"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [2016]

"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [2016]

O czym to jest: Siedmiu zabijaków broni miasteczka przed chciwym biznesmenem.

siedmiu wspaniałych 2016 film recenzja washington pratt hawke

Recenzja filmu:

Bywają remake’i, które są dobre. Bywają też takie, które są złe lub po prostu niepotrzebne. Ale rzadko zdarza się film, który jest zły i niepotrzebny jednocześnie! Niestety nowa wersja „Siedmiu Wspaniałych”, czyli remake kultowego westernu z 1960 roku, może stanowić podręcznikowy przykład tego, jak nie robić filmów. 

To westernowy odpowiednik filmu pornograficznego, z tą różnicą, że sceny seksu zastąpiono absurdalnymi strzelaninami. Oprócz tego wszystko się zgadza: brak fabuły, nędzna gra aktorska, drewniane dialogi i poczucie zmarnowanego czasu. Po pierwszych dziesięciu minutach filmu spojrzałem na zegarek. Po pół godzinie miałem ochotę wyjść z kina (niektórzy zresztą wychodzili). Już po zwiastunie, z którego poprawność polityczna lała się szerokimi strumieniami, wiedziałem że może być kiepsko. Ale w najczarniejszych snach nie przewidywałem, że reżyser „Dnia Próby”, scenarzysta „Detektywa” oraz gwiazdorska obsada (Denzel Washington, Chris Pratt, Ethan Hawke) zgotują nam taki pasztet. Tego po prostu się nie da oglądać! Oczywiście doceniam techniczną biegłość, efektowne strzelaniny rodem z gry komputerowej (czytaj: niekończącą się amunicją i gargantuiczną ilością przeciwników z bossem na końcu), eksplozje dynamitu, a także wirtuozerię walk nożami, łukiem czy tomahawkami. Ale takie sceny, bez podparcia jakąś sensowną fabułą i emocjami, są po prostu tępą sieczką, które bardziej pasowałaby do parodii, a nie pełnokrwistego westernu. Chcecie efektownej, współczesnej i zarazem porywającej strzelaniny w westernie? Zajrzyjcie chociażby do „Slow West” – tam wiedzieli, jak to się robi!

Zarówno w oryginalnych „Siedmiu Samurajach”, jak i "Siedmiu Wspaniałych" z 1960 roku, był ten sam przekaz. Samuraje/rewolwerowcy stanowili uosobienie honorowej i przemijającej epoki, a walka była dla nich jedynym sposobem na życie. To powód, dla którego podjęli się obrony wioski terroryzowanej przez bandytów, mimo że nie miało im to przynieść majątku, a jedynie wysokie ryzyko śmierci. Tacy po prostu byli – a na koniec, jak stwierdził przywódca wojowników w jednym i drugim filmie, i tak przegrali w porównaniu z farmerami. „My zawsze przegrywamy”, rzekli obydwaj. Tymczasem w tym filmie sensem historii jest zemsta Denzela Washingtona na przywódcy bandytów (z jakiegoś powodu będącego po prostu chciwym biznesmenem), bez żadnych górnolotnych przesłanek. Nie ma też żadnego wiarygodnego powodu, by którykolwiek z pozostałych rewolwerowców się do niego przyłączył. Ikoniczne zbieranie drużyny zamienione jest w karykaturę, również przypominającą grę komputerową: idź do miejsca X, dodaj towarzysza do drużyny za pomocą kliknięcia, idź dalej. Przepraszam bardzo, ale do udanego filmu potrzeba czegoś więcej!

Jeszcze słówko o samej drużynie. Ja wiem, że większe miejsce dla wszelakich mniejszości na ekranie jest jak najbardziej potrzebne. Ale czy naprawdę trzeba to robić w filmach z epok historycznych, gdzie wygląda to absurdalnie? Oto skład naszej drużyny: Afroamerykanin (swoją drogą kwestię, z przeproszeniem, „czarnego z bronią” doskonale poruszał film „Django Unchained”), Latynos, Indianin, Azjata i trzech białych, z których jeden jest szaleńcem, drugi pijakiem z kryzysem osobowości, a trzeci niepoważnym wesołkiem. Doliczmy też zabójczą kobietę, która jest de facto „ósmym wspaniałym”, no i zawoalowany bromance między dwójką rewolwerowców, a mamy obstawione wszystkie fronty mniejszości etnicznych, płciowych i seksualnych. Tylko czy ma to sens w westernie? Pamiętam, że lata temu Mel Brooks nakręcił „Płonące Siodła”, parodię westernów z czarnym szeryfem w roli głównej. A teraz mamy „Nienawistną Ósemkę”, nowych „Siedmiu Wspaniałych”… Jak to się stało że coś, co kiedyś było żartem wyśmiewającym rasistowską przeszłość Dzikiego Zachodu, zaczęło być traktowane na serio? Jeszcze widzowie uwierzą, że Afroamerykanie w XIX wieku w USA byli pełnoprawnymi obywatelami. Niestety rzeczywistość nie była tak różowa…

Denzel Washington był tu do bólu niejaki. Chris Pratt grał na tą samą nutę co w „Strażnikach Galaktyki” i nawet nie spróbował wykrzesać czegokolwiek więcej. Tylko Ethan Hawke próbował stworzyć jakąś głębię i nawet mu się to udało (może dlatego, że był jedyną postacią o tym samym archetypie, co jeden z członków drużyny z 1960 roku). Podejrzewam, że gdyby ten film był zwykłym westernem, nie oceniłbym go tak surowo. Ale jeśli stanął w ringu z kultowymi gigantami, nie zamierzam mieć dla niego żadnej litości!

Z oryginalnej historii prócz tytułu nie zostało w tym filmie nic. Moim zdaniem nie jest godny tego, by nosić tytuł „Siedmiu Wspaniałych”. To po prostu inna, a na dodatek słaba, historia. Niewarta ceny kinowego biletu.

Wniosek: Bardzo słaby film. Niegodny kultowego oryginału!


"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [1960]

"The Magnificent Seven" ("Siedmiu Wspaniałych") [1960]

O czym to jest: Siedmiu rewolwerowców broni meksykańskiej wioski przed bandytami.

siedmiu wspaniałych 1960 film recenzja brynner mcqueen

Recenzja filmu:

Krytycy tego filmu (naprawdę są tacy - choć na szczęście jest ich niewielu) zarzucają mu głównie, że jest plagiatem. I oczywiście prawdą jest, że "Siedmiu Wspaniałych" z 1960 roku garściami czerpie z fabuły japońskiego hitu "Siedmiu Samurajów" nakręconego w 1954 roku. Mało tego, twórcy oficjalnie przyznali się do tego w napisach początkowych! Ale trzeba pamiętać, że sam Akira Kurosawa, reżyser oryginału, obejrzawszy western stwierdził, że jest to zupełnie inny (choć podobny) film. I muszę przyznać, obejrzawszy te dzieła jedno po drugim, że miał rację.

Nie mówię tu tylko o przeszczepieniu historii o siedmiu herosach do zachodnich realiów. "Siedmiu Samurajów" to bardzo dojrzała opowieść o rycerskich wartościach, o honorze, odwadze i okrucieństwie czasów średniowiecznej Japonii. Tymczasem "Siedmiu Wspaniałych" to zwykły western, pełen ogranych klisz i utartych schematów. Ale dzięki znakomitej reżyserii i cudownym kreacjom aktorskim, to też jeden z najwybitniejszych filmów w swojej klasie, który przeszedł do historii kina. Mimo że oglądałem go już dziesiątki razy, wciąż na nowo wciąga mnie w porywającą historię o grupie rewolwerowców, którzy kulom się nie kłaniali.

Yul Brynner jest chyba moim ulubionym bohaterem westernów, zaraz po szeryfie w wykonaniu Gary'ego Coopera z "W Samo Południe". Ubrany na czarno, łysy i śmiertelnie niebezpieczny, stworzył kreację jednego z większych twardzieli Dzikiego Zachodu. Jego kultowość dopełnia równie utalentowany partner grany przez Steve'a McQueena - znakomity strzelec i domorosły filozof z zawadiackim uśmiechem nie schodzącym z twarzy. Jeśli tego wam mało, to pomyślcie że grają tu też Charles Bronson, Robert Vaughn i James Coburn, kultowi aktorzy z okresu lat 60. i 70. No i nie zapominajmy o cudownym Eli Wallachu w roli bandyty Calvery, którego znacie jako tytułowego Brzydkiego z epokowego westernu Sergio Leone "Dobry, Zły i Brzydki". Ostrzegam, od tej ilości kultu telewizor może dokonać samozapłonu! 

To znakomity western, świetna rozrywka i doskonały sposób na spędzenie wolnych dwóch godzin. Polecam wracać do niego od czasu do czasu - gwarantuję, że wciąż dostarcza tyle samo frajdy.

Wniosek: Kultowe tak jak oryginał, ale w inny sposób.


"Seven Samurai" ("Siedmiu Samurajów")

"Seven Samurai" ("Siedmiu Samurajów")

O czym to jest: Siedmiu samurajów broni wioski przed bandytami.

siedmiu samurajów film recenzja kurosawa

Recenzja filmu:

Po latach oczekiwań nareszcie miałem okazję obejrzeć "Siedmiu Samurajów" - film uznawany za jeden z najlepszych w historii kinematografii (a już na pewno najlepszy, jeśli chodzi o japońskie kino). Mimo że wychowałem się na nakręconym kilka lat później remake'u pt. "Siedmiu Wspaniałych", który kopiuje co drugą scenę i połowę fabuły, to i tak odnalazłem w tej historii świeżość, pasję i iskrę geniuszu. To jest film kultowy. 

Gdy nakręcono go w 1954 roku, nikt wcześniej nie opowiadał historii w formie zbierania drużyny do wykonania arcytrudnego zadania (a współcześnie jest to przecież standard fabuły zarówno filmów, jak i książek typu "Drużyna Pierścienia", którą Tolkien wydał również w 1954 roku). To też klasyczna opowieść pt. kto zginie, a kto przeżyje do napisów końcowych. Dodajmy opowieść bardzo długa, bo trwająca w oryginalnej wersji trzy i pół godziny. Oczywiście należy wziąć poprawkę na dalekowschodni krąg kulturowy, w którym nakręcono ten film (a co za tym idzie aktorzy zachowują się inaczej niż przystało na zachodnie kino), a także archaiczność formy - w końcu to obraz z lat 50. Ale dobry film obroni się sam, mimo upływu czasu.

Postacie samurajów są nakreślone i zagrane tak dobrze, że ani razu nie miałem wątpliwości, kto jest kim na ekranie. Kunszt reżysera uchronił również przed groźbą chaosu - akcja jest przemyślana i spójna, a widz cały czas ma świadomość tego co się dzieje, i kto gdzie przebywa w ogniu bitwy. Plenery są wspaniałe i co ważne naturalne - aż szkoda, że możemy je podziwiać wyłącznie w czarno-białej formie. Jestem pod wielkim wrażeniem i sądzę, że współcześni twórcy podobnych obrazów (jak np. "47 Roninów") powinni uważnie obejrzeć ten film. Może się czegoś nauczą.

Wniosek: Mimo upływu lat wciąż jest magia w tej opowieści.


"Star Trek: Nemesis"

"Star Trek: Nemesis"

O czym to jest: Kapitan Picard walczy ze swoim złym klonem.

star trek nemesis film recenzja patrick stewart tom hardy picard

Recenzja filmu:

Dziesiąta (i ostatnia) kinowa część oryginalnego cyklu łączy sobie to co najlepsze, a zarazem najgorsze w przygodach U.S.S. Enterprise pod dowództwem Picarda. Mamy zatem kiepskie aktorstwo, Whoopi Goldberg, czerstwe teksty, żenujący wątek romantyczny (jest nawet ślub), ale jednocześnie fajnie nakręcone sceny (zwłaszcza pościg), ciekawe efekty i intrygujący czarny charakter. Trudno więc stwierdzić, czy jest to dobry film, czy nie.

"Nemesis" to też swoisty pomost pomiędzy starym, a współczesnym pokoleniem aktorów. Prócz klasycznej ekipy, która święciła triumfy w latach 90., w roli głównego złoczyńcy pojawia się młodziutki Tom Hardy, dla którego była to zaledwie druga rola kinowa po "Black Hawk Down". Jako młodsza wersja Patricka Stewarta wypada tak samo świetnie, jak McAvoy robiący to samo w "X-Menach". Zatem jest tu kogo oglądać! Cieszę się też, że jako wrogą frakcję w końcu wykorzystano Romulan, którzy z jakiegoś powodu do tej pory kręcili się na obrzeżach tego uniwersum (ich wątek jest zresztą kontynuowany w nowej serii). 

W "Nemesis" widać początki dynamiki, jaką zyskał ten cykl wraz z nową odsłoną w 2009 roku. Kreatywne wykorzystanie walk kosmicznych (taranowanie!), ciekawe efekty specjalne i nie stronienie od scen akcji. Jednak to za mało, by przyciągnąć współczesnego widza i jednocześnie na tyle dużo, by zrazić klasycznego fana statycznej formy "Star Treka". Tym samym zakończenie starej serii i postawienie na nową, młodą ekipę, okazało się strzałem w dziesiątkę. Podziękujmy zatem kapitanowi Picardowi za cztery filmy i oddajemy fotel kapitański w ręce Chrisa Pine'a jako młodego Kirka w "Star Treku"!

Wniosek: Średnio udane. Ale za to dobre na zakończenie oryginalnego cyklu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"Star Trek: Insurrection" ("Star Trek: Rebelia")

"Star Trek: Insurrection" ("Star Trek: Rebelia")

O czym to jest: Kapitan Picard ratuje idylliczną kolonię przed chciwymi kosmitami.

star trek rebelia film recenzja patrick stewart picard

Recenzja filmu:

Halo halo, ale co to się stało? Jak to możliwe, że po bardzo fajnym "First Contact" ta sama ekipa i ten sam reżyser zaserwowali nam taką straszną chałę w postaci "Insurrection"? To nawet nie przypominało filmu kinowego, a wydłużony (i dosyć marny) odcinek serialu. Miałkie problemy, naiwny scenariusz, kiepskie aktorstwo, minimalne i słabe efekty specjalne... Mam wrażenie, że to mógł być najgorszy film z serii.

Oglądając "Insurrection" przygotujcie się na śpiewającego Picarda i pana Datę, na rozmowy o cyckach, mizianie się w wannie, wstydliwe pryszcze i żenujące teksty. Gdyby to nie była przedostatnia część klasycznej serii, w tym momencie pożegnałbym to uniwersum! Idea filmu teoretycznie miała ręce i nogi: kapitan Picard wraz z załogą buntował się przeciwko Federacji, która w imię chciwości miała porzucić zasady, jakich przysięgła bronić. Problem w tym że "Federacja" sprowadzona jest tu do jednego admirała, który i tak w połowie filmu zmienia zdanie. A więc gdzie ta tytułowa Rebelia? Chyba że buntowniczym zachowaniem nazwiemy zdjęcie mundurów i założenie skórzanych kurtek, ale to chyba nie o to chodzi...

Fabularnie to po prostu kolejna wariacja legendy o fontannie młodości, tym razem w formie całej planety, a nie konkretnego miejsca. Zawsze wierzyłem, że uniwersum "Star Treka" ma potencjał tworzenia własnych historii, bez konieczności sięgania do utartych mitów. Tymczasem tutaj wyczuwam desperacki brak pomysłów na fajną kontynuację, która jak dla mnie nigdy nie powinna powstać. Mam tylko nadzieję, że "Nemesis" nieco podniesie poprzeczkę, bo inaczej będę bardzo rozczarowany...

Wniosek: Bardzo słabe. Zaczynam mieć dosyć!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"Elysium" ("Elizjum")

"Elysium" ("Elizjum")

O czym to jest: Biedak ze slumsów musi dostać się na pełną bogaczy stację kosmiczną.

elizjum film recenzja matt damon jodie foster sharlto copley

Recenzja filmu:

Filmy południowoafrykańskiego reżysera Neilla Blomkampa nie są zbyt subtelne, ale przynajmniej starają się coś przekazać. Zazwyczaj jest to jedna wiadomość: sprzeciw przeciwko rozwarstwieniu społecznemu, biedzie i przyzwoleniu na tworzenie gett i slumsów. Tak było w "District 9" czy "Chappie" i tak samo jest w "Elysium" - najbardziej spektakularnym, ale też najbardziej płytkim filmie ze wspomnianych trzech.

W XXII wieku bogacze żyją na orbicie na stacji kosmicznej Elysium, zamienionej w wielkie, luksusowe osiedle. Pławiąc się w dobrobycie nie dostrzegają miliardów ludzi tkwiących w slumsach na powierzchni planety, gdzie nie ma pracy, wody ani jakiejkolwiek przyszłości. Przymuszony przez niesprzyjające okoliczności główny bohater Max musi zrobić wszystko, by dostać się do Elysium i - być może - zmienić oblicze planety. Brzmi jak klasyczna bajka? Owszem, bo tak naprawdę nie ma w tej historii wiele więcej.

Muszę oczywiście zauważyć, że "Elysium" zyskało podwójne znaczenie w obliczu współczesnego kryzysu emigracyjnego, gdy miliony ludzi z Bliskiego Wschodu i Afryki zalewają Europę. Polecam ten film do obejrzenia każdemu narwańcowi, który uważa że zatapianie łodzi imigrantów jest najlepszym rozwiązaniem. Może po seansie choć jeden z nich zastanowi się, zanim powtórzy podobną wypowiedź. Z drugiej strony ten film ma aż nadto widoczny wydźwięk propagandowy, gdyż bogacze z orbity są chciwi, okrutni i zepsuci, a mieszkańcy slumsów szlachetni, zaradni i z sercem po właściwej stronie (wliczając w to nawet gangsterów). Jestem zbyt doświadczonym kinomaniakiem, by nabrać się na takie sztuczki, aczkolwiek oddaję hołd za walor edukacyjny - do niektórych ludzi taka narracja na pewno trafi.

Technicznie to majstersztyk. Efekty specjalne są fantastyczne, wliczając w to technologię przyszłości (egzoszkielety!), statki kosmiczne, strzelaniny, roboty i szeroko rozumiane sceny akcji. "Elysium" jest tego pełne i pod tym względem stanowi znakomitą rozrywkę. Zatrudniony w roli głównej Matt Damon jest taki sam jak zawsze, więc jeśli ktoś go lubi, powinien się dobrze bawić. Moje uznania kieruję w stronę Sharlto Copleya (jednego z moich ulubieńców), tym razem w roli psychopatycznego najemnika. Jest fantastyczny, podobnie jak Jodie Foster w niezwykłej dla niej roli zimnej suczy. W ramach ciekawostek wspomnę, że zobaczycie tu też Diego Lunę, jedną z gwiazd nadchodzącego "Rogue One". Te nazwiska zdecydowanie wystarczą, by poświęcić czas i włączyć ten film.

To dobra rozrywka na wieczór, z której niektórzy (mam nadzieję) wyciągną jakieś konstruktywne wnioski. Fajnie, że takie filmy powstają, ale liczę na to, że Neill Blomkamp nakręci niedługo coś o innym wydźwięku. Szkoda, by się powtarzał.

Wniosek: Naiwne, ale za to świetnie nakręcone kino.


"Star Trek: First Contact" ("Star Trek: Pierwszy Kontakt")

"Star Trek: First Contact" ("Star Trek: Pierwszy Kontakt")

O czym to jest: Załoga U.S.S. Enterprise ratuje Ziemię przed cybernetycznym Borgiem.

star trek pierwszy kontakt film recenzja stewart borg picard

Recenzja filmu:

No nareszcie! W końcu jakiś "Star Trek" z Picardem, na którym warto zawiesić oko. "First Contact" stanowi świetną odmianę po nieudanym "Generations", który oglądałem z zażenowaniem. Na szczęście tym razem dostaliśmy historię pełną tempa, akcji, fajnych efektów specjalnych, a jednocześnie "trekową" do krwi i kości. I o to chodzi!

W roli głównego wroga pojawił się cybernetyczny kolektyw zwany Borgiem, po raz pierwszy ujawniony w serialu "Star Trek: The Next Generation". Fabuła "First Contact" bezpośrednio nawiązuje do wydarzeń w serialu, ale na tyle umiejętnie, że można obejrzeć film bez znajomości wcześniejszych przygód Picarda. Jednocześnie Borg (z twarzą Alice Krige) jest chyba najbardziej przerażającym przeciwnikiem w historii uniwersum "Star Treka", na dodatek podszytym nutką lateksowego erotyzmu (charakterystycznego dla produkcji science fiction z przełomu XX i XXI wieku). Jest nam łatwo uwierzyć, że tym razem załoga U.S.S. Enterprise stanęła przed najgroźniejszym wrogiem w swojej historii. Bardzo podobało mi się zastosowanie podróży w czasie - nasi bohaterowie cofnęli się wprawdzie w przeszłość, ale do roku 2063, do czasów gdy Ziemia podnosiła się z ruin III wojny światowej (stąd mocne akcenty kina postapokaliptycznego), stojąc jednocześnie u progu tytułowego pierwszego kontaktu z kosmitami. Idealne miejsce na osadzenie fabuły! 

Jestem zachwycony efektami specjalnymi, w tym pierwszą masową bitwą kosmiczną, jaką miałem okazję oglądać w tym uniwersum. Oczywiście nie umywa się do tego, co współcześnie serwuje nam np. "Star Trek Beyond", ale jak na standardy klasycznej serii to wręcz roznosi ekran w pył. Śmiało mogę stwierdzić, że jak dla mnie "First Contact" pod względem frajdy z oglądania plasuje się zaraz za "The Voyage Home". Widać klucz do sukcesu leży w podróżach w czasie!

Wniosek: Bardzo fajne! Jedna z lepszych części.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"A Shot at Glory" ("Zwycięski Gol")

"A Shot at Glory" ("Zwycięski Gol")

O czym to jest: Mała drużyna piłkarska walczy o Puchar Szkocji.

zwycięski gol film recenzja robert duvall michael keaton mark knopfler

Recenzja filmu:

Raczej nigdy nie trafiłbym na ten film, gdybym od lat nie słuchał pochodzącej z niego znakomitej ścieżki dźwiękowej w wykonaniu Marka Knopflera. A ponieważ lubię też Roberta Duvalla, tym chętniej zasiadłem przed ekranem. Szkoda tylko, że trafiłem na co najwyżej przeciętny film telewizyjny, a nie wciągającą historię, godną aktorów, którzy w niej zagrali.

Na plus zaliczam przedstawienie piłkarskiej kultury Szkocji, gdzie ten sport stawiany jest na równi (a czasem wyżej) z religią. Jeśli myślicie, że Polacy mają fioła na punkcie piłki, to spójrzcie na Brytyjczyków. Widziałem w swoim życiu bardzo wiele filmów, w których drużyna sportowa z samego dna wspina się coraz wyżej po ostateczne zwycięstwo (do dziś moją ulubioną produkcją tego typu jest "Major League"). Jednak "A Shot at Glory" starało się być czymś więcej, dorzucając do historii sporo wątków rodzinnych i quasi-romantycznych. Efekt jest średnio strawny, bo ani w tym sportowych emocji, ani poruszających dramatów i dylematów. Widz do samego końca nie wie, czemu ojciec pokłócił się z córką, czemu nie lubi zięcia, ani czemu wspomniany zięć jest aroganckim bubkiem. A szkoda, bo jeśli już scenarzysta zdecydował się zajrzeć pod rodzinny dywan, to powinien był wyciągnąć na wierzch wszystkie sekrety.

Film broni się (prócz szkockiego nastroju) jedynie muzyką oraz aktorstwem. Robert Duvall jest świetny i przeuroczo deklamuje kwestie z wyuczonym szkockim akcentem. Drugim wielkim nazwiskiem jest Michael Keaton, choć niestety zepchnięty do drugoplanowej roli. Jestem przekonany, że gdyby znalazł się sprawniejszy scenarzysta, przy takiej obsadzie mogłaby powstać świetna produkcja. Ale i tak dla tych dwóch aktorów warto zajrzeć do "A Shot at Glory", aczkolwiek pod warunkiem, że nie macie nic lepszego do roboty. Albo uwielbiacie piłkę nożną.

Wniosek: Film kiepski, ale aktorzy fajni.


"Hell or High Water" ("Aż Do Piekła")

"Hell or High Water" ("Aż Do Piekła")

O czym to jest: Dwóch braci rabuje banki w Teksasie, by ratować rodzinną farmę.

aż do piekła film recenzja pine foster bridges

Recenzja filmu:

Cieszę się, że coraz częściej trafiam na produkcje, które na pierwszym miejscu stawiają klimat opowieści. Tak było z "Sicario" czy z "No Country for Old Men", tak też jest z neo-westernem "Hell or High Water". Gdyby istniał miernik klimatu filmu, przy tej produkcji poszybowałby do samej góry. Zaręczam: trudno będzie wam znaleźć bardziej teksańską historię w historii kina!

To opowieść o dwóch braciach, klasycznych antybohaterach, którzy (przymuszeni przez nastawiony na wyzysk amerykański sektor bankowy) nie mają wyjścia i schodzą na złą ścieżkę. Ich łupem padają banki, a ich cel to zebranie odpowiedniej sumy gotówki, by spłacić kredyt zaciągnięty pod zastaw ziemi na leczenie umierającej matki. Całkiem szlachetnie pobudki, prawda? Niemniej bracia nie cofną się przed niczym, co w konsekwencji musi doprowadzić do rozlewu krwi. Ich tropem podąża będący krok przed emeryturą Strażnik Teksasu o prezencji starego, zgryźliwego szeryfa z dawnych westernów. Kto wygra w tym wyścigu? Albo czy w ogóle może tu być jakiś zwycięzca?

Jest w tym filmie tyle Teksasu, ile tylko dało się upchnąć w dwóch godzinach na ekranie. Plenery (mimo, że zdjęcia powstały w Nowym Meksyku), mentalność ludzi, zwyczaje, a także typowy dla amerykańskiej prowincji brak perspektyw - to obraz prawdziwego pogranicza, które mimo XXI wieku wcale nie zanikło na południu USA. Ten unikalny nastrój to pierwszy powód, by obejrzeć "Hell or High Water". Drugim jest solidna robota filmowa, odpowiednio dozująca elementy kryminału, filmu sensacyjnego, thrillera i kina akcji. Jest tu też zadziwiająco dużo humoru, którego widz raczej się nie spodziewa w takim kinie. Nie można też zapominać o doskonałych aktorach, dobranych do głównych ról. Jeff Bridges jako stary policjant jest po prostu świetny, grając w nieco wyświechtany, znany widzom sposób, charakterystyczny dla dawnych gwiazd westernu, takich jak John Wayne albo Gary Cooper. W rolach braci wystąpili Ben Foster (w końcu doczekał się świetnej roli), a także - co dla mnie ważniejsze - Chris Pine, na którego ostatnio trafiam bardzo często. I powiem wam, że Pine totalnie zawojował ekran, tworząc postać zupełnie inną od swoich dotychczasowych ról, a przy tym wielce wiarygodną. I to jest właśnie wyznacznik dobrego aktorstwa.

Trudno mi sobie wyobrazić, by "Hell or High Water" mogło się komuś nie spodobać. To po prostu uniwersalnie dobry film!

Wniosek: Świetny film z niesamowitym klimatem.


"Hugo" ("Hugo i Jego Wynalazek")

"Hugo" ("Hugo i Jego Wynalazek")

O czym to jest: Historia początków kinematografii opowiedziana w konwencji baśni.

hugo i jego wynalazek film recenzja scorsese buttefield cohen

Recenzja filmu:

Kto by pomyślał, że Martin Scorsese nakręci klimatyczną, podnoszącą na duchu opowieść familijną? "Hugo" to klasyczna baśń, w której młody bohater (fenomenalny Asa Butterfield), musi rozwiązać zagadkę, która odmieni życie zarówno jego, jak i wszystkich dookoła. I jak przystało na tego typu historię, jest to film zarówno nudny, jak i niezwykle piękny, z magią iskrzącą z każdego ujęcia kamery. Nic dziwnego, że dostał aż pięć Oscarów, choć głównie w kategoriach technicznych - zaręczam, że jest na co popatrzeć.

A teraz trochę faktów. Georges Méliès był francuskim reżyserem, który u zarania XX wieku praktycznie stworzył kino science fiction i fantasy. Był prekursorem stosowania efektów specjalnych, dynamicznego montażu, a także kolorowania czarno-białych filmów. Nakręcił ponad pięćset produkcji, z których niestety wiele zaginęło w zawierusze I wojny światowej i jej następstwach. Méliès popadł w biedę i zapomnienie, jednak na szczęście pod koniec życia powrócił z niebytu, na powrót zajmując zasłużone miejsce w annałach europejskiej (i światowej) kinematografii. A jak to się stało? O tym właśnie opowiada "Hugo". I choć film stosuje narrację i konwencję baśni, nie ma tu elementów nadprzyrodzonych, zatem wszystko (teoretycznie) mogło się zdarzyć naprawdę. Ale tym razem fakty nie mają aż takiego znaczenia. Podobnie jak w filmach Mélièsa, tu również zaciera się granica między rzeczywistością a fikcją. Dokładnie jak w filmach Terry'ego Gilliama, który bez ogródek nazywa twórczość Mélièsa swoim największym źródłem inspiracji.

Ben Kingsley, jak na wielkiego aktora przystało, tworzy fantastyczną kreację francuskiego reżysera, wiarygodnego zarówno pod względem wizualnym, jak i charakterologicznym. Równie świetny jest Sasha Baron Cohen w roli zaciętego inspektora Gustave'a, bezwzględnie tropiącego młodych włóczęgów na paryskim dworcu Montparnasse. Do tych składników Scorsese dodał szczyptę przyprawy w postaci konwencji steampunk (a dokładniej: clockpunk), która czyni "Hugo" wizualnie imponującym arcydziełem. Zwłaszcza dla kogoś, kto lubi takie kino!

Polecam do oglądania nawet najmłodszym widzom, choć starsi pewnie mogą się trochę nudzić. Ale akcja i tempo nie zawsze są potrzebne. Czasem wystarczy po prostu magia srebrnego ekranu.

Wniosek: Czegoś tu brakuje, ale to i tak magiczne, piękne kino.


"Star Trek Generations" ("Star Trek: Pokolenia")

"Star Trek Generations" ("Star Trek: Pokolenia")

O czym to jest: Kapitan Kirk i kapitan Picard łączą siły, by uratować galaktykę.

star trek pokolenia film recenzja shatner stewart kirk picard

Recenzja filmu:

Bardzo niedobrze! Nie tak chciałem poznać nową załogę U.S.S. Enterprise, o nie! Siódmy kinowy film z serii stanowi zarówno kontynuację popularnego serialu "Star Trek: The Next Generation" (gdzie po raz pierwszy poznaliśmy nowego kapitana Picarda i jego wesołą załogę), jak i oficjalny pomost pomiędzy "erą Kirka" a "erą Picarda". Niestety produkcja, która miała potencjał stać się epicka, została pogrzebana przez absurdalny scenariusz, parszywie złą grę aktorską i dość wątpliwe decyzje castingowe.

Największą wadą "Generations" jest to, że nie pozwala gładko wejść w historię osobom, które nie oglądały "The Next Generation". Przeciętny widz nie ma pojęcia, kim są postacie oglądane na ekranie i co reprezentują. Domyślam się, że np. śmiejący się Mr. Data, albo płaczący kapitan Picard w stanie kryzysu emocjonalnego stanowią jakąś nowość dla miłośników serialu, ale już nie dla zwykłych ludzi. A powiedzmy sobie szczerze, że chlipiący kapitan nie jest takim herosem, jakiego chciałbym oglądać w filmie kinowym. Na domiar złego drewniany jak zwykle William Shatner w ostatnim kinowym wcieleniu kapitana Kirka tym razem wyjątkowo mnie irytował. Ale już totalnym absurdem było wciągnięcie do filmu Whoopi Goldberg, która do uniwersum "Star Treka" pasuje jak Jason Statham do komedii romantycznych, albo Adam Sandler do oscarowych dramatów. Żeby jeszcze jej postać cokolwiek wnosiła do fabuły, ale niestety (i to zarówno w tym filmie, jak i wcześniej w serialu).

A właśnie, fabuła. Podobnie jak w przypadku pierwszego kinowego "Star Treka", "Generations" to po prostu wydłużony odcinek serialu. Nie ma tu ani poczucia rozmachu kinowej opowieści, ani rozsądnego wprowadzenia bohaterów, ani też samodzielnej historii. Gdyby nie wcześniejszy serial, krytycy zjedliby ten film żywcem za chaos na ekranie. I tym razem bym im przyklasnął!

Z powodzeniem można obejrzeć ten film raz (o ile oglądało się wcześniej serial), a potem zapomnieć. Albo nie oglądać go w ogóle. Nic nie stracicie.

Wniosek: Kiepskie. Zwłaszcza jak na kinowe wprowadzenie nowej załogi.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"Florence Foster Jenkins" ("Boska Florence")

"Florence Foster Jenkins" ("Boska Florence")

O czym to jest: Prawdziwa opowieść o najgorszej śpiewaczce w historii USA.

boska florence film recenzja meryl streep hugh grant

Recenzja filmu:

A pomyśleć, że o mały włos przegapiłem ten film! Jednak dobrze śledzić branżowe portale i profesjonalne źródła informacji, bo inaczej można przeoczyć prawdziwe perełki. Kampania marketingowa "Boskiej Florence" praktycznie nie istniała - mimo że jestem w kinie przynajmniej raz w tygodniu, ani razu nie natrafiłem na trailer. Tymczasem czuję, że przy tej produkcji mogą się posypać Oscary (a przynajmniej Złote Globy)!

"Boska Florence" opowiada o prawdopodobnie najgorszej śpiewaczce w historii USA. Jest rok 1944 - Florence Foster Jenkins, bogata i ekscentryczna dama "z towarzystwa", postanawia, że zaśpiewa w Carnegie Hall w Nowym Jorku, jednej z najbardziej prestiżowych sal koncertowych na świecie. Nie ma wprawdzie za grosz talentu... ale kto bogatemu zabroni? Przy wsparciu kochającego (na swój sposób) męża, a także młodego pianisty, wszystko jest możliwe! Wyszła z tego świetna komedia, ale mylicie się sądząc, że film dostarcza jedynie powodów do śmiechu.

To tak naprawdę historia o marzeniach, miłości, wierności i przyjaźni. Jest tu równie dużo elementów rodem z komedii, jak i melodramatu czy nawet filmu drogi. Meryl Streep i Hugh Grant stworzyli niezwykłą ekranową parę, której romans ogląda się o wiele przyjemniej (i bardziej wiarygodnie!) niż dowolnych "pięknych dwudziestoletnich" z wysokobudżetowego kina spod znaku popcornu. Ach, Meryl Streep... To bez wątpienia najlepsza obecnie aktorka świata, której nikt nie jest w stanie dorównać. Dziewiętnaście nominacji do Oscara i trzy zdobyte statuetki mówią same za siebie! Czy teraz będzie dwudziesta nominacja? Wcale bym się nie zdziwił!

Ale nie tylko Meryl Streep błyszczy w tym filmie. Równie wybitny okazał się Simon Helberg w roli pianisty Cosmé McMoona. Znany do tej pory głównie z "The Big Bang Theory" aktor dostał szansę przebicia się na dużym ekranie i nie mam wątpliwości, że wykorzystał ją w pełni. Każda scena z jego udziałem to majstersztyk! Jest po prostu fenomenalny i mam nadzieję, że "Boska Florence" będzie jego przepustką do światowej sławy. Zadziwiająco przyjemny jest również Hugh Grant, który zbliżając się do sześćdziesiątki, być może złapał utraconą jakiś czas temu równowagę. Mam nadzieję, że w takiej formie będę mógł go oglądać częściej.

Polecam wszystkim ten film zarówno do śmiechu, jak i łez wzruszenia. Nie będziecie zawiedzeni.

Wniosek: Wybitnie zagrane, dobre i zabawne kino.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger