stycznia 12, 2017

"Assassin's Creed"

O czym to jest: Templariusze walczą z Asasynami o kontrolę nad ludzkimi duszami.

assassin's creed film fassbender recenzja

Recenzja filmu:

Jest jakiś problem z ekranizacjami gier komputerowych. Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj wychodzi z nich potworna kaszanka, choć materiał źródłowy teoretycznie jest wręcz idealny do przeniesienia na ekran (nie mówiąc już o tym, że współczesne animacje czy cutscenki w grach w niczym nie ustępują pełnometrażowym filmom). Ten smutny los spotkał ostatnio chociażby „Warcrafta”, a jeszcze wcześniej tragicznego „Maxa Payne’a” (co boli mnie tym bardziej, że to moja ulubiona gra). W „Assassin’s Creed” jeszcze nie grałem, ale dość dobrze się orientuję w uniwersum wspomnianej gry i jej potencjale. Tym bardziej byłem ciekaw, co zobaczę na ekranie. 

Opinie widzów zmieniły się od stanu euforii (przed premierą) do ostrego hejtu (po premierze). Odnoszę wrażenie, że sporo osób (głównie graczy) miało swoje oczekiwania, a w takim przypadku nigdy nie ma szans, by film wszystkich zadowolił. Spróbujmy zatem spojrzeć w miarę obiektywnie i rozstrzygnąć, czy jest to produkcja dobra sama w sobie. Odpowiedź brzmi - i tak, i nie. Na pewno jest wizualnie intrygująca (w końcu wyszła spod ręki twórcy „Makbeta”) i okraszona świetną ścieżką dźwiękową. I to tyle... Zasłużona krytyka spadła na nielogiczny scenariusz, brak tempa i mało porywającą fabułę. Odnosiłem wrażenie, że „Assassin’s Creed” był jednym długim wstępem, który nigdy nie rozwinął się w pełnoprawny film. To wrażenie potęguje fakt, że praktycznie żaden wątek nie został dokończony, a twórcy zostawili wszystko co dobre na ewentualny sequel. Przecież tak już się nie kręci filmów! Każda rozrywkowa produkcja powinna być zamkniętą całością z ewentualną furtką na kontynuacje. Ale w tym wypadku to nie tyle furtka, co gigantyczna brama z czerwonym dywanem! Tylko że chyba widzowie nie chcą przez nią przejść… 

A propos nielogicznego scenariusza. Zwykły widz właściwie nie miał prawa ogarnąć, o co chodzi w tym filmie. Jedyne co dało się wyciągnąć, to że źli Templariusze walczyli z dobrymi Asasynami. Ale po co? Jako miłośnik historii znam fakty i legendy o Nizarytach (czyli Asasynach właśnie), ich religii, ideologii czy chociażby mitycznym Starcu z Gór. Niestety twórcy ze wszystkich sił starali się ukryć fakt, że konflikt Templariusze/Asasyni zaistniał jako pokłosie wypraw krzyżowych na podłożu chrześcijaństwo vs. islam. A to błąd, bo bez tej wiedzy fabuła nie ma sensu! Przyznaję wprawdzie, że sama koncepcja walki o Jabłko Edenu, dające władzę nad ludzkimi umysłami, była dość intrygująca (zwłaszcza, że dano nam do zrozumienia, że Jabłko mogło pochodzić od kosmitów), ale my jako widzowie dalej nie wiemy, czemu Asasyni tak bardzo bronili Jabłka, co Templariusze tak naprawdę chcieli z nim zrobić, a także czym było wymieniane wielokrotnie Kredo Asasynów. Tak dużo pytań bez odpowiedzi, postaci bez charyzmy i efektów specjalnych bez sensu. Naprawdę można to było zrobić lepiej. 

A teraz o aktorach. Michael Fassbender jest przereklamowany. Serio. Przyznaję, że wygląda jak milion dolarów i pięknie płacze na ekranie. Ale to za mało, by z automatu uznać go za dobrego aktora! Ostatnimi laty jest na tyle popularny, że można go spotkać w kinie co najmniej kilka razy w roku. „Makbet”, „Slow West”, „X-Men: Apocalypse” – to tylko kilka przykładów z ostatniego czasu. Niestety w „Assassin’s Creed” wyszły na wierzch wszystkie jego bolączki, w tym brak werwy (czasem pasujący do roli, ale niestety nie w tym przypadku) i paskudny niemiecki akcent w kwestiach dialogowych zarówno po angielsku, jak i hiszpańsku. W pewien sposób Fassbender przypomina mi Toma Hiddlestona – on też zajmuje się głównie wyglądaniem, a nie graniem. Niestety również Marion Cotillard wypadła znacznie poniżej oczekiwań. Odnoszę wrażenie, że ta utalentowana aktorka ostatnio marnuje swój potencjał w kiepskich produkcjach, czego dowodem jest chociażby „Allied”. Co interesujące, Fassbender i Cotillard znów pojawili się tu w duecie, zupełnie jak rok temu we wspomnianym już „Makbecie”. Ale tam poszło im zdecydowanie lepiej, a przecież reżyser był ten sam. Może więc winą za wpadki w „Assassin’s Creed” należy obciążyć producentów i scenarzystów, a nie aktorów? Dobrze, że chociaż był Jeremy Irons, on przynajmniej nigdy nie zawodzi! 

Nie nazwałbym „Assassin’s Creed” filmem złym, ale też niekoniecznie bym go polecił. Może jeśli bardzo lubicie Fassbendera, masońskie teorie spiskowe albo mariaż SF z epoką mieczy i toporów, to będziecie zachwyceni. A pozostali widzowie, obawiam się, odniosą wrażenie zmarnowanego czasu.

Wniosek: Wizualnie imponujące, fabularnie kulawe.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Jest Kultowo! , Blogger