"Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales" ("Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara")

"Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales" ("Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara")

O czym to jest: Jack Sparrow i przyjaciele poszukują Trójzębu Posejdona.

piraci z karaibów zemsta salazara film johnny depp

Recenzja filmu:

Panie i panowie, miło mi poinformować, że producenci najbardziej dochodowej franczyzy o piratach w historii kina w końcu się ogarnęli! Po wielkim nieporozumieniu, jakim okazało się "Na Nieznanych Wodach", postanowiono wrócić do korzeni. Zamiast na siłę wymyślać zupełnie oryginalną historię i robić z Jacka Sparrowa głównego bohatera (do czego się nie nadaje), de facto odkurzono scenariusz "Klątwy Czarnej Perły" i nakręcono ją na nowo, zmieniając tu i ówdzie kilka szczegółów. Puryści zapewne będą się zżymać na autoplagiat, ale ja uważam że dobre rzeczy zawsze warto naśladować - zwłaszcza, jeśli robi się to umiejętnie!

"Dead Men Tell No Tales", znane także pod tytułem "Salazar's Revenge" (czyli "Zemsta Salazara"), to już piąta i być może ostatnia odsłona przygód "Piratów z Karaibów". Naczytałem się sporo o wybrykach Johnny'ego Deppa na planie i o tym, jak ostatecznie popsuło to cały film. Mało tego, chyba nie trafiłem na ani jedną pozytywną recenzję! Zastanawiam się, czy recenzentom na pewno nie pomyliły się części, bo mimo że sam zasiadłem w kinie z negatywnym nastawieniem, wyszedłem cały w skowronkach, odnotowując na koncie dwie godziny świetnej zabawy! Owszem, zdarzyło się kilka wpadek i potknięć, z czego największym był Brenton Thwaites w roli Henry'ego (reinkarnacji postaci Willa Turnera) - aktor tak drewniany, że doskonale wpasował się w deski pokładu pirackiego żaglowca. Ale co popsuł Brenton, to naprawili rewelacyjny Javier Bardem jako kapitan Salazar, urocza Kaya Scodelario w roli Cariny (niegrzeczna reinkarnacja postaci Elizabeth Swann), a także cała masa postaci (i małp) znanych z poprzednich części. A wśród nowego zaciągu aktorów, uważny nerd znalazł nawet Faramira oraz Oriego z serii "Władcy Pierścieni"

A Johnny Depp? Dobrze że przypomniano sobie, że Jack Sparrow musi być zawsze pod wpływem rumu, chwiać się na nogach, mało gadać i stroić śmieszne miny. Sparrow był tu dokładnie takim, jakiego znamy i kochamy - a świetny flashback dodatkowo wyjaśnił nam, skąd się wzięła jego legenda i fantazyjny strój. Może to wina makijażu, ale w ogóle nie widać na twarzy Deppa tych czternastu lat, jakie upłynęły od premiery pierwszej części. Pozazdrościć genów! I powiem szczerze, że nic mnie nie obchodzi, co Depp wyprawiał poza planem. Liczy się tylko i wyłącznie efekt końcowy, a ten dostarczył mi niewątpliwej satysfakcji. 

"Zemsta Salazara" to jeszcze więcej piratów, jeszcze więcej czarów, fantastycznych scen akcji (napad na bank i karuzela z gilotyną to prawdziwe mistrzostwo), potworów (rekiny-zombie!!!), morskiej mitologii i dobrej zabawy. Co ciekawe, finał tak sprytnie zamyka wszystkie wątki, że jeśli "Piraci z Karaibów" w tym momencie pójdą na dno, nie będę odczuwał żalu. Ale scena po napisach daje nadzieję na epicką szóstą część... Tylko czy widzowie będą jej chcieli?

Wniosek: To byli "Piraci z Karaibów" na jakich czekaliśmy!


<<< Sprawdź kolejność oglądania "Piratów z Karaibów"! >>>


"Star Trek: Enterprise"

"Star Trek: Enterprise"

O czym to jest: Przygody pierwszej załogi statku kosmicznego Enterprise.

Recenzja serialu:

Seriale z uniwersum "Star Treka" traktuję jako grzeszną przyjemność. Doskonale zdaję sobie sprawę z ich wszystkich wad. Są przerażająco statyczne, naszpikowane kiepskimi efektami specjalnymi i do bólu wtórne (w każdym z seriali powtarzają się te same motywy). Aktorzy grają z wdziękiem drewnianej kłody, a dialogi trzeszczą jak suchary. Ale mimo to w przygodach kolejnych załóg statku kosmicznego Enterprise jest coś magicznego, co ponosi wyobraźnię widza tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek!

"Star Trek: Enterprise" to chronologicznie pierwsza przygoda z uniwersum "Star Treka", co ciekawe fabularnie mocno powiązana z wydarzeniami "Star Trek: First Contact" (gdzie jak pamiętamy, miała miejsce podróż w czasie). Ziemianie dopiero stawiają pierwsze kroki w kosmosie i budują prototyp statku do głębokiej eksploracji wszechświata - tytułowy Enterprise. Przez 4 sezony dzielna załoga pod dowództwem kapitana Jonathana Archera będzie odwiedzać kolejne planety, zawierać sojusze, ratować Ziemię i walczyć z kosmitami, co w konsekwencji doprowadzi do stworzenia Zjednoczonej Federacji Planet. Taka linia fabularna to marzenie każdego fana "Star Treka" - wypełnia bowiem wielką dziurę między czasami "współczesnymi" (mniej więcej), a oryginalnymi XXIII-wiecznymi przygodami załogi Jamesa T. Kirka.

Naprawdę dobrze się bawiłem oglądając ten serial, mimo że zaledwie jeden bohater (doktor Phlox) wzbudził moją autentyczną sympatię. Pozostali albo mnie irytowali (z kapitanem Archerem na czele), albo męczyli (jak pierwsza oficer T'Pol). Na szczęście to nie postacie decydowały o sukcesie "Enterprise'a", a raczej dobry rytm przygód w kosmosie, które nie zwalniały nawet na chwilkę. Moje największe uznanie wzbudził trzeci sezon z jedną linią fabularną dotyczącą wojny z Xindi, którą sprytnie rozciągnięto na ponad 20 odcinków. Współcześnie wszyscy kręcą seriale w ten sposób, ale w roku 2004 było to coś odkrywczego. Przyznaję, że ciężko się było oderwać od ekranu. Gdyby tylko zmniejszono ilość podróży w czasie i wszelkich tego typu fabularnych ingerencji, byłoby idealnie.

Co najważniejsze, "Star Trek: Enterprise" niesie ze sobą uniwersalnego i optymistycznego ducha humanizmu, pokazującego triumf szlachetnej ludzkiej natury nad strasznymi wydarzeniami i prymitywnymi cechami charakteru. To naprawdę miłe móc pomarzyć, że w przyszłości ludzkość wzniesie się nad własne barbarzyństwo i sięgnie gwiazd, by w pokoju koegzystować z innymi rasami. Oby kiedyś nam się udało.

Wniosek: Fajna przygoda, choć kręcona na jedno kopyto.


<<< Sprawdź kolejność oglądania starej serii Star Trek! >>>


5 nowych seriali na drugą połowę 2017

5 nowych seriali na drugą połowę 2017

Seriale to prawdziwe pożeracze czasu. Dlatego staram się ich unikać, zwłaszcza gdy rozciągają się na wiele sezonów. Ale czasem po prostu nie mogę się oprzeć, by spróbować obejrzeć przynajmniej pilota czegoś świeżego. Oto 5 nadchodzących, nowych produkcji drugiej połowy 2017 roku, które wybraliśmy spośród kilkudziesięciu tytułów. Mam nadzieję, że okażą się warte poświęconej im uwagi!

"Krypton"



"Man of Steel", czyli nowa odsłona przygód Supermana była dla mnie rozczarowująca z jednym wyjątkiem: wyglądu Kryptona, rodzinnej planety najsłynniejszego superbohatera. Ziarnista technologia, futurystyczny wygląd i dystopijny charakter antycznej i jednocześnie zaawansowanej cywilizacji naprawdę przykuł moją uwagę. Tym bardziej ciekawi mnie utrzymany w tej stylistyce planowany serial "Krypton", opowiadający o przygodach dziadka Supermana. Zaprezentowany niedawno trailer (niestety obecnie usunięty), sugeruje wysoki budżet... ale też chyba nienajlepsze aktorstwo. Sprawdzimy czy da się to oglądać.

"Star Trek: Discovery"



Kolejny z "trekowych" seriali, tym razem osadzony pomiędzy oryginalnym "Star Trekiem" z lat 60. i nakręconym dekadę temu "Star Trek: Enterprise". Przyznaję, że trailer nie jest porywający. Brakuje w nim tempa, emocji i klimatu przygody. Z drugiej strony serialowe "Star Treki" - w przeciwieństwie nowych kinowych odsłon - nigdy nie grzeszyły dynamiką. Spróbuję tej produkcji tylko i wyłącznie z powodu sentymentu do marki, ale nie spodziewam się zbyt wiele.

"The Alienist"



Jeśli "The Knick" pozostawiło w ws niedosyt klimatu Nowego Jorku przełomu XIX i XX wieku, to zapraszamy do "The Alienist". Imponująca rozmachem produkcja zapowiada się na krzyżówkę klasycznych przygód Sherlocka Holmesa i klimatu "Ripper Street". I co za obsada! Mój ulubiony Luke Evans, niegdysiejsze objawienie młodego pokolenia Dakota Fanning, no i Daniel Brühl! Widać miliony dolarów wydane na scenografię i produkcję, ale czy scenariusz stanie na wysokości zadania? Trzymam kciuki!

"The Gifted"



"X-Menów" nigdy zbyt wiele - tym razem dostaniemy ich w formie serialu. "The Gifted" opowie historię zwykłej rodziny, w której dzieci odkrywają w sobie supermoce. Jak sobie poradzą w świecie, gdzie mutanci są zamykani w więzieniach, a wokół nie ma nikogo, kto mógłby im pomóc? Czuć w tym preludium do wydarzeń "Logana" - zresztą nowy serial ma być kompatybilny z filmami. Nie zdziwiłbym się, jakbyśmy nieoczekiwanie dostali cameo co bardziej znanych postaci...

"The Orville"



I na samym końcu wracamy do "Star Treka", tym razem w formie parodii. Seth McFarlane, jeden z najbardziej rozchwytywanych komików, porwał się na dostarczenie trekowcom ich własnych "Kosmicznych Jaj", tyle że w formie serialu. Są charakterystyczne mundury, drewniane aktorstwo i papierowa scenografia. Oby tylko nie zabrakło dowcipu, a poziom fekalnych żartów został utrzymany na minimalnym poziomie, a może być nawet zabawnie. Seth, nie zawiedź mnie!

A jakie są Wasze typy na najlepsze nowe seriale 2017 roku? Dajcie znać w komentarzu!
"Alien: Covenant" ("Obcy: Przymierze")

"Alien: Covenant" ("Obcy: Przymierze")

O czym to jest: Statek kolonizacyjny odkrywa planetę, która wydaje się rajem do zamieszkania.

obcy przymierze film michael fassbender

Recenzja filmu:

Przyznam się szczerze, że nie miałem absolutnie żadnych oczekiwań w stosunku do tego filmu. Rana emocjonalna, zadana mi przez zatrważająco niski poziom "Prometeusza", spowodowała że uniwersum Obcego i Predatora straciło dla mnie dawny blask. Ale jest światełko w tunelu! "Alien: Covenant" okazał się zadziwiająco funkcjonalną hybrydą wspomnianego "Prometeusza" i oryginalnego "Aliena", zachowując to co najlepsze z obydwu i likwidując (przynajmniej w większości) ich wady.

Ridley Scott, jak już wielokrotnie wspominałem, kręci na przemian chały i hity. Chałę dostaliśmy ostatnio, więc teraz liczyłem na coś zdecydowanie lepszego. "Covenant" kontynuuje filozoficzną narrację "Prometeusza", skupiającą się na rozważaniach na temat sensu życia, wiary i istoty człowieczeństwa. Na szczęście dawkuje ją powoli, rozważnie i z namysłem, głównie za pomocą zapłakanej ekspresji Michaela Fassbendera, powracającego w roli androida. Jednocześnie twórcy nie oszczędzali na wiadrach ze sztuczną krwią i porządnej animatronice. Trup ściele się gęsto, nie brakuje strzelanin, solidnej rzeźni, przekleństw i spoconych ludzi (otóż to, spoceni bohaterowie to znak rozpoznawczy serii "Obcy"!). Przyznaję, że nie spodziewałem się aż takiej rozwałki, a ponadto zostałem miło zaskoczony kolejnymi wariacjami wyglądu najstraszniejszego potwora w historii SF (jedna z nich bardzo przypominała Slender Mana bez garnituru). Ktokolwiek odpowiadał za ostateczną warstwę wizualną filmu, pozostał wierny oryginalnym konceptom H. R. Gigera - i tak ma być!

Katherine Waterston, niedawna gwiazda "Fantastycznych Zwierząt", dołączyła do zaszczytnego grona badassowych lasek z wielkimi karabinami, którym niestraszne ksenomorfy i inne kosmiczne paskudztwa. Również pozostali aktorzy doskonale się wpisali w schemat drugo i trzecioplanowych postaci z uniwersum, których przeznaczeniem jest efektownie zginąć. Nie rozumiem tylko, po co do obsady ściągnięto Jamesa Franco... Odnoszę wrażenie, że ktoś zrobił mu paskudny dowcip (a szkoda, bo ostatnio bardzo polubiłem tego aktora). Ale mniejsza o nazwiska, istotnym jest, że bohaterowie nie zachowywali się jak banda nierozgarniętych kretynów, co miało miejsce w poprzedniej części. Normalny człowiek jak widzi ksenomorfa to albo ucieka, albo do niego strzela, a nie próbuje go pogłaskać, zgadza się?

Moja lista zarzutów będzie tym razem krótka. Pierwszym jest wyjątkowo przewidywalny finalny twist, tak oczywisty, że prawdziwym zaskoczeniem byłby... brak twistu. Szkoda trochę, że Ridley Scott nie poszedł w tą stronę. Drugim zarzutem jest tylko częściowa odpowiedź na pytania pozostawione po seansie "Prometeusza". Wciąż pozostało bardzo wiele do wyjaśnienia, a ponieważ końcówka filmu bardzo ładnie wyprowadza nas na kolejny, osobiście liczę na kontynuację wątków. Kto wie, może nareszcie doczekamy się obiecanego i prawdziwego prequela do "Aliena"? To byłoby coś!

Wniosek: Zadziwiająco fajne. Rozbudza ochotę na więcej.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii Obcy/Predator! >>>


"The Promise" ("Przyrzeczenie")

"The Promise" ("Przyrzeczenie")

O czym to jest: Historia ludobójstwa Ormian w Turcji w czasie I wojny światowej.

przyrzeczenie film

Recenzja filmu:

Niektóre filmy traktują o tak ważnych sprawach i wydarzeniach, że po prostu trzeba je nakręcić. Poziom widowiska staje się w takiej sytuacji niejako kwestią drugorzędną. Oczywiście im film sam w sobie jest lepszy, tym bardziej służy sprawie, o której opowiada. Niemniej dobrze otrzymać średnią produkcję o ważnej tematyce, niż nie mieć jej w ogóle.

To bardzo smutne, że po 100 latach tematyka ludobójstwa Ormian, dokonanego przez Turków w czasie I wojny światowej, nadal jest kwestią tabu. Rząd Turcji po dziś dzień wsadza do więzień tych, którzy głośno o tym mówią. Zresztą wymordowanie i wypędzenia 1,5 miliona Ormian nie było jedyną tragedią, jaka dotknęła tereny dawnego Imperium Osmańskiego na początku XX wieku - kolejną była wojna domowa z Grekami, o czym opowiada udany film "The Water Diviner" z Russellem Crowe'm. Jestem bardzo wdzięczny twórcom "The Promise", że z rozmachem podjęli się opisania rzezi Ormian, a co najważniejsze zaprezentowali ją zgodnie z faktami historycznymi. Dziesiątki milionów dolarów budżetu przyniosły efekt w postaci widowiska z epickim rozmachem, nakręconego w świetnych plenerach i z gwiazdorską obsadą. Szkoda, że zakulisowe działania tureckiego rządu (z masowym atakiem internetowych trolli włącznie) spowodowały, że film poniósł finansową klęskę. Na szczęście został nakręcony za prywatne pieniądze Kirka Kerkoriana, amerykańskiego milionera o ormiańskich korzeniach, więc żadne studio przez to nie zbankrutuje.

Nie jestem specjalnym fanem romansów, zwłaszcza opowiadających o "miłości w czasie wojny" i tego typu sercowych rozterkach. Dlatego żałuję, że twórcom nie udało się wznieść ponad poziom zwykłego melodramatu. Nie dość że spłyca to fabułę, to jeszcze czyni film całkowicie przewidywalnym. Widziałem na ekranie wystarczająco dużo miłosnych trójkątów, żeby odgadnąć jak to się skończy! Mam też wrażenie, że twórcy chcieli pokazać za dużo w jednym filmie. Tak jak nie da się opisać całego Holocaustu w ciągu dwóch godzin na ekranie, tak samo ciężko to zrobić z ludobójstwem Ormian. W mojej ocenie lepiej dobrze opisać pojedyncze wydarzenie, które swoim przebiegiem zaprowadzi widza od szczegółu do ogółu, a nie na odwrót. Przykładowo "The Promise" mógłby być lepszym filmem, gdyby np. skupił się tylko na legendarnej bitwie o górę Musa Dagh, albo na losie Ormian w Stambule. Liczę na to, że pewnego dnia inny odważny twórca podejmie się dalszego zgłębienia tej tematyki, bo jest jeszcze o czym opowiadać.

Oscar Isaac, jeden z moich ulubionych aktorów, jak do tej pory nigdy mnie nie zawiódł. Tak samo było tym razem, a jego rola to chyba największy atut tego filmu. Jest po prostu świetny! Podobnie solidny jest Christian Bale, a także doceniana przeze mnie od czasów "The Expanse" Shohreh Aghdashloo, starsza już aktorka o niesamowitym głosie. Nawet jeśli nie przepadacie za romansami albo kinem historycznym, to dla tej obsady warto zapoznać się z tym filmem. "The Promise" raczej nie zapisze się w annałach najlepszych produkcji w historii kina, ale na moją półkę trafi na pewno. Pewne historie po prostu należy znać.

Wniosek: Bardzo ważny film, ale niestety zbyt melodramatyczny.


"Guardians of the Galaxy Vol.2" ("Strażnicy Galaktyki vol.2")

"Guardians of the Galaxy Vol.2" ("Strażnicy Galaktyki vol.2")

O czym to jest: Banda kosmicznych wykolejeńców ratuje galaktykę. Znowu.

strażnicy galaktyki vol 2 film

Recenzja filmu:

Pierwsi "Strażnicy Galaktyki" wnieśli do gatunku space opery świeżość i rozmach, jakich nie widziano prawdopodobnie od czasów "Kronik Riddicka". Co za tempo, humor, akcja i przygoda, pozbawione jakichkolwiek hamulców i ograniczeń! James Gunn, reżyser tegoż widowiska, wiedział dokładnie co robi i czego oczekuje współczesny widz. Zamiast pompatycznych i ponurych nawalanek klasy "Batman v Superman" podarował nam lekką i pobudzającą wyobraźnię historię, trafiającą do widza w każdym wieku. 

Dlatego tym większe były nasze oczekiwania na sequel. A jak to z sequelami bywa, łatwo jest przedobrzyć, zwłaszcza gdy po stronie twórców nie stoi już efekt zaskoczenia i świeżości. Z jednej strony "Vol.2" dostarczył widzom dokładnie to czego chcieli, ale jednocześnie zrobił to w takim tempie i ilości, że nierzadko ciężko to było strawić. Od razu uprzedzam, że drudzy "Strażnicy Galaktyki" to oczywiście doskonałe kino rozrywkowe, podczas którego będziecie się śmiać tak mocno, że spadniecie z kanapy. To świetna zabawa na 90% - i żałuję tylko, że zabrakło tych 10% do ideału. Gdyby tak ściąć ze scenariusza fekalne żarty (niestety ostatnio jest ich w kinie coraz więcej, niczym w parodiach z lat 90.), miejscami przesadzone nagromadzenie efektów specjalnych oraz rozliczne sceny nakręcone ewidentnie pod wyciskanie łez, film zyskałby u mnie status kultowego. Ale na pocieszenie dodam, że prawie się udało!

Aktorzy tak jak poprzednio stanęli na wysokości zadania. Moje specjalne ukłony kieruję w stronę Dave'a Bautisty w roli Draxa. Co się pojawiał na ekranie, to kradł każdą scenę - a twórcy też o tym wiedzieli, dlatego jest go naprawdę sporo. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, do obsady dołączył kultowy Kurt Russell, jeden z moich ulubionych aktorów. Wniósł do filmu naturalny komediowy luz oraz doświadczenie, jakiego czasem brakuje młodszemu pokoleniu. Zresztą to nie jedyne wielkie nazwisko, jakie trafiło na plan nowych "Strażników Galaktyki" - spotkacie tu również samego Sylvestra Stallone'a oraz pewnego kultowego aktora z seriali lat 80.! Nie można też nie wspomnieć o świetnej roli Michaela Rookera jako Yondu, który nie tylko rozwinął się w stosunku do pierwszej części, ale i nieoczekiwanie został najciekawszą postacią sequela. Tak trzymać!

Dzięki obydwu częściom "Strażników Galaktyki" oraz przygodach "Thora", kosmiczne uniwersum Marvela wygląda coraz bardziej atrakcyjnie i kolorowo. Osobiście liczę na to, że pewnego dnia doczekamy się crossovera ze światem "Gwiezdnych Wojen" (nawet jeśli tylko na łamach komiksów). W końcu w wytwórni snów Disney'a wszystko jest możliwe!

Wniosek: Rozrywkowe i zabawne, ale ciut za bardzo na siłę.


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Taken" ("Uprowadzona")

"Taken" ("Uprowadzona")

O czym to jest: Były agent CIA ratuje córkę z rąk albańskich handlarzy żywym towarem.

taken uprowadzona film liam neeson

Recenzja filmu:

"Taken" to bez wątpienia kultowa strzelanka, która wbrew oczekiwaniom wszystkich (wliczając w to samych twórców) zaskoczyła świat ogromną popularnością i autentycznie kultowym statusem. Nikt do końca nie wie, czyja to zasługa. Ani tematyka nie jest zbyt oryginalna (ojciec szuka córki porwanej przez bandziorów), ani też lokalizacja (znowu Paryż), a i przebieg akcji również nie powala niespodziewanymi zwrotami akcji (mnóstwo trupów i niekończąca się amunicja). Ale może właśnie o to chodzi - w tym filmie jest dokładnie to, co nerdy kochają najbardziej!

Liam Neeson ma wprawdzie bogatą filmografię, ale dopiero w wieku 56 lat - właśnie dzięki "Taken" - zyskał status kultowej gwiazdy filmów akcji. Odniósł taki sukces, że nie dość iż pojawił się później w "Taken 2" i "Taken 3", to jeszcze wziął udział w kilku innych filmach z udziałem pistoletu i dużej ilości martwych przeciwników. Cóż, lepiej późno niż wcale! Główny bohater "Taken", Bryan Mills, to postać którą lubimy od pierwszej chwili. Lata rozróby ma już za sobą i jedyne co pragnie, to spokojne życie w pobliżu nastoletniej córki, którą przez lata zaniedbywał. Jednak gdy paskudni Albańczycy porwą dziewczynę, by sprzedać ją do europejskiego burdelu, Mills odkurzy stare kontakty, oczyści pistolet z pajęczyn i wyruszy na krucjatę, w której żaden samochód i żaden bandzior nie zostanie bez uszczerbku.

I cóż to za akcja! Liam Neeson strzela, biega, przesłuchuje (czytaj: torturuje) i ubija wąsatych obywateli Bałkanów szybciej niż Turkowie na Kosowym Polu. Gdybyście zostali porwani, to właśnie Mills powinien wam przyjść na ratunek! Moim zdaniem w uporze i sprawności przebija połowę herosów lat 80. Jest też o niebo sympatyczniejszy... Oczywiście jeśli szukacie głębi fabularnej w "Taken", to lepiej wybierzcie inny film. To najbardziej schematyczna strzelanka jak to tylko możliwe, i właśnie dlatego jest taka dobra. A cytat z Millsa, czyli: I don't know who you are, but I will find you and I will kill you, stał się już na tyle kultowy, że na stałe wszedł do annałów popkultury. Tak trzymać, panie Neeson!

Wniosek: Świetnie nakręcone, dynamiczne i kultowe!


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Taken"! >>>


Pyrkon 2017 - okiem prelegenta

Pyrkon 2017 - okiem prelegenta

Jest coś uzależniającego w konwentach, czy raczej festiwalach fantastyki. Mimo że trwają zaledwie kilka dni i nieco kosztują (czasu, pieniędzy, zdrowia), to człowiek czeka na nie cały rok i z niecierpliwością odlicza dni do kolejnych edycji. Wprawdzie czasy jeżdżenia na kilka konwentów w roku mamy już za sobą, ale jest jedna impreza, której za nic nie odpuścimy - a jest nią Pyrkon w Poznaniu.

pyrkon 2017
Zdj. Jest Kultowo

Konwenty już dawno przestały przypominać spotkania nerdów w przepoconych koszulkach, siedzących w szkolnych salach i dyskutujących na temat właściwości silników nieistniejących statków kosmicznych. Współczesny festiwal, taki jak Pyrkon, to głównie wystawy - a więc stoiska z najróżniejszymi gadżetami, makiety, kostiumy, targi oraz turnieje gier, ale przede wszystkim platforma do integracji miłośników szeroko rozumianej fantastyki. To miejsce, gdzie można śmiało pójść z dzieckiem lub na weekendowy wypad rodzinny. Przekrój tematyki jest na tyle szeroki, że każdy znajdzie coś dla siebie. I to jest największa siła tej imprezy - różnorodność atrakcji i możliwości spędzenia czasu. 

Pyrkon to obecnie jeden z nielicznych festiwali fantastyki w Polsce, który stoi na światowym poziomie.


Drugi rok z rzędu, po kilku latach przerwy, mieliśmy przywilej gościć na Pyrkonie w roli prelegentów. Z racji tematyki, która lata temu wprowadziła nas w świat fantastyki, prowadziliśmy punkty programu poświęcone marce "Star Wars". Dlatego też nasza obecność na festiwalu skupiła się głównie na punktach programu bloku związanego tematycznie z "Gwiezdnymi Wojnami". Pyrkon jest zbyt duży i zbyt liczny, by jedna osoba była w stanie w pełni poznać wszystkie atrakcje, zwłaszcza jeśli połowa radości z obecności na festiwalu to spotkania starych znajomych i poznawanie nowych, pochodzących z różnych zakątków Polski (i nie tylko). Przepraszamy, jeśli  kogoś nie udało nam się spotkać lub dotrzeć na jakieś pyrkonowe wydarzenie - po prostu zabrakło nam czasu lub możliwości (tym razem!). 

pyrkon 2017
Zdj. Łukasz Kołecki

Jako prelegenci nie mieliśmy na co narzekać. Organizatorzy spisali się na medal, dostarczając wszystko to, o co prosiliśmy. Nawet pojedyncze awarie, takie jak niedziałający mikrofon, zostały szybko i profesjonalnie naprawione. Mamy nadzieję, że nasze prelekcje na temat "Przebudzenia Mocy" oraz "Przepisu na Star Wars" podobały się publiczności, a organizatorzy przyjmą zgłoszenia naszych atrakcji do programu również za rok. Niestety, bycie prelegentem ma jedną wielką wadę - przygotowania do występu zajmują zawsze tyle czasu, że zwykle nie ma jak uczęszczać na inne punkty programu. Na szczęście zawsze pozostają stałe atrakcje, takie jak wystawy, które są dostępne o każdej porze oraz niespodziewane spotkania. 

Ilość kostiumów uczestników Pyrkonu, a także czas jaki musieli poświęcić na ich tworzenie, budzi ogromne uznanie.


Jest oczywiście mitem, że każdy uczestnik Pyrkonu musi mieć kostium - powiedziałbym wręcz, że zdecydowana większość gości nie miała żadnego przebrania (nie licząc oczywiście koszulek czy innych, nierzucających się w oczy specyficznych elementów garderoby). Jednak ci, którzy się na to porwali, nie wystraszyli się nawet deszczowej, zimnej i wietrznej pogody (my też, my też!). Pyrkon to jedyne miejsce, gdzie można spotkać kilkumetrowe potwory znane wyłącznie z gier czy filmów, roboty przygotowujące prelekcję, magów czekających na autograf pisarza i wojowników w kolejce do toalety, a nawet grupkę zagubionych zombie. Żaden obiad nie smakuje tak fantastycznie jak ten zjedzony w towarzystwie elfów, wampira i grupki komiksowych superbohaterów. 

pyrkon 2017
Zdj. Bartek Burzyński

Przyjacielska atmosfera konwentu, czyli niepowtarzalny tygiel najróżniejszych pasji i miłości do tego co magiczne, przywodzi na myśl słowa Kapelusznika z "Alicji w Krainie Czarów": We're all mad here! I właśnie to jest wspaniałe! Jako osoby, które swego czasu zajmowały się tworzeniem i koordynacją konwentów, pozwolimy sobie na stwierdzenie, że Pyrkon pod względem organizacyjnym wciąż się rozwija i zmienia na lepsze, co bardzo cieszy. Co roku jest nam niezmiernie miło być częścią tego fantastycznego wydarzenia.

Oczywiście widzimy się w Poznaniu za rok!
"Midnight in Paris" ("O Północy w Paryżu")

"Midnight in Paris" ("O Północy w Paryżu")

O czym to jest: Amerykański literat przenosi się w czasie do Paryża lat 20.

o północy w paryżu film rezenzja woody allen

Recenzja filmu:

Zawsze miałem jakieś "ale" w stosunku do filmów Woody'ego Allena. Widziałem wprawdzie tylko kilka pozycji z jego bogatej filmografii, ale to na co trafiłem, wydawało mi się pretensjonalne, napuszone i zwyczajnie przereklamowane. Coś w rodzaju serii filmów o salonowych przygodach sytej klasy wyższej, kierowanych głównie do zamożnych odbiorców, albo do tych, którzy do nich aspirują. Aż tu nagle, przypadkiem w telewizji, trafiłem na "Midnight in Paris"

Z rzadka zdarza mi się trafić na jakiś film, który przykuwa mnie do ekranu od pierwszej sekundy i nie pozwala złapać za pilota, by przełączyć na inny kanał. Tak się stało tym razem. Gdy dotarłem do napisów końcowych, poczułem głęboką satysfakcję z mile spędzonego czasu. Kto by pomyślał, że Allen może nakręcić tak sprawny, świetnie zagrany film! "Midnight in Paris" to surrealistyczna historia amerykańskiego pisarza zmagającego się z kryzysem twórczym, który podczas wakacji w Paryżu odkrywa przejście do epoki lat 20. Nocami, zamiast spędzać je w towarzystwie próżnych przyjaciół swojej narzeczonej, będzie imprezował z Ernestem Hemingwayem, Pablo Picassem czy Salvadorem Dalim... Czy zakocha się w tej epoce tak bardzo, że nie będzie chciał wracać? A może to doświadczenie nauczy go, by cenić życie takim jakie jest? Jak to w przypadku filmów Allena bywa, kluczowe dla fabuły są emocje głównego bohatera i jego zakorzenienie w miejskim życiu. Łatwo przy tym popaść w litanię trywialnych prawd i sztampowych rozwiązań, jednak bystry scenariusz i znakomite dialogi windują "Midnight in Paris" na wysoką lokatę wśród dobrych, intelektualnie pobudzających produkcji. 

Owena Wilsona kojarzyłem głównie z głupawych amerykańskich komedyjek i filmów sensacyjnych. Jakże miło było zobaczyć go w poważnej, choć niepozbawionej humoru produkcji! Bardzo doceniam jego rolę w tym filmie, zwłaszcza że wśród wielkich nazwisk można wręcz przebierać (spotkacie tu wiele mordek z waszych ulubionych seriali, a także pierwszoligowe kinowe gwiazdy w małych drugoplanowych rólkach). Nie ma sensu wymieniać ich wszystkich, wspomnę tylko o największej ciekawostce, czyli udziale Carli Bruni, ówczesnej Pierwszej Damy Francji! O dziwo świetna z niej aktorka. Dla takiej obsady naprawdę warto poznać ten film! 

Nie mam żadnych zastrzeżeń do "Midnight in Paris". Serio. To świetna produkcja, do której będę wracał jeszcze wiele razy.

Wniosek: Bardzo zabawny i pogodny film.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger