"Seventh Son" ("Siódmy Syn")

"Seventh Son" ("Siódmy Syn")

O czym to jest: Młody chłopak odkrywa magiczne moce i rusza na walkę ze złem.

siódmy syn recenzja filmu plakat jeff bridges

Recenzja filmu:

Są filmy określane mianem "development hell", czyli piekła produkcyjnego. Chodzi o takie, które przez lata nie mogą zostać ukończone, a czasem nigdy nie wchodzą na ekrany. Nasza krajowa filmografia ma sporo takich tytułów na koncie, podobnie jak Hollywood. W takim to piekle przebywał "Siódmy Syn" - wyraźnie pamiętam, że czekałem na tą premierę już w 2013 roku. Powód mojego oczekiwania był dość niezwykły. Otóż jestem ogromnym fanem planszowej gry RPG "Magiczny Miecz", wydanej w Polsce na początku lat 90. (była to przeróbka istniejącej i popularnej do dziś gry "Talisman: Magia i Miecz"). Wiele razy wyobrażałem sobie, jak wspaniały byłby z tego film. Szablonowi bohaterowie, magiczne artefakty, niezwykłe krainy, potwory, demony, zaklęcia... Po prostu fantasy w najczystszej, nieskażonej głębią formie. I gdyby rzeczywiście powstała ekranizacja "Magicznego Miecza", to wyglądałaby DOKŁADNIE tak jak "Siódmy Syn". I po tym względem - jakby to określił Kałużyński - oglądając ten film bawiłem się jak prosię. Co za frajda!

Ale odsuńmy na bok te dość hermetyczne analogie i przejdźmy do meritum. Tak jak się spodziewałem, był to kawał czystej fantastyki, nawet nie udającej, że jest czymś więcej. Mieliśmy przystojnego bohatera, podłą czarownicę, siłę przeznaczenia, potwory, smoki, starego mentora, miłość dwojga młodych kochanków... Jeśli kiedykolwiek przeczytaliście choć jedną książkę fantasy, to znacie schemat. I to w zasadzie tyle, nie było tu nic oryginalnego, nic chwytającego za duszę, ot produkcja fantasy w sam raz na rodzinną niedzielę na Polsacie. Jestem przekonany, że najdalej za rok znajdziecie ją w koszu z przecenionymi DVD po 10 zł za sztukę. Nie mówię, że było to złe kino - było lepsze od "Eragona" (ale chyba wszystko jest lepsze od "Eragona"), no ale "Dragonheart" to też nie był. 

Za to obsada była naprawdę imponująca, choć trochę śmieszna. Zaczęło się niemalże niedorzecznie, bo pierwszą gębą na ekranie okazał się nie kto inny jak Jon Snow z "Gry o Tron", wyglądający jakby nadal nic nie wiedział (podobnie jak w "Pompejach"). Tytułową rolę siódmego syna siódmego syna zagrał Ben Barnes, znany bardziej jako Książę Kaspian vel Dorian Gray, na szczęście wypadający lepiej, niż we wspomnianych poprzednich kreacjach. Za mistrza miał Jeffa Bridgesa, który od czasów "Człowieka, Który Gapił Się Na Kozy" nie może pozbyć się twarzy przyćpanego starego hipisa (a może po prostu aktor na planie rzeczywiście był wiecznie zjarany?). Dodatkowo producenci wygrzebali z kosza, zapomnianą w ostatnich latach Julianne Moore i na deser dorzucili Djimona Hounsou, który od czasów "Amistad" jest moim ulubionym czarnoskórym aktorem. Niestety każdy z wymienionych nie udawał nawet, że pojawił się na ekranie z innego powodu niż pieniądze. A szkoda, bo takie podejście zawsze widać na ekranie.

Smuciło mnie też dosyć mierne CGI (w tym naprawdę słabe parasmoki, nie tak słabe jak w "47 Roninów" albo "Wiedźminie", ale prawie), czerstwa i pozbawiona polotu fabuła, dialogi rodem z drugorzędnego fanfica, kiepska choreografia walk i mało wyszukane kostiumy oraz scenografia. A jeśli chodzi o lokacje to prawie ryknąłem śmiechem, widząc moje ulubione kanadyjskie jezioro, które było chyba tuzinem planet w licznych serialach "Stargate", no i Kobolem w "Battlestar Galactica". Cóż, nerd zawsze wypatrzy takie rzeczy. Jednym słowem liczyłem na trochę więcej, a dostałem zwykłego przeciętniaka, o którym prędko zapomnę. Może to i lepiej?

Wniosek: Dramatu nie było, ale nie jest to zbyt udany film.


"The Imitation Game" ("Gra Tajemnic")

"The Imitation Game" ("Gra Tajemnic")

O czym to jest: Matematyczny geniusz łamie kod Enigmy.

gra tajemnic recenzja filmu plakat benedict cumberbatch enigma

Recenzja filmu:

W jednej z niedawnych recenzji pisałem, że tematyka II wojny światowej przeżywa ostatnio kinowy renesans. "Gra Tajemnic" potwierdza moje słowa, oferując nam kolejną biografię niezwykłego człowieka. Tym razem padło na brytyjskiego matematyka, ojca informatyki, twórcę pierwszego komputera w historii - Alana Turinga. Człowieka, który w dużej mierze pomógł złamać kod niemieckiej Enigmy i przyczynił się do zwycięstwa Aliantów.

Gdy usłyszałem, że główną rolę ma zagrać Benedict Cumberbatch, nie wiedziałem co sobie myśleć. Z jednej strony świetnie się go ogląda (na przykład jako tytułowego "Sherlocka"), a także słucha (rewelacyjny Smaug w drugiej części "Hobbita"). Ale miałem wątpliwości, czy podoła tak złożonej postaci: lekko szalonego naukowca, ukrytego homoseksualisty i bohatera wojennego wzgardzonego i skrzywdzonego przez to samo państwo, które pomógł ocalić. Na szczęście Cumberbatch wyszedł z tego starcia zwycięsko - jego Alan Turing jest prawdziwy do szpiku kości, przejmujący, świetnie skonstruowany i zdecydowanie warty nominacji do Oscara. Powiem więcej: zestawiając Cumberbatcha w "Grze Tajemnic" z Russelem Crowe'm w "Pięknym Umyśle", zdecydowanie wygrywa ten pierwszy. A przecież to Crowe dostał Oscara... Na dodatek na ekran zajrzała ostatnio trochę zapomniana Keira Knightley (nie pokazując jednak swoją rolą nic ciekawego) i przeżywający prawdziwe kinowe eldorado Charles Dance, który może i jest identyczny w każdej produkcji, ale również miły do oglądania (i słuchania). 

Film jest skonstruowany bardzo (może nawet za bardzo) w stylu "Pięknego Umysłu" - oto wyrzutek społeczny wpada na genialny pomysł, który może wywrócić świat do góry nogami. Kino ma ostatnio słabość do postaci z Zespołem Aspergera, szlachetnych drani w stylu doktora House'a czy właśnie najnowszego Sherlocka. Ale nic w tym złego, sam lubię oglądać takie kreacje. Zatem jeśli ktoś lubi "Piękny Umysł", to "Gra Tajemnic" jest filmem dla niego, w sam raz na spokojny wieczór.

Mimo pozornie nudnej tematyki mamy tu sporo elementów czysto szpiegowskich (ach, to MI6), szczyptę dramaturgii, ciężkich wyborów moralnych i dźwigania na barkach ciężaru całego świata. Czyli wszystko to, czego potrzebuje dobre kino - i w tym duchu mogę przeboleć pewne oczywiste uproszczenia fabularne i zbytnią dosłowność, jak chociażby w scenie dotyczącej konwoju, a także niski budżet, co widać w nielicznych scenach batalistycznych. Z całą pewnością się nie nudziłem w kinie, a ponieważ widziałem już bardzo dużo filmów tego typu, to o czymś świadczy.

Wniosek: Bardzo dobry film z jeszcze lepszą rolą Cumberbatcha.


"Exodus: Gods and Kings" ("Exodus: Bogowie i Królowie")

"Exodus: Gods and Kings" ("Exodus: Bogowie i Królowie")

O czym to jest: Mojżesz wyprowadza Żydów z Egiptu.

exodus bogowie i królowie recenzja filmu plakat ridley scott christian bale

Recenzja filmu:

Ridley Scott na dobry początek roku dostarczył nam kolejną megaprodukcję. Wygląda na to, że tematyka biblijna przeżywa w Hollywood prawdziwy renesans. Słusznie, ponieważ jest to kopalnia rewelacyjnych historii fantasy, czego najlepszym przykładem jest udany zeszłoroczny "Noe". Tym razem padło na Mojżesza i Księgę Wyjścia, a więc historię ucieczki Żydów z Egiptu. Większość zarówno Żydów, jak i chrześcijan czy muzułmanów, zna tą historię: dziesięć plag egipskich, przejście przez Morze Czerwone, Dziesięć Przykazań, złoty cielec, 40 lat wędrówki przez pustynię, Arka Przymierza... Aż trudno to zmieścić w jednym filmie, nieprawdaż? A jednak komuś się udało.

Jeśli miałbym określić "Exodus" jednym słowem, powiedziałbym że jest widowiskowy. Choć nie aż tak jak "Gladiator", którego estetyczna oprawa wyznaczyła nową jakość w historii kina i do dziś jest wzorem perfekcyjnie nakręconego historycznego widowiska. Ale "Exodus" wnosi swoją własną jakość - obraz antycznego Egiptu u szczytu potęgi zapiera dech w piersi. Memfis na ekranie wygląda jak żywe, świetne wrażenie robi też scenografia, charakteryzacja postaci czy nawet kostiumy (mimo że miejscami absolutnie nie pasują do swojej epoki). Wizualnie jest to prawdziwa uczta dla oka. Efekty specjalne pierwsza klasa, nawet wydawały się być lepsze niż w "Noem" - i mówię tu zarówno o plagach, jak i przekroczeniu Morza Czerwonego. Pod tym względem nie mam żadnych zastrzeżeń.

Podobnie nie mogę się przyczepić do aktorstwa. Obsadzenie Christiana Bale'a w roli Mojżesza wydawało się być dziwną decyzją, jednak na szczęście trafioną. Choć ufarbowany i umalowany Bale wygląda kuriozalnie niczym przemalowany Hiszpan, to - cytując jedną z recenzji - "znakomicie się nadaje, by dźwigać na barkach ciężar całego świata". Trzeba mu przyznać, że jest zupełnie inny niż w pozostałych swoich filmach, nawet zmienił głos nie do poznania (i to zarówno barwę głosu, jak i akcent!). Znany z nowego "The Thing" aktor Joel Edgerton jako faraon Ramzes II jest fantastyczny, stanowiąc prawdopodobnie najlepszą postać tego filmu. Warto wspomnieć, że na plan zdjęciowy zajrzał Ben Kingsley, który najwyraźniej przyszedł tu prosto z planu "Medicusa" i nawet nie musiał zmieniać kostiumu. Ze zdumieniem zauważyłem, że postać Jozuego zagrał nie kto inny, jak Jesse z "Breaking Bad" - i dopóki się nie odezwał, to nawet go nie poznałem (niestety, jak tylko wypowiedział pierwsze słowo, to usłyszeliśmy Jessiego i tylko czekałem, aż powie It's God, bitch!). W celu podniesienia atrakcyjności obsady ściągnięto nawet Sigourney Weaver, by wypowiedziała dwa zdania i tyle ją było widać. Ale była!

Szkoda tylko, że przy tych wszystkich atutach film jest strasznie płytki. Wprawdzie się nie dłuży i nie powoduje cierpień u widza (przewaga nad "Aleksandrem"), nie jest też niedorzeczny jak "Troja", ale i tak treści nie ma tam zbyt wiele. Takie na przykład "Królestwo Niebieskie" miało o wiele więcej do przekazania, a przecież wizualnie było równie rewelacyjne jak ten film (a to cały czas Ridley Scott). Szkoda, bo przy potencjale takiej historii można się było bardziej wysilić. A tak dowiedzieliśmy się jedynie, że:
1) Nieprzestrzeganie ograniczeń prędkości na górskich drogach grozi powstaniem rydwanambolu.
2) Koniki morskie wyewoluowały w Morzu Czerwonym.
3) Bóg lubi krokodyle.
4) Mojżesz nie miał wprawdzie laski, a zamiast tego posiadał złoty miecz Ramzelibur.
5) Hebrajczycy opanowali sztukę wykuwania żelaza kilkaset lat przed resztą ludzkości, chowając się przed Egipcjanami w jaskiniach.
6) Faraonowie to byli spoko goście, z którymi można było na luzie pogadać jak ze starymi kumplami (zupełnie jak w "Tut").

Ano właśnie. Film jest pełen takich kwiatków, ale tym co najbardziej mnie boli, jest sposób przedstawienia władców Egiptu. Nie było za grosz czynnika boskiego w postaci Ramzesa II, co jest sporą wadą, jako że religia była integralną częścią tożsamości Egiptu, a sam faraon był bogiem chodzącym po ziemi. Tutaj absolutnie nie było tego widać, Ramzes II przypominał raczej "pierwszego pośród równych", niż władcę absolutnego i Króla-Słońce. Trochę słabo. Brakowało mi też porządnej nawalanki, gdyż prócz rekonstrukcji bitwy pod Kadesz i wysadzania w powietrze (?) spichlerzy przez żydowskich komandosów, w zasadzie nie było tu scen militarnych. A szkoda.

Na szczęście mimo wszystko film ogląda się dobrze. A o to przecież chodzi, prawda?

Wniosek: Widowiskowe, ale niestety płytkie kino.


"We Have a Pope" ("Habemus Papam - Mamy Papieża")

"We Have a Pope" ("Habemus Papam - Mamy Papieża")

O czym to jest: Konklawe wybiera Papieża, który wcale nie chce nim zostać.

habemus papam mamy papieża recenzja filmu plakat jerzy stuhr

Recenzja filmu:

W ramach zgłębiania tematyki kina europejskiego sięgnąłem po nakręconą kilka lat temu włoską komedię "Habemus Papam". Nie ukrywam, że dowiedziałem się o niej śledząc filmografię Jerzego Stuhra, który zagrał tam istotną rolę drugoplanową (i do tego mówił po włosku!). Ale i sama tematyka wydawała się być interesująca - konklawe dokonuje wyboru nowego Papieża, który niekoniecznie jest zachwycony czekającą go misją...

Jaki to jest film? Dziwny. Nie wiem czy dlatego, że jest włoski, ale niewątpliwie jest inny od spotykanego na co dzień kina. Owszem, jest to komedia, ale taka trochę smutna. Z jednej strony mamy garść wysublimowanych gagów (np. orszak kardynałów gubiący się w litanii świętych czy też mistrzostwa świata w siatkówce kardynałów), ale jednocześnie ogarnia nas niewypowiedziane współczucie dla głównego bohatera. Biednego kardynała, który nie jest w stanie udźwignąć godności Papieża, przeżywając na tym tle głęboki kryzys emocjonalny i osobowościowy (skojarzenia z Franciszkiem są chyba uzasadnione). Pojawia się więc psychoanalityk, żona psychoanalityka, wesoła grupa teatralna, gwardia szwajcarska i zestresowany rzecznik Watykanu w osobie Jerzego Stuhra. Cała ta plejada postaci próbuje zrobić wszystko, by Papież z godnością przyjął wybór konklawe... A jak to się kończy?

Cóż, wraz z ostatnim ujęciem poczułem smutek z powodu tego, co zobaczyłem na ekranie. Nie wiem, czy taka była intencja reżysera, czy może po prostu ja to tak odczytałem. Podejrzewam, że mogłem nie złapać części wewnątrz-włoskich (czy wewnątrz-watykańskich) żartów, ale trudno. Przynajmniej się trochę ukulturalniłem. Ale raczej do tego filmu nie wrócę.

Wniosek: Smutna komedia i trochę dziwna. 


"American Gangster"

"American Gangster"

O czym to jest: Pierwsza afroamerykańska mafia w historii USA.

american gangster recenzja filmu plakat denzel wahsington

Recenzja filmu:

W oczekiwaniu na następną wizytę w kinie, sięgnąłem do czekających w kolejce wydań na DVD - i tak mój wzrok padł na "American Gangster", opartą na faktach historię życia najsłynniejszego czarnoskórego mafiozo w dziejach USA. Niezła obsada, realia lat 60., Ridley Scott na stołku reżysera... Teoretycznie nic nie mogło pójść źle.

I na szczęście nie poszło. Często mawiam, że filmy Ridleya Scotta to jak gra w rosyjską ruletkę - często się udaje, ale równie często można sobie odstrzelić głowę. To bardzo nierówny reżyser, mający na swoim koncie zarówno świetne produkcje ("Królestwo Niebieskie", "Gladiator", "Black Hawk Down") jak i horrendalne szmiry ("Robin Hood", "Prometeusz"). Na szczęście "American Gangster" nie jest żadną z nich - to po prostu solidny, choć bardzo długi film o kawałku amerykańskiej historii. Nakręcony dosyć wartko, co jest istotne, jako że przy prawie trzech godzinach na ekranie łatwo jest utracić tempo. Oczywiście film jest bladym cieniem "Nietykalnych", gdzie historia sukcesów i upadków dawnych gangsterów została podniesiona do rangi kultu. Ale Nowy Jork i Harlem czasów wojny w Wietnamie robi świetnie wrażenie.

Obsadzony w głównej roli Denzel Washington jest chyba jedynym czarnoskórym aktorem dostającym poważne dramatyczne role w Hollywood, więc nie ma innego wyboru, jak stanąć na wysokości zadania (choć jest identyczny w każdym filmie). Podobnie identyczny jest Russel Crowe, stanowiący zazwyczaj wyznacznik solidnego warsztatu (do dziś nie rozumiem, jakim cudem wystąpił w takim gniocie jak "The Man with the Iron Fists"). Reszta obsady jest zwykłym tłem, ale to nie zarzut, bo przy takich nazwiskach nie ma nawet sensu próbować się wybić.

Było ciekawie i zajmująco, aczkolwiek jest to film "na raz" - obejrzeć, zapamiętać co ciekawe, resztę zapomnieć. Ale czy to źle? W końcu nie wszyscy jesteśmy Amerykanami i jako Europejczycy mamy własną historię, którą powinniśmy się pasjonować. I z całą pewnością własną mafię.

Wniosek: Solidne kino. Całkiem niezłe.


"Unbroken" ("Niezłomny")

"Unbroken" ("Niezłomny")

O czym to jest: Amerykański olimpijczyk trafia do japońskiej niewoli podczas II wojny światowej.

niezłomny recenzja filmu angelina jolie louie zamperini

Recenzja filmu:

Kinowe premiery w roku 2015 zaczynamy od interesującego dzieła Angeliny Jolie, która zgodnie z zapowiedziami zamieniła krzesło gwiazdy filmowej na prestiżowe krzesło reżysera. Pani Jolie wzięła na warsztat historię życia Louisa Zamperiniego, legendarnego amerykańskiego olimpijczyka i weterana wojennego, którego przygodami można by obdzielić kilka życiorysów. 

Filmów o II wojnie światowej mieliśmy już bardzo wiele i chyba jeszcze długo będziemy otrzymywać kolejne. Nic w tym złego, na kartach historii wciąż czeka ogromna ilość idealnego materiału na dobry film. Tym razem powędrowaliśmy ponownie na Pacyfik i do japońskiej niewoli, by śledzić losy Louiego Zamperiniego - lotnika bombowego, rozbitka na Pacyfiku i w końcu jeńca torturowanego przez Japończyków. Obeznany widz będzie miał natychmiastowe skojarzenia z "The Railway Man". Jednakże zeszłoroczny hit z Colinem Firthem wypada znacznie lepiej od "Unbroken" - jest głębszy, bardziej wchodzi w psychikę bohaterów, przynosi też na końcu bardziej satysfakcjonującą refleksję. Film Angeliny Jolie jest dla porównania niestety dosyć płytki, serwując nam ograne (choć świetnie wyglądające) klisze heroizmu, niezłomności i amerykańskiej siły ducha, z pięknym utworem autorstwa Coldplay w tle. Bardzo patriotyczne, ale mało oryginalne. Przykładowo "The Railway Man" skupiał się na dosyć mało poruszanej w kinie kwestii traumy powojennej, a tutaj ten temat mamy jedynie lekko liźnięty. Myślę, że sprawniejszy reżyser mógłby wyciągnąć więcej treści z życia Zamperiniego, zamiast serwować nam dryfowanie po Pacyfiku przez pół filmu (w pewnym momencie zacząłem już prosić, żeby w końcu zapakowali naszego bohatera do obozu jenieckiego i czym prędzej dali ostatni kadr, bo już trudno było wytrzymać).

Powyższe zarzuty nie oznaczają, że jest to zły film. Jest całkiem niezły - technicznie perfekcyjny (sceny batalistyczne wypadają oszałamiająco), przyzwoicie zagrany i wiarygodny. Ale jednocześnie przydługi i trochę toporny, przez co może znudzić co mniej wprawnego widza. Mogło być lepiej, ale jak na reżyserskie początki pani Jolie całkiem nieźle.

Wniosek: Dobry film, choć może przynudzać.


Filmowe podsumowanie roku 2014

Filmowe podsumowanie roku 2014

W ramach postanowień noworocznych rok temu postanowiłem regularnie co tydzień chodzić do kina. I słowa dotrzymałem. W 2014 roku byłem w kinie 37 razy. Z tych 37 filmów jakie widziałem trafiły się prawdziwe perełki, ale też i potworne gnioty. Mieliśmy kilka wielkich tytułów za setki milionów dolarów, ale też i filmy skromniejsze, ale nie mniej przez to dobre. Co zatem warto obejrzeć, a co nie? Co jest kultowe, a co jest szmirą, o której należy jak najprędzej zapomnieć?


NAJLEPSZY FILM ROKU 2014:

"The Grand Budapest Hotel" - zabawny, inteligentny, cudownie zagrany, ale też niezwykle bogaty. Film kultowy.



NAJGORSZY FILM ROKU 2014:

"47 Ronin" - tak zły, że aż chce się płakać. Okropnie nakręcony, okropnie zagrany. Gniot do sześcianu.



NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE ROKU 2014:

"Guardians of the Galaxy" - zadzwiająco dobry jak na nieco wyświechtane filmy Marvela. Nowe otwarcie cyklu i promesa pozytywnych zmian na przyszłość.



NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE ROKU 2014:

"Godzilla" - trailer obiecywał tak wiele, a dostaliśmy taką szmirę. Zmarnowana okazja na świetny, wartki film o super-potworze. Szkoda.



POZOSTAŁE FILMY WARTE OBEJRZENIA:


POZOSTAŁE FILMY BĘDĄCE STRATĄ CZASU:


Tym samym rozpoczynamy filmowy rok 2015. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić!
"The Judge" ("Sędzia")

"The Judge" ("Sędzia")

O czym to jest: Adwokat wraca do rodzinnego miasteczka, by bronić ojca sędziego, oskarżonego o morderstwo.

sędzia recenzja filmu robert downey jr. robert duvall

Recenzja filmu:

Dawno nie widziałem dobrego filmu prawniczego. Kiedyś był to całkiem popularny gatunek kina, w którym standardowo mieliśmy dobrego adwokata kontra żądnego krwi prokuratora. "Sędzia" jest w zasadzie powrotem do klasyki, z tą różnicą, że w tym wypadku oskarżonym jest sam sędzia, a nie zwykły szary człowiek.

I trzeba przyznać, że wyszło to całkiem nieźle. Interesującą rzeczą było obsadzenie Roberta Downey Jr. w roli głównej. Po jego spektakularnym powrocie z narkotykowego niebytu, widzowie kojarzą go głównie jako rewelacyjnego Tony'ego Starka, czyli Iron Mana z "Marvel Cinematic Universe". Tymczasem tu aktor udowadnia, że stać go na więcej niż tylko jedną rolę życia (i trochę szkoda, że na używki stracił tyle lat, a my tyle jego potencjalnych wcieleń). Tytułowego sędziego - ojca głównego bohatera - gra weteran kina Robert Duvall i jest to chyba jego najlepsza rola od czasów "Deep Impact". Miło wiedzieć, że ten stary weteran wciąż jest na chodzie. Lubię filmy z dobrze dobranym duetem bohaterów, a na dodatek w roli krwawego prokuratora wspomaga ich Billy Bob Thornton, ostatnio specjalizujący się w rolach złych typów (nie jest aż tak genialny jak w "Fargo", ale stara się jak może). 

"Sędzia" to porządny kawałek kina. Bez fajerwerków i bez rozczarowań. Ciekawy, wartki, po prostu dobry film, do jakiego warto czasem wrócić. Polecam na spokojne wieczory.

Wniosek: Dobry film. Po prostu.


"Miasto 44"

"Miasto 44"

O czym to jest: Hekatomba Powstania Warszawskiego.

miasto 44 recenzja filmu jan komasa warszawa 1944

Recenzja filmu:

Naprawdę coś się zmieniło w polskim kinie. Może w końcu doczekaliśmy się wymiany pokolenia reżyserów i scenarzystów? Może miejsce leśnych dziadków spod znaku Wajdy i Hoffmana zastąpili młodsi specjaliści, bez kompleksów mierzący się z kinem światowym? Mam taką nadzieję. Film "Bogowie" udowodnił, że można nakręcić w tym kraju arcydzieło fabularnie nieustępujące jakości największym oscarowym hitom. "Miasto 44" dogania Hollywood pod innym względem: nie fabuły, ale jakości wykonania. 

Pod względem technicznym film jest doskonały. Efekty specjalne, pirotechniczne, scenografia, kostiumy - perfekcja! Porównując to z prawdziwym materiałem z "Powstania Warszawskiego" (co ciekawe autorstwa tego samego reżysera, czyli Jana Komasy) w zasadzie nie widać różnicy w tym, co widzimy na ekranie. Jestem pod ogromnym wrażeniem dźwięku, obrazu, sposobu prowadzenia kamery... A ponieważ wiem, że za to wszystko odpowiadały polskie studia filmowe, tym bardziej jestem zadowolony. Lata ciężkiej pracy nad filmem przyniosły efekt; myślę że jeśli ktoś przegapił ten obraz w kinie, to dużo stracił. Chociaż miejmy nadzieję, że Blu-Ray i dobre kino domowe powinno dać równie fajny efekt. Nie jest to jeszcze techniczny poziom dajmy na to "Black Hawk Down", ale jest naprawdę świetnie, lepiej niż w niejednym zachodnim filmie.

Szkoda tylko, że fabuła i reżyseria nie dorównują świetnej technice. Do połowy filmu jeszcze miałem nadzieję na element zaskoczenia, czyli ukazanie Powstania z punktu widzenia dwójki młodych ludzi, którzy za wszelką cenę starają się jedynie przeżyć, a nie iść na stracenie... To byłoby coś nowatorskiego w tym przesiąkniętym straceńczą martyrologią kraju. Ale niestety nasi bohaterowie po kryzysie emocjonalnym postanawiają heroicznie oddać swoje życie za Polskę i Polaków. Ech... Byłem, widziałem, następny proszę. Ubolewam też nad nieczytelną reżyserią - twórcy filmu bronili ekstremalnie niedorzecznych metafor jako "wizji w głowie bohaterów", ale kiedy kule latają, granaty wybuchają, a dwójka bohaterów tkwi pośrodku w namiętnym pocałunku, to ja widzę jedynie kicz, a nie metaforę. Taka jak w scenie seksu z dubstepem w tle, przeplatanej wizjami powstańców w kanałach w obowiązkowym slow-motion. Czasem aż zęby bolały od takich scen, na szczęście nie było ich wiele. Niemniej brakowało tu trochę kunsztu i sprawności dobrego reżysera kina akcji. Kto wie, może osoba bardziej doświadczona zrobiłaby to lepiej - ale cóż, ktoś musiał być pierwszy.

Wniosek: Dobre. Na poziomie hollywoodzkich hitów.


"The Grand Budapest Hotel"

"The Grand Budapest Hotel"

O czym to jest: Przygody pracowników górskiego hotelu gdzieś na Bałkano-Austro-Węgrach.

grand budapest hotel recenzja filmu wes anderson ralph fiennes

Recenzja filmu:

Czasem jest tak, że coś ciągnie mnie do kina na konkretny film. Mimo że w sumie nie mam przesłanek, by spodziewać się hitu: taki sobie trailer, taki sobie opis... to jednak idę. I czasem trafiam w dziesiątkę. To uczucie przypomina trafienie szóstki w lotto: nagle z morza beznadziejności wyłania się arcydzieło. Miałem tak z filmem "Bogowie", ale to, co zaoferował mi "The Grand Budapest Hotel", mogę określić wyłącznie w jeden sposób: JEST KULTOWO!

Humor i klimat Monty Pythona nie zginął wraz z rozpadem grupy. Wprawdzie Terry Gilliam próbuje kontynuować chlubną tradycję surrealistycznego humoru w swoich produkcjach, ale jakoś nigdy nie mogłem się do nich przekonać. Tymczasem tu mamy surrealizm w najczystszej postaci, z cudownym humorem, doskonałym filmem i genialną obsadą (wliczając w to role trzecioplanowe), która moim zdaniem powinna otrzymać jakiegoś zbiorowego Oscara. Przygody hotelowego konsjerża w hotelu w fikcyjnej Republice Żubrówki (będącej miksem stereotypowego kraju bałkańskiego i Austro-Węgier) w bliżej nieokreślonym okresie dwudziestolecia międzywojennego to prawdziwy majstersztyk. Przez cały film człowiek siedzi jak przylepiony do ekranu. Ujęcia, mimika aktorów, dialogi, zwroty akcji, kostiumy, postacie (ach!)... To jest po prostu niewiarygodne. Tu się chłonie każdy kadr, a sztuczki polegające na stosowaniu klasycznej animacji zamiast marnego CGI to dla widza manna z nieba. Aż słów brakuje by opisać, jak dobry jest to film!

Każdy powinien go obejrzeć, choć osoby nie lubiące surrealistycznego i czarnego humoru nie będą się dobrze bawić. Ja jednak uważam, że jest to film dla inteligentnego widza i nie zgodzę się z nikim, kto uzna "The Grand Budapest Hotel" za zły film. Pewne rzeczy po prostu są kultowe od dnia premiery.

P.S. Parę lat temu starałem się o pracę konsjerża w jednym z elitarnych wrocławskich hoteli. Zapewne teraz patrzyłbym na ten zawód inaczej...

Wniosek: Arcydzieło. Film kultowy i pozycja obowiązkowa.


"Lucy"

"Lucy"

O czym to jest: Zwykła dziewczyna zaczyna ewoluować w przyspieszonym tempie.

lucy recenzja filmu scarlett johansson luc besson

Recenzja filmu:

To był dziwny film. Zupełnie jakby twórcy mieli fajny pomysł, ale niezupełnie wiedzieli, jak przenieść go na ekran. Czasem tak bywa, że ciekawe koncepty niekoniecznie nadają się na dobry film (a może po prostu zależy to od talentu reżysera). To trochę jak z rozwleczonymi książkami, których treść z powodzeniem zmieściłaby się na 20-stronicowym opowiadaniu. W przypadku "Lucy" mogliśmy śmiało zadowolić się odcinkiem jakiegoś serialu science fiction typu "Black Mirror" lub "The Outer Limits", zamiast katować zupełnie osobny film.

Kolejnym problemem jest wtórność. Oto bowiem tytułowa bohaterka, z zupełnie przeciętną Scarletką w roli głównej, na skutek chemicznej substancji zaczyna rozwijać potencjał swojego mózgu. Dzięki temu z minuty na minutę zyskuje wszystkie możliwe supermoce, wliczając w to kontrolę nad innymi ludźmi, materią, a w końcu czasem i przestrzenią. Gdzieś po drodze odkrywa też sens życia, ewolucji i wszechświata i zmienia się w... no właśnie. Nie wiem jak wy, ale ja przed oczami miałem co drugi odcinek "Stargate SG-1" i koncept dążenia do ascendencji, który dokładnie tak wyglądał. W "Lucy" nie było nic oryginalnego, żadnej świeżości, a dla dopełnienia zamieszania umieszczono sporą część akcji we Francji, dorzucając jeszcze azjatyckiego gangstera, który koniecznie chciał ubić pannę z supermocami, mimo że z daleka widział, że nie ma to żadnych szans. Ech.

Naprawdę trudno wymienić tu jakieś pozytywy. Morgan Freeman nie pomógł, trudno zresztą by tak się stało, skoro jest taki sam w każdym filmie. Efekty specjalne, choreografia walk, przebieg fabuły - szału nie było. Jak na SF to raczej film nieudany. A całą pewnością nie jest to nowy "Piąty Element".

Wniosek: Niezbyt dobre. Chyba nie warto oglądać.


"John Wick"

"John Wick"

O czym to jest: Płatny zabójca mści się za śmierć swojego psa.

john wick recenzja filmu keanu reeves

Recenzja filmu:

Stęskniłem się do porządnej strzelanki na ekranie. Do prostego filmu bez specjalnego polotu, ale za to z dużym licznikiem trupów, czerstwymi tekstami i niekończącą się amunicją. Jasne, mieliśmy ostatnio próby powrotu do takiego stylu kina dzięki "Niezniszczalnym", ale to było jedynie odcinanie kuponów od dawnej legendy podstarzałych herosów. Ja chciałem czegoś świeżego, porywającego - czegoś takiego jak "Strike Back".

Dlatego też z zainteresowaniem powitałem informację o nakręceniu filmu "John Wick" z Keanu Reevesem w tytułowej roli. Nieśmiertelny Keanu tym razem wcielił się w płatnego zabójcę na emeryturze, który musi ponownie chwycić cały arsenał broni miotającej, by zabić Theona Greyjoya z "Gry o Tron" i jego rosyjskojęzycznych kumpli (zabijanie ruskich znowu w modzie!). Keanu ostatnio jest dosyć zapracowany - ledwo przetrawiłem "47 Roninów", prawdopodobnie najgorszy film 2014 roku, a tu już kolejna produkcja. Na szczęście tym razem było o wiele lepiej, choć sam Keanu w ogóle się nie zmienił (nic dziwnego - przypominam, że jest nieśmiertelny, dlatego się nie starzeje).

To było naprawdę fajne, odmóżdżające kino. Nikt nawet nie udawał, że jest to coś więcej niż klasyczna strzelanka. Widziałem już takich wiele, dlatego z czystym sumieniem powiem: brawo! Choreografia walk była świetna. Licznik trupów zadowalający. Gore w sam raz. W ogóle wszystkie czynniki, które tworzą dobry film sensacyjny, znalazły się na swoim miejscu. Świetny okazał się koncept z hotelem dla płatnych zabójców - lubię oryginalne pomysły. Jedyną wadą jest to, że film dosyć wolno się rozkręca, fundując nam długie, wręcz usypiające sekwencje twarzy cierpiącego Keanu. Ale jak już przez to przejdziemy, zaczyna się dobra zabawa i zabijanie na ekranie. I o to chodzi!

Wniosek: Film w klasyce gatunku.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "John Wick"! >>>


"Interstellar"

"Interstellar"

O czym to jest: Ludzie próbują skolonizować inne planety.

interstellar recenzja filmu christopher nolan matthew mcconaughey

Recenzja filmu:

Christopher Nolan to reżyser-legenda. Po tym, co zrobił z trylogią "The Dark Knight", każdy dawał mu wielki kredyt zaufania z góry zakładając, że każdy twór Nolana z definicji musi być arcydziełem. Przyznam się szczerze, że też złapałem się w tą pułapkę, dlatego ucieszyła mnie na wieść, że powstaje "Interstellar", film science fiction który ma być jak najwięcej "science", a jak najmniej "fiction". Ot taka nowa "Odyseja Kosmiczna 2001". Nie zniechęciły mnie nawet wyjątkowo słabe trailery. Pomyślałem sobie: Nolan, kosmos, McConaughey - idę! 

No więc poszedłem. Ale wyszedłem z kina skołowany. Mógłbym tu i teraz wymienić wszystkie błędy i zarzuty względem tego filmu: że za długi, nielogiczny, niezgrabny, średnio dobrze zagrany, bazujący na stereotypach, miejscami płytki i czerstwy... po czym stwierdzić, że jednak mi się podobał. Na pewno nie jest to produkcja, o której szybko się zapomina. Zostaje w głowie, zmusza do myślenia i stawia pytania. Obawiam się jednak, że sporo pytań, które zadaje sobie widz, wynika ze zbytniego uproszczenia wielu wątków, czy też po prostu zarzucenia ich w połowie. No bo zastanówmy się: po co ludzie z przyszłości utworzyli tunel czasoprzestrzenny dla swoich przodków i zmusili ich do opuszczenia Ziemi? Po co dawali opcje tuzina planet, z których odwiedziliśmy zaledwie trzy? Czemu ludzie opuścili Ziemię ledwo na orbitę Saturna, zamiast dołączyć do Anne Hathaway w odległej galaktyce? Twórcy filmu zarzucili nas ogromną liczbą wątków, dając jednocześnie za mało odpowiedzi. Nie lubię czegoś takiego, bowiem brak logiki w fabule utrudnia pełny odbiór filmu. A szkoda, bo był w tym olbrzymi potencjał.

Technicznie rzeczywiście nie ma się do czego przyczepić: zadbano o przestrzeganie praw fizyki, brak dźwięku w kosmosie (!), umiejętnie pokazano paradoksy czasowe etc. McConaughey robił co mógł, choć po jego ostatnich występach (np. w "Detektywie") liczyłem na więcej. Anne Hathaway jak zwykle wybitnie mnie irytowała, na szczęście równoważył ją rewelacyjny ostatnio Matt Damon (gdy się w końcu pojawił, zadałem sobie nieme pytanie: czemu reżyser nie obudził go na początku filmu?). Dostaliśmy też genialnego robota TARS'a, który może śmiało stanąć w szeregu najfajniejszych robotów w historii kina. Mogę się jedynie przyczepić do marnego fallout'u (praktycznie go nie było) i trochę słabych ujęć w kosmosie; w "Grawitacji" wyglądało to o wiele lepiej.

Cóż, nowa "Odyseja Kosmiczna 2001" to nie była. Ba, nawet "Atlas Chmur" miał w sobie więcej głębi. Ale nie było to złe kino, chociaż niewątpliwie przydługie i zbyt ckliwe. Od Nolana oczekiwałem więcej, choć pewnie gdyby kręcił to jakiś debiutant, byłbym usatysfakcjonowany.

Wniosek: Dobre, ale miało potencjał na więcej.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger