"Crimson Peak" ("Crimson Peak - Wzgórze Krwi")

"Crimson Peak" ("Crimson Peak - Wzgórze Krwi")

O czym to jest: Młoda mężatka wprowadza się do nawiedzonego domu.

crimson peak wzgórze krwi film recenzja guillermo del toro tom hiddleston

Recenzja filmu:

Nie lubię horrorów. Nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że za bardzo wchodzą mi do głowy. Meksykańskiego reżysera Guillermo del Toro nazywa się "królem horrorów" od czasów, gdy zdetronizował na tym stanowisku M. Night Shyamalana. Przyznaję, że jego "Labirynt Fauna" był dziełem znakomitym - zarówno wizualnie, jak i fabularnie. Niestety obawiam się, że "Crimson Peak", poza wspaniałą oprawą artystyczną, może zaproponować niewiele więcej.

Jest jeden powód, dla którego istnieje cała armia psychofanów tego filmu, gotowych bronić go za cenę życia - nazywa się Tom Hiddleston. Ten angielski aktor, którego znacie najbardziej z roli Lokiego w "Marvel Cinematic Universe", uchodzi za uosobienie piękna dla wielu nastolatek na całym świecie. Niestety, jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, pan Hiddleston "nie umieć w aktorstwo". Jako Loki jest oczywiście na swój sposób uroczy, ale takie produkcje jak "The Hollow Crown" czy "Crimson Peak" pokazują, że nie radzi sobie z poważniejszymi rolami. A to dla aktora prawdziwy grzech śmiertelny! Ale bądźmy sprawiedliwi, że nie tylko on gra w tym filmie dość marnie. Również Mia Wasikowska, czyli główna bohaterka, nie pokazuje nic wybitnego. Nie porwała mnie w burtonowskiej "Alicji w Krainie Czarów" i nie oszołomiła również tutaj. Trzecia główna postać, kryptyczna szwagierka głównej bohaterki grana przez Jessicę Chastain, jest jedynym jasnym punktem obsady. Jest tak dobra, że choć znam panią Chastain z wielu innych ról, nie poznałem jej aż do napisów końcowych. Brawo! 

Wizualnie "Crimson Peak" to rzecz jasna mistrzostwo scenografii i kostiumów - co do tego nie ma wątpliwości. Realia końcówki XIX wieku w gotyckim i pełnym przepychu wydaniu, połączone z mroczną atmosferą gnostycznej grozy, robią piorunujące wrażenie. Ten film wręcz ocieka kolorami, fantazyjnymi kształtami i upiorną architekturą, godną najlepszych klasyków gatunku. Niestety tym, co ciągnie go w dół (prócz gry aktorskiej), jest fabuła. Żaden zwrot akcji nie był dla mnie zaskakujący, mało tego: wszystko dało się przewidzieć po pierwszych trzydziestu minutach filmu. Miało być głęboko, odkrywczo i z przesłaniem (jak w "Labiryncie Fauna"), a wyszło po prostu... typowo. W ten sposób piękna gotycka historia zmieniła się w zwykły slasher, który nie oferuje nic ponad klasyczne wyskakiwanie z szafy, wizje duchów w lustrze, tryskającą krew czy cienie przemykające w pustym korytarzu. Widzowie, którzy lubią się bać, pewnie będą zadowoleni... Ale ja oczekuję czegoś więcej niż zwykłego straszenia. Jak do tej pory filmy Shyamalana (choćby najnowsza "Wizyta"), dają mi o wiele więcej satysfakcji. Panie del Toro, stać pana na więcej!

Wniosek: Przepiękne wizualnie, ale nie porywa fabułą.


"Hail, Caesar!" ("Ave, Cezar!")

"Hail, Caesar!" ("Ave, Cezar!")

O czym to jest: Los Angeles, lata 50. Nieznani sprawcy porywają hollywoodzką gwiazdę.

ave cezar film recenzja coen clooney brolin johannson tatum

Recenzja filmu:

Wiedziałem, że bracia Coen mnie nie rozczarują. Dopiero od niedawna zgłębiam ich twórczość, ale już się zdążyłem nauczyć, że za każdym razem, gdy oglądam ich produkcję, dostaję coś zupełnie niespodziewanego. "Hail, Caesar!", wnioskując po trailerze, obiecywał lekko absurdalną komedię, osadzoną w epoce Złotej Ery Hollywood (czyli epoce śpiewających kowbojów w tandetnych westernach, musicali ze stepowaniem, a także wielkich widowisk historycznych klasy "Ben-Hur"). Tymczasem dostaliśmy głęboko frapującą historię z kluczem, którą trudno w pełni zrozumieć po jednym seansie.

Nie dziwię się, że ludzie wychodzili z kina w trakcie filmu - "Hail, Caesar!" jest naprawdę trudny w odbiorze dla przeciętnego widza. Niemniej, jak to u braci Coen bywa, trzeba wytrzymać do ostatniej sceny, aby zrozumieć, co się właściwie obejrzało. Na pierwszy rzut oka to faktycznie komedia: Eddie Mannix, producent wielkiej wytwórni filmowej, próbuje uratować wysokobudżetowe widowisko po tym, jak główny aktor zostaje porwany. W tle mamy komunistyczny spisek (w końcu to lata 50.), kapryśne gwiazdy-beztalencia, wielkie pieniądze, a także tropiące Mannixa żądne sensacji dziennikarki-bliźniaczki. Pod tym względem "Hail, Caesar!" to w pewien sposób parodia "Ben-Hura", a konkretniej okoliczności powstawania filmów tego typu. Ale to nie jest klucz. Aby w pełni zrozumieć ten film, musicie w nim zobaczyć historię o Jezusie. I nie żartuję - są ku temu bardzo wyraźne przesłanki, zostawione przez Coenów jak okruszki znaczące drogę w gęstym lesie. Fantastyczny Josh Brolin, grający Mannixa, prowadzi nas niczym Chrystus, będąc jedynym sprawiedliwym w świecie grzeszników. Bez trudu odnajdziecie tu także alegorie Szatana, Marii Magdaleny, św. Jana, Judasza czy nawet Annasza i Kajfasza. To niesamowite, ale Coenom udało się tak sprytnie zamaskować przesłanie, że widz musi się nieźle nagłowić, by je odkryć w pełni!

Aktorsko "Hail, Caesar!" to prawdziwa wirtuozeria. Josh Brolin deklasuje większość obsady, może za wyjątkiem George'a Clonneya, który parodiuje tu sam siebie jako etatowego przystojniaka Hollywood. Ale to nie koniec zachwytów: wyborna Tilda Swinton w świetnej bliźniaczej roli, głupawa i wulgarna Scarlett Johansson, rozśmieszający do łez Ralph Fiennes (uwielbiam go od czasów "Grand Budapest Hotel"), solidny Channing Tatum (mówiłem, żeby trzymał się z dala od kina rozrywkowego!), a nawet kultowi Christopher Lambert i Robert Picardo! O mamo, prawdziwy aktorski zawrót głowy, godny prawdziwych arcydzieł!

Niemniej uprzedzam: jeśli chcecie obejrzeć ten film "do pośmiania", to lepiej wybierzcie coś innego. "Hail, Caesar!", mimo że jest komedią, to wcale nie jest śmieszny (a przynajmniej nie w takim potocznym rozumieniu). To głębokie, mądre kino, które niesie własny przekaz i daje nam dużo do myślenia. Jednocześnie to też znakomita rozrywka intelektualna, zmuszająca widza do refleksji. Na pewno będę musiał do tego wrócić.

Wniosek: Film trudny w odbiorze, ale o wysokiej wartości artystycznej.


"10 Years" ("10 Lat")

"10 Years" ("10 Lat")

O czym to jest: Zjazd absolwentów liceum w małym miasteczku.

10 lat film recenzja chris pratt channing tatum oscar isaac kate mara

Recenzja filmu:

Dobre romansidło nie jest złe. Kino nie powinno ograniczać się wyłącznie do głębokich doznań (jak dobre dramaty), czy grzesznej popcornowej rozrywki (jak widowiskowe blockbustery). Od czasu do czasu widz zasługuje na przyjemne wzruszenie - w sam raz na miły wieczór z ukochaną osobą w domowym zaciszu. 

Taka właśnie jest komedia "10 Years", opowiadająca o zlocie absolwentów pewnego liceum. To po części komedia romantyczna, a po części film obyczajowy, poruszający istotne kwestie dorastania i wyboru drogi życiowej. Kto odniósł sukces, a kto porażkę? Kto zbił majątek, a kto zbankrutował? Czy dawni "liderzy klasy" dalej są na topie, a szare myszki wciąż nic nie znaczą? Prawdopodobnie dlatego ludzie na całym świecie chodzą na klasowe zloty - by sprawdzić co się zmieniło, a co nie. Pod tym względem "10 Years" jest filmem bardzo prawdziwym. Akcja toczy się powoli, choć płynnie, a w scenariuszu nie ma ani jednej nieprawdopodobnej rzeczy, co mi się bardzo podoba. Nie każda fabuła musi się przecież opierać na dziwnych zbiegach okoliczności i nieoczekiwanych zwrotach akcji, prawda?

Również aktorsko otrzymaliśmy wysoki poziom rozrywki. Sporo tu znanych nazwisk: Channing Tatum (po tym filmie stoję na stanowisku, że ten aktor powinien się trzymać kina obyczajowego, a nie rozrywkowego), Oscar Isaac (znowu śpiewa!), Chris Pratt (tłuściutki jak prosiaczek - kto by pomyślał, że wyrośnie z niego przystojniak z "Guardians of the Galaxy"?), Kate Mara (ble) czy Justin Long. Niezła obsada, na szczęście każda postać ma idealnie rozplanowany czas na ekranie. Widać tu przemyślaną wizję, sprawną rękę reżysera i scenarzysty, i pewnie dlatego "10 Years" ma swój urok. Naprawdę przyjemnie się to ogląda - dlatego polecam!

P.S. Hermetyczny żart głosi, że ten film opowiada o zlocie superbohaterów, którzy chodzili razem do liceum - w końcu występują w nim Star-Lord, Invisible Woman, Falcon i Apocalypse...

Wniosek: Przyjemny film na romantyczny wieczór. Pobudza wspomnienia każdego, kto chodził do liceum.


"Once Upon a Time in Mexico" ("Pewnego Razu w Meksyku: Desperado 2")

"Once Upon a Time in Mexico" ("Pewnego Razu w Meksyku: Desperado 2")

O czym to jest: Meksykański mariachi zostaje wplątany w spisek przeciwko prezydentowi Meksyku.

pewnego razu w meksyku desperado 2 film recenzja antonio banderas salma hayek

Recenzja filmu:

Latynoski reżyser Robert Rodriguez, mimo że bardzo by chciał, nie jest Quentinem Tarantino. Prywatnie panowie bardzo się przyjaźnią, współpracowali też wielokrotnie przy takich projektach jak "Grindhouse" czy "Sin City". Obydwaj kręcą w podobnej stylistyce, nawiązującej do dawnego kina klasy C, gdzie amunicja nigdy się nie kończyła, trupy fruwały w powietrzu, a krew lała się z ekranu wiadrami. Różnica jest w tym, że wizjonerski Tarantino potrafi z wyczuciem i smakiem stworzyć z tej sieczki prawdziwe arcydzieło, a Rodriguez po prostu kręci normalne gnioty klasy C. I tym właśnie jest "Once Upon a Time in Mexico" - gniotem.

Pierwszą część "meksykańskiej trylogii", czyli "El Mariachi", można było wybaczyć, zwłaszcza że był to pół-amatorski film nakręcony za ledwo kilka tysięcy dolarów budżetu. Kontynuacja o hollywoodzkim rozmachu, czyli "Desperado", zyskała status filmu kultowego i nic dziwnego, że trzecia część chciała dalej iść tym śladem. Jednak sądzę, że nie powinna nigdy powstać - reżyser oszczędziłby sobie wstydu, a widzowie męki... Tym razem fabuła zamiast prostej vendetty zaprezentowała vendettę ze spiskiem w tle, a także z tajnymi agencjami, gangami, zamachami i uliczną rewolucją, której symbolem stał się zakurzony El Mariachi z karabinem, przepasany honorową szarfą z godłem Meksyku. Jest to taki niestety sam kicz, jak w amerykańskich popcornowych gniotach w stylu "White House Down", tyle że po drugiej stronie Rio Grande. 

Zacznijmy od największego grzechu, jakim była degradacja głównego bohatera (ponownie zagranego przez Antonio Banderasa) do roli postaci drugoplanowej. Serio! Palmę pierwszeństwa de facto odebrał mu Johnny Depp, grający zwichrowanego agenta CIA. To jedyna dobra kreacja w tym filmie, zwłaszcza dzięki zmianie garderoby dosłownie co scenę, a także absurdalnej końcówce rodem z najlepszych parodii gatunku. Nie rozumiem jednak, po co wskrzeszono do życia ubitych w "Desperado" aktorów: Danny'ego Trejo i Cheecha Marina. Co to ma być, zabrakło Meksykanów w Hollywood? Ponadto Rodriguez zastosował tu zasadę "jak wszyscy to wszyscy, babcia też", dlatego w filmie wystąpili również Willem Dafoe, Mickey Rourke, Eva Mendes czy nawet okropnie drętwy Enrique Iglesias. I jak tu znaleźć dla nich wszystkich miejsce w półtoragodzinnym gniocie? Zauważyliście pewnie, że pominąłem w tej wyliczance Salmę Hayek. Zrobiłem to celowo, ponieważ z jakichś przyczyn pojawiła się tu w jednej scenie akcji, i tyle ją widzieliśmy. No jak słowo daję, kto normalny tak marnuje pomysł na sequel?

Ale byłbym w stanie to wszystko przeżyć, gdyby nie patetyczne, liryczne obrazki Meksyku przeplatane obowiązkową rzeźnią. Wygląda to jak w produkcjach z Bollywood: El Mariachi idzie zakurzoną drogą, po chwili siedzi na wieży kościoła i gra na gitarze, następnie strzela i zabija ileś osób, potem deklamuje wiersz swojej ukochanej, następnie znowu idzie... I wszystko to w ciągu kilku minut na ekranie. Podejrzewam, że w ten badziewny sposób Rodriguez chciał nam pokazać "duszę" kraju swoich przodków, czego dowodem jest scena, w której prezydent pyta Banderasa i jego kumpli kim są, a oni odpowiadają: Synami Meksyku! Oczywiście znajdzie się tu kilka ciekawych scen akcji i parę fajnych pomysłów, jak choćby nowe "gitary", tak bardzo kultowe w "Desperado". Ale "Once Upon a Time in Mexico" nie zachęca, by obejrzeć tę historię ponownie. A przynajmniej nie na trzeźwo.

Wniosek: Rzeźnia klasy C z liryczno-poetyckim zacięciem. Efekt jest tragiczny.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "El Mariachi"! >>>


"Tut" ("Tutanchamon")

"Tut" ("Tutanchamon")

O czym to jest: Żywot Tutanchamona, legendarnego młodego faraona.

tutanchamon miniserial recenzja plakat ben kingsley

Recenzja miniserialu:

Czasem pewne produkcje po prostu nie wychodzą. Jako wprawny widz dostrzegam i doceniam, że twórcy robili co mogli by dostarczyć nam jak najlepszy produkt. Ale niestety, nawet przy tak zacnych zamierzeniach, brakuje czasem talentu, szczęścia... i dobrego pomysłu. Nawet, jeśli materiał źródłowy wręcz błaga o przeniesienie na ekran - tak jak w przypadku miniserialu "Tut".

Egipski faraon Tutanchamon nie byłby tak sławny, gdyby nie jego pełen skarbów grobowiec, odkryty w 1922 roku w sposób, którego nie powstydziłby się Indiana Jones. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że ten niegdyś zapomniany faraon zmarł młodo, mając około 20 lat, a przy tym całe życie cierpiał na sporą ilość wad wrodzonych (zapewne wskutek chowu wsobnego, popularnego wśród egipskiej arystokracji). Z historii wiemy również, że nie zostawił potomków, a władzę przejął po nim wpierw wezyr Aj, a następnie generał Horemheb. Obydwie te postacie pojawiają się w "Tut", co rzecz jasna dobrze świadczy o poszanowaniu faktów historycznych. Doceniam odrobienie lekcji przez scenarzystów, czego dowodem jest ukazanie wojny z królestwem Mitanni lub to, iż filmowy Tutanchamon utykał (z badań jego mumii wiemy, że miał szpotawą stopę). Dlaczego więc "Tut" to kiepska produkcja?

Po pierwsze - fabuła. Jest nudna, przegadana i mimo niezłego rozmachu scenicznego straszliwie czerstwa. Sceny ciągną się i wiją niczym Nil, a spiski i romanse rozwleczono do granic niestrawności. Akcję serialu dałoby się z powodzeniem zamknąć w dwóch odcinkach, niestety mamy ich aż trzy. Ponadto "Tut" pogrąża się w tych samych oparach absurdu co film "Exodus", zwłaszcza w kontekście relacji faraon/poddani. Kiedy w końcu producenci filmowi wbiją sobie do łbów, że faraon w Egipcie był bogiem, a nie "pierwszym pośród równych"? Niestety tutaj obserwujemy Tutanchamona jak biegnie na czele lekkiej piechoty, prowadząc ją do bitwy, a w wolnych chwilach włóczy się po ulicach Memfis, romansuje z dziewczyną z plebsu i ogólnie korzysta z życia. Tak, jasne... A, nie zapomnijmy również o dwuosobowym, brawurowym odbiciu z mitańskiego więzienia kapitana straży pałacowej...

Pod względem aktorskim mamy jedną, prawdziwą zaletę tej produkcji, dla której obejrzałem cały serial - jest nią Ben Kingsley. Ten aktor chyba świetnie czuje się w realiach dawnych czasów, czego najlepszym przykładem jest wspomniany "Exodus" oraz "Medicus". Kingsley zagrał wspaniale, zwłaszcza w zestawieniu z pozostałą, na wpół amatorską obsadą, która bardziej pasowałaby do reklamy proszku do prania. Tragiczny był faraon, tragiczni byli jego żona/siostra, kochanka, kapitan straży, najlepszy kumpel, generał... Piękni (i biali) jak z rozkładówki, lecz zagrali płasko, bez emocji, głębi i najzwyklejszego talentu. Na ich tle Kingsley świecił niczym słońce nad Saharą, i dlatego zapewne "Tut" nie został totalnie zmiażdżony przez krytykę.

Dobre są wprawdzie sceny batalistyczne (jak na możliwości telewizji oczywiście), a także scenografia. Ale to nie wystarczy, bym mógł polecić "Tut" z czystym sumieniem. Jeśli chcecie to obejrzeć, to tylko dla Bena Kingsleya, albo dlatego, że naprawdę nie ma nic innego w telewizji.

Wniosek: Starało się być dobre, ale nie wyszło.


"Robin Hood"

"Robin Hood"

O czym to jest: Jak Robin Hood stał się Robin Hoodem.

robin hood film 2010 recenzja russell crowe ridley scott

Recenzja filmu:

Słyszycie: Robin Hood. Myślicie: wyjęty spod prawa łucznik, biegający z bandą kumpli po lesie, rabujący bogatych i rozdający biednym, walczący z pachołkami Szeryfa z Nottingham, ewentualnie Księcia/Króla Jana Bez Ziemi. Zgadza się? Skoro tak, to chyba film zatytułowany "Robin Hood", na dodatek nakręcony przez Ridleya Scotta, powinien zawierać któryś z powyższych elementów? Pfff, a po co...?

Ten film to jedno wielkie oszustwo! To rabunek pieniędzy widza, którzy dali się zwieść fałszywemu trailerowi (możecie go obejrzeć poniżej) i myśleli, że idą na film o Robin Hoodzie. Tymczasem dostali dziwną, pozbawioną logiki, nudną historię o... w sumie trudno stwierdzić o czym. O bandzie kolesi w kolczugach, jeżdżących po polach w prawo i w lewo, i od czasu do czasu strzelających z łuków. To nie miało żadnego sensu! Była za to cała masa absurdów, i to w takiej ilości, że taśma filmowa powinna była dokonać samozapłonu! Robin Longstride, czyli Russell Crowe, jest w tym filmie zwykłym łucznikiem, a przy okazji też krzyżowcem. Jego ojciec był kamieniarzem, który z jakiegoś powodu napisał Wielką Kartę Swobód (sic!), podpisaną następnie przez połowę angielskiej arystokracji. Że niby co?! Mało tego, nasz Robin potrafi strzelać jak rasowy snajper, pisać, czytać, zachowywać się i mówić jak rycerz, a przy okazji jest naprawdę charyzmatycznym gościem, który przyćmiewa angielskiego króla swoją idealną postawą obywatelską! No nie ma co się dziwić, jego ojciec był przecież XI-wiecznym KAMIENIARZEM! Wygląda na to, że "Robin Hood" został skierowany wyłącznie do tych widzów, którzy nie mają zielonego pojęcia o historii i realiach epoki. Przykro mi to mówić, ale twórcy filmu ewidentnie biorą nas za idiotów!

Uwierzcie mi, że Russell Crowe miewał w swoim życiu lepsze role, i to wiele razy (no, może nie licząc "The Man with the Iron Fists"). W roli Marion partneruje mu Cate Blanchett, która była tu całkiem w porządku do momentu aż wbiła się w zbroję i pogalopowała na pole bitwy na czele tuzina nastolatków z patykami... Oprócz tego w filmie wystąpili Król Jan (świetny jak zawsze Oscar Isaac, choć kompletnie zmarnowany pod względem potencjału), Szeryf z Nottingham (zupełnie zbędny dla fabuły), Max von Sydow jako stary Loxley, William Hurt jako ktoś tam ze szlachty, a także Mark Strong jako klasyczny łysy zbir z rozdzielnika (koniecznie z blizną!). Straszny tłum, prawda? Gdyby wyciąć połowę tych postaci, film na niczym by nie stracił, a może byłby mniej bezsensowny. Nie mam zielonego pojęcia, PO CO nakręcono "Robin Hooda". Bo na pewno nie dlatego, żeby opowiedzieć jakąś rozsądną historię o tym banicie z Sherwood. Kochani widzowie, zostaliśmy ograbieni!

Jedyne co się broni, to sceny batalistyczne i scenografia, która jednak się nie umywa do "Robin Hooda: Księcia Złodziei". Poza tym, co chyba najważniejsze, czterdziestoparoletni Crowe był za stary do tej roli! Gdy Michael Praed grał Robin Hooda w "Robinie z Sherwood" był po dwudziestce, a gdy Kevin Costner grał go w "Księciu Złodziei", był po trzydziestce. Po co nam stary Robin Hood? To nawet nie jest fajne do oglądania! Starego Robina znakomicie zagrał Sean Connery w "Powrocie Robin Hooda" i tego się trzymajmy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że historie typu origin, czyli opowiadające o genezie postaci, rzadko się udają. To może po prostu... ich nie kręcić? Co komu szkodziło znów pokazać zbójnika i jego wesołą gromadkę kolegów w rajtuzach? Nieistotne, jak się nim stał i kim był wcześniej! Wcześniej, do ciężkiej cholery, nie był Robin Hoodem, więc po co oglądać o nim film?!

"Robin Hood" to film pseudo-historyczno-kostiumowy z elementami batalistycznymi. Nuda! Dwie i pół godziny katorgi, czerstwych tekstów, idiotyzmów fabularnych i snucia się po ekranie z okazjonalnym truposzem tu i tam. Ridley Scott, reżyser cierpiący na artystyczną chorobę dwubiegunową, kręci albo bardzo dobre filmy, albo kompletne szmiry. To była szmira. Obejrzałem ją w życiu dwa razy, i o dwa za dużo! Trzeciego nie będzie.

Wniosek: Nuda, bzdura i chała! Obraża inteligencję widza!


"Sucker Punch"

"Sucker Punch"

O czym to jest: Pięć dziewczyn próbuje uciec z wariatkowa/burdelu.

sucker punch film recenzja plakat

Recenzja filmu:

"Sucker Punch" to film-marzenie każdego nerda. Jest tu wszystko, co mogło się zrodzić w tysiącach umysłów trzydziestoletnich, grubych kolesi w przetłuszczonych długich włosach, siedzących w garażach domów swoich rodziców. Pięć seksowych lasek, które starają się uciec z wariatkowa, a jednocześnie burdelu w klimacie burleski. Na drodze stoją im robo-samuraje z karabinami maszynowymi, napędzane parą niemieckie zombie z okresu I wojny światowej, smoki, orkowie, roboty i psychopatyczni strażnicy. Mnóstwo akcji, tempa, strzelaniny, efektów specjalnych i podwiązek! Brzmi jak niedorzeczny fanfic, prawda? A jednak powstał taki film!

Przyznaję się szczerze, że bardzo długo miałem wątpliwości i obawy związane z tą produkcją. Czy coś o tak pokręconej i zmiksowanej fabule ma szansę się do czegoś nadawać? Prawdopodobnie gdyby nie nazwisko reżysera, cenionego przeze mnie Zacka Snydera (którego śledzę z uwagą od znakomitego debiutu w postaci "Dawn of the Dead"), nigdy bym się nie odważył tego obejrzeć. No ale ponieważ był to ostatni film Snydera, jakiego nie znałem, zaryzykowałem. I okazało się to znakomitą rozrywką! Mnóstwo osób zarzuca "Sucker Punch", że jedzie po bandzie w kwestii przedstawiania kobiet na ekranie jako obiektów seksualnych. Ja uważam inaczej: dlaczego tylko zmaskulinizowane heroiny w rodzaju Sigourney Weaver ("Aliens") czy Charlize Theron ("Mad Max: Fury Road") mają prawo biegać z wielkimi spluwami? Co jest złego w tym, że robi to ładna dziewczyna? Trzeba sobie uświadomić, że wszystko w "Sucker Punch" jest wyłącznie kwestią konwencji i pewnego wizualnego przebrania (bardzo podobnego do "Moulin Rouge" - a przecież nikt nie oskarża tego znakomitego musicalu o seksizm). Jeśli nie kupicie takiej formy, to pewnie wyłączycie ten film po kwadransie. Ale jeśli dacie się ponieść zabawie, znajdziecie tu mnóstwo rozrywki! W końcu gdzie indziej bombowce z II wojny światowej walczą ze smokami, a ogromne roboty ze steampunkowymi sterowcami? 

Bohaterki filmu są bardzo dobrze obsadzone w roli współczesnych "Aniołków Charliego", rozwalających setki przeciwników jednym uderzeniem. Aktorki przeszły morderczy trening fizyczny i efekty tego widać na ekranie. Te dziewczyny potrafią walczyć, strzelać, bić się na pięści i są naprawdę niebezpieczne. A że mają jednocześnie wysokie szpilki, pończochy i gorsety? Tym lepiej dla widza! Tylko błagam, nie traktujcie "Sucker Punch" na poważnie! Zanurzcie się w fotelu, dajcie ponieść obrazowi i znakomitej ścieżce dźwiękowej, i cieszcie się frajdą kina! Zack Snyder naprawdę potrafi kręcić filmy. #IBelieveInZackSnyder!

Wniosek: Zadziwiająco dobra popkulturowa mieszanka! Jest frajda z oglądania!


"Show Me a Hero" ("Kto Się Odważy")

"Show Me a Hero" ("Kto Się Odważy")

O czym to jest: Prawdziwa historia o tym, że polityka ma swoją cenę.

kto się odważy miniserial recenzja plakat HBO oscar isaac

Recenzja miniserialu:

Tak, przyznaję się bez wahania - postanowiłem zapoznać się z całą filmografią Oscara Isaaca. Zaufajcie mi, to naprawdę znakomity aktor! Oglądanie go na ekranie to prawdziwa frajda, a "Show Me a Hero" jest jedną z tych produkcji, o których będzie się pamiętać w przyszłości. Isaac dostał za nią Złotego Globa i nie mam żadnych wątpliwości, że zasłużenie. 

HBO, jak przystało na najlepszą telewizję świata, przedstawiło kolejną fantastyczną opowieść: miniserial o życiu Nicka Wasicsko, burmistrza Yonkers (stan Nowy York) w latach 1987-1989. Słyszeliście kiedyś o tym polityku, który był najmłodszym burmistrzem w historii USA? Jestem pewien, że nie. Nawet ja, mimo że studiowałem politologię, nigdy o nim nie usłyszałem. A jednak życie Wasicsko zasłużyło na to, by pokazać je w serialu, i to jeszcze TAKIM serialu. Nick, piastując swój urząd, miał przeciwko sobie niemal całą radę miejską i opinię publiczną (znacznie bardziej agresywną, niż to bywa choćby w Polsce). Poszło o mieszkania komunalne dla ubogich rodzin (w większości czarnoskórych), które amerykański sąd nakazał wybudować w "lepszych" dzielnicach Yonkers. Wasicsko, choć był przeciwny tej koncepcji, postanowił podporządkować się wyrokowi. Co z tego wynikło - musicie się przekonać sami.

Jego losy są doskonałą próbką tego, jak wygląda polityka i co trzeba w sobie mieć, by się w niej odnaleźć. O ile np. "House of Cards" pokazuje wypaczony i przerysowany przykład polityki na szczeblu światowym, to "Show Me a Hero" schodzi na poziom lokalny, gdzie jednak panują takie same krwiożercze zasady. To prawdziwa gra o tron, w której zwyciężasz, albo wypadasz na stałe. Będąc "dyplomowanym specjalistą w zakresie polityki" (brzmi poważnie, nie?) potwierdzam, że właśnie tak to wygląda! Serial w fantastyczny sposób prezentuje realia końcówki lat 80., tworząc złudzenie, że oglądamy film dokumentalny, a nie fabularny. Przez sześć odcinków śledzimy losy zarówno burmistrza, jak i szeregu ubogich rodzin, dla których były przeznaczone mieszkania komunalne. Cieszę się, że w ten sposób pokazano, iż to co robią politycy, ma wpływ na ludzi dookoła. W końcu czasem i z paskudnych okoliczności może wyjść coś dobrego.

To naprawdę dobry miniserial. Nie ma tu scen akcji, ale jest fantastyczna, głęboka i przejmująca gra aktorska Isaaca oraz niesamowita, wciągająca historia. Pewnie część widzów uzna ten serial za nudny... Ale ja tak nie uważam. Polecam, zwłaszcza tym, którzy zastanawiają się, czy nie zająć się polityką. Może dzięki temu pomyślą dwa razy, zanim wejdą w to bagno.

Wniosek: Rewelacyjna produkcja. Przerażająco prawdziwa.


"Deadpool"

"Deadpool"

O czym to jest: Deadpool - największy antybohater w historii superbohaterów.

deadpool film recenzja plakat x-men ryan reynolds

Recenzja filmu:

Nie jest dobrze, gdy widz idzie do kina ze zbyt rozdmuchanymi oczekiwaniami. Popełniłem ten błąd przy "Bitwie Pięciu Armii", na skutek czego film był dla mnie rozczarowaniem. Ten sam problem mam z "Deadpoolem". Trailery i genialna kampania marketingowa (jedna z najlepszych, jakie widziałem) obiecywały popkulturowe arcydzieło, które pozamiata mną po podłodze i tam zostawi. A było tylko... dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ale naprawdę chciałem, by było na 100%, a nie tylko 90%!

"Deadpool" ma dla mnie jedną podstawową wadę (czy raczej zarzut), który widzom pewnie zazwyczaj nie przeszkadza, ale mi bardzo: masę żartów niskich lotów, skierowanych do amerykańskiego odbiorcy. Ktoś spostrzegawczy powiedział, że wystarczy by Amerykanin usłyszał na ekranie słowo ass, a już umiera ze śmiechu. Cóż, mnie osobiście żarty o odbytach, puszczaniu bąków czy białych gaciach średnio bawią. A w zasadzie w ogóle. Niestety "Deadpool" jest ich pełen, choć na osłodę powiem, że jest też pełen bardzo dobrych gagów, nawiązań i satyry na popkulturę, tematykę superbohaterów, czy wręcz sam cykl filmów o "X-Menach". Ryan Reynolds w głównej roli jest znakomity - tak dobry, że nie mam wątpliwości, że zrośnie się z Deadpoolem na stałe, tak jak Robert Downey Jr. z Iron Manem. Oglądanie go na ekranie to niezła frajda (fanom Reynoldsa polecam jego gościnny występ jako Deadpoola w chłodno przyjętym "X-Men Origins: Wolverine"). Warto też zauważyć pojawienie się w tej produkcji Moreny Baccarin jako "etatowej lasi". Ta aktorka zdecydowanie powinna chodzić w długich włosach (patrz "Firefly"), bo w krótkich wygląda po prostu tragicznie (jak w "V"). Żałuję jedynie, że Colossusa zagrał tu inny aktor niż w poprzednich filmach z cyklu, no ale w końcu to uniwersum po reboocie, więc...

Technicznie jest rewelacyjnie: krwawo (i to bardzo), dynamicznie i ze znakomitym tempem. Nieco denerwujące są liczne przeskoki czasowe, ale idzie się przyzwyczaić. Wydaje mi się też, że twórcy filmu nie do końca mieli pomysł, jak wykorzystać łamanie czwartej ściany do czegoś więcej, niż tylko prostych żartów. Przykład "Wilka z Wall Street" pokazuje przecież, że jest w tej technice gigantyczny potencjał. Niemniej, jeśli chodzi o poziom rozrywki, to na pewno jest to znakomite panaceum na odstresowanie się po ciężkim dniu pracy.

I na koniec kilka słów o tym, co w przypadku Deadpoola powinno być najważniejsze - dialogach. Ta postać słynie z ciętego języka, ostrych ripost i obrazoburczych porównań. Przyznaję, że scenarzyści robili co mogli i odwalili kawał dobrej roboty. Jednak dla mnie królem w tej dyscyplinie wciąż pozostaje "Ostatni Skaut" z Bruce'm Willisem - myślę, że w starciu Willis vs. Reynolds, wygrał ten pierwszy. To jest dopiero grzeszna przyjemność, by ryczeć ze śmiechu przy tamtych tekstach! Które, co istotne, pozbawione są fekalnych żartów.

"Deadpool" to niezła odtrutka po śmiertelnie poważnym "Days of Future Past". Ale mam nadzieję, że to tylko przerywnik, a filmy o "X-Menach" w większości wciąż będą grać na bardziej dojrzałą nutę niż robi to "Marvel Cinematic Universe". W końcu dzięki temu się wyróżniają.

Wniosek: Bardzo dobre, choć mogło być kultowe.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "X-Men"! >>>


"Sahara"

"Sahara"

O czym to jest: Grupa alianckich niedobitków walczy na pustyni z Niemcami.

sahara film 1943 recenzja plakat humphrey bogart
Kiedy słyszycie o filmie "Sahara", na myśl zapewne przychodzi wam film przygodowy z Matthew McConaughey'em z 2005 roku, prawda? A szkoda, bo jest inna, o wiele lepsza produkcja (a w zasadzie dwie), którą kinomaniacy zdecydowanie powinni znać. Wojenny obraz "Sahara" powstał w 1943 roku w zenicie II wojny światowej, jako film de facto propagandowy, czyli podtrzymujący na duchu dzielnych chłopców walczących z nazistami i Japończykami na całym świecie (zresztą całe Hollywood w tym czasie kręciło niemal wyłącznie takie filmy). Fabuła skupia się na załodze amerykańskiego czołgu, uchodzącego z pogromu podczas walk z Afrika Korps w Afryce. Dowodzona przez sierżanta Gunna załoga spotyka barwną grupę niedobitków z innych oddziałów - brytyjskiego lekarza wojskowego, paru wojaków z różnych jednostek, Afrykanera (w remake'u zmienionego na Australijczyka), sudańskiego sierżanta z oddziałów kolonialnych, Francuza z jednostek Wolnej Francji, a nawet włoskiego jeńca wojennego. Ten dziwaczny oddział postanawia zatrzymać niemiecki batalion, grożący okrążeniem alianckich wojsk broniących się pod El Alamein. Rozegra się niezwykła bitwa, w której dziewięciu stanie przeciwko pięciuset, a stawką będzie dostęp do jedynej studni w promieniu kilkuset mil. Jednym słowem: jest kultowo! 

Ponieważ remake z 1995 roku, nakręcony jako film telewizyjny, niemal kropka w kropkę naśladuje wojenny oryginał (w przebiegu scen, postaciach, a nawet dialogach!), warto go opisać na zasadzie porównania. Dlatego też, podobnie jak to zrobiłem w przypadku "Carrie", tak i tutaj napiszę jedną recenzję dwóch filmów. Kto wygrał w tym starciu - załoga Humphrey'a Bogarta, czy załoga Jamesa Belushiego? Zaczynajmy!

1) Jakość wykonania. Tutaj trudno ostatecznie rozsądzić. Pamiętajcie, że produkcja z 1943 to film czarno-biały, nakręcony w starym stylu i w zupełnie innej epoce (a nadto propagandowy). Z definicji był więc moralizatorski, służący inspiracji i podniesieniu morale. Remake to produkcja zdecydowanie bardziej prawdziwa, realistyczna (może nie aż tak jak "Kompania Braci" czy "Pacyfik", ale prawie) i skupiająca się na horrorze i absurdzie wojny. Oczywiście liczy się również technologia - oryginalna "Sahara" z konieczności korzystała na planie ze sprzętu dostępnego w tamtym czasie dla wojsk alianckich, nie zobaczycie tu więc niemieckich pojazdów czy uzbrojenia. Batalistyka jest też zdecydowanie bardziej umowna (wybuchy czy strzelaniny przypominały mi naszych "Czterech Pancernych i Psa"), podczas gdy w remake'u pirotechnika i scenografia mają wysoką - choć telewizyjną - jakość. 

sahara film 1995 recenzja plakat james belushi
2) Aktorzy. Jeśli lubicie twardych facetów z klasycznej ery Hollywood, to Humphrey Bogart jest dla was. Twardy, bezkompromisowy i niezłomny niczym szeryfowie w westernach. To ideał mężczyzny epoki lat 40. i 50. Z kolei James Belushi zdecydowanie bardziej da się lubić, choć również nie można mu odmówić stanowczości. Osobiście bardziej pasuje mi Belushi w głównej roli, może dlatego, że jest prawdziwszy. Również członkowie oddziału są dla mnie fajniejsi do oglądania w nowej wersji - w oryginale zlewali się w jeden tłum, podczas gdy w remake'u są bardziej różnorodni (nie tylko w kwestii charakterów, ale też i wyglądu). Najlepszym przykładem jest francuski kapral Leroux, w oryginale trochę błazen, a w remake'u straumatyzowany twardziel z żądzą mordu i cierpieniem wyrysowanym na twarzy (fantastyczna rola Michaela Massee!). Również w nowej wersji wygrywa brytyjski kapitan Halliday, naprawdę przyjemny do oglądania i słuchania (podobnie jak czarnoskóry sierżant Tambul). Także w tym aspekcie 1:0 dla produkcji z 1995.

3) Fabuła. W obydwu produkcjach w zasadzie jest identyczna z jednym wyjątkiem. W oryginale czołgista Waco wyrusza na wędrówkę przez pustynię, by ściągnąć pomoc (to te czasy, gdy na końcu filmu musiała się pojawić "kawaleria" pędząca na odsiecz). Z kolei w remake'u wszyscy zostają na miejscu, walcząc z przeważającymi siłami wroga. Są też drobne różnice, jak rozmowa kaprala Leroux z niemieckim majorem - tu również na plus dla remake'u. Jednak dużo elementów jest tak podobnych, że jeśli obejrzycie te filmy jeden po drugim, pewnie zleją się wam w jedno. Ale nie szkodzi!

Teoretycznie wychodzi więc na to, że remake jest lepszy. Ale mimo to obydwie "Sahary" polecam i miłośnikom II wojny światowej, i zwolennikom dobrej rozrywki. W Polsce oryginalny film wyszedł nawet na DVD, remake zaś ukazał się wyłącznie w Australii (ale da się go sprowadzić - i to w wersji dostępnej na nasze odtwarzacze). Polecam, powinno się znać.

Wniosek: Świetny, klasyczny film wojenny. Remake chyba lepszy od oryginału.



"Dark Matter"

"Dark Matter"

O czym to jest: Grupa nieznajomych z amnezją budzi się na pokładzie statku kosmicznego.

dark matter serial recenzja plakat syfy

Recenzja serialu:

Ostatnio trafiam na same dobre produkcje, zatem statystycznie nadeszła pora, bym obejrzał coś marnego. I tak się stało: zapoznałem się z najnowszym nabytkiem telewizyjnego science fiction, który (tak jak "The Expanse" i "Killjoys") miał być w założeniu nową atrakcją dla miłośników przygód w kosmosie. A że zabrali się za niego producenci serii "Stargate", wszyscy liczyliśmy, że wiedzą co robią. Niestety twórcy zrobili chyba najgorszą możliwą rzecz: poszli na łatwiznę.

Ten serial jest czerstwy. Oglądając pierwszy odcinek już po kwadransie patrzyłem na zegar z wytęsknieniem czekając na koniec. "Dark Matter" rozpoczyna się od szóstki nieznajomych, budzących się na statku kosmicznym. Nie wiedzą kim są, gdzie są, i czemu nic nie pamiętają. Każdy z nich reprezentuje oczywiście inny zestaw umiejętności, a także inny typ rasy i płci (no bo przecież, równouprawnienie!). Niestety w tym tłumie pustych kukieł brakuje choć jednego wyrazistego protagonisty, dla którego chciałoby się oglądać to dalej. Dialogi są miałkie niczym w "Ataku Klonów", humor marny, a i sceny akcji niespecjalne. Nie ma polotu, nie ma iskry, a co najgorsze - jest plagiat! Być może gdybym nie był fanem gatunku i nie oglądał tylu produkcji SF, to bym się nie zorientował, ale prawda jest taka, że większość dekoracji i połowa gadżetów pochodzi z seriali "Stargate Atlantis" oraz "Stargate Universe" (a zwłaszcza statek naszych bohaterów, który wewnątrz po prostu jest lekko przemalowanym okrętem Destiny ze wspomnianego "Stargate Universe"). Z budżetowego punktu widzenia na pewno oznaczało to spore oszczędności, ale ja odmawiam jedzenia po raz drugi tego samego, tylko że w innym opakowaniu. Szkoda mi czasu, zwłaszcza że na świecie jest tyle oryginalnych produkcji!

Rozumiem jednak, czemu "Dark Matter" może się niektórym podobać. Ja z podobnego powodu oglądam "Blindspot" - jest to dla mnie prosta rozrywka, bez większej głębi, pomagająca zabić trochę komórek mózgowych po ciężkim dniu pracy. Ale szczerze? Jako fan SF wymagam znacznie wyższego poziomu. Dlatego pasuję.

Wniosek: Wtórne i płaskie. Strata czasu.


"Spotlight"

"Spotlight"

O czym to jest: Kulisy zdemaskowania pedofilskiej siatki wśród amerykańskich księży.

spotlight film recenzja plakat michael keaton

Recenzja filmu:

Dobry film obyczajowy lub dramatyczny jest jak najlepszej klasy wino i obiad w wykwintnej restauracji. Oczywiście popkulturowe sieczki, niczym burger z frytkami z pobliskiej knajpy, też mają swoje zalety (są pyszne i dają dużo frajdy), ale to właśnie obyczajówka jest tym, co czyni kino Dziesiątą Muzą. I mogę z zadowoleniem powiedzieć, że "Spotlight" dał mi właśnie ten rodzaj dojrzałej, wysmakowanej satysfakcji.

Po pierwsze, choć pewnie niektórym trudno będzie w to uwierzyć, to wszystko prawda. Rzecz wydarzyła się w 2001 roku, niedługo przez zamachami 11 września. Grupa bostońskich dziennikarzy, zwana Spotlight, zdemaskowała gigantyczną siatkę pedofili-księży, przez dekady wykorzystujących dzieci w mieście i w całym kraju. Dostali za to nagrodę Pulitzera, a skutki ich odkrycia do dzisiaj rezonują w całym Kościele katolickim (również Polsce - znamienne sprawy arcybiskupów Paetza czy Wesołowskiego). "Spotlight" niezwykle wiernie, bo na wzór dokumentu, opowiada tę historię. Pierwszym co rzuca się w oczy jest znakomita obsada, w której jedna gwiazda ściga się z drugą. Przede wszystkim możemy tu spotkać Michaela Keatona, który po "Birdmanie" zaliczył brawurowy powrót do pierwszej ligi kina. Ale to nie jego postać (mimo, że jest głównym bohaterem) jest tu najlepsza, bo deklasuje go zaskakujący Mark Ruffalo! Ten aktor, znany dotychczas szerszej publiczności głównie dzięki roli Hulka w "Avengersach", zdobył się na totalną i całkowitą zmianę swojego oblicza. Jego kreacja dziennikarza Michela Rezendesa jest przejmująca i szczera do głębi, a przy tym całkowicie inna od tego, co do tej pory Ruffalo nam pokazał. Zauważcie, że aktor nie zmienił tu swojego wyglądu, nie było też żadnej charakteryzacji czy kostiumu. Tylko i wyłącznie jego gra aktorska spowodowała taki efekt! Nie dziwię się, że dostał za to nominację do Oscara, nie zdziwię się również, jeśli to on zdobędzie w tym roku statuetkę. Oprócz wspomnianej dwójki, w filmie pojawia się też Rachel McAdams (choć nie mam pojęcia, czemu też dostała nominację do Oscara), a także lubiany przeze mnie Liev Schreiber, którego oglądam zdecydowanie za rzadko. Świetna obsada, nieprawdaż?

Ponieważ to film prawdziwy, nie znajdziecie tu ani jednej sceny akcji. Żadnych pościgów, strzelanin, wybuchających samochodów czy bandziorów w kominiarkach. Są za to długie rozmowy, solidne dziennikarskie śledztwo, mechanizmy prawne i szokujący obraz rzeczywistości, o której wszyscy wiedzieli, lecz nikt o niej nie mówił. I właśnie ten przekaz, o grzechu milczenia, jest tym co czyni "Spotlight" znakomitym filmem. Polecam - powinno się znać.

Wniosek: Świetnie nakręcone, znakomicie zagrane. Porusza widza.


"Whiplash"

"Whiplash"

O czym to jest: Młody muzyk chce zostać wielkim perkusistą.

whiplash film recenzja plakat miles teller j. k. simmons

Recenzja filmu:

Nadrabianie zaległości kinowych chyba nigdy się u mnie nie skończy - tym lepiej! Teraz przyszła pora na obsypany nagrodami film "Whiplash", czyli historię młodego perkusisty marzącego o wielkiej karierze oraz jego nauczyciela-tyrana. Prawdopodobnie każdy, kto studiował dziennie na jakimś uniwersytecie, pamięta takich wykładowców. Z jednej strony nienawidzimy ich, bo to wredne dranie, z drugiej zaś jesteśmy pod wrażeniem ich kompetencji i ze wszystkich sił staramy się ich zadowolić. Byłem, widziałem, przeżyłem. I choć sam skończyłem w miarę bezkonfliktowe humanistyczne studia, to wiem z relacji rówieśników, że na uczelniach artystycznych panuje prawdziwy terror.

Tak to jest z dążeniem do perfekcji - nigdy nie jest się wystarczająco dobrym. "Whiplash" znakomicie pokazuje, ile wyrzeczeń (psychicznych i fizycznych) trzeba znieść, by zostać jednym z tych najlepszych. Ale nawet to nie gwarantuje sukcesu. To jak z wygraną w lotto - żeby wygrać, trzeba grać, choć samo uczestnictwo to za mało. Bez szczęścia i odwagi ani rusz. Miles Teller w roli głównej pokazuje, że ma prawdziwy talent aktorski (kto wie, może coś z niego wyrośnie). J.K. Simmons jako nauczyciel zasłużył na Oscara z tę rolę, choć mnie osobiście nie wgniótł w ziemię. Ale pewnie dlatego, że sam na studiach poznałem wielu takich ludzi. Najbardziej przypominał mi legendarnego sierżanta z "Full Metal Jacket", któremu chodziło w zasadzie o to samo - stworzenie jak najlepszego specjalisty w danej dziedzinie. Każdy wie, że aby ukształtować młodego człowieka na swoje podobieństwo, trzeba go najpierw złamać, a potem poskładać na nowo. Nie wszyscy przetrwają ten proces, ale ci, którym się uda, mają szansę zostać wielkimi.

Przede wszystkim chwalę "Whiplash" za świetne oddanie realiów nauki w szkole muzycznej, choć osobiście uważam, że mógłby być dłuższym filmem. A może po prostu nie chciałem, żeby się skończył? Co też powinno dać do myślenia.

Wniosek: Bardzo dobry film. Nieźle pokazuje prawdziwą cenę sukcesu.


"Inside Llewyn Davis" ("Co Jest Grane, Davis?")

"Inside Llewyn Davis" ("Co Jest Grane, Davis?")

O czym to jest: Wycinek z życia folkowego muzyka w latach 60. w USA.

co jest grane davis film recenzja plakat oscar isaac joel ethan coen

Recenzja filmu:

I za to kocham kino! Nieważne, jak wiele filmów widziałeś w życiu, jak wielu reżyserów i aktorów znasz, ZAWSZE znajdziesz kolejne dzieło, które wbije cię w fotel. Zawsze. Do filmu "Inside Llewyn Davis" trafiłem dwukierunkowo: z jednej strony śledząc filmografię wybitnych braci Coen, a z drugiej podążając za karierą Oscara Isaaca, który w ostatnich latach wybija się do pierwszej ligi światowego kina. A oprócz tego, że Isaac jest fantastycznym aktorem, to jeszcze znakomicie śpiewa. I połączenie tych dwóch talentów dało w tej produkcji prawdziwie piorunujący efekt!

Poznajemy na wpół-bezdomnego, folkowego muzyka Llewyna Davisa, snującego się z gitarą (i kotem) po Nowym Jorku w realiach roku 1961. To świt ery protest-songów i folkowej muzyki, z której za kilka lat wyrosną tacy giganci jak Bob Dylan czy Joan Baez. Grany przez Isaaca introwertyczny Llewyn (luźno oparty na prawdziwym muzyku Dave Van Ronku) szuka dla siebie miejsca w świecie, do którego zwyczajnie nie pasuje. Muzyka nie jest jego miłością, a raczej wołaniem o pomoc i drogą wyrażenia skomplikowanych uczuć. Davisa nikt nie rozumie, nikt nie kocha, a nawet chyba niezbyt lubi. Mimo wszystko nasz bohater nie poddaje się, pokonując jedną przeszkodę za drugą. Z jednej strony daje nam to dosyć depresyjny obraz (zwłaszcza gdy widzimy głodnego, zmarzniętego bohatera ledwo wiążącego koniec z końcem), z drugiej jednak, niesieni wspaniałą muzyką, z fascynacją patrzymy na jego wędrówkę. Nie brakuje tu typowego dla Coenów czarnego humoru, a także niesamowicie klimatycznych, przepięknych ujęć kamery. "Inside Llewyn Davis" nie należy do tych filmów, które się ogląda: przez nie się płynie.

Nie myślałem, że spotkam się tu z tak ogromną ilością niezwykłej muzyki! I nie mówię tu tylko o jednej dobrej piosence: ich jest z tuzin! Aktorzy w większości sami grali i śpiewali swoje utwory (Isaac wypadł wręcz piorunująco), a w gościnnej roli wystąpił nawet Justin Timberlake. "Inside Llewyn Davis" to dzieło bardzo kameralne, ale też zadziwiająco nowatorskie w sposobie konstrukcji fabuły. Trudno to nawet opisać słowami; to się po prostu czuje. I dla tych uczuć, a także dla wspaniałej muzyki, z pewnością będę wracał do tego filmu. Ciekawy jestem, na ile sposobów jeszcze go odczytam.

Wniosek: Genialny, absolutnie rewelacyjny film. I ta muzyka!!!


"The Finest Hours" ("Czas Próby")

"The Finest Hours" ("Czas Próby")

O czym to jest: Łódź straży przybrzeżnej próbuje uratować załogę tonącego tankowca.

czas próby film recenzja plakat chris pine casey affleck

Recenzja filmu:

Filmy o morzu zawsze mnie interesowały - pewnie dlatego, że od dzieciństwa żegluję (choć ostatnio niestety już nie mam kiedy). Niemniej staram się śledzić wszelkie interesujące marynistyczne historie, a do takich z całą pewnością należy najsłynniejsza w dziejach USA akcja ratunkowa w wykonaniu U.S. Coast Guard. A było tak: podczas strasznego zimowego sztormu w 1952 roku, tankowiec Pendleton przełamał się na pół. Na pomoc uwięzionym marynarzom wyruszyła mała łódź straży przybrzeżnej dowodzona przez Bernarda Webbera. To, co zrobił Webber i jego trzyosobowa załoga, przeszło do historii amerykańskiego ratownictwa.

Świetny pomysł na film, prawda? Wręcz murowany przepis na hit, nic więc dziwnego, że zajęła się nim wytwórnia Disneya. Chwalę scenariusz, który został znakomicie napisany - miał odpowiednią dozę epy, akcji, emocji, klimatu, a także całkiem przyzwoite dialogi. Do roli głównej zaangażowano Chrisa Pine'a, przed którym stało trudne zadanie zrzucenia gęby kapitana Kirka ze "Star Treka". Na szczęście poradził sobie bardzo dobrze, grając na zupełnie inną, znacznie spokojniejszą nutę (idealnie wpasowaną w styl rodem z lat 50.). Fajnie było zobaczyć również Casey'ego Afflecka (tego brzydszego i zdolniejszego z braci Afflecków), a także znaną z "Rodziny Borgiów" Holliday Grainger oraz Grahama McTavisha, mojego ulubionego groźnego Szkota (znanego bardziej jako Dwalin z "Hobbita"). Nawet posępny Eric Ba(na)na w tle dobrze odegrał swoją rolę. 

No dobra, mamy więc dobry scenariusz i obsadę, ale czy mamy dobry film? Obawiam się, że jest z tym pewien problem. Po pierwsze, "The Finest Hours" jest niezwykłe spokojne jak na film katastroficzny. Za spokojne! Bohaterowie zachowują zimną krew i wręcz flegmatyczne opanowanie, niezależnie od tego czy walczą o przetrwanie na tonącym statku, zmagają się z falami, zamarzają czy tęsknią za ukochanymi. O ile na początku filmu ten spokój budował fajną kameralną atmosferę, to utrzymywanie go podczas dynamicznych scen akcji (a tych było niemało) kompletnie zabiło tempo filmu! Ponieważ wiem, że występujący tu aktorzy potrafią grać ekspresywnie, zrzucam całą winę na reżysera. Nie wiem, jaki chciał osiągnąć zabieg artystyczny, ale z całą pewnością poniósł porażkę. Mam również zastrzeżenia co do jakości wykonania efektów i dekoracji - nasi dzielni ratownicy, pędząc po sztormowych falach na ratunek, wyglądają jakby powoli sunęli na rowerku po kwiecistej łące. Nie ma tu emocji, nie ma zacięcia w oczach, a widz oczyma wyobraźni widzi wszechobecny blue screen, który otaczał aktorów na planie (zresztą animacja wody pozostawia sporo do życzenia). Wręcz nie do zniesienia jest zbyt mała ilość wody (!) na twarzach i ciałach bohaterów, brak wiatru, a także kompletny brak reakcji na konieczne w takim wypadku wszechobecne zimno i stanie na skraju hipotermii. 

Mam też zarzuty co do końcówki klasy "powiewający gwieździsty sztandar" - czyli czerstwej, płaskiej i stosującej tanie chwyty. Jest mi smutno, bo taka historia z takim scenariuszem zasługiwała na znacznie lepszą odsłonę. Pozostaje mieć nadzieję, że pewnego dnia dożyję rebootu.

Wniosek: Świetny pomysł na film, ale niestety kulawe wykonanie.


"The Revenant" ("Zjawa")

"The Revenant" ("Zjawa")

O czym to jest: Pozostawiony na śmierć traper wyrusza się zemścić.

zjawa film recenzja plakat leonardo dicaprio tom hardy

Recenzja filmu:

Gdyby Terrence Malick nakręcił remake "Jeremiah Johnsona", wyszedłby mu "The Revenant". Tak w jednym zdaniu można streścić ten film. Ale wyjaśnijmy dokładnie, co mam na myśli. Musicie wiedzieć, że "Jeremiah Johnson", wspaniały western z Robertem Redfordem z 1972 roku, to mój ulubiony film i w moim odczuciu najlepszy, jaki widziałem w życiu. Oparty jest na faktach i opowiada o traperze, który na początku XIX wieku mieszkał w dzikich ostępach Ameryki Północnej - tam polował, miał rodzinę, walczył z Indianami... Brzmi znajomo? Owszem, bo dokładnie o tym samym opowiada "The Revenant" autorstwa meksykańskiego reżysera Alejandro G. Iñárritu, choć jest oparty na innych zdarzeniach i innej legendarnej postaci z historii Dzikiego Zachodu.

Rzecz wydarzyła się w 1823 roku. Hugh Glass, doświadczony traper, został ciężko ranny w starciu z niedźwiedziem. Jego towarzysze, zakładając że prędko umrze na skutek odniesionych ran, wrzucili go żywcem do grobu i zostawili na pewną śmierć. Tymczasem Glass, nie dość że wyczołgał się z grobu, to jeszcze ruszył za kompanami w pogoń... Oto prawdziwa historia, którą film opowiada dosyć wiernie, choć z koniecznymi dla fabuły ubarwieniami i dodatkami. Trzeba zaznaczyć, że "The Revenant" to wizualny cud kinematografii - ale trudno się dziwić, bowiem zdjęcia do niego robił prawdopodobnie najlepszy obecnie operator świata, Emmanuel Lubezki (ten sam co filmował "Birdmana" i "Grawitację"). A ponieważ Lubezki to także ulubiony operator reżysera-poety Terrence'a Malicka, zapewne rozumiecie, dlaczego od razu ten film skojarzył mi się z jego dziełami. Nastrojowe kadry, piękne okoliczności przyrody kręcone przy naturalnym świetle, atmosfera pogranicza jawy i snu, a przy tym ogromna doza naturalizmu i tak bliskich ujęć, że oddech aktorów wręcz osadzał się na obiektywie kamery. "The Revenant" to uczta dla zmysłów, z niesamowitym podkładem dźwiękowym, który żal przegapić w kinie.

Jednocześnie to film niezwykle kameralny, wręcz zbyt kameralny jak na kino, dlatego czułem się trochę niekomfortowo, oglądając go na dużej sali pełnej widzów. Myślę, że lepiej bym się bawił, smakując go w domowym zaciszu, samotnie, na wygodnej kanapie i przy zgaszonym świetle. Technicznie jest oczywiście bez zarzutu i nie licząc kilku zgrzytów fabuły, nie jestem w stanie mu nic zarzucić. Ale czy było to arcydzieło? Sam nie wiem. Na pewno był za długi i chyba za bardzo nastawiony na przygodę i akcję. Brakowało mi momentów, w których Leonadro DiCaprio mógł pokazać coś więcej prócz potwornego, fizycznego poświęcenia (rzeczy, które robił na planie, np. kąpiele w lodowatych strumieniach, jedzenie surowego mięsa czy tarzanie się nago po śniegu prawdopodobnie przejdą do historii kina jako przykład wyrzeczeń dla roli). Ale dla mnie wybitny film musi mieć w sobie to "coś" co spowoduje, że poruszy najgłębszą strunę mojej duszy (tak jak to zrobił zeszłoroczny film duetu Iñárritu/Lubezki, czyli wspomniany "Birdman"). Niestety nie poczułem tego oglądając "The Revenant".

I teraz odpowiedzmy sobie na najważniejsze pytanie: czy DiCaprio zasłużył tą rolą na Oscara? Moim zdaniem, jeśli go dostanie, to niekoniecznie za ten film, a bardziej za całokształt dotychczasowej twórczości (wielka szkoda, że Leonardo nie otrzymał tej nagrody za "Wilka z Wall Street"). Uważam, że lepiej od DiCaprio w "The Revenant" zagrał Tom Hardy. Jego postać była niezwykle wyrazista, pełna głębi i ogromnie przejmująca. Dodajmy też, że Hardy był do siebie tak niepodobny, że gdyby nie to samo nazwisko, nigdy bym nie uwierzył, że to ten sam aktor, który zagrał w "Mad Maxie" czy "The Dark Knight Rises". Drugą gwiazdą był Domhnall Gleeson, którego przypadkowo widziałem tu w trzeciej roli z rzędu (po "Przebudzeniu Mocy" i "Ex Machinie"). I wiecie co? Również był tu absolutnie nie do poznania! Coś czuję, że z tego młodego aktora wyrośnie w przyszłości wielka gwiazda! Oczywiście nie twierdzę, że DiCaprio zagrał źle, bo zrobił to fenomenalnie. Jego poświęcenie dla tej roli, wysiłek jaki włożył w swoją postać i talent aktorski zasługują na wyróżnienie. Ale czy za dziesięć lat widzowie będą go pamiętać właśnie z tej roli? Obawiam się, że jednak z innych.

Nie wiem, czy lubicie westerny, ale powinniście poznać "The Revenant" choćby z powodów wizualnych. To jedna z głośniejszych premier tego roku, choć wszyscy spodziewaliśmy się nieco więcej. Na szczęście film dobry w 95% wciąż jest świetną rozrywką!

Wniosek: Wspaniały wizualnie, dobry film... Ale nie arcydzieło.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger