"Flight of the Phoenix" ("Lot Feniksa")

"Flight of the Phoenix" ("Lot Feniksa")

O czym to jest: Grupa rozbitków buduje samolot ze szczątków wraku.

lot feniksa film 2004 recenzja dennis quaid

Recenzja filmu:

"Lot Feniksa" to jeden z moich ulubionych filmów przygodowych. Chyba mam jakąś słabość do kina surwiwalowego, co chyba nie powinno mnie dziwić, skoro w trójce moich ulubionych książek znajduje się "Robinson Crusoe". A poza tym od czasów "Dragonheart" mam słabość do Dennisa Quaida.

Film nakręcono w 2004 roku jako remake niemal identycznej historii z 1965 roku. Wielu znawców kina (jak to zwykle bywa) stawia oryginał na piedestale, hejtując jednocześnie remake. Zupełnie tego nie rozumiem, bo nowy "Lot Feniksa" jest po prostu świetny! Trudno mu cokolwiek zarzucić. Scenografia, scenariusz, zwroty akcji, gra aktorska... Jest solidnie i bez ani jednej wtopy. Jeśli nie wierzycie, to wyobraźcie sobie film, w którym Dennis Quaid, Miranda Otto, Hugh Laurie oraz Giovanni Ribisi budują samolot pośrodku pustyni. Ludzie kochani, przecież z taką obsadą to nie może być złe! Czasem nakręcenie na nowo starej produkcji bez istotnych zmian w fabule wystarcza w zupełności na dobre kino (tak jak np. w przypadku "Sahary"). 

Trudno napisać o "Locie Feniksa" coś więcej, bo to naprawdę prosty i na swój sposób nieskomplikowany film. Mamy grupę bohaterów (każdy prezentuje inny typ osobowości i ma inne umiejętności), wspólny cel działania, a także przeszkody, które muszą pokonać (zaczynając od warunków pogodowych, a na mongolskich przemytnikach kończąc). Klasyka! Wracam do tej historii raz za razem i na pewno prędko mi się nie znudzi.

Wniosek: Bardzo fajne, rozrywkowe kino przygodowe.


"John Wick: Chapter 2" ("John Wick 2")

"John Wick: Chapter 2" ("John Wick 2")

O czym to jest: John Wick mści się za spalenie domu.

john wick 2 film recenzja keanu reeves

Recenzja filmu:

Miałem wątpliwości co do pierwszego "Johna Wicka". Jak na strzelankę rozwijał się wyjątkowo wolno, bo przez pierwsze pół godziny zamiast porządnej akcji serwował widzom smuty białostockie w postaci cierpiącego Keanu. Na szczęście potem ruszył z kopyta, prezentując rewelacyjny (i jak się okazało pełen potencjału na sequele) podziemny świat płatnych zabójców. Hotele, własna waluta, punkty usługowe, kodeksy i infrastruktura - to rzeczy które znamy z filmów szpiegowskich, a nie klasycznych strzelanek. I może dlatego świat "Johna Wicka" okazał się tak atrakcyjny.

Uwielbiam, gdy sequel naprawia błędy pierwszej części, dodatkowo rozszerzając wewnętrzne uniwersum w dobrą stronę. Jeśli myślicie, że tu też nabierze tempa po pewnym czasie, nic bardziej mylnego. Film rozpoczyna się mega scenami akcji, gdzie John Wick sprząta pozostałości rosyjskiej mafii z pierwszej części. Przy okazji zalicza chyba największą ilość potrąceń przez samochód w historii kina! Potem zaś fabuła zaczyna się zagęszczać. Pojawia się nowy przeciwnik, nowy powód do zemsty, a także nowe otoczenie (tym razem Rzym). Co ciekawe, prócz gildii płatnych zabójców (bo chyba tak to trzeba nazwać), twórcy przedstawili widzom również tak samo rewelacyjną gildię żebraków. Oczywiście "John Wick 2" dalej wygląda jak gra komputerowa typu FPS. Zastanawialiście się, skąd w różnych kątach na planszach zawsze czeka pakiet medyczny albo naładowana broń? Oglądając ten film poznacie odpowiedź. I jak na gry przystało, mamy do zaliczenia kilka poziomów (z bossami do ubicia po drodze), aby w finale zmierzyć się z głównym przeciwnikiem. I co z tego że niemal każdy przechodzień na ulicy w Nowym Jorku jest płatnym zabójcą? Są za to piękne lokacje, ciekawe postacie, prosta i przystępna fabuła... Jednym słowem jest frajda i o to chodzi!

Najbardziej w filmach z tej serii podoba mi się to, że twórcy nie udają, że "John Wick 2" jest czymś innym niż tylko odmóżdżającym, krwawym mordobiciem. Dostarczają taki produkt, jaki widzowie chcą i lubią oglądać. Nie samym Woody Allenem człowiek żyje. Czasem można się dać ponieść krwawym instynktom i nie ma w tym nic złego. W końcu jesteśmy tylko ludźmi!

Wniosek: Doskonałe kino sensacyjne! Natychmiastowy kult!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "John Wick"! >>>


"Silence" ("Milczenie")

"Silence" ("Milczenie")

O czym to jest: Prawdziwa historia prześladowań chrześcijan w XVII-wiecznej Japonii.

milczenie recenzja filmu scorsese neeson garfield driver

Recenzja filmu:

Martin Scorsese nie przestaje mnie zaskakiwać. Ten 74-letni reżyser już dawno powinien osiąść na laurach i tak jak Spielberg odcinać kupony od dawnej chwały. A tymczasem on nie dość, że nadal robi dobre filmy, to jeszcze przy nich eksperymentuje! W przeciwieństwie do innych reżyserów, Scorsese za każdym razem kręci obraz całkowicie inny od tego, co stworzył do tej pory. Co ma wspólnego "Wilk z Wall Street" z "Milczeniem"? Absolutnie nic! No może prócz tego, że obydwa są poruszające, choć w totalnie inny sposób.

Najbliżej tej produkcji do "Ostatniego Kuszenia Chrystusa" - swoją drogą mojego drugiego ulubionego filmu spośród wszystkich, jakie znam. Ale też i do "Misji", ale to ze względu na tematykę jezuickich misjonarzy (i Liama Neesona, który już po raz drugi w swoim życiu przywdział jezuickie szaty). Ale jeśli miałbym popatrzeć pod względem formy, to nazwałbym "Milczenie" krzyżówką "Drzewa Życia" z "Valhalla Rising". To filozoficzny, ciężki w odbiorze, naturalistyczny i nastrajający do głębokiej refleksji obraz. Często zapominam filmy na drugi dzień po wizycie w kinie, ale nie tym razem. Mimo że nie jestem zbyt religijny (a właściwie to w ogóle nie jestem), to tematyka "Milczenia" zmusiła mnie do rozważań na temat istoty życia, śmierci i tego, co po niej. Jeśli takie było założenie reżysera - a zakładam że tak - to przyznaję, że odniósł totalny sukces.

"Milczenie" nie będzie się podobać szerokiej publice. To film długi. Powolny. Okrutny. Doskonale zagrany i pełen mniej lub bardziej czytelnych metafor. Zmontowany z przepięknych zdjęć, porażającej scenografii, a także ogłuszającej ciszy. W końcu rzecz jest o milczeniu, zatem Scorsese świadomie pozbawił swój film ścieżki dźwiękowej. Są tylko odgłosy przyrody, a także człowieka. Nierzadko odgłosy dzikie i pełne cierpienia. Gdybyśmy mieli wehikuł czasu i przenieśli się do XVII-wiecznej Japonii, nie zobaczylibyśmy nic innego. Jestem tego pewien.

Andrew Garfield to wielki młody aktor. "Hacksaw Ridge" nie było wypadkiem przy pracy. Ten chłopak naprawdę wie, co robi, a kamera go kocha (i widzowie też). Adam Driver po raz kolejny pokazał wrodzony talent i przeszedł całkowitą metamorfozę (również fizyczną). A Liam Neeson, nestor kina akcji, zatoczył krąg i po trzydziestu latach znów wrócił tam, gdzie kiełkowała jego kariera. 

Nie oglądajcie "Milczenia" w dużym gronie osób. Najlepiej idźcie do kina w pojedynkę. Pozwólcie się unieść tej historii, a potem usiądźcie i pomyślcie. Warto.

Wniosek: Bardzo trudny, głęboki i dobry film.


"The Founder" ("McImperium")

"The Founder" ("McImperium")

O czym to jest: Prawdziwa historia powstania imperium McDonald's.

mcimperium recenzja filmu keaton

Recenzja filmu:

Michael Keaton to marka sama w sobie. Odkąd zawojował świat w „Birdmanie”, z zapartym tchem śledzę każdą jego rolę. To wybitny artysta z unikalną zdolnością zawłaszczania ekranu całym sobą. Tak też uczynił w filmie „The Founder”, kapitalistycznej i bardzo pouczającej historii o korzeniach fast foodowego imperium McDonald’s. 

Mogę się założyć, że większość mieszkańców tzw. zachodniego świata przynajmniej raz w życiu jadła w McDonald’s. A jeśli nie, to chociaż w którejś z konkurencyjnych sieci – KFC, Burger Kingu etc. „The Founder” opowiada historię powstania nie tylko samej marki McDonald’s, ale też przemysłu fast foodowego jako takiego. Zaczęło się od dwóch braci Dicka i Maca McDonaldów, którzy w Kalifornii w 1948 roku opracowali system taśmowej produkcji i wydawania jedzenia, odnosząc przy tym piorunujący sukces. Ale być może świat nigdy by o nich nie usłyszał, gdyby nie Ray Kroc, podstarzały akwizytor i sprzedawca mikserów, który w 1954 roku namówił braci do tego, by mianowali go franczyzobiorcą. Wyglądało to tak: Ray w imieniu braci zakładał kolejne restauracje (klony oryginału), dzieląc się procentem zysków. Jednak jak to w wielkim biznesie bywa, tam gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, nie ma miejsca na moralność oraz sentymenty. 

„The Founder” to taki „Wilk z Wall Street”, tyle że bez bluzgów i seksu. W tym wypadku wilkiem okazał się Ray Kroc, który uporem, sprytem i bezwzględnością przejął kontrolę nad marką McDonald’s. Jak to zrobił? To już musicie zobaczyć sami, a zaręczam że warto. Michael Keaton idealnie odwzorował prawdziwego Kroca, wliczając w to akcent i mimikę twarzy (obejrzyjcie sobie na YouTube i sami porównajcie). Prawdziwy aktorski kunszt! Drugą wielką korzyścią jest doskonałe odwzorowanie epoki lat 50. Miałem rację mówiąc, że era lat 50. oraz 60. cieszy się w Hollywood coraz większą popularnością (przecież dopiero co w kinach widzieliśmy świetną „Jackie”). Nie narzekam, bo retro zawsze dobrze wygląda na ekranie (elegancja i opływowe kształty – to klucz do sukcesu). A gdy filmy same w sobie są dobre, to korzystam podwójnie! 

Bardzo jestem ciekaw, czy firma McDonald’s zorganizowała swoim pracownikom grupowe wyjścia na ten film. Wcale bym się nie zdziwił, bo wbrew temu co można sądzić, jest to bardzo zrównoważona opowieść. „The Founder” udowadnia, że w świecie kapitalizmu nie da się zbudować światowego imperium grając zgodnie z zasadami. Czy to czyni Raya Kroca diabłem w ludzkiej skórze? Niekoniecznie. Jak przystało na biznesmena, zrobił to co musiał aby przetrwać. A bracia McDonald? Cóż, gdy trwa wojna, zawsze są ofiary. Zwłaszcza wśród tych, którzy nie mają woli walki.

Wniosek: Bardzo dobre i jednocześnie pouczające kino.


"Designated Survivor"

"Designated Survivor"

O czym to jest: Sekretarz urbanizacji zostaje Prezydentem USA po zamachu na Kapitol.

designated survivor serial recenzja kiefer sutherland

Recenzja serialu:

Mimo że jestem magistrem politologii, wcześniej nie słyszałem o amerykańskim mechanizmie politycznym zwanym designated survivor. To zawór bezpieczeństwa polegający na tym, że gdy cała amerykańska władza wykonawcza i ustawodawcza zbiera się w jednym miejscu (np. podczas przemówienia Prezydenta przed Kongresem), jeden z członków rządu zostaje tzw. wyznaczonym do przeżycia. Jednym słowem: ma być wtedy gdzie indziej i jeśli coś się stanie (np. spadnie atomówka), ocalony zapewni ciągłość władzy nad krajem. Swoją drogą jest to mechanizm, którego mogłyby się w końcu nauczyć polskie władze, zwłaszcza po katastrofie w Smoleńsku... Ale o tym kiedy indziej.

Jak do tej pory nigdy się nie zdarzyło, by ktokolwiek musiał zastosować tę zasadę w praktyce. Serial "Designated Survivor" przedstawia nam taką hipotetyczną sytuację. Gdy bomba równa z ziemią Kapitol, grzebiąc Prezydenta, Wiceprezydenta, cały rząd i de facto cały Kongres, ostatnim ocalonym jest prostolinijny sekretarz urbanizacji o aparycji i charakterze księgowego. W tytułowej roli Kiefer Sutherland, bardziej znany jako pogromca terrorystów Jack Bauer z serialu "24". Tym razem Kiefer schował broń do kabury i uzbroił się wyłącznie w bystry umysł i prawdziwie rycerską moralność. W czasach największego kryzysu, USA nieoczekiwanie otrzymały hagiograficznego Prezydenta, wzorowego męża i ojca, który musi odeprzeć ataki żądnych władzy polityków, skorumpowanych urzędników, szpiegów, zdrajców i terrorystów, by uratować siebie i świat. Brzmi mega pretensjonalnie, prawda? Ale to nie grzech od czasu do czasu zanurkować w kuble z popcornem i dać się ponieść nieskrępowanej, płytkiej rozrywce. W końcu laguny też są płytkie, a jakie piękne!

Oczywiście "Designated Survivor" ma sporo minusów. W starciu z logiką nie wytrzymuje nawet minuty, od razu padając na deski. Cały gabinet nowego Prezydenta składa się de facto z czterech osób, jednocześnie zarządzających krajem i prowadzących śledztwo w sprawie wykrycia zdrajców. Wspomaga ich wyłącznie samotna, niezłomna agentka FBI, która jako jedyna w całym kraju odkryła prawdę o sprawcach zamachu. Słusznie nazwano ten serial krzyżówką "House of Cards" z "Homeland", o ile oczywiście usuniemy z tych produkcji całą głębię, zostawiając wyłącznie opakowanie. Ale nie czujcie się winni, że ten serial się wam podoba, bo mi też. Mam wprawdzie poczucie marnowania czasu, ale od czasu do czasu można sobie na to pozwolić. Jeśli zatem tęsknicie do produkcji z dawnych czasów, gdy jeden bohater ratował świat, a dobro zawsze triumfowało, zapraszam przed telewizory. Kiefer Sutherland was nie rozczaruje! Tylko na wszelki wypadek wyłączcie mózgi.

Wniosek: Prosta, przystępna rozrywka - w sam raz na wieczorny relaks przed telewizorem.


"Jackie"

"Jackie"

O czym to jest: Biografia Jacqueline Kennedy, wdowy po legendarnym Prezydencie USA.

jacqueline kennedy film recenzja natalie portman

Recenzja filmu:

W przypadku filmów biograficznych zawsze jest tak, że główny aktor może wyciągnąć film na wyżyny lub pogrążyć go w otchłani. Osobiście nie do końca przepadam za Natalie Portman. Nie odmawiam jej talentu, po prostu bardziej preferuję profesjonalnie wyszkolonych aktorów niż naturszczyków, którzy często grają z emocjami na wierzchu (tak robi np. Emma Watson). Ale nie sposób odmówić Natalie Portman wrodzonego wdzięku i umiejętności głębokiego zanurzania się w rolę (ma z tym problem jedynie w naszpikowanych efektami blockbusterach). To co zrobiła z postacią Jacqueline Kennedy, prawdopodobnie najbardziej tragicznej Pierwszej Damy w dziejach USA, zasługuje na uznanie i docenienie - a może nawet i Oscara. Portman jest prawdziwa, przekonująca i co najistotniejsze niepodobna do swoich innych ról. Rewelacja! 

„Jackie” to typowy film biograficzny, mimo że jego akcja obejmuje jedynie tydzień z życia pani Kennedy. Zaczyna się od tragicznego dnia zamachu w Dallas, a kończy na legendarnym wywiadzie, jakiego Jackie udziela dziennikarzowi magazynu "Life". Narracja jest nieliniowa, a poszczególne sceny i wydarzenia mieszają się ze sobą (zgodnie z sentencją Jackie, która mówi na ekranie, iż straciła rozeznanie co jest grą na pokaz, a co rzeczywistością). Wydaje się być niemożliwe, by poznać kogoś przez pryzmat jednego tygodnia, prawda? A jednak twórcom „Jackie” udał się ten ryzykowny manewr. Poznajemy dwa oblicza lady Kennedy: ułagodzonej i dystyngowanej na użytek zewnętrzny, a także hardej i bezkompromisowej w życiu osobistym. Główna bohaterka porównywała klan Kennedych do pierwszej królewskiej dynastii w dziejach USA. I coś w tym było. Kto wie, gdyby nie zabójstwo obydwu braci Kennedy na przestrzeni jednej dekady, może świat wyglądałby dziś zupełnie inaczej? Tak na marginesie: tę kwestię porusza serial „11.22.63”, bardzo ciekawy do zestawienia z tą produkcją. 

To jedna z lepszych biografii jakie widziałem, na pewno o niebo lepsza niż „Grace of Monaco”, która dzieje się dokładnie w tym samym okresie czasowym. Bardzo podobało mi się przedstawienie realiów epoki lat 60. i zmiksowanie zdjęć z archiwalnymi materiałami (aż czasem trudno się było zorientować, co jest czym). Naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani, to dodam że w tym filmie po raz ostatni macie okazję zobaczyć na ekranie Johna Hurta, a jego kwestie - zapewne przypadkowo - brzmią niczym autoepitafium. Polecam.

Wniosek: Niezły film, a Natalie Portman jeszcze lepsza!


"Finding Altamira" ("Altamira")

"Finding Altamira" ("Altamira")

O czym to jest: Historia odnalezienia słynnej jaskini Altamiry.

altamira film recenzja antonio banderas

Recenzja filmu:

No i nadrobiłem kolejny film, który nie pojawił się w polskich kinach, mimo że bardzo na to liczyłem. Dzięki Bogu za YouTube i możliwość swobodnych łowów trailerów, bo nie wiem jak inaczej bym trafiał na takie produkcje! Antonio Banderas jest moim zdaniem bardzo niedocenianym aktorem. Światowa publika kojarzy go głównie z przygodowych i sensacyjnych blockbusterów klasy "Maska Zorro" czy "Assassins", tym samym szufladkując go do sekcji mniej zdolnych wyrobników. A prawda jest taka, że Banderas ma wielki talent aktorski, tyle że po prostu nikt jeszcze nie dał mu szansy w kinie wysokiej półki. Jego potencjał widać chociażby w tym filmie.

Zapewne słyszeliście o hiszpańskiej jaskini Altamira, w której w 1879 roku odkryto imponujący paleolityczny fresk przedstawiający zwierzęta z epoki lodowcowej. Obecne badania szacują wiek malowidła na kilkadziesiąt tysięcy lat! Niestety odkrycia dokonano w XIX-wiecznej ultrakatolickiej Hiszpanii, gdzie powszechnie wierzono, że Ziemia ma kilka tysięcy lat, a ludzie pochodzą od Adama i Ewy (niestety wciąż są ludzie, którzy współcześnie przyjmują to za pewnik, podobnie jak to, że Ziemia jest płaska). Bogaty ziemianin Marcelino de Sautuola, archeolog-amator na którego terenie odkryto jaskinię, musiał się zmierzyć z niewiarygodnym oporem i ostracyzmem ze strony sąsiadów, ówczesnych naukowców, a nawet własnej rodziny. Odsądzano go od czci i wiary, oskarżając wręcz o sfałszowanie malowideł. Trzeba było niezwykłej siły ducha, by to wszystko przetrwać i doczekać czasów, gdy nazwa Altamira stała się rozpoznawalna na całym świecie.

Podobnie jak "Agora" czy "Medicus", ten film opowiada o starciu rozumu z religią, a konkretnie z fundamentalizmem, niszczącym idee i ludzi, którzy chcą pchnąć ludzkość dalej. W przeciwieństwie do wymienionych produkcji, "Finding Altamira" to film bardzo spokojny, wręcz poetycki, gdzie nie ma scen akcji, dynamiki czy misji ratowania świata. Osobiście nie do końca złapałem jego narrację, głównie z winy dość chaotycznego montażu. Ale wierzę, że to tylko moje preferencje, bo film w warstwie fabularnej jest ok. Aktorsko Banderas radzi sobie świetnie - gdyby jeszcze dało się zwerbować nieco lepszego reżysera, mógłby wyjść hit. Tymczasem otrzymaliśmy kameralną europejską opowieść, która nie zaskakuje widza, ale mimo to jest warta obejrzenia. Ot taki paradoks.

Wniosek: Warto znać tę historię, aczkolwiek film mógłby być lepszy.


"Split"

"Split"

O czym to jest: Psychopata z wieloma osobowościami porywa trzy nastolatki.

split film recenzja shyamalan james mcavoy

Recenzja filmu:

Po udanym "The Visit" liczyłem na to, że M. Night Shyamalan wrócił do korzeni i kręcenia dobrych, psychologicznych horrorów. W końcu zanim zaczął ponosić klęski w blockbusterach, był jednym z moich ulubionych reżyserów! Na szczęście mogę potwierdzić, że "Split" wyszło mu nadzwyczaj dobrze. Jest tu wszystko, czego oczekujemy od takiego filmu, a nawet więcej!

Ulubionym tematem Shyamalana od zawsze była walka z wewnętrznymi słabościami i przekraczanie psychologicznych barier. W swoich dotychczasowych produkcjach poruszał takie tematy jak strach przed duchami, utrata wiary w Boga i sens życia, pierwotny lęk przed nieznanym czy przełamywanie traum i wyrzutów sumienia. W "Split" główną bohaterką jest nastolatka Casey, która wraz z dwoma koleżankami wpada w ręce psychopaty o wielokrotnym rozszczepieniu osobowości. Aby ocaleć, Casey będzie musiała wykorzystać całą moc intelektu i siły ducha, a także przełamać potworne traumy z dzieciństwa. Nie powiem wam, czy odniesie sukces, bo połowę frajdy z oglądania filmów Shyalamana stanowi zaskoczenie i tzw. twisty. Tak też jest tym razem. Na szczęście ten film to coś więcej niż kolejny thriller z psycholem na pierwszym planie. To głębokie nurkowanie w ludzkiej psychice w poszukiwaniu wewnętrznych demonów i sposobów, by je pokonać. Nie wiem, skąd Shyamalan czerpie inspirację, ale ja jestem zachwycony. Mam szczerą nadzieję, że już do końca życia będzie kręcił kameralne historie z maksymalnie kilkorgiem aktorów. Wychodzi mu to świetnie!

Przed Jamesem McAvoyem stanęło arcytrudne zadanie nakreślenia kilku postaci w jednym ciele. I to tym trudniejszych, że zawierających cały wachlarz wieku i płci. Ale nie bez powodu uważam tego sympatycznego Szkota ze jednego z najlepszych aktorów Hollywood. Poradził sobie nadzwyczaj dobrze! Nie była to wprawdzie rola godna statuetek, ale stanął na wysokości zadania, a to dla aktora (i widza) jest najważniejsze. Równie dobrze poradziły sobie trzy młode dziewczyny w roli porwanych nastolatek, choć reżyser nie dał im łatwego zadania. Polecam obserwować Anyę Taylor-Joy - może z niej wyrosnąć coś ciekawego.

"Split" to dobre kino, umiejętnie łączące zalety horroru, thrillera i dramatu. Zupełnie jak w "Niezniszczalnym", z którym jest zresztą połączony (ale jak - to już zobaczycie sami). Nie mogę się doczekać kolejnego filmu!

Wniosek: Bardzo dobre! Shyamalan na stałe wrócił do formy.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Niezniszczalny"! >>>


"Groundhog Day" ("Dzień Świstaka")

"Groundhog Day" ("Dzień Świstaka")

O czym to jest: Cyniczny prezenter pogody przeżywa ten sam dzień.

dzień świstaka film recenzja murray

Recenzja filmu:

Są takie filmy, które się nie starzeją. "Dzień Świstaka" jest jednym z nich. Oglądałem go już dziesiątki razy, zaczynając od czasów, w których jeszcze byłem pacholęciem. Ale mimo że dorosłem, a od premiery minęło prawie 25 lat, znam każdą scenę na pamięć i wciąż uwielbiam go tak samo!

Przygody Phila, cynicznego prezentera pogody, spowodowały że mnóstwo ludzi kojarzy dziś święto w miasteczku Punxsutawney w stanie Pensylwania. Sam wielokrotnie widziałem w polskiej telewizji relacje z corocznej rozmowy ze świstakiem, który przewidywał, jak długo jeszcze potrwa zima. Ale to nie o świstaka chodzi w tym filmie, a o proces przemiany zgorzkniałego złośliwca w porządnego, szlachetnego faceta. To w pewien sposób nowa wersja "Opowieści Wigilijnej" Dickensa. Mamy paskudnego sknerę (Phila), dręczonego codziennie przez ten sam dzień, który musi przeżywać raz za razem. Na początku się buntuje. Potem go samolubnie wykorzystuje. A na końcu, nie mając nic do stracenia, zaczyna go przeżywać coraz porządniej, aż do całkowitej przemiany. Czy jeden, nawet doskonały dzień, wystarczy mu, by zdobyć serce ukochanej kobiety?

"Dzień Świstaka" to znakomity film romantyczny, ale nie tylko. To przede wszystkim świetna bajka, dobra do polecenia nawet małym dzieciom. To też jedna z najlepszych ról Billa Murraya i nieco dziś zapomnianej Andie MacDowell. Jeśli tego wam mało to dopowiem, że stworzył go Harold Ramis, człowiek odpowiedzialny za "Pogromców Duchów". To chyba wystarczy za rekomendację, prawda?

Wniosek: Kultowe. Można oglądać w kółko, rzecz jasna!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger