"Snowpiercer" ("Snowpiercer: Arka Przyszłości")

"Snowpiercer" ("Snowpiercer: Arka Przyszłości")

O czym to jest: Ostatni pociąg jedzie przez postapokaliptyczny świat.

arka przyszłości recenzja filmu evans swinton hurt

Recenzja filmu:

"Snowpiercer" to prawdziwe dzieło międzynarodowe. Grany (w większości) po angielsku, nakręcony przez Koreańczyków w Czechach, oparty na francuskim komiksie. Nieźle, prawda? Najnowszy owoc kina falloutowego przenosi nas do zamarzniętej rzeczywistości Ziemi-śnieżki skutej wszechobecną epoką lodowcową, gdzie jedynym co utrzymuje ludzkość przy życiu jest turbopociąg, jadący bez przerwy dookoła planety. Wśród pasażerów znajdziemy Kapitana Amerykę, Johna Hurta, Tildę Swinton, Ewena Bremnera oraz Eda Harrisa. Wow. Aż dziw, że ekran nie eksplodował od takiej ilości nazwisk!

Mamy więc garść znanych aktorów, pociąg pełen wariatów, realia postapo i co dostajemy? Całkowicie odrealnione, surrealistyczne kino z elementami lewicowej ideologii. Jakbym nie wiedział, mógłbym zgadywać w ciemno, że pomysł wyszedł od Francuzów. Wadą filmu jest wyjątkowo słaby marketing, np. beznadziejny trailer, który początkowo zniechęcił mnie do obejrzenia tej produkcji. "Snowpiercer" jest na szczęście lepszy niż jego trailer, ale wciąż mu daleko do takich arcydzieł gatunku jak np. "Droga". Jest to nawet bardziej science fiction niż fallout, choć kostiumy i charakteryzacja są pierwszorzędne. Osobiście wolę filmy mniej metaforyczne, a bardziej realistyczne, zwłaszcza jeśli chodzi o postapokalipsę. Ale doceniam metaforę pociągu jako ludzkiej cywilizacji - trzeba przyznać, że była aż nadto czytelna. 

Ogląda się to nieźle i z zainteresowaniem czeka na końcową decyzję głównego bohatera. Może i pewnych rzeczy człowiek się spodziewa, ale trudno. Techniczna biegłość filmu na szczęście rekompensuje fabularne braki. Kapitan Ameryka robi co może, aby być do siebie niepodobny - wyszło mu to całkiem poprawnie, za co dziękuję. John Hurt oczywiście robi to, co potrafi najlepiej (i co robił na długo przed Seanem Beanem), ale całkowitą i totalną miazgą dla mózgu jest gra obrzydliwej w swej postaci Tildy Swinton i ześwirowanego Eda Harrisa. Szacunek! W ogóle jeśli dobrze się przypatrzymy, w tym pociągu nie ma normalnych ludzi, tylko same czuby. Ale jakbyście jechali osiemnaście lat w pociągu bez chwili przerwy, to też byście oszaleli...

Wniosek: Niezłe, choć mogło być lepsze.


"The Pacific" ("Pacyfik")

"The Pacific" ("Pacyfik")

O czym to jest: Amerykanie walczą z Japończykami na Pacyfiku podczas II wojny światowej.

pacyfik recenzja serialu HBO hanks spielberg

Recenzja miniserialu:

Jeśli myślicie, że "Pacyfik" to po prostu druga część doskonałej "Kompanii Braci", tyle że dziejąca się w czasie wojny z Japonią, to macie rację tylko częściowo. Wprawdzie ekipa ta sama i metoda konstrukcji ta sama (wiadomo, HBO), to jednak ta produkcja jest inna. Mniej heroizmu, mniej epy i więcej prawdy. Zamiast jednej kompanii wojska mamy trzech bohaterów, rozsianych po różnych jednostkach i walczących w różnych bitwach. Heroiczny sierżant Basilone, wzór amerykańskich cnót. Niespełniony literat Leckie, szukający swojego miejsca na świecie. I w końcu naiwny, wychowany pod kloszem Sledge, który wciąż ma mleko pod nosem. Ciekawy dobór postaci, prawda? A jednak każdy z nich ma nam coś do powiedzenia. Wojna na Pacyfiku była inna niż w Europie - bardziej krwawa i okrutna, przypominająca realia I wojny światowej. Dlatego też w serialu mamy tylko trochę strzelanin, a większość akcji skupia się na sposobach radzenia sobie z traumą wojny. Sporo w tym porównań do klasycznych filmów o wojnie w Wietnamie, ale nic dziwnego, skoro region ten sam.

Ze wspomnianych bohaterów chyba najbardziej pasował mi Leckie - niby trzymający się w grupie kumpli, ale jednak samotny. Zbyt mądry na wojnę. Przez dziesięć odcinków serialu, widz ma przywilej obserwowania wędrówki żołnierzy Marines od 1942 do 1945 roku i myśli sobie, że to niemożliwe, by ktokolwiek mógł to przeżyć. A jednak tak się stało, bowiem całość oparta jest na faktach (i wspomnieniach tych, co przeżyli). Jeśli chcecie obejrzeć prawdziwe oblicze wojny, polecam "Pacyfik". Ale ostrzegam, trauma gwarantowana. Na szczęście w dobrym tego słowa znaczeniu.

Wniosek: Perfekcja. Doskonały serial.


"Oblivion" ("Niepamięć")

"Oblivion" ("Niepamięć")

O czym to jest: Technik nadzoruje Ziemię zniszczoną przez atak kosmitów.

niepamięć recenzja filmu cruise

Recenzja filmu:

Wydawałoby się, że w temacie kosmitów atakujących Ziemię widzieliśmy już wszystko. Ruiny miast, niedobitki ludzkości walczące o przetrwanie, rabowanie surowców naturalnych... Było, było i jeszcze raz było. Jakim więc cudem wciąż pojawiają się takie filmy jak "Oblivion", które nie tylko potrafią zaskoczyć, ale jednocześnie wbić w fotel? Nie wiem, ale to jest właśnie piękno science fiction!

Rzadko się zdarza, by film tak mocno wizualnie wrył mi się w pamięć, że po wielu miesiącach od pierwszego obejrzenia wciąż mam przed oczami niemal każdy kadr. "Oblivion" można (jak większości produkcji SF) wiele zarzucić pod względem fabularnym - że naiwny, że miałki, że mało odkrywczy... Ale pod żadnym pozorem nie można napisać, że jest źle zrobiony. Ten film to wizualne arcydzieło i nie mam tu na myśli jedynie wysokiej jakości efektów specjalnych. Zaprojektowanie świata, techniki przyszłości (zwłaszcza pojazdu latającego, jako żywo przypominającego helikoptery z czasów Wojny Koreańskiej), falloutowych krajobrazów... To się po prostu w głowie nie mieści! Dodajmy do tego równie powalające udźwiękowienie - tak dobrych dźwięków w kinie nie pamiętam od czasów "Wojny Światów". Wszystko to jest podkreślone przez wręcz obłędną ścieżkę dźwiękową autorstwa M83, której słucha się jak osobnej płyty. Po prostu perfekcja.

No dobra, może i fabuła idzie po linii prostej, ale naprawdę trzyma się kupy (takich zwrotów akcji naprawdę się nie spodziewałem, a jestem przecież weteranem takiego kina). Tom Cruise jest oczywiście sobą, ale nie każdy aktor potrafi być kimś innym, trudno, ten typ tak ma. Ale za to Jaimie Lannister z "Gry o Tron" jest falloutowym snajperem i to już jest coś! Świetne widowisko, wprawdzie pod koniec jak wypisz-wymaluj "Dzień Niepodległości", ale co tam. W końcu to kosmici, nie? Ach, żeby wszystkie filmy były tak dobrze zrobione... To po prostu TRZEBA zobaczyć!

Wniosek: Wizualne arcydzieło. Uczta dla oka i ucha.


"The Railway Man" ("Droga do Zapomnienia")

"The Railway Man" ("Droga do Zapomnienia")

O czym to jest: Brytyjski żołnierz stara się zapomnieć o traumie japońskiego obozu jenieckiego.

droga do zapomnienia recenzja filmu firth kidman

Recenzja filmu:

Na początek chciałbym po raz kolejny pogratulować ludziom, którzy w Polsce tłumaczą tytuły filmów. Co ciekawe, spotkałem jednego z nich na wrocławskim festiwalu filmowym. I usłyszałem od niego, że palanty takie jak on tłumaczą tytuły filmów "wedle własnego uznania". No bo kto im zabroni, prawda? Porażająca ignorancja... I tak też film "The Railway Man" stał się "Drogą do Zapomnienia". Co najgorsze, polskie tłumaczenie tytułu nijak ma się do fabuły, bo wcale nie o zapomnienie tu chodziło - wręcz przeciwnie.

No ale dość pastwienia się nad ćwierćinteligentami, przejdźmy do meritum. Otrzymaliśmy kolejny obraz o radzeniu sobie z traumą wojny, tym razem znów II wojny światowej w kontekście azjatyckiego teatru działań. Główny bohater Lomax za młodu trafia do japońskiej niewoli i w czterdzieści lat po wojnie wciąż nie może się pogodzić z tym, co tam przeżył. Rusza więc w podróż, by odnaleźć swojego dawnego japońskiego oprawcę i wywrzeć na nim zemstę. Muszę przyznać, że głównym czynnikiem, który zachęcił mnie do tego filmu był Colin Firth, do którego po "The King's Speech" mam prawdziwą słabość. Tutaj nie był aż tak rewelacyjny, choć rzecz jasna stanął na wysokości zadania. Również partnerująca mu Nicole Kidman sprawdziła się na swoim miejscu, choć tak po prawdzie czasem wydaje mi się, że pani Kidman gra zawsze na tą samą nutę. Jednak absolutnym hitem okazał się Hiroyuki Sanada. Fantastyczna, wręcz doskonała kreacja starego oficera japońskiej tajnej policji wbiła mnie w ziemię. Biję pokłony, bo mimo stosunkowo krótkiego czasu na ekranie właśnie dla tej postaci mógłbym ponownie obejrzeć ten film.

Najciekawsze jest to, że jako widz powinienem utożsamiać się z głównym bohaterem i jego rozterkami. Jednak zdecydowanie ciekawsze wydają mi się rozterki Japończyka i jego własne demony - może nawet większe, niż te należące do Lomaxa. Jeśli spodziewaliście się czegoś w stylu "Imperium Słońca" to zapewniam, że te obrazy nie mają wiele wspólnego. "The Railway Man" stanowi bardzo ciekawe studium ludzkiej psychiki i daje do myślenia. Jest też lepszy niż dotyczący podobnej tematyki "Unbroken". Może i film uderzał w trochę inną nutę, niż osobiście lubię, ale i tak przyznaję mu tytuł dobrej produkcji. Dojrzały owoc kinematografii, można by rzec.

Wniosek: Dobre. Ambitne kino.


"No Country for Old Men" ("To Nie Jest Kraj dla Starych Ludzi")

"No Country for Old Men" ("To Nie Jest Kraj dla Starych Ludzi")

O czym to jest: Teksańczyk znajduje walizkę pełną gotówki.

to nie jest kraj dla starych ludzi recenzja filmu coen brolin bardem jones

Recenzja filmu:

Lubię westerny. Ale westerny to nie tylko Dziki Zachód, rewolwerowcy i napady na dyliżansy. Obecnie modne są neo-westerny, dziejące się we współczesności, gdzie mamy zachowane 100% klimatu dawnych czasów (czyli pustynia, bandyci, szeryfowie, zuchwałe napady i wielka gotówka w tle). Takim neo-westernem jest chociażby "Breaking Bad", "Firefly", "Defiance" (to na dodatek SF!), a także "No Country for Old Men".

Skusiłem się w końcu na trochę klasyki, bo o tym dziele braci Coen (i jego świetnej jakości) słyszałem od dawna. Przyznam się: wadą oglądania tak wielkiej ilości filmów jak w moim przypadku jest to, że coraz trudniej mnie zaskoczyć. Ale muszę powiedzieć z ręką na sercu - w tym filmie COŚ jest. Przypominał mi trochę dzieła Tarantino w zwolnionym (bardzo zwolnionym) tempie. Tak jakby Tarantino na poważnie... i bez cracku. Mamy więc gangsterów, prochy, niezwykle istotną rolę dialogów w filmie (uwielbiam te momenty, gdy na ekranie liczy się każde wypowiedziane słowo!), a także głębokie teksańskie pogranicze. Wyszło z tego takie drugie odbicie "Kill Billa", tylko że poważne i wiarygodne w naszej rzeczywistości. Trochę to ponura wizja, gdy się obedrze ten brutalny świat z tarantinowskiej groteski... Ale chyba takie właśnie są prawdziwe południowe Stany Zjednoczone.

Chylę czoła przed grą aktorską. Nie mogę się zdecydować, kto tu zagrał lepiej - Josh Brolin jako redneck w kowbojskich butach żywcem wyjęty z westernów? Tommy Lee Jones jako zmęczony życiem szeryf? Javier Bardem jako mrożący krew w żyłach psychopata, który staje w pierwszym szeregu najbardziej przerażających postaci kina? Woody Harrelson jako sympatyczny płatny zabójca? Można by tak wymieniać i wymieniać. Fabuła skręca w tak niespodziewanych momentach, że jeśli choć na moment stracicie czujność, możecie się w tym filmie pogubić. Odpowiednia dawka przemocy, wysmakowane dialogi, oszczędna, wręcz psychodeliczna gra aktorska. Czy trzeba chwalić dalej? To zdecydowanie nie jest kino na raz i zdecydowanie nie "do kotleta". Dobra rzecz. Brawo, Oscary zdecydowanie się należały.

Wniosek: Świetny film!


"Noah" ("Noe: Wybrany przez Boga")

"Noah" ("Noe: Wybrany przez Boga")

O czym to jest: Noe buduje Arkę, by ocalić rodzinę i zwierzęta przed potopem.

noe wybrany przez boga recenzja filmu crowe watson

Recenzja filmu:

Przyznam się szczerze: poszedłem na ten film oczekując totalnego chłamu. No bo policzmy: 1) Tematyka biblijna, która aż się prosi o płaską i ugrzecznioną realizację. 2) Russell Crowe i Anthony Hopkins, ostatnio dramatycznie obniżający loty. 3) Emma Watson - i wszystko jasne. 4) DUŻO CGI. Zasiadłem więc w fotelu kinowym i rozpocząłem oczekiwanie na te wszystkie strasznie złe sceny. Minęło pierwsze pół godziny, drugie, trzecie... a beznadziejne sceny nie nadchodziły. Gdy zapalili z powrotem światło, wyszedłem z kina w ciężkim szoku. To był całkiem niezły film!

Fakt, jest to historia biblijna. I dosyć mocno trzyma się treści - mamy więc i Noego, i jego wesołą rodzinkę (w tym trzech synów, od których pochodzą współczesne nazwy grup ludów), i oczywiście drewnianą arkę z całą masą zwierzaków. Nawet zadbano o wiele szczegółów, np. Noego jako człowieka, który wynalazł alkoholizm, czy tęczę jako symbol bosko-ludzkiego przymierza... Jest też przypomnienie całej Księgi Rodzaju w przyspieszonym tempie i z fajnym podejściem mówiącym, że to co napisano w Biblii jest tak naprawdę skrótową wersją znanej nam naukowej historii powstania Wszechświata (od Wielkiego Wybuchu zaczynając i na ewolucji kończąc). Nic zatem dziwnego, że kreacjonistyczne oszołomy tak skrzyczały ten film... Ale to wszystko pokazuje, że Biblia jest źródłem, które może nam dostarczyć mnóstwa świetnych produkcji (zresztą już kręcą "Exodus" o Mojżeszu). A wplecenie całego motywu Raju, Drzewa Poznania, Kaina i Abla, a także świata zepsutego przez grzech jest zrobione naprawdę sprytnie - z bardzo wyraźnymi odniesieniami do współczesności i dzisiejszych motywów, takich jak ekologia. Czyli co, da się zrobić biblijny film na czasie? Da się!

Podobało mi się również, że uniknięto czarno-białych postaci. Sam Noe jest jednocześnie odpowiedzialnym, obarczonym niezwykłą misją szlachetnym wybrańcem Boga, ale i z drugiej strony fanatycznym zelotą, który nie zawaha się poświęcić niczego i nikogo, byleby tylko wykonać boży plan. Jego synkowie to chodzący zbiór wad (paradoksalnie to Cham wydaje się być jedynym normalnym na tej arce wariatów), a i "złe ludzie" są tak naprawdę jedynie zdesperowani, a nie niemoralni (przynajmniej nie wszyscy). Wyszła z tego całkiem głęboka historia. Efekt psuła jedynie Emma "Hermiona" Watson, która zapomniała o podstawowej zasadzie aktorstwa, mówiącej że czasem mniej znaczy więcej. Dla niej ewidentnie więcej znaczy więcej, a zatem jest tak ekspresywna, że aż przerysowana. No cóż, może się dziecko jeszcze wyrobi aktorsko.

Bardzo miłą niespodziankę stanowiła obecność kamiennych olbrzymów, które zawsze są epickie (w tym świetny motyw ascendencji, bardzo podobny do tego z "Ja, Frankenstein"). W ogóle podobało mi się, że twórcy filmu zrobili z Ziemi czasów Noego mityczną krainę z dziwnymi gatunkami zwierząt, pochrzanioną geografią (była Pangea!), kosmicznymi minerałami i ogólnoplanetarną cywilizacją. Zresztą słusznie: skoro cały świat i tak szlag trafi, to co się ograniczać? Tak właśnie powinno się kręcić historie biblijne - jak się bawić, to na całego!

Wniosek: Zadziwiająco dobry. Polecam nawet antyklerykałom!


"Strike Back" ("Kontra")

"Strike Back" ("Kontra")

O czym to jest: Brytyjscy komandosi zabijają złych ludzi.

kontra serial recenzja stapleton winchester armitage

Recenzja serialu:

Pewnego razu żona powiedziała mi, że trafiła na ciekawy serial o przygodach najemników wykonujących misje w różnych częściach świata. Na początku krzyknąłem w rozpaczy, że nakręcono nową wersję tego przerażająco złego serialu "Baza Pensacola", który w swoim czasie leciał bodajże na Polsacie. Mimo wszystko postanowiłem zaryzykować... i tak trafiłem na prawdopodobnie najbardziej epicki, rozwalający głowę i totalnie miażdżący widza serial, dorównujący kultem "Niezniszczalnym" i starej generacji kina herosów lat 80. Przed państwem: "Strike Back"!

Mówiąc o tym serialu mam na myśli tak naprawdę dwie (a obecnie trzy) produkcje. Pierwszy sezon został nakręcony przez Brytyjczyków i ma mocno odmienny charakter od pozostałych. Na początku głównym bohaterem jest Richard Armitage, czyli Thorin z "Hobbita", w roli brytyjskiego komandosa zamienionego mimowolnie w szpiega i tajnego agenta. Wspomniany Thorin biega sobie po świecie, mając za szefa wiecznie spłakanego Ricka Grimesa z "The Walking Dead". Jest w tym sporo strzelania i epickiej akcji, ale mimo wszystko fabuła koncentruje się na akcjach w stylu ucieczki z więzienia, ratowania zakładników etc. Czyli więcej w tym kina szpiegowskiego niż sensacyjnego... Nie jest to złe, ale też nie wybija się ponad inne produkcje tego typu. Typowa solidna brytyjska produkcja, ot co.

Od drugiego sezonu serial przejęli Amerykanie, wymieniając praktycznie całą obsadę. I o mamo, co to się zaczęło dziać! Zamiast Armitage'a dostaliśmy dwóch herosów - Sullivana Stapletona (Temistoklesa z sequela "300") i Philipa Winchestera, którzy mogą z powodzeniem stanąć w jednym szeregu ze Stallone'm, Schwarzeneggerem czy Willisem. I tak oto zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki. Panowie jako brytyjscy agenci oddziału MI6 chodzą po ekranie, strzelają, biegają, wysadzają w powietrze, patroszą, zarzynają, duszą, topią, zakłuwają, torturują, zaliczają laski i zadają śmierć wszelkiego rodzaju złym typom, jakie zna współczesne kino. Ponieważ każdy odcinek dzieje się w innym regionie świata, walczą z talibami, Arabami, Rosjanami, Albańczykami, Czeczenami, Koreańczykami, afrykańskimi watażkami, komunistami, jakuzą, białymi najemnikami etc. Trup ściele się tak gęsto, że czasami fabuła gubi się w powodzi ołowiu na ekranie, ale to nie szkodzi! Jeśli szukacie serialu, gdzie dwóch mięśniaków z bezczelnymi uśmiechami bezkarnie zarzyna dziesiątki złych typów, to trafiliście w dobre miejsce. Sposób prowadzenia kamery, choreografia walk, efekty i scenografia - mistrzostwo, którego nie powstydziłyby się najlepsze produkcje sensacyjne z dawnych lat. Ot po prostu "Niezniszczalni" zamienieni w serial. Chyba nie może być lepszej rekomendacji.

"Strike Back" oryginalnie zakończono w 2015 roku wraz z piątym sezonem (lub czwartym - zależy czy się liczy pierwsze odcinki z Armitagem). I nagle nieoczekiwanie wznowiono produkcję w 2017 roku, ponownie wymieniając całą ekipę bohaterów. Stapletona i Winchestera zastąpiła grupa aktorów klasy B, a konkretnie dwóch kolesi i dwie dziewczyny, których nazwiska absolutnie nic mi nie mówią (tylko jedna z nich zagrała poboczną postać w "Grze o Tron"). Niestety poziom serialu spadł w ten sposób z bardzo dobrego do zaledwie przeciętnego poziomu. Choreografia, fabuła, akcja, scenografia - to już niestety nie to samo. Dlatego odpuszczę sobie dalsze oglądanie, ale pewnego dnia z miłą chęcią wrócę do pierwszych pięciu sezonów. Warto!

Wniosek: Rewelacja! Świetny kawałek telewizji!


"Sanctuary" ("Sanktuarium")

"Sanctuary" ("Sanktuarium")

O czym to jest: Nieśmiertelna badaczka prowadzi schronienie dla dziwnych stworzeń.

sanktuarium recenzja serialu tapping

Recenzja serialu:

"Sanctuary" stanowi dziwny przykład tego, jak teoretycznie niestrawny serial okazuje się być całkiem przyjemną produkcją science fiction. Oto przepis: bierzemy połowę obsady "Stargate SG-1" i wielu innych seriali SF, dodajemy do tego CGI (większość serialu jest kręcona na greenscrenie), garść mutantów, szczyptę superstworzeń (wampiry, wilkołaki), odrobinę tajnych agencji i kultowych XIX-wiecznych postaci (Kuba Rozpruwacz, Nicola Tesla, Sherlock Holmes, Dr Jekyll/Mr. Hyde), a następnie mieszamy to wszystko i mamy tematykę na cztery sezony serialu. Oto Helen Magnus, czyli dr Carter ze "Stargate SG-1" (tym razem z ciemnymi włosami), zmutowana nieśmiertelna, prowadzi tytułowe Sanktuarium, czyli miejsce schronienia, opieki i badań nad abnormalnymi, a więc wszelkiego rodzaju mutantami, jakie tylko scenarzysta może sobie wyobrazić. Nigdy specjalnie nie przepadałem za tematyką mutantów, a tym bardziej tajnych agencji, ale w tym serialu było coś, co kazało mi go oglądać. Nie wiem czy to znajome mordki obsady, czy też gładki sposób prowadzenia akcji, ale naprawdę nie żałuję. Jak na serial przystało, były odcinki lepsze i gorsze, kilka zupełnie pokręconych (np. odcinek musicalowy, gdzie cała obsada śpiewała, albo bollywoodzki, gdzie tańczyła), ale też parę naprawdę mocnych i świetnych motywów. Moje serce podbił zwampirowany Nicola Tesla, którego pojawienie się na ekranie zwiastowało, że nadciąga świetny odcinek. Co za pomysły! A jak jeszcze dołożyli do tego całą podziemną cywilizację mieszkającą pod skorupą planety (patrz teoria tzw. Hollow Earth), to już nastąpiła prawdziwa jazda bez trzymanki.

Oddaję hołd Amandzie Tapping, która zrobiła wyjątkowo trudną rzecz - pozbyła się twarzy dr Carter, na którą pracowała przecież przez ponad 10 lat. Jako Helen Magnus ma wprawdzie tą samą manierę aktorską, ale mimo to jest naprawdę dobra, wiarygodna i powiem szczerze, że wolę ją w tej roli. Nicola Tesla to samograj, podobnie jak fantastyczny Christopher Heyerdahl w podwójnej roli Wielkiej Stopy i Johna Druitta. Znany z trzecioplanowych rólek science fiction Ryan Robbins w końcu doczekał się porządnej drugoplanowej roli wilkołaka, a mało znana do tej pory Hinduska Agam Darshi całkiem nieźle zagrała łowczynię mutantów. Niestety mamy też minus w osobie głównego bohatera Willa Zimmermana, wyposażonego przez naturę w wielkie wodniste oczy i arogancką aparycję. Nie był to najprzyjemniejszy bohater do oglądania, na szczęście reszta obsady go równoważyła. Druga irytująca mnie postać, czyli córka Helen Magnus, na szczęście zniknęła z obsady po pierwszym sezonie, czym ucieszyła moje serce - nie dość, że zyskaliśmy odświeżenie fabuły, to jeszcze usunęliśmy najbardziej irytującą postać (ach, żeby tak twórcy "Stargate Universe" wpadli na ten sam pomysł z postacią Chloe!).

Niestety irytował mnie nadmiar CGI - ja wiem, że serial został tak pomyślany, by całe otoczenie zrobić mu cyfrowo, ale mimo wszystko wolałbym, żeby Sanktuarium było prawdziwym planem zdjęciowym z drewna i farby, a nie tylko pikselami. Efekty czasem wołały o pomstę do nieba, ale na szczęście nie zawsze. Co ważne, "Sanctuary" posiada też ogromną przewagę nad wieloma podobnymi produkcjami - ma prawdziwe, satysfakcjonujące zakończenie! A to, jak wiemy w erze dzisiejszej telewizji, nie zawsze następuje.

Wniosek: Dobre. Tylko trzeba łyknąć konwencję.


"Captain America: The Winter Soldier" ("Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz")

"Captain America: The Winter Soldier" ("Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz")

O czym to jest: Kapitan Ameryka ratuje świat.

kapitan ameryka zimowy żołnierz recenzja filmu evans jackson

Recenzja filmu:

I to właśnie lubię w kinematografii - starczy dobry reżyser aby to, co wydawało się już być nie do odratowania (w tym wypadku chodzi mi o "Marvel Cinematic Universe"), znowu stało się świetnym kawałkiem kina. Chylę czoła przed drugą częścią przygód Kapitana Ameryki! Po tragicznym "Iron Manie 3" i wykastrowanym "Thorze 2" obawiałem się, że następny film w cyklu będzie równie niestrawny. A tu takie miłe zaskoczenie! Nie dość, że jest dobry, to jest być może najlepszy ze wszystkiego, co do tej pory wyprodukowano. Jak zatem brzmi przepis na sukces? Starczyło ściąć CGI do niezbędnego minimum i postawić na klasyczne kino akcji z mordobiciem, strzelaninami, wybuchami i pościgami samochodowymi. O to chodziło! W przeciwieństwie do pierwszej części "Kapitana", ten film jest też mało komiksowy, co zdecydowanie wychodzi mu na plus. A poza tym umówmy się, jak może istnieć zły film, gdzie wrogami są naziści? Nie ma lepszego wroga, ot co!

Prócz tych wszystkich zalet, które wymieniłem, warto dodać wyjątkowo udaną kreację Black Widow, która w końcu doczekała się przyzwoitej roli drugoplanowej. Wspomnijmy też świetnego nowego bohatera w roli Falcona, no i Roberta Redforda, którego wieki nie widziałem już na ekranie! Ale żeby nie było tak dobrze, są i minusy. Niestety trochę było tego CGI (lotniskoptery), do tego mieliśmy kompletny niewypał w osobie Winter Soldiera - nie dość że aktor tragiczny, to i background rozczarowujący. Żeby nie było, dopóki nie zdjął maski, było super, tajemniczo i niebezpiecznie. Jasne, była to jawna zrzynka z Bane'a z "The Dark Knight Rises" (porównajcie sobie mordobicie na autostradzie - normalnie kropka w kropkę), ale przynajmniej zrzynano od najlepszych. Problem w tym, że Winter Soldier wydawał się być w tym filmie zupełnie niepotrzebny, fabuła świetnie by sobie bez niego poradziła. Pewnie wstawiono go, żeby jakoś uzasadnić podtytuł filmu...

Podobało mi się. Znów odżyła we mnie nadzieja na to, że druga część "Avengers" będzie dobrym kawałkiem kina. Nawet przez chwilę pomyślałem, czy nie wrócić do "Agents of S.H.I.E.L.D."... ale ten film nie był AŻ tak dobry, więc nie. Niemniej uważam, że obecnie Kapitan Ameryka to najlepiej wykreowany superbohater Marvela, wyprzedza nawet skompromitowanego w ostatnich produkcjach Iron Mana. Uprzejmie proszę o utrzymanie takiego poziomu!

Wniosek: Fajne. Polecam!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger