"Geostorm"

"Geostorm"

O czym to jest: Złoczyńcy przejmują kontrolę nad globalną siecią satelitów pogodowych.

geostorm film recenzja plakat abbie cornish

Recenzja filmu:

"Geostorm" jest najlepszym przykładem tego, by nie ufać recenzentom, którzy najczęściej w ogóle nie oglądali filmu, który opisują! Zeszłoroczny katastroficzny blockbuster (jeśli wierzyć recenzjom), miał opowiadać o globalnej mega-burzy, która niszczy cały świat. Guzik prawda! Owszem, sporo w tym filmie czynnika pogodowego, ale sceny niszczenia miast są tu zaledwie dodatkiem. "Geostorm" to tak naprawdę... przygoda w kosmosie.

W centrum fabuły znajdziemy gigantyczną, międzynarodową stację kosmiczną, z pokładu której grupa naukowców kontroluje globalną sieć satelitów pogodowych, zapobiegających gwałtownym burzom, suszom, powodziom i wszystkiemu temu, co na skutek zmian klimatycznych trapi naszą planetę. Bardzo mnie cieszy, że podobnie jak w "Life" i "The Cloverfield Paradox" twórcy pokusili się o ambitną wizję stacji kosmicznej mniej-więcej zgodnej z prawami fizyki. Mówiąc szczerze jestem zachwycony! Przekształcenie Przylądka Canaveral w pełnoprawny kosmoport, flota wahadłowców, międzynarodowa załoga... Uwielbiam takie klimaty! Oczywiście sporo w tym typowo hollywoodzkich głupot klasy wybuchy w kosmosie, bohaterowie dryfujący bez szwanku wśród milionów eksplodujących szczątków, etc., ale cóż - to tego typu kino, więc nie ma co się obrażać. Mimo wszystko część kosmiczna w "Geostorm" mnie nie zawiodła.

Gorzej z warstwą sensacyjną. W fabule mamy do czynienia z klasycznym spiskiem "złych sił", które przejmują kontrolę nad satelitami, by zniszczyć świat. Powstrzymać ich może tylko dzielny duet braci, który przy pomocy bojowej agentki Secret Service porwie Prezydenta USA, postrzela się z bandziorami, i w konsekwencji ocali świat. Wiem, że to nic oryginalnego, ale nie szkodzi. Gerard Butler w głównej roli jest wprawdzie sztywny niczym kawałek drewna, ale znakomicie nadaje się do tego typu kina (obejrzyjcie sobie "Olympus Has Fallen"). Jego młodszego brata zagrał Jim Sturgess, który zaimponował mi główną rolą w "The Way Back" i tym, że pięknie mówił po polsku bez śladu angielskiego akcentu! Jeśli mało wam tych nazwisk to dodam, że z drugiego szeregu wspierali ich legendarny Ed Harris (wyglądający ostatnio jak żywa śmierć) oraz Andy Garcia. 

Normalnie "Geostorm" dostałby u mnie ocenę trzech chomików, ale podwyższam o jeden ze względu na kosmiczne klimaty. Bardzo inspirujące. Chciałbym dożyć czasów, gdy ludzkość zbuduje coś takiego!

Wniosek: Całkiem niezła rozrywka.


"The Great Wall" ("Wielki Mur")

"The Great Wall" ("Wielki Mur")

O czym to jest: Chińczycy bronią Wielkiego Muru przed potworami.

wielki mur plakat recenzja filmu matt damon pedro pascal

Recenzja filmu:

Nasłuchałem się sporo o tym, jak to wielką tragedią kinematografii jest "Wielki Mur". I przyznaję, że widząc Matta Damona w kucyku biegającego z łukiem wśród opancerzonych Chińczyków, zwątpiłem czy chcę to oglądać. Ale przekonały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze pomysł fabuły, polegający zbudowaniu Wielkiego Muru w celu ochrony Chin przed krwiożerczymi potworami. A po drugie fakt, że w roli pomocnika (żeby nie powiedzieć: popychadła) Matta Damona wystąpił Pedro Pascal. No więc usiadłem przed telewizorem. I na szczęście nie było tak źle.

Tu pragnę zauważyć, że "Wielki Mur" to superprodukcja chińska, a te rządzą się swoimi prawami. Ale sporo w tym filmie pierwiastka zachodniego (i nie mam na myśli tylko aktorów), co powoduje że trafia nieco bardziej do widza z zachodniej hemisfery. Autorem pomysłu na film jest bowiem sam Max Brooks, autor rewelacyjnej książki "World War Z", jednej z moich ulubionych. A za poprawki scenariusza odpowiadał Tony Gilroy, hollywoodzki "człowiek od rozwiązywania problemów" (jak Mr. Wolf w "Pulp Fiction"), który uratował chociażby "Rogue One". Dlatego zaufajcie mi kiedy mówię, że "Wielki Mur" ogląda się całkiem nieźle. Oczywiście nie jest to rewelacja, a film wietrzeje z głowy już po paru dniach. Ale jak na odmóżdżający wieczór przed ekranem nadaje się w sam raz.

Choreografia walk to bardziej nawalanka mieczem niż tradycyjne kung-fu fighting. Ale jest tu kilka świetnych pomysłów. Wprawdzie kolory pancerzy chińskich wojowników są absurdalne, ale muszę przyznać że oddziały niebieskich Chinek skaczących z lancami na bungee ze szczytu Muru wyglądają zjawiskowo! Zabawne było kreatywne wykorzystanie prochu, ale tym co mnie rozłożyło na łopatki były oddziały balonowe. W XI wieku! Z drugiej strony ten pomysł nie był bardziej absurdalny niż fruwające galeony w "Trzech Muszkieterach" z 2011 roku, więc czego ja się czepiam...? 

Zastrzeżenia mam co do efektów specjalnych, zwłaszcza do wyglądu potworów - nie jest to niestety poziom amerykańskich czy europejskich produkcji. Ale ponieważ nie planuję oglądać "Wielkiego Muru" drugi raz, przymykam na to oko. Przynajmniej przez chwilę było zabawnie. No i na dodatek już zawsze będziemy się mogli śmiać z kucyka Matta Damona!

Wniosek: Nie tak tragiczny film, jak wszyscy mówią.


"Molly's Game" ("Gra o Wszystko")

"Molly's Game" ("Gra o Wszystko")

O czym to jest: Była narciarka rozkręca imperium podziemnych rozgrywek w pokera.

gra o wszystko film recenzja plakat jessica chastain idris elba

Recenzja filmu:

Aaron Sorkin cieszy się w Hollywood opinią scenarzysty-legendy. Sam odkryłem go dopiero dzięki błyskotliwemu "Stevie Jobsie", który zachwycił mnie wirtuozerią dynamicznych dialogów pełnych ciętych ripost i bogatego słownictwa. Sorkin ma niezwykły talent nadawania dynamicznego tempa nawet zwykłej rozmowie przy stole. Do jego poprzednich dzieł zabiorę się już niebawem, a tymczasem prędko nadrobiłem niedawny hit, czyli "Molly's Game" z Jessicą Chastain w roli głównej, do którego Sorkin napisał scenariusz i zaliczył reżyserski debiut.

Molly Bloom była utalentowaną amerykańską narciarką. Brała udział w kwalifikacjach do drużyny olimpijskiej, kiedy to pechowa kontuzja położyła kres marzeniom o sporcie. Ale Molly nie wychowano na życiową ofiarę, więc postanowiła spróbować czegoś innego. Padło na pokera. Na skutek zbiegu okoliczności Molly zaczęła organizować podziemne turnieje pokera dla celebrytów ze światka Los Angeles, a następnie Nowego Jorku. Aktorzy, politycy, milionerzy, sportowcy, artyści i gangsterzy... Każdy kto chciał zakosztować rozgrywek wysokiego ryzyka zgłaszał się do Molly, a ona decydowała, czy usiądzie przy stole czy nie. Dobra passa skończyła się, gdy pewnego dnia turniejami zainteresowało się FBI i skarbówka. Ale o tym opowiada sam film.

Bardzo lubię Jessicę Chastain - prócz zjawiskowej urody cechuje ją niezwykły talent, dzięki któremu jest jedną z lepszych zawodowych aktorek swojego pokolenia. Obawiałem się jednak, że jej rola w "Molly's Game" niebezpiecznie przypomina to, co pokazała w "Miss Sloane". I faktycznie, w obydwu przypadkach Chastain zagrała silną, kobiecą postać, gotową stanąć przeciwko całemu światu w imię własnych zasad. Na szczęście panna Sloane i Molly Bloom nie jest tą samą osobą - choć z powodzeniem mogłyby usiąść przy jednym stole i podać sobie ręce. Poza tym w "Molly's Game" znajdziecie też innych wielkich aktorów - popularnego ostatnio Idrisa Elbę (bardzo go lubię, na dodatek jest przystojny niczym diabeł!), a także Kevina Costnera w niezwykle poruszającej drugoplanowej roli ojca głównej bohaterki. Prawdziwy dynamit!

Polecam "Molly's Game" z paru przyczyn. Po pierwsze by poznać niezwykłą, prawdziwą historię o dzielnej, samodzielnej kobiecie, walczącej o przetrwanie w brutalnym męskim świecie wielkich pieniędzy. Po drugie, by poznać światek celebrytów od kuchni (dodam na marginesie, że wiodącym czarnym charakterem jest tutaj enigmatyczny "Gracz X", którym w rzeczywistości był Tobey Maguire - publika powinna wiedzieć, jaki z niego jest drań). I w końcu dlatego, by spędzić dwie godziny przy inteligentnym, dynamicznym kinie dla mądrego widza. Polecam!

Wniosek: Bardzo dobre kino. Bystre i dynamiczne!


"Pacific Rim Uprising" ("Pacific Rim: Rebelia")

"Pacific Rim Uprising" ("Pacific Rim: Rebelia")

O czym to jest: Wielkie roboty biją się z wielkimi potworami.

pacific rim rebelia film recenzja plakat john boyega

Recenzja filmu:

Bardzo lubię, gdy producenci zamiast robić prosty sequel o niemal identycznej fabule jak pierwsza część (jak np. "Independence Day: Resurgence") postanawiają nieco się wysilić i nakręcić coś podobnego, ale jednocześnie lepszego. Czasem wystarczają proste zabiegi jak zmiana obsady, wprowadzenie zwrotów akcji czy bardziej niejednoznacznych postaci, a już film ogląda się o wiele lepiej. W przypadku "Pacific Rim Uprising" powiem szczerze, że bawiłem się świetnie! 

Sequel ponownie daje widzom to, co ucieszy każdego duchowego dziesięciolatka - wielkie roboty okładają się pięściami z wielkimi potworami, depcząc przy okazji parę miast po drodze. Ale tym razem zamiast prostego schematu "wszyscy razem przeciwko wrażym kosmitom", sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. Do końca nie wiadomo kto jest wrogiem, kto sojusznikiem i czym tym razem ludzkości uda się zwyciężyć. Oczywiście nie spodziewajmy się, że "Uprising" to oscarowy dramat obyczajowy, bez przesady. Ale jak na swoją kategorię filmową trzyma się naprawdę mocno. Efekty specjalne są świetne, choreografia walk i pomysły też, ponadto zrezygnowano z dosyć agresywnego lokowania produktu jak w pierwszym "Pacific Rim", mającym na celu nakierowanie na sprzedaż zabawek. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to ewidentnego kręcenia filmu pod chińskiego widza, bowiem prym wiodą tu chińskie rozwiązania technologiczne i chińscy herosi. Z drugiej strony tyle razy widzieliśmy to w wykonaniu Amerykanów, że tym razem nieco odmiany nam nie zaszkodzi!

Ale prawdziwy klucz do sukcesu "Pacific Rim Uprising" leży w obsadzie. Nie zobaczycie tu drewnianego Charliego Hunnama (dzięki Bogu), który był akurat zajęty zapewnianiem budżetowej klęski "King Arthur: Legend of the Sword". Nowe twarze to rewelacyjny John Boyega, doskonalący się z filmu na film Scott Eastwood i świetna Cailee Spaeny, której w życiu nie dałbym 20 lat, a co najwyżej 14. Myślę że to właśnie Boyega pociągnął wszystkich do góry - to jeden z tych aktorów młodego pokolenia, który naprawdę kocha swój zawód i rewelacyjnie się bawi za każdym razem, gdy staje przed kamerą. A widz bawi się razem z nim!

Oczywiście "Uprising" nie stroni od prostych rozwiązań, głupawych pomysłów czy czerstwych dialogów. Ale jest ich na tyle mało, że giną w potoku solidnej, popcornowej rozrywki o wielkich robotach. Oby dalej dalej!

Wniosek: Dobre, przyjemnie widowisko.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Pacific Rim"! >>>


"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

"The Shape of Water" ("Kształt Wody")

O czym to jest: Niema sprzątaczka zakochuje się w wodnym stworze więzionym przez naukowców.

kształt wody film recenzja oscary 2018 plakat

Recenzja filmu:

Guillermo del Toro jest przereklamowany. To oczywiście moja prywatna opinia, bo jestem w stanie uwierzyć, że wielu widzów daje się uwieść kolorowym, fantastycznym światom jakie tworzy na ekranie. Niestety ja prócz pięknych obrazków potrzebuję czegoś więcej. Dlatego nie uwiódł mnie "Crimson Peak" czy "Pacific Rim". I dlatego - mimo ogromnych plusów - daleki jestem od zgodzenia się z Amerykańską Akademią Filmową, że "Kształt Wody" jest najlepszym filmem 2017 roku.

Fabularnie to klasyczna bajka, ze wszystkimi plusami i wadami tego gatunku. Zaletą jest urok pięknej historii o szlachetnej niemej sprzątaczce, która zakochuje się w równie szlachetnym, wodnym stworze. Obydwoje są życiowo umęczeni - ona przez swoją niepełnosprawność, która stawia ją poza nawiasem społeczeństwa, a on przez okrutnych naukowców, którzy w sercu Zimnej Wojny planują pokroić go na stole sekcyjnym, by w kosmicznym wyścigu zyskać przewagę nad Sowietami. Wspólnie odnajdą siebie nawzajem, dając wyraz prawdziwej miłości ponad podziałami. Czy taka fabuła czyni "Kształt Wody" dziełem oryginalnym? Niestety wręcz przeciwnie - i tu dochodzimy do największej wady baśni, czyli przewidywalności. Role w fabule są od początku precyzyjnie rozpisane - wiadomo kto jest dobry, kto jest zły, a kto stoi na rozdrożu tylko po to, by finalnie wznieść się ponad własne słabości i postąpić właściwie. Obawiam się, że takich historii widziałem już dziesiątki. Mało tego, jeśli porównamy "Kształt Wody" do podobnych mu produkcji, to uważam że chociażby niedoceniana "Kobieta w Błękitnej Wodzie" była o wiele bardziej oryginalna i zaskakująca.

Nie pozwólmy jednak, by powyższe minusy przesłoniły ogromny plus, jakim jest warstwa wizualna. "Kształt Wody" to prawdziwa uczta dla oka. Scenografia, będąca miksem stylistyki lat 60. i art déco, obezwładnia bogactwem, kolorami i przywiązaniem do detali. Obsada aktorska wznosi się na wyżyny doskonałości, przy czym palmę pierwszeństwa dzierżą wybitna Sally Hawkins w głównej roli oraz wspaniały Michael Shannon jako czarny charakter (prawdziwy potwór tej opowieści). Shannon ma wprawdzie niezbyt sympatyczną aparycję, ale starczy wspomnieć jego popis w "Midnight Special" by zrozumieć, że granie pozytywnych postaci przychodzi mu tak samo łatwo. I to jest oznaka prawdziwego talentu!

Gdyby "Kształt Wody" dostał nagrody za scenografię, reżyserię (jest mistrzowska), montaż, muzykę, zdjęcia, charakteryzację... Nie miałbym nic przeciwko. Ale Oscar dla najlepszego filmu? Chyba jednak nie tym razem.

Wniosek: Ładna bajka, ale niestety mało oryginalna w treści.


"Pacific Rim"

"Pacific Rim"

O czym to jest: Wielkie roboty biją się z wielkimi potworami.

pacific rim plakat recenzja filmu guillermo del toro charlie hunnam

Recenzja filmu:

Długo unikałem tego filmu. Mimo że wychowałem się na anime "Generał Daimos" (jak zresztą całe pokolenie, które miało przywilej znać kanał telewizyjny Polonia 1), gatunek filmowy mecha nigdy do mnie nie przemówił. Dla tych co nie wiedzą, wyjaśnię: mecha oznacza podgatunek anime o tematyce science fiction, w którym kluczową rolę odgrywają gigantyczne roboty najczęściej walczące z innymi robotami lub potworami. Najświeższym przykładem takiego kina jest chociażby najnowsze wcielenie "Power Rangers", a także "Pacific Rim" autorstwa wizjonerskiego reżysera Guillermo del Toro.

O ile doceniam pomysły del Toro na kreowanie fantastycznych światów (za co w końcu, dzięki "The Shape of Water", dostał upragnionego Oscara), to jego filmy po prostu mi nie leżą. Może jego styl reżyserii nie pokrywa się z moim gustem. A może po prostu sam del Toro jest przereklamowany - trudno stwierdzić. Jednak stoję na stanowisku, że nazywanie "Pacific Rim" najbardziej zjawiskową, oryginalną franczyzą drugiej dekady XXI wieku, jest grubym nadużyciem! Wizjonerski, proszę państwa, to był "Avatar" (choć w fabule daleko mu było do oryginalności). Tymczasem "Pacific Rim" nie wniósł do światowej kinematografii niczego, czego byśmy nie znali. Wielkie roboty - "Power Rangers". Wielkie potwory - "Godzilla". Walka z kosmitami chcącymi skolonizować Ziemię - "Dzień Niepodległości". To może chociaż jakość tego filmu wyróżnia się ponad przeciętną? Niestety nie bardzo...

Oczywiście przyznaję, że "Pacific Rim" wygląda rewelacyjnie. Roboty są jak ta lala. Efekty specjalne na najwyższym poziomie. Choreografia walk i scenografia - świetna. A baza robotów w Hong Kongu to wręcz kopia Zionu z "Matrixa". Niestety ja wymagam czegoś więcej, niż wyłącznie pięknych obrazków. Scenariusz, gra aktorska czy wręcz najprostsza logika wydarzeń leżą i kwiczą. Charlie Hunnam w głównej roli jest sztywny i nieprzekonujący, zupełnie jak Taylor Kitsch w "Johnie Carterze". Partnerująca mu Rinko Kikuchi wygląda niewinnie-słodko i nic poza tym. Nawet Idris Elba, którego osobiście lubię i cenię, jako generał Pentecost gra zdecydowanie poniżej możliwości, a jego przemowa kopiująca Billa Pullmana z "Dnia Niepodległości" wypada niezwykle blado. Do słabej obsady dorzućmy jeszcze stek bzdur w rodzaju impulsu EMP, który wyłącza komputery cyfrowe, ale nie analogowe (WTF?). Albo okładanie wielkich potworów pięściami, zamiast - bo ja wiem - przecinania ich na pół bronią białą, o której przypomniano sobie dopiero w trzecim akcie. A, no i reaktor jądrowy w robocie, który za pomocą jednego przełącznika można zmienić w atomówkę... Ja wiem, że od kina akcji z wielkimi robotami nie mogę wymagać zbyt wiele, ale szanujmy widza choć trochę!

"Pacific Rim" jednocześnie zaczarował mnie pięknymi obrazkami i efektami, oraz znudził i wystawił mój gust filmowy na ciężką próbę. Nerdy z kanału Screen Junkies doskonale podsumowały tą produkcję: to albo najbardziej efektowny głupi film, albo najgłupszy efektowny film w historii kina...

Wniosek: Nudne i kiepskie, ale za to fantastycznie wygląda!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Pacific Rim"! >>>


"Hidden Figures" ("Ukryte Działania")

"Hidden Figures" ("Ukryte Działania")

O czym to jest: Afroamerykańskie matematyczki wyliczają trajektorię lotów kosmicznych.

ukryte działania plakat recenzja filmu kevin costner olivia spencer jim parsons

Recenzja filmu:

Kino to przede wszystkim rozrywka, ale równie dobrze może pełnić funkcję edukacyjną, nie tracąc na atrakcyjności. Film "Hidden Figures" z powodzeniem łączy obie te cechy.

Całkiem niedawno Elon Musk wysłał samochód w kosmos i przypomniał tym samym, że kiedyś ludzie mieli nieziemskie marzenie, które w szaleńczym wyścigu między USA i ZSRR udało się zrealizować. Nie tylko polecieliśmy w kosmos, ale wysłaliśmy człowieka na Księżyc. Znamy nazwiska tych, którzy jako pierwsi postawili stopę na Srebrnym Globie, ale zapominamy, że aby tego dokonać potrzeba było ciężkiej pracy wielu ludzi, których historia nigdy nie wymieni z nazwiska. Byli wśród nich obliczeniowcy i proto-programiści, czyli "ludzie-komputery", niepodobni jednak do stereotypowego bladego okularnika w kraciastej koszuli. Pierwszymi programistami były bowiem kobiety.

Czy kochacie swoją pracę na tyle, by biegać do toalety na drugi koniec zakładu pracy? Czy bylibyście gotowi siedzieć po godzinach i znosić upokorzenia po to, by mieć swój udział w wydarzeniu bezprecedensowym w historii ludzkości? To (i wiele więcej) czynią bohaterki filmu "Hidden Figures" i robią to z prawdziwym wdziękiem i w butach na szpilce, bo inteligencja jest sexy!

Historia oparta jest na faktach, a bohaterki wzorowane na autentycznych osobach. Katherine Goble Johnson, Dorothy Vaughan i Mary Jackson to kobiety, które miały swój udział w wysłaniu człowieka na Księżyc. I chociaż scenariusz nie jest całkiem wierny prawdziwym wydarzeniom, to opowiada o ważnym aspekcie programu kosmicznego i opisuje świat takim jaki był w latach 60. - a jak wiadomo film artystyczny i dokumentalny rządzą się różnymi prawami, dlatego pewne uproszczenia są w tym przypadku zrozumiałe.

W filmie pojawiło się kilku znanych i lubianych aktorów oraz aktorek, takich jak Kevin Costner, Kirsten Dunst oraz zdobywczyni Oscara Octavia Spencer, która doczekała się nominacji również za rolę Dorothy Vaughan. Wisienkę na torcie stanowi Jim Parsons z "The Big Bang Theory", który w "Hidden Figures" nadal jest Sheldonem, tylko że w latach 60. Warto w tym miejscu wspomnieć, że kinematografia przyzwyczaiła nas do archetypu genialnego matematyka (mężczyzny), który poza geniuszem charakteryzuje się zaburzeniami właściwymi dla ludzi z autyzmem czy zespołem Aspergera. Sheldon z "The Big Bang Theory" czy bohaterowie takich filmów jak "The Accountant", "The Imitation Game" czy "A Beautiful Mind" mają problem w relacjach społecznych, natomiast Katherine Goble jest ich totalnym przeciwieństwem, gdyż ma przyjaciółki oraz rodzinę i z powodzeniem łączy pracę z życiem prywatnym.

Mogę się wyłącznie przyczepić do schematycznego potraktowania tematu uprzedzeń i segregacji, a także utrwalania mitycznej wizji zadbanej kobiety, która perfekcyjnie wygląda, jest idealną matką, materiałem na żonę i świetnym pracownikiem, a swój ciężki los znosi z pokorą. Film (choć przyjemny) jest przewidywalny, jednak nie można mu odmówić sporej wartości edukacyjnej.

Wniosek: Dobry film i świetna historia, ale nieco zbyt uproszczona jak na mój gust.


"Apollo 13"

"Apollo 13"

O czym to jest: Prawdziwa historia pechowego lotu kosmicznego Apollo 13.

apollo 13 plakat recenzja filmu tom hanks ron howard

Recenzja filmu:

Dopiero co zakończyłem oglądanie niezłego miniserialu "From the Earth to the Moon" o amerykańskim programie kosmicznym Apollo, ale mimo to nadal nie mam dość tej tematyki. Dlatego postanowiłem sięgnąć na półkę z płytami Blu-ray, gdzie czekał na mnie kultowy film "Apollo 13", opowiadający prawdopodobnie o najsłynniejszym locie w kosmos w historii ludzkości.

Dlaczego misja Apollo 13 jest bardziej znana od Apollo 11, mimo że to ta druga jako pierwsza zawiozła człowieka na Księżyc? Prawdopodobnie dlatego, że poza tym nie wydarzyło się tam nic ciekawego. Z kolei odbyty rok później (i uznawany za rutynowy) lot Apollo 13 przyniósł ze sobą stopień dramaturgii, jakiego jeszcze nie widziano. Eksplozja zbiornika z tlenem poważnie uszkodziła statek kosmiczny, zmuszając załogę do szukania schronienia w lądowniku księżycowym. Rozpoczęła się dramatyczna walka z czasem - zarówno na pokładzie, jak i w centrum lotów - by sprowadzić załogę bezpiecznie na Ziemię. Zdanie: Houston, we have a problem!, wypowiedziane przez kapitana Jima Lovella, przeszły do historii ludzkości. Nie będę Wam zdradzał, co wydarzyło się potem, bowiem tą część historii warto poznać samemu.

Sposób wykonania "Apollo 13" zakrawa o prawdziwe mistrzostwo kina. Mimo że film powstał w 1995 roku, mam wrażenie jakby nakręcono go w zeszłym miesiącu - wskazówką że coś się nie zgadza, jest jedynie wiek aktorów. To rzadki przykład wysokobudżetowego, pełnego efektów kina, które nie postarzało się ani o jotę! Scenografia, montaż, muzyka, dialogi, reżyseria - wszystko to doskonale przystaje do współczesnych standardów. Ale nic w tym dziwnego, bo reżyserem "Apollo 13" jest Ron Howard, prawdziwy fachowiec o niezwykle bogatym, wysoko ocenianym dorobku. W osiągnięciu kasowego i artystycznego sukcesu "Apolla 13" pomogła prawdziwie kultowa obsada: Tom Hanks (najsympatyczniejszy aktor Hollywood, ponownie grający samego siebie), nieodżałowany Bill Paxton, Gary Sinise, Kevin Bacon oraz Ed Harris! Rzadko spotyka się tylu wielkich aktorów grających ramię w ramię i niedominujących siebie nawzajem. Świadczy to o wielkim kunszcie reżysera!

"Apollo 13" ogląda się z zapartym tchem nawet gdy wiecie, jak się zakończy ta historia. Jak do tej pory to najlepiej zekranizowana opowieść z czasów złotej ery lotów w kosmos. Scena startu rakiety wprost wbija w fotel! Po prostu trzeba znać ten film.

Wniosek: Doskonały film. Co za obsada, co za efekty!


"Annihilation" ("Anihilacja")

"Annihilation" ("Anihilacja")

O czym to jest: Grupa naukowców wyrusza do serca tajemniczej zony, z której nikt nie wraca.

anihilacja netflix plakat recenzja filmu natalie portman

Recenzja filmu:

Pytanie o sens istnienia towarzyszy ludziom od dawna. Przez wieki próbowano się z nim zmierzyć na gruncie religijnym, filozoficznym, naukowym, literackim i w końcu filmowym. Kwestię tę podejmuje najnowszy film Alexa Garlanda, oparty na pierwszym tomie trylogii "Southern Reach", której autorem jest Jeff VanderMeer. Reżyser "Anihilacji" podobne rozważania prowadził choćby w "Ex Machinie", ale tam punktem odniesienia była sztuczna inteligencja, z kolei w "Anihilacji" fabuła krąży wokół genetycznej predyspozycji do samounicestwienia, którą posiadają wszystkie żywe organizmy. 

Oto pewnego dnia z nieba spada niezidentyfikowany obiekt, a wynikiem tego wydarzenia jest przedziwna, rozszerzająca się zona, która z zewnątrz przypomina bańkę mydlaną. Wraz z bohaterkami wkraczamy w jej psychodeliczny świat, niczym krasnoludy skracające drogę do Ereboru przez Mroczną Puszczę. Psychodelicznych wizji na ekranie nie powstydziłby się sam David Lynch, który nieźle namieszał w głowach widzów w trzecim sezonie "Twin Peaks". Zasadnicza różnica polega na tym, iż "Anihilacja" jest dziełem w zasadzie zamkniętym i kompletnym, a klucz do jego interpretacji znajduje się w samym filmie. Najnowszy film Garlanda można odczytywać na wielu płaszczyznach (każdej z osobna lub wszystkich na raz): religijnej, filozoficznej, psychologicznej czy stricte naukowej i tak jak w najlepszych produkcjach tego typu to, jak widz film odczyta, zależy od jego własnych kompetencji i przekonań. 

Koncepcja wkraczania w obszar wytworzony przez obcą formę życia przywodzi na myśl film "Stalker", oparty na absolutnie wybitnej książce "Piknik na skaju drogi". W strefie dotkniętej zmianą bohaterowie stykają się z pokręconym, śmiertelnie niebezpiecznym światem, który wywiera na nich znaczący wpływ, prowadząc do przemiany nie tylko psychicznej, ale i fizycznej. Natomiast momentami oniryczna, emocjonalnie nacechowana narracja kojarzy się z "Arrival". A gdyby treść nie była dla widza wystarczająco interesująca, to dobra wiadomość jest taka, że "Anihilacja" to również doznania estetyczne. Film pełen jest abstrakcyjnych, fascynujących form, tak pięknych co przerażających. W zasadzie nic co słyszmy i widzimy na ekranie nie jest przypadkowe. A jako bonus polscy widzowie mogą w pewnym momencie z zaskoczeniem dostrzec podobieństwo do "Katedry" Tomka Bagińskiego. Ciekawe czy Alex Garland widział kiedyś tę animację, bądź co bądź nominowaną do Oscara? 

Kronikarski obowiązek nakazuje wspomnieć, iż kreacja Natalie Portman tym razem naprawdę przypadła mi do gustu, bo była pozbawiona charakterystycznej hiperekspresyjności, którą odbieram zawsze jak skrobanie paznokciami po tablicy (nie, to nie jest komplement). A to nie koniec znanych nazwisk w obsadzie. 

Zdecydowanie warto "Anihilację" zobaczyć, choćby dlatego, że nic tak nie ubarwia monotonii życia jak doznania psychodeliczne wywołane produktami dozwolonymi prawem - w tym wypadku dobrym filmem.

Wniosek: Głębokie, intelektualne kino science fiction. Daje do myślenia.


"Stargate Origins"

"Stargate Origins"

O czym to jest: Naziści opanowują portal prowadzący na inną planetę.

gwiezdne wrota 2018 serial

Recenzja serialu:

W moim życiu istnieją trzy niezwykle ważne franczyzy science fiction, na których się wychowałem, z których czerpię inspirację i które nigdy mi się nie znudzą. Pierwsza to "Star Wars", druga to "Alien/Predator", a trzecia to "Stargate", czyli kultowy film i łącznie 17 sezonów trzech seriali! Niestety, wraz ze skasowaniem "Stargate Universe" w 2011 roku, całą franczyzę przykrył piach pustyni. Dlatego gdy dowiedziałem się, że młoda ekipa filmowców bierze się za reanimację mojego kochanego uniwersum, aż podskoczyłem z radości. Niestety tylko po to, by z rozpędu walnąć głową w sufit.

Nie wybaczę tego, co wspomniani "młodzi twórcy" zrobili z tą serią. "Stargate Origins" jest prequelem filmu Rolanda Emmericha z 1994 roku. Akcję umiejscowiono tuż przed II wojną światową w Egipcie, co niebezpiecznie zbliżyło fabułę do "Indiany Jonesa i Poszukiwaczy Zaginionej Arki". Nawet zgadzał się główny wróg - zostali nim oczywiście naziści, pragnący za pomocą tajemnych mocy podbić świat (jak przecież wiadomo, widok oddziałów SS w Egipcie roku 1938 był rzeczą powszechną). Doceniam wysiłek scenarzystów, którzy z "Origins" chcieli zrobić pomost między oryginalnym filmem "Stargate" a późniejszym serialem "Stargate SG-1", łatając i wyjaśniając pewne nieścisłości (jak choćby to, czemu strażnikami Ra byli ludzie, a nie Jaffa - muszę przyznać, że zawsze mnie to frapowało). Główną bohaterką uczyniono Catherine Langford, którą do tej pory znaliśmy wyłącznie jako starszą panią. Młoda Catherine, w towarzystwie brytyjskiego oficera i wygadanego Egipcjanina, wyrusza przez Gwiezdne Wrota na obcą planetę Abydos, by uratować swojego ojca z rąk nazistów - tak w jednym zdaniu można streścić fabułę. Brzmi jak słaby fanfilm? Niestety dokładnie tym jest "Stargate Origins".

"Origins" wypuszczono w Internecie jako dziesięcioodcinkowy serial, składający się z 10-minutowych odcinków (czyli łącznie całość ma 100 minut). Ponoć mają go teraz zmontować w jeden film telewizyjny. Ale szczerze? Jak dla mnie mogą z niego zrobić nawet musical na lodzie - tu już nic nie pomoże. Takiej amatorszczyzny nie widziałem od naprawdę bardzo dawna! Scenografia to karton i plastik, aktorstwo nie wykracza poza ramy szkolnego teatrzyku, dialogi brzmią tak sucho jak na Egipt przystało, a efekty specjalne osiągają poziom żenady porównywalny ze smokiem z "Wiedźmina". Już nie wspomnę o "humorystycznych" scenach w rodzaju nazisty noszącego damskie ciuchy, albo o końskich zalotach dwójki głównych bohaterów. A i ci Goa'uldowie... Fani uniwersum wiedzą, że rasa wężopodobnych kosmitów, przejmujących ludzkie ciała i udających starożytne bóstwa, to fantastyczny pomysł na wrogów w serialu science fiction. Tymczasem władająca planetą Abydos bogini Aset wygląda jak ta dziwaczna koleżanka, która zrobiła sobie (w jej mniemaniu zjawiskowy) strój na Halloween tylko po to, by wyglądać jak Ciocia Klocia. Poza tym nie wybaczę śmiertelnych grzechów dla franczyzy - dziwacznych dźwięków otwieranych i zamykanych Wrót, braku świecących szewronów, czy w końcu nieświecących oczu Goa'uldów (zamiast tego aktorzy nosili absurdalne żółte soczewki kontaktowe!). 

I jeszcze słówko o aktorach. Bardzo nie lubię, gdy w produkcjach z jednego uniwersum zatrudnia się tego samego aktora do dwóch różnych ról, nie dając mu nawet porządnej charakteryzacji (doklejone wąsy się nie liczą). Choć bardzo lubię Connora Trinneera (znacie go jako Tripa ze "Star Trek: Enterprise"), to ten aktor miał już swoje pięć minut jako Michael w "Stargate Atlantis". Naprawdę nie trzeba było z niego robić profesora Langforda... O reszcie dzieciaków na ekranie się nie wypowiem, ponieważ jestem przekonany, że sam zagrałbym lepiej od nich, wliczając w to role damskie! Powiedzieć, że położyli ten serial, to nic nie powiedzieć. Przecież taka tandeta nie przeszłaby nawet jako zaliczenie semestru na PWST...

Ale nie to jest najgorsze. Żenujące wykonanie "Stargate Origins" prawdopodobnie na zawsze pozbawiło widzów szansy na wskrzeszenie telewizyjnych "Gwiezdnych Wrót", które byłyby kontynuacją dotychczasowych przygód, a nie kolejnym rebootem. I tego, jak słowo daję, nie wybaczę nigdy.

Wniosek: Tragiczna amatorszczyzna. Wszystko w tej produkcji jest złe!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Stargate"! >>>


"From the Earth to the Moon" ("Z Ziemi na Księżyc")

"From the Earth to the Moon" ("Z Ziemi na Księżyc")

O czym to jest: Historia programu kosmicznego Apollo.

z ziemi na księżyc miniserial plakat tom hanks hbo

Recenzja miniserialu:

Tak bardzo spodobało mi się przypomnienie sobie po latach filmu "The Right Stuff" o programie kosmicznym Merkury, że postanowiłem kontynuować historię amerykańskiego podboju kosmosu. Naturalnym krokiem było więc sięgnięcie po ekranizację programu Apollo, który - jak pamiętamy z historii - wraz z lotem Apollo 11 w 1969 roku zawiózł człowieka na Księżyc i z powrotem. 

W 1995 roku do kin wszedł film "Apollo 13" w reżyserii Rona Howarda o niesamowitej, dramatycznej walce o przetrwanie załogi pod dowództwem Jima Lovella, którą popularnością przebiła nawet lądowanie Neila Armstronga na Księżycu rok wcześniej. Nagrodzony dwoma Oscarami film natychmiast zyskał wielką przychylność widzów i krytyków (zresztą zasłużenie). Tom Hanks, który w "Apollo 13" zagrał głównego bohatera, postanowił iść za ciosem i przy pomocy Howarda wyprodukował dla HBO 12-odcinkowy miniserial "From the Earth to the Moon", opisujący wszystko co nastało po programie Mercury - a więc najpierw loty Gemini, a następnie misje od Apollo 1 do Apollo 17. Hanks zagrał wprawdzie tylko w ostatnim odcinku, ale we wszystkich przyjął rolę narratora, anonsując widzom kolejne fragmenty wędrówki człowieka z Ziemi na Księżyc. Z tego też powodu miniserial wygląda miejscami jak paradokument, ale niech was to nie zmartwi, bo i tak znajdziecie w obsadzie parę znanych nazwisk - choćby Bryana Cranstona, Cary'ego Elwesa czy Adama Baldwina. Jest więc na co i na kogo popatrzeć.

Trudno ocenić "From the Earth to the Moon" jako całość, bowiem każdy odcinek nakręcono w zupełnie innym tonie i klimacie, co zdecydowanie dodaje miniserialowi nieprzewidywalności. Mamy więc i odcinki epicko-pompatyczne, i patriotyczne, humorystyczne, stricte dokumentalne czy nawet artystycznie awangardowe. Osobiście wśród moich faworytów znalazł się odcinek piąty opowiadający o karkołomnym zadaniu skonstruowania księżycowego lądownika, oraz odcinek siódmy o wesołej załodze Apollo 12. Ciekawiło mnie też, czy miniserial pokusi się o powtórzenie historii Apollo 13 tak jak to miało miejsce we wspomnianym filmie, co pozwoliłoby porównać obydwie produkcje. Ku mojemu zaskoczeniu epizod o tym wydarzeniu został pokazany całkowicie z perspektywy... relacjonujących ją mediów (co też pozwoliło na kilka cennych uwag odnośnie tabloidyzacji prasy). Warto też wspomnieć, że fani kinematografii powinni sięgnąć po ostatni odcinek (ten, w którym występuje Hanks), ponieważ odnajdą tam bardzo dużo nawiązań do historii kina jako takiego oraz... filmu "Hugo" Martina Scorsesego z 2011 roku. 

Niestety widać, że "From the Earth to the Moon" było produkcją dedykowaną na mały ekran. Efekty specjalne nie powalają, a i fabuła miejscami wydaje się być zbyt rozciągnięta. Są wprawdzie jasne punkty, ale bardzo często miniserial tracił tempo i za bardzo skupiał się na detalach. Myślę że z powodzeniem dałoby się tą historię przedstawić w ośmiu, a nie dwunastu epizodach. Niemniej to wciąż solidny kawałek telewizji i cenna nauka dla tych widzów, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak to się stało że polecieliśmy na Księżyc w latach 60... i nigdy tam nie wróciliśmy. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze dożyję czasów, gdy ludzkość ponownie zatknie flagę na Srebrnym Globie, ponownie udowodniając, że nic nie jest niemożliwe.

Wniosek: Ogólnie ciekawe, ale czasem przynudza i trąci myszką.


"The Post" ("Czwarta Władza")

"The Post" ("Czwarta Władza")

O czym to jest: Amerykańska prasa walczy o wolność słowa.

czwarta władza plakat recenzja filmu tom hanks steven spielberg meryl streep

Recenzja filmu:

Niekiedy bywa tak, że film jest ważny z uwagi na moment w którym się ukazuje, bo zawarta w nim treść odnosi się do aktualnych wydarzeń i jest rodzajem komentarza do otaczającej nas rzeczywistości. A czasem produkcje filmowe są istotne, gdyż niosą ze sobą uniwersalny przekaz. "The Post" łączy z powodzeniem obie te cechy. W dobie walki z tzw. fake newsami stanowi dobre przypomnienie jaką misję miała pierwotnie prasa, równocześnie przytaczając historię opartą na faktach i rozprawiając się postawą konformistyczną. Zdecydowanie Steven Spielberg tym razem postawił na edukację widza.

Motyw dziennikarskiego śledztwa od czasu do czasu wraca na ekrany. Stanowił ważny wątek w serialu "House of Cards" i przede wszystkim był kanwą rewelacyjnego "Spotlight". W przypadku "The Post" widz nie ogląda samego procesu, ale musi wraz z bohaterami odpowiedzieć sobie na pytanie co zrobić z wynikami takiego śledztwa, gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo narodowe i groźba utraty wolności. Czy w imię ideałów warto ryzykować rodzinne dziedzictwo i własną karierę? Przed takimi dylematami stali w latach 70. dziennikarze związani ze sprawą "Pentagon Papers", czyli tajnym raportem rządowym ujawniającym kulisty wojny w Wietnamie, który został wykradziony przez Daniela Ellsberga i przekazany dziennikowi "The New York Times". Najnowszy film Stevena Spielberga opowiada tę historię z punktu widzenia właścicielki gazety "Washington Post" i jej redaktora naczelnego - w tych rolach jak zwykle świetna Meryl Streep oraz Tom Hanks, który zdecydowanie zagrał to, co wychodzi mu najlepiej i co widzowie lubią najbardziej: czyli Toma Hanksa. Nasi bohaterowie po otrzymaniu kopii dokumentów stają przed poważnym dylematem, gdyż administracja USA zagroziła, iż publikacja choćby fragmentu wykradzionego raportu zostanie uznana za zdradę, a zamieszani w nią dziennikarze staną przed sądem. Dodatkowo za sprawą głównej bohaterki przypominają nam się czasy, gdy w świecie mediów, banków i polityki kobiety zdecydowanie nie były równorzędnymi partnerami, ale ozdobnikami spotkań towarzyskich. Mamy zatem okazję śledzić na ekranie historyczny moment walki prasy o wolność słowa, przełamywania konwenansów, a to wszystko w cieniu wojny w Wietnamie i w przepięknych wnętrzach oraz murach redakcji spowitych papierosowym dymem.

Próżno szukać w "The Post" scen akcji i efektów specjalnych. Stanowi to miłą odmianę w czasach, gdy na ekranie stawia się efektowność wyżej niż treść. Niespecjalnie zawiła historia toczy się niespiesznie, pozwalając nacieszyć oko realiami lat 70. i przyjemnymi popisami aktorskimi. Opowieść opiera się na faktach, a jej finał znany jest z mediów, dlatego twórcy skupili się na przeżyciach bohaterów. W kontekście tej spokojnej formy polski tytuł "Czwarta Władza" wydaje się nieco zbyt mocny. Wprawdzie z kontekstu filmu wynika, że prasa może być ważnym graczem w potyczkach politycznych, jednak nie mamy szansy zobaczyć na ekranie jaki impet społeczny i kulturowy rzeczywiście wywiera. Stanowi raczej filar i podporę dla wolności słowa, ale nie posiada rządu dusz. O tym wszystkim możemy się dowiedzieć dopiero z lekcji historii. "The Post" to klasyczny Spielberg z lekkim zacięciem edukacyjnym, przystępny w formie, ale tym razem bez rewelacji. Należy go odczytywać jako prztyczek w nos dla współczesnych mediów, za bardzo ukierunkowanych na ilość kliknięć, oraz pogrożenie palcem w stronę polityków, którym marzy się kontrola mediów.

Wniosek: Klasyczny Spielberg - idealny na niedzielne popołudnie po rodzinnym obiedzie.


"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" ("Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri")

"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" ("Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri")

O czym to jest: Zdesperowana matka szuka winnych śmierci córki.

trzy billboardy za ebbing missouri plakat recenzja filmu mcdormand rockwell

Recenzja filmu:

Czasem wystarczy, że obejrzę zwiastun jakiegoś filmu i już wiem, że czeka na mnie prawdziwy hit. W zalewie kina popcornowego należy się od czasu do czasu odchamić i sięgnąć po filmowe dzieło sztuki - a tym, bez wątpienia, są "Trzy Billboardy". Ten dramat obyczajowy z nutką groteskowego, czarnego humoru, osadzony w fikcyjnym prowincjonalnym miasteczku Ebbing w stanie Missouri, zasłużenie zbiera cały worek nagród i jest na prostej drodze po tej najważniejsze, czyli Oscary. Ciekawe czy się uda!

Pewnego razu Martin McDonagh podróżował przez południe USA i gdzieś na styku Florydy, Alabamy i Georgii trafił na billboardy, za pomocą których ktoś skarżył się na temat nierozwiązanych zbrodni. I w tym momencie wpadł na prosty, a zarazem genialny pomysł na film. Napisał scenariusz i stanął za kamerą, a w głównej roli obsadził legendarną Frances McDormand, laureatkę Oscara za rolę w "Fargo". Ponadto sięgnął po kolegów, którzy zagrali w jego poprzednim filmie "7 Psychopatów" - Sama Rockwella i Woody'ego Harrelsona. Taka obsada po prostu musiała się udać! McDormand zagrała zdesperowaną matkę z ubogiej, patologicznej rodziny (wpisującej się w powszechne na południu USA zjawisko tzw. white trash, czyli białych bez perspektyw), której bestialsko zamordowano córkę. Ponieważ śledztwo nie posuwa się ani trochę do przodu, kobieta postanawia wytoczyć działa przeciwko lokalnej policji, oskarżając ją o bezczynność. A ponieważ miejscowy szeryf cieszy się powszechną sympatią i wsparciem ludności Ebbing, w krótkim czasie bohaterka staje sama przeciwko wszystkim mieszkańcom. Nie zdradzę wam, jak zakończy się ta historia, ale gwarantuję że takiego obrotu spraw na pewno nie przewidzieliście!

Wszystko w tym filmie znalazło się na swoim miejscu. Gra aktorska, dialogi, scenografia, zwroty akcji, montaż i reżyseria - absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Ponadto jest tu bardzo dużo czarnego, wisielczego humoru, ale nie na tyle by nazwać "Trzy Billboardy" komedią. Broń Boże! To pełnokrwisty, nieco przerażający dramat obyczajowy z elementami thrillera. Ale w całej tej rozpaczy z fabuły wyłania się niezwykły optymizm, pokazujący że nawet w najczarniejszej godzinie i strasznych realiach ludzie nadal są gotowi na wyciągnięcie ręki, przebaczenie i odpuszczenie grzechów. To bardzo pocieszająca myśl.

Wniosek: Świetne, przejmujące kino. Aktorstwo i scenariusz najwyższych lotów!


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger