"Passengers" ("Pasażerowie")

"Passengers" ("Pasażerowie")

O czym to jest: Dwoje pasażerów budzi się za wcześnie na statku kolonizacyjnym.

pasażerowie film recenzja pratt lawrence

Recenzja filmu:

No proszę, jak ja lubię miłe niespodzianki. Przyznaję się, że poszedłem na "Passengers" tylko i wyłącznie dlatego, że jestem hardcore'owym miłośnikiem science fiction i wszelkiej tematyki tego typu. Trailer nie wyglądał najlepiej, nie przepadam za Jennifer Lawrence i w skrytości ducha uważam, że Chris Pratt jest przereklamowany. Ale wiecie co? Naprawdę się dobrze bawiłem!

Oczywiście trochę mi szkoda zmarnowanego potencjału na dobry dramat w kosmosie. Tematyka jest bardziej niż zacna: oto pasażer na statku kolonizacyjnym budzi się z hibernacji o 90 lat za wcześnie. Nie może wrócić spać, ma zatem do wyboru spędzić resztę życia samotnie lub... obudzić kogoś do towarzystwa, skazując go tym samym na śmierć. Gigantyczny dylemat moralny, prawda? Przy dobrym podejściu (i aktorstwie) dałoby się z tego zrobić wysokogatunkowy dramat. Dlatego też żałuję, że twórcy postawili wyłącznie na widowiskowy romans o dość płytkiej fabule. Na szczęście dzięki sprawnej realizacji nikt nie ucierpiał przy takim podejściu: ani widzowie, ani wartość estetyczna obrazu. Jedyną ofiarą jest wytwórnia, bowiem "Passengers" zaliczyli spektakularną finansową wtopę (ale tak to jest, gdy wypuszcza się film SF do kin w tym samym czasie, co "Rogue One"). 

Jeśli liczyliście na powtórkę z "Interstellar", to nic z tego. Owszem, sporo tu naukowego podejścia do tematyki kosmosu (włącznie z zachowaniem praw fizyki), ale "Passengers" wygląda bardziej na kinowy reboot "Stargate Universe". Tam też mieliśmy do czynienia z grupą ludzi uwięzionych na gigantycznym statku kosmicznym, a pierwsze skrzypce grały uczucia bohaterów. Mało tego, nawet muzyka jest bardzo podobna do wspomnianego serialu (to akurat na plus). To co podobało mi się chyba najbardziej, to design statku Avalon (rewelacja!), a także roboty, reprezentowane tu przez świetnego Michaela Sheena w roli sympatycznego robo-barmana. A pozostali aktorzy? Cóż, Chris Pratt jak zwykle wypadł sympatycznie, choć trudno będzie mu się pozbyć gęby Star-Lorda ze "Strażników Galaktyki". Niestety Jennifer Lawrence zaniżała poziom, a ja osobiście wciąż nie mogę się nadziwić, dlaczego jest taka popularna wśród widzów (może najwyższy czas, żebym w końcu obejrzał "Igrzyska Śmierci"...). 

Warto obejrzeć "Passengers", jeśli macie ochotę na bezrefleksyjny wieczór w miłym towarzystwie. Ot taka przygoda w kosmosie, która doleciała na ekrany kin, po czym podążyła dalej, pogrążając się w otchłani zapomnienia. Niewielka to strata dla kinematografii, choć przyznaję, że obrazki były ładne.

Wniosek: Zadziwiająco przyjemne, choć płytkie kino rozrywkowe.


"Bone Tomahawk"

"Bone Tomahawk"

O czym to jest: Szeryf i jego ekipa próbują uratować ludzi przed Indianami-kanibalami.

bone tomahawk film recenzja russell wilson fox

Recenzja filmu:

Kurt Russell urodził się, żeby grać w westernach. Po obejrzeniu trzech jego filmów z tej epoki (w tym takich hitów jak „Tombstone” oraz „The Hateful Eight”) nie mam co do tego żadnych wątpliwości. A co ważne, Russell ma też nosa do wybierania dobrych produkcji, gdzie najważniejszy jest wybitny scenariusz. W przypadku „Bone Tomahawk” już od pierwszych scen wiadomo, że trafił nam się film niezwykły, odważny i awangardowy mimo osadzenia w realiach XIX wieku. 

Ostatnio raz za razem zachwycam się najnowszymi westernami (wyjątek stanowią wpadki takie jak reboot „Siedmiu Wspaniałych”). I jest ku temu powód, bowiem aby przebić się w tym starym gatunku kina, współcześni twórcy muszą sięgać po awangardę i przemyślaną, głęboką fabułę, by wybić się na tle dziesiątek lat konkurencji. Ponadto konwencja westernu pozwala na nieskrępowane użycie przemocy, czasem aż do granicy groteski (przypomnijcie sobie chociażby to, co wyrabiał Tarantino w „Django”), a także sięganie do pierwotnego, wręcz zwierzęcego naturalizmu (tu warto wspomnieć o doskonałym „The Homesman”). Dokładnie to oferuje nam „Bone Tomahawk”, dodając do tego wybitnych aktorów oraz hipnotyczną warstwę wizualną, wzmocnioną naturalnymi dialogami. Jak na debiut reżyserski jest lepiej niż dobrze, jest wręcz kultowo! Jeśli widzieliście kiedyś "The Missing", to również wiecie, jakiego klimatu możecie się tu spodziewać.

Bardzo czekałem na ten film w polskich kinach. I owszem, pojawił się we Wrocławiu w małym kinie studyjnym - seans był w środku tygodnia o 13:00. Uważam to za potworne zmarnowanie potencjału, bo „Bone Tomahawk” miał wszystko co potrzebne, by stać się hitem. Nie był gorszy od „Slow West”, a to dzieło miało znacznie lepszą dystrybucję (jestem pewien, że to tylko i wyłącznie z powodu tymczasowej magii nazwiska Fassbender). Przecież to, co Kurt Russell robi w tym filmie, zakrawa na doskonałość! Co istotne, mimo że jego postać szeryfa fizycznie wygląda tak jak w „The Hateful Eight”, to zagrał go zupełnie inaczej, co tylko podkreśla niezwykły talent tego kultowego aktora. Ale równie wybitny jest Patrick Wilson w roli zrozpaczonego męża, próbującego uratować żonę porwaną przez Indian-kanibali. Przez cały film niemal fizycznie odczuwałem jego ból złamanej nogi, która jednak nie powstrzymała go, by wyruszyć na ratunek małżonce. To się nazywa poświęcenie! Miłośnicy serialu „Lost” będą też mile zaskoczeni widząc Matthew Foxa w realiach westernu. I to jeszcze w takim stylu! 

Jeśli tylko będziecie mieli okazję, obejrzyjcie ten film. Ale ostrzegam! Jest wyjątkowo naturalistyczny. Mimo że byłem świadkiem przelewania oceanu krwi na ekranie, to scena oprawiania ofiary żywcem przez kanibali poruszyła nawet moje kamienne serce. Bo musicie pamiętać, że „Bone Tomahawk” oprócz tego, że jest doskonałym westernem, jest też pełnokrwistym horrorem. Z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.

Wniosek: Mega dobry film. Uwaga, bardzo naturalistyczny!


"Narcos"

"Narcos"

O czym to jest: Prawdziwa historia Pablo Escobara i kolumbijskiego przemysłu narkotykowego.

narcos serial recenzja netflix pablo escobar

Recenzja serialu:

Słyszałem, że serial "Narcos" jest dobry. Ale nie myślałem, że aż tak dobry! A ja naiwny myślałem, że w tematyce narkotyków nic nie przebije "Breaking Bad". Niespodzianka! Netflix robi co może, by dogonić HBO w kategorii elitarnych produkcji telewizyjnych, nie szczędząc przy tym portfela. Nie wiem, kto ostatecznie wygra ten wyścig, ale wiem że dla widza to jak prawdziwa manna z nieba! Czy może raczej: kokaina.

Słyszeliście kiedyś o Pablo Escobarze? Ten Kolumbijczyk w latach 70. i 80. stworzył globalne, kokainowe imperium, które dziennie zarabiało więcej niż niejedno państwo na świecie. Miał na swoich usługach polityków, policjantów, żołnierzy i był wręcz nieoficjalnym władcą Kolumbii. Mało tego, chciał nawet startować na prezydenta! Na szczęście dzięki determinacji i współpracy kolumbijskich i amerykańskich służb, udało się zakończyć jego krwawe rządy terroru, które kosztowały życie tysięcy niewinnych ludzi. Oto w skrócie fabuła serialu "Narcos", który dokładnie, w szczegółach i w większości zgodnie z prawdą opisuje tamten okres historii. Aby w przystępny sposób zaprezentować skomplikowane mechanizmy rządzące przemysłem narkotykowym, sięgnięto po modną (i uwielbianą przeze mnie) narrację z offu, tak jak w "War Dogs" czy "The Big Short". I choć to Pablo Escobar jest głównym bohaterem serialu, to narratorem i przewodnikiem po całej opowieści jest ścigający go agent DEA, Steve Murphy. Dzięki temu widz otrzymuje klasyczną w swojej kategorii historię o policjantach i złodziejach, gdzie stróże prawa często muszą przekraczać granice moralności, by zwalczać większe zło. To zawsze wygląda dobrze na ekranie!

W "Narcos" nie brakuje przemocy, strzelanin i akcji, której mógłby pozazdrościć niejeden hollywoodzki hit. Sprytnie wpleciono w serial autentyczne materiały filmowe, dokumentujące co ważniejsze wydarzenia tamtych czasów (jak chociażby zamachy i akty terroru, inicjowane przez Escobara). Ale nawet najlepsza scenografia i biegłość techniczna nie wystarczyłaby, gdyby nie doskonali aktorzy. Zamiast znanych nazwisk, twórcy "Narcos" sięgnęli do drugiego rzędu, wyciągając na światło dzienne mniej popularnych, ale jednocześnie wybitnie uzdolnionych artystów. Zacznijmy od Wagnera Moury w roli Escobara, którego powinniście znać jako Spidera z "Elysium". To co zrobił z postacią Escobara słusznie zaowocowało nominacją do Złotego Globa. Narkotykowy boss w jego wykonaniu jest zarówno łagodnym, rodzinnym człowiekiem (w Polsce nazwalibyśmy go typowym "Januszem"), a jednocześnie bezwzględnym mordercą, który nie cofnie się przed niczym, by dostać to czego chce. Równie świetny jest agent Murphy grany przez Boyda Holbrooka - dla kontrastu jego postać natychmiast wzbudza sympatię widza, który trzyma za niego kciuki przez cały serial. Trzecim ważnym aktorem jest Pedro Pascal grający agenta Javiera Peñę, swoiste mroczne odbicie Murphy'ego. Wspomniane trio aktorów (wspomagane przez wiele świetnych, drugoplanowych postaci) ciągnie całe "Narcos" i nie pozwala widzowi wyłączyć ekranu. To jeden z tych seriali, który każe wam oglądać odcinek za odcinkiem w jednym ciągu, a na koniec zostawia na głodzie. Nienawidzę tego i kocham zarazem!

Nie wyobrażam sobie, by komuś mogło się nie spodobać "Narcos". No chyba że ktoś nie lubi krwawych widoków, strzelanin i zbytniego naturalizmu. Ale jeśli nie macie z tym problemu, zakochacie się w tej produkcji. Do tego stopnia, że może nawet zaczniecie się uczyć hiszpańskiego.

Wniosek: Doskonałe i uzależniające jak - nomen omen - narkotyk.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Narcos"! >>>


"Westworld" [2016]

"Westworld" [2016]

O czym to jest: Co się dzieje w futurystycznym parku rozrywki, gdzie roboty udają Dziki Zachód.

westworld serial HBO recenzja nolan abrams

Recenzja serialu:

Na początku byłem na "nie" jeśli chodzi o ten serial. Chyba po prostu osiągnąłem punkt nasycenia ambitnymi produkcjami telewizyjnymi, z głęboką (często wielopoziomową) fabułą, gdzie tajemnice i wskazówki trzeba zbierać jak okruszki chleba, po to by w finale złożyć z nich bochenek. Ale oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zmierzyć się z "Westworld", co niniejszym uczyniłem. A czy było warto?

Oryginalny film "Westworld" z 1973 roku zawierał rewelacyjny pomysł... i w zasadzie tyle. Sposób prowadzenia akcji i scenariusz pozostawiał sporo do życzenia. W serialowym reboocie zadbano zatem, by niczego nie brakowało. I przyznaję, że nawet największy malkontent nie będzie potrafił wskazać słabych technicznych punktów. Jest znakomity pomysł (taki jak w 1973 roku, a mimo to wciąż oryginalny), wielopoziomowy scenariusz, świetne dialogi, doskonali aktorzy (w tym kultowy jak za dawnych lat Anthony Hopkins i sam Ed Harris!), realizm, strzelaniny, pokłosie trupów, sex, kostiumy jak za bajki i niezwykle udany mariaż science fiction z westernem (zupełnie jak w "Firefly"). Czy to oznacza, że odkryliśmy serial doskonały? Niezupełnie. W tym zestawie zalet, postawionych jedna obok drugiej, zawiera się bowiem jedna, jedyna wada "Westworld" - przesyt!

Otóż to, wszystkiego jest po prostu za dużo! Nie mówię tego zbyt często, ale serial zawiera po prostu zbyt dużo warstw, co skutkuje znużeniem i zniecierpliwieniem przedłużającą się drogą do finału. Gdyby tak pierwszy sezon skrócić z 10 do 6 odcinków, byłoby idealnie. Niestety "Westworld", podobnie jak wcześniej "Lost" albo "Interstellar" (stworzone, co istotne, przez tych samych ludzi), chce pokazać za dużo, zapominając że czasem mniej znaczy więcej. Wbrew pozorom widz nie potrzebuje aż tylu wskazówek, zagwozdek i pokręconych zwrotów akcji, by zachwycić się serialem tego typu. Mi osobiście wystarczyłaby zwykła opowieść o robotach buntujących się przeciwko ludziom. Ale chyba po prostu mam jakiś fetysz na tym punkcie.

Zdaję sobie sprawę, że zapewne jestem w mniejszości, narzekając na "Westworld". Dlatego też już przestaję i raz jeszcze chciałbym pochwalić ten serial za perfekcyjną realizację, która raz jeszcze postawiła HBO na piedestale telewizji. Jestem też zadowolony, że finał pierwszego sezonu przyniósł oczekiwaną odpowiedź na większość pytań, wyjaśniając równocześnie pozorne niejasności pierwszych odcinków. Żałuję tylko, że musiałem spędzić przed ekranem aż 10 godzin, by je otrzymać. Ale dla kogoś, kto zakochał się w futurystycznym świecie Dzikiego Zachodu, zapewne zawsze będzie mało, więc zostawmy to tak jak jest. Z zainteresowaniem obejrzę drugi sezon i zobaczę, dokąd poprowadzą nas twórcy. Ufam, że znają drogę.

Wniosek: Świetnie zrobione, ale zdecydowanie zbyt przegadane.


"Rogue One: A Star Wars Story" ("Łotr 1: Gwiezdne Wojny - Historie")

"Rogue One: A Star Wars Story" ("Łotr 1: Gwiezdne Wojny - Historie")

O czym to jest: Rebelianci kradną plany Gwiazdy Śmierci.

gwiezdne wojny historie łotr 1 felicity jones

Recenzja filmu:

Hmm... Tuż po seansie totalnie nie wiedziałem, co myśleć o tym filmie. Na pewno nie były to takie "Gwiezdne Wojny" jakie znam z Epizodów. Trzeba pamiętać, że "Nowa Nadzieja" na nowo zdefiniowała gatunek space opery, czyli fantasy w kosmosie. Taka historia wymaga czarno-białych postaci, schematycznych rozwiązań, ogranych klisz i obowiązkowego happy endu na końcu. Tymczasem po raz pierwszy otrzymaliśmy film z uniwersum "Star Wars", który był całkowicie na poważnie. Czy to dobrze?

Sporo widzów narzekało na "Przebudzenie Mocy", a konkretnie na fakt, że jest kalką fabuły "Nowej Nadziei". Mi to nie przeszkadzało, a nawet uważałem to za dosyć urocze. Dlatego też "Łotr 1" na początku wzbudził mój dyskomfort, gdyż nie tego się spodziewałem. Ale patrząc w miarę obiektywnym okiem muszę stwierdzić, że był to kawał dobrego kina. Co więcej, gdyby to nie były "Gwiezdne Wojny", a jakikolwiek inny film wojenny (np. w realiach II wojny światowej), nie miałbym żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z epickim dziełem. A zatem - brawo dla reżysera i producentów! Tak po prawdzie trudno powiedzieć, na ile Gareth Edwards (człowiek, który popełnił tragiczną "Godzillę"), jest odpowiedzialny za końcowy produkt. Krążą plotki, że podczas dokrętek scenarzysta Tony Gilroy nakręcił prawie połowę materiału od nowa, zmieniając sporo scen i elementów fabuły (co wyjaśniałoby, dlaczego większość ujęć ze zwiastunów ostatecznie nie znalazła się w filmie lub też wyglądała zupełnie inaczej). Nigdy się już nie dowiemy, czy pierwotna wersja byłaby lepsza, czy gorsza. Cieszmy się, że przynajmniej to, co wylądowało na ekranach kin, jest dobrej jakości!

A no właśnie, ta jakość... Myślę że nie przesadzę, jeśli powiem, że to jeden z lepiej zrobionych filmów, jakie widziałem. Dbałość o szczegóły momentami aż mnie obezwładniała. Gigantyczny wysiłek całej ekipy, która przecież w większości wychowywała się na oryginalnych filmach, przyniósł zamierzony rezultat. Podobnie jak wcześniej "Przebudzenie Mocy", "Łotr 1" wzniósł efekty wizualne na zupełnie nowy poziom. Scenografia, lokalizacje i przede wszystkim finałowa bitwa miejscami zamiatała widza po podłodze. Cóż za pomysły, co za rozmach! I jaka frajda, zarówno dla twórców, jak i fanów!

Przyznaję się jednak, że przez pierwsze pół filmu miałem kłopot ze złapaniem klimatu (zapewne dlatego, że nie spodziewałem się czegoś aż tak odmiennego). Wyczuwałem pewną niezgrabność w prowadzeniu akcji, wynikającą zapewne z ciągle zmienianego scenariusza. Na szczęście wszystkie potknięcia zostały naprawione przez finał, czyli bitwę na tropikalnej planecie Scarif. Potęga! "Łotr 1" naprawdę jest doskonałym prequelem do "Nowej Nadziei", do tego stopnia, że ostatnia scena filmu kończy się tam, gdzie zaczyna oryginalna przygoda. Zresztą jeśli przeczytacie sobie napisy początkowe do "Nowej Nadziei" to odkryjecie, że pierwsze dwa akapity w wielkim skrócie opisują "Łotra 1". Jest to zgodne z zapowiedziami Disney'a - ciężar głównej linii fabularnej nadal mają utrzymywać Epizody, a spin-offy jedynie rozwijać ją na boki, tak jak książki, komiksy czy gry komputerowe. I biorąc pod uwagę to, jak wyszedł "Łotr 1", uważam to za świetny pomysł.

No i na sam koniec słowo o obsadzie. Chylę czoła scenarzystom za stworzenie niepowtarzalnej drużyny bohaterów, w której każdy miał swoje pięć minut na ekranie i każdy zapisał się w pamięci widzów. Moim ulubieńcem został Jiang Wen jako Baze Malbus, co nie zmienia faktu, że plakat każdej postaci mógłby wisieć nad moim łóżkiem. Najbardziej zaskoczył mnie Diego Luna w roli Cassiana - po zwiastunach spodziewałem się postaci matkującej całej drużynie, a dostałem potwornie spiętego, pełnego traum szpiega, który został kiedyś mocno skrzywdzony przez życie. Kto by się spodziewał takiej psychologicznej głębi w "Gwiezdnych Wojnach"? Należy też wspomnieć, że Felicity Jones jako Jyn Erso doskonale sprawdziła się w roli pełnokrwistej heroiny (udało jej się przy tym mieć zupełnie inny charakter, niż Daisy Ridley jako Rey w "Przebudzeniu Mocy"). Dziewczyny górą!

"Łotr 1" spodoba się niemal każdemu. Fani docenią go za mnóstwo smaczków: dwójkę znanych zbirów z kantyny Mos Eisley, naszą ulubioną parę droidów, finałową scenę z Vaderem i rebelianckimi piechurami, X-Wingi, postacie i statki z serialu "Star Wars Rebels", czy nawet przywracanie do życia zmarłych aktorów - mam tu na myśli odtworzenie Petera Cushinga jako Moffa Tarkina, a także wmontowanie ujęć pilotów X-Wingów, którzy pojawili się w "Nowej Nadziei". Z kolei zwykli widzowie docenią "Łotra 1" za rozmach, odważną fabułę i doskonałą rozrywkę. Czuję, że "Gwiezdne Wojny" zmierzają w coraz lepszym kierunku. Chcę więcej!

P.S. Na koniec słówko o kontrowersyjnym polskim tytule, czyli "Łotr 1". Musicie wiedzieć, że termin Rogue Squadron, czyli nazwa elitarnej eskadry pilotów X-Wingów, funkcjonuje w uniwersum "Star Wars" od dekad. Na przestrzeni lat różnie ją tłumaczono: Eskadra Łobuzów, Huliganów, Szelm czy nawet Żelazny Dywizjon... W końcu przyjęto nazwę Eskadra Łotrów, która na stałe weszła do słownika polskich fanów "Star Wars". A co za tym idzie tłumaczenie tytułu - "Rogue One" - nie mogło brzmieć inaczej.

Wniosek: Totalnie odmienne od Epizodów. Fajne kino wojenne w kosmosie!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Star Wars"! >>>


"Underworld: Blood Wars" ("Underworld: Wojny Krwi")

"Underworld: Blood Wars" ("Underworld: Wojny Krwi")

O czym to jest: Wampiry vs. inne wampiry vs. wilkołaki.

underworld wojny krwi film recenzja beckinsale

Recenzja filmu:

Halo, halo, a co to się stało? Ktoś przeszedł lobotomię? Czy producenci zapomnieli, co nakręcili wcześniej? To chyba jedyne wyjaśnienie. No bo jak to jest możliwe, że po rewelacyjnym "Underworld: Awakening" otrzymaliśmy zwykłą, nudną szmirę? "Blood Wars" nie jest ani ciekawe, ani dobrze zrobione, a co najgorsze powtarza chyba wszystkie błędy "Rise of the Lycans".

Niestety latka lecą i nawet na nieskazitelnym dotychczas obliczu Kate Beckinsale pojawiły się pierwsze oznaki starości. Zazwyczaj wiek aktorów jest dla mnie sprawą drugorzędną, ale akurat w przypadku "Underworld" kwestie wizualne są wszystkim! Niestety Beckinsale straciła wigor i nawet nie walczy tak, jak kiedyś. Wprawdzie "Blood Wars" ma kilka jasnych aktorskich punktów, takich jak Charles Dance (który nawet ma scenę akcji!), to jednak cały film przypominał mi pół-amatorską produkcję z dublerami bardziej znanych gwiazd. Pod względem technicznym było wprawdzie całkiem krwawo (to na plus), ale co z tego, skoro choreografia leżała i kwiczała na ziemi. Kulminacją tej porażki była finalna bitwa między wampirami a wilołakami, z żenującą strzelaniną na zamku, wyglądającą jak bania u Cygana, a nie efektowne mordobicie. Nadto dodajmy, że chyba żadna część nie miała tak słabych efektów specjalnych. A i stylistyki gotyku jest coraz mniej i mniej...

A fabuła? Wiele już widziałem, ale pacyfistyczne "białe" wampiry, przypominające bandę nawiedzonych hipisów i mieszkające w mroźnym zamku w okolicach bieguna, przelały czarę absurdu. Zdaję sobie sprawę, że twórcy starają się rozwijać uniwersum i dodawać coraz to nowe elementy, ale bez przesady! A jak jeszcze doliczymy do tego wątek młodego wampira Davida (tu ponownie drewniany Theo James), który z jakichś przyczyn awansował do roli dziedzica wampirzej cywilizacji, to otrzymamy dzieło przypominające bardziej fanfilm, niż hit za miliony dolarów.

Jestem bardzo, ale to bardzo rozczarowany. Ponoć w planach jest część szósta, ale czy ja wiem? Może czas spuścić nad tym zasłonę milczenia...

Wniosek: Bardzo słabe. Totalna strata czasu.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld: Awakening" ("Underworld: Przebudzenie")

"Underworld: Awakening" ("Underworld: Przebudzenie")

O czym to jest: Ludzie polują na wampiry.

underworld przebudzenie film recenzja beckinsale

Recenzja filmu:

Co za miła niespodzianka! Po "Rise of the Lycans" byłem gotowy postawić krzyżyk na tej serii. Na szczęście producenci zarzucili pomysł robienia dalszych prequeli, i wysmażyli nam pełnokrwisty sequel. I to jeszcze jaki! Do obsady wróciła Kate Beckinsale, zabójcza i zjawiskowa jak dawniej, która zabrała nas w świat przyszłości, gdzie w dystopijnym świecie ludzie zabrali się za czystkę wampirów i wilkołaków.

Scott Speedman odmówił udziału w tym filmie (całe szczęście!), więc jego rola została zredukowana do absolutnego minimum. Zamiast niego poznaliśmy nowych bohaterów - młodego wampira granego przez Theo Jamesa (gwiazdę serii "Divergent", niestety aktorsko niewiele lepszego od Speedmana), starego wampira granego przez Charlesa Dance'a (kult!!!), a także ludzkiego policjanta granego przez Michaela Ealy'ego (znacie go z nieodżałowanego "Almost Human"). Nowa obsada dodała do "Awakening" koniecznej świeżej krwi (ha, ha), a dystopijne realia przyszłości - choć z zachowaniem gotyckich elementów - odnowiły ją wizualnie. 

Ale to jeszcze nic. To co najważniejsze w "Awakening", to akcja! W końcu bez oporów pojechano bo bandzie w kwestii braku cenzury. Tak krwawego "Underworlda" jeszcze nie było, a ja jestem osobiście zachwycony! Krew lała się wiadrami, trzaskały pękające kości, wyrywano organy, a headshotów wręcz nie sposób zliczyć. Dodajmy do tego bystry scenariusz, zawierający fajny twist fabularny pod koniec filmu. Czy potrzeba czegoś więcej? "Awakening" jest moim zdaniem jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą częścią serii "Underworld". Na tym poziomie twórcy mogą ten cykl ciągnąć w nieskończoność. Tylko czy przypadkiem ktoś nie wpadnie na pomysł, by poprawiać to, co jest dobre...? 

Wniosek: Dobre! W tej serii wciąż tkwi życie!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld: Rise of the Lycans" ("Underworld: Bunt Lykanów")

"Underworld: Rise of the Lycans" ("Underworld: Bunt Lykanów")

O czym to jest: Wilkołaki buntują się przeciwko wampirom.

underworld bunt lykanów film recenzja nighy

Recenzja filmu:

A szło już tak dobrze... To oczywiste, że po bardzo udanym "Underworld: Evolution" twórcy postanowili pociągnąć serię dalej. I nawet rozumiem, czemu zamiast kolejnego sequela stworzyli prequela, będącego tak naprawdę rozwinięciem efektownej sceny początkowej z poprzedniego filmu (wraz z inkorporacją flashbacków z oryginalnego "Underworlda"). Nie rozumiem jednak, czemu - mimo udziału znanej nam ekipy, w tym Billa Nighy'ego - wyszła aż taka kaszanka!

Jedyne co mi przychodzi do głowy, to Kate Beckinsale. A raczej jej brak. "Underworld" bez udziału czarnowłosej, seksownej wampirzycy, okazał się być po prostu niestrawny. Zamiast niej na pokład wciągnięto podobną do niej Rhonę Mitrę, której jakiś chirurg plastyczny zrobił wielką krzywdę. Serio, nie żartuję - ta kobieta jest tak pocięta przez skalpel, że nie da się jej oglądać! Nie udało jej się wypełnić butów po Beckisale ani pod względem urody, ani też talentu aktorskiego (co jest tym bardziej przykre, że akurat w tym aspekcie wcale nie trzeba było wysoko sięgać...). Bill Nighy robił wprawdzie co mógł, podobnie jak Michael Sheen w roli Luciana, sympatycznego wilkołaka z pierwszej części. Ale nawet ta dwójka nie mogła pomóc tam, gdzie zawiódł scenariusz.

A zawiódł na całej linii. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w "Rise of the Lycans" zredukowano akcję do zaledwie kilku nawalanek na miecze i balisty, porzucając przy tym zjawiskową choreografię, która urozmaicała nam poprzednie części. Jaki jest sens oglądać film z serii "Underworld" bez tych wizualnych smaczków? Ponadto gotycka stylizacja ma sens, gdy się ją osadzi w czasach współczesnych. Gdy wpakujecie ją do quasi-średniowiecznego filmu, wyjdzie wam... gotyk. Ten prawdziwy. A umówmy się, "Rise of the Lycans" to nie "Imię Róży", wszystkie niedociągnięcia i cięcia budżetowe widać od razu i to na kilometr. Niestety powoduje to, że prequel "Underworlda" to słaby film klasy B, niebezpiecznie blisko krążący wokół strefy C.

Tak naprawdę przedstawienie źródeł waśni na linii wampiry/wilkołaki nie było ani konieczne, ani zajmujące. Wszystko, co istotne, widzieliśmy wcześniej we flashbackach, więc te półtorej godziny jesieni średniowiecza można sobie odpuścić. Jest tyle ciekawszych rzeczy do oglądania!

Wniosek: Nuda. Strata czasu!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld: Evolution"

"Underworld: Evolution"

O czym to jest: Dobra wampirzyca kontra zły super-wampir.

underworld ewolucja film recenzje beckinsale

Recenzja filmu:

Po pierwszej części „Underworld”, wizualnie spektakularnej, acz fabularnie kulawej, spodziewałem się - jak to z sequelami bywa - dalszego spadku poziomu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy „Underworld: Evolution” okazało się zaskakująco ciekawe, dynamicznie nakręcone, napakowane akcją i w dalszym ciągu klimatyczne! Wygląda na to, że twórcy zachowali to co dobre z oryginału, jednocześnie podciągając się w brakach. I właśnie tak powinno się kręcić rozrywkowe filmy!

„Evolution” jest nawet czymś więcej, niż tylko sequelem. Należy ten film traktować jako drugą, integralną część oryginalnej produkcji. Akcja startuje dokładnie w tym momencie, w którym zakończył się „Underworld”. Występują ci sami aktorzy, te same lokacje, a także te same wątki. Poznajemy zatem trzeciego ze „starszych” wampirów, Marcusa, który był pierwszym spośród nich. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu zagrał go Tony Curran, którego uwielbiam za rolę w „Defiance”. Ale i dla poprzedniej ekipy znalazło się miejsce, głównie za sprawą flashbacków z czasów średniowiecznych starć na linii wampiry/wilkołaki. I choćby za te flashbacki chylę czoła! Wprawdzie wampiry wyglądały jak elfy z „Władcy Pierścieni”, a wilkołaki jak orkowie, ale porządna sieczka mieczami jeszcze nikomu nie zaszkodziła. 

Dzięki „Evolution” wiemy już w zasadzie wszystko: o co chodziło z rodziną Seleny, o co chodziło z krwią Alexandra Corvinusa, skąd się wzięły wampiry i skąd się wzięli Lykanie. Na dobrą sprawę cały cykl mógłby się na tym filmie zakończyć, jednak na (nie)szczęście, powstały kolejne odcinki sagi. „Underworld: Evolution” wygląda znakomicie, akcja nie zwalnia ani na chwilę, krew leje się strumieniami, a futurystyczna amunicja w karabinach i pistoletach nigdy się nie kończy. I ta choreografia, kostiumy i gotyckie klimaty! No i nie można zapominać o zjawiskowej Kate Beckinsale, bez której świat „Underworlda” byłby smutny i nieciekawy. Jedyny mój zarzut polega na tym, że „Evolution” w zasadzie nie da się oglądać bez znajomości pierwszej części. Ale - o ile potraktujemy te dwie produkcje jako jeden film - co popsuto na początku, naprawiono w finale. I tak trzymać!

Wniosek: Lepsze niż poprzedni film. Ma fajne tempo!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Underworld"

"Underworld"

O czym to jest: Wampiry walczą z wilkołakami.

underworld film recenzja beckinsale

Recenzja filmu:

Zupełnie nieoczekiwanie do kin zawitała w tym roku piąta część serii „Underworld”, a więc „Underworld: Blood Wars”. A co za tym idzie nie ma wyjścia - trzeba nadrobić całość! Zacznijmy od pierwszego (w kolejności produkcji) filmu, a więc „Underworld”, który za niezwykłą gotycką formę zyskał kultowy status. I w zasadzie tylko za formę, bo z treścią jest znacznie gorzej… 

„Underworld” powstał na fali popularności „Matrixa” i nowej metody łączenia efektów specjalnych z akrobatycznymi scenami akcji (inny przedstawiciel tego gatunku to np. w „Equilibrium”). Jednak zamiast dystopijnego świata przyszłości otrzymaliśmy gotycką (choć współczesną) opowieść o wampirach walczących z wilkołakami. Co to znaczy gotycką? W skrócie: ciemno, mroczno, dużo lateksu, dużo gorsetów i wysokich wiązanych butów. Wrzućcie sobie w Google zdjęcia z festiwalu Castle Party w Bolkowie - gotycka stylistyka wciąż trzyma się mocno. A tematyka wampirów pasuje do niej idealnie! Trzeba przyznać twórcom „Underworld”, że warstwa wizualna udała im się nadzwyczaj dobrze. Mało tego, „Underworld” zawiera przynajmniej jedną kultową scenę, która na stałe weszła do kanonu popkultury (epicki cios mieczem). Co ciekawe, niemal identyczna scena znajduje się w nakręconym rok wcześniej wspomnianym „Equilibrium”. Przypadek? 

Warstwa wizualna to sama śmietanka, ale prawdziwą wisienką na torcie jest Kate Beckinsale jako główna bohaterka Selena. W lateksowym gorsecie, czarnych włosach i ze świdrująco niebieskimi oczami wygląda tak rewelacyjnie, że nic dziwnego, iż rok później wystąpiła w bardzo podobnym filmie „Van Helsing” (również o wampirach). Mało tego, przykład „Underworld: Rise of the Lycans” udowodnił, że ta seria trzyma się wyłącznie dzięki zjawiskowej Beckinsale, a gdy jej nie ma na ekranie, poziom drastycznie spada (ale o tym w innej recenzji). Miłym dodatkiem do obsady jest też świetny Bill Nighy w roli starszego wampira Viktora - choć tak po prawdzie to nie spodziewałem się niczego innego, bo jeszcze nie widziałem nigdy kiepskiej roli w jego wykonaniu. Niestety dla kontrastu drugim głównym bohaterem jest wampiro-wilkołak (wampirołak?) Michael, grany przez Scotta Speedmana, który zasłużył sobie na miejsce w pierwszej dziesiątce najgorszych aktorów, jakich widziałem na ekranie. Okropność! Aktorsko wychodzi zatem na zero, choć wizualnie z laurami dla Beckinsale. 

No dobra, tyle o obrazkach… A fabuła? Nudy na pudy, niestety. Gdyby nie rozliczne strzelanki i pościgi, filmu nie dałoby się oglądać. Scenariusz jest płytki, pełen ogranych klisz i drewnianych, jednowymiarowych postaci. Mówiąc szczerze nudzę się za każdym razem, gdy go oglądam, i z niecierpliwością wyczekuję scen z Victorem, albo też rozwałki w wykonaniu Seleny. Na szczęście w przypadku „Underworld: Evolution” jest już o wiele lepiej. Ale o tym w następnym wpisie!

Wniosek: Nudne, ale pełne kultowych scen.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Underworld"! >>>


"Westworld" ("Świat Dzikiego Zachodu") [1973]

"Westworld" ("Świat Dzikiego Zachodu") [1973]

O czym to jest: Roboty buntują się w parku rozrywki udającym epoki historyczne.

świat dzikiego zachodu film 1973 recenzja brolin brynner

Recenzja filmu:

Przyznaję, że raczej nie sięgnąłbym do tej produkcji, gdyby nie tegoroczny serialowy hit, a więc "Westworld" wyprodukowany przez HBO - rzecz jasna remake tegoż filmu. O ile co do serialu mam swoje zastrzeżenia, to do tego filmu mam ich niestety więcej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że biorąc pod uwagę rok produkcji (1973), futurystyczna wizja parku rozrywki, gdzie roboty odtwarzają dla gości realia Dzikiego Zachodu, musiała wyglądać oszałamiająco. Ponadto jeśli zdamy sobie sprawę, że "Westworld" nakręcono w tym czasie co oryginalnego, gumowego "Star Treka", zobaczymy mega różnicę w jakości wykonania. Dość powiedzieć, że po raz pierwszy w historii kina zastosowano tu komputerowe efekty specjalne!

Autorem pomysłu na "Westworld" jest Michael Crichton - ten sam facet, co wymyślił "Park Jurajski" oraz "Ostry Dyżur", więc nie ma wątpliwości, że znał się na pisaniu scenariuszy. Niestety gorzej z reżyserią, bo "Westworld", mimo że zachwyca pomysłem, nie posiada niestety nic więcej! To tak naprawdę prosta historia o buncie robotów, w której nie ma absolutnie nic więcej. W większości filmów twórcy próbują przekazać jakąkolwiek głębszą treść, jakieś przesłanie czy chociażby refleksję nad ludzkim charakterem albo rzeczywistością. A tutaj? Mamy wprawdzie dwóch turystów, ściganych przez pół filmu przez Yula Brynnera (który - co ciekawe - powtarza swoją rolę Człowieka w Czerni z "Siedmiu Wspaniałych"), co dodaje akcji nieco "ludzkiego" punktu widzenia. Ale prócz tego nie ma absolutnie nic! Żadnej wskazówki, dlaczego roboty się buntują lub co powoduje ich bunt. A film science-fiction, który nie daje odpowiedzi na takie pytania, wydaje mi się po prostu niedopracowany.

Rozumiem, czemu "Westworld" jest dla wielu produkcją kultową - przed tym filmem nikt nie nakręcił czegoś w tym stylu. Tak na marginesie, to tytuł może być trochę mylący, bo prócz realiów Dzikiego Zachodu, goście mieli też do wyboru średniowieczną Europę oraz antyczny Rzym. W serialu ograniczono (póki co) realia wyłącznie do amerykańskiego pogranicza, z zyskiem dla fabuły. Kto wie, może gdyby tak samo Crichton postąpił z tym filmem, wyszłoby lepiej. A tak jest nudno i niekompletnie.

Wniosek: Dobry pomysł na film, ale praktycznie bez treści!


"Allied" ("Sprzymierzeni")

"Allied" ("Sprzymierzeni")

O czym to jest: Kanadyjski szpieg musi odkryć, czy jego francuska żona pracuje dla Niemców.

sprzymierzeni film recenzja pitt cottilard

Recenzja filmu:

Ech... Czemu tak często, gdy liczę na fajny dreszczowiec, dostaję zwykły romans? Nie wątpię, że "Allied" znajdzie grupę wiernych odbiorców (zapewne tych samych, którzy uwielbiają "Atonement"). Ale ja oczekiwałem czegoś innego od takiego reżysera jak Zemeckis, i takich aktorów jak Pitt i Cotillard. Ten scenariusz zasługiwał na nieco więcej, niż łzawy melodramat!

"Allied" zaczyna się jak remake "Casablanci" - mamy zatem i największe miasto Maroka, i alianckich szpiegów, i realia Francji Vichy. Ale to tylko pierwszy akt filmu. W drugim i trzecim akcja przenosi się do bombardowanego Londynu, gdzie kanadyjski pilot-szpieg musi odkryć, czy jego francuska żona jest w rzeczywistości tajną niemiecką agentką. A zatem w grę wchodzi klasyczne rozdarcie między miłością a obowiązkiem, które widzieliśmy już w dziesiątkach innych filmów. I to filmów, dodajmy, o wiele lepszych niż ten... Brad Pitt chyba polubił realia II wojny światowej, bo to jego trzeci film w tym okresie (po "Bękartach Wojny" i "Furii"). Niestety o ile Pitt jest znośny gdy gra w produkcjach o lżejszym klimacie, to gdy przychodzi do epickich produkcji, jedyne co ma do zaoferowania to dębowa twarz i basowe pomrukiwania (zupełnie, jakbym znowu oglądał "Troję"!). Marion Cotillard bronił się jak mogła, ale nawet tak świetna aktorka kilka razy wylądowała tu na mieliźnie, brodząc w płyciznach scenariusza. Nie da się uprawiać nurkowania głębinowego w lagunie.

Chwalę efekty techniczne (zwłaszcza dźwięk) i oprawę wizualną. Jednak mam duże zarzuty co do scenografii i scenariusza. Widać było od początku, że twórcy starali się poświęcać dużo uwagi szczegółom, by jak najlepiej oddać klimat epoki. Czemu więc aliancki szpieg lądował na marokańskiej pustyni w środku dnia, a nie w nocy? Czemu samochód osobowy po przejściu burzy piaskowej wyglądał, jakby wyjechał prosto z myjni? Dlaczego alianckie dowództwo wolało zabijać zidentyfikowanych niemieckich szpiegów, niż próbować ich przesłuchać i przekabacić na swoją stronę? Lista wpadek ciągnie się w nieskończoność. Poza tym totalnie nie rozumiem, po co na siłę wepchnięto do filmu wątek LGBT w postaci lesbijskiego związku ekranowej siostry Pitta. Gdyby to jeszcze miało jakiekolwiek (!) zastosowanie w fabule... Jasne, już sobie wyobrażam Londyn w latach 40., gdzie związki LGBT były traktowanie na równi z heteroseksualnymi... Komuś się chyba pomyliły epoki. Zupełnie jak w szekspirowkim "The Hollow Crown", gdzie czarnoskórzy aktorzy grają postacie z czasów średniowiecznej Anglii. Nie tędy droga!

W zasadzie nie wiem, po co nakręcono "Allied". Ten film nie wniósł absolutnie żadnego wkładu do światowej kinematografii. Nie posiadał głębi, nie był też czystą odmóżdżającą rozrywką nakręconą wyłącznie do zarabiania pieniędzy. Nie zekranizował prawdziwej historii, ani też nie odpowiedział na zapotrzebowanie dzisiejszych czasów. Najlepiej więc prędko o nim zapomnijmy.

P.S. Wydaje mi się też, że plotki o rzekomym romansie Pitta i Cotillard są przesadzone. Nie czuć było specjalnej chemii na ekranie...

Wniosek: Przynudzało. Przeciętny film.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger