"Inglourious Basterds" ("Bękarty Wojny")

"Inglourious Basterds" ("Bękarty Wojny")

O czym to jest: Żydowski oddział specjalny rozwala nazistów.

bękarty wojny film recenzja plakat pitt waltz tarantino

Recenzja filmu:

Przy którejś z innych recenzji napisałem, że nie ma lepszego wroga w historii kina niż naziści. Zdecydowanie podtrzymuję te słowa. Naziści są najgorszą rzeczą, jaka wyrosła z gatunku ludzkiego. Cytując jednego z głównych bohaterów filmu, porucznika Aldo Raine'a: "Nazi ain't got no humanity. They're the foot soldiers of a Jew-hatin', mass murderin' maniac and they need to be destroyed." Otóż to. Dlatego też alternatywna historia II wojny światowej, w której oddział amerykańskich Żydów rusza na łowy nazistów, jest czymś właściwym i potrzebnym dla podkreślenia, kto był prawdziwym wrogiem w tej wojnie. I tylko ogromna szkoda, że ta historia nie zdarzyła się naprawdę.

Teraz fanfary, ponieważ twórcą i reżyserem filmu jest Quentin Tarantino, król groteski współczesnego kina. Każdy jego film to dzieło sztuki i tak też było tym razem. "Bękarty Wojny" miały być tarantinowską wersją "Parszywej Dwunastki", w której też chodziło o ubicie jak największej ilości nazistów. Dodajmy do tego hektolitry krwi, wspaniałą i godną Oscarów grę aktorską, dynamiczną i pełną zwrotów akcji fabułę oraz błyskotliwe dialogi, a otrzymamy prawdziwy hit. Nie przejdzie może do historii kina równie łatwo jak "Pulp Fiction" czy "Kill Bill", ale niewiele mu brakuje. Ostatnio miałem okazję obejrzeć "Bękarty Wojny" trzy razy pod rząd i gwarantuję, że każdym razem miałem z tego taką samą frajdę. Brad Pitt jako porucznik Aldo Raine jest brzydki zupełnie jak nie on, mówi ze wspaniałym niby-włoskim akcentem i stanowi wisienkę na torcie doskonałej obsady. Ale prawdziwą, tytaniczną wręcz pracę wykonał tu Christopher Waltz w roli "łowcy Żydów", pułkownika SS Hansa Landy. Ta rola przyniosła mu Oscara i wierzcie mi, że zasłużenie. Pułkownik Landa w jego wykonaniu staje w pierwszym szeregu socjopatycznych morderców w historii kina. Pozornie zawsze pogodny, ale też bezlitosny, niezwykle inteligentny i przenikliwy. To dla jego kreacji warto do "Bękartów Wojny" wracać raz za razem.

Niektórzy krytykowali ten film za fałszowanie historii. Ale ja, podobnie jak Tarantino, uważam że kino jest od tego, by nieść rozrywkę. Wszyscy lubimy historie, gdzie dobrzy zwyciężają, a złe typy dostają po mordzie. Rzeczywistość wokół nas niestety zbyt rzadko przynosi nam takie rozstrzygnięcia, więc przynajmniej w kinie możemy poczuć, że świat wrócił z powrotem do normy. A że po drodze zmiażdżył setki nazistów - tym lepiej!

Wniosek: Znakomita rozrywka, znakomity film. Jakość gwarantowana przez Quentina Tarantino.


"House M.D." ("Dr House")

"House M.D." ("Dr House")

O czym to jest: Doktor House, najbardziej chamski skuteczny lekarz świata.

doktor house serial recenzja plakat hugh laurie

Recenzja serialu:

"House" był, jest i będzie serialem-legendą. Ta produkcja jest chyba najbardziej znanym owocem mody na antybohaterów, czyli paskudnych typów w rolach głównych. Cyniczny, sarkastyczny, gardzący ludźmi i pacjentami doktor House to taki Sherlock Holmes medycyny. Jako diagnostyk ma za zadanie odkryć na co choruje pacjent, co jest tak naprawdę kluczem do prawidłowego leczenia. Producenci serialu przyznali, że sami nie wierzyli, że niesympatyczna postać House'a okaże się tak wielkim hitem i przetrwa więcej niż 2-3 sezony. W końcu jeśli popularne seriale medyczne takie jak "E.R." są na jednym biegunie, to "House" jest ich całkowitym przeciwieństwem.

Gdyby nie cięty, błyskotliwy i czarny humor nikt nie byłby w stanie tego oglądać. Jednak gdy już przyzwyczaimy się do ostrego dowcipu głównego bohatera, to przy jednoczesnym podziwie dla jego geniuszu odcinki "House'a" staną się prawdziwą przyjemnością. Mało tego - nikt z nas wprawdzie nie chciałby mieć takiego internisty, ale w przypadku naprawdę ciężkiej i skomplikowanej choroby do takiego House'a kolejki sięgałyby wielu lat w przód. Osobiście bardzo lubię taką zabawę antywzorcami. Jak widzowie mamy wrażenie, że lubiąc House'a robimy coś złego, bo przecież nikt nie powinien się tak zachowywać. Ma to więc posmak zakazanego owocu, a jak wiadomo takie smakują najlepiej.

Teraz słówko o samej produkcji: rzecz jasna jest to rola życia Hugh Lauriego, znakomitego brytyjskiego aktora, który do historii kina przejdzie właśnie jako doktor House. Spora część obsady również dała się zapamiętać widzom, otrzymując role w innych znanych produkcjach, jak chociażby zjawiskowa Olivia Wilde grająca tu rolę doktor "Trzynastki". Serial możemy podzielić na trzy etapy, z czego osobiście za najlepszy uważam ten środkowy. W sezonach 1-3 mamy "klasyczną drużynę", która solidnie, odcinek za odcinkiem, rozwiązuje zagadki medyczne w dość szablonowej formie. Sezony 4-5 przynoszą nam zupełnie nowy zespół i bardziej szalone zagadki. Jednocześnie wszystkie postacie, a zwłaszcza House, zyskują solidne drugie dno, a ich życiowe rozterki czasem idą na równi z główną, "medyczną" linią serialu. Niestety, jak można się było spodziewać, zaprowadziło to na manowce telenoweli. Od sezonu 6 aż do końca to właśnie psychologiczne rozdarcie głównego bohatera będzie osią główną, podczas gdy rozwiązywanie zagadek zejdzie na drugi plan. Moim zdaniem to właśnie był koniec "House'a", przynajmniej takiego, jakim go lubiłem. Rzecz jasna Amerykanie kochają takie rzeczy, a to przecież pod nich kręcono ten serial... Ala ja byłem rozczarowany. Na szczęście "House" ma (mniej lub bardziej kulawy) koniec i jako taki uchodzi za serial kompletny. Ale, podobnie jak np. "Dexter", powinien się był skończyć znacznie wcześniej.

Ale i tak, gdy przeskakuję sobie po kanałach w telewizorze i trafiam na odcinek "House'a", zawsze przykuwa mój wzrok. W końcu legenda zobowiązuje.

Wniosek: Serial kultowy w sezonach 1-5. Potem coraz większa telenowela.


"Everest"

"Everest"

O czym to jest: Grupa himalaistów próbuje zdobyć Mount Everest.

everest recenzja filmu himalaje josh brolin jason clarke

Recenzja filmu:

Są takie historie, w które aż trudno uwierzyć. Czasem scenarzyści filmowi nie muszą się specjalnie wysilać, wymyślając zręby fabuły - gotowy materiał na hit wydarzył się naprawdę, starczy go jedynie przenieść na ekran. Uwielbiam takie sytuacje; czuję się wtedy jakbym rzeczywiście był w środku niezwykłej historii. Nawet najlepsze efekty specjalne nie dadzą takiego efektu wiarygodności. I to jest główna zaleta filmu "Everest".

Film opowiada o słynnej katastrofie, która miała miejsce na najwyższej górze świata w maju 1996 roku. Zginęło wtedy łącznie 12 himalaistów - część na skutek własnych błędów, część na skutek niezwykłego (nawet jak na Everest) załamania pogody. Było to o tyle istotne, że katastrofa dotknęła klientów świeżo otwartych biur turystycznych, oferujących pierwsze komercyjne wejścia na dach świata. Wiem, że zapewne trudno wam będzie w to uwierzyć, ale wszystko co zobaczycie w tym filmie wydarzyło się naprawdę - każda postać i jej losy są poprowadzone tak jak w rzeczywistości, tak samo duża część dialogów to transkrypcje autentycznych rozmów (zwłaszcza rozmów radiowych). Oddaję hołd twórcom filmu za stworzenie w ten sposób niezwykłego, przejmującego dramatu, który poruszył nawet takiego weterana kina jak ja. 

Do tej pory wzorem filmów o himalaistach było dla mnie "K2" - jeden z filmów, na których się wychowałem. Szczerze wątpiłem, czy "Everest" dorówna tej legendzie. Cieszę się, że moje obawy okazały się bezpodstawne. Na początku przeraził mnie zwłaszcza Jason Clarke grający główną rolę - mam do niego ogromny uraz po "Terminator: Genisys". Na szczęście w tym filmie nie tylko mnie nie irytował, a wręcz podobała mi się jego kreacja! Widać w końcu trafił na reżysera, który udzielił mu właściwych wskazówek, a to się chwali. A reszta obsady... Dawno nie widziałem filmu z taką ilością gwiazd: Josh Brolin, Sam Worthington, Jake Gyllenhaal, Keira Knightley, Robin Wright... Po prostu wow. Łatwo się zgubić w takim tłumie, na szczęście twórcy doskonale widzieli, gdzie postawić jakiego aktora, żeby nawet parę minut na ekranie było godne zapamiętania. To świadczy o wielkim wyczuciu.

Warto też wspomnieć o efektach specjalnych i zdjęciach, które zapierały dech w piersiach. Trudno się dziwić, że ludzie ryzykują zdrowie i życie dla tych kilku chwil na szczycie. Jak to powiedział jeden z pierwszych himalaistów w historii: "Czemu wspinam się w Himalajach? Bo są." I choć osobiście bym się na to nie zdecydował, to jestem pełen podziwu dla odwagi tych niezwykłych ludzi.

Wniosek: Znakomity film, naprawdę godny polecenia.


"Galavant"

"Galavant"

O czym to jest: Słynny rycerz Galavant i jego przygody w rytmie musicalu.

galavant serial recenzja plakat

Recenzja serialu:

Przy okazji filmu "The Princess Bride" wspominałem, jakim kultem cieszy się ta produkcja w USA. Nie mam żadnych wątpliwości, że także dzięki niej powstał serial "Galavant", czyli musical fantasy i jednocześnie parodia tego gatunku. Widziałem w swoim życiu trochę musicali, dlatego mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że "Galavant" to rewelacyjna produkcja!

Jedyne na co mogę się poskarżyć, to okazjonalny humor niskich (czasem bardzo niskich) lotów. Ale pamiętajmy, że serial jest kierowany docelowo do amerykańskich rodzin, czyli poziomem finezji plasuje się gdzieś pomiędzy "Shrekiem" a "Robin Hoodem: Facetami w Rajtuzach". Oznacza to proste prawdy, proste charaktery postaci, ale jednocześnie też satyryczny pazur i sporo puszczania oka do starszego widza. Mamy tu masę nawiązań do najsłynniejszych produkcji fantasy, z "Grą o Tron" i połową bajek Disney'a na czele. Na szczęście niektóre gagi są naprawdę udane, a i czas emisji (odcinki mają po 22 minuty) sprzyja dobrej rozrywce. Nikt specjalnie nie wysila się nad kostiumami czy scenografią, ale to jest zaleta parodii - wszystkie niedoróbki można dać na karb wyśmiewania konkurencji. O ile "Gra o Tron" jest na jednym biegunie fantastyki, to "Galavant" stanowi jej przeciwieństwo w każdym aspekcie. I dlatego mi się podoba!

Serial ma dwa potężne silniki, które rozpędzają go do prędkości światła. Pierwszym jest to, co w musicalach najważniejsze - muzyka! Melodie są chwytliwe, piosenki zabawne, a aktorzy śpiewają czysto, pewnie i z werwą (nic dziwnego, połowa z nich to aktorzy stricte musicalowi). Główny motyw jest na tyle przyjemny i prosty, że widz chce go śpiewać razem z obsadą. A przecież o to w musicalach chodzi (twórcy "Nędzników" - na kolana i patrzeć jak to się robi)! Drugą siłą napędową "Galavanta" jest gra aktorska. Postacie są fantastycznie dobrane, prezentujące klasyczne stereotypy, ale z ogromnym dystansem do siebie. Tytułowy Galavant - przystojny i arogancki, król Richard - podstarzały i złośliwy, królowa Madalena - zła i wyrachowana, księżniczka Isabella - piękna i naiwna etc. Jednocześnie wszystkie postacie mają znakomity talent komediowy, z królem Richardem na czele (ta kreacja moim zdaniem warta jest nagrody Emmy). To po prostu samograj!

"Galavanta" powinno się znać, zwłaszcza że to tylko dwa krótkie sezony. Finał historii jest bardziej niż satysfakcjonujący, więc nic tylko siedzieć, oglądać i śpiewać!

Wniosek: Znakomita rozrywka, nie tylko dla fanów musicali.


"Karbala"

"Karbala"

O czym to jest: Potyczka polskich żołnierzy z rebeliantami w Iraku.

karbala film recenzja plakat

Recenzja filmu:

Ciekawe, jak zmieniają się pojęcia. Kiedyś bitwami nazywano starcia zbrojne, w których uczestniczyło co najmniej kilka tysięcy ludzi. Dziś starczy garść żołnierzy kontra drugie tyle przeciwników i już mamy bitwę... Tak to właśnie było z bitwą w Karbali, która de facto stanowiła obronę ratusza przed szyickimi rebeliantami w 2004 roku w Iraku. Tuzin Polaków i drugie tyle Bułgarów broniło się trzy dni przed oddziałami wroga, notując przy tym spektakularny sukces.

A ponieważ sukcesów (zwłaszcza militarnych) mamy mało, nakręcono o tym film. Oglądaliście "Black Hawk Down"? Pytam, bo "Karbala" stanowi jego polską kopię. A jak na kopię przystało, jest niestety gorszej jakości. Wszystko tu jest podobne - krajobrazy, przebieg akcji, niektóre postacie, a nawet Lisa Gerrard zawodząca z offu w podkładzie muzycznym. I niestety, choć nie można odmówić "Karbali" pewnych fajnych cech, zawiera bardzo dużo klasycznych wad polskiego kina. Niedobrze!

Ewidentnie zabrakło tu wielu scen i zrębów fabuły, które średnio rozgarnięty scenarzysta wpisałby w przebieg akcji. Zacznijmy od tego, że film bardzo długo się rozkręca (za długo), a gdy w końcu dochodzi do strzelanki, nie czujemy efektu jakiegoś wielkiego otwarcia akcji. Ot po prostu się zaczyna i w sumie tak samo kończy. Kamera starała się śledzić dwójkę bohaterów, czyli dowodzącego obroną kapitana oraz błądzącego po Karbali młodego sanitariusza. Niestety obydwu postaciom zabrakło kluczowych scen, byśmy mogli wejść im do głowy i wczuć się w tych bohaterów. Dotyczy to zwłaszcza kapitana, snującego się ze smutną miną po planie zdjęciowym i czasem strzelającego do ludzi. Najgorsze jest to, że w "Karbali" widać potencjał dobrego filmu akcji, zwłaszcza że pod nosem twórców leżały gotowe elementy układanki! Starczyło mocniej zarysować sceny batalistyczne (a nie ograniczać się do nieruchomego strzelania z kałachów na oślep i chaotycznych ujęć "z ręki"), dodać trochę dramatyzmu i patosu oraz fajnie wykorzystać bandę bułgarskich zabijaków, z których można by zrobić szalonych berserkerów. To wręcz błagało, by tak to wykorzystać! Nie miałem też poczucia stanu oblężenia naszych wojaków, bowiem szturmy rebeliantów ograniczały się tylko do bramy wejściowej, a taki na przykład agent wywiadu wchodził i wychodził z tego ratusza kiedy chciał. Dodajmy do zarzutów fatalne udźwiękowienie filmu (klasyczna bolączka rodzimego kina), które czasem wręcz błagało o napisy, byśmy mogli zrozumieć kwestie bohaterów (wypowiadane - żeby nie było - po polsku).

Film jest na szczęście nieźle zagrany - Bartłomiej Topa świetnie wcielił się w kapitana i pozostaje tylko pożałować, że nie dano mu większej okazji do pokazania pazurów. Zamiast tego stworzył kreację zmęczonego życiem oficera - fajną, ale strasznie wtórną po tych wszystkich polskich serialach i filmach ze smutnym funkcjonariuszem policji w roli głównej (najlepszy przykład: "Drogówka"). Również Antoni Królikowski nieźle zagrał sanitariusza, pomijając żenującą i czerstwą końcówkę w meczecie. Podobało mi się szczere podejście do kwestii wyposażenia polskiego wojska, które pojechało na wojnę ze sprzętem z poprzedniej epoki (Honkery, na litość boską!). Gratuluję też scenografom za świetne realia Iraku post-saddamowego. Aż szkoda, że nikt nie potrafił ich wykorzystać na miarę potencjału.

"Karbala" to pierwszy współczesny polski film wojenny od czasów "Demonów Wojny wg Goi". I pozostaje tylko pożałować, że jego jakość raczej nie zachęci, by prędko wrócić do tej tematyki.

Wniosek: Znośne, ale naprawdę mogło być lepsze.


"The Tudors" ("Dynastia Tudorów")

"The Tudors" ("Dynastia Tudorów")

O czym to jest: Burzliwy i kochliwy żywot Henryka VIII.

dynastia tudorów serial recenzja plakat

Recenzja serialu:

O "Tudorach" słyszałem same pozytywne opinie. Że to serial fantastycznie zrobiony, z wartką fabułą, znakomicie zagrany i z przepięknymi kostiumami. I rzeczywiście trzeba przyznać, że "Dynastia Tudorów" przetarła szlak takim wielkim produkcjom jak "Rodzina Borgiów", "Wikingowie" czy w końcu "Gra o Tron". Jest to dzieło o wielkiej skali, które w roku 2007 wyniosło telewizję na nowy poziom. Ale muszę też ze smutkiem stwierdzić, że po odrzuceniu całej tej otoczki, serial sam w sobie jest po prostu słaby.

Wytrzymałem tylko kilka pierwszych odcinków, po czym skapitulowałem. Niestety nie ma tu nic, co pozwalałoby przykuć uwagę widza na dłużej. Fabuła składa się z obrażonej miny młodego Henryka VIII zachowującego się jak ostatni osioł i jego rozlicznych miłostek. Wszelkie "spiski" są płytkie i przewidywalne, gra aktorska poprawna, lecz wcale nie wybitna, a i kostiumy (choć ładne) nie tak realne, jak być powinny. A już szczytem wszystkiego jest król Anglii w roli "luzaka", za nic mający konwenanse i zwyczaje dworskie. Oczywiście królowi wolno było więcej, ale jestem się w stanie założyć, że angielski władca nigdy publicznie nie pozwoliłby się zobaczyć bez korony na głowie. W końcu to ona podkreślała jego majestat! Tymczasem tutaj Henryk VIII zakłada ją od niechcenia i chyba tylko wtedy, gdy mu każą.

Wierzę, że ten serial ma swoje grono wielbicieli i jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Ale mnie ta historia nie porwała, chyba dlatego że na pałacowo-łóżkowe intrygi jestem już po prostu za stary. A i kostiumowe porno na ekranie, w 2007 zapewne nowatorskie, w 2015 roku jest już po prostu passé. W końcu ileż można to oglądać? 

No i na sam koniec dodajmy, że twórcy "Tudorów" zapomnieli o najważniejszej rzeczy dotyczącej obsadzania antybohatera w roli głównej. Taka postać musi być zła, ale jednocześnie wzbudzać naszą sympatię i nawet podziw. Z kolei Jonathan Rhys Meyers jest w roli Henryka VIII dokładnie takim, na jakiego wygląda. Czyli aroganckim, niesympatycznym burakiem. Nie mam ochoty spędzić wielu godzin przed ekranem w jego towarzystwie.

Wniosek: Strata czasu. Nie wnosi nic wartościowego.


"Willow"

"Willow"

O czym to jest: Karzeł musi ocalić małą dziewczynkę i pomóc pokonać złą królową.

willow film recenzja plakat val kilmer

Recenzja filmu:

Jedno trzeba przyznać Amerykanom - wiedzą, jak kręcić prawdziwe fantasy. Podobnie jak "The Princess Bride", film "Willow" stanowi kultową i nierozerwalną część dzieciństwa ogromnej ilości (już dziś dorosłych) ludzi. Ja również się do nich zaliczam i mogę powiedzieć bez żadnych wątpliwości, że "Willow" obok "Trzech Muszkieterów" był najważniejszym filmem mojej młodości, który skierował moje gusta na - jak się później okazało - nerdowskie tory.

Jak na fantasy przystało, mamy tu postacie rozpisane zgodnie z klasycznym schematem. A więc karła imieniem Willow, głównego bohatera opowieści, który pragnie zostać czarodziejem. Na swojej drodze spotyka małą dziewczynkę, która według przepowiedni ma zniszczyć złą królową. Zbiera więc drużynę (dwa skrzaty, kultowego najemnika i czarodziejkę) i rusza ku przygodzie! W tle niesamowite lokacje, sceny akcji, walka, miłość, honor i triumf nad złem, a więc to wszystko, czego oczekujemy od kina fantasy. Źli goście ubierają się na czarno, dobrzy goście cało wychodzą z największych opresji - czego chcieć więcej? "Willow" to wspaniała, ponadczasowa opowieść, która nie starzeje się mimo upływu lat. To mogę zagwarantować!

Jednak powiedzmy sobie szczerze, że film - mimo że świetny - byłby o połowę mniej wart bez Vala Kilmera w roli najemnego rycerza Madmartigana. To postać w stylu "dobrego łotra" jak Han Solo z "Gwiezdnych Wojen" albo Malcolm Reynolds z "Firefly". Sprawny w boju, przystojny, z zawadiackim uśmiechem, ale też posiadający własny kodeks i - gdy trzeba - łamiący zasady dla wyższego dobra. To była jedna z pierwszych ról Kilmera i śmiem twierdzić, że wyniosła go do pierwszej ligi Hollywood. 

"Willow" jest filmem na rano, południe i wieczór. Dla całej rodziny i samotnie, w każdym wieku. Kino przygodowe rzadko kiedy potrafi dorównać do takiego poziomu.

Wniosek: Jeden z najlepszych filmów fantasy, jakie nakręcono.


"Last Knights" ("Ostatni Rycerze")

"Last Knights" ("Ostatni Rycerze")

O czym to jest: Wojownik musi pomścić śmierć swojego pana.

ostatni rycerze film freeman owen

Recenzja filmu:

W Japonii bardzo popularna jest legenda (a w zasadzie fakt historyczny, bo te wydarzenia naprawdę miały miejsce na początku XVIII wieku) dotycząca 47 roninów. Na początek wyjaśnię, że ronin to wyjęty spod prawa samuraj, który stracił swojego pana. Wg tej legendy pewien shogun zamordował drugiego, na skutek czego samuraje (wspomnianych 47 roninów) postanowili pomścić śmierć swego pana, stając się w ten sposób symbolem honoru i wierności ideałom. Wspaniały temat na film, prawda? Japończycy też tak uważają, bo - jeśli dobrze liczę - nakręcono do tej pory aż dwanaście ekranizacji tej historii, w tym jedną w zeszłym roku - "47 Roninów". Teraz, ledwo rok później, otrzymaliśmy kolejną.

Na szczęście o ile "47 Roninów" to film okropny, to "Last Knights" stanowi zadziwiająco porządne widowisko. Jest tu ledwo kilka rzeczy, do których mam zastrzeżenia, a jestem w tej tematyce dosyć wybredny. Zacznijmy od obsady - w głównej roli wystąpił niezawodny Clive Owen, który dzięki grze aktorskiej nawet taką tragedię jak "Król Artur" potrafi wyciągnąć o jeden poziom wyżej. Solidny wybór do fajnej, wiarygodnej i wzbudzającej sympatię postaci. Obok niego na ekranie pojawił się (niestety) zgrany do niemożliwości Morgan Freeman. Lubię tego aktora, ale ostatnio jest go po prostu za dużo w kinach, podobnie jak i Antony'ego Hopkinsa (aktorzy nie powinni przesadzać z ilością ról, żeby się nie opatrzyć widzom, a wspomniani panowie najwyraźniej o tym zapomnieli). Niemniej Owen i Freeman duet tworzą dobry i po dodaniu im grona nieirytujących statystów stwarza to przyjemny efekt na ekranie.

Film jednak zachwycił mnie czymś innym: lokacje, lokacje i jeszcze raz lokacje! To nie jest obraz nakręcony w studiu czy na green screenie, ale w prawdziwych wnętrzach (i "zewnętrzach") autentycznych zamków i pałaców. Stwarza to niezwykłe uczucie realności i zmniejsza do minimum obecność efektów specjalnych. Stara dobra szkoła filmowa, lubię to! Tu trzeba wyjaśnić, że choć legenda o roninach jest japońska, to twórcy przenieśli ją w europejskie realia fantasy w klimacie tak-jakby-średniowiecznym (jednak z bardzo dużą ilością orientalnych akcentów, takich jak broń czy kostiumy, a także sporą różnorodnością rasową bohaterów). Jest to zadziwiająco strawne, a nie jest przecież łatwo nakręcić dobry postmodernistyczny miks, zatem chylę czoła.

Mam pewne zastrzeżenia co do choreografii - twórcy postanowili lekko przyspieszać kamerę we wszystkich scenach walki, pewnie celem zwiększenia dynamiki. Bardzo nie lubię takiego efektu, zatem nieco się rozczarowałem (choć naparzanka sama w sobie była urocza, bardzo w stylu azjatyckiego kina akcji). Nadto scen akcji mogłoby być trochę więcej. No ale na szczęście udało się zachować klimat, a jak wiemy bez niego nawet najlepsza choreografia jest nic nie warta (jak w "Dragon Blade").

Żałuję bardzo, że "Last Knights" nigdy nie trafił do polskich kin. Odpowiednio rozreklamowany mógłby być niezłym hitem, no ale na szczęście mamy nowoczesne technologie, więc i Polacy są w stanie to obejrzeć! Co zresztą polecam.

Wniosek: Lepsza rozrywka niż można by się spodziewać. Solidne około-średniowieczne fantasy.


"Troy" ("Troja")

"Troy" ("Troja")

O czym to jest: Zniszczenie Troi, czyli ekranizacja "Iliady" Homera.

troja film recenzja plakat brad pitt eric bana

Recenzja filmu:

Zawsze uważałem, że czasy mityczno-antyczne (Egipt, Mezopotamia, Grecja, Rzym) to wspaniała kopalnia tematów filmowych. Cały szkopuł w tym, że bardzo rzadko udaje się nakręcić z tego coś porządnego. Taka na przykład "Iliada" Homera to wprost gotowy scenariusz spektakularnego widowiska. Każdy Europejczyk choć pobieżnie słyszał o koniu trojańskim, Achillesie, wielkim mieście Troja etc. Można powiedzieć: sytuacja idealna na mocny blockbuster.

I byłaby, gdyby napisać na jej podstawie porządny scenariusz. Niestety, jedyne co się udało w "Troi" to wspaniałe sceny batalistyczne. Scenom walk nie można naprawdę nic zarzucić, aż miło patrzeć jak Grecy wyrzynają Trojan i na odwrót. Achilles młóci włócznią i mieczem aż miło - nawet mogę przymknąć oko na pojedynki szermiercze mieczami z brązu... I pod tym względem, czyli stricte wizualnym, "Troja" to świetne kino. Gorzej z tym, co jest pomiędzy nawalankami. A jest słabo.

Aktorsko mamy tu miks sukcesów i porażek. Bardzo lubię Seana Beana jako Odyseusza, Petera O'Toole'a jako Priama, a także (o dziwo) Erica Banę jako Hektora. Zresztą Brian Cox jako Agamemnon też jest świetny. Niestety po drugiej stronie szali stoi mdła Diane Kruger jako Helena - wg legendy Helena była najpiękniejszą kobietą świata, ale serio mogę wymienić od ręki tuzin ładniejszych i bardziej spektakularnych aktorek! Żeby to jeszcze jakiś talent był... Na domiar złego Parysem mianowano Orlando Blooma, któremu tym razem wyjątkowo nie poszło. Jego kreacja jest niezdarna, marna i wzbudzająca niezwykły wręcz poziom irytacji! Myślę jednak, że gwoździem do trumny okazał się Achilles, czyli Brad Pitt we własnej osobie. Poza scenami balistycznymi oglądanie go jest po prostu mordęgą (i nie pomógł mu specjalnie zatrudniony dubler łydek). Umówmy się: Brad Pitt aktorem dramatycznym nie jest i nigdy nie był. Nadaje się wyłącznie do tego, by oglądać go w roli przystojniaków lub świrów. W "Troi", gdy reżyser kazał mu grać sceny emocjonalne lub nie daj Boże romantyczne, Pitt robił maślane oczy do kamery i zaczynał mamrotać. No rewelacja, Oscar murowany... Gdyby ktoś mi tak zagrał na planie filmowym, wyleciałby z hukiem z roboty!

W ogóle warstwa romantyczna to jedna wielka porażka! Helena z Priamem, Achilles z Bryzeidą, Hektor z Andromachą (no dobra, ta ostatnia relacja jeszcze jakoś się broni). Zgroza! Nie jest to wprawdzie poziom romansu-żenady w stylu "Ataku Klonów", ale niewiele mu brakuje. Te wątki kładą "Troję" na łopatki i nawet setki pięknie ubitych Trojan na ekranie nie zatrą tego wrażenia.

Ale wiecie co? Może lepiej niech nie kręcą kolejnej wersji "Iliady". Zostawmy tę historię w spokoju i spróbujmy czegoś innego. W końcu "Odyseja" wciąż czeka na swoją szansę...

Wniosek: Marna fabuła we wspaniałej wizualnej otoczce.


"The Ghost and the Darkness" ("Duch i Mrok")

"The Ghost and the Darkness" ("Duch i Mrok")

O czym to jest: Dwa lwy-ludojady zabijają ludzi w Afryce.

duch i mrok film recenzja plakat val kilmer michael douglas

Recenzja filmu:

"Duch i Mrok" to jeden z moich ulubionych filmów przygodowych, choć osobiście odnoszę wrażenie, że jest mało znany szerszej publiczności. Rzeczywiście nie jest to kinowe arcydzieło czy film kultowy, ale bez wątpienia to solidny, porządnie nakręcony kawał dobrej przygody.

Afryka, kolonialne imperium brytyjskie w pełnym rozkwicie. Do Kenii przybywa brytyjski inżynier z zadaniem budowy mostu nad rzeką Tsavo. Problem w tym, że w okolicy krążą dwa lwy-ludojady, które wydają się być nieśmiertelne... Chyba najbardziej fascynuje mnie w tej historii fakt, że wydarzyła się naprawdę. Oczywiście jak to w kinie bywa, jest tu parę zmian w stosunku do rzeczywistości, niemniej jednak esencja całej historii jest bez zmian. Dwa lwy rzeczywiście przez wiele miesięcy terroryzowały okolicę, pożerając dziesiątki osób. A brytyjski inżynier, jak prawdziwy XIX-wieczny dżentelmen, stanął z nimi do walki. Val Kilmer świetnie zagrał w tym filmie wspomnianego bohatera (to produkcja jeszcze z czasów, gdy Val Kilmer wyglądał jak człowiek, a nie beczka), a oglądanie go w akcji to prawdziwa frajda. Nadto dostał za partnera Michaela Douglasa, który jest kultem sam w sobie! Dorzućmy do tego rewelacyjną scenografię, zdjęcia i porządną robotę reżyserską i mamy przepis na dobry film.

To produkcja, do której można wracać co jakiś czas. Nawet znając fabułę za każdym razem czujemy klimat przygody i swoistego mistycyzmu, otaczającego całą historię. Nie bez powodu lwy nazwano imionami: Duch i Mrok. Zdecydowanie coś było z nimi nie w porządku...

Wniosek: Solidne, dobre kino. Świetny film.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger