Filmy, które musisz obejrzeć

Filmy, które musisz obejrzeć

Po raz 43. przyznano Saturny (Saturn Awards), czyli nagrody dedykowane produkcjom z gatunków: science fiction, fantasy i horror. Z tej okazji, w oparciu o listę laureatów, przygotowałam zestawienie filmów, które warto poznać. Dla stałych czytelników bloga niektóre pozycje mogą być prawdziwym zaskoczeniem. Jeżeli szukacie inspiracji na wieczór filmowy, ten artykuł jest zdecydowanie dla Was! 

"ROGUE ONE: A STAR WARS STORY" 

("ŁOTR 1: GWIEZDNE WOJNY - HISTORIE") 


Rogue One: A Star Wars Story

Pierwszy samodzielny film spod znaku "Star Wars" otrzymał w tym roku najwięcej nominacji i ostatecznie zdobył 3 Saturny w kategoriach: Najlepszy Film Science Fiction, Najlepszy Reżyser (Gareth Edwards) oraz Najlepsze Efekty Specjalne (John Knoll, Mohen Leo, Hal Hickel, and Neil Corbould). Ponieważ jesteśmy zadeklarowanymi miłośnikami marki, pojawienie się tej pozycji w zestawieniu raczej nie dziwi. Produkcja zdecydowanie jednak wyróżnia się wśród filmów z serii "Gwiezdne Wojny", została też bardzo dobrze przyjęta przez widzów (nie tylko fanów!). Nie szkodzi, jeśli nie jesteście miłośnikami kosmicznej sagi Georga Lucasa, bo "Łotr 1" to po prostu dobry film wojenny dziejący się w odległej galaktyce, różniący się od klasycznych epizodów "Star Wars" pod wieloma względami. 



10 Cloverfield Lane

Nie ma znaczenia, czy znacie film "Cloverfield" ("Projekt: Monster") z 2008 roku czy nie, bo "10 Cloverfield Lane" jest praktycznie niezwiązane z poprzednikiem. Dla mnie ta produkcja okazała się bardzo pozytywnym odkryciem, dlatego z całego serca polecam go zobaczyć i dać się podobnie zaskoczyć. Mamy w tym przypadku do czynienia z filmem kameralnym, gdzie napięcie budują sami aktorzy, a widz wraz z główną bohaterką bardzo powoli odkrywa, co się tak naprawdę dzieje. Jeśli nasza recenzja nie wystarczy jako rekomendacja, to wspomnę, że obraz zyskał aż 3 Saturny w kategorii: Najlepszy Thriller, Najlepsza Aktorka (Mary Elizabeth Winstead jako Michelle) oraz Najlepszy aktor Drugoplanowy (John Goodman jako Howard Stambler). 


Doctor Strange

Osobiście nie jestem jakimś wielkim fanem filmów o komiksowych superbohaterach Marvela (w moim prywatnym rankingu X-Meni zdecydowanie wygrywają z Avengersami) i wrzucam je do wora z napisem watchable lub wyrzucam z pamięci. Ale nawet od tej zasady są wyjątki, wśród których znajduje się "Doctor Strange". Jednym z kilku niewątpliwych plusów tej produkcji jest kreacja Tildy Swinton, jednej z moich ulubionych aktorek, która otrzymała w tym roku Saturna w kategorii: Najlepsza Aktorka Drugoplanowa. Natomiast sam obraz został wybrany Najlepszą Ekranizacją Komiksu. Poza niezłą obsadą, w której tytułowym Doktorem jest znany wszystkim geekom Benedict Cumberbatch, film oferuje dość schematyczną historię opowiedzianą z humorem i na tyle sprawnie, że widz na pewno nie poczuje się rozczarowany. 


Arrival

Trzeba przyznać, że w obecnie panującej modzie na science fiction, twórcy naprawdę starają się, aby każda z historii wykreowanych na ekranie miała w sobie coś oryginalnego. I zdecydowanie "Arrival" posiada swój charakterystyczny klimat i nastrojową stylistykę. Wprawdzie wyszłam z kina nieco rozczarowana, bo film nie był dla mnie żaden sposób odkrywczy, a ja lubię wynieść z seansu coś więcej niż pamięć o ładnych obrazkach, ale z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że skrytykowałam produkcję zbyt pochopnie. Poruszane w filmie zagadnienia związane z językoznawstwem na pewno stanowią bardzo interesujący element dla kogoś nieznającego tematu, ale ja akurat zgłębiałam podobną tematykę w ramach programu studiów, więc straciłam całą radość odkrywania kolejnych odpowiedzi na pytania. Emocjonalny typ narracji też nie należy do moich faworytów, niemniej im więcej czasu mija od seansu, tym bardziej mam ochotę dać temu filmowi drugą szansę. Dlatego zdecydowanie polecam zobaczyć i wyrobić sobie własną opinię, zwłaszcza, że krytyka i publiczność przyjęła produkcję całkiem nieźle. "Arrival" otrzymało jednego Saturna za Najlepszy Scenariusz (Eric Heisserer). 

"LA LA LAND" 


La La Land

Stałych czytelników bloga zapewne zdziwi ta pozycja w zestawieniu, gdyż recenzja Wedge’a nie była zbyt pochlebna. Faktem jednak jest, że musicale i filmy muzyczne nie goszczą zbyt często w kinach, a ta produkcja to całkiem zgrabna historia i swoisty hołd dla złotych czasów Hollywood, który sprawia, że widz wychodzi z seansu w pogodnym nastroju. Jako stały bywalec teatrów i teatru muzycznego oraz miłośnik gatunku widziałam już naprawdę sporo i cenię wszelkie eksperymenty, których w produkcji "La La Land" zabrakło. Jeśli jednak nie macie takich wygórowanych wymagań, zdecydowanie jest to film na niedzielne popołudnie z rodziną, a nawet na nastrojową randkę w sobotni wieczór. Obraz został uhonorowany Saturnem za Najlepszą Muzykę (Justin Hurwitz) oraz uznano go Najlepszym Filmem Niezależnym

"WESTWORLD" 


Westworld

To w zasadzie serial, a nie film, ale za to nie byle jaki, bo otrzymał Saturna w kategorii Najlepszy Serial TV Science Fiction, a Ed Harris, jedna z gwiazd tej produkcji, został uhonorowany nagrodą za Najlepszą Rolę Drugoplanową. W obsadzie znajdziecie również Anthony'ego Hopkinsa i już same te legendarne nazwiska mogą być dobrą zachętą do zapoznania się z serialem "Westworld". Mamy tu do czynienia z klimatem iście westernowym, który zderza się z futuryzmem i rozważaniami na temat rozwoju sztucznej inteligencji. Mojego serca nie podbiła fabuła wprawdzie fabuła, ceniona przez widzów i krytyków, ale wielkie drukarki 3D i produkcja syntetycznych ludzi oraz zwierząt, które na początkowym etapie wyglądają jak polietylenowe rzeźby Pawła Althamera. Serial opiera się na ciekawym pomyśle filmu o tym samym tytule z lat 70-tych. Produkcja zdecydowanie nie tylko dla graczy RPG i fanów LARPów. 


11.22.63

Miniserial "11.22.63" oparty jest na książce "Dallas 63" autorstwa samego Stephena Kinga i doczekał się Saturna w kategorii Najlepsza Prezentacja Telewizyjna. Opowieść dotyka nieśmiertelnego tematu zabójstwa prezydenta Kennedye'ego i pytania: Co by było gdyby? W historię zamieszany jest nauczyciel angielskiego (w tej roli James Franco) podróżujący w czasie w pięknej stylistyce retro. Idealna pozycja dla miłośników teorii spiskowych. I choć ani JFK, ani podróże w czasie nie są moją ulubioną tematyką przyznaję, że "11.22.63" to bardzo solidna produkcja składająca się jedynie z ośmiu odcinków. 


Star Wars Rebels

Zdobywca nagrody dla Najlepszego Animowanego Serialu lub Filmu dla TV. Jest to zasadniczo animacja (szkaradna pod względem estetycznym, zwłaszcza na początku) skierowana do młodszego widza, ale gwarantuję, że również starsi widzowie znajdą w niej coś dla siebie. Co ważne, wydarzenia z serialu są jak najbardziej kanoniczne, a postacie które przewijają się na ekranie znamy z filmów, seriali i komiksów spod znaku "Star Wars". Wyemitowano jak na razie trzy sezony i zapowiedziano, że czwarty będzie ostatnim, kończącym wątki. Premierę zapowiedziano na wrzesień 2017 roku, więc jest jeszcze chwila czasu, aby nadrobić zaległości. 

Powyższe subiektywne zestawienie oczywiście nie wyczerpuje tematu, dlatego zachęcam do zapoznania się z pełną listą zwycięzców oraz nominowanych, być może znajdziecie wśród nich coś specjalnego dla siebie. Koniecznie dajcie znać w komentarzu, chętnie zapoznamy się z Waszymi typami!
"Miss Sloane" ("Sama Przeciw Wszystkim")

"Miss Sloane" ("Sama Przeciw Wszystkim")

O czym to jest: Lobbystka podejmuje się promowania ustawy kontrolującej dostęp do broni w USA.

sama przeciw wszystkim jessica chastain

Recenzja filmu:

Znacie "House of Cards"? Lubicie klimat politycznych zagrywek, tajnych układów i zakulisowych spisków? Jeśli tak, to mam coś dla was! "Miss Sloane" to jeden z lepszych politycznych thrillerów ostatnich lat, wartko nakręcony, świetnie zagrany i znakomicie wyreżyserowany. To jedna z tych historii, gdzie praktycznie nie ma akcji w standardowym rozumieniu tego słowa, ale świat polityki jest tak dynamicznie pokazany, że ogląda się go niczym kino wojenne!

Temat dostępu do broni w USA to ciężka sprawa. Nigdzie na świecie w strzelaninach nie ginie tyle osób, co w kraju Wuja Sama. W wielu hrabstwach ciężko kupić piwo czy prezerwatywy, ale za to każdy półgłówek bez problemu nabędzie karabin automatyczny. Wszystko dlatego, że w XVIII wieku autorzy amerykańskiej konstytucji zawali w niej prawo do posiadania i noszenia broni (co miało ułatwić formowanie milicji, niezbędnej do obrony nowonarodzonego państwa). I może to miało sens, gdy broń stanowiły szable, muszkiety czy pistolety skałkowe. Ale w świecie broni maszynowej prowadzi to tylko do jednego - masakry. Jak do tej pory nikomu, nawet prezydentom USA, nie udało się zmienić tego krwawego status quo. Czy uda się to samotnej lobbystce, która w walce o swoje nie bierze jeńców i nie przestrzega żadnych zasad?

Jessica Chastain - tytułowa panna Sloane - gra postać całkowicie pozbawioną sumienia niczym seryjny zabójca. Jej jedyny cel to zwycięstwo i nie cofnie się przed niczym, by je osiągnąć. Zaczynam coraz bardziej doceniać role Chastain i z uwagą śledzę jej aktorskie wybory. Nie dziwię się, że za "Miss Sloane" zyskała nominację do Złotego Globu. Dzięki niej ten film to niemalże teatr jednego aktora, ale ponieważ padło na wyszkoloną specjalistkę, Chastain udźwignęła ten ciężar. Co istotne, jej postać jest ogromnie wiarygodna - na pewno wielu z was, o ile pracowaliście choć raz w korporacji, poznało osoby o takim charakterze. Tylko zapewne nie tak skuteczne w tym, co robią.

Mam tylko jeden zarzut do "Miss Sloane". Po dwugodzinnym seansie wiemy już, jak tytułowa bohaterka robi to, co robi. Ale czemu to robi - to pozostaje tajemnicą. Film jedynie stawia pytania o źródła jej traum i motywacji, ale nie daje ani jednej podpowiedzi. Podejrzewam że był to celowy zabieg, by widz mógł sobie odpowiedzieć samodzielnie na brakujące wątki, ale mimo wszystko wolałbym, by twórcy rzucili na to nieco więcej światła. Niemniej, nie licząc tego detalu, "Miss Sloane" to wciąż doskonały film.

Wniosek: Bardzo dobre kino. Wciąga.


"To Rome with Love" ("Zakochani w Rzymie")

"To Rome with Love" ("Zakochani w Rzymie")

O czym to jest: Cztery historie o zwykłych mieszkańcach Rzymu.

zakochani w rzymie film woody allen

Recenzja filmu:

Zachęcony rewelacyjnym "Midnight in Paris", które zmieniło (chwilowo) moje zdanie odnośnie filmów Woody'ego Allena, sięgnął po jedno z jego najbardziej zachwalanych dzieł, czyli "To Rome with Love". Obsada była imponująca: prócz samego Allena na ekranie zagościły naprawdę wielkie nazwiska amerykańskiego (Eisenberg, Baldwin) i europejskiego (Benigni, Cruz) kina, a także młode gwiazdy jak Ellen Page, która zachwyciła mnie w "Days of Future Past". Niestety doskonała obsada nic nie poradzi w przypadku braku dobrego scenariusza...

Wiem, o co chodziło Allenowi. Nakręcił antologię czterech niezależnych historii, których jedynym wspólnym mianownikiem jest Rzym. Pierwsza to przygody młodego amerykańskiego architekta uwikłanego w miłosny trójkąt, recenzowane przez (prawdopodobnie) jego starsze wcielenie. Druga opowiada o młodym włoskim małżeństwie w podróży poślubnej, wydanemu na pastwę erotycznych pokus w wielkim mieście. Trzecia historia dotyczy przeciętnego, zwykłego Włocha, który nagle staje się telewizyjnym celebrytą. Czwarta - i zdecydowanie najlepsza - w której zresztą gra sam Allen, przedstawia historię podstarzałego dyrektora opery, odkrywającego w teściu swojej córki nieoszlifowany, muzyczny diament. Podobnie jak "Midnight in Paris", ten film również nie stroni od odrobiny magii na ekranie i zjawisk, których nie da się racjonalnie wyjaśnić. Pod tym względem to taka współczesna bajka, tyle że dla mniej wprawionego i wymagającego widza.

Niestety ten film po raz kolejny udowadnia, że Allen kręci kino o bogatych ludziach, skierowane do innych bogatych ludzi lub też aspirujących do takowych. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cały ten blichtr, który widzimy na ekranie, jest niczym innym jak dyskusją próżniaczego towarzystwa nad talerzami kawioru i kieliszkami wytwornego szampana. Nie kupuję tego i walczę z tym, bo "To Rome with Love" - gdy się je obedrze z iskrzącej stylistyki glamour - nie wnosi absolutnie nic nowego i oryginalnego do kinematografii. No może prócz lekcji, by nie wikłać się w miłosne zdrady i trójkąty, ale by dojść do tej konkluzji wcale nie trzeba oglądać tego filmu...

Doceniam zabawę formą i dobrą grę aktorską. Aktorzy spisali się na medal. Nie zabrakło też sporej dawki bystrego humoru (zwłaszcza w scenach ze śpiewaniem pod prysznicem). Ale to wszystko światełka i złudzenia, pod którymi czai się pustka scenariusza. Nie warto.

Wniosek: Proste i płytkie kino ubrane w piórka wytworności.


Ciężko być ojcem w kosmosie

Ciężko być ojcem w kosmosie

Dzisiaj Dzień Ojca, a zatem jest to doskonała okazja, by powiedzieć kilka słów o trudnej sztuce bycia tatą. Tzw. daddy issues są motywem przewodnim gigantycznej ilości filmów i seriali. Brakujący ojcowie, źli ojcowie, zaginieni ojcowie, heroiczni ojcowie, martwi ojcowie... Każdy pretekst dotyczący tatusiów jest dobry, by pomieszać w głowie głównemu bohaterowi i pchnąć go na ścieżkę poznania samego siebie. Popatrzmy chociażby na pięć największych serii w historii kina SF i przekonajmy się, że nie ma ważniejszego wątku, niż problem ojcostwa!

Luke i Vader

"Powrót Jedi"

Załóżmy, że masz problemy jak Luke Skywalker. Ojca nigdy nie poznałeś i wychowywałeś się na farmie na kompletnym odludziu, mając za jedynych przyjaciół wydmy (dużo wydm) i kilka śrubek, którymi skręcasz różne rzeczy. Na dodatek twój zgorzkniały wujek zawsze ucina rozmowę, gdy tylko wypływał temat twojego biologicznego ojca. Aż tu nagle cud, tatuś się odnalazł! Szkoda tylko że okazuje się wcieleniem zła, chodzi ubrany na czarno i co najgorsze klęka przed staruszkiem na obrotowym foteliku. I jak tu mieć szacunek do takiej postaci? Nic dziwnego, że wolisz skoczyć w przepaść, niż paść w ojcowskie mechaniczne ramiona (zwłaszcza że sam chwilę wcześniej, na dowód ojcowskiej miłości, straciłeś jedną rękę). Co ciekawe, dopiero od tej samobójczej próby wasze relacje powoli zaczynają się poprawiać...

Star-Lord i Ego

"Strażnicy Galaktyki Vol.2"

Możesz też nie mieć lekko jak Star-Lord: podobnie jak Luke nigdy nie poznałeś ojca, a gdy w końcu go spotkałeś, ten okazał się być planetą. A może raczej: planeto-bogiem, przyjmującym ludzką formę, by radośnie płodzić dzieci w całej galaktyce. Twój tatuś, podobnie jak wspomniany wyżej Vader, chce zawładnąć galaktyką, ale nie sam, tylko wespół z synem. I za cholerę nie potrafi zrozumieć, czemu utalentowany junior nie chce mu w tym pomóc. Jak można odrzucić bycie bogiem na rzecz człowieczeństwa? Tak to już jest, gdy to nie ojciec wychowuje własne dziecko, a robi to za niego szemrany typ, którego wynajął, by cię porwał i przywiózł do niego niczym kawał mięcha z supermarketu...

Lee i Bill Adama

"Battlestar Galactica"

Bywa też tak, że to nie twój ojciec jest zły, ale ty. A właściwie nie jesteś zły, tylko wściekły. Na niego! Ojciec jest komandorem, dowódcą potężnego gwiezdnego lotniskowca, wojsko jest dla niego całym światem. Ty i twój brat nie bardzo macie wybór, idziecie więc w jego ślady. Twój brat bardzo chce zaimponować tatusiowi, ale jest z niego ciamajda, a nie pilot myśliwca, dlatego też kończy jako mokra plama na lądowisku. Tobie latanie przychodzi tak łatwo jak oddychanie, jesteś w tym najlepszy, ale tylko po to, by ojciec widział jak bardzo gardzisz jego dumą. Dopiero koniec świata powoduje, że zakopujesz topór wojenny, a potem nawet odnajdujesz sposób, by rozmawiać z tatą. Lepiej późno niż wcale!

Paul i Leto Atryda

"Diuna"

A co, jeśli twój ojciec jest gwiezdnym lordem, głową potężnego kosmicznego rodu, i dostaje od imperatora we władanie najcenniejszą planetę w galaktyce? Z jednej strony jesteś z niego dumny, ale jednocześnie nie rozumiesz, czemu się ładuje w oczywistą pułapkę. Im większe bogactwo, tym więcej wrogów dookoła! Ojciec jest mądry, stara się wykorzystać każdą minutę, by nauczyć cię jak najwięcej. Gdy w końcu pułapka sprowadza na niego smutny koniec, musisz wziąć ojcowski pierścień i wejść w jego buty. Wiedziony jego naukami i wskazówkami nie tylko odzyskasz to, co straciła rodzina, ale osiągniesz wszystko, o czym mogłeś zamarzyć i jeszcze więcej! 

James i George Kirk

"Star Trek"

Może też być tak, że nigdy nie poznasz swojego ojca, a opowieści o nim przekażą ci osoby trzecie. Co najgorsze, nawet nie możesz być na niego zły że cię zostawił, bo staranował groźny statek kosmitów ratując w ten sposób ciebie, twoją matkę i setki innych osób. Całe życie starasz się o tym zapomnieć, dlatego kradniesz i rozwalasz zabytkowe auto ojczyma, wdajesz się w bójki w przydrożnych barach... Ale w końcu trafiasz na ojcowski cień, który domaga się, byś spróbował mu sprostać. Więc to robisz. Osiągasz tyle co on i jeszcze więcej. A gdy wreszcie kończysz tyle lat, ile miał twój tata w chwili śmierci, tracisz sens życia i zastanawiasz się co dalej. Dopiero gdy poznasz, kim był twój ojciec, możesz zacząć poznawać samego siebie.

Jak więc sami widzicie, ojcostwo to ciężki kawałek chleba. I jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, niekoniecznie musi mieć miejsce w kosmosie, by dostarczyć wielkiej ilości zgryzot i zmartwień! Z drugiej strony czym byłoby współczesne kino bez rodzinnych dramatów? Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że najlepsze historie - czy to filmy, czy książki - są zawsze o tym samym: o dorastaniu.
"King Arthur: Legend of the Sword" ("Król Artur: Legenda Miecza")

"King Arthur: Legend of the Sword" ("Król Artur: Legenda Miecza")

O czym to jest: Wychowany na ulicy Artur musi zostać królem, by ocalić świat.

król artur legenda miecza film guy ritchie


Recenzja filmu:

Stylistyka Guya Ritchiego nie do końca do mnie przemawia. Jego "Sherlock Holmes" był wprawdzie wizualnie imponujący, jednak zabrakło w nim dobrej fabuły i zajmującego prowadzenia akcji. Podobne problemy spotkały najnowszą wersję przygód Króla Artura, tym razem - w przeciwieństwie do realistycznego "Króla Artura" z 2004 roku - osadzonych w klimacie czystej fantastyki.

Mówiąc czystej, mam na myśli totalnie czystej. "Legenda Miecza", podobnie jak nakręcone niedawno filmy "Saga Wikingów" czy "Siódmy Syn", wygląda jak ekranizacja przygód RPG. Mamy zatem sztampowego głównego bohatera osadzonego w fajnych, choć niewiarygodnych realiach, do tego klasyczną drużynę, sporo magii i czarów, potwory, ubranego na czarno (a jakże!) głównego przeciwnika oraz uproszczoną wersję wędrówki bohatera mitycznego. Dodajmy, że "Legenda Miecza" to kwintesencja kinowego postmodernizmu. Film zawiera w sobie kalki i zapożyczenia z niezliczonej ilości podobnych produkcji, zaczynając od "Gladiatora", a na "Robin Hoodzie: Księciu Złodziei" kończąc. Przedstawione na ekranie Londinium wygląda jak Rzym w miniaturce (jest nawet Koloseum), choć nie mam pojęcia skąd się w nim wzięła chińska szkoła gladiatorów kung fu. Miszmasz realiów i wizualnych rozwiązań przyprawia o zawrót głowy. Przykładowo podczas bitwy w scenie otwarcia zobaczycie olifanty z piramidami na grzbietach...

Najbardziej jednak ten film przypomina mi "Synów Anarchii". Główną przyczyną jest oczywiście ten sam aktor w roli głównej, ale swoje robi sposób prowadzenia historii. Artur walczy z dziedzictwem ojca, którego nigdy de facto nie poznał, a jego koledzy z londinionskiego gangu to w gruncie rzeczy grupa dobrych kumpli, którzy o siebie dbają i pilnują porządku w dzielnicy. Brzmi znajomo? Tylko harleyów brakuje... Swoją drogą w ten sposób dochodzimy do mojego największego zarzutu. To nie jest film o Królu Arturze! Za wyjątkiem powtórzenia imion bohaterów oraz paru motywów (jak Excalibur), nie ma tu za grosz klimatu oryginalnych mitów arturiańskich (dla porównania obejrzyjcie chociażby "Merlina" z Samem Neillem z 1998 roku). Mało tego, "Legenda Miecza" bardziej pasowałaby do historii o Robin Hoodzie niż Królu Arturze. Są nawet kolesie w kapturach strzelający z łuku jak zawodowi snajperzy!

Na szczęście film ma kilka bardzo mocnych punktów. Pierwszym jest wspomniana już warstwa wizualna, zabawa formą i montażem, wzbogacona na dodatek o piękne brytyjskie plenery i zdjęcia. Drugim jest muzyka - ścieżka dźwiękowa Daniela Pembertona to dla mnie jedno z większych odkryć ostatnich lat! Co do obsady to miło było ujrzeć kilka znajomych twarzy (w tym dwie z "Gry o Tron"), ale Charlie Hunnam jako Artur ciągnął całość w dół. Już pomijam fakt, że wyglądał jakby trafił tu z przypadku po drodze na plan "Wikingów"... Jego popis aktorski nie porywał, nie przyciągał uwagi i nie zachęcał do dalszego śledzenia przygód króla Brytów. To grzech śmiertelny dla przygodowego kina fantasy! 

Z samą warstwę wizualną dałbym cztery chomiki, ale muszę odjąć jednego za Charliego Hunnama. Daje nam to trzy, czyli ocenę dostateczną. Mogło być lepiej. 

Wniosek: Wizualnie i muzycznie bardzo ciekawe, ale fabularnie słabe.


Co dalej z uniwersum filmowym DC?

Co dalej z uniwersum filmowym DC?

W uniwersum filmowym DC wytwórni Warner Bros., które od lat próbuje powtórzyć kinowy sukces disney'owskiego Marvela, zaszły ostatnie spore zmiany. Po pierwsze: w końcu udał im się film (mowa tu rzecz jasna o "Wonder Woman"), a po drugie ulubieniec geeków, Joss Whedon, przejął ster nadzoru nad kolejnymi produkcjami z rąk Zacka Snydera, który do tej pory (wespół z żoną Deborah), trzymał pieczę nad całym filmowym uniwersum. To dobry moment, by zastanowić się co dalej?

dc filmy batman superman wonder woman
Nadchodząca "Liga Sprawiedliwości" może zarówno powtórzyć sukces "Wonder Woman",
jak i artystyczną porażkę "Batman v Superman"

Komiksom spod znaku DC nie brakuje nic w porównaniu do marvelowskiej konkurencji. Mało tego - Batman czy Superman są tak samo, albo nawet bardziej rozpoznawalni niż Spider-Man czy Iron Man. Potencjał widowiskowych, porywających widzów przygód, został już kilka razy dobrze wykorzystany przez sprawnych reżyserów (czego dowodem jest chociażby trylogia "The Dark Knight" Nolana). Problem w tym, że Warner Bros tym razem się spóźniło. Disney jako pierwszy przeniósł marvelowskie komiksy na ekran w formie uniwersum, zaczynając od pojedynczych przygód, a na filmach zbiorczych ("Avengers") kończąc. Warner nie mógł zrobić tego samego, by nie zostać posądzonym o plagiat. Dlatego zastosowano odwrotną metodę - nie licząc supermanowego prequela "Man of Steel", zaczęto od zbiorczej opowieści ("Batman v Superman"), by z niej wyjść w stronę indywidualnych historii. Widzowie może by i to łyknęli, gdyby nie macki Zacka Snydera, który postanowił uczynić filmy DC znacznie "mroczniejsze" i poważniejsze niż lekkie marvelowskie opowiastki. Niestety Snyder, którego stylistyka świetnie się sprawdzała dekadę temu ("300"), tym razem rozminął się z oczekiwaniami widowni. Filmy DC nie były ani tak rozrywkowe jak Marvele, ani również tak dojrzałe jak chociażby snyderowscy "Watchmeni" z 2009 roku, stojąc gdzieś pośrodku obydwu nurtów. 

dc filmy batman superman wonder woman
Z Bena Afflecka jako Batmana śmiał się nie tylko Joker

"Suicide Squad", mimo efektownej obsady (wliczając w to wizualne objawienie Margot Robbie jako Harley Quinn), powtórzył grzechy "Batman v Superman" - chaos w scenariuszu, nielogiczności, przesyt postaci i wątków oraz brak spójności historii w ramach jednego filmu. Twórcy często zapominają, że każdy film będący częścią jakiegoś cyklu musi przede wszystkim bronić się sam w sobie i być zrozumiały dla początkującego widza! Tymczasem wstawki w rodzaju sceny snu Batmana z dziwną wizją przyszłości, która być może zostanie wyjaśniona w nadchodzących produkcjach, póki co nie mają sensu nawet dla doświadczonego geeka. Może właśnie dlatego "Wonder Woman" jest tak udaną produkcją - akcja filmu rozgrywa się w oderwaniu od głównego nurtu uniwersum, stanowiąc zamkniętą i spójną całość. Nie jest też przy tym tak straszliwie pompatyczna, jak chociażby przygody Supermana. Być może to pokazuje, że producenci zrozumieli swój błąd i w końcu dostrzegli, że dobre uniwersum filmowe musi wykuwać się samo, zbiorowym wysiłkiem, a nie być programowane od początku do końca w głowie jednego człowieka. 

dc filmy batman superman wonder woman
Czy reboot uniwersum to jedyne rozwiązanie?

No i to dochodzimy do wspomnianego człowieka. Dotknięty rodzinną tragedią Snyder postanowił się wycofać, oddając władzę w ręce Jossa Whedona. Warto zaznaczyć, że Whedon, który ma na koncie kultowe produkcje "Buffy the Vampire Slayer" i "Firefly", to marvelowski dezerter. Nakręcił wcześniej dla Disneya "Avengers" i "Avengers: Age of Ultron", ale narzekał przy tym na krępowanie swobody twórczej, dlatego też w końcu wypisał się ze stanowiska reżysera trzeciej części i przeszedł do konkurencji. Przecieki z planu "Ligi Sprawiedliwości" głoszą, że Whedon wprowadził daleko idące zmiany, w tym rekordowo długie dokrętki scen, skutkujące zapewne całkowitym przemontowaniem filmu. To moment próby dla uniwersum DC. Jeśli weteran taki jak Whedon, człowiek któremu ufają fani i wielkie studia, nie podoła próbie podniesienia Batmana i Supermana z otchłani niebytu, trudno uwierzyć że Warner Bros. będzie dalej pompować miliony dolarów w niepopularną serię filmową. To naprawdę ostatni gwizdek, bo moda na filmy superbohaterskie zdaje się powoli przemijać. A może po prostu w umysłach widzów jest miejsce tylko na jeden świat superbohaterów i najzwyczajniej w świecie DC od początku stało na przegranej pozycji? Odpowiedź poznamy w listopadzie.

P.S. Ale nawet zakładając najgorszy scenariusz, nie mamy co się martwić. Sam Batman jest na tyle potężną ikoną popkultury, że na pewno za dekadę czy dwie jeszcze wróci na ekrany. Choć może niekoniecznie w gumowym wdzianku Bena Afflecka.
"The Mummy" ("Mumia") [2017]

"The Mummy" ("Mumia") [2017]

O czym to jest: Złodziej antyków ożywia wredną egipską mumię.

mumia film tom cruise

Recenzja filmu:

Na początek chciałem zaznaczyć, że "Mumia" Sommersa z 1999 roku i jej sequel, czyli "Mumia Powraca", to filmy mojej młodości. Miałem je jeszcze na oryginalnych kasetach video i oglądałem aż do zdarcia taśmy! Uwielbiam lekki, przygodowy ton tamtych filmów, podszyty naturalnym i bystrym humorem. Dlatego też do kolejnego rebootu podszedłem dosyć nieufnie, choć doświadczenie kinowe nauczyło mnie, że Tom Cruise zazwyczaj grywa w dobrych filmach.

Wytwórnia Universal nie składa broni i nadal obstaje przy tworzeniu tzw. Dark Universe, czyli własnego uniwersum filmowego opartego na klasycznych horrorach z lat 30. (Mumia, Dracula, Frankenstein, Van Helsing, te klimaty). Ich pierwszym podejściem do tematu był "Dracula Untold" z 2014 roku, który jednak okazał się być tak złym filmem, że wyrzucono go poza kanon (podobny los spotkał np. "Hulka" w przypadku filmów Marvela - choć co ciekawe, również wyprodukował go Universal...). Nowa "Mumia" stanowi kolejne podejście do tematu i muszę przyznać, że tym razem jest całkiem znośnie. Nie ma może totalnych fajerwerków i 100% satysfakcji, ale jest to bez wątpienia intrygujące kino akcji połączone z klasycznym horrorem. Nie znajdziecie tu lekkości i polotu "Mumii" z 1999 roku, ale powinniście być zadowoleni, jeśli lubicie kino grozy lub filmy o zombie. Wizualnie nowa "Mumia" stanowi krzyżówkę seriali "Sanctuary" i "Sleepy Hollow", głównie w kontekście tajnych stowarzyszeń i "naukowego", podziemnego świata potworów i ich tropicieli. Może i nie jest to zbyt oryginalny koncept, ale za to daje ogromne pole do rozwoju uniwersum w kolejnych częściach.

Nową "Mumię" ogląda się dobrze. Tom Cruise, którego scjentolodzy musieli najwyraźniej zahibernować dekady temu, w ogóle się nie zmienił i serio nie wygląda na swoje 54 lata (wiek zdradza tylko jego szyja - tej części anatomii nigdy nie da się odpowiednio nasycić botoksem). Tak jak w wielu swoich produkcjach, Cruise gra sprytnego cwaniaka o złotym sercu, który postawiony pod ścianą zawsze dokona słusznego wyboru. Partneruje mu niejaka Annabelle Wallis (zdecydowanie najsłabszy element całego filmu), czyli aktorka, która poza imponującą blond fryzurą nie ma absolutnie nic do zaoferowania. Na szczęście po drugiej stronie barykady znajduje się świetna Sofia Boutella, którą z uwagą obserwuję od czasów "Star Trek Beyond". Znakomita aktorka, i na dodatek ponownie ubrana w imponujący kostium! Na domieszkę dorzucono Russella Crowe'a, który chyba już na stałe pozostanie pękatym grubaskiem - na szczęście jego nowa, szeroka postura dobrze pasuje do postaci Dr. Jekylla/ Mr. Hyde'a. Aktorsko jest więc całkiem przyzwoicie.

W fabule jest sporo naciągnięć, uproszczeń i nielogiczności, ale już nie takie głupoty widziałem w kinie, więc mogę je podarować jako błędy młodości nowego uniwersum. Cieszy mnie dobra, efektowna kaskaderka w starym stylu (np. turlanie się po ładowni samolotu podczas katastrofy zostało nagrane na żywo, w pełnowymiarowej makiecie!), udane horrorowe wstawki, a także fajne nawiązania do klasyków kina tego typu. Gdyby "Mumia" była samodzielnym filmem, zapewne byłbym bardziej krytyczny. Ale w tym przypadku jestem zaintrygowany, dokąd zaprowadzi mnie Dark Universe. Oby inni widzowie myśleli tak samo.

Wniosek: Całkiem znośne. Dobre na początek nowego uniwersum.


"Wonder Woman"

"Wonder Woman"

O czym to jest: Wojownicza Amazonka pomaga Aliantom na froncie I wojny światowej.


Recenzja filmu:

A niech mnie... W kinowym uniwersum DC wciąż tli się życie! I to jeszcze jakie! Producenci z Warner Bros powinni na kolanach odbyć pielgrzymkę pod dom Gal Gadot i bić jej pokłony dzień i noc, bo to głównie dzięki jej charyzmatycznej kreacji Wonder Woman (wspartej kilkoma innymi czynnikami), cały cykl powrócił z otchłani, w którą wtrącił go "Batman v Superman". Brawo!

Postać Wonder Woman pojawiła się już wprawdzie we wspomnianym filmie (przy okazji stanowiąc jego najlepszą część), ale dopiero solowy film miał rozsądzić, czy Gal Gadot obroni honor walecznych Amazonek, chroniących świat przed wszelkiego rodzaju złem, takim jak bogowie albo kosmiczne potwory. Z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że na szczęście się udało. Oczywiście nie jest to arcydzieło klasy trylogii "Mroczny Rycerz" Christophera Nolana, ale z całą pewnością "Wonder Woman" stanowi solidny przykład superbohaterskiego kina akcji. Podczas seansu zdarzyło mi się wprawdzie, że ziewnąłem raz czy dwa (zwłaszcza przy scenach "lirycznych"), ale gdy zaczynała się akcja, moje oczy robiły się wielkie jak pięciozłotówki, chłonąc każdy kadr i epicką nawalankę z Niemcami. Ano właśnie, bo musicie wiedzieć, że w Wonder Woman głównym wrogiem są właśnie diaboliczni Niemcy - wprawdzie nie naziści, bo są to realia I wojny światowej, ale reszta się zgadza. Pamiętacie film "Sucker Punch", nota bene również autorstwa Zacka Snydera - producenta uniwersum DC? Była w nim cała sekwencja, w której seksowne dziewczyny z wielkimi spluwami rozwalały opancerzonych Niemców w trakcie I wojny światowej. "Wonder Woman" to praktycznie ciąg dalszy tamtego pomysłu, tyle że rozciągnięty do pełnego metrażu. I dobrze, bo fajne pomysły warto powtarzać po wielokroć!

Nie dało się uniknąć porównań "Wonder Woman" do pierwszego "Kapitana Ameryki" - w obydwu produkcjach mamy do czynienia ze szlachetnie naiwnym superbohaterem, który trafia na front wielkiej wojny, dobiera sobie drużynę i wspólnie z nią wyrusza na misję powstrzymania złego gościa przed zniszczeniem świata za pomocą wielkiego samolotu. W wielu aspektach to marvelowski "Kapitan Ameryka" jest lepszym kinem, ale w innych to "Wonder Woman" wiedzie zdecydowany prym. Zacznijmy od tego, że Gal Gadot podarowała światu pierwszą, globalnie znaną superbohaterkę w pełnym znaczeniu tego słowa. Jej Wonder Woman została nawet ambasadorem ONZ (serio, to nie żart), by inspirować kobiety na całym świecie! Po drugie, zgodnie ze słowami reżyser filmu Patty Jenkins, udowodniła że można być heroicznym i seksownym jednocześnie (czego do dziś nie mogą przeboleć niektóre środowiska feministek). No i co najważniejsze, w sprawny sposób dobrała głównej bohaterce charyzmatyczną drużynę, gdzie każda postać ma swoje pięć minut i ważną rolę w scenariuszu. Tylko najlepsi scenarzyści i reżyserzy potrafią zrobić coś takiego.

Należy pamiętać, że prócz zjawiskowej Gal Gadot, w filmie pojawia się też Chris Pine w roli alianckiego szpiega. Nie da się ukryć, że w jego kreacji jest sporo kapitana Kirka z nowych "Star Treków" (nawet jeździ na motorze), ale Pine jest na tyle sympatycznym aktorem, że widz jest mu w stanie wszystko wybaczyć. Co istotne, doświadczony i utalentowany Pine nie dał się zdominować przez Gadot, co znacząco wpłynęło na wysoki poziom całego filmu. Ale to nie koniec wielkich nazwisk: na ekranie pojawiają się również Robin Wright (Claire Underwood z "House of Cards" pokazuje pazury!), kultowy Ewen Bremner czy nie mniej legendarny David Thewlis! Może i Marvel zagarnął sporo wielkich nazwisk do obsady swoich produkcji, ale trzeba zauważyć, że DC dzielnie goni konkurencję.

Mimo przewidywalnego przebiegu akcji, twórcom udało się mnie kilka razy zaskoczyć, zwłaszcza w kwestii tożsamości głównego przeciwnika (obstawiałem kogoś innego). Ponadto chylę czoła za nowatorskie podejście do oklepanego motywu greckich bogów i mitologii. Wbrew pozorom seriale typu "Herkules" i "Xena" nie wyczerpały jeszcze tej tematyki. Po "Batman v Superman" nie bardzo miałem ochotę oglądać nadchodzącą "Ligę Sprawiedliwości", ale ze względu na Wonder Woman pójdę na ten film z radością. I żadna ilość powtarzalnych do znudzenia ujęć slow-motion i przaśnego "mroku" Zacka Snydera, nie zepsuje mi frajdy z oglądania Gal Gadot na ekranie!

Wniosek: Dobre kino superbohaterskie. A Gal Gadot wręcz doskonała!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii DCEU! >>>


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger