"37 Days" ("37 Dni")

"37 Days" ("37 Dni")

O czym to jest: Kronika politycznych wydarzeń, które w błyskawicznym tempie poprowadziły świat do horroru I wojny światowej.

37 dni miniserial BBC I wojna światowa ian mcdiarmid

Recenzja miniserialu:

Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że świat jest na krawędzi czegoś naprawdę strasznego. Czegoś, czego żadne państwo tak naprawdę nie chce, ale podświadomie do niego dąży - ostatecznego rozliczenia w ramach kolejnej wojny światowej. Koktajl nacjonalizmów, ksenofobii, uśpionych konfliktów i wojen handlowych, dodatkowo podlanych sosem nadchodzącego kryzysu klimatycznego, gospodarczego oraz epidemiologicznego powoduje, że najdrobniejsze zdarzenie może podpalić całą planetę. Tak jak w czerwcu 1914 roku, gdy bośniacki radykał zastrzelił austrowęgierskiego następcę tronu. Wydarzenie, które na początku wszystkie mocarstwa właściwie zignorowały (wliczając w to Austro-Węgry) zaledwie trzydzieści siedem dni później doprowadziło do I wojny światowej.

Gdy piszę te słowa Azerbejdżan i Armenia rozpoczęły kolejną wojnę o Górski Karabach. I znów świat właściwie wzruszył ramionami. Trudno powiedzieć jak to się dalej potoczy, ale nie mogę wykluczyć, że Kaukaz będzie współczesnym bałkańskim kotłem, od którego wszystko się zacznie na poważnie. Miniserial "37 Dni" daje niesamowity wgląd w to, jak na pozór cywilizowani ludzie, zadowoleni ze statusu materialnego i technicznych zdobyczy ówczesnej Europy, postanowili sięgnąć po więcej. Winni są wszyscy - głównie rzecz jasna Niemcy i Austro-Węgry, ale swoje dołożyły carska Rosja, Francja i sama Wielka Brytania. Ponieważ miniserial nakręciło BBC, jest on opowiedziany rzecz jasna z brytyjskiego punktu widzenia - konkretnie Edwarda Graya, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa (wybitnie zagranego przez Iana McDiarmida). Jego postać rewelacyjnie oddała ówczesny nastrój chwili w Londynie: najpierw lekceważenie, potem zdziwienie, w końcu nerwowe wysiłki na rzecz ocalenia pokoju (jedynym facetem, który od początku trzeźwo ogarniał co się dzieje, był młody Churchill). Absurd sytuacji, w której znalazł się Stary Kontynent symbolizuje scena, w której na spotkanie z ministrem czekają ambasadorowie Austro-Węgier, Rosji i Niemiec - i wszyscy są kuzynami.

Ale to nie smutni panowie we frakach, którzy radośnie pogrzebali europejską dominację na świecie (i przy okazji monarchiczne rządy arystokracji), byli głównymi ofiarami swoich poczynań. Twórcy "37 Dni" podkreślili fakt, że to młodzi mężczyźni - tu symbolizowani przez Bogu ducha winnych niskich szczeblem urzędników - musieli przywdziać mundury i stracić zdrowie oraz życie tylko dlatego, że jakiś król lubił przesuwać ołowiane żołnierzyki po mapie. Niech ta lekcja zostanie zapamiętana przez wszystkich miłośników nacjonalizmów: to wy zapłacicie najwyższą cenę za taką ideologię, a nie wybrani przez was politycy. To, czego powinno nas nauczyć "37 Days" to spostrzeżenie, że nigdy nie da się przewidzieć konsekwencji nawet najdrobniejszych czynów. I jeśli nie będziemy uważać, to kryzys klimatyczny nie zdąży nas wybić: skutecznie zrobimy to sami.

Wniosek: Nieco teatralne, ale świetne i zgodne z faktami wprowadzenie do I wojny światowej.


"Angel Has Fallen" ("Świat w Ogniu")

"Angel Has Fallen" ("Świat w Ogniu")

O czym to jest: Niezłomny agent Secret Service zostaje wrobiony i obwiniony o zamach na Prezydenta USA.

świat w ogniu film recenzja olimp w ogniu gerard butler morgan freeman

Recenzja filmu:

Jedna z ponadczasowych mądrości głosi: lepsze jest wrogiem dobrego. Po co psuć coś, co działało? Po co robić udziwnienia, zmiany koncepcji i silić się na oryginalność? Rozumiem coś takiego w przypadku wielomilionowych blockbusterów, ale nie wiem po co zmieniać udane kino akcji! To tak jakby nakręcić kolejną część "Johna Wicka", w której bohater staje przed sądem i musi obronić się przed więzieniem podczas pełnowymiarowego procesu. Serio, po to niby oglądamy "Johna Wicka"...?

Podobny problem jest z trzecią (i ponoć wcale nie ostatnią) częścią cyklu "Olympus Has Fallen". W pierwszych dwóch udanych produkcjach niezłomny agent Secret Service (Gerard Butler) chronił życie Prezydenta USA (Aaron Eckhart). I wszystko było na swoim miejscu: wraży terroryści, headshoty, pojedynki na noże, zestrzeliwanie śmigłowców i ogólnie wszystko to, co kochają widzowie strzelanek (wliczając w to niżej podpisanego). Niestety ktoś stwierdził że trzecia część zasługuje na "odświeżenie". I choć nasz agent ponownie musi uratować Prezydenta USA (tym razem jest nim niegdysiejszy wiceprezydent w tej serii, czyli Morgan Freeman), to tym razem sam zostaje oskarżony o próbę zamachu! I teraz spróbujcie to sobie wyobrazić: nikt w całym Secret Service nie ma problemu z tym, żeby w minutę uwierzyć w to, że dwukrotny heros który ocalił Prezydenta wziął w łapę i postanowił wyrzucić do kosza wszystko to, na co pracował całe życie. I to w sytuacji, gdy miał zostać szefem całego Secret Service! Dziurawość fabuły jest w tym wypadku tak wielka, że aż brakuje mi słów. Efektem tego jest dość głupawy film, w którym nasz agent musi ukrywać się przed połową policji w USA, ale generalnie nie ma problemu z tym, żeby dotrzeć do pokoju, w którym hospitalizowany jest ranny Prezydent. Kłania się tak zwane "lazy writing"...

Jedyny plus tej produkcji to Nick Nolte w roli szalonego ojca naszego agenta - co ciekawe wygląda jak żul, którym Nolte (niestety) de facto się stał. Ale wciąż miło go zobaczyć na ekranie po tylu latach znajomości w kinie akcji! Dodatkowo na obronę twórców powiem, że po durnym i nudnym pierwszym akcie filmu kolejne dwa są już nawet znośne (to pewnie dlatego, że w końcu trup zaczyna się ścielić gęsto). To jednak za mało, by "Angel Has Fallen" mogło dorównać poziomem swoim poprzednikom. Jeśli faktycznie powstanie czwarta część to mam nadzieję, że scenarzyści się ogarną, bo inaczej z całą pewnością odpuszczę sobie dalej ten cykl.

Wniosek: Słabe! Niegodne poziomu dwóch poprzednich części.


<<< Sprawdź kolejność serii "Olympus Has Fallen"! >>>


"Da 5 Bloods" ("Pięciu Braci")

"Da 5 Bloods" ("Pięciu Braci")

O czym to jest: Grupa czarnoskórych weteranów po latach wraca do Wietnamu by odnaleźć ciało kolegi... i skrzynię pełną złota.

pięciu braci film netflix recenzja chadwick boseman spike lee

Recenzja filmu:

Są reżyserzy, którzy za pomocą filmów starają się zaprezentować swoje poglądy polityczne i społeczne w sposób tak jawny, jak to tylko możliwe. To oczywiście ich prawo. Jako widz nie mam z tym problemu do momentu gdy nie cierpi na tym efekt końcowy jakim jest jakość produkcji. Niestety Spike Lee, afroamerykański "reżyser zaangażowany", w swoim najnowszym dziele przekroczył cienką granicę między artyzmem, a kiczem.

"Da 5 Bloods" jest na pewno dość unikalnym filmem w konstrukcji. Po części to film wojenny, a raczej postwojenny, opowiadający o grupie weteranów, która po latach powraca do Wietnamu w poszukiwaniu ciała kolegi (wspomnianego kolegę w retrospekcjach zagrał Chadwick Boseman w swojej przedostatniej roli przed tragiczną śmiercią). I ten wątek jest akurat bardzo fajny. Ciekawym zabiegiem było użycie tych samych aktorów (czyli starszych panów) również do zagrania swoich postaci w retrospekcjach, zamiast zatrudniania młodszych odpowiedników. Drugą artystyczną zaletą było kręcenie retrospekcji na filtrze imitującym kolorowe, oryginalne dokumenty z czasów wojny wietnamskiej. Podobało mi się też spore zaakcentowanie kwestii PTSD, głównie w przypadku postaci Paula (świetny Delroy Lindo), który na skutek wietnamskiej traumy w zasadzie postradał zmysły. I gdyby "Da 5 Bloods" ograniczyło się do tego wątku, byłbym bardzo zadowolony.

Jednakże Spike Lee postanowił dorzucić do kotła jeszcze dwa składniki. Pierwszym był manifest polityczny, a mianowicie hołd na rzecz Afroamerykanów, którzy jednocześnie walczyli w Wietnamie jako piechota najniższego szczebla, a także toczyli cywilną walkę w USA w ramach ruchów obywatelskich, których symbolem był Martin Luther King. Twórcy postanowili połączyć ten wątek z aktualnymi protestami spod szyldu Black Lives Matter, tworząc film skierowany jawnie i agresywnie przeciwko białej supremacji i administracji Prezydenta Trumpa (który kilkukrotnie wprost jest na ekranie określony jako p*** rasista, a jedyny czarnoskóry bohater który go w filmie popiera, jest wariatem). Jednakże, choć rozumiem zamysł reżysera - zwrócenie uwagi na cenę krwi, jaką Afroamerykanie zapłacili za amerykański sen - to łączenie w jednym filmie wszystkiego od Wojny o Niepodległość po Black Lives Matter z Wietnamem jako zwornikiem pośrodku wydaje mi się być nieco naciągane i potraktowane po macoszemu. Podobny problem miałem z produkcją "Free State of Jones", gdzie również próba zbyt szerokiego kontekstu historycznego popsuła cały efekt.

Niemniej powyższe kwestie byłbym w stanie przełknąć gdyby nie trzeci element, czyli wątek sensacyjny - poszukiwanie skrzyni złota. Trzeci akt filmu, pełen wybuchających min, konfliktu o pieniądze pomiędzy bohaterami, strzelanin z miejscowymi bandziorami etc. był godny raczej kina klasy B, i to takiego niezbyt udanego. Naprawdę nie wiem czy miał to też być manifest społeczny (alegoria tego jak żądza pieniądza, czytaj: kapitalizm, korumpuje czarnoskóre braterstwo), czy może po prostu chęć podkręcenia akcji? Niestety skutkiem tego jest 150-minutowe widowisko, które bardziej przypomina zakręcony galimatias niż przemyślaną wizję artysty. Z jednej strony otrzymaliśmy głębokie dramatyczne przeżycia, z drugiej tanią sensację, a pośrodku tego dziwaczne wzniosłe monologi, w tym niektóre łamiące czwartą ścianę i wygłaszane wprost do kamery. O co chodzi?

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że zapewne nie byłem odbiorcą tego filmu. Ale nie sądzę, by wpłynął on znacząco również na tożsamość czarnej społeczności Ameryki. Czasem uderzenie młotkiem to tylko uderzenie młotkiem, a niekoniecznie tego potrzebuje teraz świat. Zatem jeśli chodzi o filmy o Wietnamie lub filmy o rasizmie w USA, wybiorę na przyszłość inne kino.

Wniosek: To bardziej manifest polityczny niż film, ponadto bardzo mocno chaotyczny.


"21 Bridges" ("21 Mostów")

"21 Bridges" ("21 Mostów")

O czym to jest: Nieustępliwy policjant ma jedną noc by złapać morderców gliniarzy i rozwiązać zagadkę.

21 mostów film recenzja chadwick boseman

Recenzja filmu:

Czasem film nie próbuje wyjść poza ramy swojego gatunku. Nie chce być czymś awangardowym, nowatorskim czy odkrywczym dla widza. Czasem jest po prostu dokładnie tym, na co się zapowiada! Już po trailerze widziałem, że "21 Bridges" to kino policyjne w starym stylu, gdzie jeden sprawiedliwy do szpiku kości policjant rozwikła zagadkę kryminalną, niezależnie od tego kto i jak stanie mu na drodze. I to wszystko w ciągu jednej nocy!

Tym policjantem w "21 Bridges" jest nieodżałowany Chadwick Boseman, już mocno wychudzony w porównaniu do "Czarnej Pantery" - niestety było widać zżerającą aktora chorobę. Ale i tak zważywszy na jego ówczesny stan zdrowia oddaję mu hołd, bo widać że nie oszczędzał się przed kamerą! Zagrany przez niego protagonista, detektyw Davis, od początku wzbudza sympatię widza. W ciągu półtorej godziny krok za krokiem odkrywa kulisy masakry, w której zginęło ośmiu policjantów. W tym czasie napotka parę znanych w Hollywood twarzy, zaczynając od oscarowego J.K. Simmonsa, przez upadłą gwiazdę blockbusterów Taylora Kitscha, aż po znanego ze "Star Trek: Deep Space Nine" Alexandra Siddiga! "21 Bridges" romansuje z kryminalnym kinem noir rodem z czarno-białej epoki kina, ale to jedynie klimatyczne wstawki. To przede wszystkim solidny policyjny thriller, w którym nie brakuje efektownych strzelanin, pościgów i zwrotów akcji (choć łatwych do przewidzenia). Czyli jest to dokładnie taka produkcja, jakiej oczekiwał widz!

Nie spodziewajcie się, że "21 Bridges" przejdzie do historii kina (no chyba że ze względu na tragiczną śmierć Bosemana). To film w sam raz na raz, do obejrzenia w jeden wieczór i zapomnienia jak te wszystkie dziesiątki policyjnych produkcji, jakie widzieliście w swoim życiu. Ale mi to wystarcza!

Wniosek: Kino policyjne w starym, nieśpiesznym, dopracowanym stylu.


"The Boys"

"The Boys"

O czym to jest: Grupa śmiałków postanawia rzucić wyzwanie superbohaterom, którzy pod pozorem ratowania świata wprowadzają własne, faszystowskie porządki.

the boys serial amazon komiks karl urban jack quaid homelander butcher

Recenzja serialu:

Kino superbohaterskie "na poważnie" to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowych! W tym zakresie niedoścignionym wzorem są dla mnie "Watchmeni" Zacka Snydera, a także trylogia "Niezniszczalnego" Shyamalana. Ale gdy tylko obejrzałem trailer "The Boys" wiedziałem, że trafiłem na kolejny samorodek. Podobnie jak wspomniani "Watchmeni" jest on oparty na pierwowzorze komiksowym utrzymanym w klimacie naturalistycznej groteski, której nie powstydziłby się Quentin Tarantino. Jest moc!

Nie chcielibyście żyć w świecie, w którym superbohaterowie chodzą po ulicach. Bo pamiętajcie, że hipotetyczni superbohaterowie to nadal ludzie ze wszystkimi wadami, na jakich ludzi stać. Problem w tym, że ich moce czynią ich w zasadzie nietykalnymi. Jaka policja aresztuje człowieka, który jednym ciosem zmiażdży radiowóz? Który jest kuloodporny, lata, czyta w myślach, jest niewidzialny, superszybki, włada piorunami... (niepotrzebne skreślić). A nawet jeśli uda się go pojmać, jakie więzienie utrzyma go w ryzach? Tym co oddziela cywilizację od anarchii jest prawo i zasady społeczne - a co jeśli pojawi się ktoś, kto wcale nie musi ich respektować? Taki właśnie świat prezentują "The Boys", świat superbohaterów (superzłoczyńców?) ukrytych za fasadą bezlitosnych rządów korporacji i starego dobrego kapitalizmu. Wyzwanie im rzuci grupa straceńców, którzy niczym nordyccy berserkerzy w pogardzie dla własnego życia wytoczą wojnę bogom, bez względu na konsekwencje.

Serial nie oszczędza krwawych szczegółów. Morderstwa, gwałty, zbrodnie przeciwko ludzkości, handel ludźmi, bronią i narkotykami - nic nie brzydzi superbohaterów dowodzonych przez niepokonanego Homelandera, który wygląda i zachowuje się jak Superman wychowany w nazistowskich Niemczech. Wspomagają go odpowiedniki innych słynnych postaci z kart komiksów - Wonder Woman, Flasha, Aquamana... Podobieństwo charakterów jest jak najbardziej zamierzone i wcale nieprzypadkowe (co daje pole do fantastycznego pastiszu całego gatunku, z ciągłymi żartami z Aquamana na czele). To po prostu uniwersum DC Comics odbite w krzywym zwierciadle. I jeszcze jak pokazane! Efektom specjalnym niczego nie brakuje i mogą się równać z najdroższymi hollywoodzkimi blockbusterami. Scenariusz serialu zaskakuje zwrotami akcji, bystrymi (i naprawdę inteligentnymi!) dialogami, a także bezkompromisową rozprawą z kwestiami religijnego fanatyzmu, celebryctwa, korporacyjnej chciwości i zwykłego sadyzmu. Rzadko trafia się na produkcje, które mówią tak dużo i tak mocno jednocześnie!

Chylę czoła przed całą obsadą - przede wszystkim kultowym i jak zwykle niezawodnym Karlem Urbanem (uwielbiam go od lat!), nowym odkryciem showbiznesu Jackiem Quaidem (synem Dennisa Quaida i Meg Ryan!) a także nieznanym mi wcześniej Antonym Starrem, który choć miejscami wygląda jak dubler Chrisa Pine'a to w swej roli Homelandera jest absolutnie nie do podrobienia. Rewelacja! Nie wiem kiedy w końcu nadejdzie kres mody na kino superbohaterskie, ale jestem pewien że serial "The Boys" będzie wspominany jeszcze na długo po jego zakończeniu. Brawa i oklaski!

Wniosek: Rewelacyjne, odświeżające i ostre jak brzytwa widowisko, po którym na superbohaterów nikt nie spojrzy już tak samo!


"42" ("42: Prawdziwa Historia Amerykańskiej Legendy")

"42" ("42: Prawdziwa Historia Amerykańskiej Legendy")

O czym to jest: Rok 1947. Do amerykańskiej ligi baseballa zostaje przyjęty pierwszy czarnoskóry zawodnik.

prawdziwa historia amerykańskiej legendy film recenzja chadwick boseman harrison ford

Recenzja filmu:

Prawdopodobnie nigdy nie sięgnąłbym do tego filmu gdyby nie tragiczna i zdecydowanie przedwczesna śmierć Chadwicka Bosemana, któremu - choć nie zachwycił mnie w "Czarnej Panterze" - nie można było odmówić talentu aktorskiego i wielkiej pogody ducha. Dlatego za cel postawiłem sobie sprawdzenie "42", przełomowego filmu dla kariery Bosemana, po którym dostrzegł go świat Hollywood, co w konsekwencji zaowocowało angażem do "Marvel Cinematic Universe". Jednak daleko tej produkcji do wypełnionego efektami specjalnymi blockbustera. To gładkie, optymistyczne, podnoszące na duchu kino biograficzne o wielkim człowieku, który mimowolnie zmienił świat.

Jednym z filmów na których się wychowałem jest "Major League", świetna komedia o pechowej drużynie baseballa pełnej co większych oryginałów i przegrywów. Dlatego też tematyka baseballu nie jest mi obca, choć będę szczery - kompletnie nie łapię zasad tej gry z wyjątkiem tego, że trzeba łapać/wybijać piłki i biegać w kółko boiska po białych poduszkach. Ale za to jednego jestem pewien: baseball wygląda naprawdę efektownie na ekranie! Znacznie bardziej niż futbol amerykański, który zawsze kojarzył mi się z neolitycznym polem bitwy. W baseballu liczy się przede wszystkim spryt, refleks i odporność psychiczna. Żadnej z tych cech nie brakowało Jackiemu Robinsonowi, który jako pierwszy czarnoskóry zawodnik został przyjęty do głównej ligi baseballa. Wyobraźcie sobie jak zareagowali na to niektórzy fani i inni zawodnicy, zwłaszcza ci pochodzący z głębokiego południa. A jeśli nie potraficie sobie wyobrazić, obejrzyjcie film!

Należy wiedzieć jak nieco ponad 70 lat temu wyglądał świat i co gorsze - jak nadal wygląda w niektórych miejscach, również w USA. Strukturalny rasizm jest czymś wyjątkowo obrzydliwym. Mało kto potrafiłby znaleźć w sobie tyle siły ducha co Robinson i robić swoje mimo otaczającego go morza nienawiści. Chadwick Boseman świetnie pokazał hart ducha Jackiego, nie dziwię się więc że ta rola była dla niego przełomem. Ogląda się go z dużą przyjemnością i sympatią, co jest niezwykle ważne w filmie biograficznym. Ale w przypadku "42" nie można też zapomnieć o roli Harrisona Forda, który jest tu prawdziwą gwiazdą. Zagrał Brancha Ricky'ego, niepokornego właściciela drużyny Dodgersów z Brooklynu - to jego upór (i przy okazji chęć zarobku) doprowadziły do przełamania bariery rasowej w całym baseballu. Aktorstwo Harrisona Forda kojarzyło mi się z postacią Alfreda Hitchcocka, ale to może być zupełnie przypadkowe skojarzenie. W każdym razie natychmiast byłem w stanie uwierzyć, że jest on postacią z danej epoki czasowej. A to niezwykle istotne dla takiego filmu!

Polecam "42" nie tylko fanom baseballa, ale wszystkim widzom w każdym wieku. Warto byśmy wszyscy wiedzieli kim był Jackie Robinson. I również dziś, w obliczu strukturalnej nagonki na społeczność LGBT pamiętali, że nawet po najciemniejszej nocy w końcu nastanie świt.

Wniosek: Dobra biografia wybitnego sportowca, który mimowolnie zmienił świat.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger