"The Fifth Element" ("Piąty Element")

"The Fifth Element" ("Piąty Element")

O czym to jest: Kosmiczny komandos ratuje świat z pomocą istoty doskonałej.

piąty element plakat recenzja filmu bruce willis milla jovovich gary oldman

Recenzja filmu:

William Goldman, amerykański scenarzysta filmowy, w książce "Przygody Scenarzysty", zdradził  pewną tajemnicę tabu w Hollywood: nikt nic nie wie. To znaczy nikt nie ma pojęcia, który film spodoba się publiczności, a który nie. To prawdziwa ruletka. Weźmy taki "Piąty Element" - ówcześnie najdroższą europejską produkcję kinową - który przyniósł sukces kasowy, ale został zjechany przez krytykę i wydawałoby się, że przepadnie w mrokach dziejów. A jednak dorobił się (zasłużenie) statusu filmu kultowego! Z kolei "Valerian i Miasto Tysiąca Planet", nakręcony lata później przez tego samego reżysera i w tym samym klimacie, poniósł klęskę. Jak widać odpowiedni film musi trafić na odpowiedni moment w odpowiednim czasie - nie ma innego wytłumaczenia.

Osobiście nie dziwię się, że "Piąty Element" na stałe wszedł do dziedzictwa światowej popkultury. Takie cytaty jak Aziz, light! czy Leeloo Dallas multipass zyskały własne, slangowe znaczenie i są stosowane po dziś dzień wszędzie tam, gdzie sięga zachodnia popkultura. A wszystko to dzięki niebywałej brawurze i szalonemu podejściu twórców tego filmu, którzy w roku 1997 zaprezentowali światu wesołą, dynamiczną, doskonale zagraną i kolorową wizję przyszłości z kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami. Przedtem nikt tak nie kręcił filmów science fiction! Na dodatek niejako przypadkiem udało się trafić na fantastyczną obsadę, która poczuła klimat dobrej zabawy i stworzyła dzieło godne zapamiętania. Po pierwsze Bruce Willis, nestor kina akcji, jako cyniczny kosmiczny komandos o złotym sercu. Następnie rozpoczynająca swoją karierę seksowna Milla Jovovich jako istota doskonała - rudowłosa Leeloo. Wspaniały Gary Oldman (którego nie trzeba przedstawiać) jako Zorg, jeden z najbardziej ekscentrycznych łotrów w dziejach kina SF. Legendarny Ian Holm jako wiecznie zestresowany Ojciec Cornelius. No i chyba przede wszystkim niewiarygodny Chris Tucker, aktor-komik, jako prezenter radiowy Ruby Rhod (te jego kiecki!). Widz nie mógłby chcieć więcej!

W ogóle kostiumy i scenografia to prawdopodobnie najmocniejszy atut "Piątego Elementu", dzięki któremu film przetrwał próbę czasu, wnosząc do popkultury własną identyfikacją wizualną. Jedyne co się zestarzało to efekty specjalne, ale na szczęście nie ma tu ich tak dużo, by denerwowały współczesnego widza. A ewentualny dyskomfort z nawiązką wynagradzają smaczki w stylu McDonalds'a przyszłości czy kosmicznej parodii luksusowych liniowców pływających po Karaibach. "Piąty Element" wynalazł też iRobota przed wszystkimi innymi! Oczywiście fabuła filmu nie jest zbyt głęboka - to klasyczna kosmiczna historia o ratowaniu świata przed wielkim złem. Nie wiemy wprawdzie co to za zło i czemu chce zniszczyć świat, ale - cytując filmowego Ruby'ego Rhoda - kogo to obchodzi? Ważne, że widz fantastycznie się bawi! Zaletą "Piątego Elementu" jest niezwykle dynamiczny montaż który sprawia, że zanim widz zorientuje się iż coś jest nie tak, na ekranie wydarza się kolejna rzecz odwracająca jego uwagę. Przyznam, że gdy pierwszy raz oglądałem ten film, średnio rozumiałem o co w nim chodzi. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że miałem wtedy ledwo kilkanaście lat.

"Piąty Element" trzeba znać, bo to jedna z tych produkcji, która się nie starzeje. Dopiero co ją obejrzałem, a już mam ochotę zrobić to ponownie. To najlepsza z możliwych rekomendacji.

Wniosek: Prawdopodobnie najbardziej szalona space opera w dziejach. Jest kultowo!


"The Right Stuff" ("Pierwszy Krok w Kosmos")

"The Right Stuff" ("Pierwszy Krok w Kosmos")

O czym to jest: Historia amerykańskiego programu kosmicznego Merkury.

pierwszy krok w kosmos plakat recenzja filmu glenn ed harris gus grissom

Recenzja filmu:

Zainspirowałem się niedawnym sukcesem Elona Muska, który wystrzelił samochód w kosmos i posłał go na misję wokół Marsa i z powrotem. Wspomniany milioner, którego celem życia jest założenie bazy na Czerwonej Planecie, przywrócił wszystkim ludziom wiarę w wielkie marzenie o podboju kosmosu. Współcześnie ludzkość tak bardzo skupia się na bezsensownych walkach między sobą, że zapomina o tym co najważniejsze: w kosmosie czeka nieograniczona liczba światów, tylko czekających na odkrycie. Nic tylko brać się do roboty i ruszać na największą z możliwych przygód! A wszystko to zaczęło się w latach 50. i 60., wraz z radzieckim i amerykańskim programem kosmicznym. O tym opowiada "The Right Stuff".

Akcja filmu rozpoczyna się w 1947 roku, gdy Chuck Yeager (prawdopodobnie najlepszy amerykański pilot XX wieku), przekroczył barierę dźwięku. Od tego momentu nastała wielka era pilotów-oblatywaczy, z narażeniem życia testujących coraz to nowsze i szybsze samoloty. Najlepsi z nich zostali rekrutowani do raczkującego programu kosmicznego, który nazwano Merkury. Siedmiu odważnych pilotów zostało w ten sposób pierwszymi amerykańskimi astronautami. Ich talenty, odwaga i umiejętności położyły podwaliny pod późniejszy program Apollo, który wysłał człowieka na Księżyc - jak do tej pory największe ludzkie osiągnięcie w dziedzinie podboju kosmosu. Dlatego też, jeśli interesuje was tematyka kosmosu lub science fiction, "The Right Stuff" jest pozycją obowiązkową.

Mimo że film nakręcono w 1983 roku, podczas seansu nie miałem wrażenia, że jest to obraz starszy ode mnie. Gdyby nie młode mordki wielu współcześnie znanych aktorów, byłbym w stanie uwierzyć, że nakręcono go kilka lat temu. To bardzo pozytywna rekomendacja - "The Right Stuff" zdecydowanie przetrwał próbę czasu. Mam jedynie kilka zastrzeżeń co do montażu i sposobu prowadzenia narracji, ucinającego napięcie w co bardziej interesujących momentach i przenoszących kamerę w zupełnie inne miejsce. Prawdopodobnie dałoby się ten film zmontować nieco lepiej, ale to nie przekreśla jego wielkich walorów. Twórcy przywiązali ogromną wagę do detali i scenografii - miejscami ogląda się tą produkcję jak film dokumentalny na temat realiów lat 50. i 60. 

Co ciekawe, głównym bohaterem filmu nie jest żaden z siedmiu astronautów, a wspomniany na początku Chuck Yeager - ten, który astronautą nigdy nie został, mimo że miał ku temu największy talent. Ale nie martwcie się, bo Yeager i tak wyszedł na swoje - tyle, że na własnych zasadach. Warto zobaczyć, jak to wszystko wyglądało, zwłaszcza że ilość wielkich nazwisk w obsadzie powala: Yeagera zagrał legendarny Sam Shepard, Johna Glenna (drugiego po Armstrongu najsłynniejszego astronautę w historii) Ed Harris, a Alana Sheparda (pierwszego Amerykanina w kosmosie) kultowy Scott Glenn. W pozostałych rolach wystąpili m.in. młodziutki Dennis Quaid, Jeff Goldblum i Lance Henriksen! Jeśli to nie jest kultowa obsada, to nie wiem co nią może być.

"The Right Stuff" trzeba znać. Tylko uwaga - koniecznie w wersji rozszerzonej trwającej ponad 3 godziny! Czasem można trafić na krótszą wersję, w której z niezrozumiałych przyczyn wycięto najlepszej sceny (np. świetliki podczas lotu Glenna czy aborygeńskie czary). Takie karygodne okaleczenie filmu powinno być karane!

Wniosek: Fantastyczna i prawdziwa historia, którą trzeba znać.


"Black Panther" ("Czarna Pantera")

"Black Panther" ("Czarna Pantera")

O czym to jest: W futurystycznym państwie afrykańskim trwa walka o władzę.

czarna pantera recenzja filmu plakat

Recenzja filmu:

To było niemożliwe, by dobra passa filmów z "Marvel Cinematic Universe" trwała wiecznie. W końcu musiała nadejść kolejna wpadka klasy drugiego "Thora". Tak się jakoś złożyło, że padło na pierwszy poważny film o czarnoskórym superbohaterze w historii kina (mówię "poważny", bo "Hancocka" nie liczę), na dodatek z niemal całkowicie czarną obsadą. Wprawdzie niezmiernie doceniam wkład "Black Panther" w kwestię rasowego równouprawnienia na srebrnym ekranie, ale patrząc pod względem jakości filmu samego w sobie, jestem dość mocno rozczarowany.

Główny problem polega na tym, że "Black Panther" jest de facto opowieścią o niczym. Zaczyna się jako bezpośrednia kontynuacja "Civil War" i służy wyłącznie do tego, by wyjaśnić skąd we wspomnianym filmie wzięła się postać Czarnej Pantery i czym jest Wakanda - zamaskowane pośrodku Afryki zaawansowane technologicznie państwo, wyglądające miejscami jak Krypton z "Man of Steel" (tylko z większą ilością kolorów). Ze zwiastunów możemy wnioskować, że wątek Wakandy będzie dość istotny w nadchodzącej produkcji "Avengers: Infinity War", dlatego też zrobiono mu konieczny wstęp. Szkoda tylko, że zajął aż dwie godziny! "Black Panther" to nic innego jak historia walki o tron pomiędzy dwoma krewniakami, wzbogacona o przewodnik etnograficzny po Afryce dla idiotów. Kultura mieszkańców Wakandy to pop-artowy mix wszystkich najbardziej znanych narodów i kultur Afryki - Masajów, Zulusów, Himba, Dogonów, Tuaregów, Dinków i tuzina innych, których nazw nie jestem w stanie wymówić. Z każdej wzięto co bardziej zjawiskowe elementy (a to stroje, a to broń, a to obyczaje etc.), wymieszano razem i zapakowano do miasta przyszłości. Wygląda to bardzo efektownie i znakomicie promuje kulturę Czarnego Kontynentu - tu nie ma żadnych wątpliwości. Ale to za mało, by powstał z tego dobry film.

Jestem też rozczarowany grą aktorską. Nie licząc świetnej Lupity Nyong'o w roli ukochanej głównego bohatera, brak tu postaci które przykuwają uwagę... no może za wyjątkiem roli Andy'ego Serkisa (on zawsze jest genialny) oraz Letiti Wright jako nastoletniej, afrykańskiej reinkarnacji bondowskiego Q. Świetny był też Martin Freeman, chociaż ciężko mi było słuchać, jak ze wszystkich sił starał się ukryć brytyjski akcent udając Amerykanina (niestety zmiana akcentów nie jest mocną stroną tego aktora). Największym rozczarowaniem był jednak Michael B. Jordan w roli Killmongera, głównego antagonisty. Ten aktor zwrócił moją uwagę znakomitą rolą w "Creed", jednak tutaj okazał się być wyjątkowo drewniany i nie na miejscu. Co gorsza, Chadwick Boseman jako tytułowa Czarna Pantera też nie pokazał nic specjalnego. Gdzież mu do charyzmy Iron Mana, dziecięcego optymizmu Spider-Mana czy szlachetnej naiwności Kapitana Ameryki! To niestety zupełnie inna liga.

W "Black Panther" jest zdecydowanie za mało porządnej superbohaterskiej akcji oraz za dużo problemów wewnątrzrodzinnych. Miejscami czułem też zbyt głęboki cień wizualnej stylistyki "Króla Lwa" - zwłaszcza w sekwencjach ukazujących wakandańskie zaświaty. Obawiam się, że Czarna Pantera to jedna z tych postaci, która dobrze radzi sobie na drugim planie (jak Hawkeye albo Hulk), ale postawiona na pierwszym zawodzi. A zatem niech sobie wesoło biega w szeregach Avengersów, a za kolejny solowy film to ja podziękuję.

Wniosek: Nudne. Niepotrzebny przerywnik fajnego uniwersum.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Star Trek: Discovery"

"Star Trek: Discovery"

O czym to jest: Przygody załogi statku kosmicznego Discovery.

star trek discovery recenzja serialu plakat netflix jason isaacs lorca

Recenzja serialu:

Wraz z końcem pierwszego sezonu "Star Trek: Discovery", najnowszej telewizyjnej odsłony klasycznego uniwersum "Star Treka", mogę z całą pewnością i bez cienia wahania powiedzieć: dziękuję! Jestem zachwycony! Najpierw "Star Trek" z 2009 roku na nowo wprowadził najstarsze aktywne uniwersum science fiction na ekrany kin, a teraz "Discovery" zrobiło to w telewizji. Formuła statycznych przygód, jaką znaliśmy chociażby ze "Star Trek: Enterprise" uległa koniecznej ewolucji i dostosowała się do wymagań współczesnego widza. Oczywiście spotkało się to ze sporym oporem hardcore'owych fanów, wolących oglądać chociażby zachowawczy pastisz w postaci "The Orville". Ale dla takich widzów jak ja, czyli ogólnych miłośników science fiction, "Discovery" stanowi kawał świetnej telewizji!

Oczywiście ma swoje wady. Jest miejscami plastikowy, zbyt udziwniony i za bardzo "emocjonalny" jak na moje gusta. Ja najbardziej żałuję, że twórcy postanowili osadzić akcję w klasycznym uniwersum, zamiast w nowym - zwłaszcza że wizualnie "Discovery" znacznie bardziej pasuje do nowego "Star Treka" z Chrisem Pinem, niż antycznego "Star Treka" z Williamem Shatnerem. Ale są też plusy tego podejścia - zwłaszcza końcówka pierwszego sezonu udowadnia, że w ten sposób powstał cudowny pomost między wspomnianym shatnerowskim "Trekiem", a niesłusznie niedocenianym "Star Trek: Enterprise". Zresztą "Discovery" ma bardzo dużo nawiązań do przygód kapitana Archera - zaczynając od mundurów załogi, poprzez pojawianie się takich ras jak np. Andorianie, aż do literalnego wspominania dawnych przygód. Widać wyraźnie, że twórcy wiedzą co robią i ze wszystkich sił starają się szanować kanon, przy jednoczesnym wprowadzaniu nowych elementów. 

Co ważne, "Discovery" w końcu odszedł od klasycznego podziału jeden odcinek = jedna przygoda, na rzecz ciągłej linii fabularnej. Pierwszy sezon to w zasadzie dwie duże misje - najpierw wojna z Klingonami, a potem przygody w alternatywnej rzeczywistości (tzw. Mirror Universe - to wątek wykorzystywany w niemal każdym serialu "Star Trek" już od lat 60!). Nie brakuje przy tym doskonałych zwrotów akcji i zaskoczeń dla widza, a także ciągłego przetasowywania bohaterów i ich funkcji na statku (wliczając w to dość nieoczekiwanie zgony tu i tam). Do tego humor, akcja, tempo, świetne efekty specjalne i kilka totalnie odjechanych pomysłów, jak np. napęd grzybowy. Jest w czym wybierać!

Na końcu wspomnę o ostatnim wielkim plusie - załodze. Główną bohaterką uczyniono Michael Burnham, Ziemiankę z wulkańskim wychowaniem i jednocześnie adoptowaną siostrę ikonicznego Spocka. Poznajemy ją jako pierwszego oficera statku Federacji, który podejmuje jedną, brzemienną w skutkach decyzję z konsekwencjami dla całej galaktyki... Michael jest znakomitym głównym bohaterem: ma odpowiednią mieszankę heroizmu, inteligencji, charyzmy i wdzięku, czyli wszystkiego, co przykuwa widza do ekranu. Ale to nie wszystko, bo kapitanem "Discovery" jest Gabriel Lorca, najbardziej ekscentryczny i nieokiełznany kapitan w dotychczasowej historii całego uniwersum "Star Treka" (w tej roli fantastyczny Jason Isaacs). Jeśli myśleliście, że młody Kirk w wykonaniu Chrisa Pine'a jest narwany, to poczekajcie aż Lorca ruszy do akcji! Gwarantuję, że będziecie zachwyceni!

Nie mogę się doczekać kolejnych sezonów. "Star Trek: Discovery" to znakomita przygoda w kosmosie, która przy całej swojej atrakcyjności i nowoczesności (również w kwestiach społecznych), nie gubi ducha nieskrępowanego optymizmu i siły ludzkiego ducha, który pcha do przodu to uniwersum od ponad 50 lat. Oby tak dalej!

Wniosek: Rewelacja! Serialowy "Star Trek" śmiało wkroczył w XXI wiek!


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii "Star Trek"! >>>


"The Cloverfield Paradox" ("Paradoks Cloverfield")

"The Cloverfield Paradox" ("Paradoks Cloverfield")

O czym to jest: Załoga stacji kosmicznej próbuje odpalić źródło nieskończonej energii.

paradoks cloverfield recenzja filmu netflix j.j. abrams

Recenzja filmu:

Seria "Cloverfield" to bez wątpienia najbardziej tajemniczy cykl filmów science fiction ostatniej dekady. Tak jak dwa lata temu nieoczekiwanie w kinach pojawił się sequel, czyli "Cloverfield Lane 10", tak teraz z dnia na dzień otrzymaliśmy prequel całej serii, a więc "The Cloverfield Paradox". I to nie w kinie, jak zapowiadano, a na Netflixie! Dlatego też prędko zasiadłem przed ekranem, by przekonać się, co też tym razem stworzył umysł J.J. Abramsa.

Chyba jest ostatnio moda na stacje kosmiczne i bardziej realistyczne przedstawianie kosmosu. Po "Grawitacji" czy "Marsjaninie" mieliśmy chociażby zeszłoroczny "Life", a teraz to. "The Cloverfield Paradox" ma zresztą sporo wspólnego z tym ostatnim tytułem. W obydwu przypadkach bohaterami są załoganci stacji kosmicznej, przeprowadzający eksperyment naukowy. Niestety, jak można się domyśleć, eksperyment nie idzie dokładnie tak jak powinien... Jest to zatem klasyczny horror science fiction, tyle że nieco bardziej science. W tym przypadku seria błędów naukowców doprowadza do cyklu nieoczekiwanych wydarzeń, który wywołał wszystkie straszne rzeczy, jakie widzieliście (i jeszcze zapewne będziecie widzieć) w innych filmach z tej serii. Szczerze mówiąc miałem nadzieję, że twórcy w rozsądny sposób wyjaśnią połączenia między kolejnymi produkcjami. I się nie zawiodłem! "The Cloverfield Paradox", choć stawia sporo niewyjaśnionych znaków zapytania (jak chociażby niezrozumiałą dla mnie kwestię ręki jednego z bohaterów), ustanawia jednocześnie gigantyczne pole do popisu dla przyszłych scenarzystów i reżyserów, którzy zechcą się bawić w świecie J.J. Abramsa. W tym momencie na ekranie może się pojawić dosłownie wszystko! Muszę przyznać, że to bardzo kusząca perspektywa.

Tyle o otoczce, zatem przejdźmy do filmu jako takiego. "The Cloverfield Paradox" to przede wszystkim dobra obsada (w tym świetny Daniel Brühl i kryptyczna Elizabeth Debicki), doskonałe efekty specjalne, kilka znakomitych pomysłów na fabułę i parę lekkich niedociągnięć. Moim zdaniem niepotrzebnie część akcji osadzono na Ziemi, powtarzając w ten sposób motywy, które już widzieliśmy w tej serii. Na dodatek mam sporo zastrzeżeń do warstwy "emocjonalnej", w tym zachowania głównej bohaterki, granej przez Gugu Mbathę-Raw. Trochę mało stabilnie psychiczna pani jak na astronautkę, że tak się wyrażę... No bo jak wyjaśnić fakt, że gdy stację kosmiczną powoli trafia szlag, pani myśli wyłącznie o tym, by zadzwonić do męża na Skypie? Albo ta jej planowana wycieczka w kapsule ratunkowej? Przecież taka osoba powinna dostawać ostre psychotropy, a nie odpalać akceleratory cząsteczek na orbicie! No ale cóż, miłośnicy cierpiących bohaterów też muszą mieć coś z życia, nieprawdaż?

Mimo powyższych zastrzeżeń wciąż uważam "The Cloverfield Paradox" za świetne kino. Ogląda się je z bardzo dużym zainteresowaniem i podziwem dla formy oraz śmiałej wizji scenarzystów. Z całą pewnością film stoi klasę wyżej niż zeszłoroczny "Life" i na pewno znajdzie się w mojej domowej kolekcji. Czekam na kolejne części!

Wniosek: Bardzo fajny film SF i świetny prequel całości.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Cloverfield"! >>>


"Darkest Hour" ("Czas Mroku")

"Darkest Hour" ("Czas Mroku")

O czym to jest: Winston Churchill zostaje premierem Wielkiej Brytanii w 1940 roku.

czas mroku recenzja filmu churchill gary oldman

Recenzja filmu:

W końcu udało mi się znaleźć wolny wieczór, by wybrać się do kina na pierwszy hit tego roku. I nie mógłbym wybrać lepiej! Co ciekawe jakiś czas temu zastanawiałem się, czemu do tej pory nie nakręcono porządnego, wysokobudżetowego filmu o Winstonie Churchillu (podobnie jak nie mogę zrozumieć, czemu Polacy nie nakręcili dobrego filmu o Piłsudskim). I wtedy usłyszałem, że powstaje "Darkest Hour". Mało tego, do głównej roli wybrano Gary'ego Oldmana! Już wtedy wiedziałem, że to jeden z tych magicznych momentów w historii kina, gdy właściwy aktor trafia na właściwą rolę we właściwym czasie. I tak powstaje hit.

Z całą mocą i odpowiedzialnością powiem, że na ekranie nie zobaczycie ani jednego ujęcia z Gary'm Oldmanem. Jest tam tylko i wyłącznie Winston Churchill. Sporo pomogła w tym charakteryzacja, która prawdopodobnie wyznaczyła nowe granice w sztuce fizycznej transformacji aktora na planie zdjęciowym. Ale to by nie wystarczyło, gdyby nie całkowite i totalnie oddanie Oldmana, który poświęcił rok (!) nauki, by odpowiednio przedstawić najwybitniejszego Brytyjczyka XX wieku. Jego osiągnięcie bez wątpienia zasługuje na otrzymanego Złotego Globa, a cały świat liczy również i na Oscara (jeśli go nie dostanie, będę bardzo rozczarowany). Gary Oldman wielokrotnie udowodnił, że jest absolutnie fantastycznym artystą. Teraz nadeszła pora, by go odpowiednio za to wynagrodzić.

Oczywiście biografia Churchilla starczyłaby i na trzy filmy, ale tym razem twórcy pod wodzą reżysera Joe Wrighta skupili się tylko na kilku tygodniach, poczynając od objęcia przez niego stanowiska premiera w 1940 roku, aż do kapitulacji Francji i ewakuacji Dunkierki. To był bez wątpienia jeden z najczarniejszych momentów we współczesnej historii Brytanii. Można śmiało założyć, że gdyby zamiast Churchilla stanowisko premiera piastował dalej np. słaby Chamberlain, Anglia mogłaby skapitulować. A wtedy historia Europy mogłaby wyglądać zupełnie inaczej... Warto obejrzeć "Darkest Hour" w tryptyku z najnowszą "Dunkierką" Nolana, która oddaje militarny aspekt tamtego momentu historii, oraz "Atonement" (zresztą tego samego reżysera Joe Wrigtha), która oddaje aspekt społeczny. "Darkest Hour" skupia się na aspekcie politycznym. Mało tu batalistyki, a znacznie więcej zakulisowych rozgrywek w zadymionych gabinetach polityków, co ciekawe tak samo fascynujących i emocjonujących. Rzadko się wzruszam w kinie, ale scena w metrze natychmiast chwyciła mnie za serce. Dziękuję!

"Darkest Hour" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników historii, dobrych thrillerów politycznych oraz wybitnego aktorstwa. Trudno będzie pokazać na ekranie lepsze wcielenie Winstona Churchilla.

Wniosek: Bardzo dobry film z wybitną rolą Gary'ego Oldmana!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger