stacji kosmicznej Deep Space Nine są w moim mniemaniu kwintesencją tego, co w uniwersum "Star Treka" najlepsze, najciekawsze i najbardziej fascynujące.

Wszystkie seriale z serii "Star Trek" powtarzają ten sam schemat - przygód załogi statku kosmicznego przemierzającego galaktykę w zasadzie bez konkretnego celu (chyba, że celem nazwiemy chęć odkrywania tego, co nieznane). Nadawany do 1993 roku kultowy "Star Trek: Next Generation" tak spodobał się widowni, że zrodził zapotrzebowanie na kolejny serial przygodowy w tym uniwersum. Na szczęście producenci poszli po rozum do głowy i zamiast iść tą samą drogą, postanowili stworzyć coś nowego. Tą nowością był spin-off zatytułowany "Deep Space Nine", gdzie przygody miały miejsce na stacjonarnej stacji kosmicznej, zamiast na mobilnym statku kosmicznym. Nazywanie tej produkcji spin-offem ma mocne podstawy - większość wątków, takich jak choćby konflikt Bajoranie/Cardassianie czy rasa Ferengi, pojawiło się już w ramach przygód kapitana Picarda. Mało tego, w "Deep Space Nine" znajdziecie również sporo postaci, wcześniej obecnych na planie "The Next Generation". Nie mam więc wątpliwości, że obydwie produkcje należy traktować razem - z tą różnicą, że w moim odczuciu spin-off, choć nie tak kultowy, jest lepszy od swojego pierwowzoru.

"Deep Space Nine" bierze to co najlepsze ze "The Next Generation" - barwną załogę rozmaitych osobowości pod dowództwem mądrego kapitana, rozmaitość ras i przygód, ale osadza je w stałym kontekście. Dzięki temu widzowie mogą obserwować zarówno codzienne zmagania mieszkańców stacji kosmicznej, jak i serię konfliktów na skalę galaktyczną, z kulminacją w postaci porażającej rozmachem wojny z Dominium, ciągnącej się przez cały sezon 6 i 7. Co ważne, dodanie do wyposażenia Deep Space Nine statku U.S.S. Defiant pozwoliło twórcom na wprowadzenie bardziej mobilnych przygód, a bliskość tunelu czasoprzestrzennego łączącego z innym sektorem galaktyki na eksplorację tego, co nieznane. I to wszystko w jednym serialu! Mało tego, w "Deep Space Nine" znajdziecie również bardzo dużo wątków religijnych i metafizycznych, bardzo przypominających to, co w przyszłości fani SF zobaczą w nowej odsłonie serialu "Battlestar Galactica"

Owszem, sporo w tym serialu familijnej naiwności, romansów i głupiutkich przygód, których oglądanie jest stratą czasu. Ale warto przez to przejść dla kulminacji w postaci wspomnianej już wojny z Dominium, epickiego konfliktu z bitwami kosmicznymi na skalę rodem z "Gwiezdnych Wojen". Zapewne nie wszystkie postacie przypadną Wam do gustu (mnie np. niezmiennie irytowali Odo i O'Brien), ale zapewniam, że każdy widz znajdzie tu swojego ulubieńca - moim stał się Quark, chciwy barman i kanciarz o złotym sercu, a także Cardassianin imieniem Garak, sympatyczny krawiec i jednocześnie szpieg. A skoro już jesteśmy przy Cardassianach - należy nadmienić, że "Deep Space Nine" zaoferował wspaniałych łotrów, dla których naprawdę warto oglądać ten serial. Wśród nich prym pierwszeństwa wiedzie oczywiście Gul Dukat, ewoluujący od zbrodniarza, przez szlachetnego sojusznika aż do religijnego szaleńca. Tak dobrego czarnego charakteru nie spotkałem od czasów Scorpiusa z "Farscape"!

"Deep Space Nine" jest wspaniałą hybrydą familijnego serialu na rodzinny wieczór i wciągającej przygodówki dla fanów SF. Wszystko co dobre w takich produkcjach jak "Stargate SG-1" czy wspomniany "Battlestar Galactica", miało swoje źródło w tym  "Star Treku". Grzech nie znać.

Wniosek: Doskonały familijny serial przygodowy!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"Suburbicon"

"Suburbicon"

O czym to jest: W modelowym miasteczku lat 50. zaczyna się fala przemocy.

suburbicon film recenzja clooney coen damon moore isaac

Recenzja filmu:

Wszyscy mieli wysokie oczekiwania wobec tego filmu. Ja również. Bracia Coen jako scenarzyści, George Clooney jako reżyser, a w głównych rolach Matt Damon, Julianne Moore i Oscar Isaac. Przepis na sukces? Być może, choć niestety zabrakło paru elementów. Niemniej odsądzanie tego filmu od czci i wiary, jak chóralnie robią to papugujący po sobie krytycy, jest zdecydowaną przesadą. "Suburbicon" nie jest może arcydziełem, ale to wciąż niezła produkcja.

Lata 50. i 60. w Stanach Zjednoczonych co jakiś czas przywoływane są jako rajskie czasy, kiedy to mężczyźni chodzili w garniturach, kobiety w sukienkach i nikt nikomu nie ładował się z butami w życie prywatne. I owszem, żyło się wtedy wygodnie - ale tylko pod warunkiem, że było się białym mężczyzną w średnim wieku o dobrym statusie materialnym. "Suburbicon" znakomicie oddaje schizofrenicznego ducha tamtych czasów, gdzie zawsze złe było to co "obce", a dobre to co "nasze i znane". Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bo USA Donalda Trumpa ewidentnie wzdychają do dawnych reguł społecznych. Trudno nie dostrzec aż nadto czytelnej analogii fabuły "Suburbicon" do tego, co dzieje się na świecie chociażby w kwestii uchodźców. Rzecz jasna mam tu na myśli filmowy wątek afroamerykańskiej rodziny - kulturalnych, inteligentnych i uprzejmych ludzi, którzy natychmiast po przybyciu do tytułowego miasteczka spotykają się z dziką, zwierzęcą agresją "cywilizowanych" sąsiadów. W końcu nic tak nie podnosi ducha wspólnoty jak grupowe krzywdzenie innych ludzi, nieprawdaż?

Fabułę "Suburbicon" podzielono na dwa równoległe wątki. Jednym z nich jest wspomniana i nad wyraz aluzyjna kwestia smutnego losu "obcych" w hermetycznej społeczności, a drugim typowo coenowska, groteskowa spirala zbrodni w wykonaniu Matta Damona. Ten schemat bracia Coen stosowali już kilkukrotnie, chociażby w "Fargo" czy "No Country for Old Men", za każdym razem pokazując tragiczne skutki chciwości i słabości charakteru. Myślę, że ten dualizm wątków jest tym, co najbardziej skonfundowało recenzentów. "Suburbicon" z jednej strony próbuje być groteskowym kryminałem, a z drugiej moralizatorskim, ambitnym kinem, w konsekwencji lądując gdzieś pośrodku. Osobiście sądzę, że warto by z tego scenariusza wydzielić dwa niezależne filmy, co mogłoby przynieść lepszy efekt. 

Na koniec słowo o obsadzie. Tutaj mogę się wyrażać w samych superlatywach! Nie licząc afroamerykańskiej pary, jedyną pozytywną postacią jest tu mały chłopiec Nicky (de facto główny bohater filmu). Wszyscy pozostali - jego ojciec, ciotka, wujek, komendant policji czy sąsiedzi są mniej lub bardziej paskudni. Matt Damon zagrał znakomicie, ale jeszcze lepiej poradziła sobie Julianne Moore w podwójnej roli bliźniaczych sióstr (była tak dobra, że przez spory moment zastanawiałem się, czy na pewno to ona gra obydwie postacie!) oraz mój ulubieniec Oscar Isaac jako cwany agent ubezpieczeniowy. Obsada zdecydowanie podnosi moją ocenę filmu o jeden punkt wyżej. A widzom pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem i Clooney, i bracia Coen, poradzą sobie nieco lepiej.

Wniosek: W porządku, ale mogło być lepsze.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger